fbpx

Czas kobiet

Czas kobiet
fotochannels.com

Czy potrzebna nam partia kobiet? Jeśli tak, to jaka i jakie stoją przed nią wyzwania? Co sprawiło, że właśnie dzisiaj i właśnie w Polsce kobiety chcą się zjednoczyć? – Rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem.
– Porozmawiajmy o partii kobiet. Zapiszesz się?
Katarzyna Miller: Oczywiście. A ty? Nie wyobrażam sobie, żeby tego nie zrobić. Tak jak nie wyobrażam sobie przeczącej odpowiedzi na pytanie, czy jestem feministką. Jednak wciąż tak boimy się tego słowa. Wzbudza gwałtowne reakcje ze strony wielu mężczyzn, ale i kobiet. Bo inne, nieoswojone, niebezpieczne, zmusza do zmian. Jednym z ważnych mechanizmów kierujących człowiekiem oprócz potrzeby rozwoju jest potrzeba zatrzymania ruchu, okopania się w pseudobezpieczeństwie starego porządku. To daje złudzenie kontroli nad życiem. Nie jestem przywiązana do nazwy „feminizm”, ale do jej treści. Do znaczenia ruchu kobiet.

Wojciech Eichelberger: To coś szerszego niż feminizm. To cenny poryw kobiecej solidarności. Ruch, który ma szansę ujawnić najistotniejszy konflikt tkwiący w naszej zbiorowej podświadomości, a także skanalizować nagromadzone przez wieki gniew, upokorzenie i frustrację kobiet.

Są głosy: skoro powstaje partia kobiet, może powinna też powstać partia mężczyzn?
K.M
.: Mężczyźni rządzą od wieków i ich interesy są znakomicie reprezentowane. Dobrze, że ta partia to nie jest z nazwy feministyczny ruch, bo feministki nie zdołały złapać szerokiego kontaktu z polskimi kobietami. Ale robią dużo, przygotowały grunt. Sporo inicjatyw feministycznych przedarło się do mediów. Przede wszystkim słynna Manifa, czyli właśnie święto 8 marca, wspólny przemarsz ulicami Warszawy. Natomiast teraz chodzi o to, żeby ruszyć masy, żeby się do nowej partii zapisywały wszystkie kobiety reprezentujące dowolny światopogląd.

To się dzieje. Tysiącami zgłaszają się kobiety, choć nie tylko, chcące w tej sprawie działać.
K.M
.: Musimy się zjednoczyć, by załatwić kwestie zupełnie podstawowe. Chodzi o edukację, płace i szanse; o to, by kobiety mogły na równi decydować o tym, co się dzieje w Polsce. Uczmy się od innych: rząd hiszpański ma obecnie ośmiu ministrów i osiem pań minister. Jest tam parytet pół na pół. I to zrobiła katolicka Hiszpania. Miałabym ochotę rozkleić takie plakaty z tym pół na pół po całej Polsce. Żeby ludziom uświadomić, że taki rząd inaczej wygląda, normalniej, bardziej reprezentatywnie. Nie szare wojsko w garniturach, tylko różnorodność – bo taki jest świat. Wizualnie inna jakość, co przekłada się na sposób działania. Gdy ktoś pyta: Po co kobiety do polityki?, ja pytam: A po co kobiety w życiu? Jesteśmy tu. I to jest argument podstawowy.

Po co partia kobiet, skoro w innych partiach są kobiety?
K.M
.: Istniejące partie są patriarchalne, więc kobiety w ich szeregach, chcąc nie chcąc, działają na rzecz mężczyzn. Wolno oczywiście kobiecie być tubą mężczyzn, ale musi sobie zdawać sprawę, że w ten sposób w wielu sprawach występuje przeciwko kobietom, czyli sobie samej.

Partia, która ma w swoich szeregach kobiety, wygląda na taką, której los kobiet nie jest obojętny. Ale już jak się posłucha jej programu, widać, że jest niestety odwrotnie. A poza tym skoro taka partia głosi, że miejsce kobiet jest w domu, to co te panie w niej robią?

Partia kobiet ma reprezentować kobiety, walczyć o ich prawa. Żadna inna partia nie może w Polsce o sobie tego dziś powiedzieć.

Dlatego dziś w Polsce kobiety próbują się w ten sposób zjednoczyć?
W.E
.: Pojawienie się silnej kobiecej reprezentacji w kręgach władzy stało się sprawą pilną i niezbędną. Reprezentacji niekoniecznie złożonej z samych kobiet, ale jednoznacznie zaangażowanej w kampanię na rzecz ich wolności i równości. Czas obalić mit, że zrobiono już wszystko, by kobiety mogły brać udział w życiu publicznym i mieć rzeczywisty wpływ na to, w jakim kraju żyją. To patriarchalna manipulacja. W istocie kobiety są proletariatem świata. Niestety większość z nich nie zdaje sobie z tego sprawy. Dzięki temu łatwiej nimi rządzić. Tak więc życzę tej partii jak najlepiej. Oby utorowała kobietom drogę do realnej władzy i obudziła ich świadomość.

K.M.: Coraz więcej kobiet zyskuje świadomość genderową: spotykają się na warsztatach rozwojowych, w kręgach, grupach wsparcia, uczą się swojej siły i poczucia wartości. Wybuchające skandale, seksafery, otwarte chamstwo niektórych polityków wobec kobiet, do tego próba zaostrzenia i tak restrykcyjnej ustawy o aborcji sprawiły, że kobiety poczuły się rozjuszone. To jasny przekaz ze strony władzy: kobiety obchodzą nas jedynie jako obiekty seksualne albo dostarczycielki dzieci, czyli siły żywej.

W.E.: Płatników ZUS, którzy zarobią na emerytury.

K.M.: Ostatnia seksafera pokazuje, jak ważne jest, by problemy kobiet wyszły z cienia. Bo jaki mamy do kobiet stosunek? Pół Polski mówiło o Anecie Krawczyk, że nie ma wstydu. Słyszałam pana, który zastanawiał się: „Jak ona po tym wszystkim będzie mogła żyć w swoim mieście, a jej dzieci? Zaszczują ją”. Spytałam: „Pan też będzie tak patrzył i palcami wytykał?”. Przecież ona otworzyła temat morze. Inna sprawa, że przez niewłaściwe pokierowanie całą sprawą można będzie tematowi ukręcić łepek… Jednak mam nadzieję, że tak się nie stanie, że ten przykład będzie katalizatorem głębszych zmian. Będą się zgłaszać inne kobiety ośmielone przykładem, coś zacznie pękać w milczącej zgodzie kobiet na wszelką męską niegodziwość – bo „i tak nic się nie da zrobić”. To przekonanie trzeba zmienić przede wszystkim. Od wielu lat jestem terapeutką i wiem, że gdyby wszystkie kobiety, które były w jakiś sposób molestowane przez swoich szefów, zapaliły wieczorem świeczkę w oknie, mielibyśmy niezłą iluminację…

Dlaczego molestowane kobiety się nie zgłaszają?
K.M
.: Nie chcą odium, które zaciąży na nich, a nie na mężczyznach, jeśli powiedzą, że taka sytuacja miała miejsce. Sprawa pani Krawczyk pokazała ten mechanizm. Ile osób powiedziało albo pomyślało o niej, że sama sobie winna, bo się źle prowadzi? A wykorzystujący swoją sytuację szef to co najwyżej „lubi kobiety”? I gdzie tu jest równe traktowanie? To jest między innymi pole do działania dla partii kobiet: nagłaśnianie takich spraw, doprowadzanie do tego, by winni zostali ukarani, by zmieniać społeczny odbiór takich zjawisk i krzywdzących nas stereotypów.

W.E.: W dyskusji o aborcji widać, że głos najbardziej zainteresowanych jest najmniej brany pod uwagę. Za to zwycięża ideologiczne zaślepienie, bezmyślność, brak społecznej i psychologicznej wyobraźni.

K.M.: Moim zdaniem zwycięża czysty cynizm. Wykorzystywanie tematu do tego, by zyskać więcej głosów.

W.E.: Nowe propozycje ustawowe czynią kobietę w ciąży istotą pozbawioną podstawowych praw ludzkich, odbierają jej bowiem nawet możliwość chronienia własnego życia. Niech ci, którzy postulują zakaz aborcji w sytuacji gwałtu czy kazirodztwa i bez względu na życie matki, wyobrażą sobie w takiej sytuacji własne żony czy córki…

Niechciana ciąża to problem kobiety. A facet? Ona się przecież nie zgwałciła sama. Gdy kobieta usunie ciążę, mówią, że jest morderczynią, odpowiedzialność spada wyłącznie na nią. Nie słyszałam, żeby mężczyzna powiedział: miałem aborcję…
K.M
.: Dzisiaj w Polsce mężczyzna nie ponosi odpowiedzialności za aborcję, a często nawet za urodzone dziecko i jego wychowanie. Zniesienie funduszu alimentacyjnego jest tego najlepszym dowodem.

W.E.: A gwałt małżeński, o którym się głośno w ogóle nie mówi, ale o którym często słyszy się w gabinecie terapeutycznym? Ile żon w Polsce jest zmuszanych do współżycia w imię świętego małżeńskiego obowiązku, nie wie nikt. Często nie mają szans na obronę ani na zabezpieczenie się przed niechcianą ciążą.

K.M.: Są w Europie państwa, w których kobiety są w takich sytuacjach chronione prawem – kolejne zadanie dla partii kobiet. Potrzebne nam odpowiednie prawodawstwo, szkolenie policji, służby zdrowia, sensowne nauki przedmałżeńskie…

W.E.: To też kwestia zmiany świadomości. Jeśli kobieta chce urodzić dziecko np. pochodzące z gwałtu, to należy ją w tym postanowieniu wspierać choćby terapeutycznie. Ale to wsparcie ma sens jedynie, gdy jej decyzja jest wolnym wyborem. Inaczej to hipokryzja.

K.M.: Właśnie. W dyskusji o aborcji chodzi tak naprawdę o to, by kobieta miała prawo o sobie decydować. I o to, żeby była edukacja seksualna, dostęp do środków antykoncepcyjnych. Celem powinno być zminimalizowanie liczby kobiet, które będą chciały usunąć ciążę. Nikt nie jest za aborcją, tylko za prawem do samostanowienia. Bo za tym dopiero idzie traktowanie zarówno kobiet, jak i mających się urodzić dzieci jak ludzi, z szacunkiem, a nie jak chodzące inkubatory i enigmatyczne życie poczęte. W dzisiejszej sytuacji przeraża mnie brak troski rządzących o to, jakie się te dzieci urodzą. Czy to będą dzieci chciane, oczekiwane, czy będą warunki do ich sensownego wychowania, czy to będą dzieci chore.

W.E.: To, że z najwyższych trybun padają propozycje, które ten stan rzeczy sankcjonują, budzi sprzeciw nie tylko kobiet.

K.M.: Propozycja założenia kobiecej partii to jak włożenie kija w mrowisko. Wielu kobietom wydaje się, że im się świetnie żyje: praca, dom, sensowni znajomi – to są utarte drogi mrowiska omijające każdą niewygodną prawdę. Byle nie widzieć tego, jak źle się dzieje innym w innych miejscach. Tak już dzisiaj nie wolno. Dla każdej myślącej kobiety to wstyd. Zresztą ilu kobie-tom nieźle się żyje? A co z pozostałymi?

W.E.: Problem jest, i to ogromny. Załatwienie go wymaga pracy co najmniej dwóch pokoleń. Trzeba zacząć od zmiany nawyków wychowawczych, wprowadzenia edukacji genderowej do szkół. Wielu ludzi się dziwi: co to za pomysł? W XXI wieku w środku Europy partia kobiet? Wstyd? Przeciwnie – czas najwyższy.

Partia to grupa, daje poczucie siły, której brakuje słabej płci.
K.M
.: Wracałyśmy raz wieczorem z grupą dziewczyn po zajęciach z WenDo, czyli kobiecej samoobrony. Udało nam się uchronić parę kobiet na ulicy, w autobusie przed naruszaniem ich suwerenności seksualnej. Byłyśmy w grupie, byłyśmy spokojne, pewne siebie i wiedziałyśmy, co robić. Wystarczyło, że spokojnie mówiłyśmy. Wspaniałe uczucie: nie potrzebna była żadna fizyczna konfrontacja. WenDo pozwala kobietom poczuć, jak dużą siłą spokoju i pewności mogą dysponować. Ale dziewczynki tak się wychowuje, by łatwiej można było je zdominować i nad nimi panować. Siła to w dużej mierze kwestia odpowiedniego wychowania. Nie chodzi o to, żebyśmy się z mężczyznami o cokolwiek biły. Tamtego wieczoru ci niebezpieczni przecież faceci rezygnowali z konfrontacji. A jak zdziwione całą sytuacją były te dziewczyny, którym pomogłyśmy! Kobiety muszą się jednoczyć, tylko tak możemy coś zdziałać. Nikt za nas tego nie zrobi. Te prawa, które mamy, wywalczyły dla nas kobiety. Dlatego zapisujmy się do partii kobiet, chodźmy na Manifę. Niech tam będą nas setki tysięcy.

W.E.: Dla wspólnego dobra trzeba iść: mężczyźni i kobiety. Nie powinniśmy się zgadzać na zniewalanie kobiecej połowy narodu. Trzeba głośno krzyczeć, jakie złe skutki moralne, społeczne i obyczajowe to przynosi. Np. o tym, że wyraźny wzrost liczby rozwodów w Polsce nastąpił po wprowadzeniu ustawy aborcyjnej. Nikt nie liczy, ile małżeństw zawiera się pod przymusem z powodu nieplanowanej ciąży i ile z nich potem na skutek braku więzi się rozpada. Uchwalić antyaborcyjne prawo i uczynić z niego legitymację moralną, za którą nic nie stoi, jest łatwo. Trudniej stanowić prawo gwarantujące mądre i godne wychowanie dzieci, długodystansowe wsparcie dla osamotnionych matek, które powstrzymywałoby je od rozpaczliwej decyzji o aborcji lub porzuceniu dziecka. Trzeba się też zająć dziećmi – obrona poczętego życia nie może kończyć się z chwilą porodu. To po porodzie zaczynają się schody. Jeśli liczba zaniedba wobec dzieci osiągnie masę krytyczną, ich skumulowany gniew zaważyć może na losach całego społeczeństwa. Wzrastający poziom agresji, radykalne ideologie, nacjonalizmy i fundamentalizmy, to przecież nic innego jak gniewny krzyk niechcianych dzieci.

K.M.: Przeciwko tej prawdzie wznoszony jest mur niewiedzy, niechęci, oporu i obojętności. Psychologia dostarcza tej wiedzy.

W.E.: Również w tym kontekście partia jest ważną inicjatywą. W naszej tkance społecznej i politycznej bardzo potrzebna jest świeża krew, kobiecy głos i energia. Ale kobiety mają trudne zadanie, bo aby zaistnieć, muszą się konfrontować z mężczyznami. Dlatego powinny wyraźnie mówić, że nie występują przeciwko nim, tylko przeciwko męskiej dominacji. Większość kobiet pozostaje w bliskich emocjonalnych związkach z mężczyznami. To tak, jakby w czasach rewolucji każdy proletariusz żył w emocjonalnym związku z tzw. burżujem. Jak w takich warunkach robić rewolucję? Dlatego musi to być przede wszystkim rewolucja świadomościowa. A wsparcie ze strony świadomych mężczyzn będzie ważnym aspektem tej batalii. Trzeba więc przekonać mężczyzn, że partia nie działa przeciwko nim, lecz w obronie kobiet – a w konsekwencji na rzecz nas wszystkich.

Tekst (wart przypomnienia) pochodzi z magazynu Zwierciadło wydanego w 2010. roku.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze