fbpx

W małym palcu

W nader interesującym programie telewizyjnym o charakterze naukowym usłyszałem hipotezę, że w niedługim – z punktu widzenia ewolucji – czasie, za kilka milionów lat, u człowieka może nastąpić zanik palców u nóg. Ciekawa rzecz, no bo przecież nad taką informacją można by spokojnie przejść do porządku dziennego, a jednak zrobiło mi się tych palców żal.

Niby co mnie obchodzą palce u kończyn dolnych moich dalekich potomków. Niby uznane siły naukowe twierdzą, że one, te palce, do niczego specjalnie nam już po zejściu z drzewa nie są potrzebne. A jednak ten program zrobił mi małą przykrość. I nie chodzi tu bynajmniej o aspekt ekonomiczny niepotrzebnie wydanych pieniędzy na pedicure.

Z niepokojem zacząłem przyglądać się innym swoim częściom ciała, czy aby za chwilę naukowcy nie każą mi się ich także pozbywać. Nie ukrywam, że piszę te słowa, stukając w klawiaturę z pomocą dziesięciu palców. Co prawda tych u rąk, ale jednak, więc pozwólcie, że dziś pozostanę w tej tematyce. Pomijając fakt, że one mi wciąż wiernie służą w różnych dziedzinach, to zauważyłem, że można potraktować je również metaforycznie.

Taki kciuk na przykład. Oprócz tego, że służy (dajmy na to do ssania), to jeszcze przecież wiele wyraża. Pokazanie światu kciuka niesie ze sobą określenie całego naszego stosunku do otaczającej rzeczywistości. Osoba z uniesionym wciąż kciukiem to ktoś z bardzo konkretną osobowością. Powiedzmy taką… amerykańską. Krzysztof Kieślowski opowiadał kiedyś z niejakim przerażeniem, że jego amerykański agent na pytanie: how are you?, odpowiada: I’m extremely well! A przecież człowiek rzadko kiedy jest extremely. On nawet rzadko kiedy jest well. On przeważnie jest so so…

Drugi palec nie bez przyczyny nazywany jest wskazującym. To ten, za który dostajemy od mamy po łapach, słysząc: „nie pokazuj palcem!”. A jeszcze pół biedy, jak on tylko wskazuje. Gorzej jak on zaczyna wytykać. Ludzie nadużywający tego palca, w odróżnieniu od tych od kciuka, rzadko kiedy są zadowoleni. Przeważnie im coś śmierdzi pod nosem i nie wahają się, żeby natychmiast pokazać co. Oni często tym palcem pokazują również na siebie, kiedy coś jest dobrze, i w drugą stronę, gdy jest już trochę gorzej.

Znaczenie ukazania palca środkowego także przyszło z Ameryki. Kiedyś usłyszałem na ulicy, jak dziecina skarżyła się mamusi: „mamo, palec mnie boli!”. „Który, słoneczko?” „Ten od fuck you!”. To palec agresji. To palec ludzi, którzy nie mają czasu ani ochoty na dyskusję. Więc choć to palec największy, pozwólcie, że nie poświęcę mu więcej uwagi.

Na końcu naszej dłoni znajduje się zaś paluszek najmniejszy. Zawsze właśnie na końcu. Najtrudniej go do czegoś użyć. Nic mu się nie chce. On nawet specjalnie niczego nie wyraża. Nie ma pomysłu na to, co chciałby wyrazić. Jest jednak pewna grupa ludzi, która najczęściej używa właśnie tego palca. Używa go mianowicie do dłubania w nosie. Do tego nadaje się idealnie, spełniając wszystkie parametry. A co najważniejsze, nie ma nic przeciwko, nie widzi w tym nic złego, nie ma żadnych większych ambicji. Można by powiedzieć, że ma w nosie wszystkie inne palce, a że one się tam nie zmieszczą i że ten nos już zajęty, to nie jego problem.

I jest jeszcze jeden palec. On niczego nie wytyka, nie chwali się, nie wygraża, nie wydłubuje oczu, ale też nie dłubie w nosie. Nie jest hop-siup do przodu, ale też nie wlecze się z tyłu. Jest niby w środku, ale jakby na uboczu. I myślę, że ktoś bardzo mądry nazwał go serdecznym. Tylko na niego warto założyć obrączkę. Chciałbym być serdecznym palcem. I bardzo proszę szanowną ewolucję, żeby mi go nigdy nie zabierała!