fbpx

Kolorowy świat Agaty

Kolorowy świat Agaty
(Fot. archiwum prywatne Agaty Kurek)

Kiedy rezygnowała z bezpiecznego etatu, ludzie pukali się w głowę. – Ale wiedziałam jedno: jeśli jestem w stanie dźwignąć samotne macierzyństwo, to poradzę sobie ze wszystkim innym – mówi Agata Kurek. Rzeczywiście, poradziła sobie. Dziś ma markę KOKOworld. Ubrania z tkanin z najdalszych zakątków świata projektują dla niej polscy artyści. Jest etycznie, jest odpowiedzialnie. I kolorowo.

Kraków, ulica Starowiślna. Jeśli idziesz z Rynku w kierunku Kazimierza, po prawej stronie zauważysz sklep z dużym napisem KOKO nad drzwiami. Wchodzisz do środka – wnętrze nawet w pochmurny chłodny dzień oszałamia kolorami jak z bazarów w Kolumbii, Senegalu czy Birmie. Jest egzotycznie i trochę bałaganiarsko. Jasne ściany i podłoga, drewniane półki, na suficie mapa świata, na wieszakach ciuchy. Plecaki i torby, kolorowe poduszki z papugami. Jedna dziewczyna idzie do przymierzalni z naręczem sukienek, druga mierzy opalizujące kolczyki z rybich łusek. Mały chłopczyk tuli materiałowego królika.

– Ubrania w moim sklepie są takie, jakie sama lubię: z naturalnych materiałów, wygodne, kobiece, barwne – mówi Agata Kurek, twórczyni marki KOKOworld, mama dwóch córek, dziesięcioletniej Martynki i prawie rocznej Helenki. – Moje klientki też takich ubrań szukają, podobają im się nawet najbardziej odjechane wzory. Ale też pytają, skąd te rzeczy pochodzą, z czego są zrobione, jak powstają. Kupują świadomie, to dla nich ważne.

Agata nie jest projektantką ani krawcową. Skończyła romanistykę i iberystykę. Podczas studiów działała w Salezjańskim Wolontariacie Misyjnym. – W Krakowie salezjanie budowali wtedy Wioskę Świata, takie miejsce, gdzie młodzi ludzie mogli zobaczyć, jak się żyje na innych kontynentach – wspomina. – W codziennej, bieżącej pracy wspomagali ich wolontariusze, czyli między innymi ja.

Kiedy praca jest pasją

Właśnie wtedy zaczęła marzyć o podróżach, zwłaszcza dalekich, egzotycznych. Na początku to były tylko marzenia, bo od razu po studiach poszła do pracy. – Do korporacji. Byłam specjalistką do spraw sprzedaży w firmie, która tworzyła software na rynki francuski i hiszpański, potem pracowałam w dziale HR dużego banku. Kiedy urodziłam córkę i poszłam na urlop macierzyński, dowiedziałam się o nowym projekcie salezjańskiego wolontariatu. – Chodziło o krótkie filmy dokumentalne z Peru i Kenii, kręcone w ramach tzw. Millennium Development Goals [MDG to osiem celów rozwoju w ramach projektu milenijnego ONZ, m.in. likwidacja skrajnego ubóstwa i głodu, zapewnienie powszechnego szkolnictwa na poziomie podstawowym – przyp. red.]. Dostałam się do projektu peruwiańskiego – opowiada. – Nie wahałam się ani chwili, choć Martynka miała wtedy zaledwie parę miesięcy. Zajęła się nią babcia.

W trakcie zdjęć Agata miała okazję przyjrzeć się życiu mieszkańców Peru. Poznawała ich trudną rzeczywistość, problemy, z którymi borykali się na co dzień. – W krajach rozwijających się pracę dają przede wszystkim wielkie firmy – wyjaśnia. – Dla pracodawców często najważniejsza jest po prostu tania siła robocza, nie liczą się ludzkie zdrowie, szkodliwe warunki pracy, niszczenie środowiska. Bywa, że ludzie pracują za głodowe stawki, bieda potrafi zmusić ich także do zaciągania pożyczek, które trudno potem spłacić. Koło się zamyka. Najbiedniejszych praktycznie nic nie chroni – nie mają wykształcenia, świadomości prawnej, nie mają się kogo poradzić – u nas są przynajmniej związki zawodowe, a tam?

Wśród ludzi, których poznała w Peru, byli też miejscowi rzemieślnicy, prawdziwi artyści. – Ja zawsze z każdej podróży przywoziłam rękodzieło, fascynowały mnie lokalne wzornictwo, kolory. Kupowałam biżuterię czy tkaniny bezpośrednio od wytwórców, zabierałam ze sobą do Polski mnóstwo pięknych rzeczy, część dla siebie, wiele dla przyjaciół, w prezencie. Już wtedy chodziło mi po głowie: „A może by tak stworzyć dla nich kanał sprzedaży w Polsce? W Europie?”.

Po przyjeździe z Peru wróciła do pracy. – Wytrzymałam kilka miesięcy – opowiada. – Potem wzięłam urlop, wypłaciłam z konta pensję i wyruszyłam w podróż życia na festiwal muzyczny w Timbuktu. Poznałam tam wielu świetnych młodych ludzi z całego świata. Była wśród nich Jane Tyska, amerykańska fotografka polskiego pochodzenia. Była Francesca, włoska reporterka, która żyła z pisania o podróżach. Był dziennikarz ze Stanów, poszukujący w Afryce talentów muzycznych – to on odkrył Bombino, gitarzystę z Nigru, który potem zrobił karierę w Kalifornii, a w tym roku był główną gwiazdą na festiwalu Globaltica w Gdyni. Czułam, że każdy z nich robi to, co kocha, że ich praca jest jednocześnie ich pasją. Zastanawiałam się, dlaczego ja tak nie mam. W Mali byłam dwa tygodnie – ciągnie Agata. – Kiedy wracałam z festiwalu, po trzech dniach podróży Nigrem odwiedziłam Mopti, miasto u ujścia Bani do Nigru. Rzemieślnicy, których tam spotkałam, specjalnie dla mnie uszyli piękne torby ze ścinków materiału.

Żeby mama była szczęśliwa

Wróciła z Mali i zaczęła działać. Najpierw rzuciła pracę w banku. Ludzie pukali się w głowę: przecież sama wychowuje córkę, Martynka ma zaledwie rok, etat to bezpieczeństwo, co miesiąc stała pensja, wolne weekendy, płatny urlop, pieniądze na opiekunkę. – Ale to właśnie córka dała mi siłę i odwagę – wyznaje Agata. – Wiedziałam jedno: jeśli jestem w stanie dźwignąć samotne macierzyństwo, to poradzę sobie ze wszystkim innym. Wolałam, żeby Martynka miała szczęśliwą mamę niż takiego smutasa, który wprawdzie wraca do domu po ośmiu godzinach, ale co ma do powiedzenia? Że przez cały czas klepał w klawiaturę?

Najpierw myślała o sklepie z egzotycznym rękodziełem. – Ale dla bezpieczeństwa na początku sprzedawałam także europejskie ubrania vintage – wyjaśnia. – Pojechałam do Francji i Włoch (znajoma powiedziała mi, że te ciuchy nie są tak zniszczone jak brytyjskie), przywiozłam kilka wielkich worków. Wiedziałam, że na to zawsze znajdą się klientki. Te ubrania często miały metki wielkich domów mody albo były projektowane i szyte na specjalne zamówienie. Pewnie jak były nowe, to kosztowały krocie.

Agata nie wzięła kredytu, część pieniędzy pożyczyła od rodziny i znajomych. – I znowu niektórzy patrzyli na mnie jak na wariatkę – przyznaje. – Nawet ojciec odradzał, chociaż sam miał firmę. Tak czy inaczej minęło zaledwie sześć tygodni od mojego odejścia z korporacji, kiedy otworzyłam sklep. Na początku wynajęłam małe pomieszczenie, 20 mkw., za to w dobrym miejscu, przy Starowiślnej. Skąd nazwa? Oczywiście, od nazwiska – już w podstawówce koledzy nazywali mnie „kurą” albo pieszczotliwie „kurką”. Ale akurat KOKOworld wymyśliła mama mojej przyjaciółki. Sklep zaczął zarabiać, pożyczone pieniądze oddałam już po paru miesiącach. Po roku zrezygnowałam z ciuchów vintage, bo zamarzyła mi się własna marka.

Biżuteria z rybich łusek

Agata wyobraziła sobie piękne ubrania o europejskim kroju, ale szyte z barwnych, wzorzystych egzotycznych materiałów. Rysowała pomysły na kartkach, zanosiła je do pani Cecylii, krawcowej, która niedaleko miała punkt przeróbek. I zaczęła szukać tkanin.

– Najwięcej czasu zajęło mi wytropienie rękodzielników, którzy tkaliby dla mnie materiały. Zwykle wyjeżdżałam w ciemno, gdzieś do Afryki, Ameryki Południowej czy Azji – opowiada. – Dopiero na miejscu zaczynałam się rozglądać. Pytałam gospodarzy, u których mieszkałam, ludzi w sklepie, przechodniów na ulicy. Zwłaszcza jeśli coś w ich stroju szczególnie mnie zainteresowało. Świetnym źródłem informacji byli taksówkarze i handlarze na bazarach. Nie, nie szukałam adresów w Internecie. Przeważnie jest tak, że firmy, które mają profesjonalne strony, robią masówkę dla turystów.

Najwięcej kontaktów nawiązała przez przypadek. W Kolumbii trafiła do maleńkiej miejscowości akurat w niedzielę, kiedy na rynku odbywał się targ rękodzieła. Gdyby przyjechała każdego innego dnia, nigdy nie poznałaby Eduardo, który do dziś robi dla niej ceramiczną biżuterię. Taką samą nosiły kobiety w dolinie rzeki Cauca w okresie cywilizacji Quimbaya, na długo przed Kolumbem. Eduardo korzysta z takich samych surowców: glinę bierze z okolicznych rzek, barwi ją naturalnie, wypala w temperaturze 1200 stopni Celsjusza w piecu własnego projektu. Pracują u niego kobiety z okolic Armenii, miasta w zachodniej Kolumbii, które samotnie wychowują dzieci. Dzięki tej pracy mogą utrzymać rodziny.

Na São Vicente, jednej z wysp archipelagu Wysp Zielonego Przylądka, Agata spotkała Ronise Cardoso, dziewczynę, która robi biżuterię z rybich łusek. – Przedstawiła mi ją Emilia, moja przyjaciółka, która mieszka na Wyspach już od siedmiu lat. Ronise nie ma najmniejszych problemów z surowcem, idzie do handlarza rybami i bierze, ile chce – śmieje się Agata. – Łuski to zwykłe śmieci, a przecież Ronise potrafi dostrzec ich urodę, zachwycić się tym, jak pięknie załamują światło, jakie są mocne i wytrzymałe. Jej praca jest niezwykle precyzyjna, każdą łuskę trzeba dokładnie przyciąć, aby nadać jej właściwy kształt. Biżuteria jest niepowtarzalna, nikt na świecie nie będzie miał identycznego pierścionka czy kolczyków.

Dostawcę z Indonezji Agata poznała przez kierowcę taksówki z Surakarty. – Gdzieś mnie wiózł i w pewnym momencie powiedział, że jego kumpel jest mistrzem batików [to tkaniny pokrywane woskiem i kąpane w barwnikach; miejsca pod parafiną pozostają niezabarwione, dzięki czemu na materiale powstają piękne wzory – przyp. red.] – wspomina. – „Chcesz, to cię zawiozę”, zaproponował. Chciałam. Tak poznałam Kisa Herry’ego Wibowę. Jego firma nazywa się J&J Crafts, robią batiki metodą pieczątek (cap) lub tulis. Te drugie mają bardziej wyszukane motywy, są ręcznie malowane, „pisane” woskiem. Wzory są niepowtarzalne, bo Kis Herry sam projektuje pieczątki.

Kolorowy świat Agaty
(Fot. archiwum prywatne Agaty Kurek)

Dziś Agata współpracuje z rękodzielnikami z każdego zakątka świata, ale wciąż jeździ i szuka. – Jak widzę gdzieś ładną tkaninę, to kupuję i ładuję do plecaka – mówi. – Jestem w stanie upchnąć nawet 300 metrów! Kilku dostawców jest z nią już na stałe; kontaktuje się z nimi przez WhatsApp, a oni wysyłają towar pocztą lub kurierem. Niektórzy pojawiają się na jeden, dwa sezony. – Kolorowe worki, które zrobili dla nas Indianie Wayúu z półwyspu Guajira, położonego na granicy Kolumbii i Wenezueli, rozeszły się jak ciepłe bułeczki – mówi. – Utkanie jednego zajmuje dwa tygodnie, wymaga wiedzy, wrażliwości, kreatywności. Według legendy wyplatania tych worków nauczył Indianki pająk Wale’kerü i teraz ta umiejętność przekazywana jest w plemieniu z matki na córkę.

Agata ciągle poznaje też nowych dostawców. Dogaduje się łatwo, zna nie tylko angielski, ale też francuski i hiszpański, potrafi liczyć po indonezyjsku. A bariery kulturowe? – Nigdy do tej pory nie zdarzyło mi się, żeby ktoś odmówił współpracy – podkreśla. – Ufają mi. Może to zasługa Martynki?

Bo starsza córka, odkąd skończyła dwa lata, jeździ z mamą prawie w każdą podróż. – Lubimy być razem. Była malutka, a już widziała małpę czy kolibra, nauczyła się paru słów po indonezyjsku – mówi Agata. – Jest zaszczepiona na choroby tropikalne, o inne rzeczy się nie martwię. Przecież nie wyjeżdżam z nią na Marsa, w Afryce czy w Azji też są dzieci! Szukamy mieszkania przez Couchsurfing, więc na miejscu spotyka rówieśników, bawi się z nimi, kiedyś tańczyła z dzieciakami na ulicy, bo tata jednego chłopca wystawił im magnetofon. Bariera językowa nie istnieje, ona zawsze się dogada, choć śmieszne wpadki też jej się zdarzają. Kiedyś z uporem maniaka mówiła o tukanach putany – a to w krajach hiszpańskiego obszaru językowego [puta to wulgarnie „prostytutka” – przyp. red.] naprawdę nie brzmi dobrze…

Etyczny dżins

Agata jest energiczna, otwarta, wesoła. Nie lubi opowiadać o problemach, ale to nie znaczy, że ich nie ma. W marokańskim Fezie znalazła kaletnika, który robił piękne torebki i szale. – Byłam u niego siedem razy i zawsze sama przywoziłam towar – opowiada. – Uznałam, że zasłużył na zaufanie, kolejne zamówienie zrobiłam przez Internet. Wtedy mnie oszukał, przysłał coś innego. Ale nieuczciwi ludzie są wszędzie, to nie ma nic wspólnego z miejscem czy kulturą.

Problemami krajów rozwijających się są korupcja, źle działające prawo, brak infrastruktury. Poza tym zdarzają się sytuacje nieprzewidywalne. – Kiedyś zamówiłam u Eduarda biżuterię na lato, miała dojść w czerwcu – wspomina Agata. – W tym czasie w Kolumbii wystąpiły wielkie powodzie. Dostaliśmy towar jesienią. Pamiętam też, jak go kiedyś poprosiłam o zdjęcia nowych wzorów. Odpowiedział: „OK, za dwa tygodnie, jak przyjedzie ktoś z aparatem fotograficznym”.

Trudne jest też to, że wielu ludzi, szczególnie w Afryce, widzi w białych szansę na lepsze życie. – Gdziekolwiek bym była, w Senegalu, Gambii czy Mali, każdy w pewnym momencie pytał: „Pomożesz mi przyjechać do Europy?”. Ale mnie się wydaje, że to nie jest rozwiązanie. Lepiej, żeby człowiek mógł godnie żyć tam, gdzie się urodził. Żeby nie porzucał rodziny. Może kiedyś sam założy szwalnię albo warsztat, da pracę kilku kolejnym osobom?

Kolorowy świat Agaty
(Fot. archiwum prywatne Agaty Kurek)

Marka KOKOworld kończy w tym roku dziewięć lat. – Dziś w naszej firmie pracuje 15 osób – mówi Agata. – Od początku współpracowaliśmy z rodzinną szwalnią spod Krakowa; dziś szyjemy już w kilku zaufanych szwalniach, a ubrania są projektowane nie tylko przez nas samych, jak na początku, lecz także przez projektantów zewnętrznych.

Dla marki pracują polscy artyści, wśród nich Gosia Grodzka (Maruna), która szyje saszetki-nerki z materiałów z recyklingu: barwnej ekoskóry i batikowych ścinków. – Eksperymentujemy też z tkaninami z recyklingu, jak ReTex z przetworzonych butelek PET – opowiada Agata. – Szyjemy z tego bomberki zdobione kwiatowymi wzorami, które zaprojektował malarz Dawid Polony. Na jedną kurtkę wychodzi około 15 butelek.

Ideę zero waste doceniają klientki. Agata mówi o nich „KOKOszki”, ale do kur domowych im daleko. – To cudowne kobiety: aktywne, odważne, dokonujące świadomych wyborów. Od razu włączyły się na przykład w naszą akcję Jeans for a Better World – cieszy się. – Zbieramy stare dżinsy, szyjemy z nich różne rzeczy, sprzedajemy je, a zebrane pieniądze przekazujemy potrzebującym (dwa lata temu był to dom dziecka w Ugandzie). W tym roku ze starych spodni powstały maskotki-żółwie tartaruga, pakowne torby, żeglarskie plecaki, fajne nerki – całkowity dochód pójdzie na edukację nastolatek na Cabo Verde. Dlaczego akurat dżins? Bo jego produkcja bardzo obciąża środowisko, choćby ze względu na chemiczne barwniki czy ogromne zużycie wody. A skoro już przy tym jesteśmy: ostatnio stworzyliśmy kolekcję DENIMolution. Są w niej dżinsy z tencelu, materiału certyfikowanego przez firmę Lenzing, oraz swetry z recyklingowanego dżinsu. Udowadniamy, że również dżins może być etyczny, odpowiedzialny.

Firma Agaty szerzy ideę sprawiedliwego handlu; była pierwszą firmą modową w Polsce, która zaczęła sprowadzać produkty z certyfikatami Fair Trade i WFTO (World Fair Trade Organization). Dziś KOKOworld bierze udział w spotkaniach i debatach, uczy innych, czym jest etyczna moda. – To partnerstwo oparte na przejrzystości i szacunku w stosunku do partnerów handlowych i do klientów. To także wybór certyfikowanych materiałów, takich jak tencel czy organiczna bawełna. To wreszcie fakt, że ceny ubrań są adekwatne do kosztów surowca i produkcji. W sklepie nie ma spektakularnych promocji. Bo 70-, 80-procentowe obniżki cen, typowe dla sieciówek, wynikają z olbrzymiej nadprodukcji lub produkcji źle zaplanowanej, a przede wszystkim – z niewiarygodnie niskich kosztów szycia. Etyczna moda to także wiedza, skąd pochodzi rzecz, którą wkładasz. Kto ją dla ciebie zrobił i w jakich warunkach – dodaje Agata. – Nie możemy zachowywać się tak, jakby nas to nie obchodziło.