fbpx

Święta – bliskość czy trauma?

Święta - bliskość czy trauma?
ilustracja Agata Nowicka

Święta kojarzą się z bliskością, ciepłem, rytuałami. Na ogół. Ale dla wielu z nas oznaczają stres, nawet traumę. Dlatego coraz częściej świętujemy po swojemu. Wyjeżdżamy na narty albo do ciepłych krajów, zaszywamy się w domu i oglądamy seriale. Czasem to chęć ucieczki od czegoś, co święta wyzwalają, a czasem do tego, co nam się marzy. Wygrywa pragnienie życia w zgodzie ze sobą. Czy przegrywają święta?

Anita, lat 32, menedżerka w firmie tele-informatycznej (na wizytówce: customer relationships manager), aktualnie singielka. Do niedawna wszystkie święta spędzała w domu rodzinnym na Podkarpaciu. W czasie studiów przyjeżdżała z Warszawy odpowiednio wcześniej, żeby razem z mamą i siostrami gotować, piec, ubierać choinkę. Gdy zaczęła pracować, zjawiała się dopiero w Wigilię. Czasem pędziła na złamanie karku, bo jeszcze w ostatniej chwili kupowała prezenty. Bywało, że czekano na nią z wieczerzą do północy. To był czas, gdy kończyła studia podyplomowe MBA, budowała dział w firmie, rozstawała się z chłopakiem, z którym chodziła od liceum. Urlop? Nie była od lat. Gdy kadry naciskały, brała fikcyjny.

– Świąt trzy lata temu w ogóle nie pamiętam. Przyjechałam tak zmęczona, że cały pierwszy dzień przespałam. A następnego musiałam wracać. Rodzice smutni, siostry poobrażane, babcia wymownie wzdychająca. Pamiętam, że wracałam autem z pełnym bagażnikiem mięs, wędlin, ciast i się zastanawiałam: „Dlaczego to wszystko robię? Biorę wałówkę, a potem ją wyrzucam. Przyjeżdżam na dzień, chociaż marzy mi się zostanie w Warszawie. Nie mam odwagi choć raz zrobić tak, jak chcę”.

Rok wcześniej koleżanka z działu zaproponowała jej dołączenie do paczki i wyjazd do Omanu w przerwie świąteczno-sylwestrowej. – No co ty, moja rodzina by tego nie przeżyła – odpowiedziała. Naprawdę wtedy tak myślała – że święta, jakie pamięta od dziecka, są nie do zmiany. I że nie może zrobić przykrości rodzinie.

– To nie było jednak tak, że przyjeżdżałam z przymusu. Lubiłam ten czas, te zapachy, tę krzątaninę w kuchni, śpiewanie kolęd, trochę mniej – siedzenie przy stole, ale to też miało swój urok. Przyszedł jednak w moim w życiu inny czas – robiłam karierę, urządzałam się w stolicy. Do tego doszedł kryzys wiary i koniec długoletniego związku. To już nie byłam dawna ja. A jadąc na święta, zachowywałam się tak, jakby nic się nie zmieniło. Grałam? Raczej – boleśnie się dostosowywałam.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Dwa lata temu przyjechała do domu w pierwszy grudniowy weekend. Z prezentami i postanowieniem, że otwarcie zakomunikuje rodzicom swoją decyzję. Nie zapyta, czy może tak zrobić, tylko powie, patrząc im oczy (miała tę kwestię dokładnie przećwiczoną). I powiedziała: „Mamo, tato, w tym roku nie przyjadę do was na święta. Wybieram się z przyjaciółmi na Bali. To jedyny okres w ciągu roku, kiedy mogę wyjechać z pracy na dwa tygodnie. Muszę odpocząć, od pięciu lat nie byłam na urlopie. A poza tym chciałabym pojeździć po świecie, tak mało dotąd widziałam”.

– Mama wykrztusiła coś w tym rodzaju: „Jasne, no pewnie”. Tata nawet zażartował: „Zabierz gałązkę jodły, bo tam nie będzie choinki”. I po sprawie. A ja woziłam się z tą decyzją kilka lat! W tym roku po raz trzeci będę w święta poza domem. Rodzice nie tylko to zaakceptowali, ale mi kibicują. Chwalą się sąsiadom, gdzie to ja jestem. W Wigilię łączymy się na Skypie, składamy sobie życzenia. A po powrocie jadę do nich, oglądamy zdjęcia, opowiadamy, co się wydarzyło. Coś czuję, że za rok pojadę do domu. Ale to będzie moja decyzja, nie przymus. Bo co to za świętowanie pod przymusem?

O co chodzi w świętowaniu? Kulturoznawcy definiują je jako doświadczanie czegoś niecodziennego, rzadkiego, czego nie robimy i czego nie mamy w dniu powszednim.

 

ilustracja Agata Nowicka

Kochamy rytuały

Socjolog Mikołaj Pawlak z Instytutu Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji UW: – Świętowanie ma podkreślić nadzwyczajność danego momentu. I antropologowie, i socjologowie patrzą na nie właśnie jako na coś, co symbolicznie podkreśla ważność pewnych naszych działań. Bo to, co robimy, świętując, niekoniecznie ma sens praktyczny, funkcjonalny, ma natomiast pomóc nam uświadomić sobie, kim jesteśmy, albo zintegrować się jako społeczność.

CBOS od lat bada znaczenie świąt i sposoby ich obchodzenia przez Polaków. Zgodnie z deklaracjami, niezmiennie od sześciu lat Boże Narodzenie to dla nas przede wszystkim święta rodzinne (53 proc.), a tylko nieco ponad jedna czwarta ankietowanych podkreśla ich wymiar religijny (27 proc.). I choć ten aspekt zyskał od 2015 roku cztery punkty procentowe, to nadal jest wskazywany rzadziej niż w latach 2007–2011. Co szósty badany (16 proc., spadek o 2 punkty) święta Bożego Narodzenia postrzega przede wszystkim jako podtrzymywanie tradycji chrześcijańskiej. W badaniach dużo lepiej od samych świąt wypadają świąteczne rytuały. Niemal we wszystkich polskich rodzinach kultywowany jest zwyczaj wzajemnego składania sobie życzeń (99 proc.), dzielenia się opłatkiem i jedzenia wigilijnych potraw (po 98 proc.). Prawie wszyscy (97 proc.) ubierają choinkę, odwiedzają krewnych i znajomych (94 proc.), przygotowują dodatkowe nakrycie na stole dla niespodziewanego gościa (90 proc.), obdarowują się nawzajem prezentami (90 proc.) oraz poszczą w Wigilię (87 proc.). W większości polskich domów śpiewa się kolędy (79 proc.), czeka z rozpoczęciem kolacji na pierwszą gwiazdkę (77 proc.), wkłada pod obrus siano (75 proc.). Nieco mniej popularne są zwyczaje stricte religijne, takie jak odmawianie modlitwy i odczytywanie fragmentu Pisma Świętego (67 proc.), udział w pasterce (66 proc.) oraz przystępowanie do spowiedzi (65 proc.).

– Rytuałem związanym ze świętami Bożego Narodzenia, który ma się świetnie, a nawet coraz bardziej się rozprzestrzenia, i to poza aspektem religijnym, jest obdarowywanie się prezentami. A w naukach społecznych wymiana darów jest traktowana jako element podtrzymujący więzi społeczne – mówi Mikołaj Pawlak. – Dar nie musi być praktyczny. Polacy wydają coraz więcej na prezenty, bo są coraz bardziej majętni. Ale też są namawiani do kupowania, bo Boże Narodzenie to świetny interes dla firm. Niemniej jednak wymiana darów służy przede wszystkim podkreślaniu relacji i tu drastycznych zmian nie obserwujemy.

Moja decyzja, nie przymus

Marianna, 50 lat, lekarka, rozwiedziona, mama dwóch dorosłych córek, tegoroczne święta Bożego Narodzenia zaplanowała pół roku wcześniej. Z takim wyprzedzeniem planuje święta od 12 lat, czyli od rozwodu. W tym roku – w ramach misji Lekarze bez Granic – jedzie do Pakistanu. Pięć ostatnich świąt spędziła w obozach dla uchodźców: na Lampedusie, w Aleppo.

A wcześniej? Jej święta były wzorcowo tradycyjne. Z rodziną (rodzicami, teściami) w dużym domu pod Warszawą, którego dorobili się z mężem (też lekarzem). Przy choince, tradycyjnych potrawach, z prezentami, ale także z kolędami i z obowiązkową pasterką, bo obie rodziny są wierzące i gorliwie praktykujące.

– Teraz, jak patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, to widzę, że ten idylliczny obrazek świąt, te zapachy, kolory, smaki, uśmiechy, to było piękne opakowanie skrywające okropną rzeczywistość, jak u Dulskich. Teść zwracał się do teściowej: „Mamuśka, słońce”, kupował jej drogie prezenty, a okazało się, że przez całe lata ją zdradzał. Syn poszedł w jego ślady, a nawet krok dalej, bo miał nie tylko kochankę, ale i dziecko. Logistycznie radził sobie świetnie, podwójne życie wiódł przez sześć lat. W święta, targany poczuciem winy, wznosił się na małżeńskie i ojcowskie wyżyny. Z namaszczeniem ubierał choinkę, obwieszając ją na koniec łańcuchem, takim z kolorowych kółeczek, który zrobił jako dziecko ze swoją mamą i bratem. Opowiadał przy tym rzewną historyjkę, jak to było. Świąteczne teatrum kwitło. Wspominam je z obrzydzeniem.

Rozwód odbył się bez prania brudów w sądzie, za porozumieniem stron, z sowitym uposażeniem od eks dla niej i dla dzieci. Jego rodzina jest znana i majętna, nie może więc dopuścić do uszczerbku na wizerunku, ironizuje Marianna. Po rozwodzie zerwała kontakty z mężem i – jak to określa – z szopką pseudoświąteczną. Świąt jako takich w jej życiu już nie ma. Wyjeżdża wtedy tam, gdzie uważa, że jest naprawdę potrzebna, czyli do ludzi bezdomnych, uciekających przed wojną, chorych. Zawsze chciała pomagać innym, dlatego poszła na medycynę. Teraz ma czas i pieniądze, żeby robić to na sto procent. Co na to córki? Nie chcą takich świąt, jakie pamiętają. Wyjeżdżają razem z przyjaciółmi. Zapowiadają, że jak tylko zrobią specjalizacje (obie studiują medycynę), będą jeździć z nią. Na razie jej kibicują.

– Nie spędzam świąt tak jak wszyscy, ale robię to, co sprawia mi radość, daje poczucie sensu. I co chyba najważniejsze w kontekście idei tych świąt – dzielę się z potrzebującymi tym, co mam i umiem. Czy nie o to chodzi? – pyta zaczepnie Marianna.

Psycholożka Małgorzata Godlewska z Wydziału Psychologii Uniwersytetu SWPS: – Jeżeli uznać, że świętowanie to robienie czegoś innego, niż robimy na co dzień, to wyjazdy na Boże Narodzenie z akcjami humanitarnymi czy do ciepłych krajów są rodzajem świętowania. Bo ludzie, choć nie celebrują tego czasu jak zazwyczaj, przy suto zastawionym stole, tylko pomagając innym, podróżując, to robią przecież coś innego niż na co dzień.

ilustracja Agata Nowicka

Uciekamy jak najdalej

We współczesnych formach świętowania często nie chodzi jednak o świętowanie, tylko o ucieczkę od problemów rodzinnych i ewentualnych konfliktów przy wigilijnej kolacji.

– Ucieczka to nie jest najlepszy sposób radzenia sobie z problemami, ale każdy radzi sobie jak umie. Zwłaszcza w trudnych sytuacjach. A jak pokazują analizy psychologiczne, święta Bożego Narodzenia znajdują się na liście najbardziej stresujących wydarzeń w życiu człowieka. Wprawdzie są pod koniec listy, którą otwiera śmierć małżonka, ale już sama na niej obecność, w towarzystwie bardzo poważnych wydarzeń życiowych, wydaje się znacząca. Skoro się tam znalazły, to znaczy, że kojarzą się z obawami popartymi doświadczeniem, że faktycznie ten czas może przebiegać burzliwie. Ludzie uznają, że lepiej świąt unikać niż konfrontować się z pozostałymi członkami rodziny. No bo co się w święta dzieje? Spotykamy ludzi, których rzadko widzimy. I przy rodzinnym stole nadarza się świetna okazja, żeby zapytać albo być zapytanym: „Co u ciebie słychać? Kiedy zdecydujesz się na dziecko? A co z obroną twojej pracy? A co z twoją dietą?”. To pytania nieprzyjemne, które konfrontują nas z nami samymi, z naszymi słabościami, problemami. Ktoś pyta w dobrej wierze, ktoś inny powodowany wścibstwem, ale niezależnie od motywacji te pytania zmuszają nas do tego, żeby się zastanowić nad swoim życiem. Na co dzień biegamy od sprawy do sprawy, mamy mało momentów, które nas przytrzymują i powodują refleksję, wgląd w siebie. A tutaj jesteśmy do tego niejako zmuszeni. Jeśli ktoś na co dzień unika refleksji, to dla niego takie rozmowy przy świątecznym stole mogą być trudne. Zatem ucieczka być może jest jakimś rozwiązaniem. Nie długofalowym, tylko na chwilę. Oczywiście, takie zachowania są często nieuświadomione. Człowiek nie myśli: „Wyjadę, żeby uniknąć trudnych pytań”, tylko po prostu stwierdza: „Mam okazję, to jadę, po co będę z nimi siedział”. Ale pod spodem tych decyzji często kryje się mechanizm ucieczkowy.

Chcemy po swojemu

Kamil, lat 35, inżynier budowlany, rok temu wrócił z zagranicznego kontraktu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Przez pięć lat nie obchodził świąt po polsku. Jak się z tym czuł?

– Brakowało mi wszystkiego, do czego przywykłem, ale świąt akurat nie. Bo u nas w domu to był ciężki czas, zawsze kończyło się awanturą. Po powrocie, oczywiście, pojechałem na święta. I nic się nie zmieniło, już przy kolacji wigilijnej zaczęła się polityczna jazda, bo w rodzinie są zwolennicy różnych opcji. A do tego doszło wypytywanie: „Kiedy się ożenisz? Dlaczego nie myślisz jeszcze o dziecku?”. I tak dalej. A ja na razie nie wezmę ślubu i nie myślę o dziecku. Wiem, że rodzice nie zmienią swojego podejścia do wielu spraw, że ich nie przekonam, choćbym stawał na głowie. Mam jedno życie i nie zamierzam układać go pod ich dyktando. Święta spędzamy więc z moją partnerką sami. Zostajemy w domu, śpimy do południa, chodzimy w dresach, oglądamy seriale, pijemy wino. I mam wrażenie, że wszystkim wychodzi to na dobre.

Coraz więcej młodych ludzi ma odwagę obstawać przy swoim. Nie chcą słuchać dobrych rad babci, politycznych agitacji wujka, prób urządzania im życia, narzucania standardów.

Małgorzata Godlewska uważa, że do świąt trzeba się przygotować nie tylko organizacyjnie, ale także mentalnie. To znaczy – zastanowić się, czego od świąt oczekuję, co zrobić, żeby ten czas był dla mnie wyjątkowy i wartościowy. Skoro co roku pytają mnie, czy będę mieć dziecko, to w tym roku też zapytają. Może więc zamiast się irytować, warto przygotować się do odpowiedzi? Jeżeli pobudza nas emocjonalnie to, co ktoś do nas mówi, to prawdopodobnie poruszony wątek jest dla nas istotny. Nieważne słowa nie wywołują takich emocji. Jak wtedy reagować? Krzyknąć: „Odczepcie się”? Półgębkiem, dla świętego spokoju szepnąć: „No dobrze”?

– Sposoby: ucieczkowy, lękowy ani tym bardziej agresywny, nie są dobrymi rozwiązaniami – mówi psycholożka. – Najlepsze jest reagowanie asertywne, czyli zgodne z tym, co myślę, i z szacunkiem dla innych. Święta są szansą, którą można wykorzystać albo zmarnować. Jeżeli wiem, że spotkam wtedy osoby, z którymi się nie zgadzam, to może warto ich wysłuchać i odpowiedzieć spokojnie, co myślę. To jednak możliwe jest tylko wtedy, gdy sama wiem, czego chcę. Z pewnymi osobami, niezależnie od naszych starań, racjonalnego dyskursu prowadzić się jednak nie da. Wujek wie swoje. Jeżeli jesteśmy przekonani, że nie ma szans na rozmowę, to lepiej z niej zrezygnować.

Idą zmiany

Gdy Mikołaj Pawlak proponuje studentom: „Wyobraźcie sobie sytuację, że powiecie rodzicom: »Nie przyjadę na Wigilię«”, duża część z nich wybucha śmiechem. To dla nich niewyobrażalne. Ich reakcja pokazuje, jak silna to tradycja. Święta są bardzo ważne dla większości z nas. Inaczej nie wkładalibyśmy tyle wysiłku w ich przygotowanie, oprawę, przebieg. Ważne są nawet dla tych, którzy je kontestują. Bo nie jest im wszystko jedno, jak i z kim je spędzą. Tak naprawdę oprotestowują nie same święta, tylko ich formę. Już sam fakt, że ludzie tak silnie emocjonalnie reagują na święta – denerwują się na samą myśl o nich albo wzruszają – świadczy o tym, że to bardzo istotny czas. Niepozbawiony jednak wyzwań. Bo, jak zauważają psychologowie, święta są dla rodziny takim papierkiem lakmusowym sprawdzającym jakość relacji. Jeśli relacje są dobre, to i święta są dobre. Jeśli mamy problemy – to najpiękniejsza choinka ich nie zasłoni.

Jak pokazują badania, większość Polaków uważa święta Bożego Narodzenia za najważniejsze w roku. Mikołaj Pawlak zauważa, że z punktu widzenia religii katolickiej one nie są jednak tak istotne jak Wielkanoc, bo esencją religii jest ofiara Chrystusa. Boże Narodzenie zostało zasymilowane przez Kościół katolicki od ludów germańskich, które celebrowały różne rytuały związane z najkrótszym dniem w roku. A nam się wydaje, że rytuały z nimi związane mają religijne pochodzenie i są odwieczne. Tymczasem choinkę rozpowszechniono sto lat temu, Świętego Mikołaja wypromowała w latach 30. ubiegłego wieku Coca-Cola. Do dzisiaj nie jest on popularny w całej Polsce, prezenty przynoszą też aniołki czy Gwiazdor. Mamy cały przemysł śledzików, sutych wigilii firmowych, na których pije się alkohol, a nawet tańczy, a przecież to czas adwentu. Te imprezy są w gruncie rzeczy pogańskie, a mówi się, że one podtrzymują stare religijne tradycje.

– Wydaje nam się, że jesteśmy nowocześni i coraz bardziej racjonalni, ale tak naprawdę wiele rzeczy, które robimy, ma charakter rytualny i czysto symboliczny. Przy czym te obrzędy i rytuały się zmieniają. Stopniowo, więc czasem tej zmiany nie zauważamy. Już nie gotujemy 12 dań wigilijnych, ale je zamawiamy. Nie robimy ozdób choinkowych, tylko kupujemy bombki. Zamiast kartek świątecznych piszemy SMS-y i mejle. I to nie tylko do rodziny, także – do współpracowników.

Czy święta odejdą do lamusa?

– Nie, nie odejdą, tylko będą się przekształcać – odpowiada Mikołaj Pawlak. – Jest wiele sił, które pilnują, żeby one były. Myślę przede wszystkim o biznesie, któremu zależy, żeby jak najwięcej nam sprzedać. Bo to biznes wytwarza nasze potrzeby. Mogę więc doskonale sobie wyobrazić, że firmy będą reklamować wycieczki do krajów tropikalnych jako swoisty sposób świętowania. Ostaną się też świąteczne rytuały. Bo ludzie odczuwają potrzebę ich obchodzenia, mimo że odchodzą od rytuałów czysto religijnych. Święta nie upadną, tak jak nie upadnie rodzina, której niektórzy wieszczą rychły koniec. Rodzina ma się świetnie, jest tylko na nowo definiowana. Ludzie podkreślają więzi istotne dla nich, a niekoniecznie te biologiczne. Boże Narodzenie przetrwa, o to jestem spokojny. Inaczej będzie się przejawiać, ale nadal będziemy potrzebowali się integrować, podkreślać swoją wspólnotowość. Czy to w dużym gronie w domu rodziców, czy z najbliższą rodziną, czy z przyjaciółmi w ciepłych krajach. Bo jeśli świętujemy, to zawsze z kimś. Nikt nie robi tego w samotności. Wbrew różnym rozpowszechnionym strachom nie damy rady żyć bez siebie.

ZAMÓW

E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>