Niektórzy godzinami przestawiają meble, zmieniają zasłony, szukają idealnego stolika na targu staroci. Katarzyna Godlewska, założycielka marki suplementów diety Nikalab, do nich nie należy. O swoim mieszkaniu mówi bez wielkich emocji. Wygoda to słowo klucz. A klimat? Światło i zapach tworzą je każdego dnia od nowa.
Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 10/2026.
Mieszkanie na Dolnym Mokotowie kupili cztery lata temu. Nie było wielkiego planu ani marzeń o „tym jedynym miejscu”. Raczej rozsądna decyzja i poczucie, że właśnie tutaj będzie im się dobrze żyło. Blisko Łazienek, szkoły, pracy, kina. W mieście, którego Katarzyna Godlewska nie planuje zamieniać na dom pod lasem. Twierdzi, że z wiekiem nauczyła się akceptować kompromisy.
W mieszkaniu zawsze znajdzie się coś, co mogłoby być inne. Zamiast szukać ideału, woli urządzić przestrzeń tak, żeby po prostu dobrze się w niej mieszkało.
Kiedy zaczęli remont, od razu wiedziała, że nie chce robić wszystkiego sama. Zaprosiła do współpracy architektkę Martę Napiórkowską. – Podobały mi się wcześniejsze realizacje Marty. Wiedziałam, że potrzebuję kogoś, kto poukłada moje pomysły, ale jednocześnie zaproponuje rozwiązania, na które sama nigdy bym nie wpadła – mówi. Dzisiaj, kiedy inspiracje wnętrzarskie mamy dosłownie na wyciągnięcie ręki, łatwo uwierzyć, że wystarczy kilka wieczorów na Pintereście i gotowe. Tymczasem dobry architekt wnętrz nie tylko zestawia kolory czy wybiera lampy. Bierze pod uwagę światło o różnych porach dnia, proporcje, ciągi komunikacyjne i to, jak dom będzie funkcjonował za pięć czy dziesięć lat.
(Fot. Martyna Rudnicka)
– Myślę, że największym urokiem współpracy z Martą było to, że projektowała nie tylko wnętrze. Tworzyła też jego elementy. Lampy, stół czy wyspa kuchenna powstały specjalnie do tego mieszkania. Dzięki temu ono jest naprawdę nasze – tłumaczy.
To chyba największa wartość pracy z dobrym architektem – nie narzuca własnego stylu, tylko sprawia, że dom wydaje się naturalną przestrzenią dla ludzi, którzy będą w nim mieszkać.
(Fot. Martyna Rudnicka)
Po przekroczeniu progu od razu zwraca się uwagę na lampy. Jest ich sporo, ale żadna nie próbuje grać pierwszych skrzypiec. – Nie mamy jednego mocnego światła. Jest za to wiele punktów, którymi można budować nastrój. Wieczorem to mieszkanie wygląda zupełnie inaczej niż rano – tłumaczy właścicielka. Oświetlenie jest tu ważne nie tylko po zmroku, bo za oknami rosną wysokie drzewa, więc choć okna są duże, światła dziennego nie wpada aż tyle, ile mogłoby się wydawać. Raz wystarczy niewielka lampka przy sofie, innym razem światło nad wyspą albo kinkiety w kuchni. Nie chodzi o to, żeby było jaśniej. Bardziej o to, żeby było przyjemniej. Żeby po całym dniu tempo trochę zwolniło.
Światło buduje nastrój, ale nie ono pierwsze mówi nam, że jesteśmy u siebie. Czasem szybciej robi to zapach. Jeszcze kilka lat temu Katarzyna Godlewska, jak większość z nas, sięgała po świece i patyczki zapachowe. Dopiero praca nad własną linią aromaterapii dla Nikalab sprawiła, że zaczęła zgłębiać temat dużo bardziej wnikliwie. Im więcej czytała o naturalnych olejkach eterycznych i ich działaniu, tym bardziej zmieniały się jej codzienne wybory.
Dziś mówi wprost, że do syntetycznych kompozycji nie chciałaby już wracać. – Kiedy zaczęłam poznawać świat naturalnych zapachów, zrozumiałam, jak ogromną różnicę robi to, co naprawdę znajduje się w środku. Od tamtej pory świece i klasyczne odświeżacze właściwie zniknęły z naszego domu – opowiada.
(Fot. Martyna Rudnicka)
Zamiast nich pojawiły się dyfuzory i niepozorne miseczki z kamieniami wulkanicznymi. W większej, otwartej przestrzeni salonu elektryczny dyfuzor delikatnie rozprowadza zapach w całym wnętrzu. W sypialni i łazience wystarczą porowate kamienie – kilka kropli olejku wsiąka w ich powierzchnię i uwalnia aromat powoli, bez podgrzewania i bez użycia prądu.
– W sypialni wybieram kompozycje sprzyjające wyciszeniu, w salonie częściej pojawia się energia albo uważność. To tak zwane zapachy funkcjonalne, wpływają na nasz organizm w określony sposób, na poziomie emocjonalnym, psychologicznym, a nawet fizycznym, a przy tym nie atakują nas od progu z przesadną intensywnością, są raczej niewidocznym dopełnieniem wnętrza – mówi gospodyni.
Kiedy zaczęli projektować mieszkanie, Katarzyna Godlewska od początku wiedziała, że nie potrzebuje kuchni rodem z programu kulinarnego. – Pamiętam, jak mówiłam Marcie: „Ja naprawdę dużo nie gotuję, więc nie przesadzajmy z tą kuchnią” – śmieje się. Dlatego zamiast dominującej zabudowy z wielkim okapem i wielozadaniowym piekarnikiem powstała otwarta przestrzeń, w której wyspa bardziej przypomina elegancki kredens niż typowy kuchenny mebel. To właśnie wokół niej toczy się dziś codzienne życie – łączy salon z jadalnią i zachęca, by przysiąść choć na chwilę.
(Fot. Martyna Rudnicka)
Co ciekawe, przez cztery lata od przeprowadzki właścicielka zdążyła zmienić zdanie. – Gotowanie zaczęło mi sprawiać przyjemność, myślę, że gdybym projektowała to mieszkanie dzisiaj, kuchnia wyglądałaby trochę inaczej – przyznaje. Są jednak rzeczy, których nie zmieniłaby na pewno. Jedną z nich był pomysł na trzy oddzielne strefy łazienkowe. Niewielka toaleta przy wejściu sprawia, że goście mają własną, dyskretną przestrzeń, a domownicy nie muszą dzielić się prywatnością. Z kolei główna łazienka z wanną stała się miejscem wieczornego wyciszenia, a osobna łazienka syna pozwala uniknąć niepotrzebnego napięcia, gdy wszyscy jednocześnie szykują się do wyjścia.
– Lubię, kiedy dom jest po prostu wygodny. Tak zaprojektowany, żeby ułatwiał codzienność, a nie ją komplikował.
Patrząc na to mieszkanie, łatwo pomyśleć, że jest po prostu ładne. Dopiero po rozmowie okazuje się, że nic nie znalazło się tu przypadkiem. Ani światło. Ani materiały. Ani zapach. I chyba właśnie dlatego nie ma w nim nic pokazowego. Jest za to coś znacznie trudniejszego do osiągnięcia – poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu.