1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Michał Korkosz, czyli Rozkoszny, ma 28 lat i mówi: „Spełniły się praktycznie wszystkie moje marzenia. To piękne i straszne jednocześnie”

Michał Korkosz, czyli Rozkoszny, ma 28 lat i mówi: „Spełniły się praktycznie wszystkie moje marzenia. To piękne i straszne jednocześnie”

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
(Fot. Aleksandra Zaborowska)
Uwierzycie, że to już 10 lat działalności Rozkosznego, czyli Michała Korkosza, blogera i autora książek kulinarnych? On sam czasem nie może w to uwierzyć… – Świat bardzo się zmienił. Ja się zmieniłem – mówi. Natomiast jedno jest pewne: ten chłopak wciąż wie, co to znaczy dobry smak. W każdym tego słowa znaczeniu.

Spis treści:

  1. Rozkoszny: „Jestem człowiekiem ekstremalnie solarnym”
  2. „Słodkie Rozkoszne”: dlaczego Rozkoszny staje w obronie deserów?
  3. Gotowanie, bliskość i wspólne chwile. Dlaczego jedzenie łączy ludzi?
  4. Od kulinarnego bloga do międzynarodowego sukcesu. Historia Rozkosznego
  5. Rozkoszny po 10 latach kariery: „Dziś nie chcę już żyć w niekończącej się pogoni”

  • Michał Korkosz, znany jako Rozkoszny, świętuje 10-lecie działalności. Opowiada o swojej drodze od kulinarnego bloga do międzynarodowych sukcesów i o tym, jak zmieniło się jego podejście do życia.
  • „Nie jestem chyba jedyną osobą, która zadaje sobie pytanie: czy mój zawód będzie istniał za pięć lat?” – przyznaje, mówiąc o rozwoju sztucznej inteligencji.
  • Autor książki „Słodkie Rozkoszne” przekonuje, że w świecie diet, pośpiechu i nieustannej optymalizacji potrzebujemy więcej przyjemności, wspólnych chwil i… podwieczorków.
  • „Dziś nie chcę już żyć w niekończącej się pogoni” – mówi Rozkoszny, który po spełnieniu zawodowych marzeń odkrywa, jak ważne są odpoczynek i czas z bliskimi.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 11/2026.

Rozkoszny: „Jestem człowiekiem ekstremalnie solarnym”

Joanna Olekszyk: Zawsze uśmiechnięty, umiejący znaleźć pozytyw w każdej rzeczy, podążający za słońcem. Taki jest Rozkoszny?

Michał Korkosz, Rozkoszny: Jestem człowiekiem ekstremalnie solarnym. Świeci słońce – rozkwitam, gaśnie – więdnę. Myślę, że wiele osób tak ma. A czy zawsze jestem uśmiechnięty? Wyznaję zasadę, że chcę się dzielić z innymi raczej dobrą energią i inspirować do czerpania przyjemności z życia. Nieważne, gdzie jestem, staram się wyciskać ją z każdej chwili. Nawet jeśli jakiś moment nie jest tak idealny, jak go sobie wymyśliłem, to i tak znajdę w nim coś dobrego. Moi bliscy powtarzają, że jestem najbardziej niepoprawnym optymistą, jakiego znają.

Kiedy słońce gaśnie, robisz się mroczny, smutny, marudny?

Raczej usychający… Trudno mi wtedy czerpać z życia pełnymi garściami, co staram się robić na co dzień, pielęgnując w sobie dziecięcą energię.

Czytam czasem o sobie komentarze w stylu: „To jest niepoważne, dlaczego on je tak, że się musi cały pobrudzić?”, ale ja naprawdę robię to całym ciałem, całym sobą.

Przed chwilą jedliśmy świeże jagodzianki i czułem te jagody na ustach, na policzkach, na palcach. To jest moja definicja szczęścia.

(Fot. Aleksandra Zaborowska) (Fot. Aleksandra Zaborowska)

Chciałam podrążyć to usychanie… Miewasz wtedy czarne myśli?

Miewam…

Czego one dotyczą? Siebie samego, innych ludzi, tego, co dzieje się na świecie?

Wszystkiego, o czym mówisz. To jest cały pakiet. Myślę o mojej ukochanej babci, która coraz bardziej poddaje się starości, widzę, jak to ją zmienia. Jeszcze kilka lat temu była wulkanem energii, a teraz sama przyznaje, że coraz częściej nie ma siły. Ale myślę też o tym, co się dzieje na świecie, o zmianach, które dotykają choćby moją branżę.

Nie jestem chyba jedyną osobą, która zadaje sobie pytanie: czy mój zawód będzie istniał za pięć lat? Wchodzę na Facebooka i widzę konta kulinarne w stu procentach wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Jest to zwyczajnie niesmaczne.

Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś chciał korzystać z przepisów, których nikt wcześniej nie przetestował, a jednak te konta mają po tysiące lajków. I wtedy przychodzi czarna myśl. No bo czy taka prawdziwa, rzemieślnicza praca, którą wykonuję na co dzień, będzie się liczyła?

Ktoś może spytać: jaki jest sens w czasach gotowych przepisów z termomiksa czytać i pisać książki kulinarne?

Też zadaję sobie to pytanie [śmiech].

(Fot. Aleksandra Zaborowska) (Fot. Aleksandra Zaborowska)

„Słodkie Rozkoszne”: dlaczego Rozkoszny staje w obronie deserów?

Jednocześnie właśnie wydajesz kolejną… Która to już?

Trzecia. Najpierw były „Rozkoszne” wydane w trzech językach z trzema różnymi okładkami, potem „Nowe Rozkoszne”, też w trzech wersjach. „Słodkie Rozkoszne” ukazały się 14 października. Nie robię tego za często, jedna książka na trzy lata, potrzebuję dać sobie przestrzeń na jakąś refleksję. A czy ludzie w 2026 roku będą chcieli kupić coś, czemu poświęciłem ostatnie trzy lata pracy? Nie wiem, mam nadzieję, że tak.

Bo ze wszystkich aktywności zawodowych, a jest ich wiele i wszystkie dają mi satysfakcję, pisanie i wydawanie książek ma chyba dla mnie największą wartość.

Tworzenie przepisów online to codzienność, coś, co generuje największe zainteresowanie odbiorców, książka jest odświętna, bardziej mówi o mnie, etapie życia, na jakim się znajduję, o tym, co mnie definiuje, co zaprząta moje myśli.

To co teraz zaprząta twoje myśli?

Choćby to, że w tym roku mija 10 lat mojej działalności. Postanowiłem wrócić do źródeł, nową książką zachęcam do świętowania życia. To nie musi być nic skomplikowanego, choć może. Podaję przepisy na spektakularne torty na specjalne okazje, ale i na proste desery, jak figi podsmażane na patelni z miodem i podane na kleksie jogurtu greckiego. Fantastyczny przepis, niesamowicie sexy, idealny na randkę.

Kocham słodycze, ale nieczęsto znajdziesz mnie w kuchni robiącego miodownik, gdzie każdy płat ciasta musisz upiec osobno – to naprawdę bardzo czasochłonne ciasto, nie zrobisz go w pięć minut. Za to obiecuję, że ktoś, kogo zechcesz obdarować takim miodownikiem, na pewno to doceni.

(Fot. Aleksandra Zaborowska) (Fot. Aleksandra Zaborowska)

Z kolei ja pomyślałam, że wydanie książki poświęconej wyłącznie deserom to dziś akt odwagi, ruch w kontrze do wszechobecnej kultury diety, zdrowego stylu życia i posiłków wysokobiałkowych.

10 lat temu, kiedy zaczynałem tworzyć swój blog jako Rozkoszny, doświadczaliśmy pierwszej fali wspomnianej kultury diety. Sam przechodziłem przez różne jej fazy – jedzenie bezglutenowe, bezmięsne, bezcukrowe. Wszystko to było bardzo zdrowe i bardzo „bez”, ale brakowało mi w tym jednego – beztroski. Dziś zatoczyliśmy koło – znów promowane są bardzo szczupłe sylwetki, moda na plus size minęła. Oczywiście raz na jakiś czas robię przepis wysokobiałkowy, w końcu moją rolą jest też odpowiadać na potrzeby moich odbiorów. Mam jednak poczucie, że książki, w ogóle rzeczy drukowane, nie powinny poddawać się algorytmom.

Instynkt podpowiadał mi, że to jest dobry moment, by przypomnieć ludziom o ogromnej roli deserów w naszym życiu. Nie odkrywam tu Ameryki, jedynie przypominam o tym, o czym trochę zapomnieliśmy w naszym codziennym biegu.

W świecie, który szaleje, który obfituje w kolejne kryzysy i wojny, potrzebujemy czegoś, co da nam chwilę wytchnienia i osłody. Powstaje coraz więcej pięknych i pysznych kawiarni czy cukierni, jak choćby praska Tadam, w której właśnie siedzimy, ale nie zapominajmy, gdzie jest nasz dom i gdzie jest nasze serce. Ktoś może się oburzyć, co ja tu wymyślam. Kto w ogóle w tygodniu ma czas na to, by piec ciasta?! Ale przecież taką formą szybkiego (i zdrowego!) deseru może być jogurt grecki z miodem, oliwą i solą. Ważne, by odpowiadał naszej potrzebie i potrzebie chwili.

Czyli to taka twoja mała rewolucja?

Mała słodka rewolucja. Na przykład bardzo chciałbym, by wróciły do łask podwieczorki. Przepiękne polskie słowo, towarzyszyło całemu mojemu dzieciństwu, dziś prawie zniknęło. Szwedzi, jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie, kultywują coś, co się nazywa fika. Czyli przerwa na kawę i małą słodycz w towarzystwie znajomych lub rodziny. Wiele firm ma w regulaminie przerwę na popołudniową fikę, bo to pozwala pracownikom nie tylko odpocząć, ale też się zsocjalizować. Dlatego Szwedzi mają takie cudowne cynamonki i kardamonki.

A Polacy – serniki. W „Słodkich Rozkosznych” poświęcasz im cały rozdział. Co prowadzi do kolejnego pytania: czy książkę kucharską tworzy się trochę jak płytę? To nie jest przecież tylko zbiór różnych przepisów.

Przede wszystkim one nie są od siebie oderwane, wszystkie opowiadają jedną historię. Zawsze zaczynam od sporządzenia spisu treści, czyli wizji tego, o czym chcę opowiedzieć, i przepisów – zwykle mam ich przygotowanych o wiele więcej, niż ostatecznie wchodzi do książki. Na przykład do „Słodkich Rozkosznych” początkowo było ich 200.

I – jak piszesz – wszystkie są twoimi ulubionymi.

Z przepisami jest jak z dziećmi, kocha się wszystkie, ale zawsze ma się jakieś ulubione. Chciałem, by to było absolutne tip-top, przepisy nie tylko dopieszczałem tygodniami, ale też do ostatniej chwili walczyłem ze sobą, które zostawić.

Gotowanie, bliskość i wspólne chwile. Dlaczego jedzenie łączy ludzi?

W twojej książce urzeka mnie jeszcze inna rzecz – pochwała wspólnotowości. Zachęcasz nas, byśmy się tymi słodkościami obdarowywali, dzielili, spędzali wspólnie czas, przygotowując je i jedząc.

Przecież w gotowaniu, pieczeniu i jedzeniu chodzi nie tylko o karmienie, ale o tworzenie wspólnych momentów. Mnie ważne wydarzenia w życiu zawsze się kojarzą z konkretnymi deserami. Z jednej strony nie są nam właściwie do niczego potrzebne – w końcu cukier, biała mąka i masło od lat są na cenzurowanym – ale z drugiej grają ważną rolę spajającą.

Dlatego zawsze będę stać po stronie deserów! W 95 procentach przypadków robi się je przecież dla kogoś. Większość z nas wolałaby sięgnąć po batonika ze sklepu niż nastawiać piekarnik, by upiec dla siebie ciasto, choć do tego też zachęcam. Poza tym zawsze można nim kogoś poczęstować, nawet zupełnie obcych ludzi.

Ile ja znajomości nawiązałem dzięki temu, że testowałem różne przepisy w domu, a potem pukałem do drzwi sąsiadów z pytaniem, czy nie chcą spróbować kawałka ciasta!

Chciałeś zasięgnąć ich opinii czy po prostu poznać sąsiadów?

Jedno i drugie, ale przede wszystkim nie lubię, jak marnuje się dobre jedzenie. W końcu moi bliscy i znajomi nie są w stanie przejeść wszystkiego. W budynku, w którym wcześniej mieszkałem, dwa piętra niżej mieszkał kolega, do którego nieustannie wpadałem z jakimś wypiekiem. Na początku był tym trochę skonfundowany, potem się przyzwyczaił i stało się to naszym zwyczajem.

Odwykliśmy od goszczenia u siebie ludzi, spontanicznego odwiedzania się w domach. Myślę, że w dużej mierze wynika to z trudnej sytuacji mieszkaniowej – większość z nas gnieździ się jednak w małych klitkach, a są oczekiwania, że taki proszony obiad powinien jakoś wyglądać.

Kiedyś ich nie mieliśmy, mniej się wstydziliśmy. U mnie w rodzinie zawsze było tak, że wpadaliśmy do siebie bez zaproszenia. Dziś tego już nie robimy. Sam tego nie robię. Jak cudownie byłoby wrócić do tamtych czasów. Zastukać do kogoś, powiedzieć: „Cześć, co u ciebie?”, wypić herbatę, zjeść coś słodkiego – tylko tyle, aż tyle.

Ty obdarowujesz jedzeniem innych, a czy inni robią to samo?

Na moje 28. urodziny jedna z bliskich osób, która na co dzień ani nie gotuje, ani nie piecze, zrobiła tort. I był to najsłodszy, najcudowniejszy prezent, jaki dostałem. Może był trochę koślawy, może odrobinę szkaradny, ale dla mnie – najpiękniejszy. No i przepyszny. Od wielu, naprawdę wielu lat nikt nie zrobił mi tortu, myślę, że jednak wszyscy się boją [śmiech].

Też bym się bała, a tu jeszcze urodziny…

Wyznaję zasadę, że jubilat w dniu urodzin powinien być zwolniony z gotowania i pieczenia. Dlatego w tym roku tematem przewodnim mojej imprezy urodzinowej było „masło i bułeczka”. Poprosiłem gości, by pomyśleli o swoich ukochanych kanapkach z dzieciństwa albo teraźniejszości. Zrobiłem wielką wieżę z masła, przygotowałem mnóstwo przeróżnego pieczywa, a oni mieli przynieść dodatki. Były nóżki w galarecie, była pasta jajeczna z kawiorem, ale były też klasyczne tosty z szynką i serem.

Dzieliliśmy się tym wszystkim, testowaliśmy nowe smaki, przypominaliśmy sobie dzieciństwo i świetnie się bawiliśmy. Moi znajomi wywodzą się z różnych środowisk, ale okazało się, że nic tak nie łączy jak ulubiona kanapka.

Wracając do książki, wyobrażam sobie, że pisanie, testowanie przepisów, układanie ich w całość to zajęcie żmudne i samotnicze.

I tak, i nie. Mam swoich testerów, czyli ludzi, których proszę, by próbowali ze mną moje przepisy. Weźmy taki klasyk jak sernik baskijski, który w każdym piekarniku będzie się piekł inną ilość czasu, choć według tego samego przepisu. Wiadomo, ja polegam tylko na swoim piekarniku, ale dzięki testerom mogę podać przybliżoną rozpiętość czasu, czyli na przykład od 25 do 35 minut. Podsumowując, najpierw dopracowuję przepis, potem sam robię minimum trzy testy, a dopiero potem wysyłam gotowy przepis do moich testerów, czyli Ani i Andrzeja. Ania jest kulinarną amatorką, a Andrzej cukiernikiem, dzięki czemu dostaję opinię zarówno mojego typowego czytelnika, jak i profesjonalisty. No i dzięki Ani i Andrzejowi ten proces jest trochę mniej samotny.

Czymś zupełnie innym jest wrzucanie przepisów na media społecznościowe czy bloga – wtedy respons jest natychmiastowy. Ktoś pisze: „zrobiłem, jest pyszne”. Ktoś inny pyta, czy można zamienić mąkę pszenną na żytnią. Przepisy zaczynają żyć swoim życiem, natomiast te, które przygotowuję do książki, muszą na pewien czas pozostać w zawieszeniu.

Przed chwilą podeszła do naszego stolika para, która dziękowała ci za twoje cudowne przepisy, z których korzysta od lat. Co to za uczucie dawać ludziom radość?

Takie sytuacje są bardzo miłe. Czuję, że jestem częścią życia wielu ludzi. W jakimś sensie zasiadam wspólnie z nimi do stołu, nic dziwnego, że traktują mnie jak dobrego znajomego. I to jest super.

Niedawno z przyjaciółmi i ich nastoletnią córką wspólnie piekliśmy ciasta i ciasteczka, w tym twój odwrócony placek z brzoskwiniami. Nikt nie siedział z głową w smartfonie, wszyscy braliśmy w tym udział, a inicjatywa wyszła od najmłodszej z naszego grona.

Bo desery jednoczą i są ponad podziałami. Poza tym nie wszystkie nastolatki chcą siedzieć w smartfonach. Niektóre chcą właśnie gotować. Przekonałem się o tym, kiedy nagrywaliśmy program „MasterChef Nastolatki”, który prowadziłem i w którym występowałem w roli wsparcia dla uczestników. Byłem pod wielkim wrażeniem tego, jak bardzo byli zapaleni do gotowania.

Od kulinarnego bloga do międzynarodowego sukcesu. Historia Rozkosznego

Też byłeś takim nastolatkiem?

Gotowałem właściwie od dzieciaka, ale jako 17-, 18-latek podjąłem decyzję, by tym gotowaniem podzielić się z innymi, stworzyć coś w rodzaju wirtualnego przepiśnika. To były czasy, kiedy pisało się i czytało blogi, nie istniały słowa influencer ani wiral. Wszystko było spokojniejsze, mniej nasycone. Nie miałem żadnych oczekiwań w związku z moją działalnością w internecie, robiłem to dla siebie. Dziś ta droga jest o wiele krótsza, jak ktoś ma talent, może wrzucić na TikTok filmik, który będzie miał miliony wyświetleń, i z dnia na dzień stać się kimś rozpoznawalnym.

Natomiast wciąż nie zmienia to faktu, że kulinaria mogą stać się dla młodego człowieka prawdziwą pasją. Wielkim przywilejem jest odkryć ją tak wcześnie, jak było to w moim wypadku.

Wtedy ta pasja staje się latarnią, która prowadzi cię przez życie. Ono może przebiegać mniej lub bardziej krętymi ścieżkami, możesz wykonywać różne zawody, pójść na studia albo nie, ale pasja pozostaje tym czymś stałym, ulubioną formą spędzania wolnego czasu.

W twoim wypadku pasja stała się też twoim zawodem.

Dziś nie potrafię sobie wyobrazić siebie robiącego coś kompletnie innego, ale na początku miałem różne pomysły. W liceum wybrałem klasę biologiczno-chemiczną, bo myślałem, że będę lekarzem. Szybko zostało mi to jednak wyperswadowane przez moich cudownych nauczycieli. Nie dlatego, że się do tego nie nadawałem – byłem raczej szkolnym prymusem, potrafiłem zarywać noce, by dobrze przygotować się do jakiegoś egzaminu – po prostu bardziej nadawałem się do czegoś innego.

Najpierw uświadomiła mi to moja wychowawczyni, mówiąc: „Michał, ty musisz przepisać się na profil medialny”, a potem anglistka, która popchnęła mnie właśnie w kulinarnym kierunku.

A ponieważ jako młody chłopak pracowałem w cukierni, wiedziałem, że to nie może być gastronomia. Skądinąd piękna, ważna i bardzo wymagająca praca. Ja potrzebuję eksperymentować, tworzyć, mieć przestrzeń na własne pomysły, na kreatywność zamiast powtarzalność.

Ale czy w dobrym przepisie nie chodzi o to, by zrobić go zawsze w ten sam sposób?

W cukiernictwie – tak, w gotowaniu – niekoniecznie. Pieczenie to jest reakcja chemiczna, gdzie jeden gram w jedną czy drugą stronę może zadecydować o powodzeniu lub fiasku.

W tamtych czasach, a były to czasy świetności takich magazynów jak „Kukbuk” czy „Kuchnia”, moim wielkim marzeniem była praca w jednym z nich. Wyobrażałem je sobie jako miejsce wzajemnych inspiracji i niekończących się poszukiwań nowych smaków. 10 lat temu w Rzeszowie, poza koleżankami z cukierni, nie miałem w sumie za bardzo z kim o tym porozmawiać. Czułem się osamotniony i złakniony kulinarnej bratniej duszy. Kusiły mnie studia dziennikarskie, ale ostatecznie wybrałem stosunki międzynarodowe. Pomyślałem, że jako dyplomata będę mógł bywać w najróżniejszych miejscach na świecie i próbować rozmaitych kuchni. Moja praca licencjacka była poświęcona dyplomacji kulinarnej. Kiedy sobie o tym teraz myślę, to dochodzę do wniosku, że trochę się tym potem zajmowałem.

Zdarzało mi się przygotowywać kolacje w ambasadach, jak ostatnio w Paryżu wspólnie z Muzeum w Wilanowie, które od lat pielęgnuje polską tradycję kulinarną. Wieczór był poświęcony wpływowi na kuchnię francuską dworu Stanisława Leszczyńskiego i jego córki Marii Leszczyńskiej, późniejszej królowej Francji.

Ale zanim do tego doszło, dostałeś prestiżową międzynarodową nagrodę Saveur Blog Awards, a potem wydałeś swoją pierwszą książkę. Od razu po angielsku.

Tak, mój blog szybko się rozrastał, bardzo się w to wkręciłem, ciągle chciałem go udoskonalać. Aby robić lepsze zdjęcia, przerzuciłem się z telefonu na cyfrowy aparat i to właśnie za fotografię kulinarną dostałem nagrodę magazynu „Saveur”. To były czasy, w których modne były fotografie barokowe, stylizowane na XVI-wieczne malarstwo. Ja skupiałem się na samym jedzeniu – na tym, by wydobyć z niego kolor, zapach i smak. To właśnie mnie wyróżniało. Nie sądzę, żeby ktoś wczytywał się w moje przepisy, bo wszystkie były po polsku, za to fotografia mówiła sama za siebie.

Popatrz, a ja długo żyłam w przekonaniu, że nagrodzono cię właśnie za promowanie polskiej kuchni.

To było później. Za debiutancką książkę „Fresh from Poland” dostałem Prix de la Littérature Gastronomique, a potem Foreword Indies Book za „Polish’d”. Ale po kolei. Podczas wizyty w Charleston w USA, gdzie odbierałem nagrodę magazynu „Saveur”, w windzie wpadłem na Deb Perelman, jedną z najsłynniejszych amerykańskich blogerek kulinarnych (prowadzi blog Smitten Kitchen). Oczywiście od razu ją rozpoznałem, ale ponieważ nie wiedziałem wtedy jeszcze, czym jest networking, jechaliśmy w ciszy. W innych okolicznościach pewnie dotarlibyśmy na górę i na tym nasza interakcja by się skończyła, ale winda się szczęśliwie zacięła. Kiedy czekaliśmy, aż ruszy, Deb sama mnie zagadnęła, co tu robię, czym się zajmuję, polubiła mój profil na Instagramie.

Kilka tygodni po ceremonii dostałem mail od amerykańskiego wydawnictwa, w którym gratulowali mi aż dwóch statuetek (moje zdjęcia dostały nagrodę od jury i od czytelników) i wyjaśniali, że ponieważ rozmawiali z Deb Perelman na temat obiecujących młodych autorów i ona poleciała im mnie, mają propozycję wydania książki.

To się nazywa szczęście! A może prowadzi cię jakaś niewidzialna siła, która wie, kiedy zaciąć windę?

Zawsze powtarzam, że jak coś ma się stać, to się stanie. A sukces to mieszanina trzech składników: ciężkiej pracy, talentu i szczęścia.

W każdym razie dostałem propozycję napisania pierwszej książki, w dodatku mogła być o czymkolwiek zechcę. To była naprawdę unikalna szansa. Poczułem, że muszę napisać o polskiej kuchni, że to jest moja misja, tym bardziej że było naprawdę niewiele zagranicznych książek jej poświęconych. W tamtym czasie kuchnia polska nie była wcale moją ulubioną, wychowywałem się raczej w nieustannym głodzie nowych smaków. Fascynowały mnie kuchnia tajska, francuska, musiałem więc dopiero dotrzeć do tego, co polskie we mnie. Jeździłem wtedy często do babci i wspólnie gotowaliśmy to, co zapamiętałem z dzieciństwa. Odtworzenie tych przepisów było o tyle trudne, że babcia wszystko dodawała „na oko”.

Nad „Fresh from Poland” pracowałem trzy lata, a premiera książki odbyła się… w pierwszym tygodniu pandemii. Cała trasa promocyjna została odwołana, wszystkie zagraniczne media wolały wtedy pisać o daniach z puszki i wykupionych zapasach papieru toaletowego, a nie o wegetariańskich przepisach z egzotycznej Polski.

Pamiętam dzień premiery, byłem sam w wynajmowanym mieszkaniu, moi współlokatorzy pojechali już do domów, a ja wznosiłem toast do swojego odbicia w lustrze. Książka początkowo wcale nie okazała się sukcesem, nikt wtedy nie myślał jeszcze o kuchni komfortu, ta fala przyszła później. Co prawda zaplanowane było polskie wydanie książki – pod tytułem „Rozkoszne” – ale szału nie było. I nagle, nie wiadomo nawet skąd, pojawiła się bardzo pochlebna recenzja w jednym z amerykańskich dzienników „San Francisco Chronicle”. Gazeta nazwała moją książkę „warzywną krainą czarów”. Jak możesz sobie wyobrazić, sprzedaż momentalnie poszybowała w górę, a ja dostałem ofertę napisania kolejnej.

Rozkoszny po 10 latach kariery: „Dziś nie chcę już żyć w niekończącej się pogoni”

Sześć lat później jesteśmy narodem wręcz rozkochanym we własnej kuchni, chwalimy się nią na świecie. A ty żyjesz swoimi marzeniami.

Co więcej, dziś potrafimy i chcemy się tą kuchnią bawić, twórczo przekształcać tradycyjne przepisy, o czym pisałem w kolejnej książce „Nowe Rozkoszne”. Przestaliśmy się wstydzić naszych kulinarnych tradycji i myślę, że w dużej mierze przyczyniła się do tego pandemia. Wiele osób odnalazło ukojenie w prostych, sycących przepisach, także tych, które znają od małego.

Czasem nie mogę uwierzyć, że to już 10 lat. Świat – w tym kulinarny czy świat mediów elektronicznych – od tamtego momentu bardzo się zmienił. Ja się zmieniłem. Kiedy zaczynałem, byłem pełen werwy, niczego się nie bałem i po prostu szedłem do przodu. Teraz łapię się na lekkiej zadyszce, a przecież jeszcze nie jestem jeszcze taki stary.

Jesteś wręcz nieprzyzwoicie młody!

Wtedy byłem dzieciakiem, dziś jestem dorosłym facetem, który wie, czego chce, który o wiele więcej rozumie.

Powiedziałaś, że żyję swoimi marzeniami. Tak, spełniły się praktycznie wszystkie. To piękne i straszne jednocześnie, ale dziś nie mam już kolejnych.

Wiem, że najważniejszy jest czas – na odpoczynek, na pobycie z bliskimi, na zwolnienie. Kiedy zaczynałem, musiałem łączyć studia z prowadzeniem bloga, życiem prywatnym i towarzyskim; spałem średnio trzy, cztery godziny dziennie. Nie było przestrzeni na oddech. Dziś nie chcę już żyć w niekończącej się pogoni.

A nie przeraża cię wizja przyszłości, w której zamiast jedzenia przyjmujemy tabletkę? Nie musimy tracić już czasu i energii na gotowanie ani na jedzenie?

Niedawno widziałem reklamę posiłków w płynie, będących idealnym połączeniem białka, tłuszczu, węglowodanów i witamin, wystarczających na cały dzień. Moja pierwsza myśl była taka: jakie to smutne, odbierające nam człowieczeństwo. Naprawdę chcemy pozbawić się jednej z najważniejszych przyjemności w życiu? Optymalizować wszystko? Przecież jedzenie to nie tylko smak, ale też zapach, wygląd, tekstura, dźwięk, jaki wydaje pod naszymi zębami, konsystencja, w jaką zamienia się w naszych ustach. Nie zrozum mnie źle, staram się zdrowo odżywiać, ale ekstrema zawsze mnie przerażają.

Michał Korkosz łączy znajomość trendów z pasją do gotowania, fotografii i publicystyki kulinarnej. Urodził się 10 lutego 1998 roku w Rzeszowie. W 2016 roku założył blog kulinarny „Rozkoszny”, który istnieje do dzisiaj. Swoje przepisy prezentuje też w mediach społecznościowych, w serwisie YouTube oraz książkach. Najnowsza: „Słodkie Rozkoszne. Przepisy pełne przyjemności” w 24 godziny od zapowiedzi wylądowała na pierwszym miejscu kulinarnych bestsellerów tygodnia w Empiku.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE