Rodzice i dorosłe dzieci ze swoimi rodzinami pod jednym dachem – czy to się może dziś udać? Pytamy psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.
- Czy wspólne mieszkanie rodziców, dorosłych dzieci i wnuków może się udać? Wojciech Eichelberger wyjaśnia, jakie korzyści i zagrożenia niesie życie w rodzinie wielopokoleniowej.
- „Tworzenie wielopokoleniowego domu jest decyzją bardzo ryzykowną, otwierającą pole do wiecznej walki o władzę, wpływy i terytoria” – przestrzega psychoterapeuta.
- Ekspert tłumaczy, dlaczego nadmierna opiekuńczość i kontrola ze strony rodziców mogą utrudniać dorosłym dzieciom osiągnięcie niezależności.
- „Jeśli wyjeżdżamy z poczuciem ulgi, a wracamy w nastroju niechęci lub lęku, to lepiej się jak najszybciej ewakuować” – mówi Eichelberger.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 11/2026.
Alina Gutek: W dyskusji o współczesnej rodzinie podkreśla się negatywny wpływ zanikania domów wielopokoleniowych na jej kondycję. Czy rzeczywiście dużo przez to straciliśmy?
Wojciech Eichelberger: Rodziny i domy wielopokoleniowe zanikają z powodów systemowo-obyczajowych. Coraz więcej ludzi żyje w miejskich mieszkaniach, które nie są w stanie pomieścić wielopokoleniowych rodzin. Nieliczne wyjątki to ludzie zamożni, mieszkający w domach w okolicach miast.
Jednak ani współczesna ekonomia, ani obyczajowość nie sprzyjają realizowaniu tak rozbudowanych i wymagających inwestycji, jak wielopokoleniowe domy i rodziny.
Nie sprzyja temu także system edukacyjny. Dorosłe, a czasami nawet nastoletnie dzieci często i chętnie opuszczają rodzinne domy w poszukiwaniu szkół lub uczelni zgodnych z ich edukacyjnymi talentami i aspiracjami. Po czym tam właśnie często znajdują pracę i partnerów oraz zakładają swoje rodziny. Tak więc rodziny wielopokoleniowe mieszkające pod jednym dachem stały się zjawiskiem rzadkim.
Szkoda, że rzadkim? Jest czego żałować?
I tak, i nie. Trzeba uważać na to, by uniknąć idealizowania i romantyzowania wielopokoleniowych domów – bo przecież im więcej ludzi na stosunkowo niewielkich przestrzeniach pod jednym dachem, tym większe prawdopodobieństwo sporów i konfliktów.
Ale są też niewątpliwe zalety takiego modelu rodziny.
Z punktu widzenia korzyści rozwojowych dla wnuków można dostrzec pewne potencjalne zalety takiej sytuacji.
Domy wielopokoleniowe oferują bardzo zróżnicowane i ciekawe środowisko wychowawcze. Na przykład dają szansę nawiązywania relacji z wieloma osobami w różnym wieku o zróżnicowanych poglądach, zachowaniach i strategiach wychowawczych.
W rezultacie dojrzewanie społeczno-emocjonalne tych dzieci jest zdecydowanie szybsze. Są też naocznymi świadkami i uczestnikami powikłanych – czasami radosnych, a czasami trudnych i smutnych – losów poszczególnych członków swojej rodziny: miłosnych zauroczeń, związków, kryzysów emocjonalnych i zdrowotnych, rozstań, kooptacji do i wykluczeń z rodzinnego grona.
Czego to ich uczy? Empatii, wrażliwości?
W optymalnym modelu może uczyć empatii i wrażliwości, a dodatkowo: współpracy, pomagania innym, dzielenia się, ale też walki o swoje i obrony przed nadmiarem obciążenia, stresu, bólu i cierpienia.
W takich rodzinach dzieci doświadczają najpierw opieki od dziadków, a potem same się nimi opiekują. Dziwnym trafem najstarsze i najmłodsze pokolenie na ogół dobrze się dogadują.
No właśnie. Rodzicom często trudniej jest dogadać się z własnymi dorosłymi dziećmi niż z wnukami. W relacji z wnukami mogą wreszcie odpuścić sobie kontrolę, odpowiedzialność, rozpieszczać je i przekarmiać słodyczami. Nierzadko szkodzi to zdrowiu wnucząt i kończy się nadwagą, ale mimo to emocjonalne korzyści z bezgranicznego zachwytu dziadków bywają znaczące.
Jeśli mówimy o zaletach rodzin wielopokoleniowych, to trzeba wspomnieć o jednej niewątpliwej – pomocy dziadków, na jaką mogą liczyć młodzi rodzice.
To prawda. Rodzice najmłodszych nie są wtedy tak przeciążeni, o ile dziadkowie są skłonni chętnie i pogodnie poświęcać swój czas wnukom. Tu ważne jest też to, że wnuki mogą obserwować relacje między dziadkami a swoimi rodzicami, co bywa dla nich bardzo pomocne w zrozumieniu w przyszłości źródeł własnego losu.
Konflikty w rodzinie też mogą je czegoś nauczyć. Choćby tego, jak je rozwiązywać.
Tak, można mieć nadzieję, że w domach wielopokoleniowych najmłodsi mogą, częściej niż to bywa w minikomórkach rodzinnych, przekonać się, że konflikty da się prędzej czy później rozwiązać, że ludzie potrafią sobie wybaczać i korzystnie modyfikować swoje związki.
O ile członkowie rodziny rzeczywiście potrafią się dogadać...
Albo przynajmniej dogadywać się od czasu do czasu. Mówiłem już, że im większa liczba ludzi zamieszkujących w jednym domu, bez względu na jego wielkość, tym większe prawdopodobieństwo konfliktów i intryg. Ale z drugiej strony, w długiej perspektywie czasowej, duże grupy rodzinne potrafią się lepiej emocjonalnie samoregulować, a w obliczu zagrożenia dogadywać się i jednoczyć. Bo większa grupa to też większa szansa, że znajdzie się w niej jakiś skuteczny mediator, mediatorka czy rozjemca.
Większa liczba ludzi powoduje, że można zawierać koalicje, szukać sojuszników dla swoich pomysłów?
Tak, jest to też korzystne dla dziecka. Wbrew temu, co na ogół myślimy, wartością jest różnorodność postaw, poglądów, temperamentów w jego dorosłym otoczeniu, jak też bycie świadkiem debat, dyskusji i dochodzenia do kompromisów. Z pewnością jest to cenniejsze, bardziej stymulujące i rozwijające niż wzrastanie w hermetycznej i dogmatycznej ideowo-obyczajowej enklawie przekonanej o swojej wyjątkowości i wyższości.
Bo dziecko dorastające w otoczeniu różnorodnym i nienarzucającym mu niczego, będzie w przyszłości zdolne do dokonywania świadomych wyborów w kwestii swojego światopoglądu i sposobu życia, co daje szansę na przyszłą egzystencjalną satysfakcję i spełnienie.
Oczywiście nastolatkom w okresie dojrzewania i poszukiwania własnej tożsamości wsparcie intelektualne i emocjonalne ze strony dorosłych jest bardzo potrzebne – pod warunkiem wszakże, że pozostawia im możliwość wyboru własnej życiowej drogi.
Może gdyby było więcej takich rodzin, mniej nastolatków popadałoby w depresję?
Być może... Mam jednak obawy, że tak jednoznacznie pozytywne rodziny i domy wielopokoleniowe trudno dzisiaj spotkać. Być może nawet w tej rozmowie idealizujemy przeszłość, bo rzeczywistość wielopokoleniowych rodzinnych domów nie była ani taka piękna, ani pociągająca. Świadczą przecież o tym liczne literackie, pamiętnikarskie i historyczne źródła.
To przejdźmy do możliwych zagrożeń związanych z wielopokoleniowymi domami. Czy wspólne mieszkanie z rodzicami może utrudniać dorosłym dzieciom emocjonalną niezależność?
Może. Takie zagrożenie pojawia się zwłaszcza w bogatych domach, gdzie dorosłe dzieci, a także dzieci tych dzieci mają zapewniony przez starsze pokolenia wysoki standard życia. W rezultacie nie muszą się o nic starać ani na cokolwiek czekać, bo wszystko jest już gotowe i czeka. Nie zdają sobie sprawy, że w istocie wpadli w pułapkę uniemożliwiającą rozwój ich prawdziwego potencjału i głębokich aspiracji.
A przecież, by prawdziwie dorosnąć psychicznie do rodzicielstwa, trzeba stać się najpierw osobą autonomiczną zarówno w aspekcie materialnym, emocjonalnym, jak i światopoglądowym. Czyli osobą zdolną do ciężkiej pracy, odporną na kryzysy i porażki oraz biorącą odpowiedzialność za wychowanie potomstwa w podobnym duchu.
Młodzi dorośli wzrastający w środowiskach mniej zamożnych i bardziej wymagających z reguły szybciej dojrzewają emocjonalnie i społecznie.
Na wsiach jest więcej rodzin wielopokoleniowych, a mimo to dzieci szybko się usamodzielniają.
Nie mimo to, ale dzięki temu. Na wsiach wielopokoleniowość rodzin wynika z tradycyjnej oszczędności i zapobiegliwości rolników, a nierzadko także z konieczności zapewnienia dostatecznej liczby rąk do pracy w gospodarstwie. Więc dzieci – szczególnie chłopcy – są zatrzymywane w dużych gospodarskich domach jako siła robocza i jako przyszli spadkobiercy rodzinnego biznesu.
Zagrożeń w takich rodzinach jest dużo – od emocjonalnych po przyziemne. Zarówno dorosłe dzieci, jak i ich rodzice zastanawiają się: „Czy to mój dom? Kto tu rządzi?”.
To główny powód konfliktów między dorosłymi dziećmi a rodzicami, kiedy ci pierwsi zakładają własną rodzinę, rodzą im się dzieci i pojawia się kwestia, kto tu ma ostatnie słowo, czyj to dom, czy jesteśmy tylko niechcianymi gośćmi, czy też mamy wystarczającą przestrzeń do samodzielności, godnego kierowania własnym życiem i wychowania dzieci. Ogromnym zagrożeniem dla harmonijnego ułożenia sobie takiej sytuacji są nadmierna opiekuńczość rodziców, kontrola i autorytarność. Wtedy albo zaczyna się walka, albo dorosłe dzieci się poddają, aby wielkim kosztem emocjonalnej regresji zapewnić sobie święty spokój.
Czasem bywa tak, że dopóki rodzice dorosłych dzieci dysponują tytułami własności, to mają coś do powiedzenia, a kiedy przepiszą majątek, to dzieci chcą się ich pozbyć.
Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że tworzenie wielopokoleniowego domu jest decyzją bardzo ryzykowną, otwierającą pole do wiecznej walki o władzę, wpływy i terytoria. Trzeba więc zrobić wszystko, żeby już na samym początku stworzyć demokratyczne mechanizmy, które umożliwią wszystkim branie odpowiedzialności za wspólną siedzibę, udział w kosztach oraz podejmowanie wspólnego wysiłku na rzecz harmonijnego życia.
Najlepiej sporządzić rodzaj niepisanej, a lepiej pisanej, umowy z rodzicami i dziadkami, czyli właścicielami domu, w którym zdecydowaliśmy się pozostać. Ustalić, że zajmujemy ten pokój, tę łazienkę, za co płacimy, do czego się dorzucamy.
Zaś obowiązkiem rodziców, a zarazem właścicieli jest przedstawienie budżetu całego przedsięwzięcia rodzinnego i dogadywanie się na bieżąco na temat uczestniczenia w kosztach. Dużo zależy od tego, czy właściciele domu (rodzice lub dziadkowie) zrezygnują z przywileju władzy na rzecz rozwiązań demokratycznych i wspólnotowych.
A jeśli wspólne życie nie wypali, to trzeba po prostu zrezygnować z takiego wariantu i nie uważać tego za porażkę?
Z pewnością nie ma się czego wstydzić. Żeby takie życie pod jednym dachem z rodzicami i dziadkami wypaliło, potrzebujemy tyle szczęścia, ile potrzeba do trafienia szóstki w Lotto. Szczególnie gdy dziadkowie lub rodzice zaczną chorować. Wtedy młodzi będą bardzo obciążeni opieką nad potrzebującymi wsparcia starszymi krewnymi. Pytanie, czy zdołają to unieść wraz z wychowywaniem swoich dzieci i pracą zawodową.
Jakie sygnały świadczą o tym, że wspólne mieszkanie nam nie służy?
Narastająca liczba konfliktów, obrażanie się, zrywanie kontaktu, depresje, narastające objawy psychosomatyczne, zaburzenia jelitowe, bezsenność. Jeśli czujemy się w tym źle, to nie wolno tego ciągnąć. Bo jak zauważył poeta, którego znowu muszę zacytować w tym kontekście: „lepszy na wolności kąsek lada jaki niźli w niewoli przysmaki”.
Dobrym testem jest to, w jakim nastroju wyjeżdżamy z tego domu na wakacje i czy chcemy do niego wracać. Więc jeśli wyjeżdżamy z poczuciem ulgi, a wracamy w nastroju niechęci lub lęku, to lepiej się jak najszybciej ewakuować.
Jeśli miałbyś pomóc dorosłym dzieciom podjąć decyzję w sprawie wspólnego mieszkania z rodzicami, to jaka byłaby twoja rekomendacja?
Wiele zależałoby od tego, w jakim stanie zdrowia byliby rodzice. Jeśli w dobrej formie, to trzeba by im pozwolić poradzić sobie z kryzysem pustego gniazda, a potem dać im odpocząć od siebie i od wnuków. Jeśli zaś dorosłe dzieci zarabiają za mało, by wynająć sobie choćby kawalerkę, i muszą dalej mieszkać z rodzicami, to proponowałbym przeczytanie tej rozmowy jeszcze raz i uznanie takiej możliwości za chwilową ostateczność.
Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca Instytutu Psychoimmunologii (ipsi.pl) oraz portalu PositiveLife (positivelife.pl).