1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. REKLAMA

Maria Paszyńska o swojej nowej książce „Kochanka nazistów” w rozmowie z Justyną Chaber (Ona Czyta)

Zdjęcie autorki: Bartosz Pussak Photography
Zdjęcie autorki: Bartosz Pussak Photography
Maria Paszyńska, pisarka, felietonistka, orientalistka i varsavianistka. Miłośniczka podróży w przeszłość, zgłębiania materiałów źródłowych i szukania zakurzonych historii, które stają się inspiracją dla jej powieści. W rozmowie z Justyną Chaber opowiada o nowej, inspirowanej prawdziwymi zdarzeniami książce pod tytułem „Kochanka nazistów".

Justyna Chaber, Ona Czyta: Co to znaczy, że historię traktujesz poważnie?

Maria Paszyńska: Nie wyobrażam sobie, żeby traktować ją inaczej. Historia to nauka. Owszem, szalenie pobudzająca wyobraźnię, ale mimo wszystko mająca swoje ramy, których po prostu należy się trzymać. I tak jak traktujemy matematykę czy biologię, musimy traktować historię. Kropka.

Możemy powiedzieć, że zakłamania odbierają godność świadkom wojny?

Odpowiedź na tak postawione pytanie wymagałaby dłuższych, niemal filozoficznych rozważań nad istotą godności człowieka. Natomiast nikt nie ma prawa przeinaczać faktów historycznych, także z powodu szacunku do tych, którzy byli uczestnikami tych wydarzeń.

Zadawałaś sobie kiedyś pytania, po co rozdrapywać rany? Dlaczego tak ważna jest każda pojedyncza, osobista historia, a nie tylko fakty?

Dzięki rozwojowi neurobiologii, psychiatrii i dziedzin im pokrewnych, wiem już, że to tak nie działa. Nierzadko w ogóle nie ma ran zasklepionych na tyle, by było co rozdrapywać. To wciąż jątrzące, krwawiące rany, a pozostawienie ich takimi nie tylko wciąż niszczy życie kogoś, kto i tak dość już wycierpiał, ale i rzutuje na kolejne pokolenia. Epigenetyka mówi o dziedziczonej traumie pokoleniowej. Niedomknięte traumy niszczą kolejnych ludzi. Dlatego tak ważne są powroty do przeszłości, rozmowa o tym, co się wydarzyło, łamanie tabu, mówienie o tematach, których nie wolno było poruszać.

„Kochanka nazistów” to powieść inspirowana prawdziwymi wspomnieniami agentki wywiadu Armii Krajowej?

W postaci Marianny Jurasz zamknęłam kilka życiorysów, co bardziej szczegółowo wyjaśniam w posłowiu. Nie jest to powieść biograficzna. Moim zamiarem nie było opowiedzenie o losach konkretnej osoby, a o pewnym ważnym i przemilczanym aspekcie pracy wywiadowczej w czasie II wojny światowej.

W tej książce rozprawiasz się trochę ze ślepą wiarą w ideały, gorliwością w przestrzeganiu wpojonych zasad, po obu stronach! Zrozumienie, że ludzie byli pionkami przesuwanymi na planszy przez potężne siły jest też ważne?

Tak zawsze było, jest i będzie. Wobec porywów Wielkiej Historii często jesteśmy całkiem bezradni, pozbawieni jakiejkolwiek sprawczości. Według mnie definicją wolności jest prawo dokonywania własnych wyborów. Gdy jednostka w jakiś sposób zostaje „zaprogramowana”, trudno mówić o wyborze. Skrajny idealizm niewiele różni się od fanatyzmu. W wielu wspomnieniach możemy przeczytać, że młodzi Polacy byli gotowi na śmierć bohaterów, oddanie życia za Ojczyznę, ale często wspominają też, że nie byli gotowi na kalectwo, ułomność, utratę urody czy zmysłów. Nikt im nie uświadomił, że to nie jest wybór między życiem, a śmiercią. Że paleta jest bardziej rozbudowana.

Czytając książkę cały czas nachodziła mnie myśl, że przecież to była młoda, nawet nie dwudziestoletnia dziewczyna…

Młodzi, czyli ludzie dopiero definiujący sami siebie, szukający własnego miejsca i celu życia, są najdoskonalszym narybkiem dla wszelkiego rodzaju organizacji i tych dobrych, i tych złych. Im większy mamy bagaż doświadczeń, tym ciężej narzucić nam ślepą wiarę i bezwzględne posłuszeństwo. I tak jak w sektach, tak i na wojnie od zawsze jest to wykorzystywane.

Jest w tym to, o czym mówiłaś wielokrotnie. Historia nie można być odbierana w czarno-białych barwach. Czy podczas pisania tej książki miałaś momenty zawahania, że może za dużo, za mocno, za bardzo tak, jak było naprawdę?

Nie. Nigdy nie mam podobnych rozterek. Co ciekawe, sama nie wymyśliłabym zbrodni czy jakiegoś szczególnego okrucieństwa. Wydaje mi się, że dość strasznych scenariuszy ludzie zgotowali sobie nawzajem w przeszłości, żeby trzeba było coś jeszcze wymyślać. To, o czym piszę, to fakty podane w sfabularyzowanej formie.

Patrząc na popularność powieści z historią w tle masz pewne obawy jako autorka?

Nie. Rynek jest pojemny. Ja mam swoich ulubionych twórców, ty masz swoich. Każdego porusza inny rodzaj narracji i to jest wspaniałe. Dawno, dawno temu Arystoteles stwierdził, że wszystko zostało już powiedziane. Ale nikt nie opowie tych wydarzeń tak jak ja. Ten filtr, którym jest osoba twórcy, jest właśnie wartością dodaną. Ja opowiadam Wielką Historię w pewien unikatowy sposób. Jedni go kochają, inni szanują, a inni całkiem nie lubią. Jednych porywa, innych nie. A sama popularność literatury historycznej (pod warunkiem, że mówimy o prawdziwej literaturze historycznej, a nie obyczaju w kostiumie czy romansach, w których jedynym elementem historycznym są latające nad głowami kochanków bombowce) szalenie mnie cieszy. W zasadzie jest spełnieniem moich marzeń! Od zawsze uważam powieść za najdoskonalsze medium edukacyjne. Czytelnik przeżywa perypetie bohatera, angażuje się emocjonalnie, a fakty historyczne chłonie bez wysiłku, mimochodem.

Zdjęcia książki: Paulina Przygrodzka Zdjęcia książki: Paulina Przygrodzka

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze