1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Jak uczyć matematyki?

Jak uczyć matematyki?

123rf.com
123rf.com
Co szósty uczeń, których przystępował w tym roku do matury, nie zdał egzaminu z obowiązkowej matematyki, a średni wynik tych, którym się udało, wyniósł 55%. Od lat matematyka sprawia uczniom wiele problemów. W jakim sposób oswajać dziecko z nauką, aby osiągnęło sukcesy w przyszłości?

Zainteresowanie dzieci matematyką należy rozbudzać jak najwcześniej. Warto wykorzystać ich naturalną ciekawość świata i chęć poznawania rzeczywistości. Już czterolatek jest w stanie wykształcić podstawowe matematyczne rozumowanie. Co więcej, właśnie na tym etapie rozwoju, dziecko przyswaja dwa razy więcej informacji niż w późniejszych latach, ponieważ podstawowa sieć neuronów w mózgu tworzy się do 6 roku życia. Im jest gęstsza, tym sprawniej przebiegać będą w przyszłości procesy poznawcze dziecka. Ważne jest więc, aby dostarczyć mu bodźców, które pobudzają rozwijanie połączeń nerwowych, kształtując jednocześnie umiejętność koncentracji oraz logicznego myślenia. Stymulujące środowisko we wczesnych latach życia dziecka sprawi, że późniejsza nauka przyjdzie mu łatwiej.

Powszechnie wiadomo, że małe dzieci najchętniej uczą się przez zabawę. Oprócz standardowych pomocy dydaktycznych, przydatne są gry, muzyka czy przybory plastyczne. Zamiast zwykłych zadań tekstowych, warto układać polecenia w formie łamigłówek czy zagadek. Dzięki temu dziecko nie tylko poznaje podstawowe zagadnienia, ale rozwija również zdolności manualne, językowe i społeczne.  - Ważne, aby na tak wczesnym etapie rozwoju wykształcić w maluchu przekonanie, że nauka może być rozrywką, a nie przykrym obowiązkiem – mówi Judith Mermelstein, metodyk programu MathRiders*.

Nauka połączona z zabawą w gronie rówieśników (i dodatkowo w nielicznej grupie): śpiewanie piosenek, rozwiązywanie łamigłówek, czytanie bajek zrodzi w dziecku przekonanie, że matematyka to nic strasznego. Po opanowaniu podstawowych zagadnień i przekonaniu się, jak łatwo mu to przyszło, maluch wypracuje pewność siebie i z większą ochotą podejdzie do trudniejszych zadań. Wykształcenie dobrych nawyków przełoży się na odnoszenie dalszych sukcesów w nauce

* MathRiders to międzynarodowy program edukacji matematycznej przeznaczony dla uczniów w wieku od 4 do 18 lat, opracowana przez światowej klasy pedagogów. Łączy najnowocześniejsze techniki nauczania przedmiotów ścisłych: ukazuje uczestnikom codzienne zastosowania matematyki i kształtuje umiejętność logicznego myślenia.  (Materiały prasowe programu).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co zrobić, aby dziecko chciało się uczyć? Pomóc może pozytywna edukacja

Za chwilę dzieci wrócą do lekcji. Jak sprawić, aby nauka była dla nich radością? (fot. iStock)
Za chwilę dzieci wrócą do lekcji. Jak sprawić, aby nauka była dla nich radością? (fot. iStock)
Pierwszym nauczycielem jest rodzic. To on przekazuje dziecku wzorce zachowania i fascynację nauką. Dlatego ważne jest, żeby miał pozytywne podejście do edukacji, był otwarty na wiedzę, ale też patrzył przychylnie na nauczycieli. Od tego, jak wesprą nas w wychowaniu dzieci, co włożą im do głowy, zależy to, jacy ludzie będą tworzyć nasz kraj – mówi coach Małgorzata Nowicka.

Czym jest pozytywna edukacja?
Pozytywna edukacja to łączenie przygody i pasji z poczuciem bezpieczeństwa. To dawanie wsparcia w całościowym rozwoju, biorąc pod uwagę indywidualne potrzeby i możliwości każdej ze stron procesu edukacji. To radość z  uczenia innych i uczenia się. Jako Instytut Edukacji Pozytywnej dążymy do zmiany sposobu myślenia o kształceniu, wychowaniu i profilaktyce w stosunku do każdej grupy odbiorców.

Na czym polega zmiana w myśleniu na temat uczenia się?
Pierwszym nauczycielem jest rodzic. To on przekazuje dziecku wzorce zachowania i fascynację nauką. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy jako rodzice mieli pozytywne podejście do edukacji. Byli otwarci na wiedzę. Ale też patrzyli przychylnie na nauczycieli. Mówię to jako była nauczycielka, ale i matka. Bo prawda jest taka, że największy spór w edukacji przebiega zawsze na linii rodzic – nauczyciel. W naszym podejściu uczymy komunikacji, która jest podstawą każdego procesu uczenia. Pracujemy też nad niską motywacją do nauki wśród uczniów.

Pamiętam swoją szkołę i przez ten pryzmat patrzę dziś na edukację mojego dziecka. To było wtłaczanie dzieci w schematy, przypinanie łatek prymusa czy złego ucznia, podcinanie skrzydeł. W jaki sposób mogę zmienić swój negatywny stosunek do edukacji?
Cieszę się, że o tym powiedziałaś, bo wielu rodziców z góry ma pewne założenia dotyczące szkoły. Patrzą na nią przez pryzmat własnych, niekoniecznie pozytywnych doświadczeń. A przecież nie pamiętamy wszystkiego, tylko zazwyczaj to, co najgorsze. To bardzo wybiórcze postrzeganie edukacji. Nieświadomie przerzucamy swoje emocje i nastawienie na dziecko. Widzę to często w pracy z rodzicami. Ojciec informatyk mówi mi, że jego córka lubi matematykę. A z mojego doświadczenia z pracy z tą dziewczynką wynika, że ona uwielbia język polski i chce zostać aktorką, a nie informatykiem. Poza tym bardzo często rodzice myślą, że nauczycielowi w szkole to już nic się nie chce...

Dlatego, że w większości przypadków nauczyciele wchodzą w system edukacji, który uniemożliwia dobrą i kreatywną pracę.
W Instytucie Edukacji Pozytywnej na stałe wspieramy ponad 20 tys. nauczycieli. Biorą oni udział w różnych naszych projektach, realizują własne pomysły, szkolą się w procesach superwizyjnych – to jest prawie 20 tys. niesamowitych ludzi z pasją, z pomysłami, którzy naprawdę każdego dnia myślą o swoich uczniach, szukają sposobów i rozwiązań dla nich najlepszych i którzy marzą o tym, aby mieć czas na prowadzenie indywidualnych przemyślanych zajęć i wdrażanie nowych pomysłów. Im tylko trzeba pozwolić działać, dać możliwości systemowe oraz naszą – rodziców wiarę i wsparcie. Ja codziennie ich wspieram i największą radość czuję wtedy, gdy widzę, jak wiele w polskiej szkole się zmienia, jak bardzo praca nauczyciela znów staje się powołaniem i pasją, jak dzieciaki bawią się nauką i osiągają coraz więcej.

Często pytam nauczycieli, jakiego obszaru swojej tematyki czy przedmiotu po prostu nie lubią. Okazuje się, że każdy ma coś takiego. Jak geometria w matematyce czy „Sonety” Mickiewicza na języku polskim. W jednej ze szkół wprowadziliśmy program pracy z uczniem zdolnym. Zdolnym nie znaczy takim, który zna się na wszystkim,  ale który jest bardzo dobry w poszczególnych, wąskich zakresach, jeśli chodzi o biologię, geografię czy inny przedmiot. Pracowaliśmy w zespołach tematycznych, tak że każdy uczeń dostawał do opieki kilku nauczycieli, w zależności od omawianych zagadnień. Na lekcje przychodzili tylko tacy nauczyciele, którzy uwielbiali dany temat i przekazywali wiedzę z pasją. Dzieciaki miały szansę zobaczyć, że wszystko może być ciekawe. A nauczyciel bez obaw mógł powiedzieć wprost: „Słuchajcie, dzisiaj nie będę was tego uczył, bo nie czuję tego tematu”.

Może warto popracować z nauczycielami, żeby jednak lubili to, czym się zajmują.
W idealnym świecie każdy nauczyciel lubi swoją pracę. Podobnie jak lekarz czy psycholog. Ale czy w praktyce zawsze tak jest? Poza tym nauczyciele powinni mieć możliwość i otwartość w sobie, żeby być w stanie przyznać się do gorszego dnia czy samopoczucia. Nie udawać przed innymi, że jest inaczej. Kiedyś powiedziałam mojej klasie, że źle się czuję, i okazało się, że uczniowie automatycznie zachowywali się pół tonu ciszej. Koleżanka, która miała wtedy lekcję obok mnie,  zaskoczona dopytywała, co takiego zrobiłam, że wszyscy byli tak cicho. No to odpowiedziałam, że po prostu o to poprosiłam. Dzięki temu uczniowie zobaczyli we mnie człowieka. Chodzi o to, żeby być autentycznym, nie odgrywać roli przed innymi. Wymagania wobec nauczycieli są ogromne, jednak pozytywny nauczyciel to nie ideał, który spełnia często sprzeczne oczekiwania innych. Tak jak nie ma ucznia, który zawsze wie wszystko i jest grzeczny. Nie istnieje też perfekcyjny rodzic, tylko ten wystarczająco dobry. Prawda jest taka, że wszyscy: rodzice, uczniowie i nauczyciele, nie odnajdujemy się we wzorcach i wymaganiach, które stawia nam dzisiaj otoczenie.

Pierwszym nauczycielem jest rodzic. To on przekazuje dziecku wzorce zachowania i fascynację nauką. (Fot. iStock) Pierwszym nauczycielem jest rodzic. To on przekazuje dziecku wzorce zachowania i fascynację nauką. (Fot. iStock)

Co możemy z tym zrobić?
Mówimy, że chcemy, żeby nasze dzieci chodziły do świadomej i pozytywnej szkoły. Żeby nie miały zadań domowych. Z drugiej strony mamy zakodowany w głowie stary system, w którym są sprawdziany, a bardzo ważna jest ocena na świadectwie i to, czy dziecko dostanie czerwony pasek. Wystarczy pod koniec roku szkolnego spojrzeć na to, co się dzieje na Facebooku rodziców. Dlatego powinniśmy zacząć od siebie i od tego, co jest dla nas tak naprawdę istotne. Warto uwierzyć, że w edukacji pracują ludzie, którym też zależy, dać im swoje wsparcie, zadbać o to, abyśmy jako rodzice i jako nauczyciele mieli te same cele i razem do nich dążyli. Wspierając się, a nie walcząc ze sobą. Czasami wystarczy po prostu świadoma rozmowa, wspólne działania, wspólne plany i wartości. Mamy świetne efekty w szkołach, w których rodzice wspólnie z nauczycielami budują programy wychowawczo-profilaktyczne, wdrażane są całe systemy diagnozy i wsparcia. Szkoła to nasze wspólne dobro. Musimy zrozumieć, że dostęp do edukacji to nie tyle obowiązek, co przywilej.

Tyle że lubimy widzieć efekty naszej pracy czy pracy naszych dzieci. Za to nie lubimy popełniać błędów. A przecież uczymy się właśnie na błędach.
Namawiam nauczycieli i rodziców do pewnego, dość nowego podejścia, które przeciwstawia się temu, że uczeń przychodzi na zajęcia i musi udowodnić, że się czegoś nauczył i zasługuje na wyższą ocenę. Czyli startuje od pułapu „niedostateczny”. W moim podejściu uczeń na wstępie ma „celujący”. I mówię to wprost: „Jestem przekonana, że nauka będzie dla was frajdą. Każdy z was ma więc na dzień dobry szóstkę i wierzę, że tak będzie na koniec roku”. Efekt jest niesamowity. Dzieciaki widzą, że ktoś w nich wierzy, wierzy w ich możliwości. Ta strategia sprawdza się nie tylko w edukacji. Polecam spróbować takiego podejścia także w życiu.

W filmie „7 uczuć” Marka Koterskiego pada taki zarzut, że w szkole uczymy się, jakie nazwy noszą dopływy Nilu, a nie tego, co tak naprawdę istotne w życiu. W ogóle nie rozmawiamy o emocjach. Szkoły uczą tego, jacy mamy być. A najważniejsze w życiu jest przecież to, żeby dowiedzieć się, kim jesteśmy.
Dlatego uczulamy rodziców, nauczycieli, ale też dzieciaki, że są takie kompetencje i obszary rozwoju osobistego, które warto poznać już w szkole. W naszym projekcie „Akademia Superbohaterów” realizujemy zajęcia, dzięki którym dzieci poznają swoje mocne strony, uczą się działać na rzecz innych, współpracują i przede wszystkim dowiadują się, jak wyrażać swoje emocje. Tak naprawdę to najważniejszy aspekt edukacyjny szkoły. Przeciążamy dzieciaki liczbą zajęć przedmiotowych, a nie dbamy o całą resztę. Może warto zastanowić się nad tym, czy nie poświęcić zajęć programowych i więcej czasu na to, żeby nauczyć dziecko, w jaki sposób radzić sobie ze stresem, jak odnajdywać swoje mocne strony i stawiać realne cele. Na tym polega pozytywna edukacja. Pytanie tylko, czy my, dorośli, mamy kompetencje, żeby nauczyć tego dzieci? Jeśli nie przepracujemy pewnych rzeczy w sobie, będzie nam ciężko przekazać je dalej. W Instytucie Edukacji Pozytywnej stworzyliśmy program „Myślę pozytywnie”, a na naszej stronie umieściliśmy narzędzia do ściągnięcia online dla każdego. Można z nich korzystać całkowicie bezpłatnie. Pomagamy w tym, jak wykorzystać różne scenariusze lekcji i dopasować je do grupy. Zachęcam do tego, żeby do nas napisać. To program profilaktyki zdrowia psychicznego, taki gotowiec dla szkół. Dla uczniów na każdym etapie edukacyjnym, nauczycieli i rodziców. Zadbaliśmy o wszystkich. Mówimy o tym, jak pracować nad komunikacją z innymi, nad emocjami, pewnością siebie i swoimi mocnymi stronami. Niestety, w zakresie zdrowia psychicznego uczniów brakuje nam narzędzi do pracy. U wielu młodych osób zaburzenia zdrowia psychicznego nie są zdiagnozowane lub są zbyt późno odkryte. Mają więc trwały, negatywny wpływ na ich dalsze życie. A niezdiagnozowana depresja i brak wsparcia psychicznego ze strony najbliższego otoczenia może prowadzić nawet do samobójstw. W roku 2018 w programie wzięło udział ponad 140 szkół. Teraz przyjmujemy kolejne szkoły i rozszerzamy oferowane wsparcie.

Zmiana naszego sposobu myślenia na temat edukacji przejawia się w tym, że rodzice coraz częściej decydują się dzisiaj na odejście od narzuconego im systemu, w stronę nauczania domowego lub alternatywnego, jak np. metoda Montessori. Czy to jest właśnie edukacja pozytywna?
Tyle że w takich nurtach często pracują osoby, które nie mają nic wspólnego z edukacją. Są psychologami i skupiają się głównie na pracy z emocjami lub na umiejętnościach społecznych, moim zdaniem, trochę zaniedbując program nauczania. Dla mnie to drugi, skrajny biegun standardowej edukacji. W pozytywnej edukacji staramy się znaleźć złoty środek, między nauczaniem programowym a pracą z naszymi emocjami. Stawiamy też na kulturę i nauki ścisłe. Przedstawiamy rodzicom pomysły na kreatywne spędzanie czasu z dziećmi, z elementami arteterapii czy wspólnego odkrywania tajników nauki. Pokazujemy, jak rozwijać twórczość dzieci i kulturę języka, a przy tym zadbać o wiedzę techniczną i rozwój społeczny. Musimy zrozumieć, że nie chodzi o to, że jakiś nurt edukacji jest najlepszy. Edukacja pozytywna, wspierająca całościowy rozwój dzieci i młodzieży, powinna łączyć elementy z różnych nurtów, brać z nich to, co najlepsze i łączyć w jedność. Chcę przypomnieć wszystkim nauczycielom o tym, że są bardzo ważni. To oni tworzą nasz przyszłościowy produkt krajowy brutto. Od tego, jak ukształtują i wesprą nas w wychowaniu dzieci, co włożą im do głów, zależy, jacy ludzie będą tworzyć nasz kraj. Dlatego dbajmy o siebie nawzajem.

  1. Psychologia

Metoda Montessori - pozwól dziecku samodzielnie rozkwitnąć

Metoda Montessori pozwala dzieciom rozwijać się we własnym tempie i według swoich możliwości. (Fot. iStock)
Metoda Montessori pozwala dzieciom rozwijać się we własnym tempie i według swoich możliwości. (Fot. iStock)
Nauczyciel nie jest wykładowcą z katedry, który przychodzi i sprawdza, czego się dziecko nauczyło. Jego rola polega na obserwowaniu ucznia, udzielaniu pomocy i budowaniu relacji zaufania – mówi pedagog Dorota Rotowska.

Czym się różni pedagogika Montessori od klasycznego systemu nauczania?
Kluczem jest tu właśnie słowo pedagogika. W placówkach Montessori nie ocenia się stopnia opanowania pewnych umiejętności, lecz całościowy rozwój małego człowieka. Patrzy się na sferę intelektualną (umiejętności i wiedza), a także emocjonalną i duchową. To stanowi klucz do tworzenia tzw. przygotowanego otoczenia. Pierwszym jego czynnikiem jest przygotowanie dorosłych – nauczycieli i rodziców, bo przyjmując dziecko do placówki Montessori, przyjmujemy całą jego rodzinę. Rodzice, którzy wybierają taki model nauczania, decydują się na przyjęcie pewnych zasad i założeń. Na przykład, że dziecko rozwija się we własnym tempie i według swoich możliwości. Dzieci rozwojowo mają pewne predyspozycje, ale każde jest inne – przechodzą tzw. fazy wrażliwe i rolą dorosłego jest obserwowanie tego, co dla nich w danym momencie jest ważne i potrzebne. Jeśli to, co zaproponujemy dziecku w postaci pomocy rozwojowych czy aktywności, trafi w fazę wrażliwą, będzie ono przyswajało wiedzę w sposób łatwy, przyjemny i trwały.

Na tym chyba powinno to polegać…?
Oczywiście, i choć jest to podejście słuszne, to jakże inne od tego, którego doświadczyli współcześni rodzice podczas własnej edukacji. W Polsce tradycje montessoriańskie są stosunkowo świeże. Dbamy o zrównoważony rozwój dziecka, a nie o to, żeby szybko opanowało alfabet czy tabliczkę mnożenia. Jeśli popracujemy nad równowagą rozwojową, dziecko samo z radością sięgnie po nowe kompetencje. Takie podejście wymaga zaufania ze strony rodziców, bo nie dostaną od nas informacji zwrotnej w postaci tradycyjnych ocen, nie sprawdzą, na której stronie podręcznika jest dziecko i w jakim stopniu opanowało materiał. Rodzice mogą za to z nami ściśle współpracować i obserwować ucznia i naszą pracę. Zachęcamy do tego. Wtedy wiedzą, co się dzieje z ich dzieckiem, a z drugiej strony czerpią pomysły na to, jak postępować z nim w domu.

To wymaga od rodziców zaangażowania.
Tak. Im dziecko jest mniejsze, tym jest to ważniejsze. Przyjmujemy dzieci od 15. miesiąca życia i rodzice takich maluszków często uczestniczą w naszych spotkaniach. Z jednej strony pomagają nam „uczyć się” dziecka, z drugiej – mają okazję je obserwować i zauważać jego gotowość do samodzielności w różnych obszarach.

Dzieci uczą się też od siebie nawzajem. Czy temu właśnie służą mieszane grupy wiekowe?
Między innymi. Pierwsza grupa to dzieci do 3. roku życia, następne grupy wiekowe to: 3–6, 6–9 i 9–12 lat. Ale nie oznacza to, że dziecko w dniu swoich trzecich urodzin jest automatycznie przerzucane do starszej grupy. Czekamy na moment, kiedy „nasyci się” pewnymi aktywnościami z grupy młodszej i jest gotowe do przejścia do grupy starszej. W klasach jednorodnych wiekowo szybko ustala się hierarchia i wyłania się „grupa trzymająca władzę”. W grupach mieszanych wiekowo struktura ciągle się zmienia, straszy rocznik odchodzi i młodszy przychodzi, więc kompetencje społeczne są wciąż budowane w oparciu o nowe środowisko. Każde dziecko przechodzi przez cały cykl – kolejno jest najmłodszym, średnim i najstarszym. W związku z tym w naturalny sposób uczy się współpracy ze starszymi i z młodszymi – bycia tym, który prosi o pomoc, podgląda i próbuje, oraz tym, który pokazuje, pomaga, radzi i jest autorytetem. Dzieci próbują własnych sił w różnych rolach i budują swoje poczucie wartości. Te z mocnym charakterem uczą się, że nie każdy im się podporządkuje, a słabsze – że mogą być autorytetem. Każde czerpie z tego wiele korzyści.

Jak wyglądają zajęcia?
Założenia na każdym poziomie wiekowym są takie same, tylko rozwiązania inne. Na początku dnia jest praca własna, czyli każde dziecko zajmuje się aktywnościami, którymi jest zainteresowane i które sobie zaplanuje. Na poziomie przedszkola oznacza to, że jeśli dziecko chce np. przelewać wodę, to pod okiem nauczyciela przynosi sobie fartuszek, miskę i dzbanek i przygotowuje miejsce do pracy. Na wyższym poziomie planuje cykl czynności i ich kolejność – tworząc indywidualny system zarządzania czasem. Ma na to trzy godziny. To bardzo cenny czas, dzieci mogą się wtedy integrować z grupami różnymi wiekowo – np. sześciolatek może pracować z drugo-, czwarto- i szóstoklasistą, których też interesuje dana aktywność. Nauczyciele pomagają im zorganizować pracę oraz podsumować efekty na spotkaniu w kręgu. Dzięki temu dzieci uczą się współpracy i rozmowy. Później jest czas na zajęcia grupowe, związane z wymaganiami przedszkolnymi i szkolnymi – języki, gimnastyka, logopeda, religia dla chętnych, muzyka. Trzecia część dnia jest skoncentrowana na rozwoju predyspozycji w kółkach i sekcjach. Oferta jest bogata, ale dzieci mogą też same zorganizować i poprowadzić zajęcia na temat swoich zainteresowań. W międzyczasie jest codzienna rekreacja (przynajmniej 45 minut na świeżym powietrzu poza gimnastyką i wf-em).

Jakie jest zadanie nauczyciela?
W Montessori nauczyciel nie jest wykładowcą z katedry, który przychodzi i sprawdza, czego się dziecko nauczyło, a następnie je ocenia, tylko osobą, która obserwuje dziecko, udziela niezbędnej pomocy i buduje relację zaufania. Dzieci mogą się do niego zwracać z problemami, szukać rady, pomocy i pocieszenia. To pozwala wyłapać trudności i zaradzić wielu problemom.

Ta sama rzecz w rękach nauczyciela Montessori będzie czymś innym niż w rękach nauczyciela tradycyjnego. W większości szkół mapy czy globusy stoją wysoko i tylko nauczyciel może ich używać. U nas pomoce naukowe służą nie nauczycielowi – aby mógł lepiej coś wytłumaczyć, są dla dzieci – aby mogły lepiej zrozumieć. Cechą pomocy montessoriańskich jest to, że są one bardzo dobrze przemyślane pod kątem tego, do czego mają służyć. I nawet bez nauczyciela dziecko może przez doświadczanie zdobywać wiedzę o świecie. Wszystkie pomoce dotyczą umiejętności związanych z obszarem praktycznego życia – od przewracania kartek, wiązania butów, przesypywania, nabierania łyżką, przez kształtowanie pojęć sensorycznych – związanych np. z wielkością, grubością, po kompetencje językowe, matematyczne i przyrodnicze. Dla przykładu – na lekcji gramatyki używamy kuli, która obrazuje czasownik, i ostrosłupa, który pokazuje rzeczownik. Czyli coś, co jest w ruchu, i coś, co jest stabilne. Gdy z pięcio- i sześciolatkami rozmawiamy o słowach oznaczających coś, co możemy zrobić i to, co możemy przynieść – odpowiednio turlamy kulę i stawiamy ostrosłup. Nie rozmawiamy o elementach gramatyki, tylko pozwalamy na zabawę, a dopiero później zaczynamy fachowo je nazywać. W przedszkolu dzieci układają też kwadraty liczb. Nic im nie mówimy o podnoszeniu do potęgi, tylko pozwalamy bawić się koralikami. Jeśli rząd z pięciu koralików położą obok siebie pięć razy, tworzą kwadrat liczby. W ten sposób dochodzą do umiejętności, które później tylko trzeba nazwać i rozwinąć. Ponieważ nie mamy systemu tradycyjnych ocen, pomoce zawierają element samokontroli – dziecko może sprawdzić, czy wykonało jakieś zadanie prawidłowo. Chodzi o to, żeby robiło coś przede wszystkim dlatego, że sprawia mu to przyjemność i odpowiada na jego potrzebę rozwojową. W ten sposób tworzymy wewnętrzny system motywacyjny. Nauczyciel cieszy się sukcesem razem z dzieckiem, ale go nie nagradza. Podaje rzetelną informację zwrotną, co wyszło dobrze, a nad czym trzeba popracować, i co ważne – jak to zrobić. I okazuje się, że dzieci nie potrzebują motywacji kijem i marchewką.

Pani obserwowała skuteczność metody też jako rodzic.
Szukając przedszkola dla mojego wówczas trzyletniego syna, trafiłam wpierw do placówki waldorfskiej, a później do Montessori. Zakochałam się w tej metodzie, syna zapisałam do przedszkola, a siebie na kurs dla nauczycieli. I od razu zajęłam wakat asystenta, więc od początku byłam w roli nauczyciela i rodzica. Moi dwaj młodsi synowie są teraz w montessoriańskiej szkole podstawowej, dwaj starsi uczyli się w placówkach montessoriańskich do trzeciej klasy szkoły podstawowej (innej możliwości wtedy nie było). Jako najmocniejszy oceniają efekt przedszkola – w szkole wracały do nich wczesne doświadczenia z matematyki i gramatyki i dzięki temu rozumieli, czego się uczą. Edukacja Montessori bardzo pomogła im też pod względem społecznym – zyskali łatwość w budowaniu relacji z innymi, niezależnie od wieku. Po pierwszym miesiącu w szkole tradycyjnej jeden z nich został przewodniczącym szkoły, drugi – klasy. Wiedzę szkolną można zawsze uzupełnić, ale to umiejętności społeczne i emocjonalne decydują o tym, czy damy sobie radę w życiu.

Niektórzy rodzice zaczynają pod opieką państwa placówki prowadzić też tzw. edukację domową.
W takiej sytuacji najważniejszy jest sposób podejścia do dziecka. Jeśli chcemy zaspokajać jego potrzeby, musimy przygotować do tego otoczenie. Składają się na to trzy aspekty: przygotowany dorosły, przestrzeganie reguł i praw oraz aspekt materialny, czyli to, co znajduje się w otoczeniu dziecka. O ile dwa pierwsze wymagają przemyślenia i podejścia, to trzeci narzuca konieczność pewnych udogodnień. Jeżeli chcemy, by dziecko uczyło się nakrywać do stołu, musimy zapewnić mu dostęp do naczyń, szuflady i stołu, co oznacza czasem potrzebę poprzestawiania rzeczy w mieszkaniu. Gdy chcemy wyrobić większą samodzielność u maluchów, powinniśmy też dostosować do rączek dziecka przedmioty codziennego użytku – kubek, grzebyk, szczoteczkę do zębów. Kolejna rzecz – wszystko robimy naprawdę, czyli dziecko nie dostaje zabawki pralki, tylko uczymy je obsługi prawdziwego urządzenia. Mój synek w wieku dwóch i pół roku potrafił już segregować pranie, wkładać do bębna i włączać program. Chodzi o to, by dziecko było zaangażowane w życie dorosłych – warto pokazywać mu, co może zrobić samodzielnie np. rozsypać coś, żeby dziecko mogło to potem zamiatać. Bo dla rodzica celem jest sprzątniecie, a dla dziecka sprzątanie, podoba mu się po prostu czynność zamiatania. Dobrze jest poznać etapy rozwoju dziecka i potrzebne aktywności. U nas w przedszkolu dzieciom najpierw pokazujemy, potem pozwalamy ćwiczyć umiejętność np. prasowania prawdziwym żelazkiem, żeby wiedziały, że jest gorące i trzeba uważać. Pod naszą opieką uczą się używać noża i nożyczek. Używają też szklanych naczyń i metalowych sztućców. Uczą się, że przewodzą ciepło, jak należy je trzymać, jak mocno można je ściskać. To są ważne doświadczenia.

Jakieś przykłady z pani domu?
Mój najmłodszy syn nie miał łóżka, tylko materac, na który mógł sam wchodzić i spać wtedy, kiedy był zmęczony. Obrazki na ścianach były zawieszone na poziomie wzroku raczkującego malucha. Nie używaliśmy chodzików, tylko czekaliśmy, aż maluch sam zacznie chodzić. Jak coś nas niepokoiło w zachowaniu dziecka, zastanawialiśmy się najpierw, co takiego jest w otoczeniu czy w nas, co trzeba zmienić. Takie rodzicielstwo daje dużą frajdę, bo pozwala dobrze poznać swoje dziecko. Dziś wiem, że mam wspaniałe dzieci, które realizują marzenia i osiągają sukcesy. Nie moje oczekiwania, tylko swoje pomysły. Mogą próbować różnych rzeczy – doświadczają, ale i popełniają błędy, dzięki czemu poszukują siebie. Daję im poczucie, że jeśli tylko będą mnie potrzebowali, to jestem dla nich dostępna. Nie narzucam się, jedynie podrzucam pomysły, wycofuję się i obserwuję, co wybiorą. Jestem obecna w ich życiu, ale staram się ich nie osaczać. Jestem z nimi na ich zasadach, na tyle, na ile mi pozwolą.

To daje mi poczucie, że jestem OK – robię, co mogę, ale pozwalam dzieciom samodzielnie rozkwitnąć. Jestem szczęśliwa, bo widzę, jakie są i widzę, że każde jest sobą.

Metoda Montessori
- opracowana przez włoską lekarkę, Marię Montessori. Kładzie nacisk na swobodny rozwój dziecka i przeciwstawia się systemowi szkolnemu, tłumiącemu aktywność dzieci, którego symbolem była dla Montessori „szkolna ławka”. Uważała, że głównym zadaniem pedagogiki jest wspieranie spontaniczności i twórczości dzieci, umożliwianie im wszechstronnego rozwoju fizycznego, duchowego, kulturowego i społecznego. Odkryła także zjawisko polaryzacji uwagi u dzieci. W 1907 roku otworzyła pierwsze przedszkole Casa Dei Bambini (Dom Dzieci).

Dorota Rotowska psycholog, pedagog, nauczycielka Montessori.

  1. Psychologia

Wybór kierunku studiów - jak pomóc dziecku w podjęciu dobrej decyzji?

Matury w tym roku później, jednak wątpliwości „co dalej?” już spędzają nastolatkom sen z powiek. (Fot. iStock)
Matury w tym roku później, jednak wątpliwości „co dalej?” już spędzają nastolatkom sen z powiek. (Fot. iStock)
Matury w tym roku później, jednak wątpliwości „co dalej?” już spędzają nastolatkom sen z powiek. Jak rozsądnie wspierać dzieci w wyborze kierunku studiów – pytamy Mikołaja Marcelę, nauczyciela akademickiego i autora książek.

Z powodu pandemii koronawirusa tegoroczne matury odbyły się później niż zwykle, a powtórki do egzaminów nie wyglądały normalnie... Jak pomóc swojemu nastoletniemu dziecku przygotować się na nowy etap w życiu?
Przede wszystkim dbać o dobre relacje. Nasuwa mi się przykład dotyczący aktualnej sytuacji – konieczność prowadzenia lekcji online od razu ujawniła, jakie który nauczyciel ma relacje z uczniami. Od nauczyciela, którego nie lubią, którego się boją, niczego nie przyjmują. To samo dotyczy rodziców: relacja to baza, bez niej żadne wychowanie się nie uda. A co do matury, to generalnie uważam, że jest niepotrzebnym, a wręcz szkodliwym reliktem pruskiego systemu edukacyjnego, który dziś już się nie sprawdza.

Chciałoby się powiedzieć: "To zmieńmy system", i być może to się stanie, bo coraz więcej osób zauważa absurdalność matury i egzaminów jako takich. 
Ja to zauważam od dawna. Podczas rekrutacji do programu Uniwersytet Najlepszych na Uniwersytecie Śląskim, w ramach którego jestem członkiem komisji rekrutacyjnej i tutorem, najcenniejsza jest rozmowa kwalifikacyjna. Nie sprawdzamy jednak konkretnej twardej wiedzy kandydata, ale co to za człowiek, jak myśli i kim chce być.

Czyli liczy się to, jakiego nastolatka wychowaliśmy, a nie czy umieliśmy zmusić go do nauki? Ale jednak trochę zmuszać trzeba.
Zmuszanie to wyjątkowo zły pomysł. Badania pokazują, że mało skuteczne jest nawet motywowanie do nauki – zarówno za pomocą kar, jak i nagród. Generalnie – co pewnie może nam się wydać zaskakujące, ale jeśli spojrzymy na samych siebie, to już wcale tak nie będzie – uczymy się tego, czego sami chcemy się uczyć. Co więcej, narządem, który przyswaja wiedzę, jest mózg, a mózg nie jest wyłącznie organem biologicznym, lecz także... społecznym. A to oznacza, że podczas zabawy, ciekawej interakcji, miłej aktywności społecznej uczymy się łatwiej, więcej i chętniej. Przymus rodzi niechęć. Sytuację jeszcze pogarsza fakt, że mózg jest nastawiony na wyłapywanie wad, krytyki, ułomności, błędów. Gdy pochwalę cię dziesięć razy, a raz powiem, że zrobiłaś drobny błąd, to wrócisz do domu, obracając w pamięci tylko moją krytyczną uwagę. Krytyka zabija wszystkie pochwały.

Ale jednak nie każdemu nastolatkowi można ufać i zostawić wolność w przygotowaniu się do matury i studiów.
Chcesz ze mną rozmawiać o studiach, egzaminach, a przecież edukacja zaczyna się w domu. I to edukacja na wszystkich polach, także na polu zaufania. Poprosiłbym rodziców, żeby powiedzieli, jak się czują, gdy w pracy szef nieustannie monitoruje ich pracę, pyta, co robili, dlaczego tak mało, kiedy wreszcie zaczną, kiedy skończą... To buduje zaufanie? Traktujmy młodych jak ludzi, a nie jak jakieś podstępne, leniwe istoty, które trzeba cały czas prowadzić za rękę. Chcesz móc ufać dziecku, to go zapraw w bojach. Pokazuj, że mu ufasz, i to zaprocentuje.

Już słyszę, jak rodzice, czytając to, co mówisz, prychają w duchu: "Nie znasz mojego nastolatka!". 
Nie ma złych dzieci. W wychowaniu – tak samo jak w każdym innym obszarze – dostajesz to, co dajesz. Ufajmy, nie nadzorujmy.

W książce "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku" namawiasz rodziców, żeby przestali nadzorować naukę swoich dzieci. Nie pytali, co zdane, czy wszystko odrobione, ale spędzali z dziećmi czas...
Tak, czas to najwyższe dobro, jakie rodzic może dać swojemu dziecku. Bez czasu nie zbuduje się relacji, a bez relacji nastolatek z żadnym problemem do ciebie nie przyjdzie.

Mikołaj Marcela, 'Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku' Mikołaj Marcela, "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku"

Samo spędzanie czasu wystarczy? A rozbudzanie ambicji, aspiracji, odpowiedzialności? Bez nadzoru wielu młodych ludzi zmarnuje życie i swoje możliwości. A jeśli nastolatek interesuje się jedynie Instagramem i grami? 
To niech się interesuje. Instagram czy gry to normalne zainteresowania i można w ich ramach rozwijać swój potencjał. Dziś każdy obszar życia, nawet taki, który jest obcy rodzicom, może być źródłem wiedzy, a w przyszłości zarobkowania. Młody człowiek powinien móc popróbować wszystkiego. Ja grałem na perkusji, dla moich rodziców musiało to być nie do zniesienia, ale wytrzymali. Nie zostałem muzykiem, ale tamte doświadczenia, zwłaszcza akceptacja i wsparcie rodziców, fakt, że nigdy mi nie zarzucili, że to czysta strata czasu – ukształtowały wiele moich najważniejszych cech.

Zgodnie z koncepcją pedagogiki pozytywnej najważniejsze to dzieciom nie przeszkadzać. Czy sądzisz, że skoro dziecko nie chce iść na studia, to nie należy go wypychać?
Nie podoba mi się słowo „wypychać”, ale uważam, że należy zachęcać do studiowania. Można powiedzieć tak: „Słuchaj, studia to pierwszy etap edukacji, gdy wreszcie ktoś będzie słuchać, co masz do powiedzenia, czasami będziesz też mógł sobie wybrać przedmioty, sposób zaliczenia, to dla ciebie wielka szansa rozwoju. Spróbuj, zobacz, jak działają studia, a jeśli ci się nie spodoba, to zrezygnujesz”.

Czyli jednak studiowanie ma według ciebie sens?
Ma głęboki sens, bo daje możliwość rozwoju, buduje poczucie własnej wartości, rozszerza widzenie świata. Chodzi tylko o to, żeby rodzice nie wybierali maturzystom konkretnych kierunków. „Masz studiować medycynę, prawo, architekturę, bo to da ci pieniądze, pozwoli żyć na wysokim poziomie” – co to za komunikat?! Dziś nie ma dobrych i złych studiów, po prostu spróbuj, a może ci się spodoba.

A jeśli to studiowanie nie wypali? Wielu młodych zaczyna studia, ale ich nie kończy.
To normalne i trzeba o tym szczerze mówić. Wszyscy nieustannie próbujemy. Studia to najlepsze miejsce na rozwój, ale zawsze możemy się na takim wyborze przejechać. Uczymy się tego przez całe życie.

Jednak rodzice chcą też zapewnić dzieciom wykształcenie, które da im w przyszłości możliwość dobrego życia. Życiowe doświadczenie mówi im, że pewne zawody dają większą gwarancję zatrudnienia niż inne.
Tak? Jakie? Rodzice nastolatków muszą zmierzyć się z prawdą o współczesnym zatrudnieniu. Żaden młody człowiek nie ma szans na pracę w jednym zawodzie przez całe życie. Bez względu na to, jakie skończy studia. Będzie zmieniać pracę kilkanaście razy, będzie się wiele razy uczyć nowego zawodu Zwłaszcza dzisiaj, w świecie po pandemii COVID-19 i z rosnącą rolą uczenia się maszynowego. Gdy posłucha się futurologów i osób, które monitorują to, co dzieje się na rynku pracy, uwagę zwraca wysokie prawdopodobieństwo tego, że absolwenci kierunków humanistycznych i artystycznych łatwiej odnajdą się w nowej rzeczywistości. Sam jestem humanistą i widzę, jak wiele istotnych zdolności i kompetencji uzyskałem na filologii polskiej czy filozofii. Żadne studia dziś nie zapewniają w przyszłości wysokich poborów, a specjaliści z zakresu edukacji nie mają wątpliwości, że najważniejszą kompetencją w najbliższych latach będzie zdolność szybkiego i efektywnego uczenia się nowych rzeczy.

Na co zwracać więc nastolatkowi uwagę przy wyborze studiów?
Na to, co go interesuje. Polecam książkę „Uchwycić żywioł” Kena Robinsona. Odkrycie swojej pasji zmienia w życiu wszystko. Najważniejsze, żeby robić to, co sprawia nam frajdę.

Czyli każdy nastolatek ma jakiś talent, tylko musi go znaleźć. Jak mu w tym pomóc?
Najlepsze wyjście to tutoring, czyli edukacja spersonalizowana. Ta metoda skutecznie namierzy mocne strony każdego nastolatka.

Na czym ona polega?
To cykl spotkań z tutorem, który ma dla młodego człowieka czas, zbuduje z nim dobrą relację, zapewni bezpieczną przestrzeń do rozmów, omówi niepowodzenia, ale pod kątem pozytywów. Przede wszystkim jednak pomoże mu w realizacji jego celów, bo ma do tego kompetencje. To jest praca jeden na jeden na głębokim potencjale młodego człowieka.

Jednak dla wielu rodziców spersonalizowany tutoring zawsze będzie poza zasięgiem. Czy masz domowy sposób na odkrycie talentów mojego nastoletniego dziecka?
Mam, i składa się na niego kilka komponentów: czas, wspieranie nastolatków w ich pomysłach, przestrzeń i umożliwienie próbowania wielu rzeczy. Rozumiem to w następujący sposób: dajcie swoim dzieciom wolny czas po szkole, nie zaganiajcie ich do zadań domowych, niech sobie robią, co chcą. Nawet niech się ponudzą i zmarnują trochę czasu. I niech szukają tego, co ich kręci. Szkołę zostawcie w szkole, tak długo, jak wasze dziecko zalicza wszystkie przedmioty. I pomagajcie tylko wtedy, kiedy dziecko o to poprosi. Na pewno nie próbujcie nad nim wisieć ani go kontrolować, czy robi wszystko, co było zadane i czy ma same wysokie oceny. To najgorsza taktyka, najbardziej zabójcza dla każdego potencjału.

Twoje poglądy momentami brzmią bardzo idealistycznie, ale każda idea wydaje się absurdalna, zanim stanie się popularna. Może ta nasza rozmowa zasieje zmiany w sposobie myślenia i o systemie edukacji, i o traktowaniu młodych ludzi.
To nie jest podejście idealistyczne, to opieranie się na naturalnych procesach uczenia się. Obecna edukacja jest całkowitym wypaczeniem takiego sposobu nauki. Myślę, że moje poglądy są raczej powrotem do źródeł. Przypomnijmy sobie, jak wyglądała edukacja w starożytnej Grecji, a więc zaraz na początku rozwoju naszej nauki: bez podstaw programowych, ocen, zadań domowych i testów. Był dialog, wymiana myśli, sztuka stawiania pytań i szukania odpowiedzi – przy użyciu logiki oraz za pomocą eksperymentu. A wszystko to w ramach budowania głębokich relacji między mistrzem a uczniem. To chyba brzmi lepiej niż edukacja w obecnej szkole, prawda?

Mikołaj Marcela, nauczyciel akademicki, wicedyrektor kierunków sztuka pisania, filologia klasyczna i mediteranistyka na Uniwersytecie Śląskim. 

  1. Psychologia

Zagubione dzieci, zestresowani rodzice, przestarzała szkoła - edukacja w pandemii. Nie dajmy się zwariować!

Nauka przez internet to przyszłość, warto się z nią oswoić (Fot. Getty Images)
Nauka przez internet to przyszłość, warto się z nią oswoić (Fot. Getty Images)
Nauczanie zdalne w ostatnich miesiącach naprawdę może zaważyć na następnych latach życia dzieci, bo ukształtuje taki, a nie inny stosunek do nauczycieli i dorosłych w ogóle. Koszmarne jest to, że traktuje się podstawy programowe jako coś równie niezbędnego do życia jak woda i powietrze. A co za problem powiedzieć: „połowę z tego wyrzucamy i już”. To naprawdę nie będzie miało żadnych negatywnych następstw – mówi psycholożka dr Aleksandra Piotrowska z Wydziału Pedagogicznego UW.

Nauczanie zdalne w ostatnich miesiącach naprawdę może zaważyć na następnych latach życia dzieci, bo ukształtuje taki, a nie inny stosunek do nauczycieli i dorosłych w ogóle. Koszmarne jest to, że traktuje się podstawy programowe jako coś równie niezbędnego do życia jak woda i powietrze. A co za problem powiedzieć: „połowę z tego wyrzucamy i już”. To naprawdę nie będzie miało żadnych negatywnych następstw – mówi psycholożka dr Aleksandra Piotrowska z Wydziału Pedagogicznego UW.

Nauczyciele zadają lekcje na potęgę, rodzice pilnują, żeby dzieci je odrobiły, a one albo się podporządkowują, albo buntują. Wydaje mi się, że nauka online w polskim wydaniu dużo mówi o naszej edukacji w ogóle.
Całkowicie się z panią zgadzam. Ta wyjątkowa sytuacja pokazuje, nomen omen jak w zwierciadle, wszystkie słabości naszej edukacji, poczynając od tego, że zawsze spora część pracy związanej z opanowaniem treści była cedowana przez szkoły na rodziców – co teraz widać niezwykle wyraźnie – a kończąc na pruskim podejściu do nauczania. Rośnie mi ciśnienie, kiedy słyszę pana ministra opowiadającego, że 95 proc. szkół świetnie radzi sobie ze zdalną edukacją. Albo gdy słyszę wypowiedź jednego z kuratorów: „Nauczyciele narzekają na brak komputera? A przecież mają komórki, mogą uczniom wysłać SMS-em numery stron i zadań”. Całkowite niezrozumienie, czym jest edukacja!

A czym jest?
Edukacja to taki trójkąt równoboczny, w którym jedno ramię stanowią nauczyciele i wszyscy pracownicy szkoły, drugie – uczniowie, a trzecie – rodzice. I wszystkie te ramiona muszą ze sobą ściśle współpracować. My, rodzice, nie możemy wykazywać się potulnością i pokorą wobec absurdów, jakie ze szkoły płyną. Dziwię się też bardzo nauczycielom, że pozwalają na to, żeby odium tego zamieszania związanego z nauką przez internet spadło na nich.

Nauczyciele nie mają wyjścia, są rozliczani, w dziennikach elektronicznych widać, co zapisują. I zgodnie z teorią dziobania dziobią tego, kto niżej, czyli uczniów.
Ta teoria rzeczywiście dokładnie się tu sprawdza. Nauczyciele od dawna są zastraszaną i sponiewieraną grupą, w związku z czym gotowi są podejmować takie właśnie pseudoaktywności, byleby zwierzchnicy dostali informację, że ich zalecenia zostały wprowadzone w życie. Decydentom chodzi o to, żeby przebieg tego roku szkolnego nie był zakłócony, jeśli chodzi o terminy, i większość nauczycieli dała się w tę nieuczciwą grę wmanewrować. Bo naprawdę to tak pięknie wygląda wyłącznie w ministerialnych sprawozdaniach.

Dlatego rozsądkiem muszą wykazać się rodzice?
Tak, dobrze by było, żeby zweryfikowali przeświadczenie, że ich obowiązkiem jest wywiązywanie się z absurdalnych zadań narzuconych przez szkołę. Podam przykład: rozmawiam z kobietą, i to z Warszawy, więc wydawałoby się, że tu powinno być z techniką lepiej, samotną matką czwartoklasisty, która nie dysponuje ani drukarką, ani skanerem. W większości polskich rodzin są komputery, laptopy, ale nie ma drukarek i skanerów. I ta matka mówi mi, że właśnie skończyła przepisywać 12. stronę karty pracy, bo jak zaalarmowała nauczyciela, że jej dziecko nie może wywiązać się ze zleconych zadań ze względu na brak drukarki, to usłyszała: „To może wziąć pani kartkę i przepisać to, co wysłałam”. No to przepisała, a nawet przerysowała, bo na tej karcie były też rysunki, dziecko miało ją uzupełnić i potem ona musiała wysłać to do nauczyciela. To jakaś paranoja! Częściowo mogę usprawiedliwić nauczycieli, którym mówi się, że są obibokami, że mają trzy miesiące wakacji, więc oni robią wszystko, żeby się wykazać.

Rodzice powinni się zbuntować?
Tak, powinni się zbuntować, ja ich bardzo do tego namawiam. Powinni odmówić wykonywania nierealnych w takich warunkach zadań, które teoretycznie są zadaniami dla dzieci, ale dzieci z różnych powodów nie mogą ich wykonać bez udziału rodziców.

Pewnie rodzice mają ochotę, żeby się zbuntować, ale wiedzą, że zapłaci za to dziecko.
Tak, bo dostanie gorsze stopnie, zdobędzie mniej punktów na egzaminach. Ale nie ma innej rady. Możemy apelować też do dyrekcji szkół, choć dyrektorzy w ogromnej większości przypadków wchodzą w tę grę i zaczynają udawać przed zwierzchnikami, że jest świetnie. Rodziców powinien skłonić do tego zdrowy egoizm, bo przecież mają swoje obowiązki zawodowe, często teraz wykonywane zdalnie, a nie jest normą w polskich rodzinach, że każdy członek ma swoje narzędzie elektroniczne, natomiast bawienie się w odrabianie pracy domowej na smartfonie to koszmar. Zdarzają się dzieci, które same radzą sobie znakomicie, ale takich jest co najwyżej 1 proc., natomiast cała większość musi mieć dostęp i do narzędzi, i mieć obok siebie dorosłego, który będzie nie tylko wyjaśniał, tłumaczył, ale także zachęcał, motywował.

Ta sytuacja może generować mnóstwo napięć, pogłębiać niechęć dzieci do nauki?
Może. Nasze władze oświatowe mają cudowne zdolności do demotywowania dzieci. Ich poczynania zmierzają do tego, żeby nawet bardzo dobrzy uczniowie ziali nienawiścią do szkolnej nauki, co nie tłumi przecież zainteresowań poznawczych dzieci, natomiast powoduje, że coraz rzadziej kojarzą szkołę z miejscem, które odpowiada na ich zainteresowania. I to jest dramatyczne! Przecież w Centrum Nauki „Kopernik” każdemu dziecku błyszczą z zaciekawienia oczy, jeśli może samo coś odkrywać, ale na pewno nie stanie się to w trybie tak zwanej zdalnej edukacji, czyli w takim kształcie, w jakim to się teraz odbywa.

Przymusowe nauczanie online obnaża to, jak anachroniczna i przestarzała jest polska szkoła, jak schematycznie, odtwórczo uczy. A może, paradoksalnie, uświadomienie sobie tej prawdy to dobra strona nauczania zdalnego, bo zapoczątkuje jakieś zmiany?
Oby. Niestety, w nas, dorosłych, jest duża doza myślenia, że „za moich czasów to było świetnie, nikt się mną nie przejmował, nie zaszkodziło mi nawet to, że mnie lali, w sumie na dobre mi to wyszło”. Jest w nas zgoda na transmisyjny model funkcjonowania szkoły, gdzie wiadomości z głowy nauczyciela jak na taśmie przepływają do głowy uczniów, uważamy, że to świetny model, jedyny możliwy. Ciągle nie kupiliśmy – jako społeczeństwo, jako rodzice – prawdy, że edukacja to organizacja uczenia się, a nie mechaniczne przekazywanie wiedzy. Oczywiście, mamy garstkę nauczycieli zapaleńców i ja wierzę, że ta grupa będzie z każdym rokiem się powiększała. Mamy także światłych rodziców, co pokazał chociażby ruch wokół ukrócenia prac domowych. Jeszcze przed kryzysem prace domowe w większości polskich domów były zarzewiem konfliktów, sprawiały, że relacje między rodzicami a dziećmi nie układały się dobrze. A to, co się teraz dzieje, jeszcze bardziej może je pogorszyć. U rodziców mogą budzić się najprostsze mechanizmy obronne: „To nie moja wina, to dzieciak się nie stara, marnuje czas”. Tymczasem oskarżanie dzieci nie ma nic wspólnego ze wspomaganiem ich rozwoju, a przecież to właśnie powinniśmy robić.

Zawsze powinno się stanąć po stronie dziecka?
Może nie używajmy wielkiego kwantyfikatora „zawsze”, bywają różne przypadki, ale w większości jest tak, że opory dziecka są zasadne, że ono nie ma nic przeciwko zdobywaniu wiedzy w ogóle, tylko nie chce jej nabywać w taki sposób, takim kosztem. Rodzice, którzy zastanawiają się, jak dokręcić mu śrubę, tak naprawdę stają po stronie opresyjnego systemu. Symptomatyczne jest to, że jak jestem zapraszana na spotkania z rodzicami, to jednym z najbardziej pożądanych tematów do rozmowy jest to, jak motywować dzieci do nauki. Czyli tak naprawdę chodzi o to, jak zmusić dzieci do tego, żeby robiły to, co im się każe.

Może rodzice, widząc teraz, ile dzieci mają pracy, zweryfikują swoje wymagania?
Tak rzeczywiście mogłoby się stać, gdyby kierowali się uważnością na swoje dzieci, analizowali, w jakiej one znajdują się sytuacji. Wtedy tygodnie domowej edukacji mogłyby stać się dobrą okazją do obserwacji, jak nauczanie szkolne wygląda naprawdę. Ale ja się obawiam, że rodzice nie nawykli do tego, żeby cały dzień uczestniczyć w ciężkiej pracy dziecka, bo do tej pory uczestniczyli tylko w jego pracach domowych. Dlatego mogą odczuwać przede wszystkim narastające pretensje do własnych dzieci, oskarżać je, że się nie starają. Niedostatku intelektu raczej im nie zarzucą, bo sądzą, że dziecko odzwierciedla ich intelekt, więc tu na pewno mu niczego nie brakuje. „Zdolny, ale leniwy” to określenie funkcjonuje w większości polskich rodzin. Mówimy o uczeniu się, ale już sama obecność dziecka z rodzicami na niedużej przestrzeni sprawia, że relacje wewnątrzrodzinne mogą teraz być burzliwe.

Jak pomagać dzieciom przetrwać ten czas?
Rozmawiać o sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, o trudnościach, które na nas spadły. Dzieci muszą wiedzieć, w jakim świecie funkcjonują, nie wolno ukrywać przed nimi prawdy, bo one potem w tym świecie muszą żyć. Ale, na Boga, w trosce o swoje dzieci i o komfort własnego życia powinniśmy się przeciwstawiać absurdom, a nie je w bierny sposób akceptować, zaganiając całą rodzinę do odrabiania lekcji. To niedobry pomysł.

No, ale zdać maturę trzeba, i to dobrze!
Wiele inteligentnych dzieci kwestionuje sens wkładania wielkiego wysiłku w to, żeby jak najlepiej zdać maturę. A rodzicom coraz trudniej znajdować argumenty, żeby je przekonać, że procent zdobytych punktów ma rozstrzygające znaczenie dla ich przyszłości. Bo może 40 lat temu ukończenie dobrej uczelni dawało pewne gwarancje dobrej pracy, ale dzisiaj nie daje. Dzisiaj lepiej radzić sobie w życiu, wykonywać ciekawszą pracę, wieść szczęśliwsze życie mogą ludzie, którzy potrafili w pewnym momencie odrzucić presję szkoły. Nie chcę powiedzieć, że tak trzeba robić, tylko uzmysłowić, że dzisiaj dobra szkoła i dobra edukacja nie gwarantują sukcesów zawodowych i dobrego życia. Dzieci to chyba zauważają częściej niż rodzice. A jakaż to tragedia będzie się wiązała z tym, że dziecko nie dostanie się do renomowanego liceum?

Taka, że nie dostanie się na dobre studia.
No to się nie dostanie, pójdzie na inne, a te wymarzone zrobi później, w trybie zaocznym. Dla wykonywania niektórych rodzajów pracy nie ma aż takiego znaczenia, jakie studia skończę. Mój syn przez wiele lat pracował w Hewlett Packard i miał szefową, która była po filologii klasycznej. Może ważniejsze od studiów jest to, żeby ukształtować człowieka o przydatnych w życiu umiejętnościach, który umie dostrzegać wokół siebie niespójności, realne problemy, umie krytycznie myśleć, a nie człowieka, który pokazuje dyplomy 18 kursów. Z przykrością muszę powiedzieć, że celują w tym nauczyciele, którzy łapią każde dodatkowe szkolenie, jeśli tylko wiąże z uzyskaniem certyfikatu, by potem wpisać je sobie do CV.

Świat wyglądałby inaczej, gdyby dzieci miały możliwość odkrywania w szkole swoich pasji, a nie wkuwały na pamięć?
Ludzie na pewno byliby wtedy zdrowsi psychicznie. Ze światowych badań dotyczących nerwic, chorób psychicznych wynika, że najwięcej kłopotów w tym zakresie bierze się stąd, że ludzie są niezadowoleni ze swojego życia, nieszczęśliwi. I zdarza się to wśród dobrze uposażonej klasy średniej. Więc jeśli o godzinie 22 dociera do dzieci na Librusie pięć zadań z chemii, które mają być zrobione na następny dzień (autentyczne!), to każdy normalny rodzic w takiej sytuacji prosi o zamknięcie komputera i pójście spać. Tymczasem co na ogół robimy? Nerwowo rzucamy się do podręczników, żeby zgłębić temat i zrobić zadania z dziećmi albo za dzieci.

Co powiedzieć tym wszystkim zestresowanym rodzicom?
Miejcie odwagę mówić „nie”. Oceniajcie, co w tych warunkach jest rozsądne i możliwe do zrobienia, a jeśli sądzicie, że nie jest, odmawiajcie, czyli informujcie nauczyciela, że tego wasze dziecko nie zrobi, bo nie ma takich możliwości. W ten sposób będziecie wspierać dzieci, ale – paradoksalnie – także nauczycieli.

Bo nauczyciele odważą się powiedzieć „nie” zwierzchnikom?
Tak, ale myślę, że ta odwaga powinna zacząć się od rodziców.

Co można zmienić od zaraz w nauczaniu online?
Gdyby szkoła działała racjonalnie i była nastawiona nie na usatysfakcjonowanie władz oświatowych, tylko na dzieci, to zdalna edukacja mogłaby być fajną okazją do rozwinięcia ważnych umiejętności. Można na przykład wyznaczać czteroosobowe grupki, których skład będzie się zmieniać co parę dni, i zamiast tych nieszczęsnych kart ćwiczeń, zlecać opracowanie zagadnień w grupach. Dzieci miałyby wtedy okazję nabyć kompetencje, które są w życiu ważne.

Na przykład?
Na przykład możliwości współpracowania z każdym, nie tylko z ulubionym kolegą, z którym dziecko zna się od żłobka. Bo to niezwykle ważne, żeby człowiek umiał pracować z każdym, kogo życie postawi mu na drodze. Przy okazji można realizować merytoryczne zagadnienia, ale nie jakieś bzdurne treści. No i byłaby, choć w części, zaspokojona potrzeba relacji z rówieśnikami, której dzieciom tak bardzo dzisiaj brakuje.

To dla nich chyba najbardziej dotkliwy brak. Słyszałam o świetnej inicjatywie nauczycieli  pewnej szkoły społecznej, którzy skrzykują wieczorem na platformie komunikacyjnej swoich uczniów na tak zwane dobranocki. Polegają one na tym, że nauczyciele mówią o swoich pasjach, a uczniowie opowiadają, co u nich się dzieje, śmieją się, dowcipkują.
Cudowna inicjatywa! To muszę też pochwalić się, co robi szkoła mojego wnuka, ucznia trzeciej klasy. Otóż każdego dnia, dzięki aplikacji Zoom, mają kontakt pod wodzą wychowawczyni, który nie służy jednak realizacji treści programowej, ale rozmowie, opowiadaniu, co kto fajnego robił, z czym ma kłopoty. Nauczycielka pomyślała o tym, choć dla ośmiolatków potrzeba bycia w grupie nie jest aż tak silna jak dla nastolatków.

Co możemy zrobić, żeby w tym ciężkim czasie wspomóc dzieci?
Wesprzeć je w zaplanowaniu dnia, uwzględniając czas na rozrywkę i odpoczynek. Organizować wspólne dla wszystkich domowników ćwiczenia fizyczne, treningi. Zachęcać dzieci do kultywowania swojego hobby w warunkach domowych. Te miesiące naprawdę mogą zaważyć na następnych latach życia dzieci, bo ukształtują taki, a nie inny stosunek do nauczycieli i, nie daj Boże, do dorosłych w ogóle. Koszmarne jest to, że traktuje się te nieszczęsne podstawy programowe jako coś równie niezbędnego do życia jak woda czy powietrze. A co za problem powiedzieć: „Połowę z tego wyrzucamy i już”, to nie będzie miało żadnych negatywnych następstw. O to rodzice powinni zabiegać.

Płynie dla nas z tych zdalnych lekcji coś pozytywnego?
Może to, że dzieci, rodzice i nauczyciele, przymuszeni sytuacją, przekonają się do idei zdalnej edukacji, zobaczą, że to kolejne narzędzie, które może wspomagać w nauce. Teraz ta forma jest źródłem utrapienia, płacimy za nią wysoką cenę, ale tak naprawdę potencjał nauczania zdalnego jest bardzo duży.

Aleksandra Piotrowska, psycholożka, dr psychologii na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Psychologia

Dlaczego dziecko nie chce się uczyć?

Gdy dziecko nie chce się uczyć, przyczyna często leży po stronie rodzica, w jego nastawieniu, zachowaniu, w przekazywanych wzorcach. (fot. iStock)
Gdy dziecko nie chce się uczyć, przyczyna często leży po stronie rodzica, w jego nastawieniu, zachowaniu, w przekazywanych wzorcach. (fot. iStock)
Są rodziny, w których wszystkie dzieci mają wysokie osiągnięcia w nauce. Czy to dlatego, że dorośli skrupulatnie rozliczają je ze szkolnych obowiązków? A może to kwestia genów? Co zrobić, gdy dziecko nie chce się uczyć? Jak twierdzi ekspertka magazynu Sens - Ewa Nowak, najważniejsze jest to, czy rodzice zaszczepią w domu kult nauki i wysiłku.

Jestem mamą trójki nastolatków. Syn ma 15 lat, córki bliźniaczki po 12. W tym roku dziewczynki kończą podstawówkę i zdają egzamin szóstoklasisty, syn jest w gimnazjum i również ma egzaminy. Niestety, nie widzę, żeby dzieci przykładały się jakoś szczególnie do nauki, a ja jestem już zmęczona dbaniem o ich szkołę. Wyczytałam gdzieś, że wewnętrzna potrzeba nauki wytwarza się po 15. roku życia. Czy to prawda? Kiedy tej kontroli jest za dużo? A może powinnam w ogóle odpuścić i dać im wolną rękę w dbaniu o szkolne sprawy? Proszę o pomoc.

Wszelkie zmiany w wychowywaniu dzieci, podobnie jak w innych obszarach życia, warto zaczynać nie od rewolucji, lecz od małych, prawie niezauważalnych kroków. Ale na początek zachęcam do tego, żeby zaczęła Pani od siebie, a dokładniej – od sprawdzenia, czy do tej pory robiła Pani którąkolwiek z poniższych sześciu rzeczy:

1. Utyskiwanie na nauczycieli, że źle uczą, są niekompetentni, rekrutują się spośród nieudaczników (dyskredytowanie autorytetu nauczycieli to prosta droga do odcięcia się od ich wsparcia).

2. Opowiadanie, jak to sama nigdy nie lubiła Pani matematyki i wdrukowywanie dzieciom, że brak zdolności do przedmiotów ścisłych, języków lub pisania mają po rodzicach (wiele mam z dumą obnosi się z tym, że miały kłopoty w szkole, tym samym dając przyzwolenie, żeby dziecko również „odpuściło sobie” te przedmioty, bo jest to genetycznie usprawiedliwione).

3. Branie na siebie odpowiedzialności za naukę dziecka; przejmowanie jego obowiązków – wypożyczanie mu książek, pilnowanie, żeby się spakowało, siedzenie razem z nim przy stole, gdy ma odrabiać lekcje.

4. Obrażanie się, krzyki, pozbawienie przywilejów, gdy dzieci nie spełniają naukowych ambicji (to zachowania wyjątkowo krzywdzące emocjonalnie, bo sygnalizują, że dziecko będzie kochane tylko pod warunkiem bycia najlepszym w klasie).

5. Porównywanie własnego dziecka z innymi uczniami.

6. Dyskredytowanie pozaszkolnych zainteresowań dzieci, np. „Wziąłbyś się do chemii, zamiast słuchać tego jazgotu” (nastolatki potrzebują dokonywać spontanicznych wyborów rodzaju aktywności).

7. Mówienie: „Weź się wreszcie do roboty”, bo ma Pani już dość wiecznego przypominania (dzieci będą myśleć, że celem nauki jest to, żeby Pani miała święty spokój).

Jeśli chociaż jedno z powyższych zachowań jest Pani udziałem, proszę nie dziwić się, że dzieci nie garną się do nauki. Można to jednak zmienić i nie warto czekać do 15. roku życia. Wtedy może być już za późno. Jeśli zdarza się Pani mówić: „Twoi nauczyciele to nieuki, lenie, nieudacznicy” – proszę zmienić front. Niech się Pani nie obawia, że zostanie to odebrane jako przejaw braku konsekwencji. Po prostu od dziś proszę głośno komunikować szacunek do osób wykształconych, specjalistów, naukowców, a z czasem Pani poglądami przesiąkną również dzieci. Proszę jednak nie sygnalizować dzieciom w żaden sposób, że właśnie zaczęła Pani pracę nad motywowaniem ich do nauki.

Wracając do Pani pytania, dlaczego dzieci nie czują potrzeby uczenia się? Często powód jest prosty: nie mają z tego żadnych osobistych korzyści. Proszę nie mylić ich z Pani korzyściami – pochwalenie się w pracy i przed babciami, jak dzieci wspaniale się uczą, to nagroda dla rodziców, nie dla dzieci. Drugą przyczyną może być to, że po prostu nie widzą sensu nauki. Dzieci w Polsce wyrastają w poczuciu, że liczą się znajomości albo szczęście, zaś wykształcenie nie decyduje o niczym. Może też być tak, że przejęły od otoczenia pogardę dla pracowitości. Wszechobecny kult wrodzonych zdolności pozbawia dzieci chęci wysiłku. Bywa też tak, że młodzi ludzie nie umieją się uczyć, bo nie mają sprawdzonych technik przyswajania wiedzy. Czasem jest to wina braku dobrego przykładu. Dorośli w ich otoczeniu, nawet wykształceni, sami niczego się nie uczą. To sygnalizuje, że nauka to ciężki obowiązek młodości, który na szczęście mija. Spore znaczenie ma również środowisko rówieśnicze – bywają klasy, w których dokucza się uczniom odrabiającym lekcje i przygotowującym się do zajęć. Poniżej znajdzie Pani kilka cennych wskazówek do wykorzystania od zaraz.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru  magazynu SENS.