1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Konflikt między rodzeństwem

Konflikt między rodzeństwem

fot.123rf
fot.123rf
Jak przywrócić dobrą atmosferę?

Stosuj podejście indywidualne. Czyli spędzaj czas osobno z każdym z dzieci. Jeśli między rodzeństwem jest duża różnica wieku, mają inne potrzeby i ciężko będzie zainteresować tym samym młodszego i starszego jednocześnie.

Nie każ starszemu opiekować się młodszym. To wy jesteście rodzicami i wy odpowiadacie za opiekę nad młodszym dzieckiem. Starsze rodzeństwo – nawet gdy jest duża różnica wieku – nie jest jeszcze dojrzałe do opieki. Tak wygodny dla rodziców układ, żeby starsze zajęło się młodszym, jest często zwyczajnym wydawaniem młodszych dzieci na pastwę starszego rodzeństwa, które z mocy postanowień rodziców ma teraz nad nimi władzę i może robić, co tylko chce.

Zmień schemat. Jeśli zazwyczaj po twoim powrocie do domu dzieci wszczynają kłótnię, w którą wciągają ciebie i męża i w efekcie kończy się rodzinną awanturą, spróbujcie zacząć reagować inaczej. A gdyby tak bez słowa przytulić jedno i drugie dziecko i powiedzieć: „Dziś piekę ciasteczka z dynią, co wy na to?”. Zmiana tematu, brak reakcji ze strony rodzica to dobra droga, żeby pokazać dzieciom, że władza nad emocjami mamy została im odebrana.

Mów, że kochasz. Warto dzieciom otwarcie mówić, jak się je kocha: „Kiedy się dowiedziałam, że jestem w ciąży z Kacprem, to… A gdy się dowiedziałam, że jestem w ciąży z Piotrusiem, to…”. Dla dziecka w każdym wieku to bardzo silny sygnał, że było od początku akceptowane i wyczekiwane. Czasami otwarte wyznanie uczuć rodzica kończy przeciągające się konflikty między dziećmi.

Stwarzaj osobne przestrzenie. Wynajduj obojgu dzieciom jak najwięcej obszarów, w których mają swoje osobne życia, swoich znajomych, swoją przestrzeń. Czasami dzieci muszą po prostu dorosnąć do tego, że można korzystać z dobrodziejstw posiadania rodzeństwa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kogo mama kocha bardziej?

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Mama pięciorga dzieci zapytana, które wyróżnia nad inne, odrzekła: „To, które właśnie jest chore!”. Ale w przypadku, gdy faktycznie rodzice faworyzują jedno z dzieci – tracą na tym wszyscy.

Korzyści bycia tym lepszym z rodzeństwa są spore. Słowa rodzica: „Jak dobrze, że jesteś” czy „Tylko na tobie mogę polegać” to ogromna nagroda emocjonalna, ale za takimi wyznaniami kroczy też ogromne obciążenie.

Monika: „Na studiach poznałam chłopaka. Na którejś randce zwierzył mi się, że nienawidzi swojego brata, ulubieńca rodziców, bo zawsze był do niego porównywany i nigdy nie wypadał korzystnie. Dziś nie utrzymują kontaktów. – Skupił na sobie całą miłość rodziców. Nie chcę go znać – powiedział. A ja się rozpłakałam. Byłam w rodzinie tym lepszym dzieckiem, zrozumiałam, dlaczego moja siostra tak mnie nie lubi. Nawet na święta nie odpisze na mojego SMS-a”. Dziecko nigdy nie zawłaszcza miłości rodziców. Nie ma takiej władzy i nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, jak jest kochane. To rodzice w dowolny sposób rozdzielają swoje uczucia między potomstwo. Ale czy dziecko ma taką wiedzę? Oczywiście, że nie. Widzi, kogo rodzice preferują, tyle że winą za to obciąża właśnie wybrańca. Czuje, że nie jest tak kochane, jak mogłoby być. Brata czy siostrę traktuje jako konkurenta o serce rodziców.

Zawsze nr 2

Patrycja: „Gdy moja siostra coś zrobiła, w domu panował zachwyt. Jej rysunki ojciec wieszał na ścianie, listy od niej z kolonii pokazywał kuzynom, jej zdjęcia nosił w portfelu. Jej matura była traktowana niemalże jak Nobel. To bardzo bolało. Nie znosiłam Justyny. Życzyłam jej śmierci. Całymi latami fantazjowałam, że umiera, wpada pod samochód i wtedy ojciec ma już tylko mnie. Brakowało mi odwagi, żeby go znienawidzić. Swoją frustrację przeniosłam na siostrę. Gdy pojechałyśmy razem na kolonie, cały czas robiłam jej świństwa. Potrafiłam oblać jej łóżko wodą, schować kurtkę, wywiesić majtki na widok publiczny. Kiedyś zamknęłam ją na noc pod prysznicami, a wychowawczyni powiedziałam, że nie wiem, gdzie jest, i udawałam, że szukam jej razem z innymi. W »zieloną noc« namówiłam koleżanki i zrobiłyśmy jej »kocówę«. To nasz ojciec, kochając ją bardziej, wydobył ze mnie wszystko, co najgorsze”.

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. Wywołuje szereg negatywnych emocji, w tym przemożną chęć zemsty. W dorosłym życiu owocuje wieloma poważnymi problemami: osoby, które w dzieciństwie były ciągle krytykowane, są wiecznie niepewne, oglądają się na opinie innych, mają niższą samoocenę, łatwiej popadają w uzależnienia. Ale rola ulubieńca rodziców nie zawsze gwarantuje życiowy sukces.

Zatruta strzała

Faworyzowanym dzieciom wprawdzie więcej wolno, rodzice przymykają oko na ich niedociągnięcia, zalewają je miłością, ale w długoterminowej perspektywie bycie „lepszym” wcale się nie opłaca. Hołubione dzieci dobrze się czują w towarzystwie rodziców, więc spędzają z nimi dużo czasu. Uczestniczą w sprawach dorosłych, ale tym samym są pozbawione towarzystwa rówieśników, odizolowane od właściwych dla ich wieku doświadczeń. Zyskując bliską więź z rodzicem, mają przewagę nad innymi dziećmi w rodzinie, ale tracą ich miłość.

Monika: „Czułam się taka uprzywilejowana, gdy mama zabierała mnie na zakupy, do krawcowej czy gdy razem jechałyśmy na grzyby. W tym czasie Ela szła na podwórko. Do dziś ma masę znajomych z dzieciństwa. Ja – nikogo”.

Hanna: „Gdy miałam 12 lat, mój młodszy brat – 8, a starsza siostra – 14, nasza mama powiedziała: Kocham was jednakowo, ze wskazaniem na Hanię. Poczułam się wybrana. Ale to było jak zatruta strzała. Kiedyś mama, ukradkiem, w tajemnicy przed rodzeństwem, dała mi tabliczkę czekolady. Pobiegłam do pokoju, żeby ją schować, ale oni mnie złapali, przytrzymali i wyciągnęli tabliczkę. – Skąd masz? – Mama mi dała – powiedziałam. – Udław się nią – usłyszałam. Od tego momentu brat i siostra odnosili się do mnie wrogo, i tak zostało do dziś”.

Taką stworzyła mnie mama

Rodzice prawie zawsze chcą dobrze dla wszystkich swoich dzieci. Bardziej wspierają jedno z rodzeństwa z różnych powodów. Słabsze, chorowite, mniej zdolne – bo wzbudza w nich instynkt opiekuńczy; zdolne, inteligentniejsze, ładniejsze – bo mogą być z niego dumni. Tym samym utrwalają hierarchię, wdrukowują role. Dziecko wybrane na to lepsze jest wspierane, otaczane opieką. Miłość rodziców rzeczywiście je wzmacnia. Tymczasem dziecko uznane za gorsze, zostaje zatrute zazdrością i nienawiścią, przez co staje się jeszcze gorsze. Wszystko się zgadza. Rodzice upewniają się, że mieli rację.

Julia: „Tyle razy słyszałam, że Danka lepiej gotuje, sprząta, uczy się i wygląda, że zaczęła kierować mną złość do niej. Stałam się wrednym dzieciakiem. Do dziś jestem gorszą córką. Jestem drażliwa, cyniczna i nieprzystępna – tak jak wymyśliła to nasza matka”.

Monika: „Rodzice wciąż mi powtarzali, że jestem taka rozsądna, nie to co Elka. Ale to moja siostra mogła robić, co chciała, bo była tą gorszą, a ja byłam lepsza, więc musiałam być grzeczna. Do dziś żyruję jej pożyczki, jadę po nią w środku nocy, bo pokłóciła się z facetem i nie ma jak wrócić do domu. Nie mam życia osobistego i wiem, że to dlatego, że nie chcę zawieść rodziców. Uwierzyłam, że muszę być tą lepszą”.

Bez względu na motywy faworyzowania, konsekwencje zawsze są złe. Wyróżniając jedno z dzieci, rodzice budują między nim a resztą rodzeństwa gruby mur wzajemnej nienawiści. To sprawia, że w domu nigdy nie ma dobrej atmosfery. Układy zapoczątkowane w dzieciństwie utrwalają się i przenoszą do dorosłego życia.

Monika: „Obie z siostrą jesteśmy już samodzielne, ale ona nie może mi darować, że rodzice, a zwłaszcza ojciec, woleli mnie. – Co tam u twoich rodziców? Jak twój ukochany tatuś? – pyta, gdy się widzimy. W siostrze jest tyle nienawiści. Czuję, że na to nie zasługuję. Nasi rodzice skrzywdzili nas obie”.

Bycie lepszym dzieckiem nie tylko trwale odcina od rodzeństwa, ale owocuje licznymi problemami. Dorosłe „lepsze” dzieci są mniej samodzielne, mają ogromne problemy z podejmowaniem decyzji, są nazbyt zorientowane na akceptację otoczenia, nadmiernie związane ze swoimi rodzicami, przedkładają ich potrzeby nad własne bądź nad potrzeby swoich dzieci czy męża. Nie umieją się wyzwolić z roli wzorowych dzieci.

Hanna: „Przez długie lata nie zdawałam sobie sprawy, jak niesprawiedliwie moi rodzice traktowali naszą trójkę. Dziś widzę, że było mi wolno znacznie więcej, że byłam zwyczajnie bardziej kochana, ale cena za to jest spora. Mama tylko zadzwoni, a ja rzucam wszystko i jadę. Moje rodzeństwo świetnie sobie poradziło. Oni mają siebie nawzajem, a ja tylko rodziców”.

Porozumienie ponad podziałami

Relacje z rodzeństwem są nie mniej ważne niż z rodzicami i, zwłaszcza jeśli są złe i niesatysfakcjonujące, warto przyjrzeć się, co za tym stoi. Nawet za cenę utraty aprobaty rodziców. Jedynym wyjściem z sytuacji nadmiernego faworyzowania jest sojusz rodzeństwa.

Patrycja: „Zaczęłam terapię dwa lata temu. Miałam ogromne problemy z chłopakiem, w pracy, nie mogłam skończyć studiów. Okazało się, że mój gniew wynika z tęsknoty za siostrą. Nasi rodzice zrobili wszystko, żebyśmy się nie lubiły. Ciągle ze sobą rywalizowałyśmy. Żadna nie miała pojęcia, że o naszych relacjach zdecydowali rodzice. Teraz uczymy się być siostrami bez nich i, co ciekawe, oni wcale nie są z tego zadowoleni”.

  1. Psychologia

Kłótnie między rodzeństwem - jak mądrze mediować w konfliktach dzieci?

Jednym z najczęściej wymienianych powodów dziecięcych kłótni jest walka o miłość rodziców. (fot. iStock)
Jednym z najczęściej wymienianych powodów dziecięcych kłótni jest walka o miłość rodziców. (fot. iStock)
Dzieci kłócą się nie tylko z powodu walki o uwagę rodzica. Kłócą się, bo są ludźmi. Rolą dorosłych nie jest niedopuszczanie do konfliktów między rodzeństwem, ale mądre mediowanie.

Dzieci kłócą się nie tylko z powodu walki o uwagę rodzica. Kłócą się, bo są ludźmi. Rolą dorosłych nie jest niedopuszczanie do konfliktów między rodzeństwem, ale mądre mediowanie.

Jeśli sama masz rodzeństwo, z pewnością pamiętasz niejedną kłótnię z bratem czy siostrą, a może nawet poważniejszy konflikt. Dzieciństwo wypełnione sporami i bijatykami nie oznacza jednak, że tak też będzie wyglądało dorosłe życie. Janusz Korczak powiedział przełomowe w historii postrzegania psychiki dziecka zdanie: „Nie ma dzieci, są ludzie”. Dzieci się kłócą, bo są ludźmi. Wszelkiego rodzaju waśnie są nieodłączną formą ludzkiej aktywności. Rodzice mają jednak zwyczaj demonizowania ich znaczenia z obawy, że mogą negatywnie wpłynąć na relacje między rodzeństwem. Czasem wręcz odbierają najmłodszym prawo do konfliktów, jakby były zarezerwowane tylko dla dorosłych. Tymczasem kłótnie dzieci to najczęściej dowód na to, że dom, w którym się wychowują, jest szczęśliwy, ciepły i bezpieczny. Brak konfliktów to zwykle wynik przemocy fizycznej lub psychicznej, biedy, przewlekłej choroby jednego z członków rodziny albo wielopłaszczyznowego braku zainteresowania potrzebami najmłodszych. Wtedy dzieci się ze sobą nie kłócą, bo są zbyt skoncentrowane na walce o przetrwanie.

O co poszło?

Jednym z najczęściej wymienianych powodów dziecięcych kłótni jest walka o miłość rodziców. Rodzeństwo sprawdza, kogo rodzice bardziej kochają, a to bardzo łatwo poznać po tym, komu więcej wolno – tak w każdym razie widzą to dzieci.

Inną przyczyną jest zabieganie o uwagę dorosłych. Im mniej czasu poświęcasz dzieciom, tym bardziej będą ci się dawać we znaki. Możesz uważać, że niczego im nie brakuje, bo wozisz je na zajęcia, a w domu zawsze mają ciepły obiad. Ty jesteś umęczona problemami dnia codziennego, a twoje dzieci widzą to inaczej – że kompletnie nie masz dla nich czasu. Wtedy protestują, co często przybiera postać konfliktu z rodzeństwem. Dlatego im bardziej twoje dzieci się kłócą, tym bardziej przyjrzyj się sobie, a nie im.

Przy okazji możesz się też zastanowić, czyje zachowania powielają. Kłótnie dzieci często drażnią rodziców dlatego, że są odbiciem ich własnego, niedojrzałego stylu rozwiązywania problemów. Chcesz, żeby dzieci załatwiały między sobą sprawy pokojowo? Sama tak postępuj. I naucz się właściwego reagowania na ich konflikty.

Bardzo złe pomysły

Chronienie dzieci przed kłótnią. Albo takie zarządzanie ich rozkładem dnia, żeby nie miały okazji się pokłócić. Rola rodzica nie polega na tym, żeby za wszelką cenę zapobiegać konfliktom, tylko żeby na nie wychowawczo reagować.

Brak zainteresowania w imię świętego spokoju. Rodzicom często się radzi, by pozwalali dzieciom załatwiać swoje sprawy na ich własny sposób. Wiele w tym prawdy, ale co innego dać wolną rękę, a co innego powiedzieć: „Nic mnie to nie obchodzi, radźcie sobie sami”. Taka postawa to po prostu unikanie problemu i informacja, że ty jesteś równie bezradna jak dzieci.

Karanie obydwojga: „Magda nie idzie na basen, a Błażej – koniec z komputerem!”. Takie postawienie sprawy skutkuje tylko nagromadzeniem pretensji.

Wnikanie, kto zaczął i co powiedział. Robiąc tak, uczysz dzieci, że ich konflikt jest dla ciebie bardzo ciekawy i że w ten prosty sposób mogą skupić na sobie twoją uwagę.

Wpędzanie dzieci w poczucie winy: „Ja przez was zwariuję, już nie mam siły. Zobaczycie, ja wreszcie od tych waszych kłótni umrę i wtedy będziecie się mogli bić i szarpać, ile chcecie. Już mnie serce boli, muszę się położyć”. To pozbawianie ich poczucia bezpieczeństwa.

Zawstydzanie: „Masz już jedenaście lat, a zachowujesz się gorzej niż dwulatek”. Dziecko czuje się tak upokorzone, że przestaje słuchać, co masz mu do powiedzenia, i skupia się na tym, jaka jesteś niesprawiedliwa.

Przyjmowanie roli sędziego: „Magda zaczęła i ona jest winna”. „Zwycięskie” dziecko uzna, że tym razem udało się ciebie przeciągnąć do jego obozu, i poczuje niezdrowy triumf nad rodzeństwem.

Wymuszanie wzajemnych przeprosin i dopilnowanie, żeby zwaśnione strony szybko wymieniły uścisk dłoni. To sygnał, że nie interesują cię ich emocje i uczucia.

Każda z tych metod jest wyłącznie zachowaniem interwencyjnym. Nie uczy dzieci, jak radzić sobie z konfliktem, a także skutecznie zniechęca do powierzania spraw rodzicowi, bo pokazuje, że ich kłótnie cię przerastają. Efekt będzie tylko taki, że przestaniesz się dowiadywać o ich waśniach.

Postaw na mediacje

Dzieci nie radzą sobie z konfliktami z tych samych powodów, z których nie radzą sobie z nimi dorośli. Długie pozostawanie w bardzo bliskiej relacji, jaką z pewnością są więzi, które łączą rodzeństwo, przeszkadza w jasnym widzeniu problemu. Konfliktom młodych ludzi towarzyszą niezwykle silne emocje, które przesłaniają prawdziwy obraz problemu ("Ona rusza moje rzeczy, nienawidzę jej").

Oczywiście, uświadamianie dzieciom, że trzeba być tolerancyjnym i zachowywać się spokojnie, jest bardzo ważnym elementem wychowania, ale raczej nie zadziała wtedy, gdy akurat się kłócą. Co robić? Opanować sztukę mediacji!

Mediacje mają wielowiekową tradycję, ale kojarzą się raczej z problemami dorosłych. Niesłusznie. Dzieci potrzebują mieć mediatora stale pod ręką, bo dokładnie tak samo jak wszyscy ludzie w sytuacjach konfliktu nie widzą racji drugiej strony. Mediacje między kłócącymi się dziećmi powinny opierać się na tych samych zasadach, co w przypadku zwaśnionych dorosłych:

Mediator (czyli ty) - nie może być w obozie żadnej ze stron. Twoją rolą jest usprawnienie komunikacji między obrażonymi na siebie dziećmi.

Atmosfera - musi być spokojna, dlatego warto opuścić miejsce, w którym doszło do konfliktu, zrobić wszystkim coś do picia i dać dzieciom czas na wyciszenie emocji.

Strony konfliktu - każda z nich powinna się wypowiedzieć i przedstawić problem ze swojego punktu widzenia. Kolejność najlepiej wylosować.

Cel - doprowadzenie do sytuacji, w której nastąpi wzajemne zrozumienie potrzeb drugiej strony. Dziecko nie dostrzega, że ktoś inny może mieć swoją wizję i swoją prawdę. Często wysłuchanie drugiej strony jest dla niego odkryciem, że inni też mają uczucia. Najczęściej - gdy dziecko zrozumie, że jego rodzeństwu też jest przykro, że też jest smutne albo złe - wcale nie będzie chciało być przyczyną takiego stanu.

Miejsce - wyznacza zawsze mediatory, czyli ty. Wylosujcie, kto mówi pierwszy i każda strona niech opowiada. Ty słuchasz. Potem druga strona. Słuchasz. Potem zadajesz pytanie: "Co można zrobić w tej sytuacji?". Dzieci często nie wiedzą. Dlatego możesz im pomóc, zadając pytanie: "Dziewczynka zabrała bratu płytę bez pozwolenia, a on ją za to uderzył. Co teraz powinni zrobić?". To przenosi uwagę dziecka z własnej "krzywdy" na merytoryczne rozwiązanie problemu.

Pamiętaj, że mediator nie powinien sugerować rozwiązań, bo w ten sposób przejmowałby odpowiedzialność za cudzy konflikt. Każda ze stron powinna wypowiedzieć się w kwestii tego, jak załagodzić problem. To mają być rozwiązania dzieci, nie twoje!

Nie martw się, że nie posiadasz kwalifikacji. To wszystko na początku może brzmieć dość sztucznie, ale naprawdę działa. Jeśli sama boisz się tego rodzaju sytuacji i podświadomie dążysz do tego, żeby wyszło na twoje, mediacje między dziećmi mogą być dla ciebie bardzo trudne. Nauczysz się, tylko bądź konsekwentna. Zacznij rozwiązywać w ten sposób konflikty między dziećmi, a sama zobaczysz, co się sprawdza, a co nie. Już nigdy nie będziesz musiała posiłkować się stosowaniem żadnej z metod interwencyjnych.

 

  1. Psychologia

Pozwólmy dzieciom się kłócić

Pozwólmy dzieciom, aby same rozwiązywały swoje konflikty. Dopóki nie robią sobie fizycznej krzywdy, nie ingerujmy. (fot. iStock)
Pozwólmy dzieciom, aby same rozwiązywały swoje konflikty. Dopóki nie robią sobie fizycznej krzywdy, nie ingerujmy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Chcesz, żeby dzieci zdrowo się rozwijały? Gdy one się kłócą – ty pogódź się z konfliktem. Choć to niezwykle trudne...

Chcesz, żeby dzieci zdrowo się rozwijały? Gdy one się kłócą – ty pogódź się z konfliktem. Choć bywa to trudne.

Wyobraź sobie: właśnie wysyłasz bardzo ważny SMS, gdy facet podchodzi i wyrywa ci telefon z ręki. Nie, chyba nie złodziej, bo nie odbiega, tylko bezczelnie zaczyna gapić się na twój tekst i międlić w dłoniach aparacik. Twój pierwszy odruch? Odbierasz mu swoją własność. Na to jednak on wyszarpuje ją bardziej stanowczo. Wydaje przy tym jakieś nieartykułowane dźwięki. „Hej, nie zabieraj mi telefonu” – chcesz powiedzieć, ale z ust wydobywa ci się gulgotanie podobne do tego, które przed chwilą usłyszałaś z ust intruza.

Zaczynacie walczyć o komórkę. Ty chwytasz ją i ciągniesz w swoją stronę, na co on odpycha twoją dłoń. Ty z kolei całą mocą odpychasz jego, wołając: „Oddaj moją komórkę!”. Tym razem jednak dźwięk, który z ciebie płynie, przypomina bardziej ten, na który w reakcji słyszysz zazwyczaj „Ciiiii, nie krzyczymy!”. Masz ochotę wgryźć się do krwi w tłuste łapsko, które capnęło twój telefon – a właściciel łapska odepchnięty leży na ziemi. Też wygląda na wściekłego i zrozpaczonego – i też wyje.

Sytuacja jest patowa i właśnie teraz należałoby coś z nią zrobić. W tym momencie wkracza twoja szefowa: – Co tu się stało? Nie wolno się bić! – mityguje. – Ten miły pan chciał zobaczyć twój telefon. Bądź dobrą pracownicą, pokaż mu aparacik.

– Robiłam właśnie coś ważnego! On zaczął mi go wyrywać! – komunikujesz, ale szefowa słyszy już tylko: „łeeee!”. – Nie krzycz i podziel się telefonikiem. Trzeba się dzielić.

Protestujesz. Umiesz już mówić „nie” w taki sposób, że brzmi jak „nie” – szefowa jednak przeszła ostatnio jakiś trening komunikacji i nauczyła się tak stawiać pytania, abyś nie mogła odpowiedzieć „nie”. – Zobaczmy, co masz w torebce – mówi. – Szminka, notesik, klucze. No i komórka. Co damy do zabawy temu miłemu panu? – pyta tonem, jakim wydaje się polecenia. A ty patrzysz na twojego adwersarza, który już nie ryczy, tylko łakomie lustruje potencjalne zdobycze, patrzysz na swoją nową pomadkę, ukochany notesik i ważne kluczyki, w uszach dźwięczy ci: „Bądź dobrą pracownicą”, a przecież nie chcesz zawieść szefowej – i czujesz się źle, źle, źle.

Jak właściwie powinna wyglądać ta sytuacja?

– Hej, widzę, że masz fajną komórkę. Myślałem o kupnie takiego modelu. Czy mógłbym obejrzeć?

– Za chwilę, kończę wysyłać SMS. Proszę bardzo.

– Wygląda świetnie. Jesteś z niej zadowolona?

– O tak, nie miałam z nią jeszcze problemów.

– Ja mam taką, ładna obudowa, ale często się zawiesza.

– Mogę zobaczyć? Fajna.

– Twoja też fajna. Dzięki.

Czy adwersarze scenki numer jeden też mieliby szansę tak sobie poradzić? Nie dowiemy się. Jej bohaterami są bowiem małe dzieci. A my, dorośli, zazwyczaj wkraczamy do akcji, gdy ich konflikt dopiero rozkwita. Ba, często najchętniej wyplenilibyśmy jego zarodki z dziecięcego życia jak chwasty. Czy słusznie? I czy to w ogóle możliwe?

Sokrates w przedszkolu

Konflikty między dziećmi są wszędzie tam, gdzie dwoje lub troje zbierze się w imię zabawy i wspólnego spędzania czasu. Kłótnie o przedmioty to tylko jeden z wielu scenariuszy, bo spory wybuchają najróżniejsze. Na tle frustracji z powodu przegranej w grze, porażki w rywalizacji, poczucia niesprawiedliwości w przydziale dóbr, niecierpliwości w czekaniu na swoją kolej, zazdrości o czyjąś uwagę, rozpaczy, że coś się nie udaje, z powodu czyjejś gorszej dyspozycji w danej chwili… Możemy starać się eliminować przyczyny, ale kłótnie i tak będą wybuchać. I choć czasem, gdy jesteśmy ich świadkami, mamy ochotę zatykać uszy, gdy we własnym domu czujemy się jak na polu bitwy, a na placu zabaw zataczamy się od sparingu do sparingu – konflikty są potrzebne. Branie w nich udziału to bowiem jedyna metoda, żeby przejść długą drogę od opisanej we wstępie scenki numer jeden do scenki numer dwa. – Dzieci uczą się przez doświadczenie – wyjaśnia Patrycja Rzepecka z Akademickiego Centrum Psychoterapii i Rozwoju SWPS. – Porażki, frustracje, konflikty to wszystko tak zwane sytuacje trudne, w życiu społecznym uczymy się, jak sobie z nimi radzić. I nie robi się tego przez analizy. Trzeba wziąć udział w iluś sytuacjach. Przekonać się, że słowo może być skuteczniejsze niż pięść i że jest się kompetentnym na tyle, aby poradzić sobie bez przemocy – wyjaśnia.

Cel zatem szczytny. Tylko czy aby na drodze ze scenki numer jeden do numeru dwa dzieci się przy okazji nie pozabijają?

– Ależ skąd – śmieje się Daniele Novara, włoski pedagog i psycholog, który zgłębia temat od lat. – W zdrowym środowisku konfliktów nie należy ucinać, bo pozbawiamy dzieci cennego doświadczenia. Nawet bójki nie trwają długo i nie prowadzą do poważnych uszkodzeń. To nie jest wiedza powszechna, bo gdy interweniujemy zbyt szybko, nie dajemy sobie szansy, aby się o tym przekonać. Taka interwencja zazwyczaj kończy się na ustalaniu, kto zawinił. A przecież nie o to chodzi. O co więc chodzi? O wyniesienie z konfliktu nauki. Daniele Novara wypracował metodę, jak to robić, i wdraża ją wraz z zespołem założonego przez siebie w Piacenzy Centrum Psychopedagogicznego Edukacji i Działania w Konflikcie. Napisał też wiele publikacji, które rozniosły się echem poza granicami Italii; a najważniejsza książka „La Grammatica dei Conflitti” [Gramatyka konfliktu] właśnie jest tłumaczona na angielski i może doczeka się też edycji polskiej. Stanowi ona podsumowanie 25 lat pracy naukowca, a jej główne tezy to: po pierwsze, dzieci dla dobra swojego rozwoju muszą się kłócić. Po drugie zaś, są w tym o wiele lepsze, niż to się nam, dorosłym, wydaje. Kluczowe jest przy tym rozróżnienie między pojęciami „konfliktu” i „przemocy”. Przepracować można tylko sytuację konfliktu: stanowi on istotę relacji, podczas gdy przemoc ma na celu wyeliminowanie przeciwnika, nie negocjacje. – Kłótnia pomaga poznać inny punkt widzenia, dostrzec, że istnieje perspektywa inna niż moje „ja” – przekonuje Novara w rozmowie ze „Zwierciadłem”. – My pomagamy dzieciom nazwać emocje, które towarzyszą kłótni, i zrozumieć, co się wydarzyło w konflikcie.

Jak to robią? Daniele i jego zespół stosują metodę majeutyczną, stworzoną jeszcze przez Sokratesa. Grecki filozof nie dawał odpowiedzi, tylko pomagał rodzić się prawdzie: rozmawiał z ludźmi, a jego sztuka polegała na umiejętnym zadawaniu pytań, powstrzymaniu się od sugerowania odpowiedzi. Był tylko „akuszerem”. – My też nie dajemy gotowych interpretacji. Nasz obraz tego, co się zdarzyło, jest zupełnie różny od wersji dziecka i trudno uznać, że któraś historia jest tą właściwą. Umożliwiamy dziecku przeżycie doświadczenia i patrzymy, co dziecko z niego wyciągnęło.

W praktyce wygląda to tak: gdy zaczyna się konflikt, Novara i ludzie z jego zespołu pozwalają uczestnikom samodzielnie przez niego przejść. Dzięki temu, że dorośli nie wkraczają do akcji, mają okazję przyjrzeć się kompetencjom dzieci. – A one mają naturalną umiejętność konstruktywnego działania w konflikcie – mówi Novara. – Sztandarowy przykład kłótni o zabawkę: po wymianie zdań „to moje”, „nie, to moje”, dość szybko jedno z dzieci zaczyna rozglądać się za inną zabawką. Samo dochodzi do wniosku, że warto zmienić obiekt zainteresowania – i nie jest to efekt porażki czy rezygnacji ani też poddanie się rozwiązaniu narzuconemu z zewnątrz. Gdy pracujemy potem ze stronami konfliktu, zaczynają rozumieć, że mają kompetencje działania w sporze tak, aby z sobą nie walczyć.

Ta praca odbywa się właśnie metodą majeutyczną. Psychologowie proszą dzieci, aby narysowały, co się stało, opisały to (te starsze) lub po prostu opowiedziały. – Nie chcemy rozwiązać konfliktu. Chcemy w nim pozostać i wyciągnąć wnioski – mówi Novara.

Ludzie z jego zespołu zachwycają się kreatywnością dzieci. Pokazują rysunki: na jednym mur przedziela pokój na pół. Na innym dwie smutne osoby stoją po dwóch końcach dywanu, a między nimi pusta kanapa. Na jeszcze innym głodni ludzie z wywalonymi językami patrzą na niedostępny garnek. Dzieci czasem rysują siebie z rodzicami i bywa, że z kłótni o zabawkę potrafi wyjść sprawa przemocy doświadczonej od kogoś z domowników. A psychologowie pytają tylko: „Co się stało? Czego się nauczyłeś? Czy masz pomysł, jak inaczej mogłeś się zachować?”. – Nie tylko wymyślają w odpowiedzi wspaniałe pomysły, ale zapamiętują je i potem potrafią wykorzystać przy następnej okazji. W ten sposób wzbogacają własne kompetencje – komentuje Daniele Novara. Stara się wręcz wzmocnić w dzieciach przekonanie, żeby nie bały się dyskusji, tylko wykorzystały ją jako coś wartościowego. To dlatego tworzy w klasach i grupach przedszkolnych „kącik konfliktu”, miejsce przeznaczone specjalnie na trudne sprawy. Czy takie podejście coś daje? Zespół Novary przeprowadził wieloletnie badanie opisane w „Litigare fa Bene” [Kłóć się dobrze], w którym obserwował dzieci w wybranych przedszkolach i szkołach. W jednej grupie trenerzy zespołu pracowali nad konfliktami metodą majeutyczną, w innej nie. W tej drugiej spory kończyły się zwykle interwencją nauczyciela. Nakazywał on: „Cicho, przestańcie!”, czy wręcz dysponował: „Dajcie sobie buziaka na zgodę”. Efekt? W tej pierwszej grupie klasy z czasem funkcjonowały lepiej, były bardziej zgrane, dzieci wykazywały wyższe umiejętności negocjacyjne i mediacyjne i rzadziej dochodziło do bójek. W drugiej grupie – hmm. Było normalnie. Pytanie tylko, co to za norma?

Porzucić tabu agresji

W tej normie agresja jest nowym tabu – taką tezę stawia inny psycholog i psychoterapeuta, autorytet z Danii: Jesper Juul. W swej książce „Agresja. Nowe tabu?” przekonuje, że tytułowa bohaterka to jedna z podstawowych emocji człowieka. Bez niej „nie potrafilibyśmy stawiać sobie celów ani dążyć do nich. Nie bylibyśmy w stanie robić kariery, spełniać swoich marzeń, słabo gralibyśmy w tenisa i piłkę nożną, nie potrafilibyśmy przebiec do końca maratonu, bronić własnych granic ani chronić swoich dzieci. Nie wspinalibyśmy się w górach, nie walczylibyśmy z nowotworami ani nie obalalibyśmy dyktatorów. Całkowite wytępienie agresji oznaczałoby […]zubożenie naszych związków, wszak miłość i agresja idą często ręka w rękę”.

Co się dzieje, gdy zabraniamy agresji w imię ukrócenia konfliktu? Po pierwsze, nie pozwalamy dzieciom wziąć odpowiedzialności za niego i samodzielnie wypracować rozwiązania – a jeśli wierzyć doświadczeniu Novary, są do tego zdolne. Po drugie, tworzymy fikcyjny świat, w którym panują tylko dobre emocje. Tymczasem konflikty to naturalna część składowa każdej mocnej, zdrowej relacji. Układ, w którym mówimy do siebie tylko miłe rzeczy, cały czas się uśmiechamy i wymieniamy się uprzejmościami, nie zamieni się w prawdziwy związek.Po trzecie wreszcie, i to Juula oburza najbardziej, ukrócanie agresji to piętnowanie jednej z podstawowych emocji. Dorośli, aby to osiągnąć, stosują często werbalną i psychiczną przemoc. A wówczas używania przemocy uczą się same dzieci. Dowiadują się, że aby rozwiązać konflikt, trzeba komuś coś kazać, kogoś do czegoś zmusić, zażądać posłuszeństwa.

No bo wyobraźmy sobie parę ze scenki we wstępie tego tekstu. Gdyby szefowa, chcąc zakończyć konflikt o komórkę, poleciła stanowczym i odpowiednio łagodnym tonem: „A teraz na zgodę daj temu miłemu panu buzi”. Czy nie miałabyś ochoty rąbnąć i jej, i tego miłego pana w ucho? A gdybyście mogli z tym panem sami się dogadać? Czy w końcu wymienilibyście się telefonami? A może jest jakaś szansa, że kiedyś sama uznałabyś, że pan jest miły?

  1. Psychologia

Konflikt - kiedy wejść w konfrontację, a kiedy przeczekać?

Kłótnia może być konstruktywna, a różnice – twórcze i rozwijające. (Fot. iStock)
Kłótnia może być konstruktywna, a różnice – twórcze i rozwijające. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Często unikamy konfliktów, by czegoś nie stracić – ważnej dla nas relacji czy pozycji, którą już wypracowaliśmy. Czasem jednak pacyfizm jest tylko pozorem, a pod spodem aż kipi od pretensji, urazy i złości.

I po co te nerwy?

Basia wyrosła w rodzinie, gdzie na porządku dziennym stosowana była przemoc słowna i fizyczna. Jej ojciec alkoholik wymagał bezwzględnego podporządkowania, a każdy objaw niesubordynacji karany był biciem. Gorsza ocena, to znaczy czwórka zamiast piątki, kwitowana była stwierdzeniem: „co tak słabo?”. Przez wiele lat

Basia była świadkiem, jak jej matka próbowała zapobiec furiom męża dobrym obiadem, miłą atmosferą w domu, ale bywało i tak, że doprowadzona do ostateczności stawiała się i „odszczekiwała” w podobnym tonie, w jakim jej mąż szukał zaczepki. Basia miała pretensje do matki, że zamiast łagodzić sytuację, podsyca temperaturę.

Gdy Basia związała się z Piotrem, pragnęła, by zobaczył, jak wspaniale mu z nią będzie. Wymyślała obiady z trzech dań, organizowała weekendy i wakacje. Robiła wszystko, by Piotr był szczęśliwy, bo wtedy i ona mogła być w harmonijnej, niezakłóconej żadnym konfliktem relacji. Piotr zauważył, że każda uwaga lub niewinny żart odbierana jest przez Basię jak koniec świata, nauczył się więc omijać „trudne tematy”, ale czuje powoli, że się utopi w tym lukrze.

Komentarz eksperta. Joanna Boj, psycholog, psychoterapeuta Doświadczenia z domu rodzinnego Basi doskonale tłumaczą jej aktualną relację. Kłótnię kojarzy z przemocą, dlatego za wszelką cenę chce stworzyć relację diametralnie inną niż ta, którą zna ze swojego dzieciństwa. Zamiar, niestety, graniczący z utopią. Więź dwojga ludzi, w której nie ma różnicy zdań, tarć i sprzecznych potrzeb, jest nierealną fantazją. Można ją próbować realizować, tak jak Basia, ale prędzej czy później Piotr nie wytrzyma tego, a Basia „odchoruje” to na swój sposób (fizycznie czy emocjonalnie). Basia obawia się, że kłótnia spowoduje rozpad związku, bo patrzy przez pryzmat swoich wczesnych doświadczeń.

Aby być w dojrzałej relacji, potrzebuje nauczyć się, że kłótnia może być konstruktywna, a różnice – twórcze i rozwijające.
Potrzebne będzie przepracowanie historii z domu rodzinnego i zaopiekowanie się swoim wewnętrznym dzieckiem. Musi nabrać poczucia bezpieczeństwa, by mogła być sobą, a nie tylko ugrzecznionym dodatkiem do partnera. Rozmowy na trudne tematy i przechodzenie przez konflikty często są tym, co paradoksalnie buduje intymność.

Przyjaźń na dobre, nie złe

Klaudia i Iwona znają się od podstawówki, razem przeżywały pierwsze zauroczenia chłopakami, zwierzały się sobie z kłopotów, jakie mają z rodzicami, snuły plany, kim będą po studiach. Potem ich drogi trochę się rozeszły – inne licea, inne kierunki studiów. Ale wciąż się spotykały. Klaudia była przy Iwonie, gdy rzucił ją chłopak, choć już byli zaręczeni, Iwona przygarnęła do siebie na trzy miesiące Klaudię, gdy ta musiała szybko wyprowadzić się z wynajętego mieszkania, bo straciła pracę.

Zgrzytać zaczęło, gdy Iwona musiała nagle wyjechać na pogrzeb i nie miała z kim zostawić psa, Klaudia wymówiła się w zasadzie bez podania powodu, mówiąc po prostu „nie”. „OK” – pomyślała Iwona – „ma prawo odmówić”, ale w głębi duszy poczuła zawód. Chodziło o jedną noc, i to nie z byle powodu, Iwonie przecież umarł ktoś bliski. Potem pojawiły się dowody na nielojalność Klaudii i Iwona zaczęła odczuwać, że ta relacja jest nierówna w kwestii dawania i brania… Przestała odpowiadać na SMS-y i e-maile Klaudii, nie odbierała od niej telefonów. W zasadzie zakończyła ich relację, nie mówiąc, co leżało jej na sercu.

Komentarz eksperta. Joanna Boj, psycholog, psychoterapeuta Szkoda, że Iwona nie zdobyła się na szczerą rozmowę z Klaudią, może mogłyby wyjaśnić tę sytuację, a przynajmniej określić, jak każda z nich działa w tej relacji. Ich przyjaźń trwała, dopóki wszystko szło zgodnie z oczekiwaniami. Trochę jakby Iwona w ogóle nie zakładała, że ludzie (nawet najbliżsi) zawodzą. Z jakiego powodu Iwona czuła opór przed konfrontacją? Może bała się zniszczenia idyllicznego obrazu ich przyjaźni? Może bała się usłyszeć coś na swój temat? Możliwe też, że jej zdaniem w przyjaźni nie ma miejsca na trudne emocje, i skoro się pojawiły, to z relacją jest coś nie tak. Oczekiwała bezwarunkowej lojalności, a gdy jej zabrakło, nie było innego wyjścia, niż się wycofać. Z drugiej strony z jakiegoś powodu Iwona czuła nierówność w tej relacji – zatem też mogło być tak, że obie wyrosły z tej przyjaźni.

Koleżanki czy rywalki?

Magda i Beata od czterech lat pracują razem w agencji reklamowej. Zaczynały mniej więcej w tym samym czasie i dziś zajmują podobne stanowiska. Specyfika pracy w tej branży wymusza rywalizację. Oficjalnie są miłe dla siebie, pod skórą jednak niepewne swojego miejsca w hierarchii. Strach przed utratą pozycji skłania je do budowania sobie zaplecza i unikania konfrontacji, co najwyżej do wymieniania docinków. Szpila wbita raz na jakiś czas jest tym bardziej bolesna, że tak naprawdę Magda i Beata się lubią. Gdy w grę jednak wchodzą sprawy zawodowe, żadna nie kieruje się sentymentami. Tyle tylko że zamiast mówić wprost, rozgrywają „podskórną” grę.

Komentarz eksperta. Joanna Boj, psycholog, psychoterapeuta Otwarta konfrontacja jest odsłonięciem się, wystawieniem na ciosy. Bierna agresja, czyli złośliwości, szpile, obmawianie za plecami, jest „bezpieczniejsza”, bo można się łatwo schować. Przy czym wywołuje większą frustrację u drugiej osoby, bo trudniej jest niż w otwartym starciu odnieść się do biernej agresji i obronić. Z pewnością atmosfera w pracy, poczucie zagrożenia i rywalizacja nie sprzyjają szczerym interakcjom. Niestety, w takiej sytuacji po prostu priorytetem staje się praca i pozycja, a nie dobra, pogłębiona znajomość.

Konfrontacja to nic strasznego

Czy można nauczyć się kłócić? Od czego zacząć? Od odkrycia tego, co powstrzymuje nas przed otwartą konfrontacją. Jaki może być najgorszy scenariusz takiej kłótni? Czego nie chcemy utracić? Zazwyczaj wewnętrzna blokada jest wynikiem trudnych, a nawet traumatycznych doświadczeń. Niektórym osobom wystarczy lekki kuksaniec, by zrozumiały, że konfrontacja to nic strasznego. Inne będą potrzebowały poważnie zająć się swoją osobistą historią. Można spróbować poszukać w swoim otoczeniu osoby, która wchodzi w konfrontacje, ale nie stosuje przy tym przemocy. Wyobrazić sobie, jaka jest taka osoba, jak podchodzi do świata, skąd czerpie swoją siłę, jak to jest mieć odwagę stanąć za sobą i swoimi przekonaniami oraz potrzebami.

A kiedy nie warto wchodzić w konfrontację? W sytuacji, gdy „przeciwnik” jest osobą agresywną, stosującą przemoc lub pod wpływem alkoholu. Nie chodzi tu o bierne poddanie się przemocy, ale o zadbanie o swoje bezpieczeństwo. Niektóre osoby kłócą się o byle co, wybuchają pod byle pretekstem. Wtedy nie warto wchodzić z nimi w kolejną sprzeczkę, ale zająć się stylem komunikacji w relacji. Kłótnie o przysłowiową tubkę pasty do zębów często kryją w sobie głębszy konflikt. Niektórzy złoszczą się, ale w środku cierpią lub nie radzą sobie ze swoim problemem (np. starością czy chorobą). Wtedy lepiej wytrzymać emocje i zastanowić się, jak taką osobę wesprzeć.

Joanna Boj, psycholog, psychoterapeutka, trenerka.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas. Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła? Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka? Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność? Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką? Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana? Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi? Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową. Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej? Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie? To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała? Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz? Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu? Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie? Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza. Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi? Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia. Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim? Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu? Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”? Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda. Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne? Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę? Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi? Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata? Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.