1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wychowanie
  4. >
  5. Rozmowy z dziećmi: Gdzie jest niebo

Rozmowy z dziećmi: Gdzie jest niebo

123rf.com
123rf.com
Czy rozmowy z dziećmi o śmierci są trudniejsze niż o wszystkim innym? Owszem, ale tylko dla dorosłych.

Listopad nie jest ani lepszym, ani gorszym miesiącem do rozmów z dziećmi o śmierci. Wspólne wizyty na cmentarzu wcale nie muszą zakończyć się jakimkolwiek pytaniem. Dzieci tak koncentrują się na zapalaniu zniczy i specyficznej atmosferze tego miejsca, że niekoniecznie zastanawiają się wtedy nad sprawami o charakterze egzystencjalnym. Taki temat może natomiast zostać wywołany podczas zakupu butów, w kolejce do kasy w supermarkecie czy po wyjściu od fryzjera. Dziecko ma bowiem swój własny czas zadawania ważnych pytań.

Rozmowy z dziećmi o śmierci możemy podzielić na dwa odrębne bloki: kiedy śmierć dotyka kogoś w bezpośrednim otoczeniu dziecka i kiedy jest tylko informacją o świecie. To dwie zupełnie inne sytuacje emocjonalne, ale zarówno w pierwszej, jak i w drugiej najlepsze, co możesz zrobić, to mówić prawdę, własnymi słowami. Skoro dziecko zadało ci pytanie, to znaczy, że pod względem psychicznym jest gotowe, aby usłyszeć odpowiedź i zdobyć wiedzę w tym zakresie. Rozmowy o śmierci nam, dorosłym, wydają się niezwykle emocjonalne. Dla dzieci – zwłaszcza młodszych, do ośmiu lat – to rzeczowe, konkretne kwestie. Dlatego warto podjąć ten temat i dać dziecku możliwość wyjawienia swoich lęków. Śmierć jest naturalnym elementem rzeczywistości – dziecko powinno o tym wiedzieć.

Niesłuszne obawy

Dlaczego śmierć to dla dorosłych temat tabu? Po pierwsze dlatego, że niesłusznie uważamy, że dzieciństwo to czas beztroski. Nie chcemy jej zakłócać, tymczasem podstawą poczucia bezpieczeństwa dziecka wcale nie jest brak zmartwień, ale świadomość, że rodzice poważnie traktują jego uczucia i potrzeby. Przejawem jest właśnie dyskusja na każdy temat, który zaproponuje. Pod drugie, wielu rodzicom brakuje odpowiednich słów, by rozmawiać o przemijaniu i śmierci, stąd próby mówienia półprawd lub podawania złagodzonych wersji, co zawsze jednak obraca się przeciwko dziecku. Nie wolno mówić maluchowi po pogrzebie, że babcia śpi, leży pod ziemią i tam teraz mieszka, jest w dalekiej podróży, a zwłaszcza – że babcia kiedyś wróci. To zwykłe oszustwo. Gdy wyjdzie na jaw, sprawi dziecku więcej krzywdy i bólu niż powiedziana wcześniej prawda.

Po trzecie, mimo że jesteśmy dorośli, czasem ulegamy pokusie myślenia magicznego: Jeśli o czymś nie będę mówić, to nie będzie miało to miejsca. Jednak dziecko oczekuje od opiekuna przede wszystkim wiarygodności. Im bardziej będzie się unikać jakiegoś tematu, tym bardziej będzie się ono nim interesować na własną rękę i jeśli nie dowie się prawdy od mamy czy taty, poszuka wiedzy na ten temat gdzie indziej.

Co powiedzieć:

„Umiera się, gdy serce z jakiegoś powodu, choroby, wypadku lub wieku przestaje pracować”.

„Każdy kiedyś umrze. Wszyscy ludzie o tym wiedzą, ale jak widzisz, nikt nie myśli o tym bez przerwy i nie martwi się o to przez cały czas”.

„Śmierć to proces nieodwracalny. Nikt, kto umrze, nie będzie już żył”.

„Zazwyczaj umierają ludzie chorzy lub w podeszłym wieku, ale nikt nie wie, czy jego życie będzie długie, czy krótkie”.

„To naturalne, że śmierć nas zasmuca”.

„Czasem każdy myśli o swojej lub cudzej śmierci. To zupełnie normalne”.

Czy ja też umrę?

Takie pytanie potrafi postawić już bystry kilkulatek, gdy usłyszy, że umarł ptaszek lub sąsiad. Warto pamiętać, że każdy z nas jest dla siebie najważniejszy na świecie. Dziecko martwi się o to, co z nim będzie po śmierci, jak to przebiegnie, czy będzie bolało, czy po śmierci nie będzie ciemno, zimno, i kto z nim będzie. Martwi się też, co się stanie z jego zabawkami, kto zajmie jego pokój, czy mamusia na pewno będzie potem smutna. Na te wszystkie pytania warto dziecku spokojnie odpowiedzieć. Jeśli potrzebuje porozmawiać na temat śmierci, niech dostanie od ciebie jasny sygnał, że ty wiesz, że każdy umrze, ale wcale cię to nie przeraża. Jeśli nadasz rozmowie zbyt dużą rangę, wprowadzisz ponury nastrój lub zrobisz unik tematyczny, tym samym jednoznacznie poinformujesz dziecko, że skoro mama odczuwa tak ogromny lęk, to naprawdę jest się czego bać.

Co powiedzieć:

„Czy będzie bolało?” – „Raczej nie. Zobacz, ptaszek nie wygląda, jakby cierpiał, prawda?”.

„Co zrobisz, jak ja umrę?” – „Będzie mi bardzo, bardzo smutno. Na pewno będę płakać i bardzo za tobą tęsknić”.

„A kiedy ty umrzesz?” – „Nie wiem”.

„Co się wtedy czuje?” – „Nikt tego nie wie. A jak myślisz, co można czuć, gdy się umiera?” Śmierć to temat, który znakomicie uczy rodziców pokory. Nie wszystko wiemy i warto nabrać odwagi, żeby dzieciom o tym powiedzieć. Nie znasz odpowiedzi na wszystkie pytania, więc nie okłamuj dziecka, żeby utrzymać mit wszystkowiedzącego rodzica.

Jak to się dokładnie stało?

To pytanie, które zada pewnie starsze dziecko, gdy usłyszy, że ktoś umarł. Rozmowa o szczegółach czyjejś śmierci (przyczynie, okolicznościach, dokładnym terminie) służy rozładowaniu napięcia. Myśli skupiają się wtedy na konkretach, a to odwraca uwagę od lęków egzystencjalnych. Ponadto, jeśli kwestia dotyczy śmierci ukochanej osoby, dziecko ma prawo znać szczegóły. Jest to wręcz niezbędne, żeby wyeliminować z jego psychiki poczucie odpowiedzialności za utratę kogoś bliskiego.

Gdy dziecko ma kilka lat i umiera jego rodzic, rodzeństwo lub ktoś, z kim miało szczególny związek emocjonalny, rodzi się w nim pytanie: „Czy to moja wina?”, „Co zrobiłem źle?”, „Czy mogłam temu jakoś zapobiec?”. Naturalną tego konsekwencją jest wyrzucanie sobie: „Gdybym wtedy została w domu…”, „Gdyby po mnie nie jechała…”, „Gdybym tak się nie zachowywał, ona by się nie denerwowała…”. Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby dziecko nie zaczęło zadawać sobie takich pytań i obwiniać siebie o śmierć ważnych dla niego osób.

Ważne, by wspominać

Nawet małe dziecko, jeśli ktoś przejmie nad nim właściwą, serdeczną opiekę, poradzi sobie z tym, że ktoś z jego bliskich umarł. Prawdziwym problemem dziecka w tych okolicznościach jest zachowanie rodziców, którzy odruchowo zsuwają je na margines wydarzeń. Czasem, nawet gdy umrze któreś z rodziców dziecka i trwają przygotowania do uroczystości pogrzebowych, słyszy ono jedynie szepty i urywane rozmowy. Nikt z nim o tym nie rozmawia otwarcie, nikt mu nie zdradza żadnych szczegółów.

Starsze dziecko może odczuć ogromne rozczarowanie, gdy w święta, imieniny czy ważny dzień nikt nie wspomina przy nim zmarłej osoby. Czuje brak bliskości emocjonalnej z innymi ludźmi. Ono ma potrzebę wrócenia do tematu. Warto pamiętać, że śmierć bliskiej osoby to jedno z najważniejszych życiowych doświadczeń i w miarę rozwoju intelektualnego i emocjonalnego dziecko chce do tego tematu powracać na nowej, dojrzalszej, już dostępnej mu płaszczyźnie.

Jeśli unikasz tematu, wymawiasz się brakiem czasu lub udajesz, że nie usłyszałaś czy nie zrozumiałaś pytania – pogłębiasz tylko poczucie samotności u dziecka. Ono nie ma z kim porozmawiać na ważny (może nawet najważniejszy) dla niego temat. Rodzi się w nim przekonanie, że zmarła osoba dla ciebie nic nie znaczyła, skoro nie chcesz o niej rozmawiać. Może zadawać sobie pytanie: „Czy o mnie też mama tak szybko zapomni i nigdy nie będzie wspominać?”.

Dlatego od czasu do czasu wyjmuj stare zdjęcia, przywołuj wspomnienia i nie rób tabu z czyjejś śmierci. Reaguj nawet na najmniejszą wzmiankę o zmarłej osobie. Gdy dziecko cię o coś pyta, to znaczy, że o tym myśli. I nie przestanie tylko dlatego, że ty mu nie odpowiesz. Po prostu nie będzie ci się z tego zwierzało. I jeszcze jedno, nigdy nie izoluj dziecka od uczestnictwa w pochówku i celebracji pożegnania, żeby je uchronić przed przykrą prawdą o życiu, ale też nie zmuszaj do brania udziału w uroczystościach pogrzebowych, gdy ono czuje przed tym opór.

Pogrzeb ptaszka

Dzieci bardzo silnie przeżywają śmierć swojego zwierzątka. Jest to dla nich pierwsze bolesne doświadczenie. My, dorośli, często nie rozumiemy siły uczuć po takiej stracie. Wydaje nam się, że nic takiego się nie stało, skoro rodzice żyją, dziecko jest zdrowe, a umarło „tylko” zwierzę. Po śmierci pupila dziecko ma prawo do rozpaczy i żałoby. Często chce też „przećwiczyć” ten problem. Dorastające dzieci widzą siebie jak wrażliwe, skomplikowane osoby i chcą same sobie pokazać, jak silnie przeżywają problemy egzystencjalne. I bardzo dobrze. Dziecko ma prawo, nawet na wyrost i w egzaltowany sposób, cierpieć po stracie zwierzęcia i tego prawa nie wolno mu odbierać. Dlatego nie zaprzeczaj jego uczuciom, nie mów, że kupisz mu innego królika. Niektórzy rodzice wykorzystują śmierć zwierzaka do ranienia dziecka: „Źle się nim zajmowałeś, to teraz masz”. To ogromny błąd! Dziecku trzeba pozwolić się wypłakać, wyżalić, zadać szereg pytań „technicznych”, a także pochować swojego pupila. I odpowiedzieć z najlepszymi intencjami na wszystkie pytania. Poradzić, żeby wyjęło zdjęcia i powspominać wspólnie, ile radości wniósł w życie rodziny. Dać dziecku okazję, żeby wróciło wspomnieniami do dobrych chwil. W ten sposób po swojemu oswaja problem śmierci i uczy się radzenia sobie ze swoimi uczuciami.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Córka bez matki. Jak sobie radzić?

Matka jest dla dziecka całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest z nas niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, bierzemy jej cierpienie na siebie. (Fot. iStock)
Matka jest dla dziecka całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest z nas niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, bierzemy jej cierpienie na siebie. (Fot. iStock)
Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Tymi niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć w dorosłym życiu. Trzeba pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu – mówi psychoterapeutka Maria Zembrzuska-Peche.   

Utrata córki przez matkę i matki przez córkę jest podstawową kobiecą tragedią – pisze filozofka Adrienne Rich. Nie każda z nas straciła mamę w tym sensie, że mama umarła. Jednak większość z nas – jak się zdaje – przeżywa żałobę po tym, że nie miałyśmy i nie mamy kochającej, czułej i silnej matki. Mamy matki chore, emocjonalnie nieobecne, obojętne, a nawet wrogie.
Taka żałoba trwa wiele lat, czasem nawet całe życie. Wiąże się z cierpieniem, z brakiem, z nadzieją, że relacja z mamą kiedyś się poprawi.

I z tęsknotą. Za czym?
Za tym, czego nie dostałyśmy; za radością, szczęściem, błyskiem w oku mamy, rozpoznaniem, że jesteśmy dla niej skarbem, za czułym dotykiem. Córka potrzebuje tego wszystkiego, żeby swobodnie żyć. Dlatego tak tęskni, czeka.

Czy to może się wydarzyć?
Dopóki żyjemy, wszystko, oczywiście, może się zdarzyć. Życie przynosi nieoczekiwane rozwiązania. Żadna z nas nie jest w stanie przewidzieć, co się stanie. Mama ma swój los, swoje cierpienie, którego nie znamy. Dała i daje tyle, ile może; to jest jej ograniczenie, z którym nic nie możemy zrobić. Żałoba dotyczy nas samych. To my mamy sobie dać to wszystko, czego nie dostałyśmy od mamy.

Żałoba sprawia, że nie możemy ruszyć z miejsca, utknęłyśmy, czujemy się odrętwiałe, bez energii.
Ruszymy dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie, co tak naprawdę się z nami dzieje, co czujemy. Trwamy w miejscu, dopóki tego nie odkryjemy. To cała tajemnica. Nie aktywność, nie pytanie siebie, co tu zrobić, jak rozwiązać problem. „Robienie” jest wtórne. Najważniejsze jest pełne uświadomienie sobie, czego doświadczam teraz.

To właśnie może być najtrudniejsze.
Matka jest dla córki – w ogóle dla dziecka, ale mówimy tu o córkach – całym światem. Jeśli odchodzi, nie kocha, jest ze mnie niezadowolona, wtedy, żeby jej nie utracić, biorę jej cierpienie na siebie. To ja jestem zła. „Ja jestem zła” – często słyszę to od kobiet. To są mocne i dramatyczne wyznania. Szczególnie, gdy dotyczą – a często tak się dzieje – kobiet „światowych”, odnoszących sukcesy, samodzielnych. W gabinecie te kobiety uświadamiają sobie, że często przeżywają siebie tak jak opuszczone, przerażone, małe dziewczynki.

A mama? „Przecież się starała”. „Kochała na swój sposób”. „Też miała ciężko”. „Chciała dobrze”. „Wszystko poświęciła dla rodziny”.
O tak, tłumaczymy, usprawiedliwiamy, idealizujemy nasze mamy. Niekochająca matka to jest w naszej kulturze tabu. Bo matka musi kochać; jest matką, więc kocha. To nie jest prawda. Nie każdy umie kochać. Jeśli matka deklaruje, że kocha, to wcale nie musi znaczyć, że tak jest. Miłość przejawia się we właściwym postępowaniu. Polecam świetną książkę Susan Forward na ten temat „Matki, które nie potrafią kochać...”.

Mamy tyle wyrozumiałości i współczucia dla naszych mam, trudniej ze współczuciem dla siebie.
Bo wtedy musiałybyśmy otworzyć w sobie miejsca pełne rozpaczy, opuszczenia, smutku, strachu. Bronimy się przed bólem, którego nie chcemy czuć. Podstawowym przeżyciem córek, które mają trudne relacje z matkami, jest strach; one czują się opuszczone w „tym wielkim świecie”. To właśnie matka jest dla dziewczynki „tym wielkim światem”. Matka kochająca koi strach. Gdy córka ma wątpliwości co do miłości matki, wtedy doświadcza potwornego strachu. To naprawdę przerażające doświadczenie. Kobieta przenosi je potem na dorosłe życie. Jest przerażona w nieoczekiwanych sytuacjach. Świetnie sobie radzi, a tu nagle doznaje ataku paniki. Skąd to się bierze? Nie wie. Boi się. W procesie psychoterapii w bezpiecznych warunkach może pozwolić sobie na przeżywanie wszystkiego, może panicznie się bać, trząść się, płakać, wyć, czyli czuć to wszystko, co – jako dziewczynka – musiała w sobie zamknąć, stłumić. Teraz ma możliwość przeżyć to wszystko świadomie, w obecności kogoś, kto mówi: „Tak, jestem przy tobie, jesteś w porządku”.

Tego właśnie zabrakło w naszym dzieciństwie.
Jako dziewczynki uczymy się, że niektóre uczucia są bardzo niedobre, na przykład gniew, nienawiść; że nie wolno ich wyrażać. Oczywiście, pogrążanie się w gniewie i nienawiści w dorosłym życiu nikomu nie służy. Jednak niewyrażonymi uczuciami trzeba się koniecznie zająć, pozwolić im wybrzmieć. To jest proces dążenia do prawdy o sobie, o swoim życiu.

Te bolesne uczucia, niestety, nie odchodzą na zawsze. Odzywają się w nas w przełomowych momentach życia – gdy rodzimy własne dzieci, zmieniamy pracę, przeprowadzamy się, rozwodzimy, awansujemy, gdy dzieci wychodzą z domu, gdy ktoś bliski umiera.
Pamiętam, jedna z moich córek miała może 12, 13 lat, a ja… przestraszyłam się jej. Uświadomiłam sobie, że boję się własnego dziecka. Już jakiś czas temu zakończyłam własną psychoterapię, jednak ten strach sprawił, że wróciłam. Wtedy zrozumiałam, że to jest proces, droga. Jesteśmy razem, kochamy się, mamy dobrą relację, a jednak to nie jest skończone dzieło.

Co więc uwalnia?
Pogodzenie się, że relacja z mamą jest taka, jaka jest. Że w taki sposób borykam się z trudnościami, z pustką, ze strachem. Że to boli. Że ten ból może wracać. Proces żałoby wiąże się z uznaniem, że jesteśmy takie, jakie jesteśmy, miałyśmy doświadczenia, które sprawiły, że właśnie w ten sposób sobie radzimy. Mamy świadomość tego, co czujemy. Jeśli czuję, że się boję, zauważam to i nazywam: „Tak, boję się”. Wraz ze świadomością i pogodzeniem przychodzi taki czas, gdy to wszystko, co dotyczy relacji z mamą, nie jest już osią życia, pierwszoplanowym doświadczeniem. Czasem się boję, ale przecież żyję i moje życie jest dobre.

Wszyscy mamy zdrowy rdzeń, który nie może być „uszkodzony”, to nasza prawdziwa natura.
Jesteśmy dobrzy. Tak mówią wszystkie tradycje duchowe.

Możemy się na tym oprzeć.
Tak, mamy wiele punktów oparcia. Często szukamy w świecie tego, czego nie dostałyśmy od mamy. Szukamy na przykład relacji ze starszymi, ciepłymi kobietami. Świat jest wielki; możemy znaleźć ludzi, których pokochamy i którzy nas pokochają. Jednak proces zdrowienia zawsze zaczyna się od nas samych. Dorosłość to jest umiejętność oparcia się na sobie, na tym, co czuję, co przeżywam, na tym, że nie wiem. Ja, gdy „nie wiem”, nic nie robię, nie podejmuję działań, obserwuję, co się ze mną dzieje, rozmawiam z bliskimi. Także w żałobie możemy całkowicie oprzeć się na sobie.

Na bólu, lęku, przerażeniu?
Kobiety mnie pytają: „Boję się! Na tym mam się oprzeć?”. Tak, boisz się. Oprzyj się na tym. Na tym, co czujesz i przeżywasz teraz. Na tym, że jesteś zmęczona, pusta, zamknięta. Możemy być pewni tylko tego, co teraz. Jestem pewna, że teraz tu jestem, czuję to, co czuję – to jest to oparcie. Wszystko poza „teraz” jest niewiadomą. Oparcie się na sobie oznacza też własne rozumienie swojej żałoby. „Zakończyłam żałobę”, „nie zakończyłam żałoby” – odwołujemy się do stwierdzeń, które być może wcale nie są nasze. Co to jest żałoba? Ważne jest odszukanie osobistego sensu, czym jest dla mnie, co dzieje się we mnie, pal licho, czy to się nazywa żałoba, czy inaczej. Oparcie się na sobie to zaufanie – tak, to, co czuję i przeżywam, jest dobre. Może być trudne, bolesne, ale jest dobre. Możemy oprzeć się także na trudnej relacji z mamą. Ta relacja dzisiaj, teraz, tak właśnie wygląda. Prawda uczuć daje nam oparcie. Za tym idzie otwieranie się na życie, na to, co się wydarza i ufanie temu.

  1. Psychologia

Jak poradzić sobie ze stratą?

fot. iStock
fot. iStock
Doświadczenia straty nie sposób uniknąć, jest ona wpisana w scenariusz życia każdego z nas. Buntowanie się czy udawanie, że to nas nie dotyczy, bo nic nie jest dla nas tak bardzo ważne – to niebezpieczna iluzja, która nasila lęk.

Ból, jaki czujemy, to jasny komunikat, że to, co straciliśmy, naprawdę było istotne.

Wiele lat temu terapeuta zwrócił mi uwagę, że zbyt gwałtownie zrywam relacje. Wkurzyłam się, że jego zdaniem porzucam ludzi. Próbowałam tłumaczyć, że ci „porzuceni”, choć byli dla mnie ważni, to nadużywali mojego zaufania, nie wywiązywali się z obietnic, zawodzili na całej linii i zakończenie relacji było próbą chronienia własnych granic. Wtedy terapeuta zapytał: „A może porzucasz, bo sama boisz się porzucenia, a cierpienie po stracie, kiedy to ty odchodzisz, wydaje ci się mniej straszne niż to, gdybyś została porzucona?”. Dużo czasu potrzebowałam, by zrozumieć, że lęk przed stratą jest jednym z najtrudniejszych lęków człowieka, bo korzeniami sięga separacji z rodzicami, a u jego podstawy leży strach przed śmiercią.

Strategia uciekania od bólu

Wielu pacjentów trafiających do mojego gabinetu stosuje rozmaite strategie radzenia sobie z lękiem przed stratą. Zwykle są one mało skuteczne, a ich jedynym zadaniem jest złagodzenie, a właściwie chwilowa ucieczka przed lękiem i cierpieniem. W tej sprawie fantazja nie ma granic. Niektórzy z nas wolą uwierzyć, że nie są w stanie mieć satysfakcjonującego związku, udanych przyjaźni czy dającej zadowolenie i spełnienie pracy, że w ogóle na to nie zasługują. A kiedy coś takiego pojawi się w ich życiu, szukają dziury w całym. Każde najmniejsze potknięcie ze strony innych ludzi potwierdza ich hipotezę, że przywiązanie do kogokolwiek czy czegokolwiek zawsze kończy się dla nich źle. I nawet jeśli to przekonanie nigdy się nie sprawdziło, odchodzą, kiedy robi się „za dobrze”.

Marta cierpi na syndrom trzymiesięcznych związków. W każdej relacji po miesięcznej fascynacji zaczyna mieć wątpliwości. A to partner się za mało stara, a to jest podejrzanie idealny, a to „teraz jest dobrze, ale przecież taki stan nie może trwać wiecznie”. Dewaluuje partnera i związek, w końcu odchodzi, w konsekwencji i tak cierpiąc z powodu rozstania.

Iwona od lat pracuje w tej samej firmie. Nie jest zadowolona, właściwie ciągle narzeka, ale kiedy pytam, dlaczego nie poszuka sobie zajęcia, które da jej satysfakcję, odpowiada, że woli stare, znane zło niż nową, wielką niewiadomą. – Gdybym mogła najpierw sprawdzić, czy w nowej pracy będzie mi dobrze, a dopiero potem podjąć decyzję, czy odejść ze starej… – fantazjuje. Tłumaczę jej, że dopiero kiedy przeżyje żałobę po stracie „starego”, ma szansę w pełni otworzyć się na „nowe”. Patrzy na mnie z lękiem i niedowierzaniem.

Elżbieta twierdzi, że jej małżeństwo od dawna nie istnieje. Przez lata nie miała odwagi nawet pomyśleć o rozwodzie, bo, jak mówi, bałaby się odejść donikąd, a poza tym nie chce żyć sama, marzy o dzieciach, rodzinie. Pół roku temu pojawił się w jej życiu inny mężczyzna. Romans powoli przeradza się w poważną, rokującą relację. Elżbieta twierdzi, że poczucie winy w stosunku do męża nie pozwala jej wystąpić o rozwód. Wolałaby, żeby zrobił to mąż. Wierzy, że jeśli to on ją porzuci, będzie łatwiej jej przeżyć stratę. Ale czy bycie równolegle w dwóch relacjach wydaje się bezpieczniejsze? Elżbieta, jak wiele innych osób, łudzi się, że „to” się jakoś samo rozwiąże, bez jej udziału. Być może, ale czy będzie wtedy mniej bolało? Czy jakąkolwiek stratę da się przeżyć bezboleśnie, niezauważalnie, bez emocji, na chłodno?

Unik nie uchroni przed ciosem

Inga towarzyszy mężowi w ciężkiej chorobie. Choć lekarze nie dają jej żadnych nadziei, jak większość ludzi zmagających się z widmem śmierci kogoś bliskiego, całą energię wkłada w szukanie coraz to nowych lekarzy, lekarstw czy alternatywnych metod leczenia. Bliscy przyjaciele towarzyszą jej w tej „zmowie milczenia”, dalsi znajomi unikają tematu, bo jak długo można udawać, że będzie dobrze? Bardziej odważni i pewnie lepiej oswojeni w temacie straty doradzają, żeby przestała wierzyć w cud i po prostu była z mężem, towarzyszyła mu w procesie odchodzenia. Inga twierdzi, że chce walczyć, że nie jest w stanie odpuścić.

Ilu z nas pogodzonych jest z tą najdotkliwszą stratą, z faktem, że nasze życie nie będzie trwać wiecznie? Jak zaakceptować fakt, że dzisiejszy świat, pełen tylu nieograniczonych możliwości, kiedyś będzie poza naszym zasięgiem? Być może dlatego tak bardzo wierzymy, że nieprzywiązywanie się do nikogo i niczego, zawrotne tempo życia, ciągłe zmiany i próbowanie stale czegoś nowego (porzucanie pracy, ludzi, zmiana celów życiowych) uchroni nas przed tą ostateczną i nieuniknioną stratą. Odważną konfrontację z ulotnością życia zamieniamy na scenariusz kontrolowanej ulotności; dzisiaj tu, jutro tam, „kiedy śmierć przyjdzie, ja będę już gdzie indziej”. Wolimy nie myśleć o starości i śmierci, unikamy ludzi, których dotknęła: „Nie jestem specjalistą, nie wiem, co powiedzieć”. A gdy sami odczuwamy smutek po stracie, ratujemy się tabletkami na poprawę nastroju.

Czy uwierzyłabyś, gdybym ci powiedziała, że odważna konfrontacja ze stratą i przeżycie wszystkich uczuć z nią związanych to najskuteczniejszy sposób oswajania lęku przed śmiercią?

Proces godzenia się ze stratą

Właściwie pierwszym doświadczeniem, jakie przytrafia nam się w momencie narodzin, jest właśnie strata. Przecięcie pępowiny, odłączenie od bezpiecznego matczynego brzucha wyrzuca nas na świat, w którym doświadczać będziemy wielu rozmaitych strat: beztroskiego dzieciństwa, ważnych relacji, pracy, rzeczy materialnych, złudzeń na swój temat czy tej wynikającej z upływającego czasu.

Jeśli w dzieciństwie mamy szczęście w bezpieczny sposób przejść proces separacji od rodziców, a jeszcze wcześniej nawiązać z nimi więź dającą poczucie bezpieczeństwa, mamy szansę pomyślnie, choć nie bez bólu, przeżyć każdą życiową stratę. Jako dzieci jesteśmy bezradni w obliczu odłączenia od rodziców, bez nich rzeczywiście nie jesteśmy sobie w stanie poradzić. Za to w dorosłym życiu możemy kontrolować relacje ze światem i nie wchodzić w nie symbiotycznie (na zasadzie fuzji, zlania się). Nie myślmy: „bez niego/niej nie przeżyję”, „jeśli stracę tę pracę, moje życie straci sens”, bo to nieprawda. Trudno jest tracić ważne rzeczy czy relacje, ale to nie oznacza, że ta strata nas zabije. Jeśli skonfrontujesz się z tym faktem, powiesz na głos: „To prawda, to, co straciłam, było dla mnie bardzo ważne, teraz jest mi smutno, czuję się zrozpaczona, nie wiem, co dalej” i odważysz się przeżyć te wszystkie emocje, przyjdzie taki dzień, kiedy poczujesz, że przeżyłaś, ocalałaś, a strata będzie bolała coraz mniej.

Proces żałoby towarzyszący każdej, nawet najdrobniejszej stracie, ma podobne etapy jak żałoba po śmierci kogoś bliskiego, tylko jest mniej intensywny. Najpierw pojawia się zaprzeczenie – „to nie może być prawda”. Być może scenariusz kontrolowanej ulotności życia jest właśnie formą zaprzeczenia stracie – na zasadzie „Nic nie jest dla mnie tak naprawdę ważne, więc nie będę cierpieć, kiedy coś stracę”. Dalej jest gniew i szukanie winnego. Potem jest etap targowania się z losem: „Co mogę zrobić, by odwrócić stratę?”. Zmęczeni walką, pogrążamy się w depresji – nic już nie ma sensu. To bardzo trudny i bolesny etap żałoby, ale jeśli wytrwamy w tym zatrzymaniu i bezsensowności, pojawi się akceptacja straty i wielka ulga, że życie toczy się dalej.

Przyklej plaster na rany

Bierz przykład z małych dzieci, które każdą stratę przeżywają intensywnie, a potem szybko, kierowane ciekawością świata, otwierają się na nowe.

Pamiętaj, że w życiu straty zwykle bilansują zyski; coś tracisz, a za chwilę zyskujesz coś nowego. Od czasu do czasu w celu oswojenia niezgody na stratę warto zrobić sobie taki właśnie bilans zysków i strat.

Pamiętaj, że dewaluowanie wszystkiego, co straciłaś, nie zmniejszy lęku przed stratą, wręcz przeciwnie – może go nasilić. Spróbuj, czy jesteś gotowa napisać list pożegnalny do wszystkiego, co odeszło, co skończyło się bezpowrotnie. Podziękuj za dobry czas, kiedy ,,to” było w twoim życiu, na przykład wspominając najbardziej traumatyczne rozstanie, zobacz, jak zmieniła czy wzbogaciła cię ta relacja. Jeśli to zrobisz, jest szansa, że w kolejnej nie będziesz podświadomie realizować identycznego scenariusza. Doceń, bądź wdzięczna, podziękuj i puść, a potem czekaj na pojawienie się nowego.

Symbolem rany po stracie jest pępek. Małe dzieci bardzo lubią być całowane w pępuszek, jakby intuicyjnie czuły, że to najważniejsze miejsce, które potrzebuje ukochania. Jeśli właśnie doznałaś straty, zaopiekuj się swoim pępkiem. Możesz go masować okrężnymi ruchami, zgodnie ze wskazówkami zegara. Możesz delikatnie przyłożyć do niego palce dłoni złożonej w łódeczkę i poczuć, jak wraz z wdechem i wydechem twoja dłoń wędruje od pępka na boki i z powrotem, jakby rysując promienie słońca.

Ewa Klepacka-Gryz - psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet www.terapiavia.com

Więcej w książce „Metamorfoza, czyli terapia jednego spotkania” Ewy Klepackiej-Gryz, Wydawnictwo Zwierciadło.

  1. Zwierciadło

Zdrowe, orzeźwiające wody smakowe, które podnoszą poziom energii – nie tylko na piknik

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki
5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Pysznie i energetycznie to dwa słowa, którymi z powodzeniem można opisać każdą z moich wiosennych wód. Od ciebie zależy, którą wybierzesz, a i tak każdy wybór będzie właściwy.

Składniki:

  • grejpfrut (1 sztuka mała - 220g)
  • cynamon (laska)
  • rozmaryn (2 gałązki)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Grejpfruta nie obieramy, jedynie szorujemy porządnie szczoteczką pod bieżącą wodą. Pokrojonego w plastry wrzucamy do dzbanka. Dodajemy gałązki rozmarynu i laskę cynamonu. Całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Pozgniatamy wszystkie składniki drewnianą łyżką i dokładnie mieszamy. Po dziesięciu minutach woda smakowa jest już gotowa.

5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki 'Zdrowe wody')5 przepisów na wiosenne wody smakowe (fot. z książki "Zdrowe wody")

Składniki:

  • cytryna (1 sztuka duża - 130g)
  • mięta cytrynowa (11 świeżych listków)
  • pokrzywa (11 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Cytryna chociaż wcale nie jest liderem wśród cytrusów pod względem zawartości witaminy C, to bogata jest w witaminy z grupy B, potas, wapń, o czym nie każdy wie. Oczywiście dzięki zawartej w niej witaminie C moja orzeźwiająca woda smakowa ma moc energetyzującą, natomiast dzięki witaminom z grupy B, takim jak B3, czyli niacynie i witaminie B6, czyli pirydoksynie, usprawnia pracę układu nerwowego i wzmacnia układ immunologiczny. Zalecam celebrowanie święta cytryny nie tylko pod koniec zimy w miasteczku Mentona, ale dużo, dużo częściej.

Składniki:

  • kawa (2 łyżeczki mielonych ziaren)
  • grejpfrut (1/3 sztuki - 90g)
  • limonka (1 sztuka - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Kawa znalazła się w mojej wodzie smakowej nie tylko ze względu na zawartość kofeiny. Oczywiście jej właściwości pobudzające są najbardziej znane, co nie oznacza, że kawa nie może się też pochwalić innymi. Pozwólcie, że wymienię niektóre jeszcze przed wypiciem mojej wody smakowej: poprawia perystaltykę jelit, wzmacnia pamięć, przyspiesza metabolizm. Nie wymieniając dodatkowo zalet grejpfruta, limonki i mięty, czyli reszty składników mojej mieszanki, zapewniam, że jest to woda smakowa bardzo zdrowa.

Składniki:

  • zielona herbata (2 łyżeczki suszu)
  • pomarańcza (1/2 małej sztuki - 100g)
  • mięta cytrynowa (10 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Do dzbanka wsypujemy zieloną herbatę i zalewamy średniozmineralizowaną wodą o temperaturze 80 stopni. Czekamy, aż napar wystygnie i dodajemy listki mięty i plastry pomarańczy. Mieszamy całość drewnianą łyżką, rozgniatając plastry pomarańczy, a po chwili woda smakowa jest już gotowa.

Składniki:

  • czarny bez (2 łyżki soku z owoców)
  • ogórek gruntowy (3 sztuki - 90g)
  • mięta zwyczajna (6 świeżych listków)
  • woda (2 szklanki - 500 ml)

Sposób przygotowania: Ogórki myjemy pod bieżącą wodą i kroimy je w plastry, nie obierając ze skórki. Pokrojone warzywa wrzucamy do dzbanka i wlewamy dwie łyżki stołowe bezcukrowego, ekologicznego soku z czarnego bzu. Dodajemy listki mięty i całość zalewamy wodą średniozmineralizowaną. Mieszamy składniki drewnianą łyżką. Woda smakowa jest gotowa po 10 minutach od zamieszania.

Zdjęcia z książki „Zdrowe wody. Pyszne wody smakowe i izotoniki” Anety Łańcuchowskiej-Jeziorowskiej. Więcej przepisów na wody na każdą porę roku znajdziecie w książce dostępnej w naszym sklepie internetowym.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Zwierciadło

Karolina Gruszka - odrobina normalności

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)
Film „Złotokap”, w którym możemy ją oglądać, jest dla niej wyjątkowy z wielu powodów. Także dlatego, że to jeden z pierwszych projektów, w których wzięła udział po przerwie. Karolina Gruszka potrzebowała jej, żeby wrócić do najważniejszych w życiu pytań.

Jak tam pani islandzki? Jest pani w stanie porozumieć się w tym języku?
Mamy tę wspaniałą umiejętność, żeby rzeczy akurat nam niepotrzebne wyrzucać natychmiast z pamięci, i w tej chwili trudno byłoby mi cokolwiek sobie z islandzkiego przypomnieć. Natomiast rzeczywiście był taki moment, kiedy zaczęłam mieć przyjemność z używania go w ramach roli. Na planie słuchałam, jak rozmawiają inni, zaczynałam rozumieć z kontekstu pojedyncze zdania. Już wcześniej miałam podobne doświadczenia. Tak mi się w życiu zawodowym zdarzyło, że dosyć dużo grałam w innych językach, i to bardzo różnych, łącznie z uzbeckim, kazachskim. I kiedy się już przekroczy pewną granicę i człowiek przestaje się zastanawiać, jak co wymówić, dostrzega się, że język wchodzi w ciało, że ma swoją energię, każdy zupełnie inną.

Swoją drogą, kiedy decydowałam się na tę rolę, nie wyobrażałam sobie, ile to będzie pracy. Wiele zawdzięczam Jackowi Godkowi. Jacek jest tłumaczem literatury islandzkiej na polski, a jednocześnie – z wykształcenia – aktorem. Uczył mnie zasad fonetyki, tłumaczył, jak się czyta specjalne znaki z alfabetu islandzkiego, jak i gdzie kładzie się akcenty. Czytał na głos wszystkie moje kwestie z filmu, a później słuchał, jak czytam je ja. Dalej pracowałam sama, ale bez tych spotkań nie dałabym rady.

Była pani kiedykolwiek wcześniej w Islandii?
Nie. I miałam o niej trochę inne wyobrażenie.

Jakie?
Kojarzyła mi się magicznie, bajkowo, a okazała się dużo bardziej surowa i bardzo w tej swojej surowości piękna. Kręciliśmy zeszłego lata, trafiłam na białe noce. Organizm czuje się z początku niepewnie, ale jeśli o mnie chodzi, sprawdziłam to już wcześniej w Petersburgu, mogę w takim trybie bez problemu funkcjonować. Trafiłam też na piękną pogodę, sami Islandczycy byli zaskoczeni. Ta piękna pogoda oznaczała 19 stopni Celsjusza i trochę słońca na przemian z deszczem [śmiech].

Po zakończeniu zdjęć dojechała do mnie rodzina, mąż z córką, wynajęliśmy samochód, bo po Islandii trudno poruszać się inaczej, i ruszyliśmy przed siebie. Wybrzeże to jednak bardzo turystyczne rejony, we wszystkich tych miejscach, które kojarzymy z pocztówek i filmów dokumentalnych, jak choćby w Blue lagoon [uzdrowisko na półwyspie Reykjanes – przyp. red.] o każdej porze dnia i nocy jest taki tłok, że traci się z bycia tam całą przyjemność. W pewnym momencie odpuściliśmy i pojechaliśmy bardziej w głąb lądu. Odkrywały się przed nami przepiękne krajobrazy – te wszystkie parujące gorące źródła, dzikie konie, które galopują gdzieś na horyzoncie, zastygła lawa, do której moja ośmioletnia córka podchodziła najpierw niepewnie (z początku w ogóle była zaskoczona tym, że jest tak pusto i zimno), a potem ją pokochała i po której chodziła w tę i z powrotem. Krajobraz na wyspie jest monotonny, nie ma tylu bodźców, i to jest właśnie piękne, działa medytacyjnie.

Zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest pani pierwszą znaną polską aktorką, która zagrała w islandzkim filmie.
Ragnar [Bragason – przyp. red.] nakręcił „Złotokap” na podstawie swojej sztuki, przez lata wystawianej, zresztą z wielkim sukcesem, w Rejkiawiku. Polaków na Islandii mieszka bardzo dużo, to najliczniejsza grupa cudzoziemców, chyba 10 proc.populacji całego kraju, w związku z czym w sposób naturalny pojawiamy się też w tekstach literackich. Moja bohaterka Daniela też jest z Polski i Ragnar szukał do tej roli Polki.

Zwrócił się do swoich polskich znajomych, kto to mógłby być, podrzucili mu parę propozycji, filmy, zdjęcia, i upatrzył sobie mnie. Właściwie nie miałam żadnego castingu, przeczytałam scenariusz, tekst był świetny, a potem Ragnar przyjechał do Warszawy, żebyśmy mogli się poznać i porozmawiać. Przegadaliśmy pięć godzin w kawiarni na Nowym Świecie.

Doświadczenie pracy z nim było bardzo ciekawe, przekonałam się, jaką ma miłość do aktorów. Ale też parę rzeczy mnie zaskoczyło. Kinematografia islandzka jest stosunkowo młoda, właściwie pokolenie Ragnara to pierwsze pokolenie islandzkich filmowców, którzy regularnie kręcą filmy w swoim kraju. I to widać. Widać, że jest w nim coś z pioniera. Jak powstawało ujęcie, Ragnar wołał wszystkich – pierwszy raz mnie coś takiego spotkało – do monitora i mówił: „No, zobaczcie! Zobaczcie, jak fajnie wyszło!”. To nie było tak, że byli zupełnie bezkrytyczni, jeśli było trzeba, oczywiście, powtarzali scenę. Najpierw myślałam: „Boże, co tu się w ogóle dzieje!?”. A potem doszłam do wniosku, że to w sumie super. Ta radość, że jest się na planie.

Uważa pani, że „Złotokap” to komedia?
Raczej tragikomedia, nie chciałabym zdradzać, w jakim stopniu „tragi-”. Rozmawiałam o tym z reżyserem i, jak rozumiem, Daniela pełni w całej tej historii funkcję w pewnym sensie terapeutyczną. W scenariuszu potrzebny był jakiś kontrapunkt, odrobina normalności w kontraście z ostrymi, wyrazistymi rolami innych.

Film rozprawia się z uprzedzeniami Islandczyków. To jednak mały naród, wyspiarski, problem nieufności wobec obcokrajowców, szczególnie w środowiskach mniej uprzywilejowanych, jest dostrzegalny. Przy okazji reżyser zwraca też uwagę na coś, co jest podobno w Islandii dość powszechne. Ponieważ świadczenia społeczne są tam wysokie – jeśli jesteś chory, dostajesz od państwa dużo pieniędzy – nagminne jest symulowanie i wyłudzanie zasiłków. Główna bohaterka filmu symuluje swoją chorobę i wmawia liczne choroby swojemu synowi Unnarowi. Matkę i syna łączy bardzo toksyczna relacja. On próbuje się z niej wyrwać, a Daniela, którą gram i w której Unnar się zakochuje, jest szansą na życiową zmianę. Ten wątek toksycznego układu matka – syn, nawet jeśli jest w filmie celowo przerysowany, wydaje mi się dość uniwersalny. Chyba każdy z nas próbował uciec od niektórych przekazywanych z pokolenia na pokolenie wzorców. A potem ani się obejrzysz i wpadasz w to samo. Trudno jest uciec od schematów, w których dorastamy.

Zagrała pani emigrantkę, Daniela mieszka w Rejkiawiku od lat. Pani też ma za sobą podobne doświadczenie. Swój kilkuletni pobyt w Rosji nazywała pani emigracją?
Nie nazywałam sobie tego emigracją, bo też nigdy nie podejmowałam takiej decyzji, jaką – wyobrażam sobie – musiała podjąć Daniela. Mój wyjazd był związany z moim życiem uczuciowym, ale także zawodowym, nie miałam planu, żeby tam zostać na stałe, ale też nie zakładałam, że nie zostanę. To się zdarzyło spontanicznie i organicznie. W Rosji nie czułam się u siebie, ale bycie kimś „nie stąd” było przyjemne i szalenie ciekawe. Trafiło na taki moment, kiedy jeszcze wydawało mi się – do tej pory tak myślę, ale wtedy było jednak inaczej, bo jeszcze nie miałam córki – że wszystko może się wydarzyć i że ja mogę żyć wszędzie, tymczasem spróbuję żyć tam.

Pierwsze role po rosyjsku zapamiętywała pani jak tę po islandzku?
Wcześniej coś tam już w Rosji grałam, ale albo byłam dubbingowana, albo grałam Polkę, która kaleczyła język. Tak naprawdę pierwszą dużą rolę po rosyjsku zaproponował mi mój mąż w „Tlenie”. Skok na głęboką wodę, bo miałam do zagrania wielki monolog, tekst „podawany” bardzo szybko i bardzo rytmicznie. Świetny sposób na uczenie się języka, zrobiłam ogromny postęp. O ile wcześniej, kiedy Iwan tłumaczył mi, co to za rola, rozumiałam z tego, co do mnie mówił, z jedną trzecią, i to jak dobrze się skupiłam i dopowiedziałam sobie resztę z jego gestów i mowy ciała, o tyle po okresie przygotowań do „Tlenu” byłam w stanie zrozumieć więcej niż połowę.

A teraz?
A teraz zdarza mi się nieświadomie przechodzić z polskiego na rosyjski, łapię się na tym, że myślę po rosyjsku. To mój drugi język, mimo że poznałam go dopiero w wieku 27 lat. Mam delikatny akcent, ale jak się skupię, mogę go nie mieć. Chociaż zwykle nie ma to znaczenia. Inaczej niż u nas, gdzie zaśpiew ze Wschodu brzmi dla Polaków czasem śmiesznie, dziecinnie. Rosjanie zwykle lubią, jak ktoś mówi z polskim akcentem, uważają, że ma to wdzięk.

Z reżyserem Iwanem Wyrypajewem tworzycie rodzinę. Wasza córka mieszkała z wami najpierw w Rosji, teraz tutaj. Maja zadaje już pytania o to, skąd i kim jest?
Właśnie niedawno zaczęła przejawiać zainteresowanie tym tematem. Pyta nas na przykład, na ile jest Rosjanką, a na ile Polką.

Co odpowiadacie?
Że tu nie ma odpowiedzi. Widzę, że ona ma te dwie mentalności, dwie kultury we krwi, krwiobiegu, w swojej wrażliwości, i nie widzę sensu dopatrywania się, którą bardziej. Siłą rzeczy teraz silniej czuje się związana z Polską, bo tu mieszkamy, tu ma swoich przyjaciół, chodzi do szkoły. Zresztą do szkoły brytyjskiej, więc to też daje dodatkową perspektywę. Miałam duży problem, co zrobić po przedszkolu, nie jestem fanką naszego systemu edukacji. Z początku trochę się bałam, że to wprowadzi jeszcze chaos, ale system brytyjski zakłada naprawdę fajne podejście do dziecka, teraz w czasie pandemii miałam okazję przyjrzeć się temu jeszcze bliżej i jestem pod wrażeniem.

Uważa pani, że pokolenie naszych dzieci jest bardzo różne od naszego? Że oni już zawsze będą obywatelami świata w odróżnieniu od nas, dzieci z kompleksem PRL-u?
Zgadzam się, że to nowe pokolenie jest zupełnie inne. Moja córka ma tylko osiem lat, a mam wrażenie, że i ona, i jej rówieśnicy są pod pewnymi względami o wiele bardziej świadomi niż my. Że to nie tylko obywatele Polski, Europy czy nawet świata, ale jeszcze szerzej, mieszkańcy planety. To mnie napawa optymizmem, czuję, że oni będą inni niż my, może mniej lekkomyślni.

A wracając do pani pytania – nie jestem pewna, czy kompleks dziecka PRL-u kiedykolwiek mnie dotyczył. Chyba już jednak nie. Wydaje mi się, że jestem z pokolenia, przed którym nagle otworzyło się mnóstwo możliwości, ale że jednocześnie wokół nas panował straszny chaos, brakowało nam punktu oparcia. Wszystko przesiąknięte było postmodernistycznym przekonaniem, że każdy ma swoją prawdę, co skutecznie blokowało poszukiwania duchowe i sprzyjało tendencjom narcystycznym.

To pokolenie bez autorytetów, bo autorytety, nawet jeśli były, bardzo często były podważane i deprecjonowane. Podstawowe pytanie: Kim właściwie jesteśmy w tym świecie? A o tym się raczej nie rozmawiało, jakby nie było takiej potrzeby, jakby się nie wiedziało, co to w ogóle znaczy i do czego jest nam potrzebne. Być może dlatego teraz jesteśmy tak bardzo uwięzieni w sporach polityczno-społecznych, tak bardzo brakuje nam szerszej perspektywy, bo nie nauczyliśmy się patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat swojego ego.

Sfera duchowa zawsze była dla pani tak samo istotna?
Pamiętam całe lata swojego życia, kiedy czułam, że mam potrzebę czegoś, ale nie wiem czego. Nie tyle nie znajdowałam odpowiedzi, co nie potrafiłam nawet dobrze zadać pytań. Moment, kiedy zaczęłam w ogóle przeczuwać, w którą stronę chcę iść, to właśnie wyjazd do Rosji. Po pierwsze dlatego, że tam takie kwestie są bardziej żywe, na porządku dziennym. To coś, o czym się po prostu rozmawia. W Rosji trafiłam też na odpowiednie książki, zaczęłam medytować, uprawiać jogę trochę w innym wymiarze, niż uprawiałam w Polsce. Wcześniej joga miała dla mnie raczej charakter, nie chcę powiedzieć fitnessowy, ale na pewno bardziej siłowy, fizyczny. I nagle się okazało, że chodzi o coś dużo więcej. To było 13 lat temu, a ja nadal mam potrzebę, żeby wracać do pytania, dokąd idę. Zdarzają się w moim życiu takie złote okresy, że wydaje mi się to oczywiste. Ale są i takie, że się gubię i codziennie, mozolnie muszę to sobie przypominać.

(Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists) (Fot. Aldona Karczmarczyk/Van Dorsen Artists)

To jest dla pani przełomowy rok?
Ze względu na to, że kończę 40 lat?

Na przykład.
Oczywiście, nie wiem, jak zareaguję na swoją czterdziestkę z takiego czysto kobiecego punktu widzenia, koleżanki snują na ten temat różne teorie [śmiech]. Będę się temu przyglądała. Na razie nie mam poczucia, że to jakiś przełomowy moment.

Z wiekiem staje się pani bardziej sentymentalna?
Myślę, że przeciwnie, coraz mniej, i to mi się w sumie podoba. Jakiś czas temu zrobiłam porządki według japońskiej metody Marie Kondo, która radzi, żeby wyrzucić to wszystko, co się trzyma tylko dlatego, że ma wartość sentymentalną. Ja miałam całą skrzynię pamiątek. Starą, wielką, miałam w niej wszystko poukładane: jakiś liścik od przyjaciółki z czwartej klasy podstawówki, plastikowy pierścionek, który dał mi pierwszy chłopak, karteczki, zapiski, zdjęcia. I kiedy się tego wszystkiego pozbyłam, rzeczywiście poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar. Nie chodziło mi o to, żeby odciąć się od przeszłości. To raczej proces uwolnienia, oczyszczania swojej przestrzeni, w wyniku czego powstaje więcej miejsca na to, co jest teraz.

Radykalny krok. Ale może celem jest tu pozbycie się przedmiotów, ale wszystko, co wiąże się z naszą przeszłością, zostawiamy sobie w pamięci i głowie?
Oczywiście, wspomnienia pozostają, one są ciekawe, ważne, bywają piękne, bywają przejmująco smutne, ale rzadko mnie rozczulają. Nie tęsknię za przeszłością.

O, dzisiaj na przykład wydarzyło się coś takiego – odwiedziłam szkołę teatralną właściwie pierwszy raz po 17 latach, odkąd ją skończyłam. Był kręcony program na temat całego naszego rocznika, do udziału w którym też zostałam zaproszona. Przechadzaliśmy się po korytarzach, patrzyłam na fragment naszego dyplomu. I bardzo trudno było mi przywołać siebie z tamtego czasu. To znaczy pamiętam mniej więcej, co wtedy myślałam, ale nie bardzo już poznaję tamtą siebie. Jeden z moich kolegów z roku, znany aktor, powiedział, że czuje się tak, jakby te nasze studia były dopiero co, jakbyśmy dopiero je skończyli. Ja mam poczucie, że to było w innym życiu.

O lockdownie sporo osób mówi, że miały szansę zmienić dzięki niemu perspektywę, że ta przerwa była im potrzebna.
Miałam przerwę już wcześniej. Dwa lata temu poczułam, że w jakimś stopniu się wypaliłam, bardzo intensywnie grałam wtedy w teatrze i mój organizm dotkliwe to odczuł. Zbuntował się. Musiałam się zastanowić, czy w ogóle chcę być jeszcze na scenie, czy jeszcze potrafię z tego czerpać przyjemność. Potrzebowałam tej przerwy, wróciłam po roku z poczuciem, że to jednak jest mój zawód, to, co kocham, i wiem, dlaczego to kocham. Pierwsze spektakle po przerwie grałam właściwie w ekstazie. A potem zrobiłam film islandzki, dwa filmy w Polsce, które jeszcze będą miały swoją premierę, zaczęłam serial z Waldkiem Krzystkiem, po drodze był „Kod genetyczny”.

Pandemia zastała nas w Moskwie. Robiliśmy nowy spektakl, w którym gramy razem z Iwanem, jego nowa sztuka „Entertainment”. Najpierw nagraliśmy z tego teatr telewizji, a potem mieliśmy zostać, żeby jeszcze zagrać spektakle. Nie zdążyliśmy. Okazało się, że zamykają polskie granice. Bilety już wyprzedane, pełna widownia, z drugiej strony – wiedzieliśmy, że jeśli od razu nie wrócimy do Polski, to być może utkwimy w Moskwie na bardzo długo. Bardzo wyraźnie poczułam wtedy, że powinniśmy wrócić, chociaż granice rosyjskie były jeszcze wtedy otwarte, oni się tam pukali w głowę, że tak nam się spieszy. Wylądowaliśmy o 20 w Warszawie, kilka godzin później i musielibyśmy już przechodzić kwarantannę. Zdaję sobie sprawę, jak trudny dla wielu ludzi jest ten czas. Smutny i pełen lęku. Ale ja odczuwam za te dwa miesiące izolacji wdzięczność. Jesteśmy jako rodzina blisko, zawsze spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, ale tym razem byliśmy ze sobą 24 godziny na dobę i to było dla nas bardzo cenne.

Krystyna Janda wspominała ostatnio w „Zwierciadle”, że raz po raz śniła jej się scena i kurtyna. Pani też?
Miałam sny aktorskie, myślę, że w tym zawodzie to jest nieuniknione. Ale nie odczuwałam głodu grania. Natomiast bardzo się ucieszyłam, kiedy przyszła propozycja, żeby zagrać w serialu. Zresztą właśnie mi.in. z panią Krystyną Jandą [chodzi o „Królestwo kobiet”, komediową produkcję TVN – przyp. red.]. Propozycja przyszła nieoczekiwanie, nie miałam tego wcześniej w planach. Nagle okazało się, że zaczynamy zdjęcia. Przyszłam na pierwszą próbę, była nas ósemka, a wydawało mi się, że to tłum, zresztą wszyscy mieliśmy podobne odczucie. Z początku było trochę dziwnie, a teraz bardzo się cieszę, uważam, że to pożyteczne. Równowaga jest jednak istotna. Nie było dla mnie odkryciem, że jestem domatorką, a jednak wydaje mi się, że są ludzie, którzy siedząc długo w domu, naprawdę mogą zdziczeć. Nie wiem, czy przypadkiem się do nich nie zaliczam.

Karolina Gruszka, rocznik 1980. Z mężem, Iwanem Wyrypajewem realizuje jego autorski teatr, wystąpiła też w jego filmach: „Tlen”, „Taniec Delhi”, „Zbawienie”. Inne jej kinowe role to te w „Inland Empire”, „Szczęściu świata” czy „Maria Skłodowska-Curie”. Najnowszy „Złotokap” w kinach od 28 sierpnia.