Dzieciaki rządzą: Czy tradycyjny model rodziny to już przeżytek?

fot. iStock

Być matką, ojcem, szefem znaczy dzisiaj kompletnie co innego niż kiedyś. Coraz częściej dzieci decydują, podwładni rządzą. Jak te zmiany tłumaczyć – wyjaśnia Jarosław Kulbat, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego we Wrocławiu.

Co to znaczy, że odgrywamy jakąś rolę?

To znaczy, że zachowujemy się tak, jak tego oczekują ludzie z naszego otoczenia, jak widzi nas społeczeństwo, jak stanowią obowiązujące w danej grupie czy w kulturze normy, które tę grupę czy kulturę konstytuują. Można powiedzieć, że role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji.

Ale normy się rozluźniają, sugestie wykluczają. Można się pogubić.

To prawda. Bywa, że menedżer w stosunku do swoich podwładnych jest bardziej przyjacielem niż zwierzchnikiem. Budując zażyłe stosunki z pracownikami, traktuje bliskość interpersonalną jako szczególny rodzaj zarządzania – trudniej bowiem odmówić wykonania zadania znajomemu szefowi. Z kolei rodzice postrzegają relacje z dziećmi bardziej egalitarnie, to znaczy oddają im część wpływu i kontroli. Pytając małe dzieci o zdanie na jakiś temat, łamią w pewnym sensie dotychczasową konwencję, która bierze się z mądrości ludowej głoszącej, że dzieci i ryby głosu nie mają. Przypisaną sobie rolę przekraczają także ojcowie, angażując się w wychowanie dzieci. Nowoczesny ojciec, który nawiązuje czułą relację z dzieckiem, na pewno wypadł z dotychczasowej roli, która polegała przede wszystkim na dbałości o utrzymanie rodziny.

Jak te zmiany ról tłumaczyć?

To zjawisko mnie nie zaskakuje, jest odzwierciedleniem zmiany presji ze strony otoczenia społecznego, zmian cywilizacyjnych, a te są nieuchronne. Warto zwrócić uwagę na wzrost znaczenia nie tylko bezpośredniego otoczenia społecznego, ale także na siłę oddziaływania mediów społecznościowych, które lansują swoje wzorce, swój styl życia.

To zjawisko może niepokoić?

Nie widzę w nim szczególnego zagrożenia. Według mnie to naturalny proces, tak było, jest i prawdopodobnie będzie. Proszę zauważyć, że kiedy wchodzę w kontakt z osobą, której rola społeczna jest mi znana, to mogę przewidzieć, jak ta osoba będzie się zachowywała.

No właśnie, po to między innymi są role, żeby zapewnić nam przewidywalność, poczucie bezpieczeństwa.

Zgadza się. Jestem nauczycielem akademickim, więc wiem, czego spodziewać się po studentach, a studenci wiedzą, czego się spodziewać po mnie. To ważny aspekt roli. W rolach jest nam wygodnie. Natomiast kiedy przestaje nam być wygodnie, to podejmujemy decyzję, żeby się z roli wyłamać. Z różnych powodów: ideologicznych (bo moje poglądy są niezgodne z założeniami tej roli) albo pragmatycznych (bo to mi się bardziej opłaca), albo wizerunkowych (bo chcę zrobić na kimś wrażenie wyluzowanego). Wyjście z roli może wiązać się z sankcjami społecznymi, bo u podstaw roli społecznej leży mechanizm, który dość dobrze mamy przećwiczony, a mianowicie odrzucanie tych, którzy nie podporządkowują się normom. Wychodząc z roli, podejmujemy więc ryzyko.

Wydaje mi się, że dla dobra dziecka role rodzice – dzieci powinny być jasno określone, a często nie są.

Margaret Clark i Judson Mills prowadzili badania wzorców wymiany wśród ludzi pozostających w bliskiej zażyłości. Okazuje się, że charakterystyczne dla tych relacji jest między innymi to, że nie działa w nich reguła wzajemności, którą dobrze ilustruje polskie porzekadło: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Nie mogę powiedzieć dziecku: „Jak ty mnie, tak ja tobie”, bo w bliskich relacjach priorytetem jest zaspokajanie potrzeb drugiej osoby bezwarunkowo. Nie jest tak, że kocham cię, gdy jesteś grzeczny i miły – kocham cię zawsze. Samo wychowanie jest niezwykle złożone, co w praktyce oznacza, że rodzice mogą wychodzić w pewnym zakresie z roli. Pani mówi, że to źle działa na dzieci, a ja uważam, że nie da się jednoznacznie ocenić wielu aspektów tej zamiany ról. Weźmy na przykład dorosłe dzieci mieszkające z rodzicami, które nie weszły w rolę. Albo inne zjawisko (udokumentowane przez amerykańskiego badacza Larry’ego Rosena), które pokazuje, jak współczesne pokolenie nastolatków wypracowuje ze swoimi rodzicami szczególną bliskość: mogą im się zwierzać, liczyć na ich wsparcie. To tylko dwa przykłady złamania konwencji, zgodnie z którą dzieci stopniowo oddalają się od rodziców; tutaj rodzice i dzieci nadal pozostają w bliskości.

Upieram się, że odwracanie porządku, w którym to rodzice są przewodnikami, staje się dla dziecka niekorzystne.

Co do zasady tak. Ale można dyskutować nad tym, w jakim wieku dziecko powinno stać się pełnoprawnym udziałowcem podejmowania decyzji.

Matka rozwodzi się z mężem i pyta nastoletnią córkę: „Powiedz mi, co mam robić?”. Córka ma wiedzieć to, czego nie wie dorosły?

Konsekwencje tego rozstania poniesie córka, więc matka pyta o jej opinię. Co w tym zdrożnego? Kwestią dyskusyjną jest to, czy głos dziecka ma być rozstrzygający, natomiast samo doświadczenie, że ktoś bliski pyta mnie o ważne dla niego życiowe decyzje, ma charakter kształtujący wizję naszych relacji. Rozumiem pani wątpliwości dotyczące wyjścia rodziców z roli. W skrajnym przypadku mogą doprowadzić do kuriozalnych zachowań. Mam jednak poczucie, że to, iż dzieci stają się uczestnikami podejmowania decyzji przez dorosłych, nie jest złe. Bez wątpienia jesteśmy świadkami dużych zmian.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że rodzice abdykują ze swojej roli.

Abdykacja jest skrajnym przypadkiem, to sytuacja patologiczna. Natomiast przekraczanie roli nie jest niczym złym. Myślę, że konsekwencje tych zmian będziemy mogli ocenić dopiero wtedy, kiedy współczesne dzieci wychowywane w ten sposób same staną się rodzicami. Pytanie, czy w ogóle zdecydują się na rodzicielstwo. Rezygnacja z bycia rodzicem to dzisiaj życiowy wybór. Ludzie wykazują naturalną tendencję do przekraczania granic, eksperymentowania, i to nie tylko w kontekście ról społecznych. A z eksperymentami jest tak, że niektóre kończą się porażką. W moim przekonaniu wychodzenie rodziców z roli to stosunkowo nowe eksperymenty, nie mamy podstaw, by oceniać ich długofalowe konsekwencje, czyli życie tych dzieci w dorosłości. Moim zdaniem bez wychodzenia z ról, testowania, sprawdzania siebie – niektórzy nazywają to wychodzeniem ze strefy komfortu – nie ma rozwoju, obiektywnego sukcesu, czyli tworzenia czegoś nowego.

Wydaje mi się, że w roli rodzica i dziecka aż tak daleko nie można się posunąć.

A gdzie znajduje się to za daleko?

Dziecko wymaga jednak przewidywalnego świata, a to znaczy, że rodzice powinni pozostać w swojej roli.

Ja tego nie kwestionuję, tylko zadaję pytania: Do którego momentu to poczucie bezpieczeństwa góruje nad ciekawością życia, która może manifestować się tym, że dziecko oczekuje, że będzie samo decydowało? Dlaczego sądzimy nastolatków za zbrodnie tak jak dorosłych, a z drugiej strony – w relacjach z rodzicami odmawiamy im prawa do podejmowania decyzji dotyczących ich żywotnych interesów czy choćby informowania o tym, jakie jest ich stanowisko w danej sprawie?

Przeczytaj więcej…

 

Patchworkowe rodziny traktowane są przez niektórych ich członków jako dopust boży, przez innych – jako szansa. Niewątpliwie życie w takiej rodzinie jest nie lada wyzwaniem.

Jak podaje GUS, w 2013 roku rozwiodło się 36 procent małżeństw zawartych w ciągu ostatnich 5 lat. I ta tendencja z roku na rok rośnie. Statystyki nie obejmują ludzi z niesformalizowanych związków, którzy też się rozstają, też mają dzieci.

To ogromny społeczny problem. Te 36 procent (plus niesformalizowani) wchodzi w kolejne związki, na ogół z matrymonialnego rynku wtórnego i tworzy czasem wielopiętrowe patchworkowe systemy. Z praktyki terapeutycznej Wojciecha Eichelbergera wynika, że często ci ludzie czują się zagubieni, winni, nie wiedzą, jak układać relacje w nowych systemach. Książka ta ma im pomóc w rozwiązaniu tego problemu.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »