1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kabała - tajemna nauka judaizmu

Kabała - tajemna nauka judaizmu

123rf.com
123rf.com
Filozofowie i przywódcy religijni widzą w niej źródło mądrości. Wierzą, że kabała zmienia życie na lepsze.

Według kabały nasza rzeczywistość składa się z dwóch obszarów – świata fizycznego obejmującego 1 proc. całości i pozostałej niematerialnej części zajmującej 99 proc. Te dwa obszary przedziela symboliczna kurtyna. Świat fizyczny to rzeczywistość, którą możemy doświadczyć zmysłami. Jego charakterystyczną cechą, jak pisze rabin Jehuda Berg w książce „Moc kabbalah”, jest to, że ciągle nas czymś zaskakuje. Zgodnie z kabałą wszystko, co nas spotyka, ma ukryty sens, tylko że jest on dla nas niewidoczny w danym momencie. To, co dzieje się w świecie fizycznym, jest ściśle powiązane z naszym wnętrzem. Nasiono, czy też zarodek zaistniałego problemu, znajduje się w obszarze niematerialnym, do którego nie mamy bezpośredniego dostępu. Poznanie tej właśnie sfery, nazywanej przez kabalistów sferą światła, gwarantuje zmianę i spełnienie naszych największych pragnień, u których źródeł leży miłość, zdrowie, brak lęku, mądrość, szacunek i bezpieczeństwo finansowe.

Jak to zrobić? Poddać się wewnętrznej przemianie (Tikun).

Zacznij od siebie

W kabale ludzie i inne stworzenia są naczyniem, a energia, która nas otacza – światłem. Cechą naczynia jest chęć otrzymywania, pasywność, uleganie instynktownym reakcjom, poddawanie się kontroli. Gdy na ulicy tworzy się korek, a my tkwimy w jego centralnym punkcie, mało kto nie czuje frustracji, zniecierpliwienia czy złości. Zachowujemy się wówczas reaktywnie – ulegamy instynktownym reakcjom. Z drugiej strony kabała mówi o istnieniu światła, czyli energii, która jest siłą sprawczą, aktywnością. Aby pozbyć się lęków, być szczęśliwym i spełnionym, należy więc eliminować cechy naczynia i zamieniać je na te charakterystyczne dla światła.

Wyobraź sobie sytuację: twój przyjaciel zaczyna na ciebie krzyczeć. Czujesz się zła i zdenerwowana. Odruchowo też podnosisz głos i dochodzi do kłótni. Kabaliści radzą, aby w takiej chwili zdystansować się do zaistniałego zdarzenia, nie obwiniać przyjaciela i oprzeć się impulsywnej chęci rewanżu. Własne emocjonalne reakcje ranią bardziej niż słowa przyjaciela. Uczmy się sprawować nad nimi kontrolę i dokonywać świadomego wyboru, co chcemy czuć. Inna scena: popełniłaś błąd. Twoją naturalną reakcją jest próba zatuszowania pomyłki. Powstrzymaj się! – doradza rabin Berg. Zapoznaj się z poniżeniem. Przyjmij je, odpuść reakcje obronne.

Jedna z kabalistycznych zasad mówi, że wszystkie osoby czy sytuacje, z którymi się zmagamy, są częścią naszego Tikun i odbijają jakiś fragment naszego charakteru. Kiedy zdołamy przepracować daną cechę i odmienić wewnętrzny schemat, nasze życie zacznie zmierzać w dobrym kierunku. Jeśli poprosimy i zaufamy światłu, otrzymamy to, czego najbardziej potrzebujemy. Dlatego przestańmy wytykać błędy innym. Zacznijmy zmianę od siebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nigdy nie jest za późno...

Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. (Fot. iStock)
Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. (Fot. iStock)
...by rzucić pracę, nauczyć się języka, odbić się od dna, pojechać w podróż życia. Jedną z najpowszechniejszych wymówek, którą odżegnujemy się od jakiejkolwiek próby zmiany, jest czas. Jesteśmy za starzy, by się zakochać; za starzy, by podróżować, uprawiać sporty, odkrywać nowe pasje. Nie zdobędziemy już przecież mistrzostwa w danej dyscyplinie, a tylko wygłupimy się, ośmieszymy. Prawda? Nieprawda! 

Artykuł archiwalny.

Zmiana jest chyba jedyną składową rzeczywistości, której możemy być absolutnie pewni. A jednak wielu z nas unika zmian jak ognia. Wolimy zamknąć się w trybach codziennej rutyny, choćby znienawidzonej, bo jest stała, okiełznana, oswojona. Boimy się tego, co nowe, bo każdy początek zmusza nas do zadawania pytań i ponownego szukania odpowiedzi. Do wysiłku, który wiele kosztuje, ale jest przecież kluczem do rozwoju. Sama myśl, że ktoś mógłby próbować przekonać nas do nowych wyzwań, przeraża, paraliżuje. Jednak zmiana nie musi być czymś narzuconym z zewnątrz: zamiast tego, może wypływać z nas samych, wynikać z naszej decyzji, z naszego postanowienia. Jest wówczas dużo łatwiejsza do przyjęcia, wzbudza mniejszy lęk i niepokój.

Rzadko kiedy pamięta się fejsbukowe posty sprzed wielu miesięcy, a ten inspiruje mnie do dzisiaj, choć przeczytałam go niemal przed rokiem. Miguel jest z zawodu notariuszem. Jakiś czas temu skończył 80 lat, ma sześcioro wnuków i wielką pasję życia. Przeszedł atak serca, wszczepiono mu poczwórne bypassy, a po tym wszystkim zapisał się na uniwersytet w Walencji, by studiować ukochaną historię. W minionym roku akademickim Hiszpan udał się też na Erasmusa do malowniczej włoskiej Werony. Bo przecież każdy moment jest dobry, by zacząć spełniać marzenia. Czego powinniśmy bać się ty czy ja, skoro Miguel, mimo problemów zdrowotnych i mocno zaawansowanego wieku, zdecydował się na studencką przygodę?

Szczelina na zmianę

Moja teściowa skończy lada dzień 72 lata. Kiedy odwiedzam na dłużej dom rodzinny męża i akurat uda mi się ją tam zastać, rankami przeklinam ją serdecznie. Wstaje przed piątą i zaczyna dzień od energicznej gimnastyki, sprawiając, że czuję się jak truteń wylegujący się do południa, choć przecież rzadko wstaję później niż o ósmej. Kiedy półprzytomna gramolę się na śniadanie, ona zwykle przerzuca już przewodniki albo szuka informacji w Internecie. W skupieniu notuje ciekawostki, sprawdza godziny otwarcia, przegląda fotografie. Od kilku lat pracuje jako przewodniczka i pilotka wycieczek, a portfolio krajów, do których zabiera turystów, rozszerza się z dnia na dzień. W ostatnich miesiącach odwiedziła m.in. Gwatemalę, Rosję, Tunezję, Uzbekistan, Grecję i Ukrainę. – Nie byłam jeszcze wszędzie, ale jest to na mojej liście – cytuje słynne zdanie Susan Sontag, a ja stwierdzam, że brakuje jej chyba niewiele, bo większą część roku spędza w podróży. Nie zawsze tak było – z wykształcenia jest mikrobiologiem, przez lata pracowała w przyszpitalnym laboratorium. Pomysł na zmianę trybu życia i zawodu przyszedł po sześćdziesiątce. – Pomyślałam, że skoro zmianą, której oczekuje ode mnie otoczenie, jest emerytura i siedzenie w domu, a ja sama mogę wprowadzić zupełnie inną, wybierając aktywność i poznawanie świata, to zdecydowanie wolę tę drugą opcję – esemesuje do mnie z lotniska. W ramach odpoczynku od pilotowania wybiera się właśnie z moim teściem do Etiopii.

Z lotniska pędzi do mnie natomiast Łucja, lat 50, nieustannie kursująca między Warszawą a Malagą. W Andaluzji mieszka Steven, jej wielka miłość, poznana przed laty. – Naszą historię opowiadam chętnie ku pokrzepieniu serc – uśmiecha się Łucja, dolewając mi mrożonej herbaty z dodatkiem kwiatu hiszpańskiej pomarańczy. – Jesteśmy żywym dowodem na to, że wszystko, co piękne, może wydarzyć się w dowolnym momencie, niespodziewanie. Co więcej, jedno piękne zdarzenie rodzi kolejne, które z niego pączkują. Trzeba tylko uwierzyć w dobro, piękno, w drugiego człowieka.

Ze Stevenem poznali się w Londynie na początku lat 90. Mieli po 20 lat, strzała Amora trafiła ich na pierwszej randce, planowali wspólne życie w Wielkiej Brytanii. Na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności, który zaistniał, gdy Łucja wróciła na chwilę do Polski, by przedłużyć wizę – stracili kontakt na ponad 20 lat. W międzyczasie on wyjechał do Hiszpanii; oboje założyli rodziny, pojawiły się dzieci, ale też kłopoty, poczucie niedopasowania, niespełnienia. Usłyszeli się ponownie pięć lat temu. Decyzję podjęli w tym samym czasie – kończą niesatysfakcjonujące związki, wracają do siebie, zaczynają od nowa, bo ich historia domaga się, by pisać ją dalej.

– Po czterdziestce często pojawia się w człowieku szczelina, przez którą może prześlizgnąć się zmiana – tłumaczy Łucja. – Od nas zależy, czy zdecydujemy się na szczerą rozmowę ze swoim wnętrzem, przestaniemy oszukiwać się, że jest nam dobrze, chociaż nie jest, i otworzymy się na to, co szykuje dla nas świat. Kiedy raz powiemy zmianie „tak” – rusza lawina. Decyzja jest oczywiście trudna, towarzyszy jej wiele lęku, ale gdy już ją podejmiemy, ogarnie nas wielki spokój. Zresztą, jak powiedział Wojciech Eichelberger, lęk to coś, za czym warto podążać – podkreśla. – Wszystko, czego naprawdę chcemy, jest po drugiej stronie lęku. To stały element życia, który pokazuje, co jest dla nas ważne; nie powinien nas paraliżować, a służyć za drogowskaz.

Tak też zrobiła Łucja. Weszła w nowy związek, sprzedała dom, jest w trakcie przeprowadzki do Hiszpanii. Promieniuje szczęściem.

Status quo rzadko cieszy

Podobne wrażenie robi na mnie Marcin. Czterdzieste urodziny ma już dawno za sobą. Obchodził je na południu Polski, gdzie mieszka wraz z żoną Anią i dziećmi. Przez wiele lat pracował jako policjant. – Wtedy chyba nie promieniałem – śmieje się – a już na pewno nie w ostatnim okresie służby. W mundurze spędziłem 18 lat, ale ostatnie osiem rozmyślałem o zmianie. Ostateczną decyzję podjął za mnie ktoś inny. Głupota ludzka kosztowała mnie kalectwo w lewej dłoni i nadmiar lęku w sercu. Przestałem być policjantem.

Wypadek z bronią, której nie zabezpieczył kolega po fachu, wymusił na nim nowy początek. Marcin otworzył slowfoodową cukiernię, w której realizował swoje kulinarne pasje, a z żoną nauczycielką założyli pogotowie rodzinne. Jednak i ta droga okazała się niewłaściwa – cukierniczego interesu nie udało się wystarczająco rozkręcić, zaś prowadzenie rodziny zastępczej zetknęło ich z niewyobrażalną ilością cierpienia i ludzkiego okrucieństwa, malwersacji i nadużyć, których nie chcieli tolerować. Zdecydowali, że zaczną raz jeszcze, daleko od wszystkiego, co znają. Za kilka tygodni wyjeżdżają na stałe na Sardynię, gdzie planują pracować w małej lokalnej kawiarni.

– Przekroczyliśmy smugę cienia – tłumaczy Marcin. – W pewnym momencie nastąpiło jakieś przebudzenie z marazmu, uświadomienie sobie, co dla nas ważne. Nie jest to złudne bezpieczeństwo finansowe, etat Ani w szkole czy przymykanie oczu na zło tego świata. Wybieramy piękno przyrody, wiejską społeczność, życie skromne, ale szczere, oparte na wolności. Oczywiście, że się boimy. Prawdopodobnie łatwiej byłoby odłożyć wyjazd „na potem”. Ale kiedy to wypadnie? Kiedy będzie „lepszy czas”? Życia nie da się cofnąć, a właściwy moment jest wtedy, kiedy my go takim wybierzemy.

Marcinowi i Łucji przytakuje Ania Chmura, właścicielka warszawskiego studia Kameralnyfitness.pl. Jej klientkami są zarówno młode dziewczyny, zabiegane mamy, jak i osoby po sześćdziesiątce. Te ostatnie okazują się często szalenie inspirujące. Wiele z nich rozpoczyna przygodę ze sportem dopiero teraz; z różnych powodów właśnie ten moment, już na bardzo dojrzałym etapie życia, uznają za przełomowy, za właściwy, by zaopiekować się sobą. Zgodnie ze słowami Łucji, postanawiają podążać za lękiem, choć czują się onieśmielone, niedoświadczone, nieporadne.

– Lęk przed zmianą odczuwamy wszyscy; warto jednak zadać sobie pytanie, co daje mi stan obecny, czym ten lęk karmi, jak go zasila – zauważa trenerka. – Przecież status quo rzadko kiedy jest idealne. Jeśli na przykład prowadzę siedzący tryb życia, mam nadwagę, cierpię na bóle kręgosłupa, a mimo to wzbraniam się przed podjęciem aktywności fizycznej – oznacza to, że ten ból, ta nadwaga, to cierpienie są mi do czegoś potrzebne. Do moich klientek dociera jednak, że aby dbać o innych, jak robiły przez lata, pielęgnując dzieci, wspierając męża – muszą zająć się także sobą. Nie chodzi tu o katorgę diet, wyczynowy sport i wyrzeczenia, ale o poświęcenie sobie uwagi, wsłuchanie się w siebie. I o zrozumienie, że każda porażka, każda przegrana może zostać przekuta w sukces, jeśli wykorzystamy ją jako przyczynek do szukania nowych rozwiązań. Jeśli zdecydujemy, że to my, dzięki naszym decyzjom, będziemy mieć moc sprawczą i będziemy mogli czerpać z życia pełnymi garściami.

Nie ma chwili do stracenia

Tak właśnie robi pani Ela (dobrze po sześćdziesiątce), z którą umawiam się w żoliborskiej kawiarni. Kiedy wchodzę, czeka już przy stoliku. Na głowie ma jak zwykle wielki słomkowy kapelusz, który sprawia, że zawsze wygląda elegancko i wyrafinowanie, a zarazem tak, jakby właśnie wróciła z egzotycznej podróży – lub się do niej szykowała. Zamawiamy same pyszności, nie bacząc na kalorie i indeksy glikemiczne. Pytając, co słychać, szykuję się na listę niezwykłości. Pani Ela robi rzeczy niesamowite, a do wszystkiego, nawet do najprostszych życiowych czynności, podchodzi z zaraźliwym entuzjazmem, i opowiada o nich, jakby stanowiły nie lada przygodę. – Właśnie zasadziłam nowe róże w ogrodzie – oznajmia triumfująco, bo choć z zawodu jest prawniczką, to ogrodnictwo pochłonęło ją do tego stopnia, że już na emeryturze pokończyła liczne kursy i dziś jest wspólniczką w firmie oferującej szkolenia dla aspirujących ogrodników. – Poza tym wróciłam z Chile – dodaje – a już nie mogę doczekać się Argentyny. Przede mną jeszcze kilka miesięcy przygotowań do wyjazdu. Lubię przyszykować się do podróży, poczytać, posłuchać innych podróżników. Dla takich jak ja napisałam książkę o Nepalu, którą udało mi się wydać kilka miesięcy temu – mam więc sporo spotkań autorskich, gdzie poznaję osoby równie aktywne jak ja. Do tego dochodzi czwarta wystawa moich akwarel. Malarstwo ogromnie dużo mnie nauczyło – inaczej widzę teraz kolory, światło, wszystko to, czego doświadczam w podróży i na co dzień, a czego wcześniej prawie nie zauważałam – wylicza.

Kiedy pytam o zdrowie, wspomina, że pobolewa ją kolano; lekarz orzekł, że swoje zrobiły lata intensywnego trekkingu. Na jej twarz szybko wraca jednak uśmiech. – Co ciekawe, kolano boli mnie najmniej, gdy wkładam buty na obcasach. I całe szczęście, bo dzięki temu mogę dalej w każdy piątek biegać na zajęcia z tanga argentyńskiego. Życie ucieka, nie mam ani chwili do stracenia. Chcę pić pyszną kawę w najładniejszych filiżankach, poznawać świat i smakować każdą chwilę. Na nic innego nie mam przecież czasu.

  1. Psychologia

Szczęśliwi po rozwodzie. Jak zamknąć przeszłość i otworzyć się na nowy związek?

Szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. (Fot. iStock)
Szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. (Fot. iStock)
Badania pokazują, że szanse na to, by kolejny związek po rozwodzie był lepszy od pierwszego małżeństwa, są naprawdę duże. Jak zamknąć przeszłość i otworzyć się na nową, dobrą miłość – mówi psycholog  prof. dr hab. Maria Beisert.

Mam znajomą – szczęśliwą mężatkę, która uważa, że rozwodnicy muszą mieć w sobie jakiś defekt niepozwalający im zbudować trwałego związku. Taki, który sprawił, że źle wybrali albo popełnili błędy skutkujące rozpadem małżeństwa. Czy rzeczywiście po rozwodzie trzeba dokonać jakiejś gruntownej zmiany w sobie, by kolejny związek mógł być szczęśliwy?
Na pewno nie mówiłabym o defekcie! Jeśli rzeczywiście ktoś ma za sobą nie jeden, ale serię nieudanych związków, można mówić o pewnych trudnościach z relacjami. A jeśli ta powtarzalność jest naprawdę duża – zaryzykować tezę o jakimś deficycie, ale na pewno nie o defekcie. Byłabym też daleka od stwierdzenia, że osoba, która się rozwiodła, sama jest sobie winna. Na związek mają wpływ dwie osoby. Nie bez znaczenia są też okoliczności zewnętrzne.

Jakie więc są szanse na to, by po rozwodzie stworzyć z nowym partnerem lepszy związek?
Naprawdę duże, pod warunkiem że przejdzie się przez wszystkie cztery fazy rozwodu: zaprzeczanie, smutek, gniew i rekonstrukcję. Cały proces trwa mniej więcej rok. Kończy się rekonstrukcją, czyli etapem spokojnej analizy tego, co miało miejsce, i planowania tego, co będzie. To czas, kiedy ludzie zaczynają zastanawiać się nad tym, dlaczego się nie udało. Nie ma już złorzeczenia, łez czy obwiniania. Człowiek potrafi przed sobą samym przyznać, że on też popełnił błędy i przyczynił się do rozwodu. Niektórzy wyrażają to na przykład tak: „Moja impulsywność popsuła związek” albo „Nigdy więcej nie będę tak zazdrosny!”.

Mam uwierzyć, że każdy dochodzi do takich wniosków?
A wie pani, że tak? Warunkiem jest oczywiście dotarcie do etapu rekonstrukcji, co niestety nie wszystkim się udaje. Niektórzy utykają już na pierwszym etapie, czyli w nieskończoność zaprzeczają, że małżeństwo się zakończyło. Miałam pacjentkę, której mąż się z nią rozwiódł i powtórnie ożenił z kimś innym, ale ona nie przyjmowała tego do wiadomości. Nadal czuła się żoną tego mężczyzny, bo kiedyś wzięli ślub kościelny. „Dla mnie liczy się tylko związek sakramentalny” – mówiła i nie chciała dać byłemu mężowi spokoju.

Rozumiem jednak, że takie nieprzyjmowanie rozwodu do wiadomości jest przez pewien czas czymś zupełnie naturalnym?
Tak. To jest prawo osoby opuszczonej, która nagle została poinformowana o decyzji partnera, by nie dowierzać, myśleć: „Nic straconego”, „Jeszcze mogę to naprawić”, by inicjować kontakt i prosić o rozmowę. Najgorsze, co może wtedy zrobić ta druga osoba, to spełniać prośby byłego partnera, będące jawnym lub ukrytym naleganiem na powrót do związku, typu: „Przyjedź, bo tak źle się czuję”.

Jak, będąc osobą porzuconą, można sobie pomóc na tym etapie?
Skorzystać ze wsparcia tych, którzy są w stanie poświęcić swój czas, potrafią słuchać – nie kwitują wszystkiego opowieściami o tym, jak oni się rozwodzili – i mają do całej sprawy pewien dystans. Nie będą więc przekonywać: „Próbuj”, „Może się uda”, „Zobaczysz, on jeszcze zmieni zdanie”. Dostrzegą np., że przyjaciółka się narzuca czy wręcz nęka byłego partnera, i będą w stanie powiedzieć o tym tak, by jej nie zranić.

A co pani myśli o zaprzeczaniu nie tyle rozwodowi, ile temu, że jest on czymś ważnym i smutnym? Niektórzy nie tylko nie płaczą po rozstaniu, ale wręcz świętują podczas organizowanych wspólnie z byłym małżonkiem imprez rozwodowych.
To dość dziwna w kontekście rozwodu demonstracja, która ma pewnie pokazać, że nic się nie stało. Może ci ludzie próbują zaprzeczyć swoim uczuciom, udowodnić sobie, że nie są przesiąknięci trudnymi emocjami. A może jest tak, jak wyczytałam kiedyś w czeskim opracowaniu dotyczącym rozwodów: „Nie żałuje ten, kto nic nie stracił”. Może oni rzeczywiście nie cierpią z powodu rozwodu, dlatego że nic w związek nie włożyli. Bo jeśli ktoś był zaangażowany w małżeństwo, po rozwodzie zawsze poczuje smutek. Będzie on towarzyszyć nie tylko osobie opuszczonej, lecz także temu, kto opuszcza – z powodu dzieci, poczucia porażki czy tego, że sprawiło się ból byłemu partnerowi.

Jak przetrwać ten drugi etap rozwodu, etap smutku, gdy jest się opuszczonym?
Chociaż osoba opuszczona ma prawo czuć się bardzo źle, to jednak warto, by zwracała uwagę na to, czy w tym smutku coraz bardziej się nie pogrąża, czy nie zaczyna wycofywać się z życia i izolować od ludzi. Jeśli tak jest, to ja bym namawiała do ściągnięcia do siebie przyjaciół. Bez oporów i wstydu. Rola przyjaciół na tym etapie sprowadza się głównie do towarzyszenia w przeżywaniu smutku. Muszą oni jednak uważać, by nie zwiększać cierpienia refleksjami typu: „Ależ ty to rzeczywiście masz życie! Teraz zostawił cię mąż, a pamiętasz, jak chodziłyśmy do szkoły, to też cię dwa razy opuszczono”.

A jak poradzić sobie z fazą gniewu?
Na tym etapie normalne są fantazje o zemście na byłym partnerze lub jego nowej dziewczynie. Na tych fantazjach powinno się jednak poprzestać. Dlatego najlepiej opowiedzieć o nich bliskiej osobie. Przyjaciel nie powinien tego gniewu podsycać. Może najwyżej zachęcić do wygadania się, wykrzyczenia czy spisania wszystkiego. To powinno pomóc obniżyć poziom agresji i rozwiać myśli o zemście.

Po czym kobieta po rozwodzie może poznać, że dobrnęła już do etapu rekonstrukcji?
Po tym, że zaczyna snuć plany na przyszłość. Wyciąga wnioski i zaczyna zastanawiać się, co dalej.

Powiedzmy, że wniosek brzmi: „Nigdy więcej związków”.
Takie stwierdzenie może być dowodem na to, że ta osoba jest jeszcze w fazie gniewu i zabraniając sobie wejścia w relację, obraca ten gniew przeciwko sobie. To może być też element gry, chęć przechytrzenia losu, deklaracja, która nie ma potwierdzenia w rzeczywistości – być może ktoś tak bardzo tęskni za byciem z drugą osobą, że woli powiedzieć, że mu nie zależy. Boi się zapeszyć.

A jeśli jednak ktoś naprawdę jest przekonany, że już nigdy nie chce się wiązać?
To ja bym powiedziała, że trudno uznać to postanowienie za całkowicie zdrowe. Należy je raczej potraktować jako przejaw lęku przed bliskością. Ludzie mogą zabraniać sobie wejścia w nową relację, bo np. są przerażeni perspektywą ciągłej obecności drugiego człowieka w ich życiu albo nie są w stanie zaakceptować faktu, że w związku trzeba brać pod uwagę potrzeby drugiej osoby. Oczywiście, chcąc uniknąć ograniczeń, pozbawiają się też możliwości wzbogacenia swojego życia, spojrzenia na świat z innej perspektywy. Rozumiem, że niektórzy, np. ofiary przemocy, mają bardzo złe doświadczenia i wydaje im się, że najlepiej się ochronią, nie wchodząc więcej w związek. Widziałam kobiety tak poranione, że nie chciały nawet patrzeć na osoby płci męskiej. Jednak proszę pamiętać: to nie jest decyzja, to ucieczka.

Mamy też drugi biegun, a na nim osoby, które jeszcze się dobrze nie rozwiodły, a już są w kolejnym związku.
Jeśli nie zdążą przejść przez wszystkie fazy rozwodu, ryzykują, że dawny związek lub jego fragmenty będą funkcjonować w ich przestrzeni i niszczyć nowy związek lub ich samych. Zdarza się, że ktoś bardzo szybko wchodzi w relację z nową osobą, bo np. podświadomie chce udowodnić, że jest lepszy niż ten, kto go zdradził. Nie zastanawia się więc nad wyborem kolejnego partnera. Zarówno polskie, jak i amerykańskie badania pokazują, że o wiele częściej w tę pułapkę wpadają mężczyźni. Oni w ten sposób próbują poradzić sobie z bólem, robią wszystko, by szybko przestać się martwić.

A w jaką pułapkę wpadają kobiety?
Kobiety mają problem z tym, że wchodzą w rolę ofiary. Często, mimo że od rozwodu upłynęło wiele lat, wciąż są niesamodzielne i wieszają się na innych. Żądają więcej pomocy, niż potrzebują, i to od zbyt dużej liczby osób. A takie wsparcie im szkodzi. Wiele rozwódek przez lata korzysta z pomocy finansowej rodziny i współczucia otoczenia. Rodzice wciąż utwierdzają je w przekonaniu, że same nie dadzą sobie rady. Pamiętam zdziwienie jednej z moich pacjentek, która dopiero cztery lata po rozwodzie pojechała po raz pierwszy sama wymienić opony, a potem wspominała: „Nie wiedziałam, że to takie proste i przyjemne. Podjeżdżam do stacji, miły pan bierze ode mnie kluczyki, a potem prosi, bym poczekała w kawiarni”. Wcześniej to ojciec tej pani jeździł wymieniać opony i zwykle kończyło się to awanturą, że moja pacjentka nie jest w stanie przekazać mu samochodu wtedy, kiedy on chce. Traktowanie dorosłej kobiety jak małej dziewczynki bardzo przeszkadza w konstruowaniu stabilnego obrazu swojej osoby, a więc także utrudnia wejście w dobry związek. Wtedy nie szuka się odpowiedniego partnera, tylko opiekuna. Kiedy dach wciąż przecieka, myśli się: „Wezmę sobie za męża majsterklepkę”, zamiast: „Zarobię na to, by móc wynająć kogoś do naprawienia dachu”. Czasem trudno wejść w jakikolwiek związek z mężczyzną.

Bywa, że wsparcia wciąż udziela były mąż. Niektóre kobiety twierdzą, że się z nim przyjaźnią.
Taka stała obecność dawnego partnera w życiu jest niebezpieczna dla nowego związku, bo prowokuje do porównań. Kiedy np. kobieta zauważa potem jakieś wady u obecnego partnera, zaczyna wspominać, że były mąż ich nie miał. To bardzo ryzykowna sytuacja. Jeśli nowa więź ma być silna, trzeba najpierw osłabić starą. Ale to nie wszystko – stara i nowa relacja muszą się różnić nie tylko intensywnością, lecz także jakością. Nowy partner powinien być kimś wyjątkowym, z kim tworzy się coś unikalnego w zakresie bliskości i seksualności. Tylko wtedy kolejny związek ma szansę być tym szczęśliwym.

Prof. dr hab. Maria Beisert jest psychologiem, seksuologiem i wiceprezesem Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego. Kieruje Zakładem Seksuologii Społecznej i Klinicznej oraz studiami podyplomowymi Seksuologia Kliniczna na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest autorką książki „Rozwód. Proces radzenia sobie z kryzysem”.

  1. Psychologia

Zjadaj słonia po kawałku - jak metodą małych kroków zmienić życie?

Słoń symbolizuje ogrom pracy, jakiej wymaga zmiana. (Fot. iStock)
Słoń symbolizuje ogrom pracy, jakiej wymaga zmiana. (Fot. iStock)
Zastanawiasz się nad życiową zmianą? Od razu w ciągu jednego dnia? Przecież nie da się zjeść słonia w całości. Samo myślenie o zmianie stresuje. Dlatego proponuję ci łagodniejsze rozwiązanie, czyli zjadanie słonia po kawałku. To, od której części rozpoczniesz, zależy od ciebie. Pamiętaj tylko, aby nie była zbyt duża i do zjedzenia - radzi life-coach Sylwia Kalinowska.

Nawet jeśli jesteś nieszczęśliwa i zestresowana biegiem swojego życia, to i tak ciągle zmierzasz w tym samym kierunku. Dlaczego więc nie zmieniasz kursu?

Po pierwsze dlatego, że się boisz...
Lęk przed nieznanym jest dla ciebie gorszy, niż obecna nieznośna sytuacja. Po drugie masz przed oczami SŁONIA, czyli ogrom pracy, jakiej ta zmiana wymaga. A to błąd. Czasami wystarczy jeden mały krok, by zmiana się dokonała. W końcu nie musisz zjadać całego słonia, żeby nasycić głód. A badania dowodzą, że ludzie którzy próbują nowych rzeczy, są zdrowsi i szczęśliwsi oraz bardziej angażują się w życie od tych, którzy trzymają się raz obranego w życiu kursu. Na początek możesz wybrać inną drogę do pracy czy szkoły.

Dlaczego zmiana jest tak ważna?
A dlatego, że kiedy wykonujesz coś wielokrotnie i ciągle tak samo z czasem nabierasz rutyny, a twoja uważność się obniża lub spada do zera. Jeśli wkraczasz na nieznany grunt, wszystkie twoje zmysły się wyostrzają, aby zebrać jak najwięcej pomocnych w orientacji informacji. Zmiany, wbrew pozorom, nie utrudniają, a ułatwiają życie. Powodują wzrost twojej ciekawości i znacznie urozmaicają życie.

A teraz weź kartkę A4, długopis i lewą ręką narysuj słonia
(prawą jeśli jesteś leworęczna). Wystarczą tylko kontury: trąba, uszy, głowa, 4 nogi, tułów (podzielony na kilka części), ogonek i kły, które symbolizują coś, czego może nie warto zmieniać. W każdą z tych części wpisz określenie jakiejś części swojego życia, w której chciałabyś dokonać zmiany. Kiedy już to zrobisz, zastanów się od której części chcesz zacząć zjadać słonia. Może to będzie trąba, która symbolizuje na przykład pracę. A następnie w najbliższym tygodniu codziennie dokonaj dwóch małych zmian. Może uśmiechniesz się do szefowej, która cię wczoraj nie doceniła, a może napiszesz CV lub je przeredagujesz. A może sprawdzisz ofertę szkoleń lub zmienisz trasę do pracy.

A pod koniec tygodnia spróbuj podsumować swoje refleksje.
Co przyniosły ci te drobne zmiany? Słonia, jak każde zwierzę, można oswoić i uczynić naszym przyjacielem. Warto odnaleźć w sobie odwagę i zrobić z niej wreszcie użytek. Nie ma odwagi bez lęku. Jeśli odczuwasz lęk przed zmianami, to znaczy że masz w sobie pewną wrażliwość i pokorę. Każda zmian wymaga odwagi, bo idziesz w nieznane. Ale chyba największej odwagi wymaga przyznanie się, że bardzo potrzebujesz wyrwać się wreszcie ze swojej strefy komfortu, by zaznać trochę spokoju i radości życia, by wreszcie żyć w zgodzie ze sobą.

Kiedy ostatnio zastanawiałaś się co jest dla ciebie naprawdę ważne w życiu?
Zrób to teraz. Poświęć na to chwilę. Wypisz 5 wartości, bez których twoje życie nie ma sensu. Jak dawno temu weryfikowałaś swoje poglądy i przekonania? Jak wiele z nich nie ma już żadnego odbicia w rzeczywistości, która cię otacza. Wypisz 5 przekonań na temat życia, którymi się kierujesz? Czy to rzeczywiście prawda?

Oczywiście nie musisz rezygnować z całej swojej strefy komfortu.
Potrzebujesz takiej przestrzeni, w której możesz odpoczywać. Odważne „zjadanie słonia” powinno przejawiać się w poczuciu, że to, co robisz, jest zarazem słuszne i piękne, bo znajdujesz równowagę w życiu, czyli harmonię pomiędzy byciem a działaniem.

  1. Psychologia

Jak przyciągnąć dobrą zmianę? Naucz się budować dobre relacje

Świat zewnętrzny jest lustrzanym odbiciem twojego wewnętrznego świata. Chcesz zmienić widok w lustrze – zacznij od udoskonalenia obrazu w swoim wnętrzu. (Fot. iStock)
Świat zewnętrzny jest lustrzanym odbiciem twojego wewnętrznego świata. Chcesz zmienić widok w lustrze – zacznij od udoskonalenia obrazu w swoim wnętrzu. (Fot. iStock)
Życie jest trochę jak układanka z puzzli. Dopasujemy jeden element i obraz zaczyna się składać. Dlaczego ciągle przyciągam ten sam typ partnera i zawsze kończy się to źle? Dlaczego każdego dnia idę do pracy z niechęcią? Dlaczego tkwię w trującym związku?

Artykuł archiwalny

Jeśli dręczą cię podobne wątpliwości – czas, by coś zmienić i nauczyć się budowy dobrych relacji. Pomocną metodą może być popularny dziś coaching, zwany efektywną formą rozwoju osobistego w kierunku zmian na lepsze. Coach to jakby życiowy trener, a dokładniej – jeśli zbadamy pochodzenie słowa – woźnica. W XVI wieku w węgierskim miasteczku Kocs skonstruowano pierwszą furę, a tym samym narodził się coaching, choć nikomu nie przyszło to do głowy... Coachami nazwano potem nauczycieli przygotowujących uczniów do egzaminu, wreszcie – trenerów zawodników sportowych. Metody ze świata sportu podchwycili ludzie biznesu – początkowo stosowano je wśród osób zajmujących stanowiska kierownicze. Okazało się jednak, że ludzie przychodzący do coacha z tematem czysto marketingowym, z chęcią poprawy swoich umiejętności menedżerskich, muszą zacząć od... siebie, zmiany relacji z żoną czy mężem, a coaching powoduje życiową rewolucję. Życie – nasza prywatna fura – wjeżdża czasem na wyboiste bezdroża.

– Zauważyłam, że często przychodzą do mnie osoby, które mają trudności w relacji ze wspólnikiem, z partnerem, dziećmi czy rodzicami – mówi Agnieszka Przybysz, coach, założycielka pierwszego Coaching Institute w Polsce i autorka książek: „Przyciągnij miłość”, „Sięgnij gwiazd”, „Mechanizm sukcesu”. Rozmawiamy przy kawiarnianym stoliku o coachingu relacji, modnym ostatnio prawie przyciągania, pacjentach i o tym, jak zmieniać swoje życie na lepsze.

– Kiedy zaczynamy coaching, to dzieje się tak, że ruszamy jeden obszar, a za nim uruchamia się cała reszta. Jak w przypadku Maćka – chciał zmienić relacje z partnerką. Pragnął rodziny, dzieci – był w związku z kobietą, która tego nie chciała. Kiedy zamknął tę relację, uświadomił sobie swoje pragnienia – spotkał nową miłość. Do tego od razu z dziećmi! Ma bardzo fajną rodzinę. Mało tego – poprawił relacje ze wspólnikiem, z którym już chciał się rozstać. Zmiana w układzie z partnerką pociągnęła za sobą zmianę we wszystkich relacjach.

W poszukiwaniu talentu

Ewa – kobieta 36-letnia. Kiedy trafiła na coaching kariery, pracowała w dużej korporacji. Otrzymała nowe projekty do realizacji, chciała poprawić swoje umiejętności menedżerskie. Takie osoby jak Ewa szukają u coacha rady, jak podołać nowym wyzwaniom zawodowym, tymczasem okazuje się, że tak naprawdę chodzi o radykalną zmianę całego życia.

– Już na pierwszych sesjach wyszło, że Ewa potwornie męczy się w tej korporacji – opowiada Agnieszka Przybysz – a głęboko w niej tkwi marzenie o czymś własnym. Potrzebowała wolności. Lubiła harmonię, negocjacje handlowe zupełnie jej nie pasowały. Pragnęła miejsca spokojnego, pięknego, gdzie ludzie odpoczywają i mogą uwolnić się od stresu. Marzyła o własnym salonie piękności. Okazało się też, że musimy popracować nad zamknięciem jej relacji z byłym mężem.

– Traktuj tę pracę jak uniwersytet – naucz się maksymalnie dużo, abyś mogła potem sama zarządzać we własnej firmie – poradziłam jej. – Nie jest łatwo ze świadomością pracownika wykształcić w sobie świadomość właściciela... Ewa uczyniła tak, dodatkowo zapisała się na kursy. Potem odeszła z korporacji z dnia na dzień i założyła własny salon urody.

– Powiedziałaś mi ważną rzecz – napisała potem do Agnieszki – zaczęłam wierzyć, że każdy ma wyjątkowy talent, może coś dać ludziom na tym świecie i powinien za nimi podążać. Gdzie jest talent, tam znajdą się pieniądze. We mnie nastąpiła jeszcze jedna zmiana – przyciągam teraz innych mężczyzn. Kiedy zaczęłam oczekiwać pięknych rzeczy, przyszli do mnie piękni ludzie. Uwierzyłam w to, że zasługuję na to, aby być ze wspaniałym mężczyzną.

 
Czy podczas seansów coachingu przede wszystkim szukasz talentu? – pytam Agnieszkę Przybysz.

– Ja go raczej aktywuję – odpowiada. – Już moment, kiedy sobie talent uświadomimy, jest sukcesem. Posługuję się pytaniami, ale człowiek mówi też językiem ciała, pomaga mi intuicja, dla mnie ważne są elementy miękkie, choćby błysk w oczach Ewy, gdy zaczynała mówić o salonie...

Jak działa ten mechanizm?

Relacje to system powiązań człowieka z ludźmi. Działa jak mechanizm, który sprawia, że na przykład przyciągamy określony typ ludzi. Bardzo ważne, by zdać sobie sprawę, jaki to mechanizm, jak został zbudowany.

Świat zewnętrzny jest lustrzanym odbiciem twojego wewnętrznego świata. Chcesz zmienić widok w lustrze – zacznij od udoskonalenia obrazu w swoim wnętrzu. Bardzo ważne, by tam posprzątać...

 – To, co się dzieje i kogo spotkasz, sam programujesz swoimi myślami. We wszechświecie działa prawo przyciągania – pisze Agnieszka Przybysz w swojej książce „Przyciągnij miłość” – emanujesz energią mentalną, która przyciąga ludzi i zdarzenia harmonizujące z twoimi myślami – dobrymi i złymi. O czym myślisz najintensywniej? Ludzie sukcesu to ci, którzy myślą pozytywnie i przyciągają do siebie pozytywnych ludzi i pomysły. Trzeba mieć świadomość, że jeśli nic się nie zmieni w negatywnych myślach o sobie, to nie ma szans, żeby przyciągnąć nagle innego partnera i dobre wydarzenia. Poczucie, że coś umiem, że reprezentuję wartości potrzebne światu, sprawiają, że świat też w to uwierzy. Tak z kolei działa prawo odwzorowania – czyli taka prawidłowość, że świat zewnętrzny jest lustrzanym odbiciem świata wewnętrznego. Chcesz zmienić obraz w lustrze, wokół siebie – zacznij od poprawy obrazu w swoim wnętrzu.

Ania wskrzesiła miłość

Czy żona alkoholika powinna skupić się na mężu, pomóc mu? A może go porzucić? – Nie. Nade wszystko zadbać o siebie i stać się silniejszą. Zrozumieć, że to on ma problem i to nie jej wina. Ania przyszła do mnie na couching biznesowy – Agnieszka opowiada o kolejnej swojej pacjentce. – Jej mąż był alkoholikiem, a ona obwiniała o to siebie. Uciekała w pracę, miała nadzieję, że będzie przynajmniej dobrym marketingowcem, skoro jest tak fatalną partnerką. Zaczęłyśmy coaching od niej samej – najpierw musiała nauczyć się szanować siebie i poznać własną wartość. Na pierwszych sesjach nic nie mówiła. Cicha, szara myszka. Szukałyśmy tego, co się w niej dzieje, co ona myśli o sobie. Nie myślała najlepiej. Szukała winy w sobie, patrzyła na męża jak na symbol swojej klęski życiowej. Ale wygrała. Zmieniła relację z mężem – przestał pić, wrócili do dawnej miłości. Potrafiła sama zainicjować weekend we dwoje – wyrazić jasno swoje potrzeby i oczekiwania. Jej przemiana trwała trzy miesiące. Od tamtej pory ich relacja jest bardzo fajna i bliska, ale ona nigdy już nie weźmie odpowiedzialności za jego decyzje. Wie, że to, co może zrobić, to zmieniać siebie i swój wizerunek, walczyć o swoją miłość. Bo Ania nie przestała kochać swojego męża – gdyby go nie kochała, inny byłby cel coachingu – żeby się rozstali w zgodzie.

Posprzątać swoje wnętrze

Co blokuje nam budowę dobrych relacji? Brak fundamentu – wewnętrznego przekonania, że potrafię te relacje nawiązać, że mam coś do zaoferowania światu. – Z człowiekiem jest trochę tak jak z komputerem – mówi Agnieszka Przybysz – jaki program wgramy, taki będzie działał. Najpierw trzeba uświadomić sobie, na jakim programie nadaje moja świadomość i podświadomość. Może kłócą się ze sobą? Co jest programem dominującym – może wzorce destrukcyjne? Według jakiego wzorca sam się postrzegasz – co myślisz o sobie, co słyszałeś na swój temat? Jaka lista uwag ze strony rodziny czy szefów go zbudowała? Jeśli ktoś działa na zaszyfrowanych programach negatywnych: że jest beznadziejny, że się do niczego nie nadaje – to jakiego partnera ma przyciągnąć? Tylko potwierdzającego te opinie, takiego, który będzie mówił: „Seks do niczego i rosołu nie umiesz ugotować!”. Wzorce wyniesione z dzieciństwa, poprzednich relacji – ten system mocno działa, chociaż nie zdajemy sobie z tego sprawy. Te wzorce rządzą naszym istnieniem – mówi Agnieszka. –  Podobnie jest z podświadomością – mamy wgrany program zbudowany z tego, co nam wpajano. 21 dni potrzeba na zmianę chemiczną w organizmie i ja potrzebuję 21 dni, żeby wprowadzić do podświadomości osoby, z którą pracuję, nową informację, żeby człowiek uwierzył, że nie jest beznadziejny, i wybaczył sobie, że w ogóle tak myślał. Aby wgrał nowy program, np.: „Zasługuję na to żeby mnie ludzie kochali”. Bardzo ważne jest, by zmienić swoje wnętrze, posprzątać tam. Zamienić listę negatywnych na listę pozytywnych komunikatów. Dlatego kluczem do zmiany jest samodoskonalenie!

Rozmowa dobiega końca. Agnieszka Przybysz dodaje: – Serce mi się raduje, kiedy moi pacjenci dzwonią i mówią: będę mieć dziecko, uwolniłam się, jadę na wakacje... Dla takich chwil warto żyć.

  1. Styl Życia

Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze

Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmieniać życie, nie tylko nasze.

W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Rozmawiamy z Darią Mejnartowicz, która udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens" (9/2019).

Chciałam spytać o pani podróże, ale zacznę od lęku przed lataniem. Podobno długo się pani z nim zmagała…
Mój lęk przed lataniem przybierał naprawdę spektakularne rozmiary: uciekałam z lotnisk, w ostatniej chwili wyjmowano mój bagaż z luku… Paul, mój narzeczony, zawsze powtarzał, że latanie jest o wiele bezpieczniejsze od jazdy samochodem, o czym zresztą boleśnie się przekonałam, ale mimo to panicznie bałam się latać. Jestem spod znaku Panny, więc do wszystkiego podchodzę bardzo metodycznie, dlatego przez lata kupowałam mnóstwo audiobooków, DVD i książek na temat opanowywania lęku przed lataniem, mam pokaźną biblioteczkę. Byłam też na kursie na lotnisku Heathrow – Flying Without Fear, prowadzonym przez byłego kapitana brytyjskich linii lotniczych – Keitha Godfreya. A jednak lęk nie mijał. Aż przyszedł taki dzień, już po śmierci Paula, kiedy wracałam od jego rodziny w Londynie – zawsze jeździłam nocnym pociągiem do Niemiec, stamtąd do Brukseli, z Brukseli pociągiem Eurostar przez tunel pod kanałem La Manche – i w tej drodze powrotnej w połowie tunelu zabrakło prądu i pociąg stanął. Nie było nie tylko światła, ale też klimatyzacji, więc robiło się coraz goręcej… To było gorsze od wszystkiego, czego kiedykolwiek doświadczyłam w samolocie, choć nigdy nie doznałam złych rzeczy, chodziło głównie o zamknięcie na małej przestrzeni. Wtedy powiedziałam sobie: „Koniec. Następnym razem lecę samolotem”. Kolejna podróż, w jaką się wybrałam, to był już lot British Airways. Miałam specjalny list od Keitha skierowany do pilota samolotu, w którym on informuje: „to jest Daria, która jest w moim programie Fearful Flyers, opowiedz jej, proszę, o locie i o tym, co się będzie podczas niego działo”. Kapitan wyjaśnił, co trzeba, i dodał, że będziemy trochę krążyć nad lotniskiem, bo jest straszna pogoda…

No nie…
Ale to mnie uspokoiło, wiedziałam przynajmniej, co się będzie działo. Powiedział, że ma nadzieję, że pójdzie nam to sprawnie, bo chce zdążyć na kolację z żoną. Kiedy poznajesz kogoś, kto ma dowieźć cię bezpiecznie na miejsce i w dodatku jest taki wyluzowany, a jednocześnie profesjonalny jak ten pilot, chętniej oddajesz swoje życie w jego ręce. Na dodatek okazało się, że było wolne miejsce w klasie biznes, więc stewardesa przesadziła mnie, żeby móc mieć stale na oku. Kiedy wylądowaliśmy, wręczyła mi szampana ze słowami: „Niech pani weźmie go do domu i świętuje”.

Cudowne zakończenie!
Ale okupione latami zmagań i panicznego lęku. Długo byłam przekonana, że to jest największe ograniczenie w moim życiu, że najtrudniej będzie mi sobie z nim poradzić.

Dlatego, że chciała pani podróżować?
Po prostu chciałam realizować swoją pasję i wtedy wydawało mi się, że nie ma trudniejszego wyzwania. Że łatwiej jest założyć rodzinę, urodzić dziecko, zmienić pracę, a to, ten lęk, jest zupełnie poza moją kontrolą. Teraz się z tego śmieję, bo lęk przed lataniem zwalczyłam, byłam w 73 krajach, a rodziny nie udało mi się założyć, choć bardzo bym chciała.

Podobno kiedy jako dziewczynkę ktoś pytał, na co pani odkłada pieniądze, odpowiadała pani: „na podróże”.
Zawsze miałam ogromną potrzebę, by zarabiać pieniądze i bardzo nie lubiłam ich wydawać. Przez siostry jestem postrzegana jako sknera. Dla mnie shopping na poprawę humoru jest całkowicie irracjonalny. Kiedy czegoś potrzebuję, kupuję to. Proste. Jako dziewczynka nie dostawałam kieszonkowego i nie zawsze alimenty, musiałam na siebie zarabiać. Mojej mamy nie obchodziło, że nie mam zimowych butów, mówiła: „Chcesz buty, idź sobie zarób”. Moją pierwszą pracą było zbieranie jagód, które sprzedawałam potem sąsiadom. Czasem wydawałam te pieniądze na niezbędne rzeczy, ale głównie odkładałam. Oczywiste było, że na to, by jeździć po świecie. Miałam na tym punkcie świra. Kiedy oglądałam w telewizji programy o dzieciach z Afryki, to czułam, że moje całe ciało się rwie, chciałam tam jechać i pomagać. Podróżowanie zawsze było dla mnie jednoznaczne z pomaganiem.

Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne) Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne)

Czyli nie tyle marzyła pani o podróżach, co o pomaganiu?
To zaczęło się bardzo wcześnie. Sama pochodziłam z trudnego, choć, jak to się mówi, dobrego domu, moi rodzice – lekarka i student prawa – szybko się rozstali, mama nadużywała alkoholu i, jak później dowiedziałam się z dokumentów, cierpiała na chorobę dwubiegunową. Prawie się nami nie zajmowała, musiałyśmy same dbać o to, by odrobić lekcje czy zorganizować sobie czas wolny. Może dlatego już jako dziecko miałam bardzo rozwiniętą wrażliwość na potrzebujących, a ponieważ nie byłam w stanie pomagać innym dzieciom, mogłam przynajmniej pomagać zwierzętom. Dokarmiałam okoliczne psy i koty, czasem przemycałam je do domu.

Pani historię znam z reportażu w „Wysokich Obcasach” i jest ona wstrząsająca: trauma dzieciństwa, zdrada narzeczonego, niesprawiedliwe zwolnienie z pracy, potem śmierć ukochanego w wypadku, mobbing. Mówi pani, że pomaganie potrafi uratować nam życie. Gdy patrzy pani wstecz, sądzi pani, że pomagając innym, chciała pani pomóc też sobie?
Na pewno. Oczywiście widzę to dopiero dzisiaj. Jako dziecko tego nie analizowałam, to był po prostu impuls, odruch serca. I zwierzęta kochały mnie bezwarunkowo. Dziś moja chęć niesienia pomocy wynika z poczucia niesprawiedliwości, potrzeby naprawiania tego świata i zmniejszania zła, jakie się na nim dzieje. Na pewno moje życiowe wybory są podyktowane dawną traumą, choćby wybór studiów. Miałam potrzebę, by służyć innym, a służba zdrowia wydawała mi się idealnym terytorium do pomagania; medycyny się bałam, wybrałam rehabilitację ruchową. Pracę magisterską pisałam o stanie psychicznym kobiet po usunięciu macicy, potem na studiach doktoranckich zajęłam się seksualnością i przemocą seksualną wobec osób z zespołem Downa – też nie przez przypadek. Szukałam grup, które potrzebują specjalnej uwagi i nie bałam się zajmować tematami tabu.

Zawsze idę tam, gdzie niewygodnie. Chcę zabierać głos w imieniu tych, którzy nie potrafią lub których krzyk jest niesłyszalny. Przez wiele lat pracowałam jako menedżer na basenie na Inflanckiej. Organizowałam różne zajęcia w wodzie i na sali gimnastycznej dla nastolatków z upośledzeniem umysłowym, w tym z zespołem Downa. Widziałam, jak wiele im to daje. Że wreszcie są traktowane godnie, dorośle, a nie infantylnie, jak bywa na zajęciach warsztatowych, gdzie proponuje się im głównie lepienie kwiatków. Potem zaczęłam aktywować warszawskich seniorów w ramach programu „Senior: starszy, sprawniejszy”.

A kiedy pojawiły się dziewczynki z Tanzanii? W przemówieniu podczas konferencji Sieci Przedsiębiorczych Kobiet „Be the Change” mówiła pani wzruszająco, że marzą o komplecie majtek i paczce bawełnianych podpasek.
Zanim do nich dojdę, musimy się trochę cofnąć w czasie. Po intensywnych latach pracy na Inflanckiej przeniosłam się do kliniki ortopedycznej Carolina Medical Center, gdzie odpowiadałam za fizjoterapię, rozwój i marketing. Zaczęłam wtedy współpracę z nieistniejącą już organizacją PWNet, założoną przez Dorotę Warakomską. Wspólnie organizowałyśmy różne akcje edukacyjne dla kobiet. Dorota któregoś razu wspomniała mi o programie mentoringowym dla kobiet organizowanym pierwszy raz w Polsce przez fundację Vital Voices Global Partnership i zarekomendowała mnie do niego. Potem Agnieszka Bilińska i Ambasada Amerykańska, która mnie wtedy obserwowała, zgłosili mnie do programu Fortune Magazine/US State Department Global Women’s Mentoring Partnership w Stanach Zjednoczonych, którego celem było spotkanie nas, 25 kobiet z całego świata z mentorkami, kobietami sukcesu z USA. To było niesamowite przeżycie. Zaczęłam myśleć, że może to jest szansa na to, by spełnić marzenie z dzieciństwa. Wcześniej aplikowałam do różnych organizacji pomocowych, ale bez powodzenia, a dzięki temu programowi mogłam być w kontakcie z działaczkami z kilkudziesięciu krajów na świecie. VVGP stworzył networking, który wtedy liczył około 130 kobiet, teraz ponad 300. Cały czas jesteśmy ze sobą w kontakcie i spotykamy się podczas różnych eventów. To zakręcone liderki z pasją wprowadzania zmian w lokalnych społecznościach. Prowadzą fundacje, są akademiczkami, polityczkami, biznesmenkami.

Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne) Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne)

Zaprzyjaźniłam się wtedy z liderką z Birmy Misu Borit  i zaplanowałyśmy wyjazd. Zlinkowała mnie ze swoim kuzynem dr. Wunna, który pracuje jako wolontariusz w bardzo biednej klinice Golden Girls Clinic. To był 2012 rok. Zorganizowałam zbiórkę pieniędzy wśród znajomych i pojechałam do nich z podstawowym sprzętem medycznym i pomocami rehabilitacyjnymi, które zmieściłam w dwóch walizkach, resztę dokupiłam na miejscu. Przez dwa tygodnie urlopu zajmowałam się rehabilitacją osób po udarach, w Birmie zupełnie niepraktykowaną.

Warto zaznaczyć, że za wszystkie podróże płaci pani sama i przeznacza na nie urlopy…
Tak, choć trzy ostatnie bilety lotnicze – na wyjazd do syryjskich uchodźców, do Jordanii i na Filipiny – zasponsorowała mi jedna z mentorek Katarzyna Kołczewska, z niewykorzystanych mil lotniczych swojej firmy medycznej. Ale zwykle za przelot, wizę i pobyt płacę z własnych środków. Wróciłam do Birmy w 2015 roku, wtedy odwiedziłam tamtejsze domy dziecka, ujął mnie bardzo ten kraj i tamtejsi ludzie, jeśli ktoś szuka wolontariatu, to polecam klinikę, w której byłam. Kolejne miejsce to był Ngoenga School for Tibetan Children With Special Needs, gdzie pojechałam na misję rehabilitacyjną dla tybetańskich niepełnosprawnych dzieci uchodźców. Ten projekt realizowałam z ministrem zdrowia Tybetu. No i Kenia, czyli Kibera Slum w Nairobi. Tu mogłam połączyć pomoc z moją kolejną pasją – sportem, który mnie samej bardzo wiele dał.

Pomaga nadać sens czy odrywa od problemów?
Sport to cudowne narzędzie, by rozwijać osobowość, cechy liderskie, dawać poczucie własnej wartości i nadawać życiu sens. Podam przykład. W Kibera Slum, drugim z największych miejskich slumsów na świecie, gdzie średnia życia to 33 lata ze względu na AIDS i wysoką przestępczość, powstała drużyna Challengers, która składa się z żon przestępców. Na co dzień jest im tu bardzo trudno, spotykają się z dużą agresją, do tego każda ma gromadkę dzieci i jest całkowicie zależna od męża. Jane, moja koleżanka, która prowadzi na miejscu fundację, wymyśliła, że aby dać im trochę oddechu i nowe perspektywy, stworzy z nich drużynę piłki siatkowej, która będzie regularnie trenować i rozgrywać mecze. Od tamtej pory to jest stały projekt, w który jestem zaangażowana. W Kibera Slum rozwijamy głównie siatkówkę, edukację dziewczynek i temat podpasek, które w Kenii są luksusem. Zależy nam na tym, żeby dawać je dziewczynkom, by w czasie menstruacji mogły chodzić do szkoły, a przy okazji by lokalne kobiety mogły je szyć i sprzedawać.

Ten sam pomysł widzimy w Oscarowym dokumencie „Okresowa rewolucja”.
My robimy dokładnie to samo, tylko nasze podpaski są materiałowe, wielokrotnego użytku, z wkładką, którą się wyjmuje i pierze. W filmie jest mowa o Indiach, ale w Afryce kobiety i dziewczynki są w podobnej sytuacji. A ponieważ los kobiet i dziewczynek zawsze był mi specjalnie bliski, trafiłam do Tanzanii i do New Hope For Girls Organization. Pojawiła się ona w moim życiu po raz pierwszy w 2015 roku. To dom założony przez Consoler – sama miała bardzo trudne dzieciństwo i postanowiła, że jeśli przetrwa, to poświęci swoje życie dziewczynkom, które dotyka przemoc czy bieda. Adoptuje je, w porozumieniu z biologicznymi rodzicami, i daje im nowy dom. Mogą chodzić do szkoły, a jeśli nie ma na to środków, sama je uczy. Coraz częściej udaje się znaleźć sponsorów, którzy łożą na edukację dziewczynek. Jestem zapaloną ambasadorką tej organizacji, działa w Tanzanii nieprzerwanie, nawet teraz, przed naszą rozmową udało mi się za sprawą sponsorki z Irlandii, Polki, która prowadzi własną klinikę, dopiąć ufundowanie ubezpieczenia zdrowotnego dla dziewczynek, bo niektóre często chorują. Ta sama Margo postanowiła niedawno zaadoptować jedną z tamtejszych dziewczynek, która chciałaby rozwijać się w kierunku medycznym, będzie jej fundować szkołę, a potem studia, a kiedy dorośnie, zaprosi ją do Irlandii. Joe pojechała w lipcu na uczelnię z internatem…

Dziewczynki z Tanzanii są mi bliskie też dlatego, że dostałam od nich cudowny prezent, wielki plakat, na którym każda z nich się podpisała, wkleiła swoje zdjęcie i wszystkie napisały, że od teraz są moją rodziną, że mnie adoptują i żebym do nich przyjechała spędzić starość – będą się mną opiekować. W Polsce nie miałam jeszcze takich propozycji (śmiech).

Zdążyłyśmy przejrzeć zaledwie część pani pamiątek z podróży. Jest tego mnóstwo.
Wśród innych projektów były: Ghana, Gwatemala, San Salwador, Nepal, Madagaskar, Liberia, Jordania, Nigeria, Indie, Kamerun, Vanatu, Syria, Filipiny i Litwa. Obecnie organizuję je na pięciu kontynentach. Pomagam też w Polsce. Wszystko staram się opisywać i dokumentować. Zachowuję zdjęcia, rysunki dzieci, maile wysyłane przy okazji każdej misji… Co jakiś czas sprawdzam, co dzieje się z osobami, którym pomagamy, i też to dokumentuję…

Jak tak pani teraz patrzy na to, co udało się dokonać, pani wewnętrzne dziecko się uśmiecha? Jest bardziej spokojne? Szczęśliwe?
Na pewno jest to dla mnie działanie terapeutyczne, budujące poczucie sensu i nadające życiu wartość. Największy kryzys miałam po śmierci Paula. Musiałam zdecydować: strzelić sobie w głowę czy zrobić coś sensownego z resztą mojego życia? Byłam po trzydziestce i pracowałam na różnych warsztatach rozwoju osobistego. Ewa Foley i Joy Manne, z którymi wtedy miałam częsty kontakt, poradziły mi: „Po prostu trzeba życiu nadać wartość”. Gerhard Walper powiedział: „Pozwól sobie na dobre życie, wreszcie”. Przestałam siebie pytać: „Dlaczego?”, czyli wyszłam ze stanu ofiary, a zaczęłam pytać: „Po co? Jaki jest w tym sens? Po co ja przeżyłam?”. Zobaczyłam, że wiele osób pyta mnie, jak pomagać i jak może pomóc mi pomagać innym. I że to się samo nakręca. A ponieważ powinno się robić w życiu to, co przychodzi nam bez trudu, naturalnie i bez wysiłku – stwierdziłam, że pomaganie jest chyba moim darem, talentem. Że jest we mnie jakiś potencjał. Może właśnie dzięki temu wszystkiemu, co przeżyłam, potrafię się wczuć w perspektywę ofiary, kogoś, kto potrzebuje pomocy. Może gdybym tych wszystkich traum nie przeszła, nie miałabym w sobie tej wrażliwości. Bardzo boli mnie ludzka krzywda i niesprawiedliwość, i uważam, że jeśli się ją widzi, trzeba natychmiast reagować. Na przykład, gdy widzę, jak fizjoterapeuci są zmuszani do pracy na rzecz wskazanych przez lekarza pacjentów bez wynagrodzenia, od razu protestuję, piszę maile, dzwonię. Bo to nie jest OK. Nie boję się reagować i iść pod prąd, co niekiedy przysparza mi wrogów.

Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne) Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne)

Wyjeżdza pani czasem tylko po to, by poleżeć na plaży?
Jakby ktoś chciał mnie bardzo ukarać, to musiałby mnie wysłać na wycieczkę do Egiptu do pięciogwiazdkowego hotelu na tydzień. Najgorsza kara, naprawdę!

Jak można więc pani pomóc w pomaganiu?
Na stałe współpracuję z fundacją, która ma grzecznościowo utworzone dla mnie konto. Można na nie przelewać środki; są one w 100 proc. przekazywane na cele akcji, które organizuję. Można się ze mną skontaktować przez Facebooka, Messengera i LinkedIn. Każdemu, kto będzie zainteresowany, powiem, czego aktualnie potrzebujemy: opłacenia nauki dziewczynce, kursu zawodowego, pomocy edukacyjnych, sprzętu medycznego, rehabilitacyjnego czy sportowego.

Zaczęłyśmy od lęku przed lataniem, co jest teraz dla pani największą barierą do pokonania?
To, z czym się zmagam, to wbrew pozorom lęk przed osamotnieniem. Kiedy przychodzi weekend, święta czy czas wolny, tych wszystkich moich przyjaciół z całego świata przy mnie nie ma. A ja potrzebuję mieć wokół siebie ludzi. Być może swoją nadaktywnością uciekam od poczucia pustki, bycia niepotrzebną, bezwartościową. Wciąż mam poczucie, że jestem nie dość dobra, i ciągle muszę udowadniać światu, że warto mnie kochać. Czasem się zastanawiam, co bym robiła, gdybym nie robiła tego, co robię. Jaki sens miałoby wtedy życie. Choć zaraz sobie przypominam, co powiedziała jedna z moich mentorek Nemi Nath – że celem życia jest samo życie. Tego muszę się jeszcze nauczyć. Ale może to przyjdzie samo, tak jak sam odszedł lęk przed lataniem. Nadal czasem nie czuję się komfortowo w powietrzu, ale powtarzam sobie to, co kazał mi Keith napisać na karteczce: „turbulencje są nieprzyjemne, ale nie są niebezpieczne” i że odwaga polega na tym, że bojąc się czegoś – robię to mimo lęku.

Daria Mejnartowicz zrobiła doktorat w zakresie rehabilitacji ruchowej, magisterium zarządzania i marketingu oraz MBA, ukończyła też studia podyplomowe w zakresie wychowania seksualnego, spełnia swoje marzenia, podróżując po świecie i wspierając mieszkańców krajów rozwijających się, głównie kobiety i dziewczynki.