1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pokolenie „nie wiem” - film „Oh, boy” w ujęciu psychologa

Pokolenie „nie wiem” - film „Oh, boy” w ujęciu psychologa

materiały prasowe
materiały prasowe
Czasem warto pozwolić sobie na stan zawieszenia, poszukiwania własnego miejsca. Film „Oh, boy” komentuje Izabela Wożyńska-Więch, psycholog z Poradni Centrum-Ja.

[embed]http://youtu.be/apPQtXdGnp4[/embed]

Niko ma dwadzieścia parę lat i jest w specyficznym momencie życia – rzucił studia, nie podjął jeszcze stałej pracy, nie wie, jaką drogą pójść, kim być, co robić – przeżywa moment zawieszenia. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie młodego, niepoukładanego chłopaka, który marnuje czas na bezmyślne snucie się po mieście. Po bliższym przyjrzeniu się zauważamy, że czas na nicnierobienie, przyglądanie się sobie niekoniecznie musi być w jego przypadku czasem straconym.

– Niko do pewnego stopnia jest ukształtowany psychicznie, jednak dopiero szuka drogi, sposobu na wyrażenie siebie – zauważa Izabela Wożyńska-Więch, psycholog z Poradni Centrum-Ja. – Postawa, jaką przyjmuje, zatrzymania, refleksji nad sobą, jest dzisiaj mało popularna. Dziś trzeba od razu wiedzieć, czego się chce, dążyć do wyznaczonych celów – nieważne, że kosztem siebie, nieraz nawet innych. Inaczej jest się uznawanym za nieudacznika. Społeczeństwo to jedno, gorzej, że sami z trudem tolerujemy taką część w sobie, która nie wie, jest czasowo zagubiona, i próbujemy robić coś na siłę, ale to zwykle nie przynosi ani efektów, ani satysfakcji. Tymczasem może to być bardzo rozwojowy i płodny dla naszego życia moment. Etap, który poprzez poddanie krytyce dotychczasowych wartości i celów życiowych może nadać życiu nowy, bardziej świadomy sens. Niko dostał taką szansę i z niej skorzystał.

Punkt wyjścia

– Włócząc się po Berlinie, chłopak poznaje ludzi, którzy inspirują go do refleksji nad samym sobą. Słuchając ich historii, może przekonać się, że bezradność, zagubienie, ból czy strata są elementem życia człowieka. Niko w relacjach z napotkanymi osobami, pomimo że sam jest zagubiony i poszukuje pomocy, daje innym wsparcie i pocieszenie – mówi Izabela Wożyńska-Więch. Wychodząc poza orbitę własnych problemów, ma paradoksalnie większą szansę, by lepiej poznać i zrozumieć siebie.

Pieniądze na życie dostaje od ojca, dobrze prosperującego prawnika, nieświadomego rozterek, które przeżywa syn. Gdy dowiaduje się, że chłopak od dwóch lat nie studiuje, postanawia odciąć mu dostęp do gotówki. – Niko całym sobą przyjmuje postawę zaprzeczenia wartościom reprezentowanym przez ojca. Nawet to, że korzysta z jego pieniędzy, które bez namysłu roztrwania, jest przejawem tego buntu – stwierdza Izabela Wożyńska-Więch. – Ojciec jest materialistą, bliskie mu są tylko wartości związane z  wysoką pozycją społeczną. Wydaje się bezduszny, nie interesuje go w ogóle sfera przeżyć, uczuciowość syna, traktuje ludzi instrumentalnie. Nie dając prawdziwego wsparcia, staje się dla chłopaka antyprzykładem.

Dodatkowo, mężczyzna na nieświadomym poziomie rywalizuje z synem – pod pozorem dawania mu dobrego przykładu zachowuje się tak, żeby być pod każdym względem lepszym, przez co Niko czuje się gorszy i dodatkowo upokorzony zachowaniem ojca. Relacja z ojcem podkopuje jego poczucie wartości.

Film skłania do refleksji nad zawrotnym tempem dzisiejszych czasów i coraz powszechniejszym problemem młodych ludzi ze znalezieniem własnego miejsca w życiu. Presja jak najszybszego określenia się, zdefiniowania swoich dążeń sprawia, że podejmowane na szybko wybory prowadzą w przypadkowe miejsca. Miarą dojrzałości okazuje się często właśnie umiejętność zatrzymania się, zastanowienia nad sobą, uświadomienia sobie własnych pragnień i zasobów.

TYTUŁ: „Oh, Boy” SCENARIUSZ I REŻYSERIA: Jan Ole Gerster WYSTĘPUJĄ: Tom Schilling, Ulrich Noethen, Friederike Kempter, Michael Gwisdek PREMIERA: 25 kwietnia

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Razem wobec rozwodu – rozmowa z współtwórczynią Akademii Dobrego Rozstania

Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. (Ilustracja iStock)
Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. (Ilustracja iStock)
Dziecku może wyrządzić krzywdę nie samo rozstanie, ale wojna między mamą i tatą – mówi Agata Jarzyna, psychoterapeutka, współtwórczyni i koordynatorka Akademii Dobrego Rozstania.

Dziwne, że nikt wcześniej nie wymyślił ADR!
Pracuję w Komitecie Ochrony Praw Dziecka, który od 40 lat pomaga dzieciom oraz rodzicom w sytuacji kryzysu, jakim jest rozwód, i widzę, że rzeczywiście brakowało dobrych praktyk, procedur, wytycznych, jak robić to skutecznie. Skrzyknęliśmy się więc dwa lata temu – to była inicjatywa oddolna ośmiu organizacji pozarządowych z komitetem jako liderem – żeby rozmawiać o tym, jak wspierać ludzi w rozstaniach. Efektem tych naszych debat była decyzja, żeby stworzyć poradnik, taki elementarz dla rodziców w procesie rozstania, który byłby zbiorem dobrych praktyk około­rozwodowych zebranych w całość.

Poradnik właśnie powstał.
To są tak naprawdę standardy pomocy dziecku w sytuacji rozstania rodziców, którymi powinny się kierować wszystkie podmioty, w tym sądy, policja. Do poradnika włączyliśmy także bajkę terapeutyczną, która ma pokazać emocje i potrzeby dzieci. Je też trzeba przygotować do rozstania.

Wasza pomoc jest jednak skierowana głównie do rodziców?
Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. Bo czym jest rozwód? Trzęsieniem ziemi. Ludziom wali się świat, pojawia się mnóstwo emocji, z którymi nie wiadomo co robić, a jeszcze trzeba podejmować trudne decyzje. Rodzice się w tym gubią, nie wiedzą, od czego zacząć.

No właśnie, od czego trzeba zacząć?
Od zadbania o siebie. Mam wrażenie, że społeczny dyskurs dotyczący rozwodów to straszenie rodziców, że poprzez rozstanie wyrządzają dziecku krzywdę. A to nie buduje dobrej atmosfery wokół rozstań. I nie jest prawdziwe. Bo dziecku może wyrządzić krzywdę nie samo rozstanie, ale wojna między rodzicami. Dlatego naszym celem jest wzmacnianie rodziców i poprzez nich – dziecka.
Rozwodzący się na ogół zaczynają od znalezienia pełnomocnika i sformułowania pozwu. Zanim to zrobimy, proponowałabym skonsultowanie się z partnerem i wspólne stworzenie koncepcji pozwu, w którym zawarty byłby plan opieki nad dziećmi. Nie będzie trzeba rozmawiać już o tym na sali sądowej. Pamiętajmy, że żaden sąd nie zrobi tego lepiej niż my sami.

Poradnik to niejedyna forma pomocy, jaką oferujecie.
Chcemy także zmienić system prawny, żeby procedury były bardziej przyjazne dziecku i rodzicom, żeby procesy nie trwały w nieskończoność, żeby wpuścić na sale rozpraw także perspektywę psycho­edukacyjną, psychoterapeutyczną. Chodzi o to, żeby rozwiązania prawne „widziały” rozwiązania psychologiczne. Chcemy włączyć w ten dialog rodziców. W czasie pandemii napisaliśmy projekt, na który dostaliśmy norweski grant i działamy.

Czyli?
Rozwijamy Akademię Dobrego Rozstania, edukujemy rodziców, jak mogą zadbać o swoje potrzeby, jak przygotować do rozwodu dziecko. Bo rozstanie można przejść destruktywnie, ale też można z niego wyciągnąć wnioski i iść do przodu. Nie chodzi o to, żeby myśleć: „hurra, będzie dobrze”, tylko żeby uświadomić ludziom, że rozwód ma swoją dynamikę, że to trudny proces, dlatego trzeba sięgać po wsparcie. Tworzymy warsztaty dla każdego z rodziców, na których partnerzy mogą zobaczyć perspektywę drugiej strony. Przygotujemy też przestrzeń dla dzieci i nastolatków (bajki terapeutyczne i prezentacje). Będą strefa relaksu z ciekawymi propozycjami do czytania i oglądania, rozmowy z twórcami kultury dla dzieci i młodzieży, filmoterapia. I część samopomocowa, czyli miejsce, gdzie rodzice mogą się dzielić swoim doświadczeniem.

Nie boicie się zarzutów, że afirmujecie rozwody, zamiast ratować pary?
Kiedy jest szansa, żeby uratować związek, to oczywiście przekierowujemy partnerów do terapeuty. Nie propagujemy rozwodów, tylko pomagamy przez nie przejść w pokojowy, nieniszczący sposób. Bo ludzi nikt nie nauczył rozwiązywania konfliktów, dostępu do swoich emocji. Zostawieni sami sobie potrafią uruchomić potężną destrukcję. W ADR mogą znaleźć pomoc, to interaktywna przestrzeń, która ma scalać środowiska pomocowe w jednym miejscu. Ale to oczywiście nie jest tak, że rozwiążemy tu wszystkie problemy rozwodzących się.

Na czym najbardziej wam zależy?
Nasze cele zawarliśmy w manifeście Akademii Dobrego Rozstania. Mówiąc w skrócie, chcemy powiedzieć rozstającej się osobie: „Nie jesteś sama, jesteśmy z tobą, służymy wsparciem”. Chcemy, by efektem naszych działań była zmiana narracji społecznej o rozstaniu, uwolnienie ludzi od poczucia winy i wstydu. Najbardziej zależy nam na zmianie świadomości, czym jest konflikt, rozwód i jak sobie pomóc. Marzą nam się dyskurs specjalistów i wzajemne uczenie się od siebie.

W tym kontekście dużo mówi tytuł waszej konferencji „Razem wobec rozstania”.
Tak, to konferencja dialogu, organizujemy ją 15–16 czerwca tego roku. Bo nie chodzi o to, żeby ktoś wyświetlił prezentację, tylko żeby to był żywy dyskurs specjalistów. A jego efektem ma być badanie jakościowe dobra dziecka w rozstaniu.

Ambitne cele.
Ale to nie wszystko. Przygotowujemy także kampanię społeczną pokazującą perspektywę dziecka i rodziców w rozstaniu. Będą także szkolenia dla biegłych sądowych, pracowników i wolontariuszy naszych oddziałów, komitetów terenowych. Tworzymy sieć Kancelarii Przyjaznych Dziecku, popierających rozwiązania pokojowe, mediacje. Sędziowie otrzymają poradnik edukacyjny, jak kierować rodzinę po pomoc. Zamierzamy też przeprowadzić szkolenia dla pedagogów, bo to kolejna grupa specjalistów, która jest najbliżej dziecka i rodziców, więc może szybko zareagować, ale jednocześnie która nie powinna dać się wciągnąć w konflikt. Bo żeby pomóc mocno skonfliktowanym ludziom, trzeba zachować neutralność.

Co zrobić, żeby dobrze się rozstać?
Jak już powiedziałam, najpierw trzeba zadbać o siebie, o swoją kondycję psychofizyczną, co czasem wymaga wsparcia z zewnątrz. I jednocześnie robić wszystko w kierunku współ­działania i współpracy z partnerem. Czyli dogadać się w sprawie opieki nad dziećmi, zapewnić im kontakt z obojgiem rodziców, nie rywalizować o ich względy. Nie wolno tracić z oczu perspektywy dzieci, ich potrzeb, które niekoniecznie są takie jak nasze. Kolejny warunek to wzięcie odpowiedzialności za siebie, ale też – uświadomienie sobie, że nie mamy wpływu na partnera. I nawet jeśli blokuje rozstanie, utrudnia dogadanie się, to nie ma co z nim walczyć – nie zmienimy go. Możemy działać w obrębie tego, na co mamy wpływ.

Opowiem anegdotę: pewien pan idzie do psychiatry i zalany łzami opowiada, jaka ta żona okropna. A psychiatra na to: „Tu obok jest punkt z tatuażami, proszę się tam udać”. „Ale po co?” – pyta skonsternowany pan. Psychiatra odpowiada: „Żeby wytatuowali panu na czole: »Nie mam wpływu na żonę«”. Ludzie skupiają się na partnerze, punktują, jaki on jest zły, a nie na sobie i dzieciach. Dobre rozstanie to konkretna praca, którą trzeba wykonać dla siebie i dziecka.

Możliwe jest dobre rozstanie z kimś, kto nas skrzywdził?
Już samo zakończenie takiego związku przynosi ulgę. Myślę, że w takiej sytuacji trzeba zająć się swoim poczuciem krzywdy, rozczarowania, wyjść z roli ofiary, ale także z narcystycznej postawy: „jak śmiałeś mi to zrobić!”. To oczywiście jest trudne, bolesne, ale konieczne, żeby iść dalej.

A jeżeli to ja zawiniłam? Powinnam chyba zrobić więcej dla dobrego rozstania?
Myślę, że dynamika pary, to, jak ona wcześniej funkcjonowała, przekłada się na rozstanie. I jeżeli w tym związku był wzajemny szacunek, kultura, to w czasie rozstania też tak będzie. Ważne, żeby sobie uświadomić, że dalej musimy współpracować, bo mamy wspólne dzieci, że trzeba rozdzielić relacje małżeńskie od relacji z dziećmi.

Na warsztatach robimy ćwiczenie: na kredkę (nasza relacja) nawijamy wstążkę (dzieci). Co się dzieje, gdy kredka pęka? Wstążka dalej ją oplata.

Każdy z partnerów może być w tej dolinie rozstania na innym etapie. Nie dbali o związek i teraz wszystkie te zaniedbania wybuchają ze zdwojoną siłą. Ale nawet jeśli nasza relacja bezpowrotnie pękła, to oplata nas wstążka. W trakcie mediacji ludzie próbują rozliczać się wzajemnie z tego pęknięcia. Ona mówi: „Zajmowałam się domem, a ty mnie zostawiłeś”. On: „Odszedłem, bo byłaś skupiona na swoich potrzebach”. Kiedy już wyleją żale, pojawia się refleksja: „Jednak byliśmy dla siebie ważni, mamy przecież wspaniałe dzieci, więc mimo wszystko się szanujmy. Nie udało nam się w związku, to może uda nam się w rodzicielstwie”. Ale warunkiem jest właśnie dobre rozstanie.

Agata Jarzyna, psychoterapeutka, wiceprzewodnicząca Komitetu Ochrony Praw Dziecka, współtwórczyni i koordynatorka Akademii Dobrego Rozstania sfinansowanej z funduszy norweskich, z dotacji Programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy.

  1. Psychologia

Rozstanie – jak się rozwieść z klasą i we wzajemnym szacunku?

Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów. (Ilustracja Martyna Wójcik-Śmierska)
Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów. (Ilustracja Martyna Wójcik-Śmierska)
Rozstanie to zawsze porażka pary. Ale często też jedyne wyjście ratujące każde z nich z osobna oraz ich wspólne dzieci. Pod warunkiem że nie jest niszczące. A takie, niestety, bywa. i trwa latami. Czy można rozwieść się z klasą i we wzajemnym szacunku? Zachęca do tego Akademia Dobrego Rozstania, internetowa platforma edukacyjna powstała z inicjatywy organizacji pozarządowych, terapeutów i prawników.

Urszula i Paweł, wielka licealna miłość, para z 20-letnim stażem. Małżeństwem są od lat pięciu. Na ten krok zdecydowali się dopiero po urodzeniu córeczki, gdy w ich związku pojawił się kryzys. I w pewnym sensie dlatego – ślub miał być ratunkiem. Ale stał się poważnym problemem. Bo od trzech lat nie mogą się rozwieść. Nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy. Zamierzali rozstać się w zgodzie, dopinali już podział majątku, uzgadniali opiekę nad Zuzią. I wtedy Urszula wytropiła romans męża. Co więcej, dowiedziała się, że nowa miłość rozkwitła, kiedy ona była w ciąży, i trwa w najlepsze, choć mąż zapewniał, że nie ma nikogo. Postanowiła więc wystąpić o rozwód z orzeczeniem winy. Zbiera dowody, zmienia prawników, udowadnia przed sądem, że mężczyźnie, który kłamie w żywe oczy, nie można powierzyć dziecka. Wojna trwa i jej końca nie widać. Urszula i Paweł nie są wyjątkiem. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, na 145 tysięcy ślubów zawartych w 2020 roku przypada aż 51 tysięcy rozwodów.

– Statystyki podają tylko dane dotyczące par żyjących w formalnych związkach, konkubinaty nie są brane pod uwagę, a ci ludzie też się przecież rozstają – mówi psychoterapeutka Karolina Budzik, związana z Akademią Dobrego Rozstania. – Tak więc szacujemy, że w dużych miastach, takich jak Warszawa, nawet co druga para jest w procesie rozwodowym. Ci ludzie zostawieni są sami sobie. Adwokat Robert Ofiara, zaangażowany w tworzenie ADR: – Nie ma opracowanych procedur, nie ma instytucji i miejsc, które by dawały rodzicom wsparcie. Są co prawda powiatowe centra pomocy rodzinie, ale ich działania zależą od inicjatywy urzędników, a nie od systemowych rozwiązań. Rozwodzący się mogą liczyć głównie na oddolne inicjatywy organizacji pozarządowych lub oczywiście na komercyjną pomoc terapeutyczną, na którą nie wszystkich stać. Jeśli natomiast chodzi o system prawny, to jest on niedrożny ze względu między innymi na obłożenie sądów, czas trwania postępowań czy czas oczekiwania na opinie biegłych – standardem jest tu rok. Problem leży też czasem po stronie pełnomocników, którzy nie potrafią należycie ochronić interesów klientów chcących się rozstać. Są zaprogramowani na walkę i sukces, a nie szukają ugodowych rozwiązań. To wszystko wymaga zmian.

Poradzić sobie ze stratą

Większość z rozstających się przechodzi przez ogromny kryzys psychiczny. Nie bez powodu rozwód umieszczany jest jako drugie wydarzenie – po śmierci partnera – na skali najbardziej stresujących w życiu człowieka. Te wydarzenia łączą bezpowrotna utrata czegoś ważnego i podobne etapy przejścia: zaprzeczania, gniewu, targowania się, depresji, w końcu akceptacji. Opisała je Elisabeth Kübler-Ross, badaczka pracująca z nieuleczalnie chorymi i umierającymi.

– Można więc powiedzieć, że partner, z którym się rozstajemy, dla nas umiera, że doświadczamy śmierci naszego związku, nieodwracalnej, ostatecznej – mówi Karolina Budzik.

Zaznacza, że partnerzy zazwyczaj nie przechodzą tych etapów ramię w ramię, równolegle. Jedno na przykład jest zdecydowane się rozstać, a drugie próbuje ratować związek, obiecuje, że się zmieni. W pierwszym etapie, podobnie jak w chorobie terminalnej, kiedy wiemy, że nie da się jej wyleczyć, zaprzeczamy: „Jakie rozstanie! Przecież dobrze nam się układało, to tylko jeden z trudnych momentów”. Ludzie idą na terapię, która zazwyczaj kończy się fiaskiem, bo nierównowaga jest już zbyt duża, na przykład partner pozostaje w alternatywnej relacji.

Karolina Budzik: – Pracujemy wtedy nad tym, co chyba w procesie rozstania najtrudniejsze: żeby zobaczyć perspektywę drugiego partnera, która jest zupełnie inna. Prowadzimy grupy psychoedukacyjno-wsparciowe dla osób w konflikcie okołorozwodowym. Mieszane. Co to daje? Po pierwsze, każdy z uczestników może zobaczyć, jak sytuację rozwodu przeżywają kobiety, a jak mężczyźni. Po drugie, to pomaga uzyskać dystans do swojej sytuacji oraz zrozumieć mechanizmy rozstawania i konfliktu. I w rezultacie dogadać się, zbudować relacje rodzicielskie, bo na ogół w tej rodzinie są dzieci, którymi trzeba się opiekować po rozstaniu. Powtarzam ludziom rozstającym się: rodzicami wspólnego dziecka będziecie do końca życia. Oboje.

Po fazie zaprzeczania pojawiają się silne emocje: złość, gniew, wściekłość. Bywają tak obezwładniające, że ludzie nie są w stanie funkcjonować. Potem przychodzi smutek, żal do partnera, losu, rozpacz, płacz, poczucie straty, rozczarowania.

– Niektóre osoby depresyjnie się wtedy osuwają, czasami ich stan wymaga nie tylko psychoterapii, ale nawet farmakoterapii – mówi Karolina Budzik. – W psychoterapii chodzi o to, żeby zrozumieć kłębiące się w nas uczucia. Żeby zobaczyć, że to one powodują chaos wewnętrzny, nie pozwalają nam pracować i funkcjonować w codziennym życiu. Ale też żeby dać sobie do nich prawo. Dopiero jak te uczucia się wysycą, jak pozwolimy sobie na ich przeżycie i zrozumienie, wtedy możliwy jest kolejny etap – orientowanie się w życiu na nowo, układanie swoich spraw bez partnera. Ostatni etap rozstania to pogodzenie się z losem, uznanie go za fakt i, być może, otworzenie się na nowe związki.

Ilustracja Martyna Wójcik-ŚmierskaIlustracja Martyna Wójcik-Śmierska

Moje, twoje, nasze

Robert Ofiara na podstawie swojej praktyki wyróżnia trzy kategorie rozwodzących się rodziców: – Pierwsza to ci, którzy chcą się rozstać w sposób chroniący dziecko, ale do końca nie wiedzą, jak to zrobić. Druga to ludzie, którzy wchodzą na ścieżkę konfliktu i chcą go jakoś rozwiązać. Te dwie grupy stanowią największy procent rozwodzących się. Trzecia natomiast, mniej liczna, ale najbardziej hałaśliwa, walczy ze sobą, odcina dzieci od drugiej strony. I tym wszystkim ludziom potrzebna jest pilna pomoc.
Jak podkreślają psychologowie, rozstanie to długi proces. Tymczasem ludzie są niecierpliwi, chcą gotowych cudownych recept. Żeby wszystko odbyło się szybko i bezboleśnie.

– Takich recept nie ma – mówi Karolina Budzik. – Każdy musi przejść tę często trudną drogę i zrozumieć, że stany, które przeżywa, to nie choroba psychiczna, tylko emocje, które są udziałem wszystkich tracących coś ważnego. Jeżeli nie przeżyjemy w pełni emocji związanych z poszczególnymi fazami rozstania, nie zezłościmy się, nie zapłaczemy, tylko będziemy te emocje dusić w sobie, to one mogą odbić się czkawką.

Ludzie rozstają się często z poczuciem uzasadnionej krzywdy. Urszula powtarza, że jej chodzi tylko o orzeczenie winy i sprawiedliwość, którą widać jak na dłoni. Bo gdyby nie romans Pawła, kryzys ich związku dałoby się zażegnać.

– Rzeczywistość na ogół nie jest czarno-biała – mówi Karolina Budzik. – Osoby zdradzone (czasem to mężczyźni) nie widzą, że druga strona ma wielkie poczucie winy, bo nie zachowała się fair i zostawiła partnera. Nie dostrzegają też swojego w udziału w doprowadzeniu do rozwodu. Zazwyczaj to, o co ich pytam, odbierają jako bulwersujące. A pytam, co takiego działo się wcześniej, przed zdradą, że do niej doszło. Być może czegoś zabrakło albo szwankowała komunikacja, bliskość i partner poszukał jej gdzie indziej. Nie mówię tu o winie, bo winę rozstrzyga sąd, ja mówię o perspektywie psychologicznej, o odpowiedzialności, jaką każdy z nas ponosi za związek. Poczucie winy ściąga w dół, nie pozwala nam się rozwijać. Jeżeli przeformułujemy je na poczucie odpowiedzialności, czyli dostrzeżemy, co zrobiłam, a czego nie, to pojawia się możliwość rozumienia drugiego człowieka, a nie szukania winnych. Możemy wtedy wzbogacić się o rozwiązania na przyszłość. Bo jeżeli wiem, co zawaliłam w tamtym związku, to w następnym będę czujna, uważna, żeby tego błędu nie popełnić.

Nieprzepracowane rozstanie takiej szansy nie daje. Kończy się na ogół, jak to określają terapeuci, recydywą rozwodową. Ludzie wchodzą w kolejne związki, często „na zakładkę”, jeszcze tkwiąc po uszy w poprzednich. I te nowe za chwilę też się sypią. Dlatego zdaniem psychoterapeutów potrzebna jest refleksja nad tym, co się z nami dzieje.

Karolina Budzik: – Osoby z poczuciem skrzywdzenia, na przykład żony alkoholików, staramy się uczyć koncentracji na sobie, pokazujemy, że są współuzależnione, bo ich życie kręci się wokół picia i niepicia. Bo często konflikt, nienawistne uczucia, które ich pochłaniają, paradoksalnie, jeszcze mocniej łączą ich z partnerem niż miłość. Stają się osią ich życia i powodują, że sprawy rozwodowe trwają kilka lat.

Bywa, że w takich związkach dochodzi do przemocy. Domagać się zadośćuczynienia czy jak najszybciej je kończyć?

– Za przemoc odpowiedzialny jest sprawca, który powinien ponieść za swoje czyny konsekwencje – mówi Karolina Budzik. – Ale w pracy psychologicznej nad sobą chodzi o co innego: o to, żeby osoba doświadczająca przemocy odzyskała siłę, żeby mogła stać się równorzędnym partnerem, a nie ofiarą. W samym słowie „przemoc” jest przekaz, że to działanie przeciwko mocy tej osoby, że ona nie potrafiła postawić granic, obronić się. I dopiero rozwód przerywa ten koszmar.

Ilustracja Martyna Wójcik-ŚmierskaIlustracja Martyna Wójcik-Śmierska

Odczarować rozstania

Często rodzice nie zauważają, że wciągają w konflikt dziecko, obsadzając je – zazwyczaj nieświadomie – w roli mediatora, sędziego, pocieszyciela, powiernika, terapeuty. Taki malec czuje się odpowiedzialny za konflikt między rodzicami, niejako staje się rodzicem swoich rodziców (co nazywa się w psychologii parentyfikacją). Psychologowie apelują: dziecko nie może opiekować się rodzicami, trzeba go z tej roli odbarczyć. Dorośli powinni szukać pomocy u psychoterapeuty, bliskich, a nie u dziecka. Nie każmy mu wybierać między tatą a mamą. Ono ma prawo kochać oboje rodziców.

Karolina Budzik: – Za to, jak przebiega rozwód i jak przeprowadzone jest przez ten proces dziecko, odpowiedzialni są rodzice. To nie jest tak, że ono samo sobie poradzi, zrozumie sytuację i się przystosuje. Ważne, żeby widzieć jego perspektywę, rozumieć, co przeżywa. Często mama czy tata własne uczucia przypisują dziecku, myślą, że ono przeżywa rozwód tak jak oni (to się nazywa projekcją i jest jednym z naszych mechanizmów obronnych). Tymczasem dziecko inaczej przechodzi przez tę sytuację i rodzice powinni te perspektywy umieć odróżnić. Oddzielić więź partnerską, która się skończyła, od więzi rodzicielskiej. Bo partnerami mogli być kiepskimi, a rodzicami być może są wystarczająco dobrymi. Dziecko powinno wiedzieć, co się dzieje w rodzinie, bo rozwód jego też dotyczy, na przykład wpływa na zmianę przedszkola w sytuacji przeprowadzki.

Psychoterapeuci z ADR ćwiczą z rodzicami rozmowy z dzieckiem. Chodzi o to, żeby nie ulec pokusie opowiadania z detalami, kto kogo zdradził, zawiódł, oszukał. Takie informacje nie są dziecku potrzebne, to tylko nasza potrzeba.

Bywa, że jedno z rodziców odcina drugiemu możliwość kontaktu z dzieckiem, na przykład matka alienuje syna od ojca. Brytyjscy terapeuci, Karen i Nick Woodallowie z londyńskiego Family Separation Clinic, zauważyli, że proces alienacji nie zachodzi tylko między rodzicami (alienującym i alienowanym), lecz także w umyśle dziecka. Buduje sobie ono wtedy obraz jednego rodzica jako złego, a drugiego jako dobrego, choć nie zawsze taki czarno-biały obraz jest prawdziwy i nie zawsze jego powstaniu towarzyszą konflikty między rodzicami.

Według psychologów to normalna reakcja obronna dziecka na nienormalną sytuację. Rodzice powinni znać ten scenariusz. Obserwować emocje i reakcje dziecka w trakcie rozwodu i być czujnymi, czy nie wchodzi w koalicję z jednym z nich. Twórcy ADR konstatują: ludzie rozstawali się i będą się rozstawać. Najwyższa pora, żeby im pomóc, żeby zdjąć z rozstań odium oceny.

Robert Ofiara: – Chodzi też o to, żeby dzieci nie wchodziły w dorosłe życie z obrazem rodziców plujących na siebie, żeby nie budowały potem związków zagrożonych rozpadaniem się. Ważna jest świadomość ludzi, że dzięki dobrym rozstaniom zyskują komfort życia, że jako rodzice mogą dalej ze sobą współpracować, pomagać sobie. Motywacje do zadbania o dobre rozstanie mogą być różne, ale w każdym przypadku to się opłaca. Po prostu.

Karolina Budzik: – Rozstanie jawi się nam jako bajka o żelaznym wilku. Trzeba je odczarować. Tak, to poważny kryzys. Ale każdy kryzys jest też szansą na transformację, na rozwój i być może na lepsze życie w zgodzie ze sobą. Nadal mocna jest tendencja: dla dobra dziecka się nie rozstawajmy. Niektórzy mówią: „Czekamy z rozstaniem do jego osiemnastki”. I co – ma chłonąć złą relację i z takim posagiem iść w dorosłe życie? W dodatku z poczuciem, że rodzice są razem dla niego, że się poświęcają? W ADR pokazujemy, że samo rozstanie nie jest złe, chodzi o sposób jego przeprowadzenia. I jeżeli nie da się uratować związku, o co zawsze warto zawalczyć, to trzeba ratować siebie i dziecko.

  1. Psychologia

Czy Polacy są gotowi na poliamorię?

Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Poliamoria i trójkąty znalazły się pośród dwunastu odcieni miłości, zaprezentowanych w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”. Nie mogło ich zabraknąć, ponieważ to wyjątkowe uczucie ma nie tylko monogamiczne oblicze. Ilustracje do kalendarza zrobił Andrzej Pągowski.
Czy można kochać więcej niż jedną osobę naraz? Jak postrzegamy poliamorię w naszym kręgu kulturowym? Czy akceptujemy wielomiłość? Agencja badawcza Biostat przeprowadziła ogólnopolskie badanie, w którym sprawdziła, co o takich relacjach sądzą Polacy.

Czym jest poliamoria?

Poliamoria, nazywana inaczej wielomiłością, oznacza relację uczuciową z więcej niż jedną osobą w tym samym czasie. Co ważne, wszystkie strony zaangażowane w taki związek są go świadome i zgadzają się na niego.

Czy Polacy są otwarci na wielomiłość?

Z badania wynika, że Polacy stawiają raczej na monogamiczne związki. Blisko 75 proc. respondentów nie byłoby skłonnych do bycia w jednoczesnej relacji z więcej niż jednym partnerem/partnerką, z czego przekonanym o tym było prawie 57 proc. ankietowanych. Tylko nieco ponad 11 proc. uczestników badania zadeklarowało, że mogłoby nawiązać taką relację.

Co więcej, pytani źle oceniają wielomiłość. Najwięcej respondentów stwierdziło, że trójkąt miłosny to niemoralny związek, który jest nie do zaakceptowania – 61 proc. Osoby najstarsze, należące do grupy wiekowej 55+, zdecydowanie częściej niż pozostali wskazywały właśnie na tę odpowiedź – aż 80 proc. Ponad połowa badanych (53 proc.) uważała, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające. Znacznie rzadziej zgadzano się z tym, że zaangażowanie w taką relację jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 27 proc.).

- Wprawdzie poliamoria nie mieści się w naszych kulturowych schematach, jednak najważniejsze jest to, że ludzie, którzy w takiej wspólnocie żyją, mają poczucie, że to im służy, że się rozwijają i że są dzięki temu szczęśliwsi. W relacjach poliamorycznych motorem i celem nie jest seks i perwersja, lecz miłość. Skoro jeden człowiek może dawać tak dużo, to ile może dać cała grupa zaprzyjaźnionych ludzi. - mówi Katarzyna Miller, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”

Młodzi bardziej liberalni?

Z tym, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest upokarzające, częściej zgadzają się respondenci ze starszych grup wiekowych: 35-44, 45-54 oraz 55+. Bardziej liberalne w tej kwestii były osoby z najmłodszej grupy wiekowej 18-24 lata, ponieważ blisko 40 proc. nie zgadzało się ze stwierdzeniem o niemoralności tego rodzaju relacji pomiędzy partnerami. Respondenci z tej grupy także najczęściej wskazywali na odpowiedź, że uczestniczenie w trójkącie miłosnym jest – lub może być – bardzo ciekawym doświadczeniem (blisko 39 proc.).

- Związki trójkątne są naprawdę interesującym testem. I właściwie sprowadzają się do dyskusji, czy człowiek jest monogamiczny czy poliamoryczny. Nikt tego dylematu do tej pory nie rozwiązał. Generalnie myślę, że trójkąty są niesprawiedliwie skazane na społeczne i obyczajowe potępienie. Mogą być naprawdę wyrazem bardzo, bardzo głęboko przeżywanej miłości do każdej z osób. I zgody na jej wolność. – mówi Wojciech Eichelberger, w X edycji Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter „Z miłości do…”.

Co nas kręci w związku poliamorycznym?

Polacy, którzy byliby w stanie stworzyć związek poliamoryczny wskazywali, co motywowałoby ich do zaangażowania się w taką relację. Jak pokazują wyniki, głównym powodem byłaby chęć przeżycia ciekawej przygody – 59 proc. Z kolei 42 proc. badanych zrobiłoby to ze względu na trudność w dokonaniu wyboru jednego partnera. Dla 36 proc. respondentów związek poliamoryczny byłby sposobem na urozmaicenie życia i przełamanie rutyny. Polacy w takiej relacji widzą również możliwość dowartościowania siebie – 29 proc.

Dlaczego stawiamy na monogamię?

Badani, którzy nie byliby w stanie żyć w związku poliamorycznym, zostali zapytani o to, co demotywowałoby ich do relacji z więcej niż jedną osobą jednocześnie. Najwięcej respondentów zadeklarowało, że byłoby to niezgodne z ich wychowaniem – blisko 52. proc. Prawie 45 proc. Polaków obawiałoby się rozpadu związku, zaś 42 proc. miałoby trudności w obdarzeniu partnera zaufaniem. Nieznacznie mniej badanych wskazało na zazdrość – 41 proc. Pośród odpowiedzi pojawiły się również: niezgodność z wiarą – blisko 36 proc. czy brak możliwości założenia normalnej rodziny – prawie 36 proc. Polacy wskazywali także na brak akceptacji wśród najbliższego otoczenia jako czynnik demotywujący ich do zaangażowania się w związek poliamoryczny – 18 proc.

Jubileuszową, X edycję Kalendarza Artystycznego Gedeon Richter można zobaczyć podczas wirtualnego spaceru: Kalendarz Artystyczny Gedeon Richter

  1. Psychologia

Jak rozwijać w dziecku miłość, wrażliwość i szacunek do przyrody?

Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Kiedyś w miastach straszyły wszechobecne tabliczki z napisem „Nie deptać trawników”. Obecnie coraz mniej dzieci ma w ogóle pomysł, żeby wejść na trawę. Jak zatem wykorzystać naturę jako sprzymierzeńca w procesie wychowawczym? Podpowiada pedagożka Ewa Nowak.

Jeśli twoje dziecko chodzi do przyzwoitej szkoły, prawdopodobnie ma sporą wiedzę z biologii, a nawet ekologii, ale natury nie zna i nie korzysta z niej wystarczająco. Nawet w wakacje rzadko wychodzi na dwór, a jeśli już, to ze wzrokiem utkwionym w ekran smartfona. Nastolatki dzieli dziś od przyrody przepaść i ten chroniczny brak kontaktu ma bezpośrednie przełożenie na częstość występowania krótkowzroczności, otyłości, niedoboru witaminy D, depresji, zaburzeń zachowania, alergii i uzależnień, w tym uzależnienia od Internetu. A to tylko kilka z problemów współczesnych dzieci...

Jak pisze Richard Louv w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”, to obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury, bo „rdzeniem tego ruchu są rodzice”. Nie ma sensu oglądanie się na szkołę. Trzeba najpierw zmienić zwyczaje u siebie. I nie chodzi o to, żeby rozmawiać z dziećmi o segregacji śmieci czy oszczędzaniu wody, bo to mają już we krwi. Ale czy zakręcają kran z przekonaniem, z myślą o żabie, sikorce albo ślimaku, którego spotkali w lesie?

W poszukiwaniu witaminy N

Według statystyk w Stanach Zjednoczonych na leki antydepresyjne dla dzieci i młodzieży od 10 lat wydaje się rocznie więcej niż na witaminy i antybiotyki. Lekarze najróżniejszych specjalności zaczęli więc szukać wsparcia terapeutycznego w pozafarmaceutycznych rozwiązaniach. Kiedy czytałam książkę Richarda Louva, co chwila przed oczami wyskakiwały mi wspomnienia z dzieciństwa i czułam smutek, że dziś muszę pisać tekst uświadamiający w większości jeszcze wychowanym pod gołym niebem rodzicom, że krzywdzą fizycznie i psychicznie swoje dzieci. Bo tym jest właśnie zespół deficytu kontaktu z naturą.

Chcesz mieć zdrowe, wesołe, niezestresowane dziecko? To korzystaj z wakacji i wywieź je chociaż na trochę na łono natury. Kiedy poczuje, ile daje mu spacer na bosaka albo gapienie się na chmury, zrozumie, dlaczego naprawdę warto chronić zasoby naturalne. Bez tego rozmowa, jak powinniśmy wszyscy chronić lasy, jest pustosłowiem. Jak twierdzi światowej sławy specjalista od kąpieli leśnych dr Qing Li z Japonii: „Ostatecznie to więź naszych dzieci ze środowiskiem naturalnym zdecyduje o przyszłości. Jeżeli pozwolimy dzieciom wejść do lasu, wyrosną na ludzi, którzy go chronią”.

Obserwacja ptaków, włóczenie się po lesie, biegi na orientację, spacery w świetle księżyca, pływanie w jeziorze, kwiaty w domu, spacery bez względu na pogodę, łażenie po kałużach i zgoda na ubrudzenie się błotem – to zaledwie kilka z bardzo wielu propozycji zawartych w poradniku o witaminie N. Niestety wiem, że niejeden z moich dobrze wykształconych znajomych postuka się w głowę zwłaszcza na pomysł chodzenia na bosaka. „Czy ty, Ewka, nie słyszałaś o kleszczach?”. Żyjemy w kulturze lęku i skutecznie wychowujemy w niej nasze dzieci. One drżą ze strachu na samą myśl, co straszliwego im się przydarzy, jeśli zanurzą ręce w strumieniu. Wielu nastolatków brzydzi się piachu na plaży, a swędzenie po ukąszeniu komara jest doświadczeniem granicznym...

W czym może pomóc młodemu człowiekowi obserwacja ptaków? Piszą o tym autorzy książki „Ornitologia terapeutyczna”. Możemy z niej dowiedzieć się m.in., że to czynność, która pozwoli oderwać się od dotychczasowego środowiska, poszerzyć horyzonty, a co najważniejsze, wykorzystać i stymulować wszystkie zmysły. Obserwacja ptaków to rodzaj całościowej terapii. Już samo ptakoliczenie, które wiele dzieci robi naturalnie, odpręża, a obserwacja ptaków w trudnych warunkach – angażuje funkcje poznawcze.

Jeśli wciąż nie masz przekonania do tego, żeby przyspawane do smarfona dziecko zawlec do lasu, niech ci pomoże cytat z Hipokratesa: „Choroby nie pojawiają się w nas jak grom z jasnego nieba, lecz rozwijają się z popełnianych codziennie grzechów przeciwko naturze”. A do Hipokratesa dołóżmy jeszcze słowa Richarda Louva: „Pediatrzy ostrzegają, iż dzisiejsze dzieci mogą być pierwszym pokoleniem (od czasów drugiej wojny światowej) o niższej przewidywanej długości życia niż ich rodzice”.

Czuły ogrodnik

Gra na smartfonie to czynność „niezielona”, ale biwak pod namiotem – jak najbardziej tak. Intuicyjnie czujemy, które czynności są zielone, a które nie. I tak np. uprawianie ogrodu, o czym pisze Sue Stuart-Smith w książce „Kwitnący umysł”, jest połączeniem aktywności na świeżym powietrzu i aktywności, która pochłania nasz umysł. Czyli odstresowuje. Ogrodnictwo od dawna jest wykorzystywane do terapii, a jeśli dziś absolutnie nie kojarzy się z młodzieżą, to tylko dlatego, że nie wykształciła się na to moda. Bo przecież dzieci lubią grzebać w ziemi, podlewać rośliny i patrzeć, jak rosną. Nastolatki nie mają już z tego żadnej przyjemności, bo zaczynamy ich rozliczać z pracy do wykonania.

Może więc podaruj swojemu nastolatkowi skrzynkę na kwiaty albo dwie grządki i skalniak w przydomowym ogródku? A potem powstrzymaj się od dobrych rad na temat uprawy...

Przyrodnicze IQ

Howard Gardner, profesor pedagogiki na Uniwersytecie Harvarda, w ogłoszonej w latach 80. XX wieku teorii inteligencji wielorakiej pokazał, że nie istnieje jeden rodzaj inteligencji, ale aż siedem. A następnie dodał ósmy typ: inteligencja przyrodnicza. Czy twoje dziecko jest inteligentne przyrodniczo? Dzieci o inteligencji przyrodniczej:

  • Mają wyczulone zmysły.
  • Chętnie używają swoich zmysłów do analizy.
  • Lubią przebywać na świeżym powietrzu.
  • Łatwo dostrzegają prawidłowości i powtarzające się wzorce (podobieństwa, różnice, wyjątki).
  • Opiekują się zwierzętami i roślinami.
  • Lubią kolekcjonować okazy, robić dzienniki, zielniki, kosze skarbów.
  • Lubią książki i programy o zwierzętach.
  • Wykazują świadomość i troskę o zagrożone gatunki.
  • Łatwo przyswajają nazwy, systematykę i informacje na temat cech poszczególnych roślin i zwierząt.

Zielono w głowie

  • Richard Louv pisze, że dzieci, które mają częsty kontakt z naturą, są spokojniejsze. ADHD ulega wyciszeniu, nawet gdy tylko idą do szkoły przez park zamiast ulicą.
  • Dzieci, a potem nastolatki potrzebują silnych wrażeń. Jeśli nie wspinają się na drzewa, nie błądzą po lesie, nie bawią się nawet w chowanego – sięgają po to, co im wrażenia zapewni.
  • Żaden ekodom nie zaangażuje sensorycznie tak jak środowisko naturalne. Zapach, dotyk, wzrok, słuch, a nawet smak będą pracować na pełnych obrotach, gdy wpuścisz dziecko na łąkę, do ogrodu, do lasu, nad rzekę. Plac zabaw się nie liczy, bo to miejsce tak ustrukturalizowane, że mimo wielu dobrodziejstw rozwojowych nie zaspokaja kontaktu z naturą.
  • Miejskie nastolatki często nigdy w życiu nie taplały się w błocie, nie przesypywały piasku między palcami, nie zbierały kory, patyków, liści, nie leżały na mchu, gapiąc się w korony drzew. Kto pozwolił nam to odebrać młodym ludziom?
  • Nie wysyłaj dziecka na kolejny obóz językowo-komputerowy. Wyślij je do lasu na obóz survivalowy, na wycieczkę w jednych spodniach i bluzie. Będzie przestraszone, ale szybko mu to minie. Chodzi o to, żeby do spectrum możliwości, jak radzić sobie ze stresem, dziecko dodało punkt: przebywanie samemu wśród przyrody. Louv nazywa to dobrą samotnością. Wielu dorosłych w sytuacjach kryzysowych szuka kontaktu z naturą, bo pomaga im to w powrocie do równowagi. Tylko trzeba móc w dzieciństwie chociaż raz tego spróbować. A nikt poza rodzicem nie stworzy dziecku takiej szansy.
  • Zdrowie, terapia, odreagowanie stresu – wszystko to bardzo ważne, ale jest jeszcze taki prosty obszar życia jak przyjemność. „Młodzi ludzie mogą unikać okolicznej przyrody, ponieważ chroniczne oderwanie od niej sprawia, że nie doceniają płynącej z niej przyjemności” – pisze Florence Williams w książce „Natura leczy, czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i bardziej kreatywni”. Dajmy więc dzieciom szansę na odrobinę zielonej przyjemności.

Rodzicu, sprawdź się:

  • Czy twoje dziecko lubi las?
  • Jak reagujesz, kiedy wraca z dworu brudne, umazane ziemią, z zadrapaniami na kolanach? Kiedy ostatnio takie wróciło?
  • Kiedy twoje dziecko ostatnio leżało na mchu, gapiąc się w chmury? Widziałeś je kiedykolwiek podczas takiej aktywności? A ono ciebie widziało?
  • Czy uważasz, że kontakt z przyrodą ma moc terapeutyczną? Brak kontaktu z przyrodą rodzi choroby i cierpienie psychiczne? A może to bzdura? Jakie są twoje przekonania?
  • Co wydaje ci się najłatwiejsze, żeby pomóc twojemu dziecku odnaleźć drogę do kontaktu z naturą?
  • Pamiętaj, że to rodzice są odpowiedzialni za to, ile zielonych czynności wykonują codziennie ich dzieci.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Powstał Ogólnopolski Telefon Autyzmu

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Dzwonić można z różnymi sprawami. Zarówno formalno-prawnymi, jak i tymi dotyczącymi diagnostyki i terapii. Po drugiej stronie słuchawki jest osoba, która zrozumie – bo sama ma diagnozę spektrum autyzmu. Pomoc jest oczywiście anonimowa. I bezpłatna.

„Mam na imię Adam. Mam 25 lat. Kończę studia. Czeka mnie jeszcze obrona pracy magisterskiej. Interesuję się muzyką i sportem. Mam psa, dwie ręce, dwie nogi i dar do robienia zamieszania. Interesuję się matematyką, psychologią, medycyną, genetyką i kosmologią. Dodam, że takie naukowe zainteresowania mam od szóstego roku życia, czytam od piątego i posługuję się w komunikatywnym stopniu trzema językami (nie licząc ojczystego), przy czym nie umiem jeździć na rowerze, a „setkę” biegnę w 16 sekund. Coś nie gra, prawda?”

Tak pisze o sobie Adam Wrzesiński. Trener umiejętności społecznych i pierwszy w Polsce Terapeuta Integracji Sensorycznej z diagnozą ze spektrum autyzmu. On i kilka innych osób z taką właśnie diagnozą będzie od poniedziałku do soboty pracować jako konsultanci w Ogólnopolskim Telefonie Autyzmu – bezpłatnej i anonimowej formie pomocy osobom autystycznym i ich rodzinom.

Dzwonić można ze wszystkimi pytaniami. Wątpliwościami dotyczącymi spraw prawnych, jak zasiłki, ale też z problemami z terapią czy pracą zawodową.

Korzyści odnoszą osoby po obu stronach słuchawki – ci, którzy telefony odbierają, mają w ten sposób pracę. A kłopoty z zatrudnieniem to w przypadku osób ze spektrum autyzmu poważny problem. Z badania „Ogólnopolski Spis Autyzmu” przeprowadzonego w latach 2013-2016 wynika, że spośród wysokofunkcjonujących osób dorosłych ze spektrum płatną pracę miała tylko połowa. Tymczasem ludzie ci mają często specyficzne – i wysokie – kompetencje, które mogą przynieść pracodawcom wiele korzyści.

A dzwoniący dostaną rzetelną poradę, w dodatku od osób jak mało kto rozumiejących ich problemy.

„Jesteśmy przekonani, że Ogólnopolski Telefon Autyzmu może być punktem informacyjnym dla osób, które nie wiedzą jak się odnaleźć w gąszczu formalności, chcą dowiedzieć się o przysługujących im świadczeniach socjalnych, szukają informacji na temat diagnostyki i terapii” – mówi Monika Kłeczek, psychoterapeutka oraz prezeska Stowarzyszenia AS, pod której przewodnictwem pracować będzie zespół Telefonu Autyzmu.

A Adam Wrzesiński dodaje: „Uruchomiliśmy Telefon po to, aby pokazywać świat osobom ze spektrum autyzmu jako miejsce dobre i przyjazne oraz wyposażać w umiejętności niezbędne do odnoszenia sukcesów w swoich misjach życiowych przy równoczesnym zachowaniu ich poczucia wolności”.

Telefon funkcjonuje dzięki dotacji programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy, finansowanego z Funduszy EOG przez Stowarzyszenie AS, które od 2010 roku pomaga osobom ze spektrum autyzmu czuć się równoprawnymi członkami społeczeństwa. Telefon ma działać do końca roku, ale już teraz organizatorzy starają się zdobyć środki na przedłużenie tego projektu.

Dzwonić można od poniedziałku do soboty w godz. 10:00 – 18:00 pod numer 333 070 180.