1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Psychosomatyczne dolegliwości - pojedynek o kontrolę nad ciałem

Psychosomatyczne dolegliwości - pojedynek o kontrolę nad ciałem

Wiele naszych fizycznych dolegliwości ma podłoże psychiczne, emocjonalne. (fot. iStock)
Wiele naszych fizycznych dolegliwości ma podłoże psychiczne, emocjonalne. (fot. iStock)
Psyche to psychika, dusza, a soma to ciało. Psychosomatyka to współistnienie, współdziałanie i oddziaływanie na siebie duszy i ciała. Psychika działa na ciało i odwrotnie – ciało na psychikę. Długo utrzymujące się negatywne emocje i stres doprowadzają do choroby ciała, a pozytywne myślenie i nadzieja do jego ozdrowienia.

Artykuł archiwalny

„Człowieka mądrego cechuje to, że krzepi się i odświeża umiarkowanym i smacznym pokarmem i napojem, wonnymi zapachami, urokiem kwitnących roślin, strojem, muzyką, ćwiczeniami w grach, widowiskami i innymi tego rodzaju rzeczami, z których każdy może korzystać bez niczyjej szkody. Albowiem ciało ludzkie składa się z bardzo wielu części różnej natury, które potrzebują ciągle nowego i różnorodnego pokarmu, aby całe ciało było jednakowo zdolne do wszystkiego, co może wynikać z jego natury, a zatem aby dusza także była jednakowo zdolna do rozumienia rzeczy naraz”.

Jak wynika z przytoczonych słów, XVII-wieczny filozof Spinoza dobrze wiedział, że bez harmonii duszy i ciała człowiek nie osiągnie wolności i pełni życia, a co za tym idzie – zdrowia. Filozof nie był daleko w swojej teorii od definicji zdrowia,  którą podaje Światowa Organizacja Zdrowia: to fizyczny, psychiczny i społeczny dobrostan, a nie wyłącznie brak chorób. Jednak wystarczy, że zaniedbamy jeden z elementów, a dezorganizuje się cały nasz ustrój. To psyche w dużej mierze gwarantuje nam dobre samopoczucie i co najważniejsze – wolę życia. A dusza nadszarpnięta łatwo się poddaje i czynniki fizyczne, czyli dolegliwości i choroby, zaczynają odgrywać główną rolę w naszym funkcjonowaniu. Możemy odczuwać nagłe zmęczenie, senność, bóle w plecach, głowy, mięśni, możemy mieć podwyższoną temperaturę, mdłości, bóle żołądka i tym podobne objawy.

Szukając wyjaśnienia wśród współczesnych specjalistów, czym jest psychosomatyka, natrafiłam na wybitnego psychiatrę i psychoonkologa, dr. Mariusza Wirgę, który bardzo celnie opisał, na czym polegają bliskie i (nie)bezpieczne związki między niestabilnym psyche i ulegającą lub przejmującą władzę somą. Tak pisze w jednym ze swoich artykułów: „Bodziec, ze środowiska wewnętrznego lub zewnętrznego, fizyczny bądź psychologiczny, działa na organizm, wywołując reakcję biologiczną, a w przypadku gdy dociera do świadomości, jest interpretowany za pomocą umysłu. Interpretacja wywołuje wzbudzenie emocji (jeśli jest pozytywna – emocji pozytywnych, a jeśli negatywna – emocji negatywnych). Emocje wywołują reakcje fizjologiczne organizmu – jeśli są krótkotrwałe, to również reakcja trwa krótko, jeśli są silne i długotrwałe, skutki są poważniejsze. Przewlekłe zaburzenia funkcji organizmu w wielu przypadkach doprowadzają z czasem do zmian strukturalnych w narządach. Naukowcy potwierdzają, że układ nerwowy, hormonalny i odpornościowy są ze sobą połączone i każde zakłócenie w jednym z nich powoduje natychmiastową reakcję w pozostałych”.

Psychika alarmuje!

Każdy z nas doświadczył i mógł na sobie zaobserwować taką reakcję. W przypadku ogromnego stresu – związanego z konfliktem z partnerem, z dzieckiem, ze stratą pracy czy nawet w przypadku takich sytuacji jak egzamin, spotkanie z szefem albo publiczne wystąpienie – nerwowa atmosfera udziela się całemu ciału. Możemy odczuwać nagłe zmęczenie, senność, bóle w plecach, głowy, mięśni, możemy mieć podwyższoną temperaturę, mdłości, bóle żołądka i tym podobne objawy. To nic innego jak alarm pochodzący z psychiki skierowany do całego organizmu.

Czy nie jest często tak, że wystarczy zmienić otoczenie, wyjechać, zrobić przerwę w codziennym rytmie, by nagle poczuć się znowu doskonale? Mogę podzielić się spostrzeżeniami na temat własnych dolegliwości. Gdy żyję w przedłużającym się stresie, czuję to w żołądku i dłoniach. Mam mdłości, parzą i bolą mnie dłonie. Lekarze są bezradni, nie potrafią mi pomóc. Gdy tylko jednak wybieram się w podróż, już na pokładzie samolotu znikają wszelkie bóle. Zaczęłam wiązać oba stany – napięcie i gorące dłonie – i nauczyłam się reagować. To dla mnie sygnał, że potrzebuję wytchnienia, zdystansowania się i przestrzeni, dosłownie i w przenośni. I to działa.

Dopóki owe dolegliwości są sporadyczne, chwilowe, jesteśmy w stanie je kontrolować. Gorzej, gdy napięcie psychiczne staje się długotrwałe – objawy nasilają się wówczas, stają się przewlekłe i regularne. Zaburzają wtedy poważnie właściwe funkcjonowanie poszczególnych narządów w organizmie. I w tym momencie można mówić już o chorobie psychosomatycznej.

Edward Shorter we wstępie do swojej książki „From Paralysis to Fatigue, A History of Psychosomatic Illness In the Modern Era” usprawiedliwia zachowanie osób cierpiących na przewlekłe schorzenia wywołane stresem. Człowiek często wierzy, że zapadł na poważną chorobę i często rozpaczliwie szuka pomocy u lekarzy. Bo co z tego, że jego dolegliwość wzięła się „z głowy”, skoro on naprawdę potrafi odczuwać ból, stracił siłę do wykonywania codziennych obowiązków itp. To nie jest hipochondria (choć czasem może do niej doprowadzić). Chory nie jest w stanie sobie tak po prostu wyjaśnić, że boli, bo psychika się zbuntowała i osłabiona pozwoliła zacząć działać podświadomości. To podświadomość decyduje, jak nasze ciało ma zareagować na stres. Wskutek dyskomfortów psychicznych wysyła sygnały do tych narządów, które już wcześniej były mniej odporne niż inne.

Przyjaciel nagle zachorował na zapalenie pęcherza. Ale antybiotyk nie zadziałał, kolejny też nie, a ból był nie do zniesienia. Zwolnienie z pracy się przeciągało, wykonywał liczne badania, z których poza niegroźnymi odchyleniami od normy nic konkretnego nie wynikało. A on cierpiał, przestał się kontaktować z ludźmi, chodzić do pracy. Lekarze zaczęli się pukać w głowę, zbywali go i wmawiali hipochondrię. Jego organizm osłabiał się wskutek przyjmowania leków i nasilającej się depresji. W końcu po ośmiu miesiącach tej męki na drodze pojawiła się niczym anioł osoba, która miała czas, by wysłuchać, potrafiła mu szczerze współczuć i otoczyć opieką. I to był początek długiej drogi do wychodzenia z choroby.

 

Skąd ta migrena?

Obecnie wymienia się wiele schorzeń związanych ze zmianami narządowymi, przy powstawaniu których istotną rolę odgrywają czynniki psychiczne. Przy próbie klasyfikacji takich chorób dyskutuje się również na temat związków między danym typem osobowości a konkretnym zaburzeniem zwanym psychosomatycznym, jednak pozostaje to przedmiotem licznych, niekończących się kontrowersji. Podobnie jak lista chorób psychosomatycznych nie jest stała i zamknięta. Wymienia się m.in.: syndrom nocnego objadania się, otyłość, choroby układu krążenia, migreny, chorobę tikową, zaburzenia seksualne, zaburzenia snu, chorobę wrzodową układu pokarmowego, nadciśnienie tętnicze, a nawet cukrzycę i astmę oskrzelową. Stopień, w jaki nasza głowa i dusza wpływają na rozwój jednej z tych chorób, może być bardzo różny. Trudno tu mówić o jakichkolwiek regułach.
Podobnie jak negatywne emocje i stres mogą nas wpędzić w poważne choroby, tak pozytywne emocje i konstruktywne myślenie mogą nas z choroby wyprowadzić
Idealna byłaby sytuacja, w której pacjent poza otrzymaniem opieki od specjalisty, który potrafi przepisać właściwą terapię farmakologiczną, został skierowany również do gabinetu psychoterapeuty, który wspomógłby chorego w rozwiązywaniu jego problemów psychicznych – „odpowiedzialnych” za pojawienie się destrukcyjnego składnika psychicznego w chorobie. A że dzieje się tak rzadko, trudno wymagać od pacjentów, żeby sami uświadomili sobie psychiczną przyczynę ich choroby. Zdarza się nawet, że obwiniają się za słabe zdrowie, wmawiając sobie, że płacą cenę za to, że doskonale odgrywają swe zawodowe i rodzinne role, że za dobrze im się wiedzie. Swoją frustrację związaną z bólem przerzucają na często bezsilnych lekarzy. I nie potrafią się wyrwać z tego zaklętego kręgu.

Jasna strona mocy

Zarówno osobiste doświadczenia wielu z nas, jak i badania naukowe dowodzą, że częściej zapadamy na choroby, gdy jesteśmy pod wpływem negatywnych emocji, które motywują nas do uników, wycofywania się albo do agresji. Na szczęście jednak, jak wszystko w życiu, i to zjawisko ma swoją drugą, jasną stronę. Tak jak negatywne emocje i stres mogą wpędzić nas w poważne dolegliwości cielesne, tak pozytywne emocje, konstruktywne myślenie i nadzieja mogą nas z choroby wyprowadzić.

Cytowany na początku dr Mariusz Wirga już od przeszło 20 lat zajmuje się właśnie jasną stroną mózgu, myśli i emocji człowieka, pracując z chorymi na raka. W swoim artykule „Nadzieja matką mądrych” pisze: „Nasze myśli i emocje, poprzez przysadkę mózgową i układ hormonalny, oddziałują na prawie wszystkie narządy. Nasze myśli, poprzez hormony, wpływają na ekspresję poszczególnych genów. Ponadto autonomiczny układ nerwowy ma swoje zakończenia tam, gdzie komórki odpornościowe są produkowane, gdzie dojrzewają oraz gdzie działają, i w ten sposób stan mózgu wpływa na stan układu odpornościowego. (...) Nasz mózg może nas zabić, ale też może prowadzić do ozdrowień. Stąd zdrowie i dobrostan nabierają nowego znaczenia – nie ma zdrowia fizycznego bez dobrostanu psychicznego”. To bardzo dobra wiadomość. Do równie pozytywnych wniosków doprowadziły badania onkologa O. Carla Simontona (którego kontynuatorem jest Wirga).

W latach 60. XX wieku Simonton odkrył – opierając się na pracy z chorymi na nowotwory złośliwe – że przyczyną, dla której pacjenci nie chcieli brać udziału w obiecującym programie badawczym (chodziło o radioterapię i nowy sposób dawkowania promieniowania jonizującego), były ich przekonania o beznadziejności ich sytuacji. Wówczas wprowadził do programu leczenia psychoterapię polegającą, mówiąc w dużym skrócie, na wyobrażaniu sobie pożądanego rezultatu i zmiany sposobu myślenia z negatywnego na pozytywny.

Pacjenci Simontona z zaawansowaną chorobą nowotworową, którzy byli poddawani psychoterapii, jako metodzie wspierającej konwencjonalne leczenie, żyli dwukrotnie dłużej niż ci, którzy byli leczeni tylko onkologicznie w najlepszych amerykańskich klinikach. Wielu z nich po zakończonej terapii po latach nie miało żadnych oznak nawrotów choroby. Choć świat medyczny na początku odrzucił koncepcję Simontona, lekarze, którzy próbowali obalić jego teorię lub ją sprawdzić, otrzymywali w swoich badaniach podobne, pozytywne rezultaty.

Metoda Simontona jest wykorzystywana również we wspieraniu leczenia innych chorób i może być stosowana przez nas w codziennym życiu, w przypadku codziennych stresów. Warto więc, dla własnego dobrego samopoczucia, spróbować zamienić negatywne myślenie: przewidywanie porażek, zamartwianie się, złość, nienawiść, nieuzasadnione poczucie winy, na pozytywne wizualizacje, które będą umacniać w nas nadzieję. A jednak wiara czyni cuda!

Źródła: „Idea wolności w filozofii Spinozy i jej znaczenie dla pedagogiki”, dr Kazimierz Kopczyński, Uniwersytet Łódzki Artykuły dr Mariusza Wirgi zamieszczone na stronie www.simonton.pl, „From Paralysis to Fatigue, A History of Psychosomatic Illness In the Modern Era”, Edward Shorter, The Free Press, New York

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Demony przeszłości pozbawiają cię energii? Sprawdź, jak odkryć w sobie wewnętrzną moc

Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Każda z nas nosi w sobie wiele historii o krzywdzie: nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec, nieczuła babcia, nielojalna przyjaciółka, partner, który porzucił… Wtedy jakoś dałyśmy sobie radę, przeżyłyśmy, podniosłyśmy się z kolan, choć wydawało się, że gorzej już być nie może. Jednak te historie z przeszłości nadal pętają nas niewidzialną liną. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, zupełnie jakby ktoś nagle pociągnął za sznur, i uruchamiają scenariusz wina-krzywda, który ujawnia się w stwierdzeniach: „Byłam wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem”, „Mój ojciec chciał syna” czy „Znów wybrałam niewłaściwego mężczyznę”. Powroty do przeszłości, w której przecież nic już się nie da zmienić, naprawić – pozbawiają nas energii, a złudna nadzieja, że w dorosłym życiu ktoś da nam to, czego nie dali rodzice, odbiera moc.

Moc przychodzi z niemocy

„Chcę ruszyć do przodu, ale coś mnie zatrzymuje”... „nogi mam jak z waty, brakuje mi energii”... „ostatnio często tracę głos” – to kłopoty, z którymi przychodzą do mnie silne kobiety. Silne, bo w świecie zewnętrznym nie ma na nie mocnych, udaje im się wszystko załatwić, zorganizować, zaplanować, dopilnować. Silne, bo wiedzą, czego potrzebują: „Muszę tylko przepracować dzieciństwo”, „muszę zamknąć ostatni toksyczny związek”, „jestem DDA i dlatego nie mogę stanąć na własnych nogach”. Jak Marta, z którą miałam sesję w zeszłym tygodniu.

– Byłam molestowana seksualnie przez ojczyma – wyznała na samym początku spotkania. – Muszę to wreszcie załatwić. Jak długo można rozpamiętywać przeszłość?! – Ile miałaś lat? – Siedem… to się stało w dzień moich urodzin. Wierzysz mi?

Jasne, że wierzyłam.

Marta kilka razy rozpoczynała terapię. Przerywała, kiedy zbliżał się temat ojczyma, bo nie była gotowa się z nim zmierzyć. Twierdzi, że teraz już jest. – Nie jesteś. Bo wspomnienie przeszłości ciągle wrzuca cię w rolę krzywdzonego dziecka – stopuję ją. – To co mam zrobić? – Wstań z krzesła, stań mocno na ziemi, lekko ugnij kolana, zamknij oczy i poczuj moc swoich ud, bioder, brzucha.

Marta ma mocny brzuch i silne uda, bo od dziecka ćwiczyła lekkoatletykę. Zosia, pacjentka, która zgłosiła się w sprawie „niemocy” po przemocowym związku, nie cierpi swojego brzucha. Jej partner powtarzał, że „spasła się jak świnia”, kilka razy uderzył ją w brzuch, który po ciążach sama nazywa „sflaczałym”.

– Najgorszy był ostatni poród. Dziecko było duże i dwóch lekarzy dosłownie rzuciło mi się na brzuch. Od tamtej pory niewiele czuję od pępka w dół – opowiada.

Biedne te nasze brzuchy, biodra, uda. Bywa, że wiele muszą znosić, ale… „Nasze ciała są jak ziemia, która ma swój krajobraz zmieniający się pod wpływem zabudowywania, parcelowania, kopania i burzenia” – tłumaczy Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”. W historii o Kobiecie Motylu rytualny taniec, na którego pokaz ściągają do Meksyku podróżni z całego świata, wykonuje stara, gruba kobieta. Ma wielki brzuch, cienkie nogi, ciało naznaczone bliznami i rozstępami, szerokie biodra.

„Biodra są szerokie nie bez powodu – w nich mieści się miękko wyścielona kołyska dla nowego życia. Biodra kobiety są dźwignią dla ciała znajdującego się nad i pod nim; są bramą, miękką poduszką, podstawą miłości, schronieniem dla dzieci. Nogi muszą być silne, bo mają dobrze nieść, czasem popędzać, dźwigać w górę, są anillo – obręczą obejmującą kochanków. Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością” – wyjaśnia Estés.

Era kobiet bez brzucha

– Och, w naszych brzuchach jest tak wiele: ogień, seksualność, twórczość, energia życia – tłumaczy Ania Rogowska, psycholożka, terapeutka pracująca z ciałem, kobieta zwołująca kręgi, współzałożycielka Szkoły Wrażliwości. – A moc? – Jest moc, ale niekoniecznie rozumiana jako coś mocnego, bywa, że w brzuchu jest coś bardzo delikatnego, wrażliwego, można powiedzieć, że taka mała dziewczynka. Kobiecie trudno jest się spotkać z czymś tak delikatnym. Jedna moja pacjentka odkryła w swoim brzuchu ogień, który miał różne aspekty: był zimny, ale też gorący. Wystarczyło go poznać, zaufać mu, by łatwiej wyrażać siebie.

Zdaniem Ani kobieca moc nie zawsze musi być intensywna, dzika, dynamiczna. Jeśli jest subtelna, czuła – uczy wrażliwości i delikatności wobec siebie. Czucie siebie w ten sposób sprawia, że już nie można się zgadzać na wszystko czy wyrządzać sobie krzywd.

Ania mówi, że żyjemy w kulturze kobiet bez brzucha; „nie wypinaj się”, „wciągnij brzuch”, a przecież brzuch nawet bardzo szczupłej kobiety jest lekko wypukły. Chyba że kobieta żyje na wdechu, np. z lęku, że wypuszczenie powietrza oznacza deformację figury. Życie „na wciągniętym brzuchu” sprawia że nogi są słabe: drżące uda, sztywne kolana, niestabilne kostki. Kulisz się: szyję chowasz w ramiona, zamykasz klatkę piersiową, ręce nie mają odwagi ani sięgać, ani wyznaczać granic. Głos ci drży, każde „nie’’ więźnie w gardle. W twoim ciele „bez brzucha” nie ma mocy. Bez niej nie ruszysz do przodu, bo przeszłość będzie ściągać cię do tyłu. Bez niej nie rozliczysz się z przeszłością, bo będąc w tamtej roli – krzywdzonego dziecka czy krzywdzonej kobiety – nie zrobisz nic więcej, niż zrobiłaś wtedy.

Kiedy puścisz brzuch, poczujesz swoją moc, dogrzebiesz się i do ognia, i do wrażliwości, i do traum małej dziewczynki, która w przeszłości nie mogła się obronić, bo była dzieckiem.

Ja chcę czuć

– Niedawno przyszła do mnie kobieta, która nie mogła wyrazić samej siebie, nie czuła siebie – opowiada Ania Rogowska. – Okazało się, że blokada była właśnie w brzuchu. To był ogień, którego się bała. Po tym odkryciu kobieta zaczęła malować.

Zdaniem terapeutki pierwszym krokiem w procesie odkrywania mocy w brzuchu jest decyzja, że „ja chcę czuć”. To postanowienie, którego już nie da się odwrócić czy zignorować. Drugi krok to ciekawość, która daje odwagę do wyruszenia na spotkanie z brzuchem. Kolejny to wchodzenie w głąb, poczucie siebie od środka i słuchanie tego. To uczy zaufania. Brzuch staje się wtedy czułym narzędziem do nawigowania i portalem do kontaktowania się z różnymi siłami.

– A co z lękiem? – pytam, wspominając te wszystkie dzielne i silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze.

Aneta, pilotka samolotu, w wieku 35 lat przestała miesiączkować, a kiedy poprosiłam, żeby położyła dłoń na brzuchu, wybiegła z gabinetu, szlochając. Mirka od 13. roku życia cierpiała na zaburzenia odżywiania, w trakcie sesji oddechowej puściła brzuch, a kiedy jej ciało zaczęło drżeć, powiedziała, że się boi, bo nie wie, co się z nią dzieje.

– Lęk przed schodzeniem w głąb brzucha jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ wymaga niezwykłej uważności na to, czy ja naprawdę mogę już tam wejść, czy jestem gotowa – tłumaczy psycholożka. – Podpowiada, jakie powinny być spełnione warunki: bardzo bezpieczna przestrzeń, odpowiedni czas, wolne tempo. Nie można tego procesu popędzać, a przecież żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być szybciej.

Odkrycie kobiecej mocy wymaga odwagi dotknięcia tego, co boli, i czucia. Czasami łatwiej jest czuć to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Dlatego tak bardzo wrzuca nas w role z przeszłości. Bezpieczniej jest czuć rodowe cierpienia niż „tu i teraz”. Trudno jest przytrzymać się w tym: położyć się i czuć, nie robić nic, tylko być.

–Nie pomogą ci w tym żadne superwarsztaty, supermetody terapeutyczne czy superterapeuci, jeśli nie odkryjesz swojego świadomego „chcę”, nie poczujesz gotowości, granic, które możesz przekroczyć, tajemnic, które możesz ujawnić – tłumaczy Ania.

W kontakcie z brzuchem - ćwiczenie

  • Połóż jedną dłoń na brzuchu, a drugą na sercu.
  • Poczuj, czy to już ten czas, żeby posłuchać, co w tobie tu i teraz.
  • Pamiętaj, jeżeli nie będzie w tobie gotowości, żadna metoda nie pozwoli ci skontaktować się z prawdziwą mocą.
  • Jeśli naprawdę chcesz, brzuch cię poprowadzi; nie spiesz się, bądź uważna, delikatna, rób to z miłością.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Psychologia

Gimnastyka słowiańska - nauka szacunku dla ciała i słuchania jego potrzeb

Gimnastyka to czas, który poświęcamy tylko sobie. Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. (Fot. Iwona Krupińska)
Gimnastyka to czas, który poświęcamy tylko sobie. Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. (Fot. Iwona Krupińska)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dla wielu kobiet odkryciem jest to, że gimnastyka słowiańska jest tylko dla nich. W kobiecym gronie mogą poczuć się bardzo komfortowo i zrobić  w końcu coś dla siebie -  bez bycia ocenianą i w pełnej akceptacji. To jest ten pierwszy krok, który pozwala odpocząć i na chwilę odpuścić napięcie. 

Monika Półrolnik od piętnastu lat zajmuje się pracą z ciałem. Przyznaje, że długo szukała przestrzeni dla siebie i takiej aktywności, która łączyłaby ciało z umysłem i duszą. Na początku wciągnęła ją Yoga Trilo Chi i po jakimś czasie zaczęła prowadzić własną praktykę. W pewnym momencie zauważyła, że coraz częściej w jej grupie ćwiczą niemal same kobiety. „Kiedy na sali nie było mężczyzn, zajęcia przebiegały w całkiem innym klimacie i czuć było zupełnie inną energię. – przyznaje Monika. „Dziewczyny były bardziej rozluźnione, opadało z nich całe napięcie, nie miały tego poczucia, że ktoś na nie patrzy, ocenia i obserwuje.” To właśnie wtedy Monika pomyślała, że byłoby cudownie prowadzić zajęcia skierowane wyłącznie do kobiet. Kiedy partner pokazał znaleziony na Facebooku artykuł o gimnastyce słowiańskiej, od razu wiedziała, że znalazła to, czego od dawna szukała.

Monika Półrolnik  (Fot. Iwona Krupińska) Monika Półrolnik  (Fot. Iwona Krupińska)

Pierwsze spotkanie w kobiecym kręgu

„O gimnastyce słowiańskiej dowiedziałam się z bloga blowminder.com Kasi Wiekiera. To była prawdopodobnie jedna z pierwszych publikacja w języku polskim, która poruszała ten temat. Niecały miesiąc później znalazłam zapowiedź pierwszego warsztatu w Polsce, który miał odbyć się w Łodzi. Zajęcia dla Polek przeprowadziła Jula Winogradowa. Wzięło w nim udział około 40 kobiet” - wspomina Monika. Julia Winogradowa, rosyjska nauczycielka i uczennica Oksany Pawłowskiej, która z kolei pobierała nauki u białoruskiego profesora Giennadija Adamowicza, przyjechała do Polski w 2015 roku na zaproszenie Pauliny Antipowej oraz Olgi Chorąży.

„Pamiętam, że spóźniłam się na zajęcia dwadzieścia minut i wszyscy czekali tylko na mnie. W pierwszym odruchu chciałam usiąść gdzieś w kąciku, żeby nie przeszkadzać. Ale powiedziałam sobie: „Przecież ten warsztat jest dla ciebie i tyle na niego czekałaś”. Przemaszerowałam przez całą salę i usiadłam blisko trenerki. Atmosfera była niesamowita. W drugim dniu warsztatów rozumiałam już wszystko bez pomocy tłumaczki, chociaż język rosyjski znam bardzo słabo. Wydaje mi się, że ta wiedza i ruch tkwią gdzieś głęboko w nas. Wiele kobiet w trakcie zajęć opowiadało, że one to pamiętają i czują. Dla mnie uderzające było uczucie niesamowitej jedności i bliskości z kobietami. Szczególnie mocno odczuwałam je drugiego dnia zajęć, kiedy wygłaszałyśmy intencje. Czułam, że każda z obecnych na sali kobiet jest mi bardzo bliska, a to o czym mówiły, znałam z własnego doświadczenia”.

„Po warsztatach podeszłam do Julii i powiedziałam, że chciałabym pracować taką metodą z kobietami w Polsce. Nie tylko mnie zafascynowała wtedy gimnastyka słowiańska. Kolejne spotkanie odbyło się we wrześniu tego samego roku, pojawiło się na nim sporo uczestniczek, które pamiętałam z pierwszych zajęć. Myślę, że wiele przyjaźni zawartych w trakcie tamtych warsztatów przetrwało i większość kobiet, która wtedy ukończyła kurs instruktorski, nadal pracuje z kobietami, a gimnastyka słowiańska jest bardzo ważną częścią ich życia.”

Inteligentna przestrzeń, która dopasowuje się do naszych potrzeb

O gimnastyce słowiańskiej wiadomo nieco więcej od 1995 roku dzięki naukowej pracy białoruskiego wykładowcy Giennadija Adamowicza. Na jednym z wykładów Adamowicz usłyszał od swojej studentki o ćwiczeniach, które dziewczyna znała od swojej babki. Zafascynowany niezwykłą opowieścią zaczął prowadzić miejscowe badania etnograficzne i rozmawiać z wiejskimi kobietami o specjalnej gimnastyce, którą praktykowano od pokoleń. Adamowiczowi udało się zebrać i opisać zestaw 27 ćwiczeń. Gimnastykę połączył z horoskopem słowiańskim i nadał jej kształt, w jakim dziś jest często praktykowana. Ćwiczenia znane jako system „Stojąca Woda” sięgały korzeniami do pogańskiej kultury naszych przodków i związane były z tradycją dawnych Słowian czczących Biereginie, boginie-opiekunki i obrończynie przed złymi mocami (nazwa Biereginie odnosi się dziś do ukraińskich motanek – słowiańskich lalek tradycyjnie wykonywanych przez matki i córki). Adamowicz prowadził wiele warsztatów na temat słowiańskiej gimnastyki na Białorusi i uważał, że ćwiczenia opierają się nie tylko na tradycyjnej wiedzy, ale są także zakorzenione w „pamięci genetycznej” słowiańskich kobiet.

„Kobiety w poszczególnych rodach miały swoje konkretne ćwiczenia, być może wyliczane z dat urodzenia. Pierwotnie gimnastyka słowiańska była tańcem. Kobieta czuła się związana z naturą, była połączona z energiami ziemi i nieba. Poprzez taniec i zestaw pewnych ruchów komunikowała się z otoczeniem i obszarami związanymi ze światem bogów, ludzi oraz przodków. Wiedziała intuicyjnie, w jak sposób powinna się poruszać, żeby uzyskać konkretny efekt. My dopiero uczymy się tego, w jaki sposób słuchać swojego ciała i czuć jego potrzeby.”

Gimnastyka słowiańska jest zestawem 27 ćwiczeń. Tyle udało się przynajmniej zrekonstruować Adamowiczowi. Każda pozycja niesie pewną informacje i energię. Ćwiczenia dzielą się na trzy grupy: Górny, Średni i Dolny świat, co odwołuje się bezpośrednio do wierzeń dawnych Słowian. Górny był światem bogów, Środkowy przestrzenią ludzi, Dolny był miejscem, w którym przebywały dusze przodków.

„Jako instruktorka nie jestem tak mocno osadzona w słowiańszczyźnie. Odnoszę się do niej z wielkim szacunkiem, ale bliższe jest mi podejście psychologiczne, w którym Górny świat jest naszą nadświadomością, Średni – świadomością, a Dolny odnosi się do obszaru podświadomego. Dla mnie gimnastyka słowiańska spaja bardzo wiele istotnych elementów, które się wzajemnie uzupełniają, a każdy jest tak samo ważny” – wyjaśnia Monika. „Gimnastyka jest żywym systemem i pewnego rodzaju inteligentną przestrzenią, która pracuje, i w której zawiera się głęboka mądrość o nas samych. Kiedy poznajemy gimnastykę słowiańską, zaczynamy wchodzić z nią w dialog. Dlatego każda z nas będzie ją odbierać po swojemu, inaczej odczuwać każdą pozycję. Dla niektórych kobiet ważne będą symbole umieszczone na kartach do ćwiczeń, dla innych nie będą one miały większego znaczenia. Gimnastyka słowiańska jest niezwykle pojemna i szeroka, można wybrać z niej to, co sprawia nam najwięcej radości.”

Jednym z niezwykłych elementów gimnastyki słowiańskiej są specjalne karty do ćwiczeń. Na każdej znajduje się symbol zaczerpnięty z tradycji ludowej. „Nie mamy stuprocentowej pewności, co oznacza każdy z nich i z jaką związany jest energią. Zgadzamy się na pewną umowność, oczywiście podpartą wiedzą, ale jednak zrekonstruowaną na podstawie różnych podań. Jest to koncepcja, którą można przyjąć lub odrzucić” – tłumaczy Monika.

Zestaw 27 ćwiczeń powiązany został ze strukturą słowiańskiego horoskopu, na podstawie którego opracowywano system indywidualnego doboru siedmiu pozycji, zwanych indywidulanym kompleksem. Każdy z mikrokompleksów miał rozwiązywać inne problemy: pierwsze trzy ćwiczenia zapobiegały chorobom ciała, druga trójka rozwiązywała problemy związane ze zdrowiem psychicznym, siódme ćwiczenie pozwalało harmonizować te dwa obszary.

„Gdy się o tym mówi, może wydawać się to nieco skomplikowane, ale na zajęciach wszystko dzieje się bardzo naturalnie – tłumaczy Monika. „Jest chwila na oddech i uziemienie, czas na indywidualne intencje, później omawiam każde ćwiczenie. Jedna z najważniejszych nauk, którą wyniosłam z warsztatów z trenerkami mówi, że w gimnastyce słowiańskiej nie ma miejsca na krytykę ani negatywne komunikaty. Wszystko opiera się na pełnej otwartość i akceptacji tego, co dzieje się w danym momencie.”

Pierwsze zajęcia: każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku

Na pierwszym spotkaniu poznajemy siedem podstawowych ćwiczeń. Adamowicz opracował specjalne tabele, które na podstawie daty urodzenia, słowiańskiego horoskopu i kalendarza księżycowego pozwalały obliczyć zestaw siedmiu indywidualnych pozycji.

„Nie korzystam z tabel Adamowicza, ponieważ są niezwykle skomplikowane. Mam natomiast skrócone wersje, którymi się kieruję i ćwiczymy zestaw tylko tych siedmiu ćwiczeń, który jest przydzielony na konkretny dzień. Na zajęciach zaczynamy od Górnego świata (ćwiczenia wykonywane w pozycji stojącej), następnie przechodzimy przez Średni (ćwiczenia wykonywane na kolanach) i Dolny (pozycje na czworakach), ponownie wracamy do świata Górnego, Średniego i Dolnego. Ostatnie, siódme ćwiczenie jest najważniejsze, ponieważ symbolizuje energię danego dnia i konkretny zestaw ćwiczeń. W trakcie kolejnych spotkań poznajemy następne zestawy. Na ósmych zajęciach, które u mnie wypadają po dwóch miesiącach sukcesywnej pracy, każda z kobiet otrzymuje indywidualny zestaw ćwiczeń wyliczony na podstawie daty urodzenia. Przez te dwa miesiące można poznać podstawy gimnastyki słowiańskiej i poczuć swoje ciało, a dzięki indywidulnym zestawom ćwiczyć samodzielnie w domu. Są panie, które ćwiczą ze mną od pięciu lat i co tydzień przychodzą na zajęcia, ale są i takie, które praktykują gimnastykę w pojedynkę”.

„Dla mnie niezwykle ważna jest praca z intencją, czyli „co jest celem, do którego zmierzam”. Kiedy jestem już skupiona, wyciszona i przygotowuję się do realizacji ćwiczeń, intencja pozwala mi uświadomić sobie, co jest w tym momencie dla mnie ważne, na co kieruję moją uwagę i na czym skupiam energię. Poprzez ćwiczenia w pewnym sensie przybliżam się do realizacji tego pragnienia. Kiedy jestem w kontakcie ze sobą i wiem, czego pragnę, to mogę też przewidzieć, jaki kolejny ruch powinnam wykonać. Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. I ta intencja jest właśnie takim pierwszym krokiem do realizacji mojego celu”.

Odzyskiwanie swojego ciała

Monika, tak samo jak większość kobiet, które praktykują gimnastykę słowiańską potwierdza, że ćwiczenia w fantastyczny sposób oddziałują na ciało i pozwalają poczuć się wspaniale. „Poranne zajęcia są dla mnie jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia.” Ćwicząc aktywujemy układ hormonalny do jak najbardziej optymalnej pracy. „Odpowiada za to oczywiście określony ruch, ale także sposób, w jaki dotykamy swojego ciała. Wykonując automasaż ogrzewamy i stymulujemy nadnercza, aktywujemy grasicę, stymulujemy tarczycę i przysadkę. Ruch, który powtarzamy codziennie sprawia, że gospodarka hormonalna zaczyna się regulować, co potwierdzają prowadzone na ten temat badania. Ćwiczenia przynoszą ulgę w bolesnych miesiączkach i pomagają kobietom w menopauzie. Pracujemy również z układem limfatycznym, więc ciało staje się bardziej odporne. Mięśnie się wydłużają i uelastyczniają.”

Jednak jeszcze ciekawsze wydaje się nie to, co gimnastyka słowiańska „robi” z naszym ciałem, ale to w jaki sposób zaczynamy je odczuwać. „Ćwiczenia odgruzowują nasze ciało i usuwają gromadzone latami napięcia. Rozluźniają się barki, klatka piersiowa i biodra. Przypominamy sobie, że jako małe dziewczynki byłyśmy niezwykle gibkie, jednak z biegiem lat nasze ciała zaczęły się usztywniać. Oczywiście jest to związane z tym, że zbyt mało się ruszamy i często pracujemy w jednej pozycji, ale bardzo wiele tego usztywnienia pochodzi z napięć, które „przytrzymują” nasze ciało. W dzieciństwie wiele z nas nie zostało nauczonych sposobu prawidłowego uwalniania emocji i usuwania napięć ze swojego ciała, dlatego gromadzone przez lata przeżycia, doświadczenia i traumy tak bardzo je usztywniają.”

Poranne zajęcia są jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia (Fot. Iwona Krupińska) Poranne zajęcia są jak łyk dobrej kawy. Ciało jest luźne i otwarte, pojawia się stan radości i uspokojenia (Fot. Iwona Krupińska)

„Dla wielu kobiet ogromne znaczenie ma odkrycie, że gimnastyka słowiańska jest tylko dla nich. W kobiecym gronie mogą poczuć się bardzo komfortowo i zrobić w końcu coś dla siebie - bez bycia ocenianą i w pełnej akceptacji. To jest ten pierwszy krok, który pozwala odpocząć i na chwilę zostawić napięcie - „Aha, nic nie muszę. Jak będzie, tak będzie.”

Kiedy udaje nam się zdjąć napięcie z barków, klatki piersiowej i bioder, zmienia się nasza postawa, prostujemy się, wydłuża się kręgosłup, który staje się też bardziej elastyczny i młodnieje. Zyskujemy także niezwykłą gibkość ciała, zwiększa się ruchomość w stawach. Zarysowuje się talia i ujędrnia biust. Część kobiet chudnie, inne nabierają ciała, optymalizuje się sylwetka. „Gimnastyka dopasowuje się do naszych potrzeb. Jeśli pracujemy na głębokich poziomach i schodzi z nas to, co powodowało, że miałyśmy np. nadmiar ciała – kiedy znika ta bezpośrednio przyczyna – to ciało zaczyna po prostu chudnąć, a my przestajemy z nim walczyć. Poprzez głęboki oddech, który jest bardzo ważnym elementem ćwiczeń, uwalniamy toksyny i wszystkie napięcia. Często się zdarza, że kobiety w trakcie ćwiczeń zaczynają płakać, pojawiają się bardzo silne emocje, bo gdzieś na tym głębszym poziomie coś zaczyna się oczyszczać.”

„Ciało jest zapisem wszystkich życiowych doświadczeń. Zdarza się, że ćwiczenie przywołuje w naszym umyśle konkretną informację, coś sobie przypominamy, a za tym mogą iść emocje. To jest oczywiście długi proces, nic nie dzieje się od razu. Ale uważam, że zmiany, które przebiegają łagodnie, są bardziej trwałe.”

Bez ograniczeń

Najstarszą uczestniczką warsztatów Moniki była pani koło osiemdziesiątki, która miała spore ograniczenia ruchowe. Część ćwiczeń wykonywała siedząc na krześle. „Później wyznała, że był to jeden z cudowniej spędzonych dni” – wspomina Monika. „Ta kobieta nie czuła dyskomfortu z powodu tego, że nie mogła wszystkiego powtórzyć. Cieszyła się tym, co mogła zrobić. Kiedy ćwiczymy nasze ciało, to z każdą pozycją zwiększamy zakres jego ruchu i to, czego nie mogłyśmy zrobić wczoraj, na pewno zrobimy za jakiś czas. Ruchy w gimnastyce słowiańskiej otwierają całe ciało. Można ćwiczyć nawet z przepukliną kręgosłupa, oczywiście za zgodą lekarza. Kobiety w ciąży również mogą praktykować wszystkie pozycje i wykonywać większość ruchów. Wyjątkiem jest pozycja pączka, w której podnosimy ręce w górę. Jedynym przeciwskazaniem do wykonywania ćwiczeń jest złe samopoczucie spowodowane chorobą oraz różnego rodzaju bóle, szczególnie kręgosłupa. Ból jest również przeciwskazaniem do pogłębiania jakiegoś ćwiczenia, nie wolno przekraczać tej granicy. Ból warto poznać, można przez chwilę w nim pobyć, ale nie należy wchodzić dalej w pozycję. Nie ma w gimnastyce słowiańskiej miejsca na działanie wbrew sobie i wbrew swojemu ciału. Podchodzimy do niego z pełnym szacunkiem i respektem. Większość kobiet dopiero się tego uczy i często nie potrafi słuchać swojego ciała. Gimnastyka wywraca takie myślenie do góry nogami i mówi „rób wszystko zgodnie z sobą, dokładnie jak czujesz”.

Monika Półrolnik, od 2015 roku certyfikowana instruktorka gimnastyki słowiańskiej, pomysłodawczyni Festiwalu Siostrzanego Bycia Kobieta – Kobiecie w Łodzi. Regularne zajęcia odbywają się w Łodzi w pracowni Twórcy Skrzydeł.

  1. Psychologia

Taniec serca - na czym polega biodanza?

Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. Ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. (Fot. Wikimedia)
Patrzysz komuś w oczy, dotykasz go tylko przedramionami, oboje poruszacie się w swoim rytmie… Kilka sekund i zmiana partnera. Po dwóch godzinach jesteś pełna euforii, miłości do świata i akceptacji. Możliwe? David Goodman, nauczyciel biodanzy, twierdzi, że jak najbardziej.

Kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z pojęciem „biodanza”?
Byłem już wtedy naukowcem i psychoterapeutą, ćwiczyłem też różne formy tańca. Na biodanzę natknąłem się na jakimś festiwalu. Od razu zauważyłem, że jest silnie związana z intymnością pracy psychoterapeutycznej. Chociaż to było dziewięć lat temu, to nadal pamiętam kobietę, która jej uczyła. W jej ruchach widziałem smutek, który spowijał jej życie, ale też ogromną miłość do dzieci. Zrozumiałem, że biodanza jest bardzo emocjonalną aktywnością fizyczną. I to właśnie w niej fantastyczne – ten taniec jest związany nie tylko z ciałem, ale przede wszystkim z emocjami. Kiedy się go uczysz, dowiadujesz się, jak zmierzać uczuciami w tę samą stronę, co ciałem.

No właśnie, na czym dokładnie polega ten taniec?
Biodanza to taka unia tańca i tantry. Ruchu tanecznego, miłości i radości. Oferuje znacznie więcej możliwości niż zwykły taniec. Pozwala dawać miłość innym, ale też ją przyjmować. Nie tylko pojedynczym osobom, ale także grupie. W nieseksualnej formie – to bardzo ważne. Pozwala wyrażać siebie jako osobę delikatną, troskliwą, odważną. Możesz być kimś, kim wiesz, że chcesz być, właśnie dzięki tej akceptacji grupy, miłości, poczuciu wolności na zajęciach. Jeśliby się jej głębiej przyjrzeć, to nie jest nawet taniec. Główną różnicę stanowi tantryczny element, który pozwala łączyć się w ruchu z innymi ludźmi w grupie. Każdy poziom biodanzy jest jak szamańska podróż zaplanowana przez prowadzącego, by tworzyć spójne dwie godziny aktywności. Etap po etapie. Co trzy minuty kolejna sekcja. Na początku taneczne gry mają tylko rozgrzać. Stopniowo zwiększa się ich intensywność. Każda kolejna sekcja jest wyższym etapem w tej rozwojowej podróży. Prowadzący może zabrać wszystkich do miejsca, do którego bez niego by nie dotarli. W ciągu dwóch godzin w ludziach pojawiają się takie emocje, jakich nie odczuliby, chodząc przez lata na kurs tańca czy na dziesiątki imprez. Pamiętasz te grupowe, ekstatyczne tańce w filmie „Dirty Dancing”?

Oczywiście.
To się nigdy nie zdarza. Bo ludzie w grupie nie są tak naprawdę razem. Chyba że, jak w biodanzie, ktoś przeprowadzi ich przez kolejne etapy, by pozbyli się swoich blokad, nawiązali kontakt z innymi i wreszcie naprawdę się spotkali. I po to jest biodanza – dla chwil, które potem się długo pamięta. Które zabierają nas głęboko w „tu i teraz”.

Słyszałem, że potrafi też leczyć niską samoocenę, wstyd, nieśmiałość...
To prawda. Pierwsza część zajęć wprowadza atmosferę, w której wyzwanie jest minimalne. To istotne, bo dla osób z niskim poczuciem wartości samo wyjście na parkiet i zatańczenie z kimś twarzą w twarz jest już wyczynem. Pojawiają się myśli: „On mnie nie lubi, nie tańczę dobrze, jestem gruba”… Na kolejnych etapach ćwiczeń biodanzy te wyzwania stopniowo się zwiększają. W drugiej części zajęć wchodzimy już w coś, co nazywa się „regresją”. Chemia ciała, a konkretnie hormony, kompletnie się zmienia. Na tym etapie jesteś już w stanie głęboko połączyć się z podświadomym umysłem – to część, w której gromadzone są m.in. zakazy i nakazy z dzieciństwa. Pomiędzy kolejnymi ćwiczeniami są pauzy. Cisza. I w tych momentach kogoś przytulasz albo ktoś przytula ciebie. Ta cisza jest silnie wyczuwalna. Wtedy dokonuje się w uczestnikach zmiana. Bo czują się całkowicie zaakceptowani. Głęboko i bezwarunkowo. Kolejna osoba z grupy cię przytula albo ty obejmujesz kogoś. I następna, następna.... Aż w końcu grupa tworzy jedną całość. To wszystko mówi twemu ciału: „Jesteś w porządku, lubimy cię”. Dzięki temu blokady puszczają. Zdajesz sobie sprawę, że możesz z kimś zatańczyć i że będziesz zaakceptowany. Takie informacje podświadomie trafiają do uczestnika. I leczą jego niską samoocenę.

Stosujesz biodanzę także w terapii?
Oczywiście. Człowiek, który rozwinął ćwiczenia biodanzy, był lekarzem, psychologiem klinicznym. Szkolenie prowadzących trwa aż trzy lata. Uczymy się na nim, jak reaguje ciało, i całej biologii procesu. Jej nazwa jest z tym związana – „bio” oznacza skupienie na tym, jak reaguje organizm, a „danza” to południowoamerykańskie określenie tańca, ruchu.

Jak silna może być terapia biodanzą? Na Maltę, gdzie mieści się nasz ośrodek, przyjeżdżają zwykle ludzie, by tam zamieszkać. Wpadają na moje zajęcia i widzę, że na początku bywają niespokojni, zdenerwowani, nie potrafią patrzeć sobie w oczy. Ale po roku, dwóch są pełni życia, radości. Sposób, w jaki się poruszają, mówią, gestykulują – jest pełen sensualności. Są świadomi swoich emocji. Ich życie totalnie się zmienia.  Znajomy powiedział mi: „Od kiedy skończyłem 12 lat, nie potrafiłem przytulić się do ojca. Ale od czasu, gdy chodzę na biodanzę, często go obejmuję i on też zaczął to robić. To niesamowite”. Ludzie opowiadają mi o tym, jak biodanza zmieniła ich relacje z matkami – nie złoszczą się już na nie. Z kolei rodzice twierdzą, że dzięki zajęciom mniej krzyczą na dzieci, rzadziej reagują nerwowo na problemy. Biznesmeni, którzy mieli kłopoty z delegowaniem obowiązków albo komunikowaniem się ze współpracownikami, na biodanzie uczą się utrzymywać kontakt wzrokowy. „Teraz jestem o wiele bardziej efektywny. Mogę spotykać się z ludźmi, patrzeć im w oczy i czuję się z tym znacznie lepiej. Przez kilka dni po każdych zajęciach mam takiego kopa, jakbym dostał skrzydeł” – opowiadał mi jeden z uczestników.

Biodanza też świetnie relaksuje i pomaga w zasypianiu – wiele ludzi przychodzi do nas właśnie z powodu stresu i problemów ze snem. Te efekty biodanzy są silne i trwałe.
Mnie uczestnicy mówili, że najbardziej przyciąga ich poczucie obezwładniającej radości.
Tak, ludzie wychodzą z tych zajęć w euforii. To pierwszy profit, jaki odczuwają. Z czasem zauważają, że tym, co naprawdę dają im zajęcia, jest zdolność do okazywania swojej wrażliwości i praca ze swoimi emocjami.

Mam wrażenie, że biodanza może być potężnym narzędziem do tworzenia społeczności.
Jak najbardziej. Ludzie zbierają się w grupy, spotykają po zajęciach, wyjeżdżają razem na festiwale biodanzy, które są organizowane na całym świecie i bardzo popularne zwłaszcza na południu Europy, ale także w Anglii, Norwegii, Niemczech, we Francji, w Holandii. Są nawet specjalne ćwiczenia, które można stosować do team buildingu.

Dlaczego tak istotny jest kontakt wzrokowy?
Celem biodanzy nie jest tworzenie wyzwań, po których ludzie będą się mogli szybko dowartościować, ona ma stworzyć warunki, w których zmieniają się pragnienia uczestnika. A to umożliwia właśnie kontakt wzrokowy. Ilość ćwiczeń z jego elementem zależy od grupy. Na przykład tutaj, na Festiwalu w Nowym Kawkowie, ludzie przywykli do dobrych relacji z innymi, więc ten kontakt wzrokowy podczas ćwiczeń jest relatywnie częsty. Ale nie zawsze tak bywa, to prowadzący ocenia, co jest właściwe dla danej grupy i sytuacji. Biodanza ma sprawić, że niewerbalnie mówimy do siebie: „Widzę cię, a ty widzisz mnie”. Dzięki kontaktowi wzrokowemu między ludźmi odbywa się piękna konwersacja, bez użycia jednego słowa. Rozmawiają tylko oczy. Kontakt wzrokowy to doskonały sposób przekazywania innym miłości. Biodanza otwiera twoje serce. Pozwala zobaczyć piękno w innych osobach. W grupach zaawansowanych najistotniejsza nie jest już radość, euforia, ale właśnie piękno człowieka, którego widzisz naprzeciw ciebie.

Drugi z najistotniejszych elementów zajęć to dotyk.
Tak. To niezbędny element rozwoju człowieka. Na przykład niemowlętom jest potrzebny, by zbudować system nerwowy i odporność organizmu, zwłaszcza przez pierwszy rok życia. Ale także jako dorośli powinniśmy być dotykani. Dotyk redukuje stres i zmęczenie, pomaga też w podejmowaniu decyzji – ludzie regularnie dotykani łatwiej dokonują trudnych wyborów. W przeszłości, w czasach plemiennych, dotyk był powszechny. Był potwierdzeniem twojej przynależności do danej grupy. Teraz zredukowany jest do minimum, praktykujemy go tylko wobec najbliższych. Ale to za mało, potrzebny jest również w kontaktach społecznych. Ani kino, ani wyjście do restauracji, ani spotkania ze znajomymi tego nie zapewnią. Ale zrobi to biodanza.

Na ile pomaga fakt, że w zajęciach uczestniczą dość duże grupy?
Dynamika grupy silnie wpływa na uczestników. Radość i euforia nie pojawią się w małej, 2–3-osobowej grupie. Tutaj potrzeba spotkania w większym kręgu, co najmniej 12–15 osób.

Liczebność grupy zależy także od tego, jak doświadczeni są uczestnicy – na wyższych poziomach wystarczy nawet 5 osób – wtedy atmosfera robi się bardziej intymna. Prowadzący stymulują dynamikę grupy, m.in. poprzez różnorodną muzykę –  rock, opera, etno. Jest przestrzenią, w której uczestnicy mają się poruszać. Zresztą próba opisania biodanzy jest próbą opisania smaku czekolady. Musisz jej sam spróbować, by to zrozumieć.

Jak to wygląda?

Ćwiczenie pierwsze
  • Uczestnicy chodzą po sali, swobodnie, swoim krokiem i tempem. Kiedy kogoś mijają, spoglądają mu w oczy, uśmiechają się i idą dalej. Na hasło „Jeden” każdy tańczy w rytm muzyki, jak chce i czuje. Na hasło „Dwa” uczestnicy próbują kopiować taniec czy zachowanie kogoś w pobliżu. Na hasło „Trzy” wszyscy tworzą pociąg. Na hasło „Cztery” jedna osoba tańczy w środku, a reszta wokół niej.
Ćwiczenie drugie
  • Uczestnicy dobierają się w pary i w rytm muzyki wykonują równo następujące zadania: cały czas patrząc sobie w oczy, klaszczą prawymi rękami, a potem lewymi. Co kilkanaście sekund na hasło prowadzącego następuje zmiana partnera.
Ćwiczenia na wyższych poziomach
  • Przy spokojnej muzyce uczestnik delikatnie dotyka włosów drugiej osoby. Bardzo delikatnie. Co kilkanaście–kilkadziesiąt sekund następuje zmiana partnera.
  • Uczestnicy w parach delikatnie dotykają siebie nawzajem, ale tylko przedramionami.
David Goodman terapeuta, doktor fizyki kwantowej, trenuje techniki walk Wschodu oraz różne formy tańca.

  1. Psychologia

Psychosomatyka a stres. Jakie sygnały z ciała świadczą o tym, że należy się zatrzymać?

Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię. (Fot. iStock)
Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię. (Fot. iStock)
W dzisiejszych czasach nadaktywność to warunek konieczny sukcesu. Drobna dolegliwość czy choroba, która wyłącza nas na chwilę z codziennego pędu, może być okazją do zatrzymania i ogarnięcia rozdźwięku, jaki powstał pomiędzy tym, co w twoim sercu, głowie i ciele.

Dla wielu życie bez kalendarza wypełnionego po brzegi, odwoływanie ważnych spotkań, przerwa na chorobę czy choćby kilka dni wolnego, ot tak po prostu, bez wyraźnego powodu – jest nie do pomyślenia. Jeśli i ty należysz do tej grupy, pewnie podświadomie uważasz, że musisz działać, pracować po 12 godzin na dobę, by być widoczna. Boisz się, że kiedy twoja aktywność spadnie poniżej pewnego poziomu, po prostu… znikniesz, przestaniesz istnieć, świat o tobie zapomni. A tu nagle totalna klapa, wstajesz z łóżka i nic ci się nie chce. Albo dopada cię przeziębienie, ból głowy nie pozwala odpowiedzieć na e-maile, zaplanować dzisiejszego dnia i jak zwykle wcisnąć w grafik jeszcze kilku bardzo ważnych spraw do załatwienia.

Życie na dopalaczu

Kiedy trafia do mnie pacjent pogodzony ze swoją niemocą, jestem pełna optymizmu. Nie liczy na to, że dam mu czarodziejski bacik, którym uda mu się pogonić samego siebie do aktywności, ale odważnie mówi: „Mam wszystkiego dość. Dłużej już nie dam rady. Poddaję się”. To dobry znak, że przestał walczyć z samym sobą, zmuszać się do czegoś, co nie jest „jego”, jest gotowy do zatrzymania i refleksji. Do tego, żeby wreszcie zacząć czuć. Bo czuć możesz jedynie w bezruchu, zatrzymaniu, chwilowym odcięciu się od wszystkiego, co na zewnątrz. Tylko w takim stanie masz szansę ogarnąć panujący w tobie chaos. Niestety, taka optymistyczna wizja nie zdarza się często. Tym, którym wysiadły wewnętrzne baterie, świat oferuje „cudowne” dopalacze, do wyboru, do koloru. Kawa, napoje energetyczne, preparaty na „dotlenienie” mózgu, magiczne witaminy, zestaw ćwiczeń na pobudzenie energii, a w najgorszym wypadku – łagodny antydepresant. Kiedy te cudowne specyfiki nie przynoszą pożądanych rezultatów, znajomi, lekarze, instruktorzy fitness bezradnie rozkładają ręce, a poganiane ciało zaczyna demonstrować coraz to nowe, nieprzyjemne symptomy – pacjent trafia do terapeuty i ostatkiem sił domaga się błyskawicznego doładowania baterii, z której, niestety, nic się nie da wykrzesać, dopóki chwilowa lub długotrwała niemoc nie zostanie zaakceptowana i do końca przeżyta.

Kiedy nie chce ci się chcieć

Robert E. Thayer, profesor psychologii, autor książki „Źródło codziennych nastrojów. Kontrola energii, napięcia i stresu”, wyróżnił cztery stany nastroju, zestawione na dwóch ciągach pobudzenia: spokój–energia, spokój–zmęczenie, napięcie–energia i napięcie–zmęczenie.

W stanie spokoju–energii znajdujesz się wtedy, gdy jesteś wypoczęta, masz energię do działania, dobry nastrój. Stan spokój–zmęczenie wskazuje na funkcjonowanie na obniżonym poziomie, trudno jest ci się skoncentrować na pracy, ale jeśli akceptujesz to i bez poczucia winy odpoczywasz albo zajmujesz się czymś, co sprawia ci przyjemność, ten stan szybko mija. W stanie napięcie–energia działasz, ale twoje ciało jest napięte do granic możliwości (zwłaszcza szczęki, barki, szyja i plecy). Z perspektywy ewolucyjnej ten stan przypomina gotowość do walki bądź ucieczki, które uaktywniają się w sytuacji stresu. Napięcie–zmęczenie to stan, w którym poczucie „nic mi się nie chce” uaktywnia się w całej okazałości. Opadasz z sił, czujesz się wykończona, nie możesz spać, być może próbujesz ratować humor kolejną kawą albo czymś słodkim. Oprócz przygnębiających uczuć pojawiają się również negatywne myśli, brak wiary we własne możliwości, czarne wizje przyszłości, przekonanie o poważnej chorobie.

Rezygnacja z walki z samą sobą, próby reanimacji na siłę, zatrzymanie się w tym stanie niemocy, odszyfrowanie, o co tak naprawdę chodzi, to jedyny sposób, by odzyskać energię.

Posłuchaj swojego silnika

Kilka tygodni temu jechałam na ważne spotkanie. W pewnym momencie silnik samochodu zaczął dziwnie pracować, jakby zwolnił, samochód stracił moc. Wyłączyłam go i spróbowałam zapalić jeszcze raz. Ruszył do przodu, a potem znowu zwolnił. Kiedy odholowałam samochód do warsztatu, mój mechanik przez kilkanaście minut uważnie przysłuchiwał się pracy silnika: „Posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia”. Właśnie tak. Jeśli twoja niemoc trwa dłużej niż dwa tygodnie, poddaj się jej, przestań walczyć, nie popędzaj się dopalaczami. Nie słuchaj natrętnych myśli w stylu: „No dalej, do roboty, przestań się lenić”. Połóż się i posłuchaj, co ciało ma ci do powiedzenia. Co czujesz? Napięcie czy osłabiające rozluźnienie? Co z twoją energią do działania? Pierwszy, ważny krok to rozpoznanie, czy twoje „nic mi się nie chce” to stan: spokoju–zmęczenia, napięcia–energii czy raczej napięcia–zmęczenia.

Jeśli jesteś zmęczona, ale spokojna, być może wystarczy kilka dni odpoczynku. Napięcie–energia domaga się zwolnienia tempa pracy i znalezienia najlepszej dla ciebie metody na rozładowanie stresu. Świetnie sprawdzi się tu umiarkowana aktywność fizyczna, np. półgodzinny spacer. W stanie napięcia nie pomogą ćwiczenia relaksacyjne, jeśli wcześniej ich nie stosowałaś. Nie wytrzymasz leżenia w bezruchu. Jeśli brakuje ci energii, ale nie czujesz napięcia w ciele, dobrą metodą na jej podniesienie będzie medytacja albo jakikolwiek sposób na zaspokojenie potrzeby przyjemności. Pomyśl, co zwykle ci pomaga, kiedy czujesz zmęczenie psychiczne, choć ciało jest wypoczęte. Może rozmowa z przyjaciółką, lektura ciekawej książki czy karmiący seks?

Jeśli twój stan to napięcie–zmęczenie, a na dodatek pojawiają się nieprzyjemne symptomy w ciele, np. migrena, bóle żołądka czy bezsenność, skorzystaj z pomocy terapeuty – psychologa albo zaufanego terapeuty manualnego. Najważniejsze, byś uciszyła negatywne myśli, lęki, że do niczego się nie nadajesz, strach, że to na pewno jakaś poważna choroba albo co najmniej wypalenie zawodowe. Zaufaj swojemu organizmowi; zatrzymaj się, wejdź w stan „nic mi się nie chce”, nawet wzmocnij go tak, by dobrze go poczuć. Przeżyj do końca swoją niemoc, nie bój się rozpadnięcia, zniknięcia – to tylko twoje przerażające fantazje, nic złego ci się nie stanie. Czasami akceptacja stanu rzeczy wystarczy. Nie potrzeba głębokich analiz, szukania ukrytych powodów, sięgania do traum z dzieciństwa. Wewnętrzne akumulatory każdego z nas mają prawo od czasu do czasu się rozładować, tak po prostu. Kiedy w pełni przeżyjesz stan ,,nicniechcenia”, energia wróci ze zdwojoną siłą.

Ból to najsilniejszy komunikat

- Pod wpływem długotrwałego bólu zmienia się sylwetka, chód, mimika twarzy, ciało traci naturalną spontaniczność. Ciało, przez lata lekceważone, zaczyna krzyczeć coraz głośniej, symptomy się przemieszczają, ból rozprzestrzenia się na pozostałe organy. Następuje rozdzielenie pomiędzy głową, ciałem i sercem. Kiedy dominują głowa i serce – pacjent racjonalizuje swoje symptomy, szuka rozwiązania ,,z umysłu”: cudownej tabletki, rehabilitanta czarodzieja. Połączenie ciała i serca powoduje, że pacjent podchodzi zbyt emocjonalnie, boi się reakcji własnego ciała, oddaje odpowiedzialność za swój stan zdrowia i życia w ręce specjalistów. Połączenia głowy i ciała to reagowanie na objawy, bez odkrywania ich przyczyny. Dlatego głównym celem mojej terapii jest pomoc w zintegrowaniu głowy, ciała i serca. Uświadamiam pacjentowi, jaki jest związek pomiędzy jego zachowaniem (np. sposobem pracy przy komputerze) a symptomem z ciała (np. bólem barku). Kolejnym krokiem jest nauczenie pacjenta szukania powiązań pomiędzy sytuacją życiową a dyskomfortem w ciele, czyli połączenie głowy z ciałem. Dalej sprawdzamy, jakie emocje wywołuje konkretna sytuacja, czyli związek pomiędzy ciałem i sercem. Połączenie głowy z sercem i z ciałem pozwala na świadome życie i podejmowanie dorosłych decyzji, co dalej chcemy z nim zrobić - mówi Jacek Sobol, rehabilitant, osteopata.

Czujesz zmęczenie? Może warto udać się do lekarza

  • Jeśli od dawna nie wykonywałaś podstawowych badań krwi, zrób je. Ogólne osłabienie i zniechęcenie może być oznaką anemii.
  • Jeśli oprócz osłabienia dokucza ci senność i przez ostatnie 2–3 miesiące przybrałaś na wadze 3–4 kg, dodatkowo masz suchą skórę, wypadają ci włosy – może to świadczyć o problemach z tarczycą.
  • Jeśli zmęczeniu towarzyszą zaburzenia miesiączkowania, odwiedź ginekologa i zrób badania poziomu hormonów płciowych.

Praca z symptomami w 11 krokach

Jeśli bardziej niż zmęczenie dokucza ci wiecznie powracająca dolegliwość, jak ból głowy, przeziębienie czy rozstrój żołądka, albo nawykowo reagujesz nimi na różne ważne wydarzenia w swoim życiu, spróbuj regularnej pracy z symptomami. Jest wiele metod, z których możesz skorzystać. Najważniejsze, by nie próbować kontrolować dolegliwości (np. poprzez tłumienie objawów lekami) i nie traktować swojego ciała jak wroga, którego ktoś lub coś ma ujarzmić. Nie walcz ze swoim ciałem – to, z czym walczysz, staje się coraz silniejsze.
  1. Znajdź chwilę dla siebie, połóż się albo usiądź wygodnie, zrób kilka głębokich oddechów, zamknij oczy.
  2. Postaraj się połączyć symptom ciała z tym, co aktualnie dzieje się w twoim życiu, np. w związku z jakim wydarzeniem zaczęłaś cierpieć z powodu bolesnych miesiączek
  3. Przypomnij sobie inne sytuacje, momenty ze swojego życia, kiedy czułaś się podobnie, np. na co najczęściej chorowałaś w dzieciństwie?
  4. W wyobraźni zapakuj do jednego worka wszystko, co wiąże się z twoim problemem (myśli, sytuacje) i poczuj, co teraz dzieje się w twoim ciele (głównie w obszarze brzucha i klatki piersiowej). Pamiętaj, że prawdziwe uczucia pojawiają się w twoim tułowiu, począwszy od klatki piersiowej, na okolicach miednicy skończywszy. Dolegliwości dotyczące głowy i szyi to przede wszystkim komunikaty płynące z głowy, a nie z serca. Symptomy zlokalizowane w nogach, stopach, rękach, dłoniach wskazują na problemy z przynależnością (korzeniami), ugruntowaniem (związkiem z bliskimi), a także dawaniem i przyjmowaniem (relacjami).
  5. Kiedy w brzuchu czy klatce piersiowej pojawi się jakieś doznanie, nawet najbardziej subtelne, nie analizuj go, nie nazywaj, a jedynie oddychaj do tego miejsca, możesz też położyć tam lewą rękę.
  6. Kiedy już zaakceptujesz pojawiające się doznanie, pozwól, by z tego niejasnego odczucia wypłynęło jakieś słowo, obraz, dźwięk lub gest. Jeśli czujesz potrzebę wyrażenia go, zrób to, powiedz: ,,Czuję ogień w brzuchu”, krzyknij, kopnij, zaciśnij pięść itp.
  7. Kiedy poczujesz, że nadałaś już swojemu doznaniu jakąś formę (słowa, dźwięku, gestu, obrazu), kilkakrotnie wzmocnij ją i poczuj, czy w doznaniu coś się zmieniło. Jeśli np. pojawi się potrzeba głębokiego oddechu, rozluźnienie czy płacz, to znak, że trafiłaś – połączyłaś niejasne doznanie w ciele ze sposobem wyrażenia go.
  8. Na moment wróć do głowy i zastanów się, w jakich sytuacjach w codziennym życiu czujesz się podobnie. Kiedy, w jakich momentach wzdychasz z ulgą, czy pojawia się w tobie potrzeba oczyszczającego płaczu? Przez cały czas wykonywania ćwiczenia postaraj się nie nadawać swojemu doznaniu medycznej etykietki, np. „ogień w brzuchu to objaw mojej choroby wrzodowej”.
  9. Jeśli pojawi się w twojej głowie wspomnienie traumatycznych przeżyć, zatrzymaj się przy nich na chwilę, ale nie stapiaj się z nimi w jedno. Nie szukaj przyczyn swojej choroby w przeszłości, bo w ten sposób jedynie znajdziesz zajęcie dla swojego umysłu i odetniesz się od przeżywania. Najważniejsze jest to, co teraz odczuwasz w swoim ciele.
  10. Kiedy w trakcie pracy z symptomem pojawią się silne uczucia, obserwuj je z właściwego dystansu; bez oceniania, nadmiernego wchodzenia w nie, bez lęku, poczucia winy, z akceptacją i ciekawością. Bądź blisko swoich przeżyć, ale nie identyfikuj się z nimi.
  11. Wróć do swoich doznań w brzuchu i klatce piersiowej. Gdyby te doznania umiały mówić, co by powiedziały? Czujesz ucisk? Może chcą powiedzieć: „Potrzebuję więcej przestrzeni”. Idź za tym i wyobraź sobie, że stajesz się bardziej niezależna, bronisz swojej intymności. Może potrzebujesz teraz jakiegoś zdania, potwierdzenia, np.: ,,Jestem po twojej stronie”. Jeśli po jego wypowiedzeniu rozluźnienie w ciele zwiększy się, to znak, że trafiłaś w dziesiątkę. Przez kilka najbliższych dni powtarzaj sobie to zdanie jak mantrę, do momentu, aż poczujesz, że umocniłaś się w swojej nowej postawie życiowej.

  1. Zdrowie

Refleksologia – na stres, wyczerpanie i napięcia nerwowe

Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. (fot. iStock)
Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. (fot. iStock)
Ludzkie ciało przypomina wielki atlas świata – pełne jest map, wyznaczających ważne punkty, połączenia komunikacyjne... Refleksolog potrafi je czytać. Wie, który punkt dotknąć, by wywołać pożądane działanie.

Skądś już to znamy – chociażby z akupresury, akupunktury. Czyli z medycyny chińskiej – z jej teorią meridianów (kanałów energetycznych), biegnących przez całe ciało. Kiedy przepływ energii w meridianach zostaje z jakichś powodów zakłócony, tworzą się zastoje energetyczne, będące przyczyną dolegliwości i chorób. Akupresura i akupunktura, polegające na uciskaniu i nakłuwaniu odpowiednich punktów (receptorów) w ciele, pomagają rozbić te zastoje, a tym samym przywrócić sprawne funkcjonowanie organizmu.

Refleksologia działa na podobnej zasadzie – przyjmuje, że narządy wewnętrzne są we wzajemnej komunikacji, że można na nie oddziaływać z zewnątrz. Tyle że tutaj, stymulując receptory (przynajmniej te na twarzy i dłoniach), można wywoływać dużo przyjemniejsze odczucia. Refleksolog Beata Sekuła mówi, że takich punktów na skórze człowiek ma kilkanaście tysięcy (na samej twarzy około sześciuset). Pobudzając je poprzez dotyk, wpływa się na poszczególne części ciała, na organy wewnętrzne. Organizm sam wie, co zrobić z takim bodźcem, jak go wykorzystać. Ty masz się tylko zrelaksować...

Podróż przez kontynenty

W Polsce to stosunkowo młoda metoda. Refleksologia stóp rozwija się u nas od 26 lat, twarzy – od 2003 roku, właśnie za sprawą Beaty Sekuły.

– Kiedy zetknęłam się z refleksologią stóp, tak mnie to wciągnęło, że zaczęłam szukać innych tego rodzaju technik – wspomina. Dotarła w tych poszukiwaniach do Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych. Poznała różne szkoły, podejścia. Różne mapy... Tak naprawdę różnią się między sobą milimetrami, nakładają się na siebie. Autorką pierwszej współczesnej mapy stóp była Amerykanka Eunice Ingham: stworzyła ją 70 lat temu. Nic dziwnego, że Stany Zjednoczone uchodzą za kolebkę dzisiejszej refleksologii. Ale korzenie metody sięgają starożytności – prawdopodobnie znana była w Chinach, Egipcie, Japonii, na Sumatrze... – Niektórzy przyjmują, że wszystko zaczęło się w Chinach, że masaż stóp rozwinął się na bazie akupresury. Nie znaleziono jednak żadnego dowodu na to, że Chińczycy uprawiali refleksologię – mówi Beata Sekuła. Pokazuje zdjęcie płaskorzeźby, datowanej na 2500 rok p.n.e. Rzeźba pochodzi ze starożytnego Egiptu, z grobowca kapłana Słońca Ankhmahore. Przedstawia sytuację przypominającą masaż stóp i rąk. – Chociaż historycy kosmetologii twierdzą, że jest to pierwszy uwieczniony w sztuce manicure i pedicure, refleksolodzy dopatrują się znamion zabiegu leczniczego. Mamy tu dwie osoby o ciemniejszej karnacji, pochodzące z Egiptu północnego, który słynął ze światłych ludzi, dysponujących ogromną wiedzą i wyczuciem. Jedna z tych osób dotyka rąk, druga stóp pacjentów, a ci chwytają się za różne części ciała, co może świadczyć o reakcjach odruchowych organizmu – o tym, że odpowiada on na bodziec. Nikt nie wie, czego dotyczy ten obrazek – my, refleksolodzy, lubimy myśleć, że jest to dowód na stosowanie refleksoterapii rąk i stóp w starożytnym Egipcie.

Podróż przez ciało

Jedno nie ulega dziś wątpliwości: mapy somatotropowe – bo tak się nazywają – występują na całym ciele: na powierzchni ramion, przedramion, ud, podudzi, na brzuchu, plecach, wokół pępka...

Beata Sekuła pracuje ze wszystkimi podstawowymi systemami: ze stopami, uszami, rękami, twarzą. Najczęściej jednak z twarzą.

– Leży ona w bezpośredniej bliskości mózgu, centralnego komputera naszego ciała, więc zabieg jest skuteczniejszy, a jego efekty szybsze – opowiada. – Kiedy pobudzane są stopy czy ręce, impulsy – by trafić do mózgu – muszą przejść przez sploty nerwowe, stawy i często napotykają tam na zaburzenia utrudniające przewodnictwo. Stopy traktuję bardziej jako narzędzie do pracy z „lokalnymi” problemami kończyn: obrzękami, bólem, zaburzeniami krążenia. Chociaż są też sytuacje, w których nie można zastosować refleksologii twarzy, choćby przy trądziku ropnym, stanach zapalnych ucha czy dziąsła – wtedy pracuję ze stopami.

Dobry refleksolog potrafi, w zależności od sytuacji, odwołać się do odpowiedniej mapy – łączyć techniki, dostosowując się do potrzeb klienta. Na przykład zaczyna od twarzy, a potem stymuluje wybrane receptory również na innych częściach ciała. Jest to tzw. refleksologia integracyjna. – Jeżeli ktoś zgłosi się do mnie z bólem kolan, prawdopodobnie, w celu pobudzenia organizmu, zaczęłabym zabieg od refleksologii twarzy, po czym skupiłabym się na punktach refleksologicznych odpowiadających za kolana, leżących na stopach i rękach – wyjaśnia Beata Sekuła. – Natomiast jeśli pacjent przychodzi z powodu nerwicy, pracuję na twarzy, ewentualnie na dłoniach. Stymulacja stóp działa bardzo pobudzająco, dostarcza dużej dawki energii – niezależnie do tego, czy organizm potrzebuje tej energii, czy nie. Osoba z problemami nerwicowymi mogłaby poczuć się po takim zabiegu bardzo rozedrgana.

Upiększyć i uzdrowić

Beata Sekuła zwraca uwagę na jeszcze jedną zaletę refleksologii twarzy, na cenny efekt uboczny – kosmetyczny. W praktyce oznacza to poprawę owalu twarzy, mikrokrążenia, eliminację zastojów, obrzęków limfatycznych, worków pod oczami, szarości cery, drobnych zmarszczek... – Głębokie bruzdy na twarzy mogą wskazywać na poważniejsze zaburzenia w pracy pewnych narządów – podpowiada refleksolog. – Są osoby, znane z życia publicznego, których czoło przecina pośrodku wyraźna, pionowa bruzda. Świadczy ona o poważnym zaburzeniu wątroby i pęcherzyka żółciowego – mówiąc obrazowo, tych ludzi zalewa żółć. Z kolei Sharon Stone – zanim zaczęła „rozprostowywać” twarz – miała na policzkach bruzdy wskazujące na zaburzenia płuc i jelita grubego, prawdopodobnie wynik palenia papierosów.

Oczywiście, nie ma tu sztywnych, matematycznych przełożeń. Refleksolog nie stawia diagnozy fizycznej, co najwyżej energetyczną. – Receptory dają obraz stanu energetycznego człowieka, ale nigdy nie mówię mu, że ma chory jakiś narząd, na przykład serce – od tego jest kardiolog. Refleksolog może powiedzieć, że wyczuł zaburzenie na poziomie meridianu serca, a to dwie różne rzeczy – mówi Beata Sekuła. I podkreśla, że refleksologia jest racjonalna, opiera się na ścisłych zależnościach fizjologicznych. – Bodźce z receptorów płyną do mózgu, on decyduje, gdzie je dalej przesłać. Czasem ktoś niepokoi się, że stymuluję mu żołądek, który już jest „nadczynny”. Ja wysyłam impuls, ale dalej już mózg zadba o to, żeby ten żołądek rzadziej się kurczył i wydzielał mniej soków. Pobudzony bodźcem organizm potrafi uruchomić mechanizmy regulacji i regeneracji, prowadzące do stanu równowagi wewnętrznej, optymalnej dla danej osoby. Bo co innego będzie oznaczała równowaga dla osoby z niewielkimi dolegliwościami, co innego dla tej, która ciężko choruje. Medycyna konwencjonalna zarzuca nam czasem, że polegamy na inteligencji organizmu, że pozwalamy mu decydować o tym, gdzie potrzebuje pobudzenia, a gdzie nie. Organizm naprawdę wyposażony jest w taki samoregulujący komputer, wybiera to, co dla niego najlepsze.

Rozświetlić emocje

– Refleksologia to bardzo precyzyjna technika, ale również sztuka – twierdzi Beata Sekuła, która ma też spore osiągnięcia w pracy z emocjami. – Masaż refleksologiczny może wpływać na łagodzenie pewnych emocji albo odwrotnie: na ich przywracanie. Możemy doprowadzić do bezpiecznego wybrzmienia emocjonalnego, pozwolić na to, żeby coś się skończyło, żeby ciało oczyściło się z tego, co mu nie służy – zapewnia. Czy to znaczy, że można sobie „zamówić” wybraną emocję? – Można „zamówić” i „odmówić”, ale człowiek musi się najpierw przyznać, że jest mu z czymś niewygodnie. Rzadko zdarza się, żeby ktoś powiedział: „jestem bardzo agresywny i chciałbym to wyregulować”. Bo być może bardzo tej agresji potrzebuje, być może po prostu nie ma innej możliwości ekspresji...

Beata Sekuła nie ukrywa, że najczęściej przychodzą do niej ludzie cierpiący z powodu miłości: porzuceni przez partnera, złamani po jego utracie, również śmierci. – Widzę, że przechodzenie przez tego rodzaju sytuacje odbywa się w podobny sposób, niezależnie od tego, czy bliska osoba pozostaje przy życiu, czy je traci. W jednym i w drugim przypadku przeżywa się żałobę.

Okazuje się, że refleksologia twarzy wpływa na pewną, niezwykle ważną dla emocji, strukturę w mózgu – ciało migdałowate.

– Jest ono elementem układu limbicznego, który odpowiada za różnego rodzaju więzi: macierzyńskie, ojcowskie, za przyjaźń, miłość – więc również za ich nadmiar czy brak – tłumaczy Beata Sekuła. – Ciało migdałowate magazynuje emocje, na szczęście możemy je oczyścić, odnaleźć równowagę. Pięknie to widać na obrazach uzyskiwanych dzięki tomografii komputerowej czy rezonansowi magnetycznemu – po regulacji ciało migdałowate i otaczający je obszar zaczynają się świecić...

Dla wszystkich, nie na wszystko

Podczas zabiegu doznania bywają różne: jednym będzie przyjemnie, inni przy tej samej technice mogą odczuwać dyskomfort. – Czasem pojawiają się mdłości, uderzenia gorąca, cierpnięcie rąk i stóp, bulgotanie w żołądku czy w jelitach. Zdarza się, że nagły ból przeszywa kogoś w miejscu, które dawało mu się we znaki wiele lat wcześniej i które formalnie zostało wyleczone. Te objawy są rezultatem tego, że coś się w ciele reguluje.

Beata Sekuła dzieli klientów na dwie podstawowe grupy: „łatwopalnych” i „niełatwopalnych”. – „Łatwopalna” osoba natychmiast reaguje na dotyk, na przykład pyta: „na czym pani pracuje?”. Mówię: „na żołądku”, a ona: „tak, właśnie czuję”. Po czym nagle wstaje, idzie do łazienki i wymiotuje. W ciągu kilkunastoletniej praktyki zdarzyły mi się 2–3 takie przypadki; „niełatwopalny” może nawet zasnąć podczas zabiegu albo stwierdzić: „nie wiem, czy to działa, chodzę, chodzę i nic się dzieje”. Zwykle jest to człowiek zdrowy, więc co niby miałoby się wydarzyć? Skoro nie było wcześniej żadnych dolegliwości, cała rzecz polega na podtrzymaniu energetycznego i fizycznego dobrostanu organizmu.

– Refleksologia jest dla wszystkich, ale to nie oznacza, że jest antidotum na wszystko – zaznacza Beata Sekuła. Poleca ją przede wszystkim jako terapię antystresową. Na przemęczenie fizyczne, psychiczne, stany zwiększonego napięcia nerwowego. Na wyczerpanie pracą, wypalenie zawodowe. – Po zabiegach pojawia się zwiększona odporność na czynniki stresotwórcze – sytuacje, które wcześniej doprowadzały nas do szału, przestają już mieć nad nami władzę. Takie reakcje jak pobudzenie pracy serca, wzrost ciśnienia, ból głowy tracą na sile – mówi terapeutka. Inne wskazania to kłopoty z pamięcią, koncentracją, z przyswajaniem informacji, kojarzeniem. Refleksologia może też wspomagać pracę z nadwagą. – Uwalniające się podczas zabiegu endorfiny wpływają na uczucie satysfakcji, zmniejsza się zapotrzebowanie na słodycze i tłuste pokarmy. To wspiera dietę.

Ważne: utrwalenie bodźców

Zabieg refleksologii twarzy jest głęboko odprężający, wprowadza w stan błogości, rozluźnienia, ale przy stopach jest już inaczej, może pojawić się ból. Tylko że ból w receptorze nie zawsze musi oznaczać zaburzenia w odpowiadającym mu narządzie. – Zawsze będą bolały receptory leżące blisko kości – ze względu na ich silne unerwienie – tłumaczy Beata Sekuła. – Kiedy pojawia się ból, zwalniam ucisk, pozwalam klientowi odetchnąć, żeby uniknąć napięcia w splocie słonecznym. Splot słoneczny to ważny przekaźnik impulsów na drodze do mózgu – jeśli się zaciśnie, mózg zacznie nadawać sygnał: „kończ, bo nie wytrzymam.”

Jeszcze większy ból można odczuwać przy refleksologii narzędziowej. Przybory nie muszą być wyszukane – wystarczy długopis, chińskie pałeczki... Beata Sekuła zapewnia, że posługując się tego rodzaju narzędziami, można w 2–3 minuty uzyskać takie same efekty jak po „pełnowymiarowym” zabiegu przy użyciu palców. Jaki to wymiar?

– Zabieg refleksologiczny nie powinien przekroczyć 40 minut. Mózg ma swoją wydolność, jeżeli go przestymulujemy, to – zamiast uruchomić mechanizmy regeneracji i samoregulacji w organizmie – wywołamy złe samopoczucie. Dojdzie do przesytu, ciało nie przyjmie nowych informacji w sposób konstruktywny, nie przetworzy ich na bodźce terapeutyczne. Niewskazane jest też kumulowanie rozmaitych bodźców: jednego dnia refleksologia, drugiego masaż ciała, trzeciego joga... Można przedawkować – jak ktoś, kto wraca ze SPA z bólem głowy.

Ale faktem jest, że refleksologia działa w seriach – dla skuteczności zabiegów ważne jest, by były wykonywane z dużą regularnością, w niewielkich odstępach czasowych. – To jak z psem Pawłowa – żeby utrwalić bodziec, potrzebne są kolejne powtórki. Nasz organizm chętnie przestawi się na nowy tryb – o ile zechcemy mu w tym pomóc.

Beata Sekuła: refleksolog twarzy, stóp, dłoni, uszu, twórczyni Międzynarodowego Instytutu Refleksologii Twarzy w Warszawie.

Podręczna refleksologia

Objawy zbliżającego się lub już istniejącego przeziębienia, katar, ból zatok, kichanie

Palcem wskazującym pocieraj energicznie pionową linię na środku czoła, od nasady nosa do linii włosów. Powtórz te ruchy 30–40 razy. Następnie, oboma palcami wskazującymi równocześnie, pocieraj miejsca, gdzie boczne krawędzie nosa łączą się z twarzą. Zrób 30–40 energicznych powtórzeń. Teraz, również oboma palcami wskazującymi naraz, pocieraj skórę tuż nad górną wargą. Pracuj w kierunku do środka i na boki, palce miej ułożone równolegle nad wargą. 30–40 powtórzeń, energiczne tempo.

Stosuj tę technikę kilka razy w ciągu dnia. W ten sposób stymulujesz strefy odruchowe zatok czołowych, nosowych i szczękowych.

Trema, lęk, niepokój, pobudzenie nerwowe, zbliżający się wybuch emocjonalny, bezsenność

Punkty pomagające odzyskać równowagę emocjonalną znajdują się w okolicy uszu. Znajdź mniej więcej półcentymetrową pionową linię z przodu ucha (tam gdzie łączy się ono z twarzą). Pocieraj tę linię, po obu stronach twarzy, ok. 15–20 razy.

Punkty uspokajające znajdują się też w dołku za uszami, tuż pod płatkami uszu. Pocieraj je jednocześnie 15–20 razy.

Opisaną technikę stosuj kilka razy dziennie, by złagodzić występujące objawy, lub doraźnie.