1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Najstarsi, najmłodsi, jedynacy - jak role w rodzinie wpływają na nasze życie?

Najstarsi, najmłodsi, jedynacy - jak role w rodzinie wpływają na nasze życie?

Rodzice mniej lub bardziej świadomie, przydzielają nam określone role w rodzinie. Zależne są one od ich oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie naszych narodzin. (Ilustracja: iStock)
Rodzice mniej lub bardziej świadomie, przydzielają nam określone role w rodzinie. Zależne są one od ich oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie naszych narodzin. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Mama i tata – dali ci życie i kochali najmocniej, jak potrafili. Ale też, mniej lub bardziej świadomie, przydzielili ci w rodzinie określoną rolę, zależną od własnych oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie twoich narodzin. Sprawdź, czy nadal ją pełnisz.

Którym dzieckiem z kolei jesteś w rodzinie? Kiedyś to było jedno z najważniejszych pytań, jakie zadawali terapeuci pacjentom podczas zbierania wywiadu. Role dziecka w rodzinie były zaś dokładnie opisane w psychologicznych poradnikach. Od tego czasu trochę się zmieniło. Na przykład najstarsze dziecko, kiedyś owoc eksperymentów młodych rodziców, dziś często jest wynikiem przemyślanej decyzji. Środkowe – bywa, że jest dziełem przypadku, kiedy para po wielu staraniach, wspomagana nowoczesną medycyną, wreszcie spodziewa się dziecka, a po roku, dwóch, zupełnie niespodziewanie na świat przychodzi kolejny potomek. Najmłodsze to nierzadko owoc pogodzenia się rodziców po czasowej separacji albo nowe dziecko w nowym związku. Jedno nie zmieniło się jednak wcale: nasze życie w dużym stopniu naznaczone jest (a może nawet napiętnowane) niewidzialnym, ale bardzo silnym wpływem rodzinnych oczekiwań i głęboko zaszczepioną lojalnością wobec rodziców.

Najstarszy – ten duży

Co do najstarszego dziecka rodzice mają jasne oczekiwania i konkretne plany: prestiżowa szkoła, zawód, a w przyszłości odpowiedzialność za kontynuowanie rodzinnych tradycji i pomnażanie majątku.

Elżbieta od wczesnego dzieciństwa była przygotowywana do przejęcia rodzinnej firmy. – Wiadomo było, że to ja będę kierowała biznesem po ojcu, ale również, że będę zajmowała się rodzicami na stare lata. Młodsza siostra często wypomina mi, że nie muszę martwić się o pracę, ale kiedy mama miała operację, oczywiste było, że ja wrócę z wakacji, żeby odebrać ją ze szpitala.

Najstarsze dziecko zwykle pełni rolę zastępczego rodzica dla rodzeństwa; to do niego dzwonią mama czy tata, żeby pożalić się na niesfornego syna, poprosić o pomoc przy chorym dziecku drugiej córki. To ono czuje się odpowiedzialne za organizację rodzinnych spotkań czy ulokowanie oszczędności rodziców.

„Ustąp, bo jesteś starsza” – ile razy w dzieciństwie Magda słyszała to zdanie? Starsza to znaczy mądrzejsza, bardziej odpowiedzialna, niesprawiająca kłopotów, radząca sobie sama. Tak jest do dziś. Kiedy umierał tata Magdy, to ona, a nie o rok młodszy brat, musiała być tą najsilniejszą, a gdy raz pozwoliła sobie na słabość, usłyszała: „Ty nie dajesz rady?!”. Bo najstarsze dziecko przez całe życie jest „na celowniku”: jego sukcesy odbierane są jako oczywistość, za to porażki surowo punktowane.

Większość moich pacjentów, którzy z różnych powodów zerwali kontakty z rodziną, to właśnie najstarsze dzieci. – Wybrałam partnera z konserwatywnego środowiska – opowiada Dorota. – Moja rodzina była niekonwencjonalna. Łudziłam się, że ktoś z tzw. normalnego domu zapewni mi poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo brakowało mi w dzieciństwie.

Kiedy sześć lat po ślubie jej mąż odszedł do innej kobiety, Dorota przez dwa lata utrzymywała to w tajemnicy przed rodziną. Wstydziła się o tym powiedzieć, bała się, że zostanie odrzucona.

Ale bycie najstarszym ma też dobre strony. Pierworodni to zwykle ludzie odnoszący sukcesy: samodzielni, odważni, z pasją realizujący swoje plany, odpowiedzialni. Można na nich liczyć. Wiedzą, czego chcą, i potrafią o siebie walczyć. A kiedy pogodzą się, że jak każdy, mają prawo do słabości, świat staje przed nimi otworem.

Środkowy – poszukiwacz

Kiedy słyszę zdanie: „Mam trzydzieści parę lat i nie wiem, kim jestem” – mogę w ciemno obstawiać, że pacjent jest środkowym dzieckiem w rodzinie. Jego miejsce od momentu narodzin nie jest jasno określone; nigdy nie zaznało przywilejów jedynaka czy najstarszego, a jak już było najmłodsze, to bardzo boleśnie przeżyło detronizację. Od dzieciństwa musi walczyć o pozycję, bywa, że próbuje dogonić najstarsze albo zdominować najmłodsze. Często pełni rolę rodzinnego rozjemcy, który bardziej dba o dobrą atmosferę niż o własne potrzeby.

– Moja starsza siostra ciągle kłóci się z mamą, za to najmłodsza bez skrupułów wykorzystuje ją do pomocy przy dzieciach – żali się Ania. – A ja muszę wysłuchiwać skarg wszystkich trzech.

Kiedy Ania zaszła w ciążę, po raz pierwszy poczuła, że ona i jej sprawy mniej obchodzą rodziców niż życie sióstr. To było dla niej bardzo bolesne. – Mama przez całą ciążę nie zapytała mnie, jak się czuję, a kiedy powiedziałam, że będę miała dziecko i nie chcę się stresować problemami sióstr, wszystkie się na mnie obraziły.

Środkowe dziecko często jest w rodzinie niewidzialne. Zdarza się – jak w przypadku jednego z moich pacjentów – że rodzice mylą jego imię, nie pamiętają o urodzinach, bagatelizują stan zdrowia.

– Od dzieciństwa bałam się, że kiedy zgubię się w sklepie, rodzice nie będą mnie szukać – mówi Irena. – Dziś wybieram mężczyzn brylujących w towarzystwie, bo mogę się ukryć w ich cieniu.

Matylda od lat leczy się z powodu bezpłodności. Po pół roku terapii przyznała się, że boi się urodzić dziecko: obawia się, że przestanie być wtedy najważniejsza dla męża: – Nigdy dla nikogo nie byłam tak ważna, jestem jego żoną, przyjaciółką, a trochę małą córeczką. Nie chcę z tego rezygnować.

Środkowe dzieci są doskonałymi przyjaciółmi i partnerami. Empatia to ich mocna strona. Potrafią być świetnymi słuchaczami, troskliwymi opiekunami, dużo dają i niewiele oczekują w zamian. Cierpliwie znoszą brak zainteresowania i uwagi, rzadko się obrażają. Choć łatwo ich zranić, zwykle nie bywają agresywni. Kiedy pewnego dnia budzi się w nich ciekawość, żeby poznać prawdę o sobie, dowiedzieć się, kim naprawdę są, pojawiają się w gabinecie terapeuty i są bardzo zmotywowanymi pacjentami. Ich zapał do pracy i tempo, w jakim odkrywają swoje wnętrze, są naprawdę imponujące.

Najmłodszy – wojownik

Kiedyś był rodzinną maskotką, wiecznym dzidziusiem, oczkiem w głowie całej rodziny. Dziś bywa samotnym wilkiem chodzącym swoimi drogami albo wojownikiem z dewizą: „Ja im pokażę, na co mnie stać”. Jest sprytny i przebiegły, nic dziwnego, bywa bowiem, że ma czworo rodziców (mamę, tatę i starsze rodzeństwo), którzy, każde na swój sposób, chcą go wychowywać. Jeśli miał szczęście (lub pecha) przyjść na świat jako nowe dziecko w nowej rodzinie, pełni podwójną rolę: najmłodszego i jedynaka. Uff! Naprawdę należy mu się współczucie.

Monika jest niewiele starsza od dziecka swojej najstarszej siostry. – Właściwie razem się wychowywałyśmy – opowiada. – Kiedy dzieciaki w szkole pytały, czy Asia (wnuczka mojej mamy) jest moją siostrą, myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Mama traktowała nas jednakowo, za to tata powtarzał, że muszę zastąpić mu syna. Jak niby miałam to zrobić?

Wymagania ojca i pobłażliwość mamy sprawiły, że Monika od lat leczy się na nerwicę. Rodzice często kłócili się z jej powodu. Od ojca wiele razy słyszała, że dla niej nie zostawił matki. Bo najmłodsze dziecko często bywa kartą przetargową pomiędzy rodzicami. Jego motto życiowe to stać się kimś, kto zasługuje na podziw. – Musiałam im udowodnić, że warto było mnie urodzić, choć czasami czułam, że gdyby mnie nie było, gdyby coś mi się stało, naprawdę by im ulżyło – żali się Ewa, którą rodzice poinformowali o rozwodzie w dniu jej osiemnastych urodzin.

Bywa też, że najmłodsze z desperacją umacnia się w roli nieporadnego dziecka, upominając się w ten sposób o uwagę rodziny. Na przykład Beata. Już nie pamięta, ile razy zmieniała kierunek studiów. Mieszka ciągle w domu rodziców, pozwala im się utrzymywać. Oddaje się swojej pasji – malowaniu. Choć nigdy nie sprzedała żadnego obrazu. – Oni twierdzą, że moje malowanie to dziecinada – mówi. – Skoro tak, to niech mnie utrzymują. Mnie się do pracy nie spieszy.

Wielu moich pacjentów cierpiących z powodu dolegliwości psychosomatycznych to najmłodsze dzieci w rodzinie. Zwracanie na siebie uwagi poprzez chorobę to sposób dobrze im znany od dzieciństwa i prawie zawsze skuteczny.

Weronika ma trójkę małych dzieci. Nigdy nie pracowała zawodowo, a przy dzieciach pomagają jej teściowie, bo często choruje. – To nie moja wina, że łapię wszystkie infekcje, które dzieci przynoszą z przedszkola. Kiedy jestem chora, mam wreszcie czas, by zająć się tym, co naprawdę lubię.

Weronika pisze wiersze, ale pewnie nigdy ich nie opublikuje. Samo pisanie jest dla niej największą frajdą.

Najmłodsze dziecko jest świetnym manipulatorem. Od rodziny, przyjaciół i partnera potrafi wiele wyegzekwować, ale w głębi duszy cierpi na brak bezwarunkowej miłości i akceptacji. Jego ból bywa tak wielki, że trudno do niego dotrzeć. Rzadko trafia na terapię. Częściej u terapeuty pojawiają się jego bliscy z prośbą o pomoc czy poradę. Jest jak nieoszlifowany diament. Pod maską twardziela lub wiecznego dziecka ukrywa swój prawdziwy potencjał. Gdyby tylko chciał go odkryć…

Jedynak o wielu twarzach

Bywa odpowiedzialny, samodzielny, nad wyraz dojrzały i niezależny. Ale też towarzyski, łatwo nawiązujący kontakty. Czasami despotyczny, mający jedyną słuszną wizję świata. Jak kameleon potrafi zmieniać kolory, wcielać się w różne role.

Lidka marzy o silnym, niezależnym mężczyźnie, ale z lęku przed odrzuceniem wybiera na partnerów nieudaczników. – Michał jest na moim utrzymaniu, choć jego rodzina ma fortunę – opowiada. – Niech mu pani powie, że to mężczyzna powinien utrzymywać dom i rodzinę.

Kiedy zgadzam się spełnić jej oczekiwania, w jej oczach widzę przestrach. Domyślam się, że zależność od kogokolwiek jest dla niej nie do przyjęcia.

Agata wychowywana była tylko przez matkę. Ojca nie znała. – Odszedł od mamy, kiedy dowiedział się o ciąży – mówi.

Agata wybiera na partnerów starszych mężczyzn. – Pewnie myśli pani, że szukam tatusia – mówi przekornie. – Faceci w moim wieku nie wiedzą, czego chcą. – A czego ty chcesz? – pytam. – Ja mogę żyć sama, nie muszę uwieszać się na kimkolwiek.

Jedynacy mają swój własny świat, potrzebują przestrzeni, której nie dzielą z nikim. Dla otoczenia bywają nie lada zagadką. Tajemniczy, intrygujący, nieodgadnieni. Z jednej strony chodzą własnymi drogami, z drugiej lubią być doceniani i podziwiani. Odporni na zranienia, ale kiedy ktoś dotknie ich do żywego, niełatwo zapominają. Zaradni i samodzielni, rzadko proszą o pomoc, ale kiedy problem naprawdę ich przerasta, zdarza im się uciekać w chorobę. Napięciowe bóle głowy to ich pięta Achillesa. Łatwo odnoszą sukcesy zawodowe, w życiu prywatnym nie mają takiego szczęścia. Starzejącymi się rodzicami opiekują się z mniejszą empatią niż najstarsze dzieci w rodzinie. Częściej zapewnią ekskluzywny dom opieki (na który bez trudu zarobią), niż wezmą do siebie. Jakby mieli pretensję do rodziców, że przyszło im żyć bez rodzeństwa.

Edyta od pół roku mieszka za granicą, ale jej mama o niczym nie wie. Kiedy pytam zdziwiona, jak udaje jej się to utrzymać w tajemnicy i dlaczego to robi, odpowiada: – Moja matka wykorzystałaby to przeciwko mnie. Wolę być zaniedbującą, ale hojną córką niż wyrodnym dzieckiem, które porzuciło własną matkę.

Odkryj rolę, jaką przydzieliła ci rodzina - ćwiczenie

Przejrzyj rodzinny album i wybierz zdjęcie, na którym jesteś ty jako dziecko i cała twoja rodzina. Jeśli nie masz takiego zdjęcia, narysuj swoją rodzinę tak, jak ją zapamiętałaś. Teraz przyjrzyj się kolejno dzieciom i na podstawie zdjęcia lub rysunku spróbuj wyobrazić sobie los każdego z nich. Możesz wymyślić najbardziej nieprawdopodobną historię albo bajkę. To twoja bajka, twój los, twoje rodzinne błogosławieństwo albo przekleństwo. Jesteś już dorosła, możesz zmienić swój scenariusz. Dla ułatwienia najpierw wymyśl go na nowo. Potem uwierz, że zmiana zawsze jest możliwa. Wszystko zależy jedynie od ciebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno dzisiaj dorosnąć?

Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. (Fot. iStock)
Rodzice narzekają: „Syn ani myśli się wyprowadzić, skończył studia, a siedzi nam na głowie i w kieszeni. Córka sprowadziła do domu chłopaka, i to miesiąc przed maturą”. Dzieci z kolei żalą się: „Rodzice ograniczają nam wolność, traktują jak przedszkolaków, choć jesteśmy przecież dorośli”. No więc jak to jest z tą dorosłością?

Hanka, lat 30, tłumaczka z włoskiego i doktorantka na italianistyce, mieszka z rodzicami i sześcioletnią córeczką w ich domu pod Warszawą. Tym samym, w którym się urodziła i wychowała. Kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, a było to na ostatnim roku studiów, miała nawet pomysł, że przeprowadzi się do kraju ojca dziecka, czyli do Włoch. Potem – że do wynajętego w centrum Warszawy mieszkania. Ale pomysły te umarły w chwili narodzin córeczki. Rodzice, od początku przeciwni związkowi jedynaczki, szybko przejęli inicjatywę – zabrali dzieci (tak mówią o wnuczce i córce) ze szpitala prosto do domu, argumentując, że tu będzie im lepiej niż w ciasnej klitce. Oddali całe piętro, urządzili, kupili niemowlęce akcesoria, wynajęli nianię (sami są aktywni zawodowo). Można powiedzieć, że „dzieci” mają wszystko, co potrzebne do życia, a nawet dużo więcej. Świetne warunki, wikt i opierunek, pieniądze na wakacje i ekstrazakupy. Ale córka nie ma już męża, a wnuczka ojca. Wyjechał do… swoich rodziców. Hanka co kilka dni odgraża się, że już, już się wyprowadza. Tata podsuwa jej wtedy kubek z ulubioną kawą po turecku, której „nikt nie parzy tak jak on”, i pyta: „A gdzie, córeczko, będzie ci lepiej?”. I córeczka zostaje.

Dorosłe dzieci

Podobnie czyni w Polsce ponad 43 procent młodych ludzi w wieku 25–34 lata. Prawie tyle, ile we Włoszech słynących z tego zjawiska, które ma tam nawet swoją nazwę: „mammisimo” albo „bamboccino”. Nie jest jednak prawdą, że rodzice utrzymują głównie bezrobotne dzieci, ponad dwie trzecie mieszkających z rodzicami pracuje na pełen etat. Ci bez pracy stanowią zaledwie 13,8 procent i te proporcje nie zmieniły się nawet w kryzysie.

Socjologowie zauważają, że dorosłe dzieci trzymają się kurczowo rodzinnych domów nie tylko z powodów ekonomicznych, ale także ze względów kulturowych. Mocne związki z rodzicami kultywuje religia katolicka. I to między innymi dlatego największy odsetek dzieci po 25. roku życia mieszka z rodzicami w krajach takich jak Włochy, Hiszpania czy Polska.

Psycholog Jarosław Przybylski przyczyn tego zjawiska upatruje przede wszystkim w zmianie stosunku rodziców do dzieci.

– W ostatnich dekadach diametralnie zmieniły się relacje międzypokoleniowe. Z autorytarnych na liberalne. Pokolenie dzisiejszych 50-latków nie mogło liczyć na to, że rodzice zaakceptują ich decyzje w wielu sferach życia. Nie było na przykład mowy, żeby mieszkać z dziewczyną przed ślubem. Robiło się to w tajemnicy albo trzeba było wziąć ślub. Młodzi ludzie, żeby żyć po swojemu, nie słuchać krytyki ojca i matki, jak najszybciej wyprowadzali się z domu. Dzisiaj rodzice są partnerami, kumplami, którzy dają dzieciom wolność wyboru. Po cóż więc córka czy syn ma się wyprowadzać, skoro dostaje w domu wszystko – i wolność, i opiekę?

Psychoterapeutka Elżbieta Pożarowska stawia podobną diagnozę: – Dzisiaj część młodych ludzi może liczyć ze strony rodziców na pomoc: mieszkaniową, organizacyjną, finansową. Ale to, że mają łatwiej, oznacza też, że trudniej im z tego wszystkiego zrezygnować. Trudno bowiem porzucić coś, co jest przyjemne, wygodne, i zdecydować się na poniewierkę, niepewny los, wynajmowanie mieszkania za własne, ciężko zarobione pieniądze. Kalkulują: „U rodziców mam pokój, jedzenie, nie płacę rachunków. Żyć na własny rachunek? Jeszcze nie teraz”. I odkładają decyzję o wyprowadzce.

Małgorzata Halber, dziennikarka, autorka książki „Najgorszy człowiek na świecie”, określa ludzi w podobnym wieku „pokoleniem, które non stop się boi, że nie jest dorosłe”. Dlaczego młodzi ludzie się tego boją? Bo jej zdaniem nie wiedzą, co to znaczy być dorosłym. W jednym z wywiadów dziennikarka mówi: „Możemy mieć dzieci, kiedy chcemy i jeśli chcemy, brać ślub, kiedy chcemy i jeśli chcemy, możemy grać na PlayStation i kupować koszulki z postaciami z dobranocek, mimo że mamy prawie 40 lat. Nasi rodzice żyli inaczej i przekazali nam przesłanie: żeby nie ryzykować, żeby się ustatkować. Chcemy żyć inaczej niż oni, ale nie umiemy się uwolnić od ich wpływu”.

Czego boją się rodzice

Rozmawiam z ojcem Hanki, zadbanym, wysportowanym panem koło sześćdziesiątki. Wie, o czym piszę, zgodził się na rozmowę, ale teraz ma wątpliwości: – Chyba nie jesteśmy dobrym przykładem do pani artykułu. Bo czy my zatrzymujemy Hanię? Absolutnie nie. Niczego jej nie zabraniamy, może się wyprowadzić, kiedy zechce. A nawet myślę, że powinna to zrobić jak najszybciej, jeżeli chce znaleźć sobie jakiegoś mężczyznę. Ale przecież jej nie wygonię, a poza tym one z wnusią nas potrzebują.

I tu tata Hani wylicza powody, dla których jednak córka powinna zostać. Według Elżbiety Pożarowskiej odpowiedzialność za to, jak dorosłe dzieci radzą sobie ze swoją dorosłością, leży w dużej mierze po stronie rodziców.

– Narzekamy, że dzieci nie wyprowadzają się z domu, ale robimy wszystko, żeby je zatrzymać. Owszem, na świadomym poziomie planujemy, że teraz, kiedy dzieci są dorosłe, zajmiemy się sobą, swoimi zarzuconymi pasjami, bo wreszcie mamy czas i warunki. Ale na poziomie nieświadomym trzymamy dzieci przy sobie. Trudno nam bowiem zrezygnować z bycia potrzebnymi, z kontrolowania dzieci, z wywierania na nie wpływu. Całe życie tak dużo ode mnie zależało, a teraz co, nie mam nic do powiedzenia? Moja miłość, moje poświęcenie są już niepotrzebne? Trudno pogodzić się z tym brakiem, trudno żyć bez „obiektu” do kochania, zwłaszcza matkom, które często dla dzieci rezygnują ze wszystkiego: pracy, pasji, przyjaciół. No więc jeśli rodzicielstwo i dom były do tej pory treścią ich życia, to po odejściu dzieci tej treści dotkliwie brakuje, pojawia się pustka, samotność, poczucie braku sensu życia. Zatrzymujemy je w domu właśnie z lęku przed tymi uczuciami. A także z obawy przed konfrontacją ze starością, bo dzieci i ich problemy w jakimś sensie nas przed tym chronią.

Kolejny nieuświadomiony, a częsty powód trzymania dzieci pod skrzydłami, na który zwraca uwagę wielu psychologów, to obawa rodziców o przyszłość ich małżeństwa. Do tej pory to dziecko cementowało ich związek – organizowało ich życie, bywało katalizatorem sporów między nimi, sprawiało, że musieli się pilnować, określać wobec siebie.

Elżbieta Pożarowska: – Kiedy dzieci wyprowadzają się z domu, matka i ojciec na nowo muszą stać się mężem i żoną. Wielu małżonków tego bardzo długo nie ćwiczyło, bo skupili się wyłącznie na roli ojca i matki. Kiedy zostają sami, nagle okazuje się, że dziecko to jedyne, co ich łączy. Stają twarzą w twarz jako zupełnie obcy sobie ludzie, którzy tylko mieszkają ze sobą od 20 lat w jednym mieszkaniu. Dlatego podświadomie robią wszystko, żeby nie konfrontować się z tym, że ich relacja jest pusta.

Mieszkanie z rodzicami

Mama Hanki, szczupła, modnie ubrana, w nieokreślonym wieku, podobnie jak ojciec wylicza powody, dla których córce i wnuczce w ich domu jest wygodniej, taniej, przyjemniej, zdrowiej. Po prostu lepiej. – Byłoby czystą głupotą wpędzać się w koszty, wynajmować mieszkanie, skoro one mają u nas wszystko, czego potrzebują – powtarza. – Gdyby córka zapytała, czy może się wyprowadzić, na pewno bardzo bym to przeżyła, bo tylko jedną ją mamy. Ale cóż, nie mogłabym się nie zgodzić.

Jarosław Przybylski oburza się na sam pomysł, żeby dorosłe dzieci pytały rodziców o zgodę na wyprowadzkę.

– To jakaś aberracja! Dorosłość oznacza prawo, a nawet obowiązek samostanowienia, podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. 30-letnia kobieta pytająca matkę o pozwolenie na odejście z domu jest emocjonalnie i mentalnie małą dziewczynką, tak naprawdę psychicznie przez nią ubezwłasnowolnioną. Matka nadal traktuje ją jak dziecko, które musi jej  słuchać, a może też chce, żeby to ona teraz się nią zajęła. Tak czy owak taka kobieta jest w psychicznej matni i dopóki nie przepracuje relacji z rodzicami, dopóty trudno będzie jej się od nich uwolnić.

Kolej na Hankę. Ona też zaczyna od uzasadniania, dlaczego nadal mieszka z rodzicami. Bo tak wygodniej i racjonalniej. A potrzeba bycia prawdziwie dorosłą, na swoim, na własny rachunek?

– W domu rodziców czuję się absolutnie jak u siebie. Oni mieszkają na dole, my zajmujemy z córeczką piętro. Owszem, pokrywają wszystkie koszty naszego utrzymania, ale sami to zaproponowali. Gdybym chciała, mogłabym się od nich odizolować. Ale nie chcę. Jak by to zresztą wyglądało? Mieszkamy razem, korzystam z ich pomocy, a ich ignoruję? Jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobili i robią. Mam wobec nich dług do spłacenia, tak uważam. I dlatego jeśli widzę, że oni są szczęśliwi z tego powodu, że z nimi mieszkam, to mieszkam.

Bert Hellinger, słynny niemiecki terapeuta, twórca tak zwanych ustawień, przy wszystkich okazjach (na warsztatach, w książkach) podkreśla, że relacja rodzice – dzieci z definicji nie jest dwukierunkowa. To znaczy: rodzice zawsze dają, a dzieci biorą, nigdy odwrotnie.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w książce „Skąd się biorą dorośli” pisze, że jeśli rodzice oczekują, żeby syn czy córka zaspokajali takie ich potrzeby, jak ambicje, poczucie ważności, to nie traktują ich jak kogoś, komu powinni dawać, ale jak istoty, od których powinni ciągle coś dostawać. „A przecież to naszym, rodziców, zadaniem jest dawać, a dziecka – brać i wytyczać własne ścieżki. Spokojnie, bez poczucia winy, że buduje ono swoje samodzielne życie. Może iść naprzód i to robić, bo czuje ich wsparcie. Nie przychodzimy na świat z długiem. I nie zaciągamy go przez to, że rodzice nas wychowują, opiekują się nami, zapewniają nam byt, bezpieczeństwo i czułość! To nam się od nich należy, bo wynika to z charakteru naszych wzajemnych relacji”.

Jak się uniezależnić od rodziców?

Elżbieta Pożarowska zna ze swojej praktyki terapeutycznej wielu młodych ludzi podobnych do Hanki, którzy nie potrafią wyprowadzić się z domu. Nie fizycznie, bo większość z nich w końcu to robi, ale psychicznie.

– „Wyprowadzić się” z domu psychicznie, uniezależnić, odpępowić od matki i ojca, to stanowi dzisiaj dla młodych ludzi duży kłopot. Oni tych rodziców cały czas noszą w sobie w taki sposób, że na ich działanie, wybory, uczucia ma wpływ to, czego oczekiwali i nadal oczekują od nich rodzice. Czyli próbują zadowolić rodziców, a nie realizować własny plan na życie. Płacą za to trudnościami w zawieraniu i utrzymaniu swoich związków, wzięciu odpowiedzialności za swoje uczucia, emocje, działania, także za myślenie. Staram się im pokazać, że to, co czują i myślą, pochodzi od nich, a nie od kogokolwiek innego.

Psychoterapeutka zauważa, że młodzi ludzie są dzisiaj pogubieni. Rodzice całe życie ich wyręczali, podstawiali pod nos pełny talerz, uprasowane ubrania, sprzątali ich pokój, dawali pieniądze na wszystkie zachcianki. No, a teraz oni muszą sobie radzić. Skąd mają to umieć?

– Jeżeli dziecko wychowuje się w nierzeczywistym świecie, w dodatku bez kontaktu z rodzicami, staje się bezradne, pogubione i boi się odpowiedzialności. Żeby w dorosłości mogło stać się samodzielne, już od najmłodszych lat powinno poznawać prawdziwą rzeczywistość, uczestniczyć w domowych czynnościach. Rolą rodzica jest odzwierciedlanie tej rzeczywistości, czyli nazywanie czynności, emocji, uczuć dziecka. Ale jest to możliwe wtedy, gdy rodzice mają wystarczająco dużo dla niego uwagi i zainteresowania. Współcześni rodzice mają mało czasu dla dziecka, a jeśli już ten czas znajdują, to jego jakość – z komórką, laptopem albo przed telewizorem – pozostawia wiele do życzenia. Bo jakie są te podstawowe warunki potrzebne do tego, żeby dziecko nie pogubiło się w dorosłym życiu? Poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, które buduje się poprzez bliskie, czyli pełne miłości relacje, najpierw, w okresie niemowlęcym, z matką, potem z ojcem.

Zdaniem psychoterapeutki rodzice dają dzisiaj dziecku za mało mądrego wsparcia, są zagarniający, mówią, co ma ono robić, myśleć i czuć. Dzieci nie mają więc możliwości sprawdzenia, co jest dla nich dobre, co złe, co lubią, a czego nie. Nic dziwnego, że stają się potem całkowicie od nich zależne. Jak pewien młody człowiek, który na pytanie, czy jest głodny, odpowiada pytaniem: „A która jest godzina?”. On nie umie odczytać sygnałów płynących ze swojego organizmu, tylko szuka ich na zewnątrz. Do tej pory żył pod dyktando rodziców, nie miał szansy przetestować, jak to jest na przykład być głodnym, bo zanim poczuł głód, już był nakarmiony.

Psychologowie podkreślają, że na dorosłość dziecka pracujemy od momentu jego urodzenia. Według Elżbiety Pożarowskiej ważne jest to, żeby nie bać się wpuszczania dziecka w nowe rewiry, na przykład wyprawiać na obozy czy kolonie, a potem pozwalać na samodzielne wyjazdy. Każde takie doświadczenie to kolejny krok w dorosłość.

– Pamiętam pożegnanie mojej wówczas 22-letniej córki, która postanowiła polecieć na dłużej do Londynu – opowiada. – Starałam się ją w tym wspierać, ale jak już samolot oderwał się od ziemi, to ja w ryk. Strasznie ważne, żeby nie zarazić dziecka naszymi lękami. Moja córka, już z Anglii, napisała mi coś, co cytuję moim klientom: „Wiem, że się o mnie martwisz, mamusiu, ale nic nie mogę na to poradzić”. To piękne zdanie, które pokazuje, że moje jest zmartwienie, a jej życie. Wiele razy słyszałam w moim gabinecie: „Nienawidzę tego, jak moja mama mówi, że się o mnie martwi”. Takie określenie jest jak ciężar włożony na plecy.

Małgorzata Liszyk-Kozłowska w cytowanej już książce pisze: „Rodzice powinni pozwolić, żeby dziecku wyrosły skrzydła. Nie mogą się na tych skrzydłach wieszać, ale dać mu poczucie bezpieczeństwa, prawo do autonomii, odrębności, z których będzie mogło korzystać bez lęku, że rodzice przeżywają z tego powodu trudne emocje – odrzucenie, niezrozumienie, brak uszanowania, nielojalność”.

Co tych skrzydeł dodaje? Słowa otuchy, odwagi, na przykład: „Wierzę, że sobie poradzisz, zawsze możesz do nas zadzwonić, ale teraz przyszedł czas na twoje samodzielne życie”.

Elżbieta Pożarowska: – Smutek po wyprowadzce dzieci to nic złego, powinniśmy dać sobie prawo do przeżycia syndromu pustego gniazda. Ale dobrze jest uświadomić sobie, że w pewnym momencie naprawdę nie mamy już na dzieci wpływu poza tym, że im sekundujemy i nadal je zapewniamy, jak są dla nas ważne. Rozstanie – i to fizyczne, i psychiczne – powinno nastąpić, choćby było dla nas bardzo bolesne, bo jest dobre dla dziecka. Może nie widzimy tego od razu, w tej chwili, ale na pewno zobaczymy w długofalowej perspektywie. Nie próbujmy więc zatrzymać płynącej rzeki, co najwyżej starajmy się, aby jej fale były jak najmniej wzburzone.

  1. Psychologia

Rodzic i jego oczekiwania, czyli jak zbudować prawdziwą relację z dzieckiem

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Często jeszcze przed narodzinami dziecka układamy sobie idealny plan wychowawczy. Problem, że w tym planowaniu jest mało miejsca na potrzeby… dziecka. Jak więc zbudować prawdziwą relację?

Na jednej z warszawskich ulic młoda kobieta szarpie rozhisteryzowanego, 4-, 5-letniego chłopca. To jego mama. Oboje głośno krzyczą. Ostatecznie chłopiec siada na środku chodnika, bije pięściami mamusię, która próbuje go podnieść. Mijają ich podejrzliwie zerkający przechodnie. Przerażona kobieta bezradnie rozgląda się wokół i cicho prosi chłopca żeby wstał. Założę się, że przed narodzinami synka nie tak wyobrażała sobie relacje z dzieckiem. Co więc się stało?

W ostatnich latach nasze rodzicielskie plany bywają coraz bardziej szczegółowe: planujemy, kiedy zajdziemy w ciążę, jak będzie przebiegał poród, z ilu tygodni urlopu macierzyńskiego lub tacierzyńskiego skorzystamy. Układamy sobie w głowie obraz relacji z dzieckiem, nosimy w głowie cały szereg obietnic składanych.. samym sobie, które brzmią jak zaklęcia i zwykle zaczynają się od słów „nigdy” albo „zawsze”. Na przykład „NIGDY nie poniżę swojego dziecka publicznie, tak jak mnie poniżano; NIGDY nie będę go z nikim porównywał; ZAWSZE będę spokojnie i łagodnie rozwiązywała wszelkie spory; ZAWSZE przytulę dziecko, nawet jak będę zła".

Z czasem zaczynamy coraz bardziej koncentrować się na tym wszystkim, co wydarzyło się kiedyś. Po to, by nie zdarzyło się (NIGDY WIĘCEJ!) w naszej rodzinie. Sam fakt urodzenia się dzieci w jakiś magiczny sposób przenosi nas do dzieciństwa: przypominamy sobie różne sytuacje. Porównujemy się z niemowlęciem, przeciwstawiamy własne metody wychowawcze metodom rodziców. Gdy utykamy w trudnych wspomnieniach z dzieciństwa, okazuje się, że zamiast być w prawdziwym kontakcie z dzieckiem i realizować jego potrzeby, próbujemy zaspokajać swoje własne dziecięce niespełnienia, braki miłości, młodzieńczy bunt, żądając od wszystkich uwagi, miłości itd, czyli tego wszystkiego, czego kiedyś nie dostaliśmy. Koncentracja na tym niewiele ma jednak wspólnego z aktualnymi potrzebami naszego dziecka. Brnąc dalej tą ścieżką, stajemy się RODZICEM REAKTYWNYM, który przez większość swego rodzicielskiego czasu jest w reakcji na coś, co pochodzi z jego wewnętrznego świata, co powstało w przeszłości jako skutek smutku, zaniedbania, braku prawdziwej miłości i troski. To tu należy szukać źródeł bezradności albo niewłaściwie używanej siły i władzy w stosunku do własnych dzieci. Dlaczego 35-letni dorosły mężczyzna albo kobieta  czuje się bezradna  wobec 4-latka i jego histerii? Czego się przestraszyli? W jaką rolę bezwiednie wpadli?

Rodzic reaktywny to ktoś, kto nie ma prawdziwego kontaktu ze swoim dzieckiem, bo zbyt często bywa w kontakcie ze swoim wewnętrznym światem. Toczy wewnętrzny dialog, krótko mówiąc: nie ma go, jest nieobecny w relacji z dzieckiem i wcale nie z nadmiaru pracy. Jakiekolwiek wydarzenie choć trochę przypominające „tamtą” trudność wtrąca go z powrotem w jego wewnętrzny nierozwiązany od lat problem. I nie ma znaczenia, że sytuacja jest nieco inna - gwałtownie reagujące dziecko przypomina dorosłej kobiecie gwałtowną siłę, której kiedyś używano wobec niej. Kobieta nie może sobie z tym poradzić poradzić. Niepocieszone, przestraszone Wewnętrzne Dziecko w niej odzywa się znów. Zamiast krótkim komunikatem postawić granice, a potem z uwagą i miłością dopytać, co tak zirytowało malca, matka kuli się w sobie i cicho prosi malca, by „nie robił kłopotu”. Jeśli pozwolimy sobie zapaść się w przeszłości, zareagować tak jak w przeszłości, stajemy się nieobecni w relacji. Nie ma nas-rodziców w prawdziwej relacji z dziećmi. Wraca skrzywdzone dziecko, poniżany nastolatek, wyśmiewany publicznie i samotny.

Nawiązując do Analizy Transakcyjnej Berne’a, można powiedzieć, że to nie Dorosły albo Rodzic rozwiązuje problem z dzieckiem, ale zranione Wewnętrzne Dziecko usiłuje wyplątać się z bolesnej sytuacji. I nie jest to żadne zaburzenie, lecz zwykłe braki w komunikacji z drugim człowiekiem. Małym, nieświadomym, bezbronnym! To nieobecność w relacji tu i teraz, powszechna w nieuważnym, a czasem nieświadomym byciu w różnych rolach.

To także pewna forma zdrady wobec naszych dzieci. Bo zdrada w stosunku do dziecka to nie tylko jego odrzucenie. To także spłodzenie go (a tym samym obietnica składana dziecku i światu - bycia Rodzicem), a potem uporczywe, nieświadome trwanie w roli ofiary, Piotrusia Pana lub Księżniczki, gdy potrzebny jest pełnokrwisty świadomy swojej roli Rodzic.

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości. Jak zadbać o świadome bycie w roli rodzica, o aktywne słuchanie, a świadomą komunikację z naszymi ukochanymi dziećmi?

  1. Wyjdź z wymiaru nigdy-zawsze, ten wymiar zwykle jest nierealny, a tobie (tak jak każdemu) zdarzą się wpadki.
  2. Rozeznaj się w swoich zasobach rodzicielskich. Zobacz, czym dysponujesz: jaki wzorzec dominuje w twojej komunikacji z dzieckiem?
  3. Dowiedz się jakie masz rangi, kim jesteś, jak używasz siły i wrażliwości w relacji z dziećmi?
  4. Jakie postaci (spersonifikowane wzorce osobowości) funkcjonują w twoim wewnętrznym świecie, kiedy i w jakim celu posługujesz się nimi, jakie masz trudności, by ich użyć w relacji z dzieckiem
  5. Dowiedz się, jaki jest twój mit życiowy, twój mit relacji z dzieckiem oraz twój rodzicielski mit, poszukaj ich w swoich snach, marzeniach o relacji ze swoim dzieckiem. Odkryj, czym dysponujesz, jaki jest twój jasny i mroczny sen wokół relacji z dzieckiem
  6. Dowiedz się, na czym polega prawdziwa żywa relacja, aktywne słuchanie, bycie w relacji, a czym wychodzenie z relacji. Naucz się używać całego spektrum różnych swoich cech i jakości z tym związanych, by móc w pełni świadomie być ze swoim dzieckiem, stawiać granice i otwarcie komunikować swoje uczucia.
Dorota Biały, psychoterapeutka i coach w Instytucie Psychologii Procesu, pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Psychologia

Jak żyć z ludźmi, ale w zgodzie ze sobą?

Jesteśmy wolni, ale też zależni od rodziny czy społeczeństwa. Przynależymy do różnych środowisk. Jednak żyjąc pośród innych, musimy też chronić siebie. (fot. iStock)
Jesteśmy wolni, ale też zależni od rodziny czy społeczeństwa. Przynależymy do różnych środowisk. Jednak żyjąc pośród innych, musimy też chronić siebie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wyjątkowi i ważni, ale nie najważniejsi. Obok nas żyją równie wyjątkowi ludzie. A wszyscy jesteśmy niczym ziarnko piasku na pustyni, kropla wody w oceanie. Jak ze sobą nawzajem współdziałać, ale i chronić swoje „ja”?

Każdy człowiek pisze swój mit, najczęściej nieświadomie. Dobrze jest go zidentyfikować i „przeczytać”. Bo wtedy możemy zastanowić się, jaką rolę w nim odgrywamy. Pierwszoplanową, drugoplanową, epizod? Konfrontacja z naszym mitem jest jednocześnie konfrontacją ze społeczeństwem.

Konstanty, 40 lat, fizyk nuklearny: – Mój życiowy mit od urodzenia pisali za mnie inni – najpierw rodzice, potem społeczeństwo. Uświadomiłem sobie to z całą jaskrawością jakieś pięć lat temu, ale dopiero teraz, w 40. urodziny, powiedziałem sobie: „Wychodzę na plan pierwszy”. Zawsze ważniejsze było to, co wypada, trzeba, niż to, co czuję i jaki jestem naprawdę. Byłem wrażliwym, zamkniętym w sobie chłopcem. Wychowywała mnie matka, kochająca, ale neurotyczna. Ojciec pojawiał się w moim życiu rzadko, zawsze po to, żeby mnie strofować za to, że jestem „babą, która wiecznie się maże”. Nie miałem ani przyjaciół, ani dziewczyny, już w szkole średniej odkryłem, że jestem gejem. Od kiedy pamiętam, uciekałem w naukę, potem w pracę. Można powiedzieć, że w życiu zawodowym płynąłem i płynę z prądem. Wszystko przychodzi mi dość łatwo, osiągam sukcesy, wspinam się po szczeblach kariery, dużo zarabiam. W życiu prywatnym natomiast do tej pory wiosłowałem pod prąd. Cały swój wysiłek kierowałem na kamuflowanie mojej prawdziwej natury. Nikt nie mógł dowiedzieć się, że jestem gejem. Nie miałem odwagi przyznać się do tego nawet przed samym sobą. Dopiero kiedy poznałem swojego obecnego partnera, szczęśliwego, wyluzowanego człowieka, który już jako nastolatek zrobił swój coming out, postanowiłem pójść w jego ślady. Pięć lat temu wyznałem prawdę rodzicom. Byli w szoku, zabronili mi pojawiać się z partnerem w ich domach. Odpowiedziałem spokojnie: „Albo przyjeżdżamy razem, albo nie pojawiam się w ogóle”. I konsekwentnie przez pięć lat ich nie odwiedzałem. W grudniu zadzwoniła mama i zaprosiła nas na Wigilię. Z ojcem nie będzie łatwo, ale trudno. Zdecydowałem się także – poprzez Facebooka – powiedzieć całemu światu, że jestem gejem. Wreszcie sam piszę swój mit.

Totalitarne ego

Wielu z nas żyje w podobnej schizofrenii. Spychamy część siebie, która płynie pod prąd, wstydzimy się jej, czasem strasznie jej nienawidzimy. A tak się żyć nie da. Ta część też musi być wyrażona, trzeba się do niej przyznać i ją przed sobą ujawnić. Na przykład to, że jest się gejem. Albo bywa zołzowata wobec partnera. Albo kłamie, żeby było prościej. A my skrzętnie to skrywamy. Amerykański psycholog Leslie Greenberg tłumaczy ten mechanizm reżimem totalitarnego ego. Polega on na tym, że tworzymy obraz siebie w taki sposób, żeby dodawać sobie pozytywnych cech, wybielać swoją  przeszłość. Tymczasem warto zadać sobie kilka pytań na własny temat: Jaka jestem „w całości”? Czy nie jest tak, że coś o sobie wiem, ale uważam to za wstydliwe i nie chcę tego pamiętać, a inne sprawy, cechy, które nie są stuprocentowo prawdziwe, eksponuję, wypaczając prawdę o sobie samej?

Znakomity amerykański psycholog międzykulturowy Harry Triandis uważa, że tak naprawdę żyjemy w miksie trzech „ja”: prywatnego (jak widzę siebie i siebie rozumiem), publicznego (jak widzą mnie inni i jak mnie oceniają, jakim cieszę się prestiżem i jaką odgrywam rolę społeczną) oraz kolektywnego (do jakich grup przynależę i jakie łączą mnie współzależności). Na jednego człowieka napiera tyle sił! Z jednej strony siła „ja” prywatnego, która robi wszystko, żeby być super wobec siebie, bo reżim totalitarnego ego podpowiada: „O tym nie mów, a to powiedz, to umniejszaj, a to podkoloruj”. Z drugiej strony – publiczne „ja” popycha do zakładania masek, przybierania ról. No i „ja” kolektywne chcące zadowolić grupę (rodzinę), do której przynależymy, co czasem może kłócić się z „ja” prywatnym. Efekt? Jesteśmy non stop w totalnym konflikcie. Jakby tego było mało – do głosu dochodzi globalizacja, czyli aspekty polityczne, społeczne i kulturowe, które sprawiają, że do końca nie wiemy, co jest nasze, a co nie. Nasi rodzice i dziadkowie nie mieli tego problemu, pole wyboru ich własnego „ja” było zawężone – syn szewca na ogół zostawał szewcem, mało kto decydował się na radykalne zmiany miejsca zamieszkania. Naszym przodkom żyło się więc pod tym względem prościej. Natomiast współcześni młodzi ludzie mają tak szerokie spektrum perspektyw, tak wielkie możliwości wyboru, kim być, gdzie mieszkać, że dowolnie mogą kształtować swoją tożsamość.

Połączyć się ze sobą

Dzisiaj wszystko jest niejednoznaczne, nieoczywiste, niekonkretne, zmienne. Także perspektywy budowania własnego „ja”. Bo do głosu dochodzą także „ja” idealne i powinnościowe, które to budowanie „ja” realnego komplikują. A przecież wielki wpływ wywierają na nas także rodzice, dziadkowie. Jak rozpoznać, co jest moje, prawdziwe, a co nie?

Warto uświadomić sobie koszty, jakie ponosimy, gdy któreś „ja” całkowicie nas zdominuje. Olga, lat 42, dziennikarka, właśnie wniosła sprawę o rozwód. Przez 22 lata małżeństwa łudziła się, że jej mąż (znany polityk) przestanie romansować. Tak jej zresztą obiecywał zawsze, ilekroć wyszło szydło z worka. Kiedy życzliwi ludzie donieśli jej o ostatnim romansie męża, trafiła do szpitala z niedowładem nóg. Dopiero gdy ciało odmówiło posłuszeństwa, odważyła się na rozwód. Wcześniej słuchała „ja” publicznego – pilnującego wizerunku znanej rodziny – za co płaci dzisiaj dotkliwe koszty.

Justyna, lat 32, nauczycielka, poddała się z kolei „ja” kolektywnemu. Skutek? Jej ciało też powiedziało „nie”. – Do niedawna żyłam pod dyktando rodziców. Gdy zdałam maturę, tata sędzia nakazał mi studiować prawo, a mama  lekarz – medycynę, choć marzyłam od dziecka, żeby uczyć polskiego. Sprzeciwienie się rodzicom było nie do pomyślenia! Dlatego studiowałam dwa wybrane przez rodziców kierunki, co było tak obciążające, że nieustannie chorowałam. Skończyłam studia, wiedząc, że na dłuższą metę nie wytrwam w żadnym z tych zawodów. Pracowałam przez rok jako lekarka, a jednocześnie, w tajemnicy przed rodzicami, zaczęłam studia polonistyczne. Wszystko to okupiłam ciężką chorobą. Właśnie przeszłam operację guza tarczycy, czeka mnie chemioterapia. Od roku pracuję w wymarzonym zawodzie, ponieważ udało mi się – w wyniku terapii – rozpocząć dialog z „ja” kolektywnym, skonfrontować się z rodzicami, którzy w końcu zaakceptowali moje wybory. Teraz wiem, że mogłam postawić się im dużo wcześniej. Bałam się jednak walczyć o swoje. I to był straszny błąd.

Psychologowie mówią, żeby nie bać się konfliktów, ponieważ konflikty prowadzą do kryzysów, a te z kolei są drogą do rozwoju. Lawrence A. Pervin, autor „Psychologii osobowości”, uważa, że człowiek ma poczucie własnej jedności (jest w tzw. stanie unity). To znaczy, że potrafi łączyć się ze sobą, podtrzymywać ciągłość siebie w czasie i przestrzeni. Pomimo zmiany ról, rangi, warunków życiowych człowiek wie, kiedy jest sobą, a kiedy nie, choć ta wiedza może się różnie przejawiać.

Na skrzyżowaniu dróg

Erich Fromm nazwał nasze wybory ucieczką od i do wolności. W pierwszym przypadku podporządkowujemy się zbiorowości, szukając złudnej więzi. W drugim – kierujemy się pragnieniem realizacji swojej osobowości, którą Fromm  nazywa samorealizacją. Obie te drogi są mocno przez nas idealizowane. Bo to nie jest tak, że można osiągnąć szczęście, podporządkowując się społecznym wymogom albo zupełnie się od nich odwracając.

Dobrze być świadomym, że równie mocno naciskają na nas dwie siły – wewnętrzna potrzeba samorozwoju i zewnętrzna społeczna i kulturowa presja. Nigdy nie jesteśmy bowiem w stanie „czystym”. Zawsze pozostajemy na skrzyżowaniu dróg – pomiędzy wolnością a podporządkowaniem. Zarówno w pracy zawodowej, jak i w życiu prywatnym. Robić karierę w korporacji czy ryzykować własny biznes? Poświęcać czas partnerowi czy zapisać się na kolejne warsztaty? Dążyć do założonego celu, realizować swoje ambicje czy dbać o rodzinę? Ponieważ jedno uniemożliwia drugie, stoimy w rozkroku.

Psychologia zorientowana na proces zakłada, że wszystko, co nam się wydarza, jest pewną opowieścią, historią, mitem, przez który nasze życie chce się wyrazić. I nie zawsze tym, kto przeze mnie dobija się do głosu, jestem ja.

Dlatego dobrze spojrzeć na swoje życie jak na opowieść. I zapytać siebie: Co jest tą siłą, która się przeze mnie wyraża? Co się w mojej historii powtarza, jakie wydarzenia, wartości? Czemu służę? Miłości, potrzebie zadowalania innych, ambicjom, zazdrości?

Bo może być tak, że żyjemy jakby porwani przez wydarzenia, przez ludzi, że jesteśmy ich zakładnikami, bezwolnie egzystując. Uświadomienie sobie tego faktu jest ważne, ponieważ niejako wymusza ustosunkowanie się wobec niego. I wtedy możemy albo zamknąć ten rozdział, albo w nim trwać, wyciągając z niego jakąś lekcję. Iść pod prąd albo z prądem. Uciekać od wolności albo do wolności. Ważne, żeby ten wybór był świadomy. Bo kiedy jestem świadomy tego, co się ze mną dzieję, CZUJĘ, ŻE ŻYJĘ.

Joanna, lat 48, lekarka, matka trójki dorosłych dzieci, ma w sobie coś magnetyzującego. Wszędzie, gdzie się pojawi, skupia uwagę innych. Przychodzi na przyjęcie, siada z boku i za chwilę otacza ją wianuszek ludzi. Nic nie robi, żeby być w centrum, a w przedziwny sposób w nim jest. Pacjenci ją uwielbiają, współpracownicy cenią, znajomi podziwiają. Przyjaciółka Barbara tak tłumaczy fenomen Joanny: „Ona nikogo nigdy nie udaje. Prawdziwa do bólu, nawet jak jej z tą prawdą nie do twarzy. Nie napina się, nie napiera, po prostu jest. Niepokorna i – o paradoksie – właśnie dlatego wszędzie wszyscy ją kupują, wcale nie musi się do nikogo dostosowywać. Absolutnie niezależna, ale jednocześnie mocno związana z rodziną, przyjaciółmi, pacjentami. Nie widziałam jej nigdy skupionej na swoich sprawach – ciągle zajmuje się chorymi, rodziną, znajomymi. A oni odpłacają jej to z nawiązką”.

Joanna przypomina mędrca z przypowieści mistrza tao Lao-tse, który – jak go opisuje w książce „Odmień swój umysł. Odmień swoje życie” Wayne W. Dyer – „innych stawia na pierwszym miejscu, o nic nie prosi w zamian i całym sercem służy. W ten sposób wyraża swoim życiem odwieczny paradoks tao – dając nieproszony, otrzymuje wszystko, czego mógłby pragnąć i potrzebować”.

Od relacji tego, co prywatne, z tym, co społeczne, zależy nie tylko nasze życie, ale i też życie innych. Rozbuchane ego może nieść ludziom cierpienie, natomiast nadmierny respekt dla tego, co społeczne – ograniczać nasz rozwój. Cały sekret tkwi w tym, jak zachować właściwe proporcje.

Konsultacja psychologiczna: Monika Myszka  

  1. Psychologia

Ojciec, czyli ten obcy. Jaką rolę pełni ojciec w wychowaniu dziewczynki?

- Matka jest niezbędna do przetrwania fizycznego dziecka, a ojciec jest potrzebny, żeby dziecko się mogło stać członkiem wspólnoty. Matka reprezentuje naturę, a ojciec – kulturę - mówi psychoterapeutka psychoanalityczna Danuta Golec. (Fot. iStock)
- Matka jest niezbędna do przetrwania fizycznego dziecka, a ojciec jest potrzebny, żeby dziecko się mogło stać członkiem wspólnoty. Matka reprezentuje naturę, a ojciec – kulturę - mówi psychoterapeutka psychoanalityczna Danuta Golec. (Fot. iStock)
Najpierw pojawia się jako siła z zewnątrz, która ma za zadanie rozbić jedność dziecka z matką. Pokazuje mu świat – ze wszystkimi jego granicami i zakazami, ale też fascynującą różnorodnością. Według freudystów dla dziewczynki ojciec jest też poligonem, na którym może testować kiełkującą kobiecość. Psychoterapeutka psychoanalityczna Danuta Golec (z pewnym wsparciem Billa Murraya) wyjaśnia, jak powinna wyglądać ta relacja.

Jaką rolę odgrywa ojciec w wychowaniu córki? Jest dla niej wzorcem męskości? Opiekunem? Czym różni się jego rola od roli matki? Może to, co powiem, będzie niepoprawne politycznie, ale my, psychoterapeuci psychoanalityczni, nie mamy wątpliwości: dla dziecka – zarówno dziewczynki, jak i chłopca – najważniejsza jest matka. Czyli: matka jest tylko jedna i matka jest najważniejsza (śmiech). Mój nauczyciel, psychoanalityk Franco De Masi, twierdzi: „Jeśli są problemy z matką we wczesnym stadium rozwoju, to będą potem duże problemy psychiczne, jeśli z ojcem – to nie takie duże”. Ujmę to w dużym skrócie: matka jest niezbędna do przetrwania fizycznego dziecka, a ojciec jest potrzebny, żeby dziecko się mogło stać członkiem wspólnoty. Matka reprezentuje naturę, a ojciec – kulturę.

Niezależnie od płci dziecka? Niezależnie. Kiedy matka jest w ciąży, rolą ojca jest zapewnienie jej bezpieczeństwa i opieki – fizycznie i psychicznie. Może pomasować plecy, kupić wyprawkę dla dziecka, zawieźć do lekarza. Kiedy dziecko się rodzi, nadal pozostaje w tle i nadal powinien zapewniać matce opiekę – tym razem chroniąc ją przed nadmiarem ciekawskich krewnych albo wstając w nocy do płaczącego dziecka, żeby ona mogła trochę odpocząć. Ale cóż, piersią nie nakarmi, często też nie uspokoi, bo dziecko zna rytm serca i zapach matki, a ojciec jest dla niego ciałem obcym. I to w pewnym momencie zaczyna grać na korzyść ojca. Ponieważ może to brzmieć paradoksalnie i zaskakująco, postaram się zwięźle tę kwestię objaśnić.

Matka jest jak strefa komfortu, którą dziecko kiedyś musi opuścić, by się rozwijać. Początkowo zaspokaja ona wszystkie potrzeby dziecka, do tego stopnia, że dochodzi między nimi do pewnego zlania się, czyli oboje nie wiedzą, gdzie dokładnie kończy się matka a zaczyna dziecko, co jest „jej”, a co „jego”. Na początku istnienia, jeszcze przed narodzinami, stanowi to fakt biologiczny, a potem przez jakiś czas jest to potrzebne dla rozwoju psychicznego dziecka. I ojciec ma za zadanie pojawiać się w tej niezróżnicowanej parze, by ją stopniowo rozdzielać. Z czasem jest to bowiem coraz bardziej potrzebne – zarówno matka, jak i dziecko powinni trochę od siebie odetchnąć, wyodrębnić się.

Ta naturalna symbioza kończy się gdzieś koło 9–10 miesiąca życia dziecka, co bywa trudne. Ale by dziecko stało się człowiekiem, musi wykonać ruch, który potem powtarza się mnóstwo razy w jego dzieciństwie, a który my fachowo nazywamy „przechodzeniem od zasady przyjemności do zasady rzeczywistości”, czyli od przeżywania świata jako miejsca, w którym moje potrzeby są natychmiast zaspokajane, do przeżywania świata jako miejsca, w którym są jakieś granice, a nie samoobsługowego sklepu otwartego całą dobę. I to właśnie wnosi ojciec.

Do dziecka zaczyna docierać, że jest taki dziwny pan, który wchodzi i zabiera gdzieś mamę, a potem robi z nią różne rzeczy, na przykład robi z nią nowe dzieci. Co więcej, ona nagle zaczyna mu okazywać czułość, a do tej pory okazywała ją tylko mnie. Czyli – i to jest nowość – mama nie istnieje tylko dla mnie. Ale, uwaga, kiedy ojciec się pojawia i dziecko go rejestruje, to ono rejestruje go poprzez matkę. Tak jakby patrzyło na nią i pytało: „Lubimy tego pana czy nie?”, „A może on jest nieważny?”. Dlatego liczy się nie tylko to, co matka sądzi na temat realnego ojca jej dziecka, ale też wzorzec ojca, jaki wykształcił się w jej umyśle – nazwijmy go roboczo „wewnętrznym ojcem matki” – bo według tego wzorca traktuje swojego męża czy partnera.

A co jeśli na tym etapie w życiu dziecka ojciec nie jest obecny? Ma to wpływ na prawidłowy rozwój? Bez matki – a mam tu na myśli nie tyle matkę biologiczną, co opiekunkę dziecka, karmiącą go i opiekującą się nim 24 godziny na dobę – dziecko nie przeżyje. Natomiast bez ojca można przeżyć, co więcej – można nie mieć ojca, który uczestniczy w naszym wychowaniu, a jednocześnie mieć wspomnianego już wewnętrznego ojca, co jest potrzebne, by budować potem zdrowe relacje. Bo dziecko – jak już powiedzieliśmy – najbardziej instynktownie odczytuje nie tyle nawet swojego ojca, co wewnętrznego ojca swojej matki. Jeśli więc matkę ktoś albo coś odciąga od dziecka, jeśli ma ona jakieś swoje inne sprawy, jeśli potrafi stawiać granice – to znaczy, że ma w sobie wykształconego wewnętrznego ojca. Taka matka, nawet jeśli jest samotna, może dla rozwoju psychicznego dziecka pełnić rolę zarówno matki, jak i ojca. Chociaż na pewno nie jest to dla niej łatwe, bo to duże obciążenie – nie tylko życiowe, ale też psychiczne.

Wewnętrzna matka to bezwarunkowa miłość, wewnętrzny ojciec – granice? Tak, oczywiście w bardzo dużym skrócie. Chcę powiedzieć, że wystarczy – jeśli nie ma w życiu dziecka figury realnego ojca – by matka miała w swojej głowie przekonanie, że dziecko nie jest jej jedynym pragnieniem, bo wtedy ono to odbiera i to wspiera go w rozwoju. Choć może też się zdarzyć, że w otoczeniu dziecka jest ojciec realny, ale jest on przez matkę tak zmarginalizowany – niczym klasyczny Dulski – że nie wypełnia swojej rozwojowej roli. Bo matka nie wpuszcza go między siebie a dziecko.

Podkreślam to dlatego, żeby z jednej strony nie skazywać córek czy synów wychowanych przez samotne matki na to, że zawsze będą jacyś wybrakowani, bo to nieprawda, a z drugiej nie myśleć, że skoro ojciec był w domu, to wszystko w porządku. No i pamiętajmy, że problemy, o jakich dzisiaj rozmawiamy, kształtują się przez kilka pokoleń.

To znaczy? Zarówno matka dziecka, jak i ojciec mają – lub nie – wspomnianego wewnętrznego ojca i, oczywiście, wewnętrzną matkę, czyli psychiczne reprezentacje postaci i ról rodziców. I to jest ta baza, na której dziecko może budować własne wzorce roli ojca i matki. Największy problem pojawia się wtedy, gdy ojciec w głowie matki (lub ojca) jest nieobecny lub osłabiony, nieważny, wyautowany.

Na przykład matka nie jest w stanie postawić swojemu dziecku żadnych granic i podczas terapii okazuje się, że w jej rodzinie ojciec był takim właśnie panem Dulskim, a matka – królową ula. Jeśli do tego realny ojciec dziecka z różnych powodów nie pojawi się w jego życiu – maluch nie ma skąd czerpać tego ważnego dla jego rozwoju przekonania, że „nie wszystko mogę”. Bo ojciec jest potrzebny głównie do tego, by dziecko mogło wejść w społeczność, mogło się socjalizować, a żeby to zrobić – musi poznać i uznać pewne zakazy.

Czyli dobry ojciec powinien stanowić zasady? Bycie ojcem to złożony i niełatwy projekt, a stanowienie zasad to tylko jedno z zadań. Porozmawiajmy więc najpierw o tym, co to znaczy być ojcem.

Nie jest to kwestia biologiczna, do tego trzeba osiągnąć pewien poziom rozwoju emocjonalnego. Dobry ojciec powinien stawiać potrzeby dziecka przed swoimi, czyli być oddanym rodzicem – a to wcale nie jest dla mężczyzny takie oczywiste. Czy będzie to potrafił, zależy w dużym stopniu od tego, jakiej opieki on sam doznawał w dzieciństwie. Po drugie, bardzo ważne jest, by miał wyraźną i dojrzałą tożsamość, by wiedział, kim jest. To uchroni go przed tymi wszystkimi huśtawkami, które są w sposób naturalny wpisane w bycie ojcem.

Kolejna rzecz, kluczowa dla rodzicielstwa, a dla ojcostwa szczególnie – mężczyzna musi mieć poczucie swojej tożsamości seksualnej, czyli swojej męskości. Nie chodzi o to, by się zachwycał sobą, że ma takie piękne owłosienie i mocne mięśnie, ale by umiał rozpoznawać i doceniać różnice między płciami.

Dlaczego to takie istotne? Znów podam coś niepoprawnego politycznie, ale psychoanaliza nigdy nie była politycznie poprawna – najpierw obrazoburcza i skandaliczna, a dziś uważana za zbyt tradycjonalistyczną i niepostępową. To, co powiem, wymagałoby na pewno bardziej pogłębionego omówienia, ale wtedy napisałybyśmy książkę, a nie wywiad, więc muszę przedstawić to w skrócie, ryzykując uproszczenie tematu. Otóż według psychoanalizy różnica między płciami to jedna z tych różnic, którą zaliczamy do faktów życiowych. By zachować zdrowie psychiczne i tworzyć nieuszkadzające relacje, należy te fakty zauważyć, uszanować i docenić. Należą do nich między innymi różnice między pokoleniami i różnice między płciami. Jeśli te granice są przekraczane, a różnice niwelowane, pojawia się pole do nadużyć. Bo jeśli nie ma uznania dla tych różnic, to ojciec może równie dobrze mieć relację seksualną z córką.

Zatem faktem jest, że różnimy się płciami, co nie znaczy, że któraś z nich jest ważniejsza lub lepsza od drugiej – one po prostu są inne. Płcie mogą wymieniać się funkcjami, ale mają jednak różną biologię. Oczywiście, nie oznacza to, że ojciec ma nie angażować się w opiekę nad dzieckiem, pielęgnację niemowlęcia czy ma nie brać „tacierzyńskiego”. To są fantastyczne doświadczenia, budujące więź ojca z dzieckiem. Niemniej ojciec musi pamiętać też o swojej roli.

Zatem, żeby stać się ojcem, trzeba pogodzić się z istnieniem tych różnic. Mieć świadomość: „Jestem mężczyzną, kimś innym od kobiety, nie dewaluuję kobiecej płci, nie twierdzę, że jestem lepszy, ale wiem, że jestem różny”. Wtedy dopiero mężczyzna może się pokazać dziecku jako „ten inny”. Poza tym ojciec musi być silny psychicznie, by zniósł wykluczenie z romansu matki i niemowlęcia, musi trzymać w umyśle i dziecko, i matkę.

A kiedy ojciec staje się dla dziewczynki czymś innym niż tylko ciałem obcym czy zakazem? Kiedy na przykład staje się też obiektem pożądania? W rozwoju człowieka dwa razy dochodzi do takiej sytuacji. Pierwszy okres to tak zwana faza edypalna, drugi to okres dojrzewania, choć wtedy dużą rolę w kształtowaniu się seksualności odgrywają też rówieśnicy. Ale wróćmy do pierwszej fazy.

Istnieje wiele teorii psychoanalitycznych na temat fazy edypalnej, w pewnym skrócie możemy powiedzieć, że ojciec po raz pierwszy pojawia się jako obiekt miłości dziecka, a nie tylko ktoś, kto wkracza i zabiera mamę, około 3. roku życia. Wtedy synek zakochuje się w mamusi, a córeczka w tatusiu, czyli słyszymy te rozbrajające oświadczenia dziewczynek, że kiedy ona dorośnie albo kiedy mama umrze, to ona wyjdzie za mąż za tatę. Tyle tylko że ona tak nie myśli dosłownie, mówi o tym, że wyjdzie za mąż, bo dorośli tak robią. Ona pragnie niepodzielnej uwagi ojca.

I jak ten ojciec powinien na jej zachowanie reagować? To jest bardzo trudny moment, bo jeśli niedojrzały emocjonalnie ojciec traktuje to jako uwodzenie ze strony córki – to dochodzi do pomieszania języków. Dziewczynka testuje swoją kobiecość, chce przyciągnąć uwagę taty i odciągnąć go od mamy, z którą się jednocześnie utożsamia; krótko mówiąc, dziewczynka przeżywa silny konflikt, „konflikt edypalny”. Odpowiedź obojga rodziców jest bardzo istotna. Trzeba to delikatne uwodzenie zauważyć, ale jednocześnie traktować jak zabawę, grę, choć bardzo poważną zabawę czy grę. Niełatwe wyzwanie.

Są dwa niepowodzenia w obliczu tego zadania. Pierwsze nazywa się „triumfem edypalnym”, a drugie „upokorzeniem edypalnym”. Triumf jest wtedy, gdy dziewczynka w tym wieku rzeczywiście „wygrywa” ojca, czyli dostaje informację, że matka jest totalnie zdewaluowana. Tylko że córka tak naprawdę nie chce wygrać, ona chce jedynie poćwiczyć. Jeśli wygra, będzie skołowana. Z kolei upokorzenie to wyśmianie, odrzucenie, niezauważenie. Optymalne jest coś, co nazywamy „rozwiązaniem kompleksu Edypa”. Czyli dopóki to trwa – zazwyczaj do ok. 6. roku życia – ojciec i matka w to grają, aż dziewczynka dojdzie do wniosku: „dobra, poczekam z tym kilkanaście lat”. To nie pojawia się jako świadoma myśl, ale tak to można streścić. Dziewczynka idzie spokojnie do szkoły, zajmuje się nauką, przez kilka lat nawet nie bawi się z chłopakami, dopóki nie nadejdzie burza hormonów.

W okresie dojrzewania przychodzi więc powtórka, ale nie do końca taka sama. Nastolatka może robić to, co kilkulatka odłożyła na przyszłość – umawiać się z chłopakami, potencjalnie może nawiązać relację seksualną, a nawet urodzić dziecko. Niemniej psychicznie jeszcze wielu rzeczy się uczy i potrzebuje pomocy ojca. Czyli potrzebuje przejrzeć się w jego oczach, bezpiecznie poćwiczyć swoją kobiecość, wzmocnić pewność siebie, poczuć się atrakcyjna, chciana i kochana. I ona daje temu wyraz. A to pyta się, co tata sądzi o jej nowej sukience, a to chce wyjść późno w nocy i sprawdza, czy on ją zatrzyma. Na tym etapie ojciec w pewnym sensie pojawia się jako rywal rówieśników starających się o jego córkę, dzięki czemu ona może w bezpiecznych warunkach testować bycie kobietą. W okresie dojrzewania ojciec – który był albo za mało dojrzały, albo za mało obecny, gdy córka miała kilka lat – może wiele nadrobić i bardzo pomóc dziewczynie w stawaniu się dorosłą i pewną siebie.

To są w skrócie dwa najważniejsze etapy rozwoju dziewczynki. Przy czym ojciec na każdym z nich powinien pozostawać wrażliwy na jej potrzeby, wspierać ją, dodawać jej odwagi i zachwycać się nią.

W okresie dojrzewania ta relacja jest chyba najtrudniejsza? Na pewno zmienia się to, że córka jest już na tyle dojrzała, że ma warunki, by realizować swoją seksualność. Ale ona nadal nie chce uwieść ojca, pragnie jedynie poczuć, jak to jest, gdy bezpieczny mężczyzna patrzy na nią z błyskiem w oku. I to jest dla ojców potwornie wymagające. Często się wtedy wycofują z relacji, bo córki stają się dla nich niebezpiecznymi istotami. Mogą oczywiście pójść też w nadmierną odpowiedź na ich działania, aż do nadużycia seksualnego. Do tego oczywiście nie powinni dopuścić, to oni mają wyznaczyć granice, czyli: już nie przytulają się tak jak dawniej, córka już nie siada tacie na kolanach i nie śpią razem w łóżku. Kiedy jednak ojciec za bardzo się odsuwa, córka może poczuć się odrzucona, myśleć, że coś jest z nią nie tak. Jak wtedy najlepiej postąpić?

Sądzę, że najlepszy przykład daje film Sofii Coppoli „Między słowami”. Pamiętam, że kiedy wszedł do kin, to każda pacjentka opowiadała o nim na sesjach. Nie wiedziały dlaczego, ale niesamowicie je poruszał. To jest zresztą bardzo dobry film i ogromnie mi się podobał, ale długo nie rozumiałam, co w sobie ma, że wywiera takie wrażenie, aż dotarło do mnie, że to jedna z piękniejszych opowieści o ojcostwie.

O ojcostwie? Nigdy tak na niego nie patrzyłam. Jest tam oczywiście opowiedziana historia niedoszłego romansu mężczyzny, granego przez Billa Murraya, który ma swoje lata, swoją żonę i dzieci, a podczas wyjazdu do Japonii nawiązuje relację z młodą kobietą (graną przez Scarlett Johansson), tak naiwną i niewinną, że równie dobrze mogłaby mieć 15 lat. Jeśli zdejmiemy na chwilę z głównego bohatera ciężar żony i dzieci – to jego postawa w subtelny sposób odzwierciedla to, co powinien dawać ojciec dorastającej córce. On przecież bawi się z nią, słucha jej, poświęca jej czas, rozmawia wtedy, kiedy ona tego potrzebuje. Jest tam piękna scena, kiedy oboje leżą na łóżku i on jej mówi, żeby się nie martwiła, że wszystko dobrze się ułoży, że jeszcze odkryje, co chce w życiu robić, że to, co boli, też kiedyś minie, a potem pojawią się dzieci i będzie chciała spędzać z nimi każdą chwilę. Tłumaczy jej, że dorosłość to czasem trudna, ale ostatecznie bardzo satysfakcjonująca rzecz. A kiedy ona chce wyjść na miasto i pobawić się, on idzie z nią, zaś gdy wracają i ona zasypia w jego pokoju, on zanosi ją na rękach do jej łóżka, kładzie i przykrywa kołdrą. To jest ten moment, kiedy między nimi mogłoby się wydarzyć coś więcej, ale on potrafi wyznaczyć granice i swoje pragnienia realizuje w kontakcie z inną kobietą, starszą od Scarlett Johansson. Ona, oczywiście, jest na niego za to bardzo obrażona. Młoda kobieta ciągle bada granice „ojca”, ale on je zachowuje. Na koniec filmu Bill Murray szepcze dziewczynie coś do ucha, nie wiemy co, ale widzimy, że ona spokojnie odchodzi do swojego życia. To jest naprawdę piękna opowieść o relacji córki i ojca. Niedawno dotarło do mnie, że nawet umiejscowienie akcji filmu w Japonii, tak obcej i dziwnej, jest jakimś metaforycznym wyrazem ojcostwa, czyli przestrzeni „tego obcego”, „tego innego”.

A czy prawdą jest, że kobiety, których relacje z ojcem nie ewoluowały w takim kierunku, jaki omówiłyśmy i jaki pokazuje metaforycznie film „Między słowami” – będą miały problemy w kontaktach z mężczyznami? Takie problemy pojawiają się, gdy kobieta ma kłopot z wewnętrzną reprezentacją ojca, co może wynikać z tego, że realnego ojca nie było lub się odsunął. Może być także skutkiem tego, jaki obraz ojca przekazała realna matka. Powtórzę raz jeszcze: najważniejsze jest to, co ma w głowie matka, jaki jest jej wewnętrzny ojciec. Jeśli matka nie da córce dobrego przekazu na temat roli mężczyzny, córka będzie miała kłopoty w relacjach z mężczyznami. Może na przykład powtarzać niefortunne wybory partnerów albo mieć trudności ze zniesieniem wymogów wpisanych w stały związek.

Czyli nie tyle wybieramy partnera na wzór naszego ojca, ile na wzór naszego wewnętrznego ojca? Wybieramy go na wzór wewnętrznego ojca naszej matki. Który też niekoniecznie musiał powstać na kanwie jej realnego ojca. To może być dla wielu kobiet zaskakujące, bo przecież uczy się nas, że jaki ojciec, taki mąż. I mam nadzieję, że okaże się pouczające. Bo sposób, w jaki matki wprowadzają w życie dziecka rolę i postać ojca, ma ogromne znaczenie. Jeśli matka jest w konflikcie z ojcem córki, musi bardzo uważać, by nie przekazać córce obrazu zdewaluowanego mężczyzny.

To nie są łatwe sytuacje i trudno doradzać, jak je rozwiązać. Na pewno wymagają namysłu i uwzględniania potrzeb córki – która nie musi wiedzieć wszystkiego o konfliktach rodziców, a na pewno nie powinna być zmuszana do sojuszu z matką i odrzucania ojca.

  1. Psychologia

Miłość i wściekłość - o trudnej relacji matki i córki

badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. (Fot. iStock)
badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. (Fot. iStock)
Dwie najbliższe sobie kobiety od pokoleń wzajemnie się obwiniają i wpędzają w poczucie winy. Tracą przy tym mnóstwo energii, która zamiast na budowanie idzie na niszczenie, hamuje ich rozwój. Dlaczego tak trudno im się porozumieć? I co zrobić, żeby porozumienie było możliwe?

Tekst pochodzi z archiwum miesięcznika "Zwierciadło".

Kinga, 25 lat, właśnie skończyła polonistykę, urodziła Olę. Jej mama Ewa, lat 55, w tym czasie odeszła na wcześniejszą emeryturę (była nauczycielką polskiego). Wreszcie ma czas, także dla wnuczki. Kiedy dwóm starszym synom rodziły się dzieci, pracowała. Zresztą synowe o pomoc zwracały się do swoich matek. I tak zdaniem Ewy ma być. Matka to matka. Kingę i Ewę łączy bardzo silna, skomplikowana więź. Nie mogą bez siebie żyć, ale ciągle się kłócą. Codziennie do siebie dzwonią (mieszkają na dwóch końcach miasta), ale zawsze kończy się wzajemnymi oskarżeniami. Pomagają sobie, jednak nie mają skrupułów, żeby się ranić. Konflikty zaczęły się w okresie dorastania Kingi.

Duży ładunek ambiwalencji

Kindze trudno było się połapać, o co mamie chodzi, bo raz traktowała ją jak małą dziewczynkę („włóż czapkę”, „nie zapomnij o kluczach”), a innym razem irytowała się, gdy była mało samodzielna.

Ann F. Caron, autorka poradnika dla matek dorastających córek („Matki i córki”), zauważa, że te dwie najbliższe sobie kobiety mają sprzeczne oczekiwania. Matki wymagają od córek samodzielności, a jednocześnie chcą mieć nad nimi kontrolę. Córki natomiast ciągle mówią matce: „ty nic nie rozumiesz, daj mi spokój”, a skrycie przyznają, że marzą o jej wsparciu, akceptacji i rozmowie.

Paula Caplan w książce „Nie obwiniaj matki” podkreśla, że większość relacji matka – córka cechuje duża ambiwalencja. Matka jest cudowna i okropna. Czuła i bezwzględna. Córka ukochana i nie do zniesienia. Miła i pyskata. Nic dziwnego, że te dwie kobiety kochają się i nienawidzą. Uciekają od siebie i za sobą tęsknią. Jak to wytłumaczyć? Tym, że związek matki z córką jest najbardziej intymnym ze wszystkich bliskich związków. Dla większości córek matka pozostaje najważniejszym punktem odniesienia, zwłaszcza w dzieciństwie, a bywa, że również w dorosłym życiu. Mała dziewczynka naśladuje jej gesty, przymierza przed lustrem jej stroje, bawi się w dom, wcielając się w jej rolę. Na tym etapie życia mama jest najwspanialszą osobą na świecie.

 
Ten obraz radykalnie zmienia się w okresie dorastania. Córka szuka wtedy dzielących je różnic, kwestionuje racje matki. A wszystko po to, aby zdefiniować siebie. Ale to nie znaczy, że matka nie jest jej już potrzebna. Wprost przeciwnie – to matka dostarcza jej informacji zwrotnych potrzebnych do budowania relacji ze światem. Mówiąc: „akceptuję twoje wybory” lub „kocham cię, choć nie podoba mi się to, co robisz”, daje jej to, co matka może dać córce najlepszego.

Ewa: – Starałam się z Kingą zaprzyjaźnić, wiedzieć, czym żyje, znać jej koleżanki, być taką jej psiapsiółą. Pożyczałyśmy sobie ciuchy, kosmetyki, chodziłyśmy razem do kina i na spacer. Wszystko to się skończyło, gdy poszła do liceum, a właściwie gdy poznała Kubę, swojego obecnego męża. Izoluje mnie od niego, jakby była o niego zazdrosna.

Kinga: – Pamiętam, że jako dziewczynka zwierzałam się mamie ze wszystkich swoich tajemnic. Mama z kolei wylewała mi swoje żale związane z pracą, przyjaciółkami, a przede wszystkim z ojcem, z którym rozstała się, gdy miałam pięć lat. Całe życie towarzyszyło mi poczucie, że wszyscy mamę krzywdzą – i przyjaciółki, i koledzy, a już najbardziej tata.

Mama godzinami opowiadała mi, jaki to tata był dla niej niedobry, jak strasznie ją traktował. A ja nie wiedziałam, jak reagować, bo przecież to mój ojciec, którego kocham. Chciałam jej to jednak jakoś wynagrodzić, więc spędzałam z nią dużo czasu, starałam się być posłuszna, nie sprawiać problemów. Efekt był taki, że nie miałam przyjaciółek, a kolegów traktowałam podejrzliwie.

Być matką kumpelką to ogromna pokusa wielu matek. Ale w takim modelu kryje się dużo niebezpieczeństw. Córka czuje podświadomy nakaz zaopiekowania się matką, ponieważ wydaje jej się, że matka jest niedojrzała, nieżyciowa. Bierze za nią odpowiedzialność, przez co sama ma zaburzone dojrzewanie. Tak naprawdę boi się dojrzeć, bo podejrzewa, że w dorosłości musi być coś okropnego, skoro matka postanowiła na zawsze pozostać nastolatką.

Wina w rodzaju żeńskim

Niektóre matki chcą dorównać córkom, a nawet z nimi rywalizują. O wygląd, seksualną atrakcyjność, powodzenie u mężczyzn. Gdyby jednak popatrzyły na siebie z odpowiedniej perspektywy, mogłyby dostrzec w swoim wieku dużo atutów.

To one bowiem wiedzą, co to znaczy urodzić i wychować dziecko. To one przeszły przez konflikty ze swoją matką i przez różne związki z mężczyznami. Są bogate w życiowe doświadczenie, którego córki nie mają. I tym powinny dzielić się z córką. Tylko matka, która akceptuje swoją kobiecość i dojrzałość, może dać córce prawdziwe oparcie i poczucie bezpieczeństwa.

Psychoterapeutka Zofia Milska-Wrzosińska podkreśla, że to dzięki matce dziewczynka, a potem młoda kobieta uczy się rozpoznawać i nazywać swoje uczucia. Więź z matką ma duży wpływ na jej relacje z osobami obojga płci. Jeśli ta najważniejsza kobieta w życiu córki zaczyna z nią rywalizować, manipulować nią albo ją odrzuca, to potem wszystkie relacje z kobietami mogą wydawać się jej ryzykowne. Ale równie ważny jest wpływ matki na jej relacje z mężczyznami. Bo to od niej córka uczy się kobiecości. Jeśli matka nieustannie narzeka na mężczyzn, kpi z nich i widzi w nich nieudaczników, to córka może traktować ich podobnie. Co więcej – okazuje się, że nawet gdy córce nie podobają się związki matki, to często w dorosłości buduje podobne.

Kinga: – Koleżanki powtarzały mi, że gdy urodzę swoje dziecko, moje stosunki z mamą się poprawią. Z jednej strony tak się stało, bo rzeczywiście mama bardzo mi pomaga, ale z drugiej – nie, bo nie zna w tym umiaru. Dźwiga zakupy z drugiego końca miasta, jakby na naszym osiedlu nie było sklepu. Przywozi obiady, których my tak naprawdę nie chcemy, bo lubimy co innego. Ja jeszcze jakoś to znoszę, ale mój mąż coraz bardziej jawnie protestuje. Staram się słuchać jej wskazówek – choć wydają mi się staroświeckie – bo przecież wychowała trójkę dzieci. Mąż powiedział mi ostatnio, że jestem taka sama jak ona. I chyba ma rację, bo łapię się na tym, że niby wyrażam swoje zdanie, a tak naprawdę „lecę mamą”.

Badania potwierdzają, że dziewczynki podzielają poglądy matek w znacznie większym stopniu niż chłopcy. Dotyczy to różnych sfer życia, także sądów na temat relacji między kobietą a mężczyzną, seksu. Czasem córka staje się zakładnikiem norm przekazanych jej przez matkę.

Zofia Milska-Wrzosińska w książce „Bezradnik” opisuje pacjentkę, która tak mocno uwewnętrzniła pogląd matki, jakoby wszystkie zachowania związane z seksem czy płcią były złe i wstydliwe, że jej małżeństwo na długie lata pozostało białe. Zasady, które przejęła od matki jako swoje, spowodowały, że całkowicie odrzuciła seksualną sferę życia.

Inne badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. Z kolei naukowcy kanadyjscy udowodnili, że matki i córki w zadziwiająco podobny sposób opowiadają, przedstawiają wydarzenia, komentują, przytaczają szczegóły, nawet jeśli wcześniej nie uzgadniały zeznań. Takie podobieństwo nie występuje pomiędzy nikim innym w rodzinie – ani pomiędzy matkami a synami, ani ojcami a synami czy ojcami a córkami.

Wszystkie te badania dowodzą niesłychanie silnej więzi pomiędzy matką a córką. I co za tym idzie – wielkiej odpowiedzialności matki za wychowanie córki. Ale stąd tylko krok do obarczenia matek całą winą za nieudane życie córek. Zdaniem Pauli Caplan obwinianie o to matki jest głęboko zakorzenione w naszej kulturze. Matki czują tego brzemię.

Ewa: – Moja córka wie, że jednym spojrzeniem lub słowem może sprawić, że poczuję się głupia, stara, brzydka i zdołowana. W pierwszym odruchu odpłacam jej tym samym, ale w głębi duszy pozostaje przekonanie, że widocznie nie zasłużyłam na dobre słowo.

Kinga: – Wiem, ile zawdzięczam mamie, jak bardzo jest nam oddana, szczególnie teraz. Ale czasami marzę, żeby jej nie widzieć i nie słyszeć. Chyba nie jestem dobrą córką.

Paula Caplan pisze o niszczącej sile wzajemnego wpędzania się w poczucie winy: „Energia zużyta na gniewne obwinianie matki (i siebie samych zarówno w roli córki, jak i matki) wstrzymuje nasz rozwój. Jednym z największych źródeł źle wykorzystanej energii emocjonalnej jest wściekłość, którą miliony kobiet czują wobec matek. Gdybyśmy zamiast obsesyjnie przypisywać winę matce, wykorzystały siły w bardziej produktywny sposób, powstałyby wielkie dzieła sztuki, rozwiązałybyśmy problemy socjalne i kryzysy tożsamościowe. Ale taką zmianę skutecznie uniemożliwia powszechne przekonanie, że źródłem naszych największych problemów są matki”.

Uczłowieczyć jej obraz

Jak wyjść z tego błędnego koła wzajemnych oskarżeń? Matki mają tu dużo lekcji do odrobienia, zwłaszcza w okresie dojrzewania córki. Powinny zrozumieć, że ma ona potrzebę okazywania swojej odmienności, i nie brać jej krytycznych uwag do siebie. A już w żadnym razie nie odpłacać jej pięknym za nadobne. Krytykuje nas? Buntuje się?

Zapytajmy najspokojniej, jak umiemy, dlaczego. Być może ma słuszne powody. Słuchajmy jej bez oceniania. Wymagajmy od córki odpowiedniej do wieku odpowiedzialności za swoje postępowanie. Nie wyręczajmy we wszystkim, bo odbieramy jej okazję do rozwoju. Nie oczekujmy, że będzie się nam zwierzała jak kiedyś. Zaakceptujmy granice, jakie nam stawia. Obserwujmy ją, zachowajmy z nią bliski kontakt, a zarazem pozwalajmy podejmować własne decyzje. Miejmy do niej zaufanie. W końcu to jej życie. Tylko w ten sposób możemy przeprowadzić ją przez ten trudny okres od pełnej identyfikacji z nami do osiągnięcia autonomii.

A co mogą zrobić córki? Paula Caplan radzi, aby uczłowieczyły obraz matki, czyli uświadomiły sobie wszystkie cechy jej charakteru i motywy postępowania. Może okaże się, że matka też miała krytykującą matkę i trudne dzieciństwo. Wiele matek stara się sprostać wyidealizowanemu obrazowi macierzyństwa i ukrywa przed córkami swoje trudności, bo nie chce ich tym obciążać. Dlatego większość z nas tak mało o nich wie, a brak tej wiedzy jeszcze bardziej utrudnia wzajemne porozumienie.

Ważne jest nie tylko zrozumienie błędów matek, ale także dostrzeżenie ich zalet. W każdej matce można znaleźć coś, co powinno budzić szacunek. Na przykład to, że nie pracowała, aby nas wychować. Albo pracowała i łączyła codzienne obowiązki macierzyńskie z zawodowymi. Nawet jeśli matka bardzo nas zraniła, można zobaczyć w niej po prostu człowieka. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ nieustanne obwinianie matki szkodzi przede wszystkim nam. Zwalnia z odpowiedzialności za swoje życie. Utwierdza w przekonaniu, że ponieważ problem tkwi w niej, więc ze swoim życiem nie możemy nic zrobić.

Bert Hellinger zauważa, że córki oczekują od matek, by były jak Bóg. A ponieważ to niewykonalne, pociągają je za to do odpowiedzialności. Hellinger powtarza, że uzdrowić relacje z matką możemy poprzez wzięcie jej do serca taką, jaka jest, ze wszystkimi zaletami i wadami.