1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Miłość symbiotyczna. Gdy jesteśmy uzależnieni od partnera

Miłość symbiotyczna. Gdy jesteśmy uzależnieni od partnera

Musimy zrozumieć, że partner nie jest naszym życiem, tylko jego częścią. Całkowite zaabsorbowanie inną osobą prowadzi nie tylko do jej wymęczenia i w konsekwencji oziębłości, ale przede wszystkim szkodzi kochającemu „za mocno” partnerowi. (Fot. iStock)
Musimy zrozumieć, że partner nie jest naszym życiem, tylko jego częścią. Całkowite zaabsorbowanie inną osobą prowadzi nie tylko do jej wymęczenia i w konsekwencji oziębłości, ale przede wszystkim szkodzi kochającemu „za mocno” partnerowi. (Fot. iStock)
„Chciałabym przebywać z nim cały czas, każdą wolną chwilę staram się poświęcić jemu. Cokolwiek bym robiła, muszę wiedzieć, że jest obok. Chcę zasypiać przy nim, budzić się i odpoczywać przy nim. Jest moim życiem. Niczego więcej nie potrzebuję”. Co myślicie o takim wyznaniu? Wielka miłość czy szaleństwo? Relacje z taką osobą mogą stać się prawdziwą próbą. Nawet jeśli ktoś uwielbia gruszki, po tygodniu gruszkowej diety za pewne będzie miał ich dosyć. Z czego więc wynikają i do czego prowadzą absorbujące relacje?

W zdrowym związku partnerzy potrafią istnieć osobno jako dwie różne istoty, mające inne zainteresowania, pragnienia i cele. Każdy z nich prowadzi w pewnym stopniu własne życie i jest świadomy swojej odrębnej tożsamości. Potrzebujemy jakiejś przestrzeni, miejsca, w którym moglibyśmy pobyć zupełnie sam na sam ze swoim ja; tak zwanej odskoczni w postaci hobby czy innych aktywności. Musimy zrozumieć, że partner nie jest naszym życiem, tylko jego częścią. Całkowite zaabsorbowanie inną osobą prowadzi nie tylko do jej wymęczenia i w konsekwencji oziębłości, ale przede wszystkim szkodzi kochającemu „za mocno” partnerowi.

Niedojrzałość emocjonalna wyraża się między innymi w niemożności bycia samemu, lękach przed samotnością i opuszczeniem. Jeśli nie nauczyliśmy się żyć w zgodzie z najbliższym i najlepiej znanym nam człowiekiem – sobą, to jak możemy zbudować relacje z kimś innym? Jeśli małżeństwo jest ucieczką od samotności, lekiem na nierozwiązane problemy, próbą poprawy własnego życia, wówczas jest duża szansa, że trudności nie pozwolą na siebie długo czekać. Partner nie sprawi, że nagle poczujesz się piękna, jeśli sama w to nie uwierzysz, nie wniesie w twoje życie urozmaicenia, jeśli sama nie zadbasz o wasz wspólny czas, nie uczyni, że twój pesymizm i czarnowidztwo nagle cię opuszczą, jeśli nie zaczniesz się uśmiechać. Zadbaj najpierw o siebie, o swój rozwój, swoją codzienność, stwórz własny niepowtarzalny świat i dopiero wtedy zaproś do niego partnera. Nie odcinaj się od przyjaciół, miej czas na rodzinę, nie zaniedbuj zainteresowań. Partner nie powinien być lekiem na wszystkie twoje problemy. Nie jest on też bezwarunkowo kochająca matką, ani psychoterapeutą czy telepatą, zgadującym twoje myśli i marzenia. Miłość jest wolnościowym związkiem dwojga niezależnych osób, a nie symbiozą.

Niestety, wiedza nie zawsze pomaga w budowaniu bezpiecznej i zdrowej więzi. Niektóre osoby potrzebują głębokiej pracy nad sobą oraz wsparcia specjalistów. Problemy tego typu rodzą się w naszym dzieciństwie, a konkretnie przed 3 rokiem życie, kiedy jest kształtowany styl przywiązania do opiekuna. Jednym z takich stylów, który jest odpowiedzialny za nadmierną absorbcję w związku, jest przywiązanie lękowo - ambiwalentne. Takie osoby czują ogromna potrzebę bliskości, są jakby „przyklejone” do swoich parterów, ale jednocześnie odczuwają lęk przed odrzuceniem. Im chęć bliskości jest większa, tym większy jest strach przed związkiem. Za przykład mogą posłużyć Dorosłe Dzieci Alkoholików, u których potrzeba bliskości jest bardzo duża, ale brakuje w tym wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Są to często osoby o niskiej samoocenie, które nie wierzą w to, że zasługują na miłość. Stąd też pojawiają się ciągłe żądania deklaracji uczuć i dowodów zaangażowania w związek partnera. Zewnętrzny świat ukochanej osoby staje się zagrażający, gdyż odciąga on uwagę od partnera. Osoba o przywiązaniu lękowo - ambiwalentnym nie potrafi dzielić się małżonkiem z kimkolwiek innym i wymaga całkowitego, bezwarunkowego poświęcenia się. Takie relacje powodują u drugiej osoby niechęć i frustracje, co w konsekwencji jeszcze bardziej pogłębia lęk i obniża samoocenę partnera kochającego „za mocno”. Okazuje się, że wymagania nie są realne i druga osoba nie jest w stanie im sprostać. Takie relację są podobne do huśtawki, która rozpędza się sięgając swojej możliwie najwyższej pozycji i potem nagle spada w dół.

Jeśli wydaje ci się, że zauważyłaś sporo podobieństw we własnym zachowaniu, to jest to dobry moment na głęboką refleksję nad tym, jak wyglądają twoje relacje z partnerem. Czego się boisz? Co czujesz? Czego wymagasz? Czego potrzebujesz? Świadomość i akceptacja problemu zawsze jest początkiem zmiany na lepsze. Nie bój się przyznać przed sobą, że nie jesteś idealna, gdyż idealne relacje nie istnieją.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobieta na zakręcie - gdzie szukać pomocy?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Gdy w domu jest piekło, trzeba działać szybko, a nie zagłębiać się w swoją sytuację i pytać, dlaczego się w niej znalazłam. To jest dobre pytanie, ale na później. Najpierw potrzebne jest określenie problemu i motywacja do zmian – mówi psychoterapeutka Małgorzata Sadurska Pietruszewska.

Artykuł archiwalny

Co dla kobiety „na zakręcie” powinno być alarmującym sygnałem, że nie może biernie czekać, ale musi szukać pomocy?
Jej stan: depresyjny nastrój, wycofanie, unikanie ludzi, niekontrolowane napady złości, choroby psychosomatyczne, a zwłaszcza to, że czuje się całkowicie bezradna. Zwykle jest tak, że kobieta tkwi w hermetycznym układzie, bo ukrywa fakt, że doświadcza przemocy, że mąż pije czy jest hazardzistą. Taka jest specyfika tych rodzin. Kobiety przeżywające osobistą gehennę pozostają więc samotne, nie mają wsparcia przyjaciół. Nie radzą sobie w tej sytuacji, więc starają się ją racjonalizować – usprawiedliwiają męża, obwiniają siebie.

Co powinny robić?
Wychodzić na zewnątrz i o tym mówić. Ale to nie jest łatwe, gdyż kobiety wstydzą się opowiadania o swoim dramacie. Stereotypy funkcjonujące w naszym społeczeństwie każą im z jednej strony czuć się odpowiedzialnymi za swoją rodzinę, a z drugiej – wpędzają je w poczucie winy, bo uważa się, że jeśli kobieta nie potrafi okiełznać swojego męża, to znaczy, że jest słaba. Kobiety czują się odpowiedzialne i winne, takie poczucie też może być sygnałem do szukania pomocy. W organizacjach takich jak OPTA uświadamiają sobie, że nie ponoszą odpowiedzialności za męża, za jego picie, za przemoc, którą stosuje, uczą się, że nie muszą się wstydzić swojej sytuacji.

Pomoc przyjaciółki nie wystarczy? Na czym polega przewaga takich miejsc jak OPTA nad wsparciem bliskich?
Pomoc przyjaciółki zawsze jest cenna, ale to za mało. Przyjaciółka, nawet najlepsza, na ogół nie zna specyfiki tych problemów. W ośrodkach takich jak OPTA kobieta dostaje odpowiednią wiedzę. To niezwykle potrzebne, bo na ogół kobieta ma mętlik w głowie. Docierają do niej przekazy rodzinne, stereotypy, normy społeczne i ona nie wie, jakie ma podejmować kroki. Pod fachowym okiem dowiaduje się, jak postępować, żeby zacząć budować swoją autonomię, żeby wyjść z przemocy czy współuzależnienia.

Ale to długi proces. Od czego się zaczyna?
Bardzo ważny jest początek. Trzeba kobiecie pomóc rozpoznać sytuację i wesprzeć ją w konkretnych działaniach, np. gdy zdecyduje się wystąpić o alimenty, napisać pozew rozwodowy czy alimentacyjny, doniesienie do prokuratury o znęcaniu się nad rodziną. To właśnie powinno się zaoferować kobiecie w pierwszej fazie – konkretne praktyczne działania. W dramatycznych okolicznościach nawet panie z dyplomami wyższych uczelni tracą głowę. Przemoc zdarza się we wszystkich grupach społecznych, niezależnie od poziomu wykształcenia. Nie trzeba mieć siniaków i złamanych kości, aby być jej ofiarą.

Na pomoc psychologiczną przyjdzie czas?
Gdy w domu jest piekło, trzeba działać szybko, a nie zagłębiać się w swoją sytuację i pytać, dlaczego się w niej znalazłam. To jest dobre pytanie, ale na później. Najpierw potrzebne jest rozpoznanie problemu i motywacja do zmian. Człowiek jest zdolny do zmiany swojego życia, jeżeli czuje się silny i widzi nadzieję. Na tym się koncentrujemy. Jeżeli ktoś trwał przez wiele lat w takiej sytuacji, to jego energia została wyczerpana i trzeba ją odzyskać. Na głębszą terapię trzeba poczekać do czasu, gdy kobieta stanie na nogach – uporządkuje swoją sytuację prawną, mieszkaniową, uwolni się od przemocy, uniezależni się materialnie od męża.

Co w tej pierwszej fazie jest dla kobiety najtrudniejsze?
Wyzbycie się lęku przed eskalacją przemocy albo przed tym, żeby mąż jeszcze bardziej nie zaczął pić. To strach podpowiada: „On mnie zabije, jeśli będę próbowała coś zmienić, nie poradzę sobie sama, to moja wina”. W Opcie uczymy kobiety oswajać ten strach, uczymy, że nie należy się cofać.

Co zrobić, gdy pijany partner wpada w furię?
Np. zadzwonić po policję, nie czekać, tylko wyjść z domu, zabrać ze sobą dzieci, zabrać swoje dokumenty. Kobieta musi wiedzieć, co robić. Razem z nią budujemy plan, gdzie powinna udać się po wsparcie i pomoc.

A gdy to wsparcie już otrzyma?
Przede wszystkim zaczyna widzieć nadzieję na zmianę. To niewiarygodne, ale taki promyk nadziei może rozświetlić jej życie na tyle, że ma odwagę wyjść na prostą. Pomagają jej w tym nie tylko liczne treningi, ale także inne kobiety, które też przeszły podobne piekło i przełamały strach.

Jakie jeszcze korzyści czekają na kobietę za tym zakrętem?
Może zacząć normalnie funkcjonować jako niezależna jednostka. Może spełniać swoje marzenia, realizować niezaspokojone dotąd potrzeby. Nowa sytuacja daje jej takie możliwości, ale najpierw musi się spotkać z tymi potrzebami i marzeniami, z przekonaniem, że można żyć inaczej, czerpać radość i przyjemność z bycia kobietą.

Może liczyć na to, że jej metamorfoza wymusi zmiany na mężu?
Zmiana jednego z członków systemu zazwyczaj implikuje zmiany w całym systemie. Kiedy kobieta potrafi powiedzieć „nie”, kiedy nie płacze już po nocach, a częściej się uśmiecha, dzieci widzą tę zmianę i też będą się inaczej zachowywały. Jeżeli mąż, który do tej pory wydzielał żonie pieniądze, widzi, że ona zarabia je sama, nie może już nią manipulować. Ale czy to wpłynie na prawdziwą zmianę jego postępowania? To nie takie proste. Ale możliwe.

Małgorzata Sadurska Pietruszewska, psychoterapeutka związana w przeszłości ze Stowarzyszeniem OPTA, w programie Od NowA prowadziła grupy wsparcia dla kobiet współuzależnionych.

  1. Psychologia

Narcyz - jak z nim żyć?

Narcyz, nawet jeśli stworzy z kimś związek, tak naprawdę pozostaje w związku z sobą samym. (Fot. iStock)
Narcyz, nawet jeśli stworzy z kimś związek, tak naprawdę pozostaje w związku z sobą samym. (Fot. iStock)
Zbliża się jedynie na chwilę. Raczej nie jest tobą zainteresowany, nie okazuje uczuć. Masz wrażenie, że jesteście oddzieleni niewidzialną szybą. Tak naprawdę, nie wiesz kim jest, bo on sam nie ma o tym pojęcia.

Z narcyzmem jest zupełnie odwrotnie niż w znanym micie o Narcyzie. Ani starożytni Grecy, ani Rzymianie nie znali mitu w tej wersji. Przypuszczalnie powstała ona w czasach Romantyzmu. Postawa wielkościowa bohatera mitu, jego poczucie, że jest najpiękniejszy i najwspanialszy jest tylko jednym biegunem osobowości narcystycznej. Bo kim tak naprawdę jest narcyz? To człowiek zupełnie zamknięty w swoim świecie. Miotany wewnętrznymi przekonaniami - z jednej strony czuje się wszechmocny, a z drugiej strony - wydaje mu się, że jest zerem, nikim. Jest rozdarty między takim myśleniem na swój temat. I z tego powodu nie kontaktuje się ze światem.

Narcyzm wynika z podwójnego stosunku rodzica do dziecka. Nie dostał on ciepła, spełnienia emocjonalnego, prawdziwego zainteresowania, akceptacji. Jednocześnie jednak matka wysyłała sygnały, że dziecko jest dla niej najważniejsze. Właśnie ta podwójność jest najtrudniejsza, najbardziej rani, czyniąc spustoszenia w psychice. Narcyzm jest pewną postawą wewnętrzną, którą każdy z nas ma w jakimś stopniu. Z człowiekiem, który jest esencją narcyza, w ogóle nie ma porozumienia. Narcyz „50-procentowy”, „70-procentowy” może na przykład przybliżać się i oddalać od ludzi.

Narcyz ma problem w kontaktach z innymi, bo konfrontując się z nimi, mógłby zweryfikować kim naprawdę jest. Musiałby jednak do nich wyjść, ale nie może tego zrobić, bo boi się że ponownie zostanie odrzucony. Tak jak w dzieciństwie przez matkę. Nie należy jednak postrzegać narcyza jedynie jako odizolowanego samotnika. Osoby narcystyczne potrafią prowadzić aktywne życie. Często są perfekcyjni, ambitni, odnoszą sukcesy. Cały czas jednak nie mają realnego kontaktu z ludźmi. Oni im służą jedynie do pozycjonowania się - czy jestem mądrzejszy, czy głupszy, ładniejszy czy brzydszy. Jest zainteresowany tymi, którzy go podziwiają, bo wzmacniają jego poczucie wszechmocy. W końcu jednak traktuje ich w sposób lekceważący, pogardliwy. I krytyczny, bo w ten sposób ucieka od własnego wewnętrznego krytyka. Jeśli ktoś sam miota się między zerem a nieskończonością, nie może mieć realnego odbioru innych. Narcyz ma niesamowicie niestabilny obraz siebie, brak mu poczucia własnej wartości.

On źle znosi wszelkie przegrane, porażki. Ma silną chęć odwetu, bywa mściwi, zazdrosny agresywny. Narcyz nie ma środka, nie czuje siebie. Dramat polega na tym, że nie umie dowiedzieć się, że nie jest ani geniuszem, ani zerem, tylko po prostu w czymś jest dobry, a w czymś innym przeciętny. Często z tego powodu przeżywa napięcie nie do zniesienia. Może się pojawić złość, zawiść, niechęć do kogoś, kto zagraża, bo pokazuje, że wcale nie jest taki wspaniały.

Bywa, że narcyz zachowuje się lekkomyślnie, brawurowo, szuka wrażeń, emocji. Bo chce poczuć się wyjątkowy. Albo ma kamienną twarz, jest jakby zamrożony, ponieważ zaabsorbowanie przede wszystkim wewnętrznym dialogiem z samym sobą, robi wrażenie, że jest nieobecny. Narcyz doświadcza wewnętrznej pustki i skrajnej nudy, bo nie kontaktuje się ze swoimi prawdziwymi potrzebami. Tak naprawdę nie wie, co go interesuje w życiu, jaką może mieć pasję albo cokolwiek innego do zrobienia. Postawa narcystyczna może polegać na wycofaniu się z jakiejkolwiek działalności po to, żeby nie ponieść porażki. Narcyz nie może przecież pójść do kogoś i zapytać, czy to co robi, na przykład pisze, maluje czy śpiewa, jest dobre czy złe, bo naraziłby się ocenę i potencjalne odrzucenie.

Narcyz, jak każdy, pragnie odczuwać, doświadczać bliskości. To dziecięca tęsknota, żeby wszystkie jego potrzeby zostały wreszcie zaspokojone. Na takie spełnienie w dorosłym świecie nie ma szans, na inne też nie, dopóki nie wyjdzie do świata, którego panicznie się boi.

Narcyz, nawet jeśli stworzy z kimś związek, tak naprawdę pozostaje w związku z sobą samym. Szuka ładnej żony, jeśli potrzebuje jej do potwierdzenia, że jest przystojnym mężczyzną. Jeśli pięcioro dzieci da mu poczucie, że jest świetnym ojcem i głową rodziny, będzie nimi zainteresowany. On szuka tylko atrybutów, potrzebnych mu do podbudowania poczucia, że jest jakiś. Często partnerką narcyza musi być ktoś wyjątkowy, na przykład żona pochodząca z określonej sfery, dalekiego kraju, czy bardzo bogata. Możliwy jest też wariant, że weźmie sobie za żonę przysłowiową Kryśkę Kowalską, która będzie w niego wpatrzona i tym będzie się karmił. Szybko jednak nasyci się podziwem, nie rozwinie się w tej relacji. On może jej coś dać, lub nie, porozmawiać, uprawiać seks, ale w jego wewnętrznym świecie w ogóle nie ma to znaczenia. Kobieta, która żyje z narcyzem prędzej czy później będzie miała poczucie, że ma w domu przedmiot, z którym nie ma kontaktu.

Jeśli jest z narcyzem, nie widzi w nim realnej osoby. Tak jak on jest w pułapce, projektuje na niego swoje marzenia relacyjne. Może na przykład widzieć w nim silnego mężczyznę, przy którym czuje się zaopiekowana. Ale on wcale nie jest troskliwy. Żeby wyjść z tej pułapki, warto stracić iluzję, która ją do niego przywiodła i odzyskać realność sytuacji, w której się znajduje. Być może potrzebuje stanąć za sobą i powiedzieć - jeśli się mną nie zaopiekujesz, poszukam sobie kogoś innego, kto to zrobi. W ten sposób może sprowokować go, by wyszedł ze swojego żelaznego pieca do świata. Żeby złapał rzeczywisty, realny obraz siebie i zweryfikował kim w istocie jest. Żeby jednak zbliżył się do drugiej osoby, nie traktując jej jak instrumentu, musi wyzbyć się swojego lęku przed odrzuceniem. Skoro są ze sobą w relacji, to znak że mają coś do przepracowania. Tym, co mają do zrobienia, jest zobaczenie realnego siebie i realną osobę, z którą jestem w związku. Wtedy dopiero mogę świadomie zadecydować czy chcę z tą osobą być czy też nie. Inaczej jesteśmy rządzeni przez różne mechanizmy, których wcześniej czy później stajemy się ofiarami. Żaden związek, nie tylko osób narcystycznych, nie będzie satysfakcjonujący, pełny, jeżeli nie zostanie oparty na zasadzie realności i świadomego wyboru.

Konsultacja: Tomasz Teodorczyk i Agnieszka Wróblewska, psychoterapeuci, Akademia Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. 

  1. Psychologia

Rozpamiętywanie w związku – sposób na zniszczenie relacji

Związki to jeden z najczęściej rozpamiętywanych obszarów. Wiele kobiet poślubiając partnera, tak naprawdę poślubia zmartwienia – to one przysłaniają im drugą osobę i relacje z nią. Co wpędza nas w pułapkę rozpamiętywania? (fot. iStock)
Związki to jeden z najczęściej rozpamiętywanych obszarów. Wiele kobiet poślubiając partnera, tak naprawdę poślubia zmartwienia – to one przysłaniają im drugą osobę i relacje z nią. Co wpędza nas w pułapkę rozpamiętywania? (fot. iStock)
Kobiety, które uzależniają wszystko od zadowolenia partnerów i podtrzymania związku z nimi, są szczególnie podatne na częste rozpamiętywanie. Niewielka oznaka niezadowolenia ze strony partnerów wpędza je w spiralę zmartwień: „Co to znaczy? Co on czuje? Co mogę zrobić, by to naprawić?”. W głębi serca mogą mieć za złe swoją zależność od partnera, a poczucie, że nie są doceniane za wszystko, co robią, napędza ich rozpamiętywanie – pisze Susan Nolen-Hoeksema w swojej książce „Kobiety, które myślą za dużo. Jak uwolnić się od nadmiernego myślenia i osiągnąć spokój”.

Wśród respondentów naszych badań jednym z najpowszechniejszych tematów rozpamiętywania były relacje prywatne – z partnerami, małżonkami czy sympatiami. To, że związki tego rodzaju są często obiektem zmartwień, jest logiczne. Relacje prywatne leżą w samym centrum naszego poczucia tożsamości. Patrzymy na siebie przynajmniej w części oczami naszych partnerów, a oni świadczą o nas. Można więc zrozumieć, dlaczego martwimy się, co o nas myślą, w jakiej kondycji jest nasz związek, dokąd zmierza, dlaczego nasi partnerzy zachowują się tak, jak się zachowują, jak ich uszczęśliwić i co inni o tym wszystkim myślą.

Analizowanie relacji prywatnych to dobry pomysł, jeżeli prowadzi do identyfikacji problemów i podejmowania działań naprawczych albo jeżeli po prostu cieszysz się świadomością, że w twoim związku dzieje się fantastycznie. Rozpamiętywanie może jednak sabotować związek na każdym kroku – kiedy próbujemy wybrać partnera, chodzimy na randki, składamy sobie obietnice, kiedy mamy dzieci. Trendy historyczne, które doprowadziły do epidemii rozpamiętywania u obecnych pokoleń, sprawiają, że jest ono szczególnie niebezpieczne w kontekście związków.

Jeżeli nie wiemy, kim jesteśmy ani jakie są nasze fundamentalne przekonania, wybór dobrego partnera życiowego utrudniamy sobie już na początku. W powiedzeniu „przeciwieństwa się przyciągają” jest wprawdzie ziarno prawdy, w większości związków długoterminowych dwójka ludzi ma podobne przekonania i zainteresowania. Daje im to podstawę do podejmowania ważnych decyzji, na przykład na co wydawać pieniądze czy jak wychowywać dzieci. Dzięki temu mają też zrozumienie i szacunek dla swoich wzajemnych opinii i zainteresowań, a to ważne źródło zaufania i przyjaźni oraz podstawa dla wspólnych aktywności.

Kiedy jednak żyjemy w próżni wartości, zbyt łatwo dajemy się czasem przekonać opiniom innych (i mediów), jak poznać dobrego kandydata na partnera. Jeżeli poczucie uprzywilejowania wzięło nad nami górę – „Zasługuję na mnóstwo pieniędzy, przystojnego partnera i na to, by robić to, na co mam ochotę” – ograniczamy się do oceny potencjalnych partnerów na podstawie powierzchownych kryteriów, jak na przykład status społeczny, dochody, atrakcyjność albo to, jak bardzo irytuje naszych rodziców. Bez ustanku rozpamiętujemy, czy ta osoba spełnia nasze oczekiwania albo czy – jeżeli będziemy kontynuować związek – dostaniemy od życia to, czego chcemy.

Kiedy już wybierzemy partnera, możemy odkryć, że społeczna obsesja wywyższania się i doraźnych rozwiązań głębokich problemów emocjonalnych utrudnia budowę związku. W razie problemów łykamy antydepresanty, pijemy albo zaczynamy szybko rozważać separację czy rozwód. Jeżeli czujemy się w związku jak w pułapce albo seks nie do końca przynosi nam satysfakcję, zdrada wydaje się łatwym rozwiązaniem pragnienia zaspokojenia emocjonalnego i fizycznego. Jeżeli mamy za sobą rozpad kilku związków, przechodzimy z romansu w romans albo bezustannie kłócimy się z partnerem, to zaczynamy rozpamiętywać, co jest z nami nie tak, że nie udaje nam się utrzymać związku.

Nawet gdy nie mamy konfliktu z partnerem czy mężem, kultura zapatrzenia w siebie zachęca nas do nieustannego analizowania związku, weryfikowania jego stanu, rozważania zmian i odchyłów od normy i martwienia się o „spadek temperatury”. Kolorowe magazyny to źródło niekończących się quizów, które diagnozują stan naszych relacji, i nigdy jakoś nie udaje nam się w nich dostać najwyższej liczby punktów. Wyznacza się nam nieosiągalne standardy w każdej dziedzinie, począwszy od ilości i jakości uprawianego seksu po głębię relacji duchowej. Jeżeli brak nam silnych wartości, które pomogą w zrozumieniu relacji i docenieniu ich, jesteśmy szczególnie podatne na presję zewnętrzną i rozpamiętywanie, które jest jej skutkiem.

Kobiety znacznie częściej niż mężczyźni rozpamiętują relacje prywatne

Kobiety są podatne na rozpamiętywanie wszelkiego rodzaju relacji, w tym relacji z rodzicami i innymi członkami rodziny oraz związku z dziećmi.
Relacje z mężami i partnerami są szczególnie powszechnym powodem zamartwiania się, bo kobiety są często zależne od nich zarówno pod względem finansowym, jak i psychologicznym.
Wprawdzie jako grupa kobiety są dziś w znacznie większym stopniu niezależne finansowo od partnerów niż parędziesiąt lat temu, byt wielu kobiet i ich dzieci w dalszym ciągu uzależniony jest od dochodu mężczyzny. Tego rodzaju zależność motywuje kobiety, by akceptować wiele negatywnych elementów związku – od zdystansowania emocjonalnego po przemoc fizyczną czy seksualną. Kobieta tkwi w takim związku jak w pułapce, ale chce chronić siebie i dzieci, jest więc hiperwyczulona na oznaki niezadowolenia partnera – czy to z niej, czy w sensie ogólnym. Nie może sobie pozwolić na porzucenie go, a chce uniknąć przemocy, miarkuje więc każde słowo i kontroluje własne zachowanie z nadzieją, że go zadowoli, a przynajmniej uspokoi. Między interakcjami z partnerem próbuje wymyśleć sposoby, jak go ugłaskać – a może i jak go porzucić. Jeżeli jednak brak jej wykształcenia, umiejętności zawodowych i wsparcia otoczenia, a szczególnie gdy boi się reakcji partnera na próbę odejścia, będzie trwać przy nim, trzęsąc się ze strachu w jego obecności i rozpamiętując pod jego nieobecność.

Nawet gdy kobieta nie jest finansowo uzależniona od partnera, może być uzależniona psychologicznie. Być może potrzebuje jego akceptacji lub trwałości związku, by mieć o sobie dobre zdanie. Być może nie wie, jak określić własną tożsamość poza związkiem. Takie uzależnienie sprawia, że kobieta monitoruje każdy aspekt relacji – dlaczego on był dziś rano taki zły? Czy zrobiłam coś nie tak? Czy jest szczęśliwy w tym małżeństwie? Jak mogę sprawić, by był bardziej szczęśliwy? Naturalnie warto co pewien czas przyjrzeć się własnemu związkowi, ale gorączkowa analiza i chroniczne napady rozpamiętywania przynoszą więcej szkody niż pożytku. Przede wszystkim mogą partnera zniechęcić.

Psycholodzy Thomas Joiner z Uniwersytetu Stanowego Florydy i James Coyne z Uniwersytetu Pensylwanii opisali negatywne cykle interakcji, do których dochodzi, gdy jedno z partnerów nieustannie domaga się otuchy od drugiego. Niepewna siebie partnerka ciągle prosi o zapewnienia, że partner ją kocha i rozumie. Jej partner stara się dodać jej otuchy, ale to jej nie wystarcza, co może być dla niego źródłem frustracji i irytacji, a to z kolei napędza jej niepokój, więc w efekcie znowu pyta go w kółko, czy on ją na pewno kocha. On zaczyna się nad tym zastanawiać, ale może czuć się winny i przysięga, że ją kocha. Ona dostrzega jego irytację i ewentualne poczucie winy, martwi się jeszcze bardziej i wytyka mu, że jej zdaniem on jej jednak nie kocha. On irytuje się jeszcze bardziej i albo się wycofuje, albo wybucha. Cała rozmowa to dla niej doskonała pożywka do rozpamiętywania.

Nawet jeżeli zależność psychologiczna nie prowadzi do tak destrukcyjnych relacji z partnerem, może sprawić, że kobieta zacznie podejmować złe decyzje w sprawie związku. Podczas napadów rozpamiętywania może dostrzegać w relacji tylko problemy, a nie jasne strony, a przez to stracić motywację do pracy nad nią. To z kolei może sprawić, że zrezygnuje ze związku, który da się i warto ratować.

Rozpamiętywanie czasem też wiąże się z obwinianiem się i pogardą dla siebie samej. Kobieta może dojść do wniosku, że nie jest godna miłości albo niezdolna do stworzenia dobrego związku, a to prowadzi do różnorodnych zachowań autodestrukcyjnych, jak kompulsywne jedzenie, nadużywanie alkoholu, myśli samobójcze czy pozostawanie w złym dla niej związku, ponieważ jest przekonana, że nie stać jej na nic lepszego.

  1. Psychologia

Grzeczne słówka, czyli co jesteśmy w stanie zrobić, by nie usłyszeć "nie"

Ilustracja: Michał Stachowiak
Ilustracja: Michał Stachowiak
Kiedy ludzie się lubią, jest miło, wszyscy się ze sobą zgadzają i nikt nikomu nie robi nic złego… Choć dla niektórych taka niebiańska wizja relacji międzyludzkich może być pociągająca, to w realnym świecie nie występuje.

Po sposobie formułowania wypowiedzi można rozpoznać skłonność do uległości, agresji, asertywności czy empatii w kontaktach z innymi. Ludzie odbierają takie komunikaty podświadomie, nie muszą być specjalistami od mowy ciała czy komunikacji. Zobaczmy, o czym świadczą poniższe fragmenty e-maili:

„Pozwoliłem sobie napisać w kwestii możliwości wydawniczej w temacie poezji. Przy czym nadmienię, że temat imprintu jest mi znany, jednakże interesuje mnie umiarkowanie. Pytam bardziej o możliwość tradycyjnego wydawnictwa. Jestem ukształtowanym poetą, choć to ciągły proces, działającym w Internecie i zajmującym się poezją od lat. Do tej pory sieciowe działania były dla mnie wystarczające, ale nadchodzi taki czas, kiedy chce się wrócić do klasyki. Zamarzyło mi się słowo drukowane, pachnąca książka, która przejdzie kurzem i patyną”.

„Zwracam się uprzejmie z pytaniem, czy istnieje możliwość przesłania fragmentu pisanej przeze mnie powieści? W celu hipotetycznej oceny lub oszacowania, że powieść, nad jaką pracuję, ma szansę na zainteresowanie ze strony wydawnictwa”.

Czy mnie polubisz?

Jedną z najbardziej typowych cech ludzkich jest strach przed oceną. Jeśli jesteśmy niepewni, jak nasze słowa zostaną odebrane, obawiamy się odmowy i chcemy, żeby inni nas lubili, mamy tendencję do tworzenia barokowych konstrukcji językowych i nadużywania zwrotów: „jeżeli”, „być może”, „nie całkiem”, „w kwestii możliwości”, „marzy mi się” czy „jeślibyś zechciał”… Niechęć do konfliktów to chlubna cecha, dążenie do zgody rzeczywiście spowoduje, że część osób – o podobnych skłonnościach – będzie nas lubić. Jednak z pewnością w bliskim otoczeniu znajdą się również tacy, którzy taką zgodność potraktują jako zaproszenie do tego, żeby nas wykorzystywać. Jeszcze inni będą zastanawiać się, czy nie jesteśmy fałszywi, skoro rzadko bywamy asertywni. Niektórzy uznają nas za „naturalne ofiary”, które nie mają własnego zdania i trzeba nimi zarządzać, bo inaczej sobie w życiu nie poradzą. Tak więc nasze zachowania oparte na dążeniu do zgody mogą przynieść całkiem niespodziewane skutki.

Żeby było miło

Uwewnętrzniony zazwyczaj w dzieciństwie komunikat „bądź grzeczny” (czyli „słuchaj mnie i rób, czego ja chcę”) działa długoterminowo. Podstawowym pewnikiem, na którym – zazwyczaj nieświadomie – opieramy nasz system komunikowania się z otaczającym światem, jest założenie, że musimy być mili i zgodni, żeby inni nas lubi. A jest to założenie błędne.

Można cieszyć się sympatią innych, kiedy wypowiada się odmienne poglądy i prezentuje inne postawy. Świat nie rozpadnie się w gruzy, jeżeli powiemy „nie”, gdy nie będziemy chcieli zrobić tego, czego ktoś się właśnie od nas domaga. Może się natomiast zmniejszyć odsetek znajomych i „przyjaciół”, którzy zadają się z nami, bo dobrze nadajemy się do wykorzystywania i zaspokajania ich potrzeb. Ludzie, którzy chcą, żeby się z nimi zgadzać i robić to, czego sobie życzą (i którzy lubią nas, kiedy się z nimi zgadzamy), chcą, żeby zaspokajać ich potrzeby bez względu na koszty, jakie przy tym ponosimy.

Tylko nie mów „nie”!

Dlaczego uduchowiony poeta i wrażliwy prawdopodobnie pisarz tak „dookoła” zwracają się do wydawnictwa, przedstawiając propozycję wydania ich dzieł? Jakby chcieli poprosić, aby wydawnictwo zrobiło to „mimo wszystko”, jakby zakładali, że druga strona będzie niechętna przystać na ich propozycję. Jeśli rzeczywiście uważają, że ich prace nie nadają się do druku, to brakiem rozsądku jest proponowanie próbek. Więc prawdopodobnie uznają, że materiał jest dobry, ale wydawnictwo może nie chcieć. I tu zaczynają się schody. Piszący nie chcą usłyszeć odpowiedzi odmownej, a jednocześnie podświadomie zakładają, że może ona nastąpić. Więc z jednej strony zachowują się trochę tak, jakby wcale nie prosili: „Pozwoliłem sobie napisać w kwestii możliwości wydawniczej w temacie poezji”, „Zwracam się uprzejmie z pytaniem, czy istnieje możliwość przesłania fragmentu pisanej przeze mnie powieści? W celu hipotetycznej oceny lub oszacowania (…)”. No cóż, skoro sobie ktoś pozwolił, to mu wolno. A pytanie o to, czy istnieje możliwość przesłania czegoś do wydawnictwa, jest zaiste zadziwiające. Sytuacja zaczyna więc wymykać się logice. A to budzi podejrzenie, że kierownicę działań przejęły emocje. W tym wypadku strach.

Kiedy nie chcemy usłyszeć odpowiedzi odmownej? Wtedy, gdy chcemy, by sprawy toczyły się po naszej myśli, bo obawiamy się tego, co się może zdarzyć, gdy wymkną się spod kontroli. Wizja świata w gruzach przesłania zdolność do rozsądnego myślenia. Paradoks sytuacji polega na tym, że za miłymi, nadmiernie ostrożnymi słowami stoi strach przed usłyszeniem „nie”. Boimy się, więc informujemy drugą stronę, że nie jesteśmy agresywni, poddajemy się, tylko niech nie robi nam krzywdy. Czyli niech nie mówi „nie”. Manipulacja? Tak. Pod płaszczykiem zgodności kryje się brak przyzwolenia na odmowę.

Zaproszenie do tańca

Znajomość działania tego procesu pozwala zastanowić się i świadomie wybrać, czy iść dalej drogą nadmiernej grzeczności, czy może coś zmienić w swoim sposobie komunikowania się ze światem. A właściwie z tą częścią świata, która ma podobne zasady porozumiewania się. Zaliczają się do niej: nadmiernie grzeczni, którzy nie ranią się słowami nawzajem, ale też nie są w stosunku do siebie do końca szczerzy; ludzie, którzy chętnie przyjmą naszą grzeczność i uległość, ale w żadnym razie nie czują się zobowiązani do wzajemności; a także osoby nadopiekuńcze, które wyczuwszy niepewność w naszym zachowaniu, zaczną nam matkować, zarządzać nami i skłaniać do realizowania ich pomysłów. Co ciekawsze: takie właśnie cechy uaktywniamy u naszych rozmówców, którzy w innych sytuacjach są w stanie zachowywać się asertywnie i partnersko, ale skoro zapraszamy ich do tańca na naszych zasadach, tańczą w narzuconym przez nas rytmie.

Odcienie szarości

Nadmierna ostrożność w słowach wynikająca z nadmiernej zachowawczości w życiu łączy się przeważnie z pewnego rodzaju głuchotą komunikacyjną: nie umiemy odróżniać zdrowej asertywności od agresji, bo sami mieszamy te dwa pojęcia. Obawiamy się, że zachowując się asertywnie, stajemy się „niemili”, a to już pierwszy krok do bycia odrzuconym przez tych, na których nam zależy. Dlatego dobrze jest zacząć od rozpoznania swoich nawykowych zachowań i sprawdzić, na ile kieruje nami rozsądek, a na ile zachowujemy się nawykowo, bo „zawsze tak robiliśmy”. Poważnym wyzwaniem dla tchórzliwych reakcji może być zgoda na niepowodzenie. Pomyślmy, ile to nam da wolności, kiedy przyjmiemy postawę: „tak, może się nie udać w ten sposób, wtedy poszukam innego rozwiązania. A im szybciej dowiem się, że coś nie może być przeprowadzone według proponowanego przeze mnie scenariusza, tym więcej czasu mogę przeznaczyć na znalezienie alternatywnego”.

Nieskuteczna nadgorliwość

Redaktorka wydawnictwa, które otrzymało zapytania od poety i pisarza, nie była nastawiona na współpracę. Spytała: „A kto ich nauczył tak pisać?”. Skutek barokowych ostrożności w słowach okazał się przeciwny do zamierzonego. Ciekawe, jak by zareagowała na komunikaty przedstawiające konkretną prośbę i dopuszczające możliwość odmowy. Na przykład takie:

„Piszę, żeby zapytać, czy widzicie Państwo możliwość wydania moich wierszy. Dotychczas publikowałem swoje utwory w sieci, jednak pragnę, by zostały wydane drukiem w tradycyjny sposób. Załączam wybrane wiersze z prośbą o opinię i określenie możliwości ich wydania przez Państwa”.

„Chciałbym przesłać Państwu fragment swojej powieści – do oceny i określenia, czy widzicie Państwo możliwość jej wydania. Proszę o informację, jak obszerny powinien być fragment i w jakiej formie ma być przygotowany plik z jego zapisem, żeby na jego podstawie mogli Państwo wyrazić swoją opinię”.

  1. Psychologia

Poświęcenie w miłości - droga donikąd. Czy równowaga w związku jest w ogóle możliwa?

Naiwnie wierzymy, że jeśli dajemy partnerowi maksimum uwagi, zainteresowania i troski – to tyle samo dostaniemy w zamian. To tak nie działa. (Fot. iStock)
Naiwnie wierzymy, że jeśli dajemy partnerowi maksimum uwagi, zainteresowania i troski – to tyle samo dostaniemy w zamian. To tak nie działa. (Fot. iStock)
Miłość nie znosi poświęcenia. Jeśli pragniesz być kochana i szczęśliwa w związku, jedyne, co musisz zrobić, to poczuć, czego chce twoje serce, i mieć odwagę to okazać.

Pamiętasz wiersz Jana Brzechwy o czapli i żurawiu? „Przykro było żurawiowi, że samotnie ryby łowi. Patrzy – czapla na wysepce wdzięcznie z błota wodę chłepce. Rzecze do niej zachwycony: »Piękna czaplo, szukam żony...«”. Czapla nie chce męża za żurawia, ale po chwili namysłu postanawia zmienić zdanie i puka do drzwi absztyfikanta. Jednak tym razem to on ma kwaśną minę, odmawia. „Tak już chodzą lata długie, jedno chce – to nie chce drugie”. Historia tragiczna, żałosna, śmieszna? Prawdziwa! Może jest podobna do twojej?

Nadmierne ,,chcenie”

Owo: „ja chcę bardziej niż on” to, zgodnie z teorią miłości Roberta Sternberga, jeden ze składników miłości – zaangażowanie. Brzmi o wiele mniej romantycznie niż namiętność i intymność, jednak to właśnie zaangażowanie jest czynnikiem skutecznie podtrzymującym związek; bliskość, miłość i trwanie razem „na dobre i na złe”. To również jedyny składnik miłości, którego nasilenie możemy świadomie kontrolować i… tu zaczynają się kłopoty.

W udanej, satysfakcjonującej relacji najpierw jedno z partnerów bardziej zabiega, stara się, troszczy, organizuje wspólną przestrzeń, zapewnia o uczuciach i rzuca świat do stóp, bo tak czuje, bo tego naprawdę chce. A po jakimś czasie delikatnie się dystansuje, zajmuje swoimi sprawami, dając tym samym partnerowi przestrzeń, by tym razem to on „chciał bardziej”. Zwykle dzieje się to samo, bez oczekiwań i przymusu, bo tak wygląda dynamika związku. Jednak w życiu zwykle taka zdrowa równowaga nie występuje i jedno z partnerów bardziej zabiega, stara się, bardziej chce. I to nie dlatego, że tak czuje, ale po to, by dostać coś w zamian. Drugie przyjmuje starania jako coś oczywistego, ale żadna ze stron nie jest szczęśliwa.

„Co mam zrobić, żeby on chciał tak samo jak ja?” – to najczęstsze pytanie, jakie zadają mi zrozpaczeni pacjenci – ci bardziej zaangażowani, a właściwie bardziej demonstrujący swoje zaangażowanie, przywiązanie, a w konsekwencji – swoją zależność od partnera. „Niech jej pani wytłumaczy, że życie z nią to więzienie” – to prośba tych po drugiej stronie, obiektów nadmiernych starań. Najgorsze jest to, że obydwie strony cierpią jednakowo.

– Dla mnie to była miłość od pierwszego wejrzenia – opowiada Magda. – On był taki nieśmiały, bez inicjatywy. Czułam, że mu się podobam, takie rzeczy się wie, ale to ja pierwsza zadzwoniłam, bo nie mogłam doczekać się jego telefonu. Nie jestem wyjątkiem, dziś kobiety przejmują aktywność, to nic złego – dodaje, patrząc na mnie uważnie.

To prawda, że Magda nie jest wyjątkiem, ale nieprawdą jest, że współcześni mężczyźni są nieśmiali, brak im inicjatywy, wolą być zdobywani, niż zdobywać. Mój przyjaciel, w ramach rozmów o męsko-damskich relacjach, pokazał mi w Internecie altannika lśniącego. Ten niepozorny ptaszek każdego roku od kwietnia do maja buduje altankę. Wybiera miejsce, w którym wznosi fundament z gałęzi, po bokach tworzy dwie przeciwległe ściany i przejście pośrodku. Wejście ozdabia muszlami, piórkami, kamykami, owocami. Na zakończenie kawałkiem kory, który trzyma w dziobie, maluje ściany altanki mieszaniną soków z owoców i własnej śliny, najczęściej na niebiesko, bo to ulubiony kolor samiczek. I rozpoczyna toki przed altanką.

Magda nie dała okazji, by jej partner się wykazał, chciała coraz więcej, starała się coraz bardziej, a kiedy w końcu wyznała mężczyźnie miłość, on… jej podziękował. – Kiedy zapytałam, czy mnie nie kocha, popatrzył i powiedział: „Nie pozwoliłaś mi nawet za sobą zatęsknić” – zakończyła swoją smutną historię. Magda od dzieciństwa musiała bardzo się starać, by zasłużyć na miłość, najpierw rodziców, potem partnerów. Jej wszystkie związki kończyły się podobnie: partner „zagłaskany na śmierć” dezerterował, a ona wchodziła w kolejną relację, wierząc, że jeśli postara się jeszcze bardziej, zainwestuje w związek za siebie i partnera – to w końcu się uda. A tymczasem…

Bilans relacji

Natura rozdziela dobra sprawiedliwie – w związku wszystkiego jest po 100 proc.: miłości, wolności, intymności, zazdrości, zaangażowania… Jeśli przejmujesz aż 80 proc. zaangażowania, dla partnera zostaje jedynie 20. Jeśli ty chcesz za dwoje, on nie ma już nic do dodania. Dlaczego tak trudno nam to zrozumieć? Bo naiwnie wierzymy, że jeśli dajemy partnerowi maksimum uwagi, zainteresowania i troski – to tyle samo dostaniemy w zamian. To tak nie działa. Skoro partner codziennie rano ma naszykowane śniadanie, czystą koszulę, karteczki na lodówce z przypomnieniem o imieninach matki i urodzinach dziecka – to po co ma zaprzątać sobie głowę pamiętaniem o tym wszystkim?

Role, które przyjmujemy na początku związku, zwykle utrwalają się. Wiadomo, kto za co odpowiada, jakie obowiązki do kogo należą i które z partnerów bardziej zabiega o związek. Bywa, że potrzebna jest jakaś siła z zewnątrz, która potrząśnie systemem i zachwieje utrwaloną równowagą. Taką siłą bywa zdrada albo rozstanie. Dawaj mniej i cierpliwie poczekaj, co się stanie – to moja jedyna rada.

Teresa miała opinię kobiety, której nie jest się w stanie oprzeć żaden mężczyzna. To ona zwykle kończyła związek, odchodząc do kolejnego mężczyzny. Zazdrosne koleżanki zastanawiały się, co ona takiego w sobie ma. Jej tajemnica wyszła na jaw w moim gabinecie i wierzcie mi, nie było czego zazdrościć. – Im bardziej zależało mi na mężczyźnie, tym bardziej to przed nim ukrywałam – zaczęła swoją opowieść. – Mój poprzedni terapeuta powiedział, że mam zamknięte serce, ale dzięki temu czuję się bezpieczna. Nie zniosłabym odrzucenia, bałam się zaufać, nie chciałam, by ktoś mnie zranił. To mężczyzna musiał się starać, zabiegać, kochać za mnie i za siebie. Nawet nie wie pani, ile energii kosztowało mnie, żeby przyjmować to wszystko z obojętnością.

Teresa trafiła do mnie z powodu tachykardii – medycznie wszystko było w porządku, ale od kilku tygodni budziła się w nocy przerażona, z poczuciem, że jej serce za chwilę rozsadzi klatkę piersiową. Tego typu objawy zwykle są symptomem silnego lęku, ale czułam, że tu chodzi o co innego. Poprosiłam, by dokładnie opisała, jak wyglądają jej ataki. Gorąco biegnące od brzucha do klatki piersiowej, przyspieszony oddech, trzęsące się ręce, kołatanie serca – to przypominało stan zakochania.

– Czuję, że pani serce się otwiera – zaryzykowałam.

Okazało się, że Marek, jej partner, po trzech latach odszedł, zostawiając liścik: „Jeśli mnie kochasz, wiesz, gdzie mnie szukać”.

– Co ja mam teraz zrobić? Zabiegać o niego, błagać, żeby wrócił? – zapytała.

– Nie rób nic. Posłuchaj swojego serca, ono powie ci, czego chcesz – odpowiedziałam.

Ja chcę!

To jedno z najważniejszych zdań, które wypowiada przeciętny trzylatek. Pierwszy zrąb tworzącej się tożsamości. Kiedy z pełną świadomością ogłaszasz światu: „Ja chcę”, jesteś również gotowa przyjąć „Ja chcę” partnera i nie liczy się, kto chce bardziej, a kto mniej. Bycie w relacji, także miłosnej, to znalezienie równowagi pomiędzy „chcę” twoim i „chcę” partnera. Jeśli czujesz, że właśnie teraz masz ochotę bardziej o niego zabiegać, chcesz się przytulić, pielęgnować bliskość, podzielić się z nim czymś ważnym, zaprosić do swojej intymnej przestrzeni – robisz to, bez oczekiwania, co dostaniesz w zamian. Nie potrzeba wielkich słów czy znaczących czynów. Najważniejsze jest pragnienie otwarcia przed nim serca bez lęku, że cię odrzuci, zawłaszczy, wykorzysta. Jeśli wiesz, czego naprawdę chcesz, twój świat jest bezpieczny, a twoja miłość nie uzależnia.

Symptomy nadmiernego ,,chcenia”

  • Uważasz, że miłość wymaga poświęceń.
  • Wierzysz, że swoim zaangażowaniem w związek jesteś w stanie sprawić, by zaangażowanie partnera również wzrosło.
  • Jesteś przekonana, że żadna inna kobieta nie jest w stanie pokochać twojego partnera tak mocno jak ty.
  • Najważniejsze jest dla ciebie dobro i szczęście ukochanego.
  • Po kłótni zwykle to ty pierwsza wyciągasz rękę na zgodę.
  • Każdego dnia starasz się (często na siłę) robić coś, by twój partner czuł się kochany.