1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czego się dowiesz o nim i o sobie, gdy razem zamieszkacie?

Czego się dowiesz o nim i o sobie, gdy razem zamieszkacie?

Kiedy wpuszczasz kogoś do własnej przestrzeni, możesz się dowiedzieć wielu rzeczy o nim, ale też o sobie. (Fot. iStock)
Kiedy wpuszczasz kogoś do własnej przestrzeni, możesz się dowiedzieć wielu rzeczy o nim, ale też o sobie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Kiedy wpuszczasz kogoś do własnej przestrzeni, pomiędzy bibeloty i codzienne rytuały, możesz się dowiedzieć wielu rzeczy o nim, ale też o sobie. I to jest fascynująca przygoda! – zapewnia psycholog Maria Rotkiel.

Zacznę może trochę staroświecko: czy to dobrze, że czasy się zmieniły i całkiem „legalnie” mieszkamy ze sobą przed ślubem? Moim zdaniem bardzo dobrze. Potrzeba zamieszkania razem, którą możemy określić jako potrzebę bliskości i wicia wspólnego gniazda, była, jest i będzie. To między innymi dlatego kiedyś dość szybko wchodzono w związki małżeńskie. Ponieważ nie było przyzwolenia na życie na tzw. kocią łapę i nikomu nawet nie śniła się legalizacja związków partnerskich, pary, aby móc tego bycia razem spróbować, brały ślub, i to czasami zbyt szybko. Obecnie jest wiele innych powodów, dla których chcemy razem zamieszkać. Po pierwsze, potrzeba bycia non stop razem – ważna zwłaszcza dla etapu zakochania, po drugie, pragnienie zaopiekowania się kimś i bycia zaopiekowanym oraz współdzielenia życia z drugą osobą, charakterystyczne dla etapu miłości. Także seks, który łatwiej i częściej można uprawiać pod jednym dachem niż „z doskoku” i „po kątach”.

Wiele osób chce wspólnie zamieszkać, by zwyczajnie mieć dla siebie więcej czasu. Ależ oczywiście, są też takie prozaiczne powody. Jeśli pracujemy długo i na dodatek tracimy dziennie dwie godziny na dojazdy, często dopiero wspólny adres pozwala na spędzenie kilku chwil we dwoje. Wiele osób chce zamieszkać razem także ze względów finansowych – wspólne gospodarstwo po prostu bardziej się opłaca. Chociaż niektóre pary są razem, lecz razem nie mieszkają, ale to już osobny temat. Moim zdaniem dobrze by było, żeby zamieszkanie stanowiło etap poprzedzający ślub lub narodziny dziecka albo inne ważne zobowiązania, jak na przykład wspólny kredyt. Bo oprócz tego, że zaspokaja wszystkie powyższe potrzeby, to pozwala tak naprawdę poznać drugą osobę. Nie uda nam się to dzięki randkowaniu i spotykaniu się w odświętnej atmosferze podczas kolacji na mieście. Wtedy zawsze przychodzimy ładnie ubrani, bywamy bardziej błyskotliwi niż zwykle, a przynajmniej się staramy. Jestem jak najbardziej za tym, by randkowanie było stałym elementem dbania o związek, ale nie może być jedynym, na czym go oprzemy. Wspólne mieszkanie pozwala zobaczyć ukochanego od codziennej, zwyczajnej strony. Z całym wachlarzem jego cech, także tych trudnych. Możemy przekonać się nie tylko, jak wygląda rano, ale też jak zajmuje się domem, jak się zachowuje, gdy jest bardzo zmęczony albo nie w humorze. A to przecież ta codzienność będzie budowała potem nasz związek. Poza tym jeśli podczas wspólnego mieszkania wyjdą różnice nie do pogodzenia, to lepiej odkryć je wcześniej, niż po pierwszym roku małżeństwa. Oczywiście, są też osoby, dla których mieszkanie przed ślubem jest sprzeczne z zasadami, jakie wyznają. Życie w konflikcie wewnętrznym nie jest dobre i przyjemne, trzeba więc podjąć decyzję, może iść na jakiś kompromis. Na pewno trzeba to zrobić w zgodzie ze sobą.

A czy jest ważne, kto do kogo się wprowadza? Moim zdaniem wszystko ma znaczenie. Może to moje zboczenie zawodowe, ale ja zwykle we wszystkim dostrzegam symbolikę i schemat. Przestrzeń mieszkalna przekłada się na przestrzeń w relacji i na to, jaki w niej panuje układ sił. Zamieszkanie razem jest bardzo dobrą okazją, by od początku budować wspólną przestrzeń. Moja rada jest taka: niezależnie od tego, czy to ty wprowadzasz się do mieszkania partnera, czy on do ciebie, od razu nazywajcie je „naszym”. Mówcie znajomym: „Wpadnijcie do nas”. Możecie nawet symbolicznie zrobić remont, zmienić wystrój kuchni czy sypialni – bo w symbolicznych działaniach tkwi duża moc. Dajcie nową tabliczkę na drzwi: Tomek i Kasia, nagrajcie wspólną wiadomość na sekretarce, kupcie dwie poduchy, dwa kubki, dwa fotele. Zorganizujcie parapetówkę dla znajomych. Wprowadzajcie w przestrzeń elementy „my” i akcentujcie nowy początek.

Ważne jest, by zrobić w naszym domu miejsce dla drugiej osoby. A w ten sposób i w naszym życiu. Pożegnajmy wygodne, przyjemne życie singla i otwórzmy się na jeszcze przyjemniejsze życie w parze. Ale będzie się to musiało wiązać ze zmianą w naszej głowie, bądźmy otwarci na to, co nowe. Zwykle gdy mieszkamy sami, mamy całą szafę dla siebie, całą łazienkę do własnej dyspozycji, swój bałagan albo swój porządek, mamy swój ulubiony kubek do kawy, swoją stronę łóżka… A tu nagle trzeba się czymś podzielić lub kupić nowe, większe, bardziej praktyczne. Wspólną przestrzeń trzeba uporządkować, oczyścić i zaznaczyć. Jeśli to partner wprowadza się do ciebie, pozwól mu, by poczuł się jak w domu, rozstawił swoje pamiątki, sprzęty. Ale uwaga, to może być trudne. Masz na przykład swoją ulubioną półeczkę, na której stoją śliczne srebrne „durnostójki” – mówię tu także o sobie (śmiech) – i nagle pojawia się na niej pozłacany puchar za zajęcie drugiego miejsca w osiedlowym meczu z kolegami. Coś, co zupełnie nie pasuje do twojej „wystawy”, jest od czapy i nie w twoim guście.

I co wtedy zrobić? No niech stoi. Nie mieszkamy przecież w muzeum. To może błahy przykład, ale pokazuje, że wspólne zamieszkanie może wywoływać wiele ambiwalentnych uczuć. Z jednej strony, jesteś szczęśliwa, gdy wracasz z pracy do domu i czeka na ciebie ukochany, w fartuszku przygotowujący pyszną kolację i otwierający butelkę czerwonego wina. Z drugiej strony, jak pomyślisz o szafie, w której twoje sukienki ściśnięte do granic możliwości ustępują miejsca jego kolekcji butów sportowych, jak spojrzysz na skarpetki porozrzucane po całym mieszkaniu, zachlapaną podłogę w łazience i niezakręconą tubkę pasty do zębów… (śmiech).

Widzę, że to wszystko jednak bardziej cię cieszy,  niż wkurza… Mnie to po prostu strasznie bawi. Uwielbiam ten moment, gdy zaczynamy wić wspólne gniazdko. To fascynująca przygoda! Zwłaszcza dla indywidualistek takich jak ja. Kiedy wpuszczam kogoś w moją przestrzeń, do mojego mieszkania, między moje zwierzęta, to wtedy naprawdę bardzo dużo dowiaduję się… o samej sobie. Na przykład, czy jestem w stanie machnąć ręką na tę niezakręconą tubkę pasty i na ile jestem w stanie znieść, że mój ład i porządek jest pozmieniany. Czy będę umiała tolerować kogoś z jego wadami i dziwactwami. Jeśli potrafimy spojrzeć na to z dystansem, jest nam łatwiej, ale dla wielu osób może to być szok. Bo nagle wracasz do domu i twój ulubiony jogurcik fit jest zjedzony…

Albo, co gorsza, zjedzony do połowy i w koszu… A w lodówce tylko sucha krakowska, której nie cierpię. I sorry, mam teraz wybór, zjeść pęto śmierdzącej kiełbasy albo położyć się na głodniaka.

Dbajmy więc o związek tak, jak dbamy o dom. Wtedy będzie nam się razem dobrze żyć i mieszkać. (Fot. iStock) Dbajmy więc o związek tak, jak dbamy o dom. Wtedy będzie nam się razem dobrze żyć i mieszkać. (Fot. iStock)

Dla osób, które długo były singlami, największą nauką może być właśnie to, by myśleć teraz nie tylko o sobie, ale i o partnerze – choćby podczas zakupów. On się uczy, żeby w lodówce zawsze był jogurt, a ty, żeby czasem dorzucić do koszyka z zakupami pęto kiełbasy. Podstawowa lekcja partnerstwa polega jednak na tym, by wyjść ze swojej strefy komfortu, bo niebycie w związku bywa bardzo wygodne. A tu nie dość, że musisz dzielić się swoją przestrzenią, to jeszcze się okazuje, że potrafisz być dla kogoś przykra albo że masz swoje natręctwa czy dziwactwa, o których nigdy wcześniej tak nie myślałaś – bo na przykład nigdy nie wyrzucasz przeczytanych gazet lub nie możesz znieść niedomkniętych drzwi kuchennej szafki. Albo że jesteś bardzo przywiązana do rzeczy i gdy on coś stłucze bądź wyrzuci, potrafisz się obrazić czy rozpłakać. Oczywiście, trzeba sobie zadać pytanie, czy naprawdę ten wazonik lub ulubiony koc miał tak duże znaczenie, by stawiać na ostrzu noża relację.

Z drugiej strony skoro nie jestem w stanie znieść niedomkniętych drzwi szafki, on może przyjąć to  do wiadomości i teraz zacząć je domykać. Tak, i to jest piękne. Taki drobny gest, w którym on pokazuje, że jest na nas uważny. Jaka to cudowna przygoda, poznawać się tak dzień po dniu we wspólnej przestrzeni! Bardzo ciekawe może być też zderzenie obrazu, jaki miałyśmy o naszym partnerze z pierwszych tygodni znajomości, z tym, jaki jest teraz, gdy nie musi się już tak bardzo starać. Widzimy, w czym był szczery, a co troszkę poudawał. Jeszcze dwa tygodnie temu zapewniał, że lubi, gdy jest czysto i porządek, a nagle przedzieramy się przez sterty jego ubrań i zbieramy woreczki po herbacie z blatu stołu. A jak mówił, że kocha gotować! A tu przychodzi i zadaje pytanie: „Co jest na kolację?”. A kupiłeś coś?

Zabawne, że niektórzy mężczyźni najpierw zapewniają, że są za równouprawnieniem kobiet, a pod wspólnym dachem okazują się patriarchalni. Wcześniej zależało im na naszym rozwoju zawodowym, a teraz pytają, o której będzie obiad. Z moich doświadczeń zawodowych, ale i prywatnych mogę wyciągnąć jeden, może dość ryzykowny wniosek, że to mężczyźni stroszą piórka częściej niż kobiety. I ten przykład, o którym mówisz, świetnie to oddaje. Nagle on dziwi się, że wracam do domu po 19, mimo że wiedział, jaką mam pracę. Albo złości się, że kolejny raz w tym tygodniu wychodzę z koleżankami. Z lwa salonowego staje się salonowcem, ale w kapciach, a do tego mrukiem. To może być duże zaskoczenie.

Dla byłych singielek zaskoczeniem może być także to, że nagle w domu jest druga osoba, nawet wtedy, gdy chcemy pobyć same. Była taka scena w „Seksie w wielkim mieście”: ona wraca, a on znowu tam jest, okupując „jej” telewizor i siedząc w „jej” fotelu, więc ona ucieka do łazienki. Związek to jest moja intymność, twoja intymność i nasza intymność. Plus wszyscy, którzy nas otaczają. Trzeba zaakceptować, że on część domowej przestrzeni zajmie tylko dla siebie. Będzie miał szufladę ze swoimi dyplomami, swoje hantelki na środku salonu i mnóstwo kabelków, z których ani jeden nie pasuje do żadnego sprzętu. Będzie wspólna przestrzeń, jak kuchnia czy łazienka, ale też przestrzeń należąca tylko do ciebie. I walcz o nią. Powiedz: „Kochanie, to jest moja szuflada, i proszę nie rób w niej porządków” albo: „Kochanie, muszę napisać ważny raport, dlatego zamykam się na dwie godziny w pokoju” – bo tak jak przestrzeń, dzielmy też czas. Musimy mieć go także tylko dla siebie. Kiedy zamykasz się w łazience, by mieć wreszcie moment oddechu, to w moim odczuciu jest to już problem. Nawet jeśli mieszkacie w małym mieszkaniu, można wygospodarować w nim kącik tylko dla siebie. Oczywiście, taki idealny podział jest kwestią dłuższego procesu. Przestawiania pucharków z jednej półki na drugą, przenoszenia hantelków z salonu do gabinetu, negocjacji, rozmów, czasem nowych zakupów. Ale spokojnie, dojdziecie do tego, dotrzecie się. On się przyzwyczai, że raz w tygodniu wychodzisz z koleżankami, a ty będziesz pamiętała, że on z kolegami ogląda wszystkie ważne rozgrywki. Chyba że to docieranie się zacznie robić się bardzo bolesne – wtedy mamy obszar do pracy. I albo to przepracujemy, albo będziemy musieli się rozstać.

Namawiam gorąco do tego, by porzucić mit, że w dobrym związku wszystko dzieje się samo. Czasem zdarza się nam tak dobrać z drugą osobą, że się nawzajem czytamy jak otwartą księgę, ale zwykle najpierw musimy się bardzo dobrze poznać. Podobieństwa też nie zawsze są dobre. Jeśli oboje jesteśmy mrukami, to może istnieć ryzyko, że będziemy żyli obok siebie, a nie ze sobą. Z kolei pedant z bałaganiarą mogą się idealnie dopełniać. Niektórzy będą ścierać się z powodu różnic, a inni podobieństw.

Źródłem nieporozumień mogą być także finanse. Uważam, że tak jak siadamy razem i ustalamy, kto wyrzuca śmieci, tak możemy porozmawiać o tym, jak dzielimy się opłatami. Załóżmy, że ja zarabiam dobrze i mieszkam w dużym mieszkaniu, a mój partner nie ma tak dużej pensji i nie będzie go stać, by płacić połowę czynszu. Partnerstwo nie jest dzieleniem pół na pół, ale gotowością współdzielenia na tyle, na ile mamy ku temu zasoby. Jeżeli nas nie stać na zapłacenie za wakacje w Grecji i zawsze jeździłyśmy gdzieś taniej, powiedzmy partnerowi: „Kochanie, jedźmy na Mazury. Na Grecję mnie nie stać”. Jeśli on powie: „Ale nie ma problemu, ja zapłacę”, świetnie, możesz za to zabrać go na fajną kolację. Nie bójmy się rozmów na trudne tematy.

Czasem mężczyźni nie zastanawiają się nad tym, ile kosztuje codzienne życie, jak zakupy spożywcze czy środki czystości. Okazuje się, że od tygodnia to ja sponsoruję jedzenie, a on się nie dorzuca. I to wkurza. Im dłużej odkładamy taką rozmowę, tym będzie trudniejsza. Dlatego najlepiej sprawdźmy, ile nas kosztuje tygodniowo jedzenie, zróbmy jakiś budżet, który potem zweryfikuje życie. Załóżmy wspólne konto na opłaty i zakupy lub postawmy słoik, do którego będziemy wrzucać pieniądze. Przecież to można ustalić. Rozmawiajmy o szczegółach, bo większość konfliktów bierze się właśnie z nich, przez zaniedbanie i nieporozumienie. Przecież mamy dobre intencje. Podobnie dzielmy obowiązki domowe. Co złego jest w powiedzeniu: „Ja lubię gotować, ale błagam, nie chcę odkurzać, czy ty możesz to robić?”. Nie liczmy na to, że on się sam domyśli. Umawiajmy się, kto i kiedy sprząta. Pojęcia „brudne” i „czyste” dla wielu osób są względne. Dla mnie brudna łazienka wygląda zupełnie inaczej niż dla niego. Dlatego jeśli mówię mu, że chciałabym się wykąpać, ale nie czuję komfortu, to on nie zrozumie, o co mi chodzi. „To się nie kąp”.

Wspólne mieszkanie niesie ze sobą ryzyko wygodnictwa. Tego, że przestaniemy się starać. Oczywiście, że jest takie ryzyko. I dlatego trzeba wyrobić w sobie nawyk starania. Przecież jest nam ze sobą fajnie nie dlatego, że spłynęła na nas kosmiczna łaska fajności, ale dlatego, że dbamy o naszą przestrzeń – kawa do łóżka, wspólnie obejrzany film, miły seks w atrakcyjnej oprawie. Żeby było fajnie, trzeba więc dbać, a przez to dbanie też staje się fajne.

Dowodem na to, że dobrze nam razem, jest chyba fakt, że obojgu nam się chce wracać do domu. Dbajmy więc o związek tak, jak dbamy o dom. Wtedy będzie nam się razem dobrze żyć i mieszkać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego przeklinamy? A raczej – dlaczego czasem nie da się inaczej?

Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Dlaczego przeklinamy? Nie umiemy inaczej? Emma Byrne, autorka książki „Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania”, szuka odpowiedzi w nauce i sięga po argumenty zarówno medyczne, jak i psychologiczne czy lingwistyczne.  

Uwielbiam przeklinać. Zwykle zdarza mi się rzucić jakimś mocnym słowem, kiedy jestem podekscytowana lub czymś zaskoczona. No i oczywiście, kiedy prowadzę, co jest chyba cechą wspólną dla większości kierowców – mówi Emma Byrne i przyznaje, że na przekleństwach zbudowała swoją karierę naukową. W książce stawia tezę – popartą przykładami z wielu dziedzin naukowych – że nie stalibyśmy się najliczniejszym gatunkiem naczelnych, gdybyśmy wcześniej nie wynaleźli przekleństw. Używanie „słów uznanych za wulgarne z dziedzin uznanych za tabu” osłabia bowiem ból, wzmacnia więzy, rozwija kreatywność i efektywność, ale także pomaga znaleźć ujście dla naszego napięcia.

Po pierwsze, emocje

Neurobiologia oraz badania nad uszkodzonymi półkulami mózgu udowadniają, że przeklinanie jest nierozerwalnie związane z emocjami – naszymi i osoby, z którą rozmawiamy. Przekleństwa są zakorzenione w obu półkulach mózgu, a także w ciele migdałowatym – najbardziej pierwotnej części mózgu, która odpowiada za silne emocje. Wraz z rozwojem ewolucji stały się potężnym skrótem, który pozwala na błyskawiczne ich przekazywanie.

Byrne przypomina znany w jej środowisku Projekt Washoe. Małżeństwo naukowców z Uniwersytetu Nevada zaadoptowało w latach 70. kilkoro małych szympansów, które wychowywali jak dzieci. Nauczyli je jeść, pić z kubka, korzystać z toalety, a także posługiwać się językiem migowym. Bardzo szybko – w chwilach wzburzenia oraz złości – zwierzęta zaczęły używać znaków związanych np. z toaletą, wydalaniem i brudem, jako obraźliwych w stosunku do siebie lub naukowców. To pokazuje, jak ważne w komunikacji i wyrażaniu emocji jest przeklinanie, niezależnie od gatunku biologicznego. – Oczywiście trzeba pamiętać, że to nie jest język jak każdy inny, wywołuje raczej silne reakcje – zwykłe słowa rzadko mają taką siłę. Jeśli więc zależy nam na wyciszeniu sytuacji, napięcia, zwłaszcza podczas kłótni, sprzeczki czy nieporozumienia, to przekleństwa nie są najlepszym wyborem – ostrzega Byrne. Jeśli jednak chcemy poinformować innych o swoim wzburzeniu i ostrzec, że zaraz wybuchniemy – mogą nawet zapobiegać przemocy. – Bez nich bylibyśmy ograniczeni do gryzienia, skakania sobie do oczu i obrzucania się gównem, jak to robią nasi naczelni krewniacy – pisze.

Budowanie więzi

Przeklinanie bardzo pomaga, jeśli chcemy się z kimś podzielić emocjami, jakie w nas narastają. I to nie tylko tymi tzw. negatywnymi. – W społeczeństwach, gdzie zniechęca się mężczyzn do okazywania smutku czy współczucia, przeklinanie może stać się wartościowym zamiennikiem – zauważa Byrne.

Nic dziwnego też, też w zmaskulinizowanym środowisku pracy, gdzie aprobatę raczej wyraża się słowami „O, k...” lub „ja, p...”, niż „ale fajnie”, przeklinająca kobieta, która potrafi niewybrednie żartować, szybciej zyska sobie szacunek i pozycję niż gdy będzie zwracać uwagę, że nieelegancko jest przeklinać. Sama Byrne pracuje w męskim zespole naukowym, zajmującym się sztuczną inteligencją. – Gdy próbowałam zgrać się z zespołem, okazało się, że mój bogaty słownik przekleństw oraz znajomość futbolu są wystarczające, by przyjąć mnie do grupy – opowiada.

Niwelowanie bólu

Skoro bluzgi dają ujście wewnętrznemu napięciu, może mogą też przynosić ulgę w bólu fizycznym? Próbował to sprawdzić doktor Richard Stephens, autor książki „Czarna owca. Ukryte zalety okropnego zachowania”. W ramach eksperymentu skłonił 67 studentów, by zanurzyli rękę w lodowatej wodzie i wytrzymali tak długo, jak mogą. W trakcie katuszy mogli używać jednego wybranego przez siebie przekleństwa oraz jednego słowa neutralnego. Okazało się, że ci, którzy tylko przeklinali, wytrzymywali o połowę dłużej niż studenci, którzy używali słów neutralnych. Przekleństwa podnosiły ich tętno i obniżały poziom odczuwalnego bólu. Dokładniejsze badania wykazały, że kolejność jest następująca: przekleństwa wywołują silne emocje, to one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu.

Obniżenie frustracji

Jeśli przeklinanie pomaga podczas krótkotrwałego bólu, to jaki jest jego wpływ, gdy ktoś cierpi na przewlekłą chorobę albo długo dochodzi do siebie po bolesnej operacji? Byrne sprawdziła, że przeklinanie pomaga chorym mierzyć się z cierpieniem i związanymi z nim trudnymi emocjami, jak gniew, zniechęcenie oraz przygnębienie. Pisząca te słowa, która spędziła sześć tygodni z unieruchomioną w ortezie nogą, jest żywym na to przykładem. Niestety, Byrne zauważyła przy okazji smutną zależność. Przeklinanie przez cierpiących mężczyzn spotyka się ze społecznym przyzwoleniem, ale już bluzgające kobiety nie są równie mile słuchane. Gorzej, „rzucające mięsem” w chorobie kobiety częściej traciły przyjaciół i wsparcie znajomych z powodu używania wulgaryzmów. – To jest niepokojący przykład podwójnego standardu – ostrzega Byrne. I dodaje: – Jeśli obie płcie mają rozmawiać jak równy z równym, musimy dysponować takimi samymi narzędziami ekspresji. Pozwólmy facetom płakać, dajmy kobietom bluzgać: wszyscy potrzebujemy tych środków wyrazu.

Nauka języka

Wulgaryzmy trudno nam znieść także w ustach nastolatków i dzieci. – Przekleństwa są częścią naszego języka, nie możemy udawać, że jest inaczej. Naszym zadaniem jako rodziców nie jest zakazywać przeklinania, tylko pomóc w radzeniu sobie z emocjami, jakie temu towarzyszą – tłumaczy autorka. Dlatego nie należy karać za wulgarne słowa, tylko uczyć wyrażania emocji w sposób nieraniący innych. Jak przekonuje Byrne, zamiast wstydzić się, że przeklinamy, zacznijmy to robić swobodniej i adekwatnie do sytuacji.

  1. Psychologia

Jak pozbyć się poczucia winy, wstydu i niepewności - czyli uczuć, które zatruwają życie?

"Taki, jaki jestem, jestem w porządku" - to najtrudniejsza afirmacja na świecie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęć
Poczucie winy, wstyd, żal, lęk, smutek, niepewność... Każde z nich coś nam mówi, ale czy każde buduje? O stanach, które - jeśli trwają zbyt długo - czynią nas nieszczęśliwymi i niewidzialnymi, oraz o tym, jak się z nich wyciągnąć - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Wszystkie uczucia są potrzebne, choć najtrudniejsze do przyjęcia są te wynikające ze złego losu człowieka. Naturalną cechą uczuć jest to, że one przychodzą i odchodzą, czyli przemijają. Niektórych jednak tak nie lubimy, że próbujemy je tłumić, spychać ze świadomości. Nie mogą wtedy naturalnie przez nas przepłynąć, tylko kumulują się w ciele i, bez naszej świadomej wiedzy, rządzą nami. Utrwala się pewien stan i potrafi on  utrzymywać się tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Na przykład brak wiary w siebie, nienawiść do siebie czy ciągły lęk. Wszystkie te stany są dla człowieka ciężkie, bolesne, czasem zabójcze. Należy do nich także poczucie winy. Są różne szkoły na temat interpretacji tego stanu, ja uważam, że jest ono sztucznie tworzone, niepotrzebne i szkodliwe. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność, która uczy nas być dorosłymi. Robisz coś, to znaczy, że to twój czyn, jesteś za niego odpowiedzialny – tak trzeba uczyć dzieci. Natomiast nigdy nie należy wpędzać ich – i siebie – w poczucie winy. Oczywiście tak samo nie należy ich straszyć, nieustająco zawstydzać, niesprawiedliwie oceniać i pozostawiać samym sobie.

Jesteś zły – mam nad tobą przewagę

Poczucie winy jest silnym orężem w rękach tych, którzy czują się niepewni, a chcą sprawować władzę. Na przykład Kościół rzymskokatolicki, który uzurpuje sobie jedynowładztwo duchowe nad człowiekiem, od wieków wpędza ludzi w poczucie, że stale są nie w porządku i że powinni czuć się winni właściwie za wszystko: za myśli, za uczynki, za intencje, za wyobrażenia, a już szczególnie te dotyczące seksu, niezależności czy wolnomyślicielstwa. Dlaczego? Bo chce ludźmi rządzić, robiąc z nich stado baranów. Co jest dla niektórych coraz bardziej jasne, a dla niektórych nie, i jeszcze długo nie będzie, bo oni chcą być w tym stadzie baranów, gdzie mówi im się, w jakim kierunku mają iść i że jeśli wszyscy pójdą razem, to znaczy, że to jest słuszne. To jedna z niezłych zmyłek, że kiedy robi się coś powszechnie, to jest to w porządku. I że to właściwie usprawiedliwia każdą bzdurę i głupotę, bo skoro inni tak robią, to jest to OK.

W poczucie winy wbija nas od małego nie tylko Kościół i posłuszne mu media, ale też ci rodzice, którzy sami takiego tresowania zaznali. Tacy rodzice nie umieją sami siebie szanować, nie wierzą, że mogą być autorytetem dla swoich dzieci, a przecież są – już z samego faktu, że są rodzicami. A że są słabi i niepewni, przekształcają swoje niezadowolenie w uwagi, oceny i nakazy, które wpędzają dzieci w poczucie winy. Łatwiej jest im wtedy nimi zarządzać – w głównej mierze po to, by trzymać je pod butem. Żeby nie szukały własnych dróg, żeby nie miały innych autorytetów, żeby niczego się same nie dorobiły – w tym swojego światopoglądu – żeby nie przeszkadzały, żeby nie przynosiły do domu idei, które rodzicom nie odpowiadają, i w ogóle żeby było z nimi jak najmniej kłopotów. (Mam nadzieję, że jest jasne, iż ten smutny obraz nie opisuje wszystkich rodziców, niestety, jednak na tyle dużą ich część, że można się pokusić o uogólnienie).

I tak poczucie winy rozłazi się na wszystkie przestrzenie naszego życia, w tym na związki. Strasznie jest słyszeć, jak ona mówi do niego: „Ty świnio, oszukałeś mnie, upokorzyłeś, zdradziłeś”. I on wcale nie musiał jej tego naprawdę zrobić, czasami ona sama to sobie zrobiła lub zrobił jej to ktoś inny, a czasami w ogóle nie zostało to zrobione – ale zasada jest taka, że człowiek niezadowolony z siebie lubi szukać powodu tego niezadowolenia na zewnątrz. Do tego w procesie wpędzania w poczucie winy sama wina nie musi być wcale udowodniona, tylko zarzucona. A osoba, której ją zarzucono, musi mieć w środku taki klik na zasadzie „jeśli się mnie czepiają, to może słusznie” – i wtedy ona to poczucie winy na siebie przyjmuje.

Dziecko, które ani nie zna siebie, ani świata, a do tego jeszcze nie zna i nie rozumie swoich rodziców – bo jak ma ich rozumieć – przyjmuje jak objawienie wszystko, co się na nie zwala. Moja mama na przykład zawsze mi powtarzała, że przez ciężki poród całe życie miała zatwardzenie – to oczywiście miała być moja wina, bo jej było z tym wygodnie. Innej dziewczynie matka powtarzała, że przez nią nigdy nie schudła i zaczęła mieć migreny. I jak dziecko może z takim zarzutem walczyć? Dziecko może się albo na to zamknąć, albo się pod tym ugiąć i bardzo się starać, by przeprosić i wynagrodzić, czyli być idealne we wszystkim, w czym się da: nie być głośno, nie przeszkadzać, nie bałaganić, dobrze się uczyć. Robią się potem z takich dzieci, a zwłaszcza dziewczynek, szare, ciche myszeczki. Bardzo wielu rodzicom zależy, żeby mieć takie dziecko.

Niewidzialna dziewczynka

Pamiętacie Nini, bohaterkę z serii o Muminkach, dziewczynkę, która była niewidzialna i tylko dzięki dzwoneczkowi na szyi było wiadomo, gdzie jest? Ktoś był dla niej kiedyś konsekwentnie zły i okrutny, ona wzięła winę na siebie, bo była bezbronna, i postanowiła, że nie będzie nikomu zawadzać, aż stała się niewidzialna. Ale kiedy ktoś jej powiedział coś miłego, to powoli pojawiała się kokardka na czubku głowy, a potem ewentualnie włoski, przy Mamie Muminka zaczęła się pojawiać już trochę buzia, ale wtedy wpadł Muminek i spytał: „a co to takiego dziwnego?” i dziewczynka znów zniknęła – bo tak była elektryczna na każde nieaprobujące zdanie na jej temat.

Bardzo dużo jest takich dorosłych niewidzialnych dziewczynek. Idzie taka do lekarza i od progu się jąka, że ją coś boli, ale w recepcji od razu zostaje usadzona i musi swoje odstać, a gdy wreszcie doczeka się swojej kolei, to się nie dopyta, nie powie, że jej coś nie pasuje albo że lekarz ją źle zrozumiał. Nie zadba o siebie, bo wszyscy są od niej ważniejsi. Wszelka złość, jaka się u niej pojawia, która ewentualnie mogłaby ją ośmielić, jest kierowana przeciwko niej samej. Może kiedy ta dorosła niewidzialna dziewczynka zacznie ciężko chorować i ktoś jej powie, że to jest psychosomatyczne, a do niej dotrze, co to znaczy – zechce to przyjąć i będzie ciekawa, jak można to zmienić. Większość takich dziewczynek woli jednak faszerować się lekami niż pracować nad zmianą samych siebie, nad dostrzeżeniem swojej złości. Poczucie winy tworzy właśnie takich niewidzialnych, niemych ludzi – po to, by łatwiej było nimi rządzić. A już broń Boże, żeby byli szczęśliwi, bo jak tu rządzić szczęśliwymi ludźmi?

Jeśli ma się w dzieciństwie wypracowany mechanizm przyjmowania na siebie poczucia winy, człowiek zaczyna sam siebie w nie wpędzać, bo to umie i zna. Dlatego powtórzę jeszcze raz: poczucie winy nie jest naturalnym stanem, to stan sztuczny i szkodliwy, to przedłużająca się krzywda. Co innego poczucie skruchy  – pojawia się wtedy, kiedy wiemy, że zrobiliśmy coś, co jest niefajne, również według nas samych. I można przeprosić, naprawić albo zadośćuczynić. Albo strach – kiedy dziecko wie, co zrobiło, i wie, że to nie spodoba się rodzicom, czuje strach, tylko tyle. Dopiero kiedy od nich dowie się za pierwszym, drugim i kolejnym razem, że nie tyle nawet zrobiło źle, co jest złe – wtedy wpada w otchłań poczucia winy.

Normalny, żyjący swobodnie człowiek ma świadomość, że raz na jakiś czas coś mu się wymsknęło spod kontroli, że coś zawalił, popsuł, czegoś nie dopilnował. Nie jest ze wszystkiego zadowolony, ale to jest wliczone w szeroki wachlarz wydarzeń ludzkiego życia – nie możemy przecież nigdy nie popełniać błędów czy nigdy o niczym nie zapominać. Dlatego można mieć poczucie błędu, ale nie winy.

Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock) Kiedy dziecko wie, że zrobiło coś nie tak, czuje strach, może mieć poczucie skruchy, ale nie można wpędzać w poczucie winy. (fot. iStock)

I niczego nie żałujcie

Nie tylko poczucie winy potrafi zatruć życie, także poczucie żalu. Żalu z powodu niezrobionych rzeczy, niewykorzystanych okazji, żalu do siebie o to, jakim się było. Że się o siebie nie walczyło. Że się uwierzyło w słowa: „do niczego się nie nadajesz”. Bardzo przykro zdać sobie z czegoś takiego sprawę. I żeby sobie udowodnić, że jednak się nadajemy, robimy wiele różnych rzeczy – tylko jakoś się one nie przekładają na zadowolenie z siebie, co dostrzegamy często dopiero na terapii.

Nie ma sensu żałować czegoś, co zrobiliśmy lub nie. Zrobiliśmy to dlatego, że w danym momencie po prostu samo nam wyszło, bo: albo było naszym automatyzmem, albo mieliśmy na to ochotę, albo daliśmy się namówić, albo się przestraszyliśmy i nie zrobiliśmy czegoś – czyli wynikało to z określonych okoliczności. No więc skoro takie były okoliczności, co mamy do tego? Mogę teraz powiedzieć, że żałuję, że nie pojechałam na tę wycieczkę, którą mi proponowano; nie puściłam się z chłopcem, który miał na mnie ochotę; nie kupiłam sobie tej rzeczy, która mi się strasznie podobała. A mogę powiedzieć sobie wprost przeciwnie: że świetnie, że nie wydałam pieniędzy na kolejną torebkę, bo były mi potrzebne na coś innego; świetnie, że z tamtym facetem nie poszłam do łóżka, bo potem się okazało, że on obgaduje swoje kochanki; świetnie, że nie pojechałam na tamtą wycieczkę, bo za to poszłam gdzie indziej i tam mnie spotkały różne fajne rzeczy. I gdzie tu miejsce na żal?!

Fajnie też, że pamiętamy pewne rzeczy z przeszłości, bo dzięki temu w przyszłości nie powtórzymy już tego samego. Albo właśnie wreszcie zrobimy to, czego pożałowaliśmy sobie kiedyś. Jeśli coś się już stało, to mamy traktować to jako materiał do wyciągnięcia wniosków i dowiedzenia się czegoś o sobie – bo to bardzo cenne i nas zasila.

Na przykład marzę, by jeździć po świecie, ale za każdym razem, gdy mi ktoś proponuje wycieczkę, to wynajduję różne powody, żeby nie pojechać – za drogo, niebezpiecznie. Lub: bardzo bym chciała kogoś poznać i zakochać się, ale jeśli już poznaję, to znajduję w nim różne wady: krzywe zęby, garnitur niemodny. I z tego można wyciągnąć wniosek – może powinnam się odważyć, przełamać schemat, może ja się czegoś bardziej boję niż pragnę. Nie chcę powiedzieć, że nie ma się czego bać, bo czasem jest: na przykład łajdaków, bandytów, oszustów i wszelkich krzywdzicieli. Lęk i strach są potrzebne, byle nie były naszymi jedynymi doradcami.

Zawsze jest wyjście

Żal to złożony stan emocjonalny, bierze się ze smutku, rozczarowania, zawodu. Nie ma co się go całkowicie pozbywać, bo on pokazuje naszą kondycję – zmaltretowanego człowieka, któremu się nie należało. Dlatego ważne, żebyśmy umieli siebie pożałować, ale też sobie wybaczyć i wyrównać, bo inaczej będziemy wiecznymi cierpiętnikami. Żal mówi, co było dla ciebie ważne, podobnie jak zazdrość. I to coś trzeba sobie dać, zadośćuczynić sobie, wyrównać sobie i samego siebie za to przeprosić.

Podobnie skomplikowane jest poczucie krzywdy, które z kolei ma korzenie w bezsilności i złości. Poczucie winy – jak już mówiłam, rodzi się z lęku, smutku, braku pewności siebie. I nie jest prawdą, że jeśli nie będziesz mieć poczucia winy, to będziesz zarozumiałym, bezczelnym egoistą, bo poczucie winy nas gryzie i niszczy, a nie buduje. Zupełnie czym innym jest odpowiedzialność czy skrucha albo zadośćuczynienie, przeproszenie, postanowienie poprawy, prawda – te rzeczy nas budują. Jeśli chcemy sobie poradzić z czymś, co nam w środku dolega, bo zrobiliśmy coś niefajnego – to są właśnie najlepsze metody. Refleksja na swój temat zawsze powinna być wszechstronna i pogłębiona – ludzie zwykle chcieliby być lepsi niż są, bo się im od dziecka wmawia, że nie są dobrzy.

„Taki, jaki jestem, jestem w porządku” – to jest najtrudniejsza afirmacja na świecie. Bo jak to, jestem w porządku?! Przecież spóźniłem się, zgubiłem portmonetkę, odpowiedziałem komuś niegrzecznie… To wszystko są drobiazgi, za które można przeprosić, wytłumaczyć, uśmiechnąć się. Nauczyliśmy się popadać w dołek, z którego nie ma wyjścia. A zawsze jest wyjście. Musi się bardzo dużo złych rzeczy poskładać, żeby przez jakiś czas tego wyjścia nie było, ale potem znów będzie.

  1. Psychologia

Nowy miesiąc - nowy start. Ćwiczenia, pomysły i inspiracje na wrzesień

Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. (Fot. Getty Images)
Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Wrzesień nie musi być jedynie odpryskiem po lecie. Może być nowym startem. Trenerka Dagmara Gmitrzak podsuwa pomysły, ćwiczenia i wizualizacje. 

Ćwiczenie 1. Z perspektywy orła

Zabawne, jak wiele rzeczy, które przed urlopem wydawały się niezwykle istotne, po powrocie traci na znaczeniu. Jeśli potrzebujesz znaleźć konstruktywne rozwiązanie jakiejś sytuacji, to ćwiczenie dodatkowo pomoże spojrzeć ci na nią z dystansu i bez emocjonalnego zaangażowania. Zacznij od wybrania przedmiotu, który może reprezentować daną sprawę. Ustaw naprzeciwko niego krzesło, w dowolnej odległości. Teraz wejdź na krzesło i poczuj się przez chwilę jak orzeł, który obserwuje ziemię, lecąc nad szczytami gór. Zauważ, jakie myśli pojawiają się w Twojej głowie. Co widzisz teraz, a czego nie mogłeś zobaczyć wcześniej?

Ćwiczenie 2. Dobry nastrój jesienią

Wakacyjny luz nie musi się kończyć wraz z rozpakowaniem walizek. Jak sprawić, by dobry humor nie opuszczał Cię jeszcze długo po powrocie? Wywołaj najlepsze i najbardziej pozytywne zdjęcia z wakacji i postaw je w widocznym miejscu, tak aby codziennie przypominały ci przyjemne miejsca i dobrze spędzony czas. Noś kolorowe ubrania, w których przeważają roślinne, kwiatowe motywy. Jeśli zaś czujesz spadek nastroju, skorzystaj z balijskiego sposobu na poprawę samopoczucia. Zmieszaj trzy łyżki nierafinowanego oleju kokosowego w płynnej postaci z sześcioma kroplami olejku różanego. Rozsmaruj je na wewnętrznej części dłoni. Chwilę podelektuj się zapachem i zacznij wmasowywać olejek pośrodku klatki piersiowej. Według ajurwedy to miejsce jest związane z czakrą serca, która symbolizuje miłość do siebie i innych. Wykonując ten delikatny masaż, spróbuj wzbudzić czułość dla siebie. Następnie nałóż olejek na podbrzusze – to siedziba czakry krzyżowej, związanej z ekspresją uczuć i emocji, kreatywnością, zmysłowością i seksualnością. Podczas masowania pomyśl z miłością o swoim ciele. Na zakończenie połóż jedną dłoń na klatce piersiowej, a drugą na podbrzuszu. Oddychaj świadomie przez dwie minuty.

Ćwiczenie 3. Zatrzymać lato w sobie

Badania wykazały, że mózg nie odróżnia tego, co widzimy, od tego, co sobie wyobrażamy. Oznacza to, że reagujemy emocjonalnie zarówno na obrazy prawdziwe, jak i fikcyjne. Korzystając z tej wiedzy, możesz praktykować kreatywną wizualizację i odczuwać jej dobroczynne efekty. To ćwiczenie pomoże ci aktywować pozytywne emocje związane z latem. Usiądź wygodnie, z prostym kręgosłupem. Zrób dwa głębokie wdechy i długie wydechy. Przywołaj w myśli jakieś dobre wspomnienie związane z latem. Moment, kiedy czułeś radość, połączenie ze sobą, z przyrodą. Uaktywnij wszystkie zmysły. Poczuj w ciele te pozytywne emocje. Po dwóch–trzech minutach powróć do tu i teraz.

Ćwiczenie 4. Porządki w relacjach

Letni wypoczynek pomaga złapać dystans do codzienności, w tym do osób. Zanim spotkasz się z dawno niewidzianymi znajomymi, przemyśl, które znajomości służą twojej ścieżce rozwoju, które warto ulepszyć, a które już się wypaliły. Zacznij od zrobienia listy najbliższych przyjaciół oraz bliskich znajomych. Zadawaj pytania w odniesieniu do każdego z nich. Jak się czujesz podczas spotkania z tą osobą? Czy w dzieleniu się swoimi sprawami panuje równowaga? A może to zwykle Ty wysłuchujesz drugiej osoby lub przeciwnie – przejmujesz pałeczkę i zapominasz zapytać o jej życie? Czy czujesz się sobą przy tej osobie? Czy są tematy, których nie wyobrażasz sobie z nią poruszyć? Czy czujesz, że życzy ci wszystkiego najlepszego i jest z Tobą szczera? Czy często krytykuje Twoje zachowanie, sposób ekspresji albo Twój wygląd? Jak odnosi się do twoich sukcesów? Jak reaguje, kiedy jest Ci trudno, masz złe samopoczucie fizyczne lub psychiczne? Czy potrafi Cię wysłuchać i okazać troskę? Czy pokazujesz jej również swój cień – mniej miłą i sympatyczną część siebie?

Ćwiczenie 5. Porządki w domu

Indianie wierzą, że każda pora roku uczy nas, jak żyć. Jesień to nauczycielka cykliczności. Przekazuje wiedzę o tym, że nic w życiu nie jest nam dane na stałe. Jest okres letniej pełni i obfitości, ale po nim następuje czas transformacji. Ten proces symbolizują spadające z drzew liście. Aby połączyć się z energią jesieni i lepiej ją zrozumieć, po porządkach w relacjach skup uwagę na porządkowaniu swojego mieszkania i oddawaniu tego, z czego już nie korzystasz. Nienoszone przez dłuższy czas ubrania upierz i przekaż do pomocy społecznej. Przeczytane książki i magazyny możesz sprezentować znajomym, być może zawarte w nich informacje okażą się dla nich pomocne. Pamiętaj, że jeśli dzielisz się tym, czego masz w nadmiarze, robisz miejsce na pojawianie się czegoś nowego i inspirującego.

Ćwiczenie 6. Nowe umiejętności

Stary nawyk ze szkoły sprawia, że wrzesień to dobry czas na naukę. Zapisz się na weekendowe warsztaty, cykliczne zajęcia albo kurs językowy. Po wakacyjnym wypoczynku mózg garnie się do wiedzy, trenuj go zatem i ucz się nowych rzeczy. To poprawi nie tylko Twoją pamięć i koncentrację, ale też samopoczucie. Jeśli nie masz pomysłu na to, jaką nową umiejętność wprowadzić do swojego życia, postaw na prostą praktykę medytacji. Umów się ze sobą, że codziennie o tej samej porze usiądziesz prosto i przez dwie minuty skupisz się na procesie oddychania. Możesz skierować uwagę do nozdrzy i doświadczać, jak powietrze do nich wpływa, a po chwili wypływa. Ta praktyka pozwoli ci nauczyć się, jak być w pełni w chwili obecnej.

  1. Psychologia

Jak wybaczyć? Rozmowa z Katarzyną Miller

Wybaczenie jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem. (Fot. iStock)
Wybaczenie jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Małe i większe przewinienia, stare i nowe grzechy, wyrządzone – świadomie lub nie – krzywdy… To wszystko siedzi w nas i tworzy emocjonalne złogi. Dlatego wybaczenie jest jak generalne porządki - pracochłonne, ale przynoszące ład emocjonalny. Może warto przeprowadzić je właśnie dziś, w Międzynarodowy Dzień Przebaczania? Pomoże w tym psychoterapeutka Katarzyna Miller. 

Małe i większe przewinienia, stare i nowe grzechy, wyrządzone – świadomie lub nie – krzywdy… To wszystko siedzi w nas i tworzy emocjonalne złogi. Dlatego wybaczenie jest jak generalne porządki - pracochłonne, ale przynoszące ład emocjonalny. Pomoże w tym psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Trudniej jest wybaczyć sobie czy komuś? A może nie ma jednego bez drugiego? To mądra myśl, że drugiego bez pierwszego nie ma, ale zdecydowanie trudniej jest wybaczyć sobie, bo to jest rzecz głęboka. Ludzie bardzo często nie wiedzą, że sobie czegoś nie wybaczają, w związku z tym też nie wiedzą, dlaczego nie wybaczają innym. Mają wtedy – można by powiedzieć – pewien automatyzm w niewybaczaniu. Trudniej jest wybaczyć sobie także dlatego, że jesteśmy takim puzderkiem na syfy, czyli mamy niestety wiele rzeczy, które nas dręczą i które jawią się nam jako rzeczy nie do wybaczenia albo nie do pogodzenia czy nie do przejścia, które są dla nas tak strasznie ważne, że szok…

Co na przykład? Co o nas myślą inni, czy nas lubią… Niektóre uczucia, które demonizujemy, zwłaszcza lęk, złość i wstyd. Ale też bezsilność, bezradność…złe myślenie o sobie, a więc i złe myślenie o innych i związane z tym uczucia…

Masz na myśli to, że zabraniamy sobie je odczuwać? Raczej to, że dajemy im nad sobą ogromną władzę. Poza tym rozgrzebujemy uczucia, nie pozwalamy im przez siebie przepływać. Weźmy wstyd – ponieważ od małego jesteśmy zawstydzani, to wszystkiego się wstydzimy. Puszczę bąka – zgroza! Nie powiem słowa takiego, jak powinnam – zgroza! Kręcę się w kółko i nie wiem, co zrobić – zgroza! I wiecznie do tego wracamy. „Jak ja się wtedy zachowałam! Nigdy tego nie zapomnę”… Oczywiście mówię o ludziach, którzy są bardzo urazowi, a jest ich dużo. U takich osób nawet drobiazgi urastają do rangi prawdziwych nieszczęść. Wracając do wybaczania, jeśli mam w sobie taki kocioł, który ciągle kipi i czego się nie dotknę, to rozlega się syk – wiesz, taki jak kładziesz na rozgrzaną płytę palec i słychać „psss” – to nigdy nie będzie w moim życiu ulgi ani przyzwolenia. Ani poczucia, że to, co jest, jest, jakie jest. Ja jestem, jaka jestem, ty jesteś, jaka jesteś. Poza tym jeśli coś nas dotknęło i było wyraziste w momencie, w którym się działo, to kiedy minęło, powinniśmy już włożyć to do pamiętnika, a nie ciągle oglądać pod lupą: „gdybym nie poszła, gdybym nie powiedziała, to byłoby inaczej…”. No, tego już się nie dowiemy, może by było, a może nie. A mimo to często nie potrafimy o tym zapomnieć i wybaczyć sobie. Że na przykład szłam kiedyś ulicą z oberwaną halką i tego nie zauważyłam…

Naprawdę? Ty może byś się tym nie przejęła, ale wiele kobiet – jak najbardziej. I gwarantuję ci, że wiele takich, po których byś się tego nie spodziewała. Bo one tego nie okazują. Duszą to w sobie.

Powiedziałaś, że ludzie często nie wiedzą, że sobie czegoś nie wybaczyli. Nie wiedzą, bo to jest bardzo bolesny stan mieć pretensje do siebie, nie cenić siebie, mieć sobie coś za złe, wiedzieć, że nie podoba mi się to, co we mnie jest, co robię czy co myślę – w związku z tym robimy nad tym pokryweczkę, żeby tego nie dotykać za mocno. I jak nagle ktoś robi dokładnie to samo, co ja kiedyś, to do kogo mam pretensje? Oczywiście do niego. Klasyczna projekcja.

Czyli jeśli czegoś komuś nie możemy wybaczyć, to mogłaby być to dla nas wskazówka, że tego samego nie wybaczamy sobie? O tak, to bardzo typowe. Np. wiele starszych osób, które nie pozwoliło sobie na pewne rzeczy, nie zaznało ich, ma pretensje do młodszych o to, że oni właśnie sobie na to pozwalają.. 

Tylko jeśli komuś czegoś nie wybaczamy, stawiamy siebie w roli wiecznej ofiary – ofiary tej osoby… Niekoniecznie. Możemy stawiać się w roli ofiary, ale możemy też w roli sędziego. Wtedy jesteśmy niczym bicz boży albo anioł z mieczem ognistym, no albo inna świetlista osoba. My z Panem Bogiem uważamy, że… (śmiech) 

Jeśli sobie nie wybaczamy, to jesteśmy jednocześnie ofiarą, katem i… sędzią? Dokładnie tak. Takie sobie fundujemy potrójne męczarnie. To smutne i straszne, ale prawdziwe, że sami – z wyuczenia domowego i kulturowego – urządzamy sobie w życiu piekło.

Sądzisz, że trudniej nam sobie wybaczyć, że coś zrobiliśmy, czy że czegoś nie zrobiliśmy? Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć, pewnie zależy to od osoby i od uczynku. Ludzie mają różne systemy wartości i różne gradacje przewinień. Dla jednych flirt to nie zdrada, dla innych – już tak. Dla jednych to, że komuś się czegoś zazdrości, to grzech, dla innych – naturalny odruch.

Chyba najgorszą rzeczą jest nie móc sobie wybaczyć tego, jacy jesteśmy. Tylko problem polega na tym, że ludzie nie wiedzą, jacy są. Dali sobie na przykład wmówić, że są podli, niedobrzy… Wstrząsnęła mną historia mojej pacjentki, która była bita przez matkę jako bardzo małe dziecko, a ojciec się za nią nie ujmował. Po latach już w trakcie terapii spytała go: „Dlaczego ty pozwoliłeś mamie na coś takiego?”. „Jak to, przecież ty byłaś okropna – mama mówiła”. Jak może być okropne dwuletnie dziecko? Ono może być jedynie inne niż rodzic sobie wyobrażał. Nie dość ładne jego zdaniem, za dużo płaczące albo zbyt wolno rozwijające się niż by on chciał. Ale okropne?! Jeśli więc nie możemy sobie wybaczyć tego, jacy jesteśmy, to najpewniej uwierzyliśmy w wielką zmyłę na swój temat. Przecież wiele ludzi nie idzie na terapię ze strachu, że teraz się wyda, jacy naprawdę są, a tak to jakoś się ciągnie.

Wybaczenie jest oczyszczeniem? Jest detoksem dla duszy, wielkim porządkiem, ulgą i spokojem, oczyszczeniem - tylko ono może pojawić się dopiero wtedy, kiedy będziemy mogli siebie uwolnić od tej ropy: nienawiści, żalu, pretensji, krzywdy. Kiedy przestaniemy się czuć ofiarą: albo oburzoną, albo zrezygnowaną albo zbuntowaną. Ale aby tak się stało, trzeba się najpierw pozbyć tych uczuć, wyrzucić je na zewnątrz. I to daje na przykład terapia. Dzięki niej, że tak się wyrażę, wyrzygujemy się na tych, co nas skrzywdzili, ale w bezpieczny sposób. Nie robimy tego na tych ludzi, bo by tego ani nie przyjęli, ani nie znieśli, a poza tym często nie byli świadomi, że krzywdzili. Wyrzucamy to z siebie w obecności terapeuty, często też grupy: skarżymy się , zwierzamy, krzyczymy, płaczemy, złorzeczymy, kwilimy… Ale też wyobrażamy sobie, rysujemy, tańczymy, piszemy listy, oglądamy zdjęcia, czytamy książki, oglądamy filmy i sztuki… Uczucia uwalniają się w bardzo różnorodny sposób.

Czyli najpierw trzeba odczuć wszystkie przykre uczucia, wywalić je z siebie… I zrobić to w swoim tempie, w swoim czasie. Niczego nie przyspieszać i nie wybaczać wbrew sobie. Bo wtedy siebie strasznie niszczymy.

To ważne, że wybaczaniem też można siebie nadużyć. I to jeszcze jak! Wybaczeniem – zbyt szybkim i niezgodnym z tym, co mamy w środku – możemy sobą i innymi nieźle manipulować.

Czyli mądre i zdrowe wybaczenie… … odbywa się po procesie oczyszczenia. W dodatku procesie, który co jakiś czas trzeba powtarzać. Z wybaczaniem jest jak ze sprzątaniem. Nie możesz sobie raz wysprzątać i siedzieć na kanapie, spokojna, że już cała robota z głowy, bo po tygodniu znowu zbiera się kurz. Tak jak zbiera się brud między ludźmi. Wiele osób myśli, że jak już oczyściło pole w relacji z kimś, to nie będzie teraz znów wyciągać jakiś nowych spraw, bo po co psuć atmosferę. To wielki błąd, bo znów będą się tworzyć nowe urazy, w dodatku schowane pod wspomnianą przykryweczką. Najciekawsze jest to, że jeśli się zaczniemy oczyszczać, wybaczenie samo przyjdzie. Dlatego naszym celem nie powinno być wybaczenie, tylko wewnętrzna harmonia. Wtedy przestajemy mieć żale i pretensje, bo nie są one już nam do niczego potrzebne. Człowiek się robi spokojny, tolerancyjny, mądry. Nie dziwi się wiecznie: „Jak mnie to mogło spotkać?! Dlaczego?!”. A jak kogoś innego spotka, to będzie w porządku?

Poza tym nie można nikogo przymusić do wybaczenia, wbrew jego woli. Choć czasem tak próbują robić rodzice małych dzieci: „Podaj mu rękę na zgodę, no już”. A próbują, i to bardzo często. A jak dziecko nie chce, to mówią mu: „jesteś złym chłopcem”. Wtedy taki maluch zwykle w obronie swojej godności wykrzykuje: „Nieprawda! Nie jestem zły”. I ma rację. Co więcej, moim zdaniem, jest w ludzkim życiu poziom rzeczy nie do wybaczenia. Nie jestem specjalnie odwetowa (jestem absolutnie przeciw karze śmierci) ale nie wolno zmiękczać ohydy pewnych ludzkich zachowań. Jest różnica pomiędzy tym, że naprawdę wybaczamy a tym, że jesteśmy ulegli. Rozumiesz? Mówię o tym czasem, że boję się dobrych ludzi. Takich, co nie powiedzą, że się na coś nie zgadzają, że coś jest dla nich niedobre, że coś jest według nich złe, bo się nie posuną do takich drastycznych kroków. I potem wszyscy przegrywamy z bandytami, którzy nie mają takich problemów, przeciwnie – im bardziej się ich boisz, tym lepiej. Oczywiście nie chodzi o to, by mieć ludzi za mierzwę i zakładać z góry, że ktoś jest niegodny, ale uczyć się i wyciągać wnioski.

Mieć odwagę powiedzieć na przykład komuś: „nie ufam ci, po tym, co zrobiłeś”. O, to jest już bardzo dużo umieć to powiedzieć. Ja zresztą bardzo poważnie mówię, że ufać to nikomu nie można, nawet sobie do końca. Nie w tym sensie, że mamy być podejrzliwi, tylko że pewne rzeczy są do sprawdzenia, a inne nie – dopóki się nie staną. Nie bądźmy zatem świętojebliwi i nie nakładajmy na siebie obowiązku szybkiego kończenia rzeczy, które wymagają mądrego, długiego procesu dojrzewania. Wymagajmy od siebie mądrego, długiego procesu dojrzewania.

Ale skoro mówisz, że jest kategoria rzeczy, których nie można wybaczyć, to znaczy, że pewnych rzeczy nie można wybaczyć też sobie? Chodziło mi o to, że nie tyle mamy nie wybaczać pewnych rzeczy, co nie godzić się na nie. Podam przykład. Miałam kiedyś pacjenta, byłego alkoholika, który związał się z kobietą, też byłą alkoholiczką i tworzyli bardzo fajną parę. Ona miała dorastającą córkę i po jakimś czasie on próbował ją zgwałcić. Na szczęście matka zareagowała natychmiast, wyrzuciła  go z domu i opowiedziała o wszystkim ich znajomym. Znajomi się oburzyli i odwrócili od niego, a on znów zaczął pić i pił, aż umarł. Zanim to jednak się stało, widziałam się z nim, a ponieważ był dla mnie ważną osobą, powiedziałam mu: „Ja cię rozumiem, ale ja się na to co zrobiłeś nie godzę. Nie że ci tego nie wybaczam czy wybaczam. Po prostu jesteś dla mnie nadal ważną osobą, która zrobiła coś strasznego. Rozumiem, że miałeś swoje wewnętrzne powody, że byłeś jeszcze głupkiem i dupkiem, który powinien dalej się terapeutyzować, ale nie zmienia to faktu, że zepsułeś życie swoje i bliskich”. 

Chcesz w ten sposób powiedzieć… Że można być obok wybaczenia. Można robić rzeczy niewybaczalne, ale nadal być dla kogoś ważnym. Od razu doniosłabym na niego na policję i go wsadziła do więzienia, a potem odwiedzała go z paczkami. Bo on musi ponieść karę, a ja nie muszę go wyrzucać z serca, chyba, że okazałby się bez skruchy i jeszcze urągał i się stawiał.

A można żyć w miarę spokojnie ze świadomością, że pewnych rzeczy sobie nie wybaczam? Myślę, że ludzie bardzo często tak żyją. Czasem sobie przypominają swoje grzechy i robi im się trudniej, ale przez większość czasu o nich nie pamiętają i dają radę. Oczywiście mówimy cały czas o ludziach obdarzonych sumieniem. Człowiek powinien zdawać sobie sprawę ze swojej ułomności, ale nie może być dla siebie katem, bo i dla innych będzie.

  1. Psychologia

Dbaj o mózg - sprawdź co mu pomaga, a co szkodzi

Muzyka, literatura, sztuka - to wspaniała rozrywka dla mózgu. (Ilustracja iStock)
Muzyka, literatura, sztuka - to wspaniała rozrywka dla mózgu. (Ilustracja iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kiedy twój mózg nie pracuje prawidłowo, ty też masz problemy - twierdzi amerykański neurolog Daniel G. Amen. Człowiek ma jeden mózg i z tej racji powinien o niego dbać - dodaje francuski lekarz Michel Cymes. Jak przekonują od lat - zmieniając swój mózg, zmieniamy swoje życie. 

Gdyby przyjąć, że ludzkie ciało to lotnisko, mózg byłby wieżą kontroli lotów – tłumaczy Michel Cymes. „Wszystko, absolutnie wszystko przez niego przechodzi. To on odbiera informacje przekazywane przez pięć zmysłów (wzrok, słuch, węch, smak, dotyk), to on je interpretuje i to także on przygotowuje odpowiedź, rozkazując ciału, by zachowało się w taki czy inny sposób” – pisze w książce „Twój mózg”. „Jeśli więc mózg nie działa prawidłowo, dla większości organów i prawie wszystkich naszych funkcji życiowych zwykle kończy się to katastrofą”. Do tej katastrofy Cymes, lekarz i celebryta, stara się nie dopuścić od lat, ucząc rodaków, jak poprawiać stan swojego mózgu dietą, ćwiczeniami i zdrowymi nawykami. Dużo uwagi poświęca procesowi starzenia się mózgu, zaznaczając, że choć jest on nieunikniony, to poprzez zmianę zachowania można go spowolnić.

Według światowej sławy neurologa Daniela G. Amena, mózg to coś więcej niż wieża kontroli lotów. „Mózg to twardy dysk duszy. Podstawa esencji twojego człowieczeństwa” – pisze we wstępie do swojej najsłynniejszej książki „Zmień swój mózg, zmień swoje życie”. Z jego wieloletnich badań nad strukturą mózgu metodą SPECT (tomografia emisyjna jednego fotonu) pozwalającą obrazować wszystkie obszary mózgu i wskazać, w których z nich jest obniżona aktywność, w których właściwa, a w których nadmierna – wynika, że problemy, które zwykliśmy nazywać psychologicznymi, jak depresja, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, stany lękowe czy napady gniewu – tak naprawdę są czysto fizjologiczne i związane ze stanem mózgu. I tę fizjologię da się zmienić. Pacjentów swojej kliniki Amen Clinic for Behavioral Medicine w Fairfield w Kalifornii leczy za pomocą dobranych leków, diety i ćwiczeń psychologicznych. Jak twierdzi, poprawa jest zauważalna już po dwóch miesiącach. Jego zdaniem na złe funkcjonowanie mózgu mają wpływ nie tylko urazy mechaniczne, zażywanie narkotyków czy używek, ale też niewłaściwa dieta i negatywne myślenie. „Uwierzcie mi, w kwestii mózgu rozmiar ma znaczenie” – mówił podczas konferencji TEDx. „A im większa nadwaga, tym mniejszy mózg, czyli: tym gorsze myślenie, skupienie, ale też kreatywność i zadowolenie z życia”. Przyznaje, że sam – odkąd zajmuje się mózgiem – schudł 11 kilo. Drugim ważnym czynnikiem, na który zwraca uwagę, jest psychiczne nastawienie. „Gdybym miał dać jedną dobrą radę na temat tego, jak zadbać o swój mózg, powiedziałbym: nie wierzcie każdej głupiej myśli, jaka pojawia się w waszej głowie” – mówił podczas konferencji.

Obaj z uporem przekonują, że mózg to część naszego ciała, o którą nie tylko trzeba, ale warto zadbać. Tak jak dbamy o serce, oczy czy płuca. Bo tak jak on ma wpływ na nas, tak też my mamy wpływ na niego.

Nawyki, które usprawnią pracę twojego mózgu

„Bez optymalnego funkcjonowania tego organu trudno o powodzenie w jakimkolwiek aspekcie życia – w związkach międzyludzkich, pracy, w szkole, uczuciach wobec samego siebie, a nawet swoich odczuciach wobec Boga” – pisze Amen. Zatem co możemy zrobić, żeby pomóc mu działać pełną parą?

Co lubi mózg?

  • SEN – „Oszczędzanie na czasie, który powinien być poświęcony na sen, nigdy nie uchodzi płazem. Prędzej czy później za brak odpoczynku zapłacisz tym, co naukowcy nazywają kosztem neurologicznym – rodzajem podatku, jaki zmęczenie pobiera od mózgu, osłabiając go w ten sposób” – pisze Michel Cymes w książce „Twój mózg”. Kiedy za mało śpimy – nie myślimy jasno, nie potrafimy się skupić i podejmować decyzji. Naukowcy odkryli, że długotrwały brak snu wpływa negatywnie na proces odnowy neuronów hipokampu, strefy odpowiedzialnej za pamięć i regulowanie nastroju. Przyjmuje się, że idealny czas trwania snu wynosi siedem i pół godziny. Jak podaje Cymes, sen trwający krócej niż sześć godzin może zakłócić mechanizmy regulacji hormonalnej oraz zwiększyć prawdopodobieństwo zachorowania na cukrzycę albo nadciśnienie.
  • MEDYTACJA – wszelkie rodzaje wyciszenia umysłu oraz relaksacji są zbawienne dla mózgu. Pomagają mu się oczyścić z nadmiaru myśli i wprowadzają go w bardzo korzystny stan fal mózgowych theta, w którym jest najbardziej kreatywny, a jednocześnie najbardziej zrelaksowany. Warto nauczyć się kilku prostych technik, chociażby medytacji uważności, ćwiczenia na skanowanie ciała, ćwiczeń oddechowych, wizualizacji czy autohipnozy.
  • RUCH – mózg osoby stale uprawiającej sport lepiej radzi sobie z depresją, stresem czy nadmiarem negatywnych myśli. Wraz z ruchem wzrasta produkcja neuroprzekaźników świadczących o naszym dobrym samopoczuciu: serotoniny, noradrenaliny i dopaminy. Wszystkie trzy w połączeniu są najlepszym antydepresantem na świecie. Zalecana norma ruchu to pół godziny ćwiczeń trzy razy w tygodniu, najzdrowsze dla mózgu rodzaje ruchu to bieganie, joga i tai-chi, ale każdy sport uprawiany regularnie jest dobrym pomysłem.
  • RÓŻNORODNOŚĆ – mózg nie lubi się nudzić. Powtarzalne codzienne rytuały stają się dla niego automatyzmami, co sprawia, że się nie rozwija i szybciej starzeje. Dlatego – kiedy tylko jest to możliwe – staraj się wykonywać codzienne czynności odrobinę inaczej: jedź do pracy inną drogą, spróbuj czegoś innego na obiad. Innym dobrym ćwiczeniem jest angażowanie w dane aktywności dodatkowych zmysłów. Spróbuj zamknąć oczy, kiedy jesz i skupić się na smaku, a ubierając się, skup na fakturze materiałów i tym, w jaki sposób reaguje na nią twoje ciało.
  • NAUKA – codziennie powinniśmy uczyć się czegoś nowego. Wyłapywać ciekawostki w porannych serwisach informacyjnych, czytać fachową prasę, zapamiętywać kilka nowych słówek w obcym języku czy tekst nowej piosenki. Dlaczego? W ten sposób mózg tworzy nowe połączenia, rozwija się, zamiast rdzewieć. Świetnym pomysłem jest doskonalenie się w nowej umiejętności, czyli robienie czegoś, co wymaga długofalowego zaangażowania: gra na instrumencie, obsługa jakiejś maszyny, np. samochodu, albo nowe hobby, jak szydełkowanie, strzelanie z łuku czy szachy.
  • KULTURA – muzyka, literatura, sztuka – to wspaniała rozrywka dla mózgu. Według licznych badań muzycy mają nie tylko większe mózgi, ale też wyższą inteligencję. Już samo słuchanie muzyki pomaga się odstresować. Kolejnym sposobem na trenowanie naszego „mięśnia mózgowego” jest regularne czytanie. Co ciekawe, ma znaczenie, czy czytasz online czy na papierze. Badania wykazały, że czytając na ekranie, pobudzamy obszary mózgu powiązane z ośrodkiem podejmowania decyzji i rozwiązywaniem problemów. Natomiast z książką w ręku pobudzamy obszary mowy, pamięci i przetwarzania sygnałów wzrokowych. Nie zapominajmy też o regularnym odwiedzaniu muzeów – według badaczy kontakt ze sztuką optymalizuje rozwój mózgu już u małych dzieci.
  • OPTYMIZM – uważa się, że pozytywne podejście do życia chroni przed chorobami – zarówno fizycznymi, jak i psychicznymi. Chodzi o naukę interpretowania tego, co nas spotyka, w pozytywny sposób. Tak właśnie oczyszczamy umysł z negatywizmu, karmimy się dobrymi emocjami, jesteśmy bardziej pomysłowi i kreatywni i nawiązujemy lepsze relacje z innymi – a to też przekłada się na stan naszego zdrowia, w tym psychicznego.

Co szkodzi mózgowi?

  • STRES – sam w sobie nie jest chorobą, groźny jest jedynie nadmierny i długotrwały stres, który powoduje stałe rozdrażnienie, uczucie przytłoczenia obowiązkami, pośpiech i nieumiejętność odpoczynku. Taki stres wpływa negatywnie na mózg – jego rozmiar, funkcjonowanie i strukturę. Dlatego warto wszelkimi sposobami walczyć z tą plagą dzisiejszych czasów – najlepiej stosując się do powyższych zaleceń.
  • ALKOHOL, NARKOTYKI, NIKOTYNA – neurolodzy i lekarze (w tym Cymes i Amen) są zgodni – nie ma żadnej dawki nikotyny, alkoholu lub środków zmieniających świadomość, która nie miałyby negatywnego wpływu na nasze szare komórki. Cymes ostrzega: „marihuana atakuje neurony do tego stopnia, że zaburza ich funkcjonowanie i zwiększa ryzyko występowania chorób psychicznych”. Alkohol otępia komórki, co w konsekwencji opóźnia ich reakcję i zmusza do obumierania. Podobnie negatywny wpływ ma nikotyna, która ogranicza dopływ krwi do mózgu. W jednym z badań udowodniono, że im wcześniej zaczynamy palić papierosy, tym mniej aktywna jest nasza kora przedczołowa.
  • URAZY, USZKODZENIA, WSTRZĄSY – Daniel G. Amen przez wiele lat zajmował się obrazowaniem mózgu byłych graczy amerykańskiej NFL, którzy mimo noszenia kasków narażeni byli na bardzo wiele urazów głowy. Jego wnioski są alarmujące – nawet drobne wstrząsy prowadzą do trwałych uszkodzeń mózgu i skutkują zmianą jego struktury, która może bezpośrednio wpłynąć na zmianę charakteru i na zdolność uczenia się. Każdy, nawet niewielki uraz, powoduje, że miękka struktura mózgu boleśnie uderza o pancerz czaszki. Dlatego w książce „Zmień swój mózg, zmień swoje życie” Amen apeluje: „Nie prowadź samochodu bez zapiętych pasów, nie wsiadaj na motor, rower, deskorolkę, rolki czy snowboard bez kasku, nie uderzaj futbolówki głową, nie skacz na bungee i nie bij się pięściami po głowie, kiedy czujesz frustrację”.
  • TOKSYCZNE OTOCZENIE – środowisko, w jakim żyjemy, ma ogromny wpływ na nasz mózg. Jeśli przebywamy w otoczeniu osób krytykujących nas, obwiniających, wulgarnych, leniwych czy agresywnych – niczym gąbka nasiąka negatywizmem. Dlatego jeśli chcesz zdrowo myśleć oraz długo i szczęśliwie żyć – otaczaj się ludźmi, dzięki którym twoje samopoczucie i spokój wzrastają.
  • NEGATYWNE MYŚLI – Amen nazywa je „mrówkami” – od ANT (po angielsku: mrówka), skrótu od określenia: automatyczna negatywna myśl. Jeśli nie pozbywamy się ich na bieżąco, prowadzą do depresji i stanów lękowych. Radą na nie jest m.in. zasada 18/40/60, która w skrócie wygląda tak: Kiedy masz 18 lat, przejmujesz się tym, co wszyscy o tobie myślą. Kiedy masz 40 lat, masz gdzieś, co wszyscy o tobie myślą. Kiedy masz 60 lat, zdajesz sobie sprawę, że nikt w ogóle o tobie nie myśli i nie myślał”. Wniosek: nie ma sensu zamartwiać się.