1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego mężczyźni lepiej traktują samochód niż własne zdrowie?

Dlaczego mężczyźni lepiej traktują samochód niż własne zdrowie?

Zdrowie to przede wszystkim zaprzyjaźnianie się ze sobą, dawanie sobie tego, czego naprawdę potrzebujemy. (Fot. iStock)
Zdrowie to przede wszystkim zaprzyjaźnianie się ze sobą, dawanie sobie tego, czego naprawdę potrzebujemy. (Fot. iStock)
My, mężczyźni, na ogół dbamy o  swój samochód. Gdy słyszymy szmer w silniku, gdy coś stuka, brzęczy albo włącza się kontrolka, reagujemy. Jednak gdy nasz organizm wysyła podobne sygnały ostrzegawcze, ociągamy się z działaniem. Dlaczego mamy lepiej traktować samochód niż własne ciało? – pyta psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Prowadziłam wywiad ze znanym artystą w  jego domu. Zrobiliśmy przerwę, wyszedł do ogrodu na papierosa. I  wtedy przysiadła się do mnie jego żona. „Proszę pani, on się wykończy! – mówiła podenerwowana. – Pięć kaw dziennie, papierosy, a  do tego smakosz tłustego mięsa”. To się powtarza w  opowieściach kobiet o  mężczyznach – nie dba o siebie, ale jeśli zachoruje, to już umiera, pisze testament.

Pewien kanadyjski coach powiedział, że nie ma specjalnej różnicy między 12-letnim chłopcem a chorym mężczyzną. Tyle teraz mówi się i  pisze o odpowiedzialności za własne zdrowie; że zdrowie jest w  naszych rękach i  że modnie jest być zdrowym. On w  to nie wierzy?
Jest skoncentrowany na przetrwaniu, karierze, nie ma czasu ani ochoty zajmować się sobą. Jeden z mężczyzn powiedział mi, że lepiej krótko porządnie się palić, niż długo kopcić. To atrakcyjna metafora, jednak zafałszowuje obraz. Znałem ludzi, którzy długo płonęli jasnym ogniem i nigdy się nie kopcili. Dbali o zdrowie, kondycję. Słyszałem też taką metaforę – jeżdżę na tym osiołku (to o ciele), dopóki nie padnie, ale przecież i  tak padnie.

Albo: „Byłem ostatnio na pogrzebie jednego takiego, który dbał o  zdrowie”.
Dla wielu mężczyzn sam fakt, że zachorowali, jest druzgocący. Jak to się stało?! Ja?! To, co rzuca się w oczy, to niska świadomość mężczyzn. Często nie mamy pojęcia, co nam szkodzi, a  co pomaga, co wzmacnia zdrowie, a co osłabia; co przyspiesza starzenie. Nie potrafimy rozpoznać wczesnych sygnałów ostrzegania; że następują jakieś niepokojące zmiany, które trzeba wziąć pod uwagę. Wczesne sygnały ostrzegania mogą mieć różną postać, to indywidualna sprawa – kłopoty ze stawami, trudności ze snem, przymus wypicia przed snem kilku piw czy drinków. Jeśli nie traktujemy tych sygnałów poważnie, brniemy dalej, powielamy te same szkodliwe działania. Pojawia się ból, który informuje o problemie, ale przecież są środki przeciwbólowe. Pojawia się zmęczenie, ale przecież jest kawa albo coś mocniejszego. To jak bat na zmęczonego konia. Miałem klienta, który wypijał 12 kaw dziennie, sypiał cztery godziny na dobę. Jego organizm znosił to dzielnie przez wiele lat. Aż któregoś razu w sklepie dostał ataku paniki, zaczął się trząść, wystąpiły zimne poty, zwiększyło się tętno, dostał palpitacji serca. Lekarz powiedział mu: „Nigdy więcej nie wolno panu wypić ani filiżanki kawy. Pana organizm będzie teraz reagował na minimalne nawet dawki”. Ten mężczyzna radykalnie przeorganizował swoje życie. Mężczyźni w  większości przypadków są nastawieni na eksploatowanie natury i  w  taki sam sposób traktują własną naturę w postaci ciała – eksploatują je. Fatalnie się odżywiają, przeciążają się stresem. Chcą wycisnąć z tej skały tyle ropy czy kruszcu, ile się da, nie licząc się z konsekwencjami. Nie chcą przyjąć do wiadomości, jakie będą te konsekwencje.

Gdy zaczynają źle się czuć, mówią: „To chwilowe, przejdzie”. No i „na coś przecież trzeba umrzeć!”.
I  zaprzeczają. Wierzą w to, że sobie poradzą, przecież tyle czasu sobie radzili. Nawet jeśli nie zależy nam na długim życiu, warto wziąć pod uwagę, w  jaki sposób będziemy umierać. Czy jako niepełnosprawni, pod kroplówkami, respiratorami, urządzeniami sztucznie podtrzymującymi życie, czy – wręcz przeciwnie – zachowamy sprawność ciała i  umysłu do późnej starości. Są też konsekwencje związane z  rodziną. Mężczyzna jest potrzebny rodzinie, bliskim, partnerce, żeby mógł ją wspierać, żeby mogli oboje cieszyć się relacją, którą zbudowali, dziećmi. Jest przykładem dla dzieci. Dzieci mają tendencję do powielania podobnych schematów zachowań co rodzice. Jeśli w domu mają dobry przykład dbania o siebie, wtedy uodporniają się na złe wpływy otoczenia czy reklamy. Kłopot w tym, że sam mężczyzna nie ma zbyt wielu dobrych wzorów. Zalecenia lekarskie, informacje, porady znajdują się w pismach kobiecych. W męskich magazynach możemy przeczytać o sposobach zachowania potencji, o samochodach, o wydajności w pracy, o inwestowaniu pieniędzy i o utrzymaniu kondycji siłowej za pomocą środków chemicznych. Warto pamiętać, że tacy mężczyźni jak Sylvester Stallone, Arnold Schwarzenegger i inni „niepokonani” mieli poważne problemy ze zdrowiem, a szczególnie z sercem, po zażywaniu sterydów. W męskich pismach są reklamowane preparaty mające charakter dopalaczy, tabletki na potencję, na zaburzenia snu, czyli na sytuacje awaryjne, chwilowo redukujące skutki niezdrowego stylu życia. To jak łatanie dziur w jezdni; chwilowy zabieg, który pozwala pojechać trochę dalej.

Nie zachęca się mężczyzn do profilaktyki, nie uczy, co robić, aby nie chorować; w  jaki sposób słuchać swojego organizmu i reagować na sygnały, które wysyła; poznawać swoje ciało i  zaprzyjaźniać się z nim. To wymaga treningu, pogłębiania świadomości, wrażliwości. Mężczyzna na ogół dba o swój samochód. Gdy słyszy szmer w silniku, gdy coś stuka, brzęczy albo włącza się kontrolka, reaguje. Podejmuje kroki, aby wyeliminować usterki, sprawdzić, co doprowadziło do awarii, zasięga opinii specjalisty. Uczy się, który czujnik jest od czego i  co pokazuje: mało oleju, drzwi niedomknięte. Ale gdy jego organizm wysyła podobne sygnały ostrzegawcze, ociąga się z działaniem. „Tyle razy było kiepsko i  jakoś z  tego wyszedłem”. Raz, drugi, piąty, dziesiąty udaje się opanować sytuację. Ale przy 11. może nastąpić poważne załamanie systemu odpornościowego.

A  wtedy nie wystarczą doraźne środki – dwa tygodnie urlopu, trochę witamin czy suplementów diety. Dlaczego mamy lepiej traktować samochód niż własne ciało?
To powszechna wiedza, że nadużywanie kawy, alkoholu, żywności typu fast food szkodzi zdrowiu. Kofeina pobudza korę nadnerczy, wypłukuje z organizmu magnez, witaminę B6. Organizm się wyjaławia, zakwasza, jest mniej odporny, bo staje się pożywką dla drobnoustrojów, grzybów, pasożytów. Nadmiar stresu powoduje te same szkody. Jednak od wiedzy do praktyki niełatwa droga. Na szczęście coraz więcej młodych mężczyzn nie tylko interesuje się tymi zagadnieniami, ale też mądre zalecenia wprowadza w  życie. Mężczyźni czytają o roli zróżnicowanej, zrównoważonej diety, o suplementacji żywieniowej. Wiedzą, jak duże znaczenie ma rekreacja, relaks, zatrzymanie się, czas dla siebie, dobre relacje, pielęgnowanie bliskich związków. Jeden z nich, 35-latek, opowiadał mi, jakim szokiem było dla niego, gdy nagle zmarł jego trochę starszy przyjaciel. Obaj zaczęli pracę jeszcze na studiach. Mieli za sobą kilkanaście lat harówki, permanentnego przepracowywania się, niedbania o siebie. Ten mężczyzna powiedział mi: „Do momentu śmierci Roberta myślałem, że jestem nieśmiertelny. Ocknąłem się. Przecież prowadzę identyczny styl życia. Przez lata żyłem, żeby pracować, czas, by zacząć żyć”.

Króluje jednak: „Nie mam czasu myśleć o jedzeniu”. Tak łatwo zamówić pizzę czy kebab. Na deser czipsy, a na zmęczenie napój energetyczny. To sprawa życiowych priorytetów: czy naprawdę chcemy być zdrowi.
Są pokusy: „Gdy zamówisz dwie pizze, jedną dostaniesz gratis” itd. Jeśli policzymy, ile musimy wydać pieniędzy na produkty do obiadu, dodamy czas, wysiłek, to okaże się, że gotowanie się nie opłaca. Byłem kiedyś na szkoleniu z  zakresu medycyny tybetańskiej. Prowadząca je Tybetanka powiedziała: „Jeśli chcecie być zdrowi, sami przyrządzajcie sobie posiłki”. Gdy gotujemy dla siebie, doskonale wiemy, jakich produktów używamy, co dodajemy do potraw. Gdy zamawiamy jedzenie, nigdy nie wiemy, w  jaki sposób zostało przyrządzone.

Tam, gdzie posiłki przygotowywane są masowo, z konieczności muszą być używane substancje, które przyspieszają procesy pieczenia, gotowania, używa się wzmacniaczy smaku, konserwantów. W większości przypadków te substancje nie są zdrowe, nie występują w przyrodzie, w  zbożu, w warzywach, w owocach. To są chemiczne substancje. Nasze organizmy nie są ewolucyjnie przystosowane do długotrwałego regularnego radzenia sobie z  nimi. Te chemiczne dodatki są odpowiedzialne za wzrost oksydantów, substancji, które kradną tlen i  zatruwają w  ten sposób organizm. Potem trzeba przyjmować antyoksydanty, leczyć się. Gigantyczny przemysł żywieniowy służy temu, aby zwiększać sprzedaż. Skutki uboczne to już odpowiedzialność kupujących. Małe dawki tych substancji nie rujnują zdrowia, jeśli jednak przyjmujemy je codziennie, wyjaławiają organizm. Jest tu jeszcze coś ważnego: gdy sami gotujemy, mamy ochotę na różne potrawy, smaki; dokonując intuicyjnego wyboru, reagujemy na potrzeby swojego organizmu, zaczynamy go słuchać, liczyć się z jego mądrością. Gotowanie to bardzo pierwotny rytuał. Przyrządzanie posiłków integruje rodzinę, wspólnotę, zacieśnia więzi. To także element zdrowia.

Mężczyzna po pracy staje przy kuchni...
To może być świetny sposób na relaks. Jeśli nie chce gotować, niech docenia, gdy robi to kobieta. Niech ją w tym wspiera, zrobi zakupy, pokroi warzywa, pomiesza coś, utrzepie. Niech razem obiorą ziemniaki; gdy obiera się we dwoje, szybko idzie. Ważne, żebyśmy my, mężczyźni, byli włączeni w proces prowadzenia kuchni. Oczywiście, od czasu do czasu można zamówić kebab, jeśli sytuacja tego wymaga. Gorzej, gdy tego typu jedzenie staje się normą. Nie trzeba radykalnie zmieniać nawyków żywieniowych. Wystarczy, gdy do golonki czy schabowego dołożymy kaszę, warzywa i owoce; i potraktujemy je jak lekarstwo, bo zdrowe jedzenie w istocie jest lekarstwem.

Wiem, że jednemu ze swoich klientów w psychoterapii na pierwszej sesji zaleciłeś… picie wody.
Niegazowanej. Woda niegazowana uzupełnia elektrolity w organizmie. To był prawnik, który pracował w ogromnym stresie. Pytam go: „Co jesz? Co pijesz? Kiedy? W  jakich ilościach?”. On mówi, że pije kawę, a potem pije kawę, a gdy chce mu się pić, pije kawę, z rzadka herbatę. Jedzenie to głównie kanapki albo dania zamawiane na mieście. Więc zaproponowałem mu eksperyment. Pijesz wodę, herbaty ziołowe, jesz gotowane posiłki, warzywa, owoce, suplementy mineralno-witaminowe. Po dwóch tygodniach sprawdzamy, co się zmieniło. Prosty zabieg, a zmiana jakości życia kolosalna. Teraz mogliśmy zająć się jego kondycją psychiczną. Ale, oczywiście, zdrowie to jeszcze regularny wysiłek fizyczny, równowaga między pracą zawodową a życiem osobistym, pielęgnowanie związków, bliskości. Czyli zaprzyjaźnianie się ze sobą, dawanie sobie tego, czego naprawdę potrzebujemy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Jak gotować mniej kalorycznie? Pełnowartościowy posiłek – z czego się składa?

Fot. materiały partnera
Fot. materiały partnera
Współczesny styl życia wymusza na ludziach ciągły pośpiech, co negatywnie odbija się na ich nawykach żywieniowych. Jedzenie przyrządzane w domu często jest przetworzone, tłuste i nie wygląda tak apetycznie, jak na reklamach w telewizji. Przyzwyczajenia odnośnie do jedzenia często są wynoszone z domu, dlatego dobrze jest pokazywać dzieciom, że zdrowe i pełnowartościowe posiłki mogą być smaczne, a do tego łatwo je przyrządzić. Przygotowanie potraw bez dodatku tłuszczu możliwe jest dzięki gotowanie na parze i rozwinięciu tego pomysłu w postaci gotowania pod ciśnieniem. Służą do tego specjalne garnki, takie jak te marki Zepter – naczynia Masterpiece umożliwiają przygotowanie smacznych potraw bez grama tłuszczu.

Podstawy zdrowego gotowania z naczyniami i garnkami Masterpiece od Zepter

W ciągu ostatnich kilku lat świadomość ludzi dotycząca tego, w jaki sposób odżywiać się zdrowo i jak przygotowywać pełnowartościowe posiłki, znacząco wzrosła. Łatwiejszy i wygodniejszy dostęp do informacji ułatwił pozyskiwania nowych przepisów, które umożliwiają wykorzystanie dobrze znanych składników na zupełnie nowe sposoby. Domowe przygotowanie posiłków wymaga jednak sporo czasu, a ze względu na prowadzony obecnie tryb życia osoby pracujące mają go coraz mniej. Stąd duża popularność jedzenia zamawianego czy wszelkiego rodzaju fast foodów, które, owszem, są proste, jednak tego typu żywność jest wielokrotnie przetwarzana, a co za tym idzie, pozbawiona wartości odżywczych.

Wraz z pojawieniem się nowych rozwiązań przygotowanie zdrowej żywności bez dodatku tłuszczu stało się znacznie szybsze i nie wymaga zbyt dużego nakładu pracy. Naprzeciw tym oczekiwaniom wyszła firma Zepter, tworząc specjalny system garnków i naczyń umożliwiających przygotowanie różnych potraw. W końcu pełnowartościowy posiłek to szerokie pojęcie i w zależności od stosowanej diety czy przyzwyczajeń dla każdego będzie wyglądał on nieco inaczej. Garnki Masterpiece od Zepter pozwalają przygotować zarówno pyszne warzywa na parze, jak i rybę czy pieczeń, które będą lekkostrawne oraz pełne wartości odżywczych.

Gotowanie na parze – wygodny sposób na potrawy bez dodatku tłuszczu i innych szkodliwych substancji

Popularna opinia dotycząca przygotowania zdrowej żywności dotyczy tego, że jest to proces czasochłonny i wymaga dużych umiejętności. W rzeczywistości jest to znacznie prostsze, a wszystko za sprawą rozwoju nowoczesnych systemów pozwalających przyrządzać pełnowartościowe posiłki, które zachowają swój aromat, kształt oraz witaminy czy inne mikro- i makroelementy. Naczynia do gotowania na parze umożliwiają przyrządzanie różnego rodzaju posiłków, w tym warzyw, mięs i ryb. Te i wiele innych składników zachowa nie tylko swój naturalny wygląd, ale będzie również znacznie zdrowsza niż w przypadku tradycyjnego gotowania na wodzie czy smażenia na tłuszczu. Co więcej, warzywa gotowane na parze nie wymagają dosalania, ponieważ to właśnie ona (para) wydobywa z nich sód, który sprawia, że przyrządzone w ten sposób potrawy smakują naturalnie.

Taka metoda gotowania jest obecnie uznawana za tę najzdrowszą i jest szczególnie polecana osobom z nadciśnieniem czy podwyższonym cholesterolem. Na horyzoncie pojawiło się jednak rozwinięcie takiego sposobu przyrządzania posiłków, a jest nim gotowanie pod ciśnieniem, które całkowicie eliminuje konieczność wykorzystywania wody, ponieważ potrawy (warzywa, mięso, ryby) przez cały czas gotują się we własnym sosie.

Gotowanie pod ciśnieniem z naczyniami Zepter – oszczędne i szybkie przygotowanie posiłków

Do gotowania pod ciśnieniem wykorzystywane są specjalne garnki, które przykrywane są specjalną pokrywą z termokontrolerem. Wraz z podgrzewaniem naczynia, potrawy w nim zamknięte zaczynają uwalniać wodę w postaci pary, która skrapla się na wspomnianej pokrywie. Ta z kolei jest przez cały czas chłodniejsza od garnka, dzięki czemu para skapuje na zamknięte produkty, tworząc cykl zamknięty. Taki sposób gotowania oferują naczynia Masterpiece marki Zepter, które umożliwiają przygotowania leczo czy innych potraw jednogarnkowych z dużą ilością warzyw, bez dodatkowej wody czy grama tłuszczu.

Gotowania pod ciśnieniem pozwala na zachowanie większej liczby witamin i minerałów, czyniąc posiłki bardziej wartościowe. Co więcej, jest ono szybsze (nawet do 70% w porównaniu z innymi metodami gotowania żywności) i wymaga znacznie mniej energii, przekładając się tym samym na dodatkowe oszczędności. Większość obecnie dostępnych garnków do gotowania na parze czy pod ciśnieniem, w tym te z serii Masterpiece, to naczynia na płytę indukcyjną. Naczynia marki Zepter doskonale współgrają z tego typu powierzchniami służącymi do gotowania – dno naczynia składa się z trzech warstw (indukcyjnej, akumulacyjnej i przewodzącej), a dzięki technologii URA potrawy nie przywierają.

Wartościowy posiłek a przyrządzanie potraw bez wody i tłuszczu – z naczyniami Masterpiece od Zepter to możliwe

Ciężko jednoznacznie zdefiniować, czym powinien być wartościowy posiłek – w zależności od preferencji każdy może mieć inną wizję na temat tego, z czego powinien składać się jego obiad, by był on możliwie wartościowy i zaspokajał potrzeby organizmu. Kluczowy jest tutaj sposób przyrządzania, a dzięki nowoczesnym naczyniom do gotowania pod ciśnieniem marki Zepter każdy będzie mógł wykorzystać swoje ulubione składniki i stworzyć z nich pełnowartościowe, zdrowe danie, i to bez dodatku wody czy tłuszczu.

  1. Zdrowie

Skąd się biorą choroby? Ajurwedyjskie spojrzenie na chorowanie

Zdrowie według ajurwedy oznacza harmonię z naturą i stan równowagi dosz odpowiadający twojej unikalnej konstytucji, czyli prakriti. (Ilustracja: iStock)
Zdrowie według ajurwedy oznacza harmonię z naturą i stan równowagi dosz odpowiadający twojej unikalnej konstytucji, czyli prakriti. (Ilustracja: iStock)
Możesz szczycić się idealnie opracowanymi, regularnie realizowanymi i najbardziej higienicznymi rytuałami, a i tak zachorować. Wynika to z tego, że doświadczeniom, które interpretujemy jako choroby, zapobiega się nie tylko zdrowym odżywianiem, obsesyjnym myciem rąk i kichaniem w łokieć. Jak się już dowiedzieliśmy, działają tu potężniejsze zasady określające nasz ogólny stan zdrowia.

Fragment pochodzi z książki „Ajurweda. Podręcznik dbania o siebie” Sarah Kucera, Wydawnictwo Czarna Owca.

Zdrowie według ajurwedy oznacza harmonię z naturą i stan równowagi dosz odpowiadający twojej unikalnej konstytucji, czyli prakriti. Wewnętrzne zdrowie odzwierciedla się w samopoczuciu. Dlatego umysł, zmysły i świadomość muszą działać równie sprawnie jak trawienie i odporność. Istnieją trzy główne powody występowania nierównowagi. Te zasady są niczym etykiety ostrzegawcze na nowoczesnym życiu i wyjaśniają, czemu nasze tempo życia i pracy może nie pasować do naszej biologii. Łykamy suplementy wzmacniające odporność i rozumiemy, że panowanie nad stresem jest ważne, ale i tak daleko nam do idei, że trzeba słuchać mądrości przyrody oraz własnej intuicji – to właśnie one mogą być profilaktyką, której potrzebujemy. Oto trzy podstawowe przyczyny chorób według ajurwedy.

1. Sprzeciwianie się czasowi, przyrodzie i rytmowi biologicznemu (kalaparinama)

Najpoważniejszym zagrożeniem dla zdrowia jest lekceważenie związku między czasem, przyrodą i naszymi rytmami biologicznymi. Gdy nie czujemy się dobrze, w pierwszej chwili obwiniamy bakterie i wirusy albo dni, gdy zjedliśmy coś niezgodnego z dietą bądź nie poćwiczyliśmy. A przecież u źródeł tych (prawdziwych) przyczyn chorowania stoi czas. W sanskrycie słowo kala tłumaczy się jako czas. Kalaparinama oznacza natomiast niezgodność z przyrodą lub nieposzanowanie czasu w kontekście doby, pór roku lub naszego wewnętrznego poczucia czasu. To pierwsza, podstawowa przyczyna chorób w ajurwedzie, lecz najłatwiej jej nie zauważyć. Jedzenie, ćwiczenia i sen o niewłaściwych porach bądź nieuwzględnianie zmian pór roku zwiększa naszą podatność na choroby. Medycyna zachodnia nazywa to niezgodnością dobową. W naszym życiu jest wiele czynników szkodliwych dla zdrowia: od łatwego dostępu do żywności o dowolnej porze dnia i nocy po ciągłe wystawienie na niebieskie światło ze smartfonów, tabletów i komputerów. Nauka ukazuje dziś prawdę, o której ajurweda wiedziała od zawsze. Nasze funkcjonowanie niedopasowane do rytmu dobowego przyczynia się do zapadania na wiele chorób, takich jak otyłość, cukrzyca, choroby serca i bezsenność.

2. Niesłuchanie swojego umysłu (prajnaparadha)

Gdy nasze oceny i postrzeganie są niesłuszne, nie wyciągamy wniosków z doświadczeń lub nie doceniamy swojej intuicji, wynikają z tego choroby. Jeśli na przykład jesz lub robisz coś niezdrowego, musisz wiedzieć, że może to mieć swoje konsekwencje. Podobnie jeśli ignorujemy głód lub tłumimy naturalne potrzeby, takie jak kichanie, płacz lub sen, również zachorujemy. Prajnaparadha może skutkować zarówno dolegliwościami psychicznymi, jak i fizycznymi. Nadużywanie substancji psychoaktywnych, wypadki samochodowe, a nawet niektóre infekcje mogą wynikać z niesłusznych kroków. To oczywiste, że czasem zdarza nam się podejmować złe decyzje albo wybrać zabawę, a nie zdrowie, ale jeśli dzieje się tak regularnie, zaczniemy w końcu chorować.

3. Niewłaściwe korzystanie ze zmysłów (asatmyendriyartha samyoga)

Zdrowe zmysły są podstawą dobrego samopoczucia, ponieważ to za ich pomocą uwewnętrzniamy świat zewnętrzny. Umysł musi przetworzyć obiekt lub bodziec zewnętrzny, zanim stanie się on obserwacją, myślą lub spostrzeżeniem. Problemy z postrzeganiem otoczenia obniżają nasze szanse przetrwania. Tę prawdę łatwiej było dostrzec na wcześniejszych etapach rozwoju naszej cywilizacji. Nie mieliśmy pewności schronienia, elektryczności i technologii. Zmysły wzroku, zapachu, smaku, słuchu i dotyku stanowiły system ostrzegania przed zagrożeniem. Dziś zwykle nie musimy obawiać się niedźwiedzia czy pumy, ale chorób wynikających ze stresu. Siedząc przed ekranem, nie gromadzimy doświadczeń zmysłowych w prawdziwym życiu i czasie rzeczywistym. Dlatego cierpimy na niedobory stymulacji. Brakuje nam bodźców ćwiczących zmysły i czyniących je silniejszymi. Widzimy malownicze krajobrazy, ale nie doświadczamy ich, wdychając górskie powietrze, słysząc śpiew ptaków, smakując słoną wodę lub czując ziemię pod bosymi stopami. Równolegle zalewa nas mnóstwo jednoczesnych informacji i bodźców umysłowych, co nas przestymulowuje. Prowadzimy po kilka kont e-mail, przez całą dobę otrzymujemy wiadomości tekstowe i powiadomienia na urządzeniach, spędzamy cały dzień w blasku świetlówek. To za dużo, by zinterpretować i przetrawić te bodźce. Wydajność naszych zmysłów spada, a pomost między światem zewnętrznym a wewnętrznym niszczeje. Gdy dostrzeżesz, że robisz coś, co zgodnie z tymi trzema podstawowymi przyczynami powoduje chorobę, zauważysz też efekt skapywania. Naruszenie jednej z nich niemal zawsze prowadzi do zachwiania kolejnej. Być może łamiesz zasady przyrody, chodząc spać później, niż podpowiada ci ciało. To może prowadzić do jedzenia późnym wieczorem lub spożycia w chwili słabości czegoś, co wiesz, że nie służy zdrowiu. Albo zaczynasz jeść przy komputerze, odpowiadając na wiadomości.

Twoje zmysły przesycają się informacjami z wysyłanych e-maili, więc nie czujesz smaku spożywanego jedzenia, co kończy się niestrawnością. Gdy działania te wiążą się we wzorce, coraz trudniej jest nawiązać kontakt ze światem wewnętrznym. To właśnie dzięki rytuałom mamy świadomość naszej rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej oraz synchronizujemy się z nimi. Gdy pozwolimy sobie dostosować się do rytmu przyrody, będziemy jasno i instynktownie widzieć, co jest dla nas najlepsze i najzdrowsze. Kiedy czujemy się lepiej, łatwiej nam podejmować bardziej świadome decyzje, wykorzystując lepszą wiedzę, a także jaśniej dostrzegamy, co jest dla nas w danym momencie najlepsze oraz że nadchodzi czas na zmiany.

Samoobserwacja

Przyjrzyj się, co poza jedzeniem i ćwiczeniem stanowi czynnik wpływający na zdrowie. Czy wkładasz świadomy wysiłek, by zachować łączność z przyrodą? Czy często robisz coś, co wiesz, że nie jest dla ciebie dobre? Czy sprawnie korzystasz ze zmysłów i dostrzegasz, jak wiążą się z twoim samopoczuciem? Nie krytykuj siebie, ale przyjrzyj się tym trzem przyczynom występowania chorób. Sprawdź, gdzie możesz coś poprawić. Nie chodzi o to, by być idealnym, lecz by się naprawdę starać i być dla siebie wyrozumiałym, gdy wydaje się to niemożliwe.

Polecamy: 'Ajurweda. Podręcznik dbania o siebie” Sarah Kucera, Wydawnictwo Czarna Owca. (Fot. materiały prasowe)Polecamy: "Ajurweda. Podręcznik dbania o siebie” Sarah Kucera, Wydawnictwo Czarna Owca. (Fot. materiały prasowe)

  1. Zdrowie

Duchowość w medycynie chińskiej – jakie są podstawowe zasady zachowania zdrowia?

Negatywne emocje, które wprowadzają dysharmonię naszego wnętrza, możemy uwalniać poprzez medytację. (fot. iStock)
Negatywne emocje, które wprowadzają dysharmonię naszego wnętrza, możemy uwalniać poprzez medytację. (fot. iStock)
„Wielka Księga Żółtego Cesarza”, która powstała około 3 tysiące lat temu, jest pierwszym przekazem traktującym o Tradycyjnej Medycynie Chińskiej. W tradycyjnym przekazie uważa się, że to Duch stwarza wszystko.

Co możemy zrobić, według tradycyjnej medycyny chińskiej, żeby żyć długo i w dobrym zdrowiu? - Jeśli wierzymy, że istnieje dusza, jesteśmy już blisko życia i dbania o nie.

Pierwsza najważniejsza zasada: być szczęśliwym i wdzięcznym za życie.

Druga zasada: postępować zgodnie z naturą. Żółty Cesarz w rozdziale pierwszym księgi mówi, że trzeba respektować prawa Wszechświata. To Tao – droga naszego życia. W praktyce oznacza harmonię życia. Żeby ją wdrożyć w codzienność, należy zrozumieć cykl pięciu niebiańskich ruchów: Wody, Drzewa, Ziemi, Ognia i Metalu. To jest program życia – droga do integracji Ying i Yang, ziemi i nieba. Życie według rytmu pór roku. Woda generuje Drzewo – wiosną wysiewamy nasiono, podlewamy je, wyrasta roślina. Zaczyna się życie, by latem, wraz z ruchem do góry, przeżyć pełen rozkwit – tak przejawia się energia Ognia. Jesienią rośliny przestają już rosnąć – wszystko zasysane jest do Ziemi. Zawiązują się nowe nasiona – twarde jak Metal. Wiosną znowu będą potrzebować wody, by wzrosnąć. I tak będzie się działo rok za rokiem. Żyjąc zgodnie z prawem czterech pór roku, wiosną zasilajmy naszą energię i działajmy, latem wyciszajmy się i zażywajmy spokoju, jesienią koncentrujmy swoją energię, zima ją magazynujmy.

Trzecia zasada: przyjmować dobre jedzenie. W Chinach mówi się: „jedz ziemię, jedz niebo”. Oznacza to, żeby spożywać naturalną energię pochodzącą z tych jakości, czyli – nie jeść nic sztucznego. Chińskie pałeczki, służące do jedzenia, mają jeden koniec okrągły symbolizujący ziemię, a drugi kwadratowy na znak nieba. Podczas jedzenia palec środkowy między pałeczkami jest nieruchomy zgodnie z zasadą Yin. Porusza nimi energią Yang palec wskazujący.

Jakości nieba i ziemi odżywiają naszą florę bakteryjną w jelitach. Chińczycy traktują ją jako dodatkowy, odrębny organ, mamy jej 10 razy więcej niż komórek ciała. Niestety, współczesny przemysł przetwórczy, leki i chemikalia, niszczą florę bakteryjną. Efekt to choroby autoimmunologiczne, udary mózgu, nadciśnienie tętnicze, nowotwory, depresja. Te choroby pochodzą z supermarketów. Jedzenie tam sprzedawane jest wysokoprzetworzone i pełne toksyn. Podawane są one w tak małych stężeniach, że organizm nie ma szans się obronić gdyż nie jest w stanie wykryć tych śladowych ilości – niestety z czasem dochodzi do kumulacji toksyn i pojawiają się typowe symptomy zatrucia organizmu. Te trucizny są dla ciała niewidzialne, a przez to bardziej szkodliwe. I jeszcze jedna ważna rzecz: jedzenie musi nam smakować, być przyjemnością. Inaczej ciało nie będzie miało z niego pożytku.

Czwarta zasada: odreagować stres. Chińczycy uważają, że stres uszkadza duszę, ponieważ zaburza emocje. Stres nas wyniszcza, bo nie mamy czasu na harmonizację naszego wnętrza, na równowagę. Negatywne emocje to przede wszystkim: złość, nienawiść, zazdrość, frustracja, obawy, zamartwianie się, niepewność. Powinniśmy czuć je i uwalniać. Doskonałym do tego narzędziem jest medytacja. W naszym ciele jest dusza, w której zawarty jest swoisty kod życia. Jeżeli emocje niszczą duszę, niszczy się kod naszego przetrwania. Program życia zaczyna się mutować i pojawiają się choroby. Miejcie więc na uwadze szanowanie emocji.

  1. Zdrowie

6 kroków do zdrowia duszy i ciała

Im większą równowagę osiągamy z otaczającymi nas żywiołami – tym łatwiej jest nam słuchać siebie i zaufać sobie, a poprzez to uzdrowić życie - mówi Ewa Foley, trenerka rozwoju osobistego, life coach, autorka licznych książek, założycielka Instytutu Świadomego Życia.  (Fot. z archiwum Ewy Foley)
Im większą równowagę osiągamy z otaczającymi nas żywiołami – tym łatwiej jest nam słuchać siebie i zaufać sobie, a poprzez to uzdrowić życie - mówi Ewa Foley, trenerka rozwoju osobistego, life coach, autorka licznych książek, założycielka Instytutu Świadomego Życia. (Fot. z archiwum Ewy Foley)
Narzekasz na spadek formy? Nękają cię drobne i większe dolegliwości? Skorzystaj z rad Ewy Foley. Może zdziałają więcej niż kolejny specyfik z apteki.

Prawdziwy dobrostan psychofizyczny to dużo więcej niż radzenie sobie z symptomami choroby. To powrót do prawdziwej tożsamości i uświadomienie sobie misji życia. Jak to zrobić? Krok po kroku.

1. Określ swój cel życiowy. Jednym z najlepszych powodów utrzymania dobrego stanu zdrowia jest potrzeba realizowania swojego życiowego celu. Jeżeli nie wiesz, co masz do zrobienia na Ziemi – twoja motywacja, aby być zdrową, może być osłabiona. Gdy określisz swój cel, będzie on działał jak magnes, który przyciąga cię do siebie, nadając sens wszystkiemu, co robisz. Zacznij od listy twoich wyjątkowych talentów. Następnie wypisz 10 cech charakteru, które najbardziej w sobie cenisz. Potem zrób listę 10 rzeczy, które lubisz robić i w których wyrażają się twoje niepowtarzalne uzdolnienia. Opisz kilkoma zdaniami swoją koncepcję świata doskonałego. Wreszcie: napisz zdanie, stosując 2–3 wyrażenia z trzech ostatnich zadań. To jest twój cel życiowy!

2. Pozwól, by przyroda cię uzdrawiała. Im większą równowagę osiągamy z otaczającymi nas żywiołami – tym łatwiej jest nam słuchać siebie i zaufać sobie, a poprzez to uzdrowić życie. Podaruj sobie noc przesiedzianą przy ognisku w milczeniu. Zacznij bardziej świadomie odczuwać swój związek z roślinami, drzewami i zwierzętami. Częściej chodź na bosaka po lesie, pływaj nago w jeziorze, wpatruj się w falujące morze, słuchaj muzyki etnicznej, graj na bębnie... Odkryj rytuały i ceremonie. Powróć do korzeni.

3. Żyj z pasją i entuzjazmem. Śmiej się. Płacz. Czuj. Kiedy się śmiejesz, w twoim mózgu wydzielają się endorfiny, które powodują naturalny „haj”, a układ oddechowy poddawany jest joggingowi. Śmiech uwalnia od bólu i choroby. Pragnienie życia, entuzjazm i pasja wzmacniają twój układ odpornościowy. Bez względu na to, czy jesteś chora, czy zdrowa – żyj tak, jakbyś za chwilę miała umrzeć. Żyj w pełni.

4. Służ innym, dawaj. Badania wykazują, że ludzie pracujący charytatywnie, z potrzeby serca są dużo zdrowsi. Dawaj, a będziesz zdrowsza, szczęśliwsza i bogatsza. Za czasów Starego Testamentu zwyczajem Izraelitów było oddawać na rzecz innych dziesiątą część wszystkich dochodów. Zwyczajem ludzi, którzy osiągnęli sukces, jest oddawanie 10 proc. zarobków tym, którzy mają mniej. Poza tym ten, kto ofiarowuje pieniądze, ma ich jeszcze więcej. Takie działanie jest sygnałem dla wszechświata: „Dziękuję. Mam więcej, niż potrzebuję. Dlatego mogę oddać”.

5. Zatroszcz się o swoje ciało. Dowiedz się, jak funkcjonują poszczególne narządy, organy i gruczoły. Poznaj anatomię i fizjologię ludzkiego ciała. Dowiedz się, jakich ziół, witamin, mikroelementów, soli tkankowych, aminokwasów i nienasyconych kwasów tłuszczowych potrzebuje twój organizm, by dobrze funkcjonować. Przestudiuj różne szkoły odżywiania – makrobiotykę, wegetarianizm, weganizm, odżywianie zgodne z grupą krwi, kuchnię chińską według Pięciu Przemian. Ja od wielu lat łączę te dwie ostatnie metody. Zadbaj o jakość wody, którą pijesz (min. 1,5 litra dziennie). Raz w roku przeprowadź najstarszą terapię znaną ludzkości, czyli post. Zacznij praktykować ćwiczenia, które ci odpowiadają i sprawiają przyjemność. Co najmniej dwa razy w miesiącu idź na masaż.

6. Kochaj! Miłość jest największym uzdrowicielem. Bez niej usychamy jak kwiaty pozbawione wody. Miłość w moim pojęciu jest bezwarunkową akceptacją tego, co jest. Dlatego kochaj siebie i świat. Codziennie. Głęboko i z całej siły.

Ewa Foley trenerka rozwoju osobistego, life coach, autorka licznych książek, założycielka Instytutu Świadomego Życia Ewy Foley, organizuje wyprawy w miejsca mocy na Ziemi.

  1. Styl Życia

Podlaskie szeptuchy – jak żyją i czym się zajmują?

Prawie każda wieś w kwadracie między Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą i Siemiatyczami ma swoją uzdrowicielkę. Trudno oszacować dokładnie, ile ich jest. Twierdzą, że to nie one leczą, tylko zamawiają zdrowie u Boga. (Fot. iStock)
Prawie każda wieś w kwadracie między Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą i Siemiatyczami ma swoją uzdrowicielkę. Trudno oszacować dokładnie, ile ich jest. Twierdzą, że to nie one leczą, tylko zamawiają zdrowie u Boga. (Fot. iStock)
Jedni uważają je za uzdrowicielki w sprawach beznadziejnych. Inni za szarlatanki. Albo za praktykujące czarną magię. One same powołują się na dar boży, którym dzielą się z innymi modlitwą. Jak w XXI wieku funkcjonują podlaskie szeptuchy, które zdrowie, miłość i bogactwo zamawiają u Boga – sprawdza dziennikarka Izabela Cieplińska.

Ty masz na sobie urok, dziecko” – orzekła koścista starowinka z chustą na głowie. Wskazała krzesło w kuchni i spytała: „Z czym przychodzisz, Ania?”. Ania przyjechała z egzemą. Wysypka pojawiła się na jej dłoniach kilka lat wcześniej, podczas studiów doktoranckich. Zanim trafiła do drewnianej chatki na Podlasiu, odwiedziła wielu specjalistów medycyny akademickiej, w tym słynną dermatolożkę z Białegostoku, która była jej ostatnią deską ratunku. „Siedziałam w poczekalni pełna nadziei. Bez żadnych badań lekarka zdiagnozowała łuszczycę. Nie byłam zaskoczona, to samo mówili specjaliści, u których byłam wcześniej. Ale nie pomógł żaden z przepisanych przez nich leków ani maści i sterydy. Co więcej, pani doktor powiedziała, że nie zajmie się leczeniem skóry rąk, ponieważ łuszczyca jest chorobą przewlekłą i nie da się jej wyleczyć. A ona lubi sukcesy” – wspomina swoją wizytę Ania. Po wyjściu z gabinetu przepłakała kilka godzin. Nie mogła uwierzyć w ten brak profesjonalizmu i zwykłej empatii ani pogodzić się z tym, że nie ma dla niej ratunku.

Ale pomoc przyszła, choć z dość niespodziewanej strony. Od podlaskiej szeptuchy.

Znała moje imię

Ania nie wiedziała, czego ma się spodziewać, gdy za namową przyjaciółki pojechała z problemem do wsi Orli. „W sieni czekało kilka kobiet. Gdy otworzyły się drzwi od innego pomieszczenia, ze środka wyszły dwie kobiety. Jedna krzyczała, druga płakała. Jak się później dowiedziałam, ta płacząca miała raka. Szeptucha nie mogła jej już pomóc” – opowiada Ania i dodaje: „Wtedy wskazała na mnie. Powiedziała, że przyjechałam z daleka, więc przyjmie mnie w pierwszej kolejności”.

Szeptucha zaskoczyła ją swoją wiedzą jeszcze nieraz. „Znała moje imię, mimo że jeszcze się nie przedstawiłam. Znała imię mojej prababci, chociaż nie było popularne – Ksaweryna. Skarżyła się na dzieciaki bawiące się na zewnątrz, chociaż okna były zasłonięte, a w izbie było cicho jak makiem zasiał” – wymienia Ania. Zanim przeszła do rytuału uzdrawiającego, szeptucha powiedziała o rzuconym uroku. Wymieniła nazwiska osób odpowiedzialnych za klątwę. „Zapytała, czy ma ją zdjąć, bo to będzie miało swoją cenę. Zgodziłam się. Nie dopytałam, jaka to będzie cena. Chciałam się oczyścić. Jeszcze zanim przyjechałam do szeptuchy, słyszałam opowieści, że te wizyty zawsze coś kosztują i nie chodzi o pieniądze. Mówi się, że one coś dają i coś odbierają” – wyjaśnia Ania.

Staruszka założyła jej na głowę białą chustę, spaliła paczuszkę lnu i okadziła ciało dymem. Cały czas się modliła. Na początku wolno i głośno, później coraz szybciej i szybciej, aż przeszła w bełkot. W pewnym momencie całkowicie ucichła i zdjęła chustkę. „Powiedziała: »Nie bój się«. Odpowiedziałam, że się nie boję, na co ona zaczęła się śmiać. Ten śmiech był dość demoniczny. Gdy dotknęła mnie, poczułam, że jest bardzo gorąca” – wspomina Ania. Wychodząc, dostała zalecenie, że ma przyjechać jeszcze dwa razy, i pracę domową. Nie zdradzi jaką, to tajemnica. Poza tym każdy dostaje inną. Na przykład należy wylać wodę pod krzyżem, spalić kawałek papieru o konkretnej godzinie, odmówić różaniec, zjeść kawałek chleba, schować stearynę z roztopionej świeczki pod poduszką. Ania po wizycie czuła się bardzo zmęczona. Gdy wróciła do domu, padła na łóżko i długo spała. Wkrótce jej życie miało się zmienić…

Boży dar

Szeptuchy na Podlasiu znają wszyscy. To uzdrowicielki. Lekarki pierwszego kontaktu dla mieszkańców podlaskich wsi i ostatnia instancja w sprawach beznadziejnych dla przyjezdnych.

Prawie każda wieś w kwadracie między Bielskiem Podlaskim, Hajnówką, Czeremchą i Siemiatyczami ma swoją uzdrowicielkę, choć trudno oszacować dokładnie, ile ich jest. Znają zaklęcia ludowe i modlitwy prawosławne, którymi leczą ciała i dusze. Formuły wypowiadają zazwyczaj szeptem (stąd ich nazwa), niewyraźnie, melorecytując w języku polskim

i staro-cerkiewno-słowiańskim. Twierdzą, że to nie one leczą, a tylko zamawiają zdrowie u Boga. „Dla tożsamości szeptuch kluczowy jest wątek daru bożego. To, co robią, nie jest ich decyzją, ale darem od Boga. One pełnią swoją posługę” – tłumaczy Małgorzata Anna Charyton, etnolożka, antropolożka medyczna, popularyzatorka kultury Podlasia, która przez wiele lat badała praktyki szeptuch. Poznała większość z nich.

Ekspertka wyjaśnia, że medycyna akademicka, w antropologii nazywana biomedycyną, ponieważ opiera się na naukach przyrodniczych, jest integralną częścią kultury Zachodu wyższych warstw społecznych. Medycyna ludowa należała do niższych warstw chłopskich. Ta pierwsza przez wieki miała swoich wykształconych lekarzy. Druga lekarzy z ludu, do których właśnie należały szeptuchy.

Utrudniony dostęp do medycyny akademickiej mieli też podlascy Białorusini, rdzenni mieszkańcy tych ziem, wyznawcy prawosławia, którzy na skutek postanowień traktatu ryskiego zostali przyłączeni do Polski. „Praktyki szeptuch są ściśle związane z językiem białoruskim, dialektami i gwarami lokalnymi, z całą symboliką chrześcijańską w odmianie wschodniej. Podlaskie szeptuchy stanowią pewną lokalną odmianę szerszego zjawiska występującego na Białorusi, Ukrainie i Rosji. Prawosławni uzdrowiciele wywodzili się z Rusinów, później ulegli dywersyfikacji. Tutaj została ta bardziej konserwatywna część szeptuch, która praktykuje to samo, co przed wojną. Ich wiedza opiera się tylko na przekazie ustnym. Różnią się nazwą od tych ze Wschodu, u nas nazywają się szeptuchami, na Białorusi i Ukrainie – szeptunami. Ale to są ludzie stąd, nawet mówią o sobie: »tutejsi«” – dodaje Małgorzata Charyton. Szeptuchy niezależnie od miejsca zamieszkania łączy ten sam mianownik: pośrednictwo między człowiekiem a siłą wyższą, boski dar, cenny prezent, którym trzeba dzielić się z innymi. Jak pomagają? Twierdzą, że wystarczy wierzyć w uzdrowienie.

Róża, wiatr, kołtun

„W życiu nie ma przypadków, ale czy wyzdrowienie córki jest zasługą szeptuchy, tego nie wiem. Wiem za to, że faktycznie problem zniknął” – mówi Małgosia, dziennikarka z Warszawy. Jej córka chorowała na zapalenie ucha. Pierwszy raz obudziła się z bolącym uchem tuż przed czwartymi urodzinami, dwa miesiące po pójściu do przedszkola. Standard. Tylko że ten pierwszy raz rozpoczął cały maraton chorobowy. W ciągu dwóch miesięcy zachorowała trzykrotnie. Laryngolog dał skierowanie do szpitala na operację założenia sączków z możliwym usunięciem trzeciego migdała, ponieważ konsekwencją chorób był niedosłuch. Terminy zabiegu były odległe. Przyszło lato, problem ustał. Jesienią wrócił ze zdwojoną siłą. „Nie chciałam tej operacji, ponieważ nie zawsze przynosi rezultaty, ale czułam się bezradna” – wyznaje Małgosia. O szeptusze usłyszała od znajomej znajomych. „Możliwe, że nie zdecydowałabym się, gdyby nie fakt, że można to było zrobić zdalnie. Wyglądało to tak, że po umówieniu się telefonicznym miałam przesłać na podany adres koszulkę córki, a dokładnie nową koszulkę kupioną specjalnie na tę okazję, w której przespała noc. Do koperty dorzuciłam zdjęcie córki i 20 złotych. Słyszałam, że daje się co łaska” – relacjonuje. Wkrótce potem Małgosia zapomniała o sprawie. Głównie dlatego, że córka przestała chorować. „Miewała katar, ale już nigdy nie zakończył się zapaleniem ucha. O szeptusze przypomniała mi przyjaciółka, która po prostu o nią kiedyś zapytała. Nie wiem do końca, czy to jej zasługa, czy córka wyrosła z tej choroby. Ale cieszę się, że wyzdrowiała i obeszło się bez operacji” – dodaje.

„Mama mówiła, że bałam się wody, co było dość powszechnym powodem zabierania dzieci do szeptuch” – wspomina Ewelina Sadanowicz, etnolożka, doktorantka w Instytucie Socjologii i Kognitywistyki Uniwersytetu w Białymstoku, która zajmuje się naukowo szeptuchami. „Pamiętam, że kobieta wodziła czymś nad moją głową, a później dała mi herbatniki, które miałam jeść przez kilka dni po wizycie” – opowiada. Przyznaje, że chociaż rytuały wciąż są takie same, to przyczyny, z którymi przyjeżdża się do szeptuch, są różne. „Począwszy od bardzo poważnych chorób jak nowotwory, przez problemy skórne i inne choroby, na które lekarze medycyny klasycznej machnęli ręką, po kłopoty miłosne albo finansowe. W kwestiach zdrowotnych szeptuchy zachowały ogólną ludową klasyfikację chorób, którą można było spotkać na całej Słowiańszczyźnie na początku XX wieku” – wyjaśnia etnolożka. Cały świat bolączek dzielą na pięć problemów. „Pierwszy to róża, czyli najróżniejsze zmiany i choroby dermatologiczne. Drugi to wiatr, czyli przewianie powodujące bóle szyi, korzonków, przeziębienia. Są jeszcze przestrach i urok, będące przyczynami chorobowymi, a nie samą jednostką chorobową, i ostatni, najpoważniejszy, nerw-kołtun. Wierzenia ludowe mówią, że każdy człowiek ma w sobie wrażliwą istotę, która – podrażniona – zaczyna wędrować po ciele i powodować różne dolegliwości, np. guzy, paraliże, a nawet nowotwory. Jest odpowiednikiem współczesnego stresu” – mówi Ewelina Sadanowicz.

Medycyna akademicka to integralna część wyższych warstw społecznych. Medycyna ludowa należała do niższych warstw chłopskich. I miała swoich lekarzy, do których zaliczały się szeptuchy. (Fot. iStock)Medycyna akademicka to integralna część wyższych warstw społecznych. Medycyna ludowa należała do niższych warstw chłopskich. I miała swoich lekarzy, do których zaliczały się szeptuchy. (Fot. iStock)

Rogaty za piecem

„Słyszałam o przypadkach, że osoba, która rzuciła na kogoś urok, po zdjęciu go przez szeptuchę, umarła. Wśród szeptuch istnieje bardzo duża wiara w ciąg przyczynowo-skutkowy, który można nazwać karmą” – dodaje etnolożka.

Szeptuchy często posądzane są o czerpanie siły od diabła. Na forach internetowych można przeczytać, że babcia ma „rogatego za piecem”. Szeptuchy wierzą, że tego nie robią, natomiast zdanie mieszkańców Podlasia jest podzielone. „Większość szanuje je i wierzy w to, co czynią, ale są takie osoby, zwłaszcza ortodoksyjnie wierzące, które uważają, że szeptuchy są zagrożeniem, ponieważ nie wiadomo, od kogo czerpią swoją moc. Kiedy zapyta się duchownych katolickich czy prawosławnych, zawsze mówią, że trzeba uważać. Oficjalnie Kościół katolicki i Cerkiew prawosławna zakazują praktykowania i korzystania” – podsumowuje Małgorzata Charyton. Tyle w teorii, w praktyce bardzo wiele osób korzysta z ich pomocy, nie przyglądając się źródłom pochodzenia uzdrowicielskich mocy.

Pomogą czy zaszkodzą?

To ciężka praca i niemalże dożywotnia posługa, bo szeptucha nie może zrezygnować ze swojej praktyki, zabrałaby bowiem ludziom coś ważnego. Nigdy nie odmawia. Przyjmuje codziennie, z wyjątkiem świąt prawosławnych i niedziel. Pracuje po osiem godzin dziennie, a trzeba pamiętać, że szeptuchy mają swoje lata. Do tego nie dostaje za swoją pracę wynagrodzenia.

Małgorzata Charyton podkreśla, że szeptucha nie ma cennika, kasy fiskalnej, nie żąda zapłaty i nie weźmie pieniędzy do ręki. Ale – jak mówi ekspertka – ludzie mają taką potrzebę, żeby zapłacić choćby 5 zł na świeczkę, którą później zapali w cerkwi w intencji chorego. Często ludzie, którzy przyjechali z daleka i wydali mnóstwo pieniędzy na inne badania i konsultacje, chcą zapłacić więcej, tak jak za normalną wizytę. Wtedy mogą usłyszeć, że połowa tego wystarczy za całą rodzinę.

Kiedyś gratyfikacją dla szeptuch był kapitał społeczny. Cieszyły się szacunkiem i uznaniem. Nawet współcześnie wielu lekarzy medycyny akademickiej patrzy na nie przychylnym okiem. Antropolożka przyznaje, że zna lekarzy, którzy zetknęli się z szeptuchami i polecają je, ponieważ wiedzą, że zachodnia medycyna ma swoje ograniczenia.

Doktor nauk medycznych, specjalista ginekolog-położnik Tadeusz Oleszczuk, który słynie z holistycznego podejścia do pacjenta, potwierdza, że jeśli medycyna akademicka nie przynosi oczekiwanych efektów, trudno się dziwić, że osoby szukają takich porad. „Sam pamiętam, że kiedy miałem kilka lat, moja babcia odprawiała nade mną jakieś czary. Coś szeptała, robiła jakieś znaki nad głową i delikatnie spluwała obok każdego ucha” – opowiada lekarz. Przyznaje, że medycyna ludowa stara się patrzeć na choroby i człowieka całościowo – na to, co on je, jak żyje, w jakim środowisku przebywa. Odwołuje się do naturalnych środków wzmacniających odporność, poprawiających pracę jelit. Ale też przestrzega: „Najgorzej jest, kiedy leczenie nowotworu rozpoczyna się od medycyny ludowej. Tracimy cenny czas i zmniejsza się szansa na skuteczne leczenie nowoczesną medycyną akademicką. Sukcesy leczenia onkologicznego zależą od zaawansowania nowotworu w chwili rozpoczęcia leczenia. To jest bardzo ważne i nie można marnować czasu. Trzeba wykonać określone badania, aby potwierdzić lub wykluczyć nowotwór. Badania przede wszystkim”.

Siła kobiet

Chociaż zapotrzebowanie na pomoc przedstawicieli medycyny ludowej jest większe, to szeptuch jest coraz mniej. Jak twierdzi Małgorzata Charyton, wykańcza je kapitalizm, chrystianizacja i propaganda. Dziś szacunek nie wystarcza, starsze kobiety nie znajdują swoich następczyń. „Przekazy ludowe mówią, że szeptucha musi przekazać swój dar. Jeśli tego nie zrobi, będzie miała problemy z odejściem z tego świata. Ale podlaskie wsie z roku na rok pustoszeją, więc tego daru nie ma fizycznie komu przekazać” – wyjaśnia Ewelina Sadanowicz. Być może tradycję uchroni marketing szeptany, bo przypadków uzdrowień jest bardzo wiele.

Ania wspomina, że po trzeciej wizycie czuła się inaczej. Oczyszczona. Jej ręce wyglądały dużo lepiej. Zrobiła tak, jak zasugerowała szeptucha. „Wykonałam wiele testów alergicznych i okazało się, że pewne produkty muszę wyeliminować z diety, bo mi szkodzą. Ale nawet jeśli się złamię i zjem coś, czego nie powinnam, skóra na rękach nigdy nie wraca do stanu sprzed wizyty u szeptuchy. Teraz też rozumiem jej zalecenie z pierwszego spotkania, gdy powiedziała: »Nie rób tego, czego ci nie wolno«” – opowiada. Przyznaje jednak, że drugi raz by już nie poszła. „To jest bardzo silne przeżycie. Mistyczne. Całe Podlasie jest mistyczne, ale wizyta u szeptuchy to mistyka razy sto” – mówi Ania. Małgorzata Charyton zwraca uwagę, że na fali ruchów feministycznych dochodzimy do wniosków, że kobiety nie są słabą płcią, że mają moc. „A szeptuchy mają moc w odmianie pogańskiej” – puentuje.