1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu? O wychodzeniu z porozwodowej traumy

Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu? O wychodzeniu z porozwodowej traumy

Rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. (Fot. iStock)
Rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. (Fot. iStock)
Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu z wieloletnim partnerem i jak odbudować świat? Psycholog pozytywny Jolanta Burke opowiada o swoim wychodzeniu z porozwodowej traumy.

Jak podnieść się po bolesnym rozstaniu z wieloletnim partnerem i jak odbudować świat? Jolanta Burke, psycholog, opowiada o swoim wychodzeniu z porozwodowej traumy.

Artykuł archiwalny

Roztrzęsiona siedziałam w fotelu, zastanawiając się, czy to dzieje się naprawdę. „Czemu to zrobiłeś? – szeptałam – Czemu mnie tak skrzywdziłeś?”. Ale jedyne słowa, jakie był w stanie wypowiedzieć to: „Nie wiem, naprawdę nie wiem… Tak mi przykro”. Wiedziałam, że to koniec, oboje wiedzieliśmy, że przekroczył granicę i nie ma już powrotu. Nadszedł czas rozstania, życia bez niego. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Po wielu latach małżeństwa był dla mnie nie tylko partnerem, ale również przyjacielem, najbliższym człowiekiem, który… zdradził mnie z inną kobietą. Czułam, że jestem w stanie mu wybaczyć, ale bałam się, że pamięć o tym zdarzeniu będzie mnie dręczyć przez lata, niszcząc resztki zaufania. Rozwód był jedyną opcją.

Wyjście z dołka

Kolejne miesiące stały się udręką. Nigdy wcześniej nie byłam w takim dołku. Jako psycholog wiedziałam, że rozwód jest uznawany za jeden z najtrudniejszych okresów w życiu. Emocje, jakie wywołuje, porównywane są z tymi, jakie towarzyszą śmierci bliskiej osoby czy też diagnozie poważnej choroby. Czytałam o badaniach, według których satysfakcja z życia w przypadku rozwódek i wdów spada o 10 proc. i nigdy nie powraca do normy. A może jednak powraca? Tradycyjna literatura psychologiczna rzadko pisze o rozwoju po traumie. A przecież dla niektórych ludzi sytuacje stresujące, jak w moim przypadku, są platformą do rozwoju.

Według psycholog pozytywnej dr Barbary Fredrickson, by dobrze się czuć, powinniśmy dążyć do odczuwania trzech pozytywnych emocji na jedną negatywną. W długoterminowych badaniach psychologicznych odkryto, że 10 lat po rozwodzie 40 proc. rozwódek potwierdziło, iż czuje się lepiej niż przed rozwodem. Z innych badań wynika, że rozwódki doświadczyły większego rozwoju w życiu niż kobiety, które nie przechodziły przez rozpad małżeństwa. Po przeanalizowaniu tych badań pomyślałam, że jest dla mnie jeszcze jakaś szansa, tylko muszę ją odnaleźć.

Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam przy kominku otulona ciepłym kocem, płacząc nad kubkiem gorącego kakao, zdałam sobie sprawę, że jestem już zmęczona swoim smutkiem. Mam dosyć płaczu, bycia przygnębioną i wspominania wszystkiego od nowa. Przyszedł czas, żebym zmieniła swoje podejście do życia, żebym powróciła do dawnej siebie.

Mój nowy projekt nazwałam „Programem na zdrowie”. Miałam dwie możliwości, by wyjść z dołka: mogłam skorzystać z pomocy psychoterapeuty albo samodzielnie uporać się ze swoimi problemami. Ponieważ miałam dość ograniczony budżet finansowy – mieszkałam za granicą, z dala od rodziny i musiałam oszczędzać – zdecydowałam się na drugą opcję i rozpoczęłam poszukiwania. Zaczęłam czytać artykuły i książki na temat tego, co jest naprawdę istotne w życiu. I tak odkryłam psychologię pozytywną.

 
To nauka o dobrostanie emocjonalnym, o tym, jak go osiągnąć i polepszać. Tradycyjna psychologia skupia się bardziej na tym, czego nam w życiu brakuje. A także na terapii, która ma nas wyleczyć z kompleksów, ograniczeń, zahamowań. Natomiast psychologia pozytywna koncentruje się na zdrowiu i „kwitnieniu psychologicznym”, bada wszystko, co w życiu dobre, i radzi, jak możemy to jeszcze bardziej ulepszyć. Ale najbardziej interesujące, że dla ludzi w stresie i stanie depresji jej działanie jest dłużej skuteczne niż tradycyjnej terapii. To odpowiadało mi bardziej niż banalne poradniki, pełne „złotych rad”, co powinno się robić w sytuacji kryzysowej. Postanowiłam zacząć mój „Program na zdrowie” od prostych interwencji.

Interwencja pierwsza – przyjaciele

Tuż po rozstaniu pragnęłam samotności. Odrzucałam wszystkie zaproszenia na kolacje, spotkania, weekendowe wypady. Chciałam „popływać w moich łzach i smutku”. Niestety, to, co robiłam, specjaliści psychologii pozytywnej uznają za wielki błąd. Przyjaźń nie tylko poprawia samopoczucie, ale również zmniejsza ryzyko chorób i przedłuża życie. Wtedy, kiedy najbardziej potrzebowałam ludzi, izolowałam się od nich, a to nie wyszło mi na dobre. Dlatego też, nie zwlekając, pewnego wieczora rozesłałam wiadomości do znajomych, których wcześniej unikałam, i umówiłam się z nimi na kawę.

Nasze spotkanie było bardzo udane. Ale ponieważ nie widzieliśmy się od dłuższego czasu, znajomi oczekiwali, że zobaczymy się znowu za kilka tygodni. A przecież, żeby nawiązać bliski kontakt z kimkolwiek, ważne są regularne i częstsze spotkania. Zamiast więc czekać na zaproszenie – jak normy społeczne nakazują – wyrzuciłam moje ego do kosza i dwa dni później zadzwoniłam do przyjaciół, żeby znów umówić się z nimi na kolację.

Upłynęło kilka tygodni… Pewnego wieczora, sącząc włoskie wino podczas miłej pogawędki ze znajomymi na tarasie naszej ulubionej restauracji, zdałam sobie sprawę, że od dawna nie czułam smutku! Moje życie zaczęło się zmieniać... Kilka szczerych rozmów, kilkoro bliskich mi ludzi i... poczułam się bardziej szczęśliwa. Mój „Program na zdrowie” zaczął działać!

Interwencja druga – pozytywne emocje

Według psycholog pozytywnej dr Barbary Fredrickson, żeby dobrze się czuć, powinniśmy dążyć do odczuwania trzech pozytywnych emocji na jedną negatywną. Kiedy nadejdzie zły dzień, zamiast siedzieć i słuchać przygnębiającej albo agresywnej muzyki, dużo lepiej poczytać dobrą książkę, porozmawiać z przyjaciółką czy zrobić coś, co naprawdę sprawi ci przyjemność, a czego z różnych względów na co dzień sobie odmawiasz. Dla mnie tą przyjemnością okazało się malowanie.

Nie jestem artystką i, prawdę mówiąc, bardzo brzydko maluję, ale to nieważne. Malując zapominam o całym świecie. Pół godziny przy sztalugach relaksuje mnie tak, jak innych cały dzień spędzony w spa. W tamtym okresie starałam się znaleźć wiele sposobów, by wzbudzić w sobie jeszcze więcej pozytywnych uczuć. Chodziłam do galerii, pisałam wiersze, kupowałam ulubione wino, mimo że było drogie, i sączyłam je przez cały tydzień.

Żeby polepszyć sobie nastrój, raz w tygodniu, w niedzielę, pisałam listę wszystkich rzeczy, za które byłam życiu wdzięczna. Na początku szło mi to ciężko, bo jedyne, co przychodziło do mojej głowy, to: „Nie jestem za nic wdzięczna! Nie mam męża, żyję daleko od domu, jestem smutna!”. Ale za każdym razem, gdy tak pomyślałam, szybko starałam zmusić się do znalezienia jakichkolwiek pozytywnych stron mojego położenia, np.: „Jestem wdzięczna za dach nad głową, jestem wdzięczna za tego miłego kierowcę, który zatrzymał dla mnie autobus, jestem wdzięczna, że mam pracę…”. Psychologowie pozytywni twierdzą, że wystarczy napisać trzy istotne rzeczy, ważne, by wykonywać to ćwiczenie regularnie przez wiele tygodni – wtedy poprawa samopoczucia i dobrostan psychiczny będą długotrwałe.

Interwencja trzecia – pisanie

Badania amerykańskiego psychologa dr. Jamesa W. Pennebakera wskazują, że pisanie przez minimum 20 minut dziennie w ciągu kolejnych czterech dni znacząco poprawia odporność na choroby, polepsza samopoczucie, a efekt prowadzenia pamiętnika, w którym zapisuje się własne przeżycia, odczucia i przemyślenia, porównywany jest do działania krótkoterminowej psychoterapii.

Ja wybrałam formę pisania polecaną przez dr Sonję Lyubomirsky, zdaniem której należy skupić się na opisywaniu swojego życia w przyszłości, kiedy smutek odejdzie, a w sercu zagości radość i spokój. Codziennie więc siadałam i spisywałam moje rozważania i marzenia. Wyobrażanie sobie mojego życia w momencie, gdy wszystko się ułoży, wprowadzało mnie w tak wspaniały nastrój, że czułam się pełna energii do końca dnia. Nawet kilka miesięcy później dodawało mi to odwagi i zapału do życia.

Interwencja czwarta – sposób myślenia

Mimo że spotkania z przyjaciółmi, pisanie pamiętnika i inne zajęcia poprawiły mi samopoczucie, to nadal zdarzało mi się miewać negatywne myśli. I denerwowałam się, gdy ktoś mi czasem mówił: „myśl pozytywnie, wszystko będzie dobrze”. Przecież wiem, że poczuję się lepiej, jeśli będę nastawiona optymistycznie, tylko nie wiem, jak to zrobić!

Z pomocą przyszedł ojciec psychologii pozytywnej – dr Martin Seligman. Zamiast mówić: „myśl pozytywnie”, radzi: „zmień sposób myślenia, postrzegaj negatywne, nieprzyjemne zdarzenia jako tymczasowy okres w życiu, który każdy przeżywa, ale który szybko minie”.

Postanowiłam zastosować jego sugestie w praktyce. Powtarzałam sobie: „Moja sytuacja jest tymczasowa, za kilka dni, tygodni odnajdę dawną radość i spokój!”, ale inny głos podstępnie szeptał: „A jeśli ta sytuacja nie jest tymczasowa... Może zawsze będziesz samotna i nieszczęśliwa?”. Nie poddawałam się: „Ależ nie, miałam przecież męża, znajdę kogoś... może kogoś bardziej wartościowego, ciekawszego, bardziej przystojnego... Mój smutek jest tymczasowy, a brak partnera nie może przesłonić mi radości życia!”. „A co jeśli nie znajdziesz nikogo?” – dręczył mnie ten upiorny głos! Odpowiadałam mu uparcie: „Znajdę, znajdę! Skoro byłam kiedyś szczęśliwa, będę też szczęśliwa w przyszłości”.

I tak przez kilka tygodni walczyłam z własnymi skrajnymi myślami, dopóki nie nauczyłam się zatykać uszu na te negatywne, nie słyszeć tego upiornego głosu. Im dłużej i wytrwalej ćwiczyłam nowy sposób myślenia, tym łatwiej mi to przychodziło.

Kolejny klucz do optymizmu, według doktora Seligmana, to ograniczanie stresu i smutku. Optymiści widzą nieszczęście jako kroplę w morzu szczęścia. Zaczęłam więc sama sobie tłumaczyć: „No dobrze, rozpadł się mój związek, ale przecież praca daje mi ogromną satysfakcję, mam przyjaciół i mieszkam w spokojnym, pięknym kraju”. Im bardziej zdawałam sobie sprawę z dobra wokół mnie, tym czułam się i mniej samotna, i mniej smutna.

Daję radę

Minęło już osiem lat od rozstania z mężem. W tym czasie przeżyłam śmierć taty, rozpadło się kilka moich kolejnych związków, spotkało mnie wiele różnych perypetii życiowych, ale zyskałam pewność, że cokolwiek się stanie, mam worek pełen narzędzi do naprawy sytuacji. Wiem, że zawsze sobie poradzę!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Kuchnia

Madina Mazaliewa – wojowniczka gotuje

Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Przeżyła dwie wojny czeczeńskie i jedną domową. Tę ostatnią wygrała. ocaliła rodzinę. W Polsce znalazła dom i przyjaciół. A także zawód, który jest jednocześnie jej pasją. Gotuje czeczeńskie potrawy w tradycyjnej i nowoczesnej odsłonie, gra w teatrze. Jest wspaniałą matką i silną kobietą. Poznajcie Madinę Mazaliewą i jej kuchnię.

Madina robi bułeczki. – To bułeczki wegetariańskie. Ciasto składa się z mąki i wody z dodatkiem kefiru i odrobiny sody oczyszczonej. Mają nadzienie z duszonej kapusty, duszonej krótko, musi być al dente. Rzucam te placuszki na gorący olej, dosłownie na chwilkę. Przygotowuje się je tuż przed podaniem na stół. Trzeba je jeść od razu po zdjęciu z patelni, złociste i chrupiące – opowiada.

Kamil, reżyser filmu o Madinie (o tym za chwilę), który dokumentuje całe to gotowanie, próbuje bułeczkę. – Wspaniała – recenzuje.

Co Madina przyrządza na co dzień? – Czeczeńskie potrawy. Dzieci lubią je najbardziej – uśmiecha się. – Na przykład żiżik gałnysz: malutkie kluseczki, gałuszki, a do tego mięso. Może być jagnięcina, wołowina, kurczak. Bulion wlewa się do miseczki, dodaje czosnek, w tym macza się gałuszki i je z mięsem. Albo płow. Wschodnia potrawa, trochę jak pilaw, taki robił jej tata Ałhazur. Bo Madina ma własne przepisy. Rodzinne. Barszcz wegański robi według receptury Mamy Zabu. I choć to już siedem lat, jak mama nie żyje, Madina zawsze, kiedy stawia na stół barszcz, czuje jej obecność.

Co prawda zawsze ma wrażenie, że takiego barszczu jak ona jednak zrobić nie potrafi... Według jej przepisu Madina piecze też tort miodowy. Właśnie skończyła. Wygląda wspaniale. Madina, krojąc go, śpiewa modlitwę – w imię Allaha miłościwego i miłosiernego.

Kolejnym daniem będą manty. Pierożki z grzybowym nadzieniem i cieniutkim ciastem. Gotowane są na parze, w naczyniu zwanym mantowarką. Przyjechało w ślad za Madiną z Czeczenii. Z Czeczenii, z której uciekła, by ratować dzieci. Oprócz dwóch wojen czeczeńskich miała 12 lat wojny domowej.

Wojna Madiny

Pierwsza była, kiedy Madina miała pójść do piątej klasy. Nie poszła. Jej ojciec stwierdził, że woli mieć córkę niewykształconą, ale żywą. Rosyjscy żołnierze wkładali do zabawek materiały wybuchowe. Dziecko brało misia – a ten wybuchał mu w rękach. Ale była też wojna w domu. Mąż Madiny, sadysta i nałogowiec, pił, ćpał. Zabierał Madinie dzieci, nie po to, żeby z nimi być, ale żeby ich matce dokuczyć. Wyjechał kiedyś do Saratowa i zamknął pięcioletniego Edelbieka samego w domu. Madinę zaalarmowali sąsiedzi, przyjechała ze swoim ojcem. Chłopiec był przerażony. I tak wygłodzony, że pochłonął całą kurę.

Prawem Kaukazu jest, że dzieci należą do ojca i jego rodziny. On decyduje o wszystkim. O życiu i śmierci. Madina nie wiedziała, co robić. Postanowiła spróbować podstępu. Ubłagała męża, żeby wyjechali razem. Może w Europie znajdzie siłę na pozbycie się nałogów? Może jest jeszcze dla nich szansa?

Marina Hulia, działaczka społeczna, poznała Madinę na dworcu w Brześciu. Tam koczowała rodzina Mazaliewych, czekając na zgodę na wjazd do Polski. Spali na twardych dworcowych ławkach. Czasem rodzice kilka dni nie jedli, żeby starczyło dla dzieci. Ale byli razem. I, paradoksalnie, Madina wspomina ten czas dobrze. Bo byli wtedy rodziną. On nie ćpał. A dzieci chodziły do cudownej szkoły stworzonej przez Marinę na dworcu w Brześciu. Za 16. próbą udało im się wjechać do Polski. Zamieszkali w ośrodku w Dębaku. Ale wtedy było już tylko gorzej i gorzej. Mąż Madiny znalazł sobie koleżków do picia i ćpania. Wyprowadzili się z rodziną z ośrodka, trwała procedura starania się o status uchodźcy, przysługiwał im ekwiwalent – 2100 złotych na pięć osób. Opłacali tym mieszkanie. – Pojechaliśmy z Mariną na Dni Radości do Krakowa – opowiada Madina. – Cudowna wycieczka w rozśpiewanym autobusie, odwiedziliśmy park dinozaurów, Energylandię, wracaliśmy szczęśliwi. I okazało się, że pieniądze nie przyszły. Wybrałam się do urzędu sprawdzić, co się stało. Podczas naszej nieobecności mąż odebrał całą sumę i ją przepił. Zostaliśmy bez grosza. Z nieopłaconym mieszkaniem.

Stało się wtedy jasne, że Madina ma siłę, której sama u siebie nie podejrzewała. Wezwała policję, opowiedziała, co się stało. Policjantka szepnęła jej, że niewiele mogą zrobić, ale wyprowadzą go i nastraszą. – Rozumiem panią, ja też jestem matką… Męża Madiny w końcu deportowano, a rodzina dostała ochronę ze względów humanitarnych.

Międzynarodowy parter

Przyszedł jeszcze jeden trudny moment. Właścicielka mieszkania, które Madina wynajmowała w Brwinowie, postanowiła je sprzedać. Wtedy Kasia i Maciek Stuhrowie zrobili rodzinną naradę. Stwierdzili, że ich dom jest na tyle duży, że znajdzie się w nim miejsce dla Madiny i dzieci. Maciek śmieje się, że górę mają polską, dół czeczeński, a parter międzynarodowy. Mieszkają razem już osiem miesięcy. Na parterze spotykają się też dwie różne kuchnie. Maciek uwielbia Madiny pierogi z ziemniakami, wszyscy zajadają się też jej tortem miodowym.

Znali się już od jakiegoś czasu. Też dzięki Marinie Hulii. Na organizowaną przez nią wigilię dla osób, które pomagają uchodźcom, przyszła Kasia Błażejewska-Stuhr. Długo rozmawiały, Kasia chciała włączyć się w akcję „Weekendowe dziecko”. Polskie rodziny brały na weekend czeczeńskie dzieci. I tak Edelbiek trafił do domu Kasi i Maćka. Zaczął bywać tam częściej, a kiedy cała jego rodzina potrzebowała wsparcia, właśnie u Stuhrów je znalazła.

Madina rozwinęła tu swój talent kulinarny. Gotuje, współpracuje z kooperatywą grochowską, zamówienia płyną rzeką. Została też bohaterką książki Mariny Hulii i Moniki Głuskiej-Durenkamp „Dzieci z dworca Brześć”. I spektaklu teatralnego „Popytka” w reżyserii Weroniki Fibich. Grały tam cztery kobiety: Madina, Heda, Milana i Marina. Przedstawienie pokazywane było między innymi na festiwalu Malta w Poznaniu. Akurat zadzwoniła do Madiny jej ciotka z Czeczenii. – Co porabiasz? – zapytała. – Pracuję. – A gdzie? Madina na to: – W teatrze. – Jako sprzątaczka? – pyta ciotka. – Nie, jako aktorka!

Madina napisała też na konkurs piękną bajkę. O czeczeńskiej dziewczynce, której mama była biedna i nie miała ładnej sukienki. Dziewczynka poszła do dziadka w góry. Dziadek obiecał jej, że jeśli pomoże mu zbierać miód, będzie mogła go sprzedać i kupić mamie sukienkę. Dziewczynka zrobiła to, choć bardzo bała się pszczół. A na targu pan, który usłyszał całą historię, kupił od razu cały miód. Bajka trochę o Mamie Zabu, trochę o samej Madinie, trochę o Czeczenii, gdzie szczyty zaśnieżonych gór sięgają nieba.

Przygotowywany jest film o Madinie – „Wszyscy wszystko zjedli” w reżyserii Kamila Witkowskiego („Zwierciadło” i „Sens” są patronami medialnymi tego dokumentu). Niedługo ukaże się książka „Kuchnia Madiny”. Będą tam nie tylko przepisy kulinarne, lecz także historia życia tej silnej kobiety, wspaniałej matki, znakomitej kucharki. Która gra w teatrze, gotuje, układa bajki, a przede wszystkim ma duszę wojowniczki.

  1. Psychologia

Przystanek numer 2. Z jakim bagażem wchodzimy w kolejną relację?

Trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy. (Fot. iStock)
Trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy. (Fot. iStock)
Było, minęło, walizki spakowane, tym razem się uda! Z jakim bagażem wchodzimy w kolejną relację, co wyrzucić, a co zabrać ze sobą – radzą psychologowie Joanna Dulińska i Michał Duda.

Nowy związek – wszystko nowe?
Joanna Dulińska:
Nie zawsze. Często tak bardzo jesteśmy przywiązani do naszej wizji idealnego związku, że nie tylko rozstajemy się z kimś, kto do niej nie pasuje, ale też wchodzimy z nią w kolejną relację, już z kimś innym. Gdy nasze oczekiwania i niezaspokojone potrzeby pozostają te same, na następnego partnera wybieramy zwykle kogoś podobnego do poprzedniego.

Dlaczego tak się dzieje?
Michał Duda: Bo nadal jesteśmy tacy sami. Podam przykład: kobieta uważa, że jej wymarzony partner powinien być samodzielny. Gdy poznaje kogoś, kto jej się podoba, zaczyna na niego wpływać, by stał się dokładnie taki, jak ona chce. Tym samym, paradoksalnie, on przestaje być samodzielny, a ona wymienia go na kogoś bardziej niezależnego. Nie jest jednak w prawdziwej relacji z żadnym z tych mężczyzn, tylko próbuje dostosować ich do swojego wyobrażenia, żeby sama nie musiała się zmieniać.
J.D.: Zapominamy, że to, jakich mamy partnerów, mówi wiele o nas samych. Załóżmy, że każdy kolejny facet na mnie krzyczy. To znaczy, że potrzebuję nauczyć się stawiania granic, ale nie przez ucieczkę, tylko konfrontację. Kolejne związki pokazują, co musimy w sobie zmienić. Warto porzucić myślenie, że to od innych, a nie od nas, zależy jakość relacji. Jeżeli podejmę próbę stworzenia nowej siebie, a mój związek pozostanie taki sam, będzie mi łatwiej odejść.
M.D.: Kolejne związki mogą być do siebie podobne, bo zamiast z partnerem, jesteśmy w relacji z… rodzicem. Zdarza się, że kobiety szukają w mężczyźnie ojca. Pragną uwagi, której nigdy od niego nie dostały. Prędzej odnajdą ją relacji z jakimś nauczycielem, mentorem, ale nie w związku. Kiedy mężczyźni potrzebują, żeby się o nich troszczyć, dbać, często wynieśli to z domu albo właśnie tego im tam brakowało.

A gdy wiążemy się z kimś, kto jest odwrotnością byłego partnera?
M.D.: To wpadamy w pułapkę. Odwrotność starego to cały czas stare.

Ale przecież tamten siedział w domu, a ten zabiera mnie w ciekawe miejsca...
J.D.: Zazwyczaj sednem sprawy jest nasz wewnętrzny konflikt. Przypuśćmy, że jakaś kobieta rozstaje się z zasiedziałym domatorem, ponieważ ma ochotę zwiedzać świat. Spotyka kogoś, kto też lubi podróżować, i co się dzieje? Po trzech miesiącach jest niezadowolona, bo chciałaby więcej bywać w domu. To może oznaczać, że w sferze jej potrzeb zaistniał konflikt pomiędzy stabilnością, posiadaniem rodziny a wolnością, niezależnością. Zmieniając partnerów, próbuje rozwiązać go z pomocą innych ludzi, zamiast zajrzeć w siebie.
M.D.: Na początku związku z podróżnikiem nasza bohaterka może przez chwilę czuć dużą ulgę. Ale przecież był też jakiś powód, dla którego wybrała człowieka, który lubi siedzieć w domu.

Na przykład?
M.D.: Może to był idealny kandydat na męża, ktoś, z kim mogła założyć rodzinę, a do satysfakcjonującej relacji brakowało jej tylko częstszych podróży? Nie chodziło o to, żeby wywracać życie do góry nogami, tylko wprowadzić do niego więcej dynamiki. Niezależnie od tego, kto chce siedzieć w domu, a kto jeździć po świecie – bajka jest ta sama, zmieniają się tylko role.
J.D.: Chyba, że to siedzenie w domu było dla niej czymś nowym. Nasyciła się tym i zaczęła chcieć już czegoś innego. Wówczas będzie nadal myślała o kimś, kto będzie cenić domowe zacisze, ale też zaspokoi jej potrzebę kolejnego „nowego”. Jeśli nie ma wewnętrznego konfliktu, będzie szukać możliwości integracji obu tych jakości.

Jeśli więc rozwiąże swój wewnętrzny konflikt, jest szansa, że znajdzie kogoś, kto będzie zarówno domatorem, jak i podróżnikiem?
J.D.: Będzie jeszcze inaczej. Jeśli dojdzie do porozumienia sama ze sobą, w jej życiu może pojawić się ktoś, kto wniesie do niego zupełnie nową jakość. Stanie się tak pod jednym wszelako warunkiem, że będzie mieć w sobie zgodę na ciągły rozwój i przestanie dążyć do tego, by wszystko było dokładnie takie, jak ona chce.

Drugi związek wyznacza jednak jakiś nowy etap w życiu?
M.D.: Czasami związek się kończy, bo w tym układzie już nic się nie wydarzy i kolejny jest trochę przypadkowy, z kimś, kto przypuszczalnie nie wzbudziłby wcześniej mojego zainteresowania. Jednak może się okazać, że ta relacja nieoczekiwanie mnie „zaśsie”, chociaż nie pasuje do moich wcześniejszych wyobrażeń na temat związków ani nie jest ich odwrotnością. W takich właśnie przypadkach pojawia się nowa wizja, która w żaden sposób nie jest kontynuacją starej.
J.D.: Jest tylko jeden warunek: trzeba być otwartym. Umieć zaryzykować wejść w coś nowego, w coś, czego nie znam, czego się nie spodziewam. Nie należy przegapić tej szansy.
M.D.: Drugi związek wynika czasami właśnie z tego, że ktoś wchodzi w nową fazę życia. Dzieje się tak, kiedy dotychczasowa relacja nie zmienia się razem z naszym rozwojem, a pojawia się ktoś, z kimś możemy wejść w nowy etap.

Ale chyba nie w każdej fazie życia potrzebujemy nowego partnera?
J.D.: To, co nas fascynuje w drugiej osobie, powinniśmy odnaleźć też w sobie. Jeśli podążą za tym obie strony, stworzą pewną całość, wtedy pojawi się „my”. Kiedy wspólnie przekraczamy własne ograniczenia, wchodzimy w kolejne etapy: podróże, budowę domu, zakładanie firmy, wychowywanie dzieci – stawiamy czoła nowym wyzwaniom i w ten sposób cementujemy nasz związek. Jak się zatrzymamy na tym, co już znamy, pojawią się w naszym życiu osoby z zewnątrz, które będą z nami flirtować tym „nowym”, na które mamy akurat zapotrzebowanie. I wtedy przed nami dwie drogi: możemy otrzymać to w starym związku albo pójść za flirtem.

A stąd prosta droga do romansu…
M.D.: Nowy związek często przychodzi wtedy, kiedy w starym pojawiają się przeszkody nie do przejścia. Wtedy ta druga relacja ma rzeczywiście raczej charakter romansu, który powinien być częścią gry w stałym związku. To moment, w którym nie ma już miejsca na kompromis, a negocjacje stają w martwym punkcie. Romanse mają to do siebie, że statystycznie rzadko przeradzają się w nowy związek. Najczęściej wracamy do tego, w którym byliśmy poprzednio.

Dlaczego?
M.D.: Bo musi się zmienić nasz punkt odniesienia. Kiedy ludzie są zakochani, stają się kimś innym. Potem powracają do tego, jacy byli, ale tęsknią do siebie z początku związku, fazy zauroczenia. Wtedy związek zatrzymuje się w rozwoju, coś zaczyna się psuć. Okazuje się, że tym brakującym elementem jest flirt. Jeśli da się go wskrzesić w obecnym związku, drugi nie będzie potrzebny. Może jednak się zdarzyć, że w nowej relacji powstanie wspólne „my”, nowa pełnia, która okaże się silniejsza od poprzedniej.
J.D.: Romans często zmienia związek. Ze strony osoby, która go nawiązuje, zwykle jest większa gotowość na zmiany, na pracę nad sobą. Jeśli w zdradzanej osobie też się uruchomi ten proces, więź się utrzyma.
M.D.: Niestety, ta druga osoba często zamyka się na zmiany, staje się konserwatywna.
J.D.: W takiej sytuacji raczej się rozstaną. Aby do tego nie dopuścić, obie osoby musiałyby znaleźć jakąś wspólną pasję, zainteresowanie.
M.D.: Bywa, że ktoś, kto ma romans, sam ma problem, żeby wejść w nowy związek i ze strachu przed niewiadomym chowa się do starego.
J.D.: Albo prowadzi podwójne życie. Romansuje dopóty, dopóki relacja nie zagraża stałemu związkowi, po czym kończy ją i zaczyna następną znajomość. Zawsze jest gdzieś pomiędzy. Próbuje mieć wszystko, a nie ma niczego.
M.D.: Romans może być szansą zarówno dla związku, jak i partnera, który jest zdradzany. Jeśli tę cechę, umiejętność, „nową jakość”, którą wnosi rywal, odnajdzie w sobie osoba zdradzana, i to nie tylko po to, żeby zatrzymać żonę czy męża – uratuje tę relację. Romans przestanie być bowiem atrakcyjną alternatywą. Musi to być jednak prawdziwa wewnętrzna przemiana.
J.D.: Ważne jest, by w takiej sytuacji przyjrzeć się sobie: jak się z tym czuję, na czym mi zależy i co mogę zmienić.

To trudne.
M.D.: Tylko na początku. Każdy lubi dowiedzieć o sobie czegoś nowego.
J.D.: Nie negujemy oczywiście negatywnych emocji, jakie towarzyszą zdradzie, chociażby zranienia.

Często, szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego coś się skończyło, koniecznie chcemy znać winnego.
M.D.: Między ludźmi musi być element tajemnicy. Bez niego stajemy wobec niebezpiecznej inżynierii związku. Myślenia, że można go zaplanować od początku do końca. Godzimy się na to, by powstał z magii, ale do akceptacji jego zakończenia potrzebujemy konkretów – ktoś musi być odpowiedzialny za rozstanie. Warto przestawić swoje myślenie: coś się skończyło, bo się skończyło. I nikt nie jest winny.
J.D.: W takim momencie warto się zatrzymać i być wdzięcznym za to, co się wydarzyło. Ludzie, którzy się rozstają, mówią często: „Nigdy mnie nie kochałaś, to małżeństwo było życiowym błędem”. Jeżeli przyjmą, że kiedyś było inaczej, że była miłość, czułość, wspaniałe chwile – zostanie z nimi wszystko to, co było najlepsze w tym związku, czego on ich nauczył. Rozstaję się, ale szanuję poprzedniego partnera. Zaspokoił moje ówczesne potrzeby, a teraz chcę iść dalej. To bardzo ważne, bo wtedy nie będę porównywać z nim kolejnego.

A co wtedy, gdy kończymy stary związek, a nie możemy wejść w nowy? Kiedy pojawia się lęk, obawa, że nikogo nie spotkamy?
J.D.: Może ten czas jest nam potrzebny, żeby pobyć ze sobą sam na sam, lepiej się poznać, coś w sobie zmienić… – i to wcale nie tylko po to, by poznać kogoś nowego, lecz by wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Dokąd tego nie zrobimy, nic dobrego się nie wydarzy.
M.D.: Jest taki stereotyp, że życie jest udane tylko wtedy, kiedy upływa w związku z drugim człowiekiem. Tymczasem nie wszystko kręci się wokół tego tematu i nie na każdym etapie naszego rozwoju musimy być w zdeklarowanej relacji. Jeśli drugi związek się nie przydarza, to myślenie o tym, dlaczego tak się dzieje, jest marnowaniem czasu. Czy nie lepiej wykorzystać go na to, by coś stworzyć, pobyć wśród przyjaciół, zrobić coś dla siebie? Dobrze mieć chwilę przerwy, oddechu, zanim zacznie się pisać nową opowieść.

Joanna Dulińska - psycholog, dyplomowana psychoterapeutka i nauczycielka pracy z procesem.

Michał Duda - psycholog, zajmuje się psychologią procesu.

  1. Psychologia

Nowa znajomość – po czym poznać, że facet jest w porządku?

Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Choć na pierwszej randce trudno ocenić intencje drugiej osoby, warto zwrócić uwagę na pewne zachowania, które nie rokują dobrze dla tej znajomości. (Fot. iStock)
Oczywiście ta lista nie zagwarantuje ci rozpoznania intencji faceta. Wielu mężczyzn umie bardzo dobrze udawać na pierwszych randkach, doskonale wiedzą, co powiedzieć, ciężko więc poznać oznaki ich podrywu. Niektórzy mężczyźni wiedzą, że kobiety są żądne uwagi i słów, więc żeby zdobyć kobietę dają to wszystko, a potem, gdy już osiągną cel, zamieniają się w chamów. O tym też pamiętaj!

Czasami niepozorny facet jest bardziej autentyczny niż ten, który na pierwszej randce obsypał cię kwiatami, obietnicami i powiedział, że jesteś wyjątkową kobietą. Dobre rzeczy mają w sobie aspekt spokoju, a oznaki podrywu faceta nie zawsze są tak oczywiste, jak ci się wydaje.

Jak mężczyzna sprawdza kobietę? Uczciwy facet będzie chciał cię bardziej poznać zanim będzie chciał z tobą być. Na pewno nie daj się namówić na pomaganie facetowi i wyciąganie go z jakiś problemów, które "tylko ty możesz rozwiązać". To prawie zawsze jest znak, że trzeba wrócić samej do domu i wykasować numer z komórki.

Nie ulegaj też przesądom w drugą stronę, że wszyscy faceci są tacy sami, że zawsze kłamią, zawsze oszukują i że chcą tylko jednego. Jest sporo rozsądnych, uczciwych chłopaków i czym będziesz bardziej radosna, spokojna i świadoma, tym większą masz szansę ich spotkać! Jeśli cierpisz i czekasz na ratunek z męskiej strony, to raczej na pewno będziesz cierpieć jeszcze dłużej. Zauważ, że najdroższe i najładniejsze prezenty dostają ci, którzy są bogaci.

Jak rozpoznać intencje faceta?

  • Czujesz się przy nim swobodnie i bezpiecznie
  • Uśmiechasz się dużo w czasie rozmowy,
  • On słucha tego, co mówisz,
  • Nie używa wulgarnych słów,
  • Nie proponuje od razu seksu,
  • Mówi dobrze o swojej mamie,
  • Nie opowiada o byłych dziewczynach i nie mówi o nich źle,
  • Nie upija się na randkach ani nie proponuje innych środków odurzających,
  • Jest uczciwy w odpowiedziach, niezależnie czy to jest dla ciebie to, co najbardziej chciałabyś usłyszeć,
  • Patrzy na ciebie z pożądaniem, ale nie prawi ci bez przerwy komplementów,
  • Nie obarcza cię swoimi problemami natury emocjonalnej lub finansowej,
  • Nie robi wszystkiego, czego chcesz - ma swoje zdanie i swoje granice,
  • Nie rzuca obietnic bez pokrycia,
  • Odnosi się do tego, co mówisz - komentuje to,
  • Wypytuje o ciebie, co lubisz, jaka jesteś,
  • Jest cierpliwy i spokojny.

Więcej na temat relacji z mężczyznami i tego, jak rozpoznać ich intencje w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.

  1. Psychologia

Kiedy rozstanie, kiedy praca nad sobą? – Poczekaj, zanim uciekniesz od partnera

Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Jeśli wierzyłaś, że ten związek będzie inny, ale znów wszystko zaczyna się psuć… Jeśli twój partner cię zdradził, oszukał lub zawiódł… – Nie rozstanie jest ci potrzebne, ale praca nad sobą – mówi terapeutka Eva-Maria Zurhorst, która po latach rozczarowań w związkach dała sobie szansę na szczęście.

Do mało której sprawy przywiązujemy taką wagę, jak do tego, z kim dzielimy życie. Nasz partner powinien spełniać określone kryteria, zarówno w kwestii charakteru, wyglądu, jak i zainteresowań. Kiedy w związku dzieje się źle lub kiedy z kimś się rozstajemy, tłumaczymy to tym, że widocznie nie był to ten właściwy. Tymczasem niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst stawia rewolucyjną tezę: „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz” (tak brzmi także tytuł jej książki).

To hasło może budzić zdziwienie. No bo jak to „nieważne z kim się zwiążesz”? Przecież to ma być ktoś wyjątkowy! Żadnej przypadkowości, czysta magia! Zgoda, tyle że pewien rodzaj magii działa zawsze: przyciągnęliście się, bo wiele was łączy. Bo w waszym spotkaniu jest ogromny potencjał rozwoju dla obojga. Sęk w tym, że – zamiast dostrzec ten potencjał – skupiasz się na trudnościach, które po jakimś czasie wypływają (a wypływają zawsze) i stwierdzasz: „To nie działa”. Eva-Maria Zurhorst wie o tym jak nikt inny. Zawsze szukała tego jedynego. Wchodziła w relacje i szybko z nich wychodziła. „Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych uciekałam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że zostanę stłamszona”. A potem nastąpiły w jej życiu kolejno: niespodziewana ciąża, nieplanowany ślub i nieudane próby dopasowania się do drugiego człowieka. Po dwóch latach uznała, że jej małżeństwo jest „mieszczańskim muzeum nudy” i że „właściwie nic nas nie łączy”. Kłócili się, mijali, walczyli, nawiązywali potajemne romanse, a jednak wciąż byli razem – nie wiadomo właściwie, co ich do siebie ciągnęło. Może to uczucie głębokiej wewnętrznej więzi, które pojawia się, gdy dochodzisz do granicy wytrzymałości... Eva-Maria zaczęła podejrzewać, że może w związku chodzi o coś innego niż o tę „właściwą osobę”. Zaczynają się więc z mężem komunikować. Przyglądać się światu drugiej osoby. Jest w tym coraz mniej strachu i oporu. Coraz więcej ciekawości. Fakt, otwierają się rany, wylewają żale. Ale, jak zauważa w książce, „mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się”. Wreszcie trafiła na seminarium słynnego terapeuty Chucka Spezzana. Słuchała i płakała. Bo wreszcie zrozumiała, że wszystkie problemy w związku sprowadzają się do miłości własnej. Że każdy problem w relacji to zachęta do zajęcia się własnym wnętrzem, własnym zadawnionym bólem i wypartymi emocjami. Że większość rozwodów jest zbyteczna, a rozstanie nie jest rozwiązaniem, raczej zwłoką w uzdrawianiu. Nierozwiązany problem wróci w innej konfiguracji – z kolejnym partnerem. Zmienił się jej stosunek do pracy terapeutycznej i do męża – zaczęli sprawiać wrażenie świeżo zakochanej pary.

Zajrzyj pod sukienkę

Pamiętasz Bridget Jones, przygotowującą się do pierwszej randki z Danielem Cleverem? W jednej ręce trzyma podniecające koronkowe figi, w drugiej wielkie „majtasy” w cielistym kolorze, opinające brzuch i pośladki. Co za wybór! Powiedzmy, że górę wezmą majtasy: sylwetka uzyska zgrabniejszy kształt, ale kiedy dojdzie do łóżkowej sceny, mężczyzna może się przerazić i zrazić. A zatem figi? Tyle że te nie zakryją wałków tłuszczu, a skoro będą one widoczne to – kto wie – może w ogóle nie dojdzie do zbliżenia? Stosunki intymne są bezlitosne: odkrywają nasze najbardziej wstydliwe tajemnice. Im bardziej pozwalamy się komuś zbliżyć, tym mniej pozostaje miejsca na kontrolę. Im bardziej się otwieramy, tym łatwiej nas dotknąć. Wychodzą urazy, niepewność, bezradność i wszelkie możliwe dziwactwa. Bronimy się, uciekamy. Złościmy i atakujemy. Obrażamy i zamykamy. „Druga osoba tylko zagląda pod sukienkę” – tłumaczy Eva-Maria Zurhorst. – „Wałki tłuszczu już tam są. Dla dobra naszego związku musimy zatem sami sobie uczciwie zajrzeć pod sukienkę i nauczyć się akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Autorka „Kochaj siebie...” pisze o mechanizmie projekcji i o tym, że partner jest naszym lustrem. Ujrzysz w nim swoje niespełnione potrzeby, opory i blokady, a przede wszystkim rozdarcie między tęsknotami a lękami. Jak możesz oczekiwać od niego czegoś, czego nie zamierzasz sobie dać? Wierzyć w to, że zapewni ci dobre samopoczucie, szacunek i zaufanie do siebie, których ci brakuje? „Od tego, kogo spotkasz, zawsze spotykasz tylko siebie” – twierdzi Eva-Maria Zurhorst. „I dlatego – zgodnie z moim doświadczeniem – możesz spokojnie zostać z tym partnerem, z którym jesteś, choć jeden Bóg wie, jak niemiły jest dla ciebie ten stan”. Partnerzy mają tę niezwykłą umiejętność, że szybko i precyzyjnie wdeptują w te miejsca, które bolą nas najbardziej. Dlatego czasem tak szczerze ich nie cierpimy. Odsuwamy się, odpychamy. A przecież nie są przyczyną naszych problemów, tylko wyzwalaczem. „Dzięki partnerowi możemy zidentyfikować (i pożegnać) nasze demony” – przypomina terapeutka. I zapewnia, że jeśli życie jest szkołą, to relacja partnerska elitarnym uniwersytetem. „Tutaj zdajesz najtrudniejsze egzaminy, tu możesz się nauczyć najwięcej, najbardziej urosnąć i najwięcej otrzymać” – mówi. Największa nagroda, a jednocześnie cel i sens relacji? Doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jak? Skupiając się na sobie. Weź głęboki oddech i zanurz się w tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, brzydzisz. Czego być może nie chcesz nawet zobaczyć. Zamiast oburzać się na kogoś, kto wydobywa to na powierzchnię, pochyl się nad tym, zbadaj. Uznaj za swoje. „Jest tylko jedna droga do prawdziwego uzdrowienia, autentycznego powodzenia w związku partnerskim” – utrzymuje terapeutka. – „Przyglądajmy się odważnie naszym własnym mrocznym stronom. Nie potrzeba do tego lat psychoterapii ani męczącej autoanalizy. Prawdziwa bliskość z partnerem i szczera wewnętrzna gotowość poznania prawdy wystarczą”.

Mój kochanek, moja tęsknota

Jak często podejmowałaś próbę zmienienia partnera? Mówiłaś: „Albo przestanie to robić (bałaganić, zapominać o ważnych rocznicach, żartować sobie z poważnych spraw), albo z nami koniec”? A zastanowiłaś się kiedyś, co tak naprawdę kryje się pod twoją złością, że znów tak się zachował? Jakie lęki to zachowanie w tobie uruchamia? Jakie tęsknoty? Dlaczego nie możesz na to patrzeć, słuchać tego? Dlaczego to takie straszne i całkiem nie do zaakceptowania? Co kiedyś odrzuciłaś, uznałaś za kłopotliwe i niepotrzebne, a on uparcie ci o tym przypomina? Może chodzi o swobodę bycia, beztroskę, lekkość (a nie o bałaganiarstwo czy brak szacunku)? Cokolwiek to jest, zrób dla tego miejsce, przyjmij z powrotem. Na tym właśnie polega dążenie do pełni. Nie na ćwiczeniu się w doskonałości! Raczej w otwartości na innych. „Bez niej” – uważa Zurhorst – „padamy ofiarami własnych ponadludzkich wymagań wobec siebie. Im mniej dążymy do doskonałości, tym bardziej łagodzimy nasze oceny i osądy innych ludzi”. I wszystkim jest łatwiej.

Zwłaszcza że związek przechodzi różne fazy, a każda przynosi określone szanse i wyzwania. Jest czas pokoju i czas kłótni. Czas namiętności i czas oziębłości. Zbliżenia i oddalenia... Rada Zurhorst na czas głębokiego kryzysu? Pamiętać o prawdziwym potencjale związku, czyli o tym, co było możliwe w fazie zakochania: „Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu. U celu będzie miało jednak zupełnie inną głębię i prawdziwość niż na początku wędrówki”.

A zdrada? Co, jeśli i z nią przyjdzie nam się zmierzyć? Cóż, wiedz, że trójkąty łączy jedno: lęk przed bliskością. Jeśli zostałaś zdradzona, prawdopodobnie od początku nie byłaś „zagnieżdżona” w związku, tkwiłaś na jego obrzeżach, nie potrafiłaś zobowiązać się wobec partnera, oddać mu się w pełni. Zdaniem terapeutki zdradzany tak naprawdę zdradza sam siebie, „Nie opowiadając się zdecydowanie za niczym, kto zastyga w wielkich i teoretycznych oczekiwania wobec partnera i związku”. A jeśli to ty nawiązujesz romans, będąc w relacji? Pomyśl o kochanku jak o swojej tęsknocie, jak o niezaspokojonych częściach, fantazjach. Co to jest? Byłabyś w stanie powiedzieć o tym swojemu partnerowi? I jeszcze jedno, zobowiąż się do połączenia serca i seksualności. Może zamykasz się, nie czujesz spełnienia w seksie. „Wystarczy, jeśli odczuwasz tęsknotę za lepszą drogą” – zapewnia Eva-Maria Zurhorst. Jeśli potrafisz pokazać partnerowi swoją prawdę – złość, wrażliwość, opór, zgorzknienie, rozczarowanie... Nie rezygnuj. Podejmij decyzję o tym, że przyjmiesz bezwarunkowo partnera. A przede wszystkim siebie samą. I jak najczęściej patrzcie sobie w oczy. Mówcie o tym, co czujecie, o doznaniach fizycznych. Obserwuj siebie, pozwól oddechowi się pogłębić. Coś wreszcie odpuści, rozpuści się...

Kiedy piszę te słowa, z głośnika mojego radia wydobywają się słowa piosenki, która zapewnia uparcie (bo to refren!), że miłość rani. Nie, miłość nie rani. Miłość otwiera stare rany. I pomaga je uzdrowić.

Dwa sposoby na naprawę związku

Radykalna konwersacja – strategia Evy-Marii Zurhorst

To nic innego, jak gotowość dzielenia najgłębszych myśli i uczuć. Bez gier i uników. Przy poszanowaniu lęków i różnic. Uwierz, że prawda uzdrawia. Jak by to było, gdybyś przyjrzała się swojej relacji z otwartością i ciekawością, tak jakbyś patrzyła na nią po raz pierwszy w życiu? Zobaczysz tam wszystko: jak bardzo kochasz (albo nie kochasz) siebie. Czego się boisz. Przed czym wzbraniasz. Co jest twoją największą bolączką. Bo niewiele jest spraw ważniejszych niż twój związek. Jest on „najciekawszym poletkiem eksperymentalnym, sferą odkrywania samego siebie; możesz tam pokazać się drugiemu człowiekowi, najuczciwiej jak się da” – mówi terapeutka.

Wierz, że już to masz – strategia Chucka Spezzana

Terapeuta, zanim zrozumiał sekrety związków, często zmieniał kobiety. Zauważył, że każda kolejna ucieleśniała cechę, której brakowało mu w poprzedniej partnerce. A potem odkrywał w tej nowej inny brak i znów zaczynał poszukiwania... Wreszcie zmienił strategię: postanowił skupiać całą uwagę na tym, czego mu brakowało, wierząc, że znajdzie to w aktualnej relacji. Teraz oficjalnie zaleca to parom: daj partnerowi całą swoją miłość, uwagę i ciekawość. Przez 14 dni koncentruj się na jakości, za którą tęsknisz. Uwierz, że twój partner ją posiada… a on ją wtedy rozwinie.

Eva-Maria Zurhorst, terapeutka par. Wraz z mężem Wolframem Zurhorstem są szczęśliwym małżeństwem od ponad 20 lat, mają na koncie kilkanaście książek, w których przekonują, że partnerstwa można się nauczyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się