1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pięć rodzajów optymizmu

Pięć rodzajów optymizmu

fot.123rf
fot.123rf
Kto jest najbardziej zadowolony ze swojego życia? Ryzykant? Optymista Ostrożny, czy Optymista Globalny? Dr Agnieszka Czerw, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Poznaniu przeprowadziła badanie, w ramach którego wyodrębniła pięć typów optymizmu oraz sprawdziła w jaki sposób są powiązane z postrzeganiem jakości życia.

Optymizm jest stałą cechą determinującą nastawienie do świata oraz pozycję osoby w świecie. Łączy się z poczuciem własnej skuteczności, co prowadzi do tworzenia nie tylko optymistycznych wyobrażeń na temat przyszłości, ale także do konkretnych zachowań, które ukierunkowane są na osiągnięcie celów. Optymiści nie boją się życiowych zmian, są pełni nadziei, dostrzegają pozytywne aspekty każdej sytuacji.

Optymizm stanowi jeden z ważniejszych zasobów wewnętrznych człowieka, dzięki któremu łatwiej odnajdujemy się w sytuacjach problemowych. Jednak do tej pory nieznane były jego rodzaje, brakowało informacji o zróżnicowaniu optymistycznego nastawienia do życia a także wiedzy o tym, który rodzaj optymizmu najbardziej sprzyja poczuciu satysfakcji z życia.

Dr Agnieszka Czerw wyodrębniła profile optymizmu w oparciu o wyniki przeprowadzonych badań. Dokonała pomiarów cech, które stanowią główne elementy optymizmu, takich jak nastawienie na osiągnięcia, nieostrożność, pozytywne myślenie i otwartość. W wyniku przeprowadzonych badań, dr Czerw określiła 5 profili optymizmu: Optymista Ostrożny, Optymista Globalny, Optymista Umiarkowany, Ryzykant i Pesymista.

Ryzykantów wyróżniały najwyższe wyniki w zakresie wymiaru nieostrożności. To osoby, których postawę życiową cechuje niefrasobliwość w stosunku do rzeczywistości. Charakteryzuje ich skłonność do podejmowania ryzyka dla samego ryzyka, bez związku z pragnieniem wzbogacania własnych doświadczeń. Przedstawiciele tej grupy częściej podejmują ryzykowne działania i nie chronią się przed jego konsekwencjami. Co ciekawe, tendencji do ryzyka nie towarzyszyła otwartość poznawcza i optymistyczne myślenie na temat własnej przyszłości. Badani nie mieli pozytywnych przekonań odnośnie sprzyjającego im losu i możliwości kreowania własnej przyszłości. Poziom optymizmu, a zarazem satysfakcji z życia był w tej grupie umiarkowany, co prawdopodobnie wiąże się z częstym przeżywaniem przyjemności wynikającej z dreszczyku emocji w sytuacjach ryzykownych.

Optymiści Umiarkowani to uczestnicy badania, którzy otrzymali umiarkowane wyniki w każdej kategorii optymizmu. Jedynie rezultaty dotyczące otwartości są wyraźnie niższe w porównaniu do wyników osiąganych przez pozostałą grupę badanych. Grupę umiarkowanych optymistów wyróżnia niechętny stosunek do różnego rodzaju nowości.

Optymiści Globalni to osoby, które uzyskały wysokie wyniki w każdym wymiarze optymizmu. Ich optymizm opiera się zarówno na nadziei, że sprawy będą się dobrze układały niezależnie od podejmowanych przez nich działań, jak i na poczuciu własnej skuteczności, które umożliwia im realizację założonych celów. Te przekonania są wspierane przez tendencję do podejmowania ryzykowanych działań, ponieważ konfrontacja z nowymi sytuacjami sprawia reprezentantom tej grupy dużą przyjemność.

Optymiści Ostrożni to grupa, która uzyskała najwyższe wyniki w skali ogólnego optymizmu. Cechą charakterystyczną tej grupy jest niższy wynik w wymiarze nieuważności. Ostrożni optymiści mają pozytywne nastawienie wobec przyszłości, ale unikają ryzyka.

O ile można byłoby przypuszczać, że Globalni Optymiści będą grupą najlepiej oceniającą jakość swojego życia, a pesymiści najgorzej, o tyle wysoki poziom zadowolenia z życia u Ostrożnych Optymistów był pewnym zaskoczeniem. W grupie średniego zadowolenia z życia uplasowali się Ryzykanci i Umiarkowani Optymiści, którzy reprezentują przeciętny poziom optymizmu.

Grupę uczestników z najniższymi wynikami we wszystkich aspektach optymizmu określa profil Pesymisty. Osoby, które znalazły się w tej grupie nie oczekiwały niczego dobrego w przyszłości i nie miały poczucia sprawczości. Nie podejmowały żadnego wysiłku na rzecz osiągnięcia założonych celów i unikały ryzyka. Mimo, że spadek optymizmu jest skorelowany z wiekiem, w grupie Pesymistów znalazły się nie tylko najstarsze osoby (średnia wieku była w tej grupie wyraźnie najwyższa). Jednak ponad 50% reprezentantów tej grupy stanowili także najmłodsi uczestnicy badania w wieku od 19 do 25 lat. Taki rozkład wieku wśród pesymistów potwierdza wcześniejsze wyniki badań nad związkiem wieku z optymizmem. W swojej książce „Optymizm – pespektywa psychologiczna” wydanej w 2010 r. autorka pokazała, że poziom optymizmu rośnie wraz z wiekiem i najwyższy poziom osiąga około 35 roku życia. Potem znowu zaczyna się obniżać. Najmniej optymistyczni są młodzi dorośli i osoby starsze. Poziom satysfakcji z życia był w tej grupie również najniższy.

Jednym z ważniejszych praktycznych wniosków z tego badania jest konkluzja, że optymizm może, ale nie musi, wiązać się z tendencją do podejmowania ryzyka, a typowi ryzykanci wcale nie mają generalnie wysokiego poziomu optymizmu. Zaprzecza to powszechnemu przekonaniu, że każdy optymista jest nierozsądny i łatwo podejmuje ryzykowne, nieprzemyślane decyzje.

Źródło: mat. pras. SWPS. Dane na podstawie których dr Agnieszka Czerw z SWPS w Poznaniu sformułowała wnioski o zróżnicowaniu rodzaju optymizmu pochodziły z badania kwestionariuszem postaw optymistycznych, przeprowadzonym w latach 2005 – 2015 na próbie 766 osób w wieku od 18 do 87 lat. Następnie badaczka sprawdziła w jaki sposób przedstawiciele poszczególnych profili postrzegają jakość swojego życia. Badanie zależności między danym profilem optymizmu, a jakością życia przeprowadzono na grupie 106 osób.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pogoń za sukcesem. Dlaczego mężczyźni czują się niespełnieni?

Sukces dla mężczyzny nie zawsze jest czymś określonym. (fot. iStock)
Sukces dla mężczyzny nie zawsze jest czymś określonym. (fot. iStock)
„To nic wyjątkowego. Każdy by tak mógł. Nie ma o czym mówić”. Taka reakcja na odniesiony sukces może świadczyć o tym, że mężczyźnie brakuje wewnętrznego doświadczenia satysfakcji, iż coś się udało, coś osiągnął, a ważne dla niego osoby to doceniają, patrzą z podziwem. Być może pod maską kogoś, kto odnosi sukcesy, skrywa się samotny, zraniony chłopiec – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Pięćdziesięciolatek, uznany twórca z branży filmowej, mówi mi o swoich niepokojach związanych z tym, jak niewiele w życiu osiągnął. Rozczarowany sobą, i to bardzo, jest również podróżnik o międzynarodowej sławie i znany pisarz, i właściciel kilku dobrze prosperujących restauracji. Ci mężczyźni mówią o gigantycznym wewnętrznym kryzysie, który dopada po czterdziestce: Co ja robię? Gdzie jestem? Czy aby nie w ciemnym lesie? Bilans połowy życia dla znacznej części mężczyzn wypada nieszczególnie. Zadziwiające, że niezadowoleni są mężczyźni, którzy odnieśli niekwestionowany sukces.
Mnie to nie dziwi. Pierwsza połowa życia toczy się w sposób naturalny. Wszystkie drzwi są otwarte. Jest tak wiele do zrobienia, a świat stwarza mnóstwo możliwości. Mamy dostęp do wszelkiej informacji, możemy swobodnie podróżować, kształcić się, gdzie dusza zapragnie, w szkołach prywatnych i państwowych. Te możliwości motywują, żeby osiągać, zdobywać, realizować cele. Jesteśmy młodzi, mamy siłę, energię i ciekawość. Żyjemy intensywnie – pracujemy, uczymy się, bawimy, angażujemy towarzysko. Około czterdziestki przychodzi bardzo ciekawy moment – patrzymy na to, co się wydarzyło, i dochodzimy do wniosku, że nigdy nie osiągniemy wszystkiego, co jest do osiągnięcia. Producenci samochodów, gadżetów z pewnością zadbają o to, proponując coraz to nowe kuszące przedmioty, usługi i oferty.

I to budzi smutek, gorycz niespełnienia?
Jesteśmy jak charty goniące za sztucznym lisem. Cały czas uczestniczymy w wyścigu. Wyścigi chartów świetnie pokazują, jak to wygląda. Maszyna przesuwa rudą kitkę w szybkim tempie. Charty biegną po torze, wydaje się, że cel jest bliski, więc biegną jeszcze szybciej. Jeden wyprzedza innych, już, już jest u celu. Ale nie, kitka się oddala. W tej zabawie chodzi o to, by charty biegły, a nie, by dopadły zdobycz. Można powiedzieć, że nasze życie jest tak skonstruowane; nie da się złapać wszystkich lisów, nie da się osiągnąć wszystkiego.

A jest w mężczyznach taka wola, ambicja, by osiągnąć wszystko?
Uruchamia się działanie instynktowne, odruchowe. Pojawia się coś nowego – rzucamy się w pogoń. Ludzki mózg jest tak skonstruowany, uwarunkowany, że wychwytuje z otoczenia to, co wyłania się z tła i przykuwa uwagę. Naszym przodkom pomagało to przetrwać. Gdy pojawiały się nowe możliwości, uczyli się, jak je wykorzystać, aby przeżyć. Dzisiaj ten mechanizm nakręca konsumpcję. Specjaliści od neuromarketingu wykorzystują go do oferowania wciąż nowych produktów i usług. Ale nie da rady – życia w ten sposób nie skonsumujemy, nie nasycimy wewnętrznego głodu.

Tu nie chodzi tylko o dobra materialne. Ci mężczyźni nie czują satysfakcji ze swoich realnych i wymiernych osiągnięć – napisanych książek, nakręconych filmów, zdobytych górskich szczytów, rozkręconych biznesów.
Działa tu podobny mechanizm – konsumujemy sukcesy, chcemy być lepsi, najlepsi, ale ideał, do którego dążymy, ciągle się oddala.

Przyczyny?
Jest ich wiele. To, oczywiście, może dotyczyć mężczyzn, którzy nigdy w swoim życiu nie zostali w stu procentach docenieni, pochwaleni. Cokolwiek dobrego zrobili, rodzice mówili: „Ale Kazio zrobił lepiej. Musisz się jeszcze bardziej postarać”. Gdy chłopiec postarał się bardziej i dostał wreszcie szóstkę tak jak Kazio, rodzice nie chwalili, żeby mu się nie poprzewracało w głowie, żeby nie stracił motywacji do dalszej nauki i starań. Jeśli taka sytuacja powtarza się raz czy drugi, to niewiele znaczy. Ale jeśli trwa latami, jeśli to stała tendencja, wzorzec zachowania, który panuje w domu, wtedy chłopiec czuje się niespełniony, niedoceniony. To, oczywiście, powoduje w nim dużo napięcia, frustracje, smutek i agresję. Nie może jednak pozwolić sobie, aby je ujawnić, wyrazić, bo ryzykowałby utratę miłości rodziców albo ich smutek czy gniew. Nie okazuje więc uczuć, za to ciągle się stara. Biegnie jak chart goniący sztucznego lisa. Nigdy nie osiągnie celu, bo zawsze znajdą się tacy, którzy będą lepsi.

Jeden z mężczyzn powiedział mi: „Niby wszystko mam, żona mnie kocha, stara się, dzieci dobrze się uczą, firma jak na złość w tym kryzysie świetnie prosperuje, rozkwita. Ale ja się nie cieszę. Mam poczucie braku, dyskomfortu”.

Jakby te sukcesy, osiągnięcia dotyczyły kogoś innego?
„To nic wyjątkowego. Każdy by tak mógł. Nie ma o czym mówić”.

Aha, więc ci mężczyźni musieliby stworzyć coś wyjątkowego, coś naprawdę na ich miarę.
I to jest właśnie iluzja, miraż na pustyni. Tworzą pozorny obraz oazy, do której dążą. Im bardziej się zbliżają, tym bardziej się oddala. Za każdym razem cel ma charakter iluzoryczny. Coś, co ze swojej natury nie jest w pełni osiągalne. Mężczyzna mówi: „Gdybym znał języki obce…”. Ile języków? Zna biegle dwa, ale jest dużo więcej języków! Do ich poznania zabrakłoby życia. „Mam najlepszą firmę w swojej branży na polskim rynku, ale są inne rynki, światowe”. Ci mężczyźni oddzielają swoje ciało, uczucia od idealnego iluzorycznego obrazu siebie. Najkrótsza droga do nieszczęścia.

W wewnętrznym świecie nie ma odzwierciedlenia radości?
I uznania. W swojej przeszłości nie rozwinęli takiej umiejętności. Otoczenie im w tym nie pomogło. Wręcz przeciwnie – nieustannie podnoszono poprzeczkę, pomniejszano, nie nagradzano. Opiekunowie opierali się na błędnych założeniach dotyczących wychowania dzieci. Może być też tak, że rodzice mówili: „Nam się nie udało, ty masz szansę. Musisz się postarać”. W podtekście jest oczekiwanie, aby dziecko było kimś wyjątkowym. W ten sposób powstaje narcystyczne zranienie: rozwijamy siłę, możliwości wywierania wpływu, kontroli, ale nie czujemy smaku życia. Pod maską mężczyzny odnoszącego sukcesy skrywa się samotny, zraniony chłopiec.

A widać kogoś, kto wydaje się pewny siebie, wybitnie uzdolniony, towarzyski, pozazdrościć. Co ciekawe jednak: nie reaguje na dobre słowa o sobie, o swoich talentach, możliwościach, nie słucha, nie słyszy.
Tak, świat zewnętrzny odzwierciedla osiągnięcia. Przyjaciele, ale też eksperci z dziedziny, w której mężczyzna działa, wyrażają uznanie, podziwiają, nagradzają. Zewnętrzne potwierdzenia nie mogą się jednak przebić. Mężczyzna mówi wtedy: „Słyszę, co ludzie mówią, nawet im wierzę, ale czuję jedynie smutek”. Może być też tak, że mężczyzna nie ceni swoich osiągnięć, ponieważ przeżywa konflikt wewnętrzny. Zdaje sobie sprawę, że inni mu zazdroszczą, jednak w głębi serca wie, że nie zajmuje się tym, czym pragnąłby się zajmować. Dlatego to, co robi, w jego oczach nie ma wartości. Nie ceni tego. Jestem na przykład uznanym prawnikiem, mam pozycję, dom, samochód, rodzinę, jednak wiem, że nie ja wybrałem tę drogę. Uległem namowom, modzie, koniunkturze. To nie jest moja pasja. Zapewnia mi byt, pomnażam majątek, ale nie mam radości.

Gdy mamy 30 lat, wewnętrzna radość nie ma aż takiego znaczenia, bo działamy siłą rozpędu – ludzie nas podziwiają, rodzina jest zadowolona. Gdy mija 40 lat, 45, 50 i więcej, wtedy w sposób coraz bardziej dotkliwy dociera do nas, że nie idziemy swoją drogą, nie robimy tego, co by nas cieszyło.

No i przebija się świadomość, że nie ma już tak wiele czasu.
Patrzę wstecz na swoje życie i zastanawiam się, po co to wszystko, skoro czuję głównie brak i żal. Osiągam, ale tracę intymny kontakt z życiem, ze światem, z bliskimi. Stąd frustracja, niezadowolenie. Kłopot w tym, że ci mężczyźni, którzy żyją nieświadomie, rzucają się w wir jeszcze większej aktywności. Jeden z nich powiedział mi: „Trzeba zakasać rękawy i do roboty, żeby głupoty nie lęgły się w głowie!”. Te głupoty to wątpliwości, pytania.

Trzeba by zakwestionować pół życia, uznać, że się błądziło.
Skonfrontować się z frustracją. To trudne, więc racjonalizują: „Co prawda haruję, ale gdyby w moim związku było inaczej, gdyby dzieci były inne…”. Trzeba by zadać sobie pytanie, czym jest sukces. Na przykład młodym ludziom utalentowanym muzycznie na ogół wybija się z głowy kształcenie w tym kierunku. „Z gitary chcesz wyżyć, będziesz grał na weselach?”

Tymczasem znam szczęśliwego mężczyznę, który gra na weselach, przyjęciach, imieninach, zabawach. Gdy patrzę na niego, widzę, jak się tym cieszy. Pytanie, czy to jest człowiek sukcesu. Nie jest prezesem, menedżerem, nie piastuje stanowisk, nie kręci filmów. Ale świetnie się bawi. I sprawia, że ludzie się bawią. Pracuje tylko w weekendy, więc ma sporo wolnego czasu na inne zainteresowania. Jest rozluźniony, serdeczny.

Jest takie znane powiedzenie Emersona: „Zostawić świat nieco lepszym: lepszym o zdrowe dziecko, grządkę w ogrodzie lub lepsze warunki społeczne – to znaczy odnieść sukces”. To naprawdę dobry punkt odniesienia.
Daje do myślenia.

Co zrobić z dziedzictwem braku docenienia siebie, uznania własnych osiągnięć?
Jeśli mamy do czynienia ze zranieniami z przeszłości, potrzebna byłaby psychoterapia. W wielu mężczyznach budzi się opór: „Z moją pozycją na psychoterapię? To się w głowie nie mieści. Mężczyzna, który sam nie potrafi rozwiązać swoich problemów, to pierdoła. Po tylu latach wyrzeczeń, trudu mam uznać, że nie poradzę sobie sam?”.

Co ciekawe, kobiety nie mają takich oporów. Prezeski, menedżerki z reguły bez problemu proszą o pomoc, chcą się rozwijać, lepiej żyć. Chociaż wiele się zmienia. Ostatnio usłyszałem od pracownika znanej światowej firmy: „Chciałbym robić coś dla ludzi, coś naprawdę pożytecznego”. Jeśli wypowiadamy taką intencję, to wiele znaczy. To punkt zwrotny.

  1. Psychologia

Kto nie obawia się pandemii Covid-19? – badania lekarzy i psychologów

Okazuje się, że na postrzeganie zagrożenia epidemicznego w największym stopniu wpływa profesjonalna wiedza medyczna. (fot. iStock)
Okazuje się, że na postrzeganie zagrożenia epidemicznego w największym stopniu wpływa profesjonalna wiedza medyczna. (fot. iStock)
Pomimo coraz większej liczby zakażeń, wiele osób jest przekonanych, że choroba ich nie dotknie i nie muszę się jej obawiać. Czy słusznie? Jakie zjawiska, zdaniem psychologów, kryją się za taką postawą? I jak na postrzeganie pandemii wpływa stan wiedzy medycznej?

Mimo wielu ograniczeń mających na celu zaprzestanie rozprzestrzeniania się wirusa, epidemia nie wygasa, a zachorowań wciąż przybywa. Eksperci stale przypominają, że do czasu pojawienia się szczepionki lub skutecznego leku, nie powinniśmy lekceważyć choroby, bo może ona dotknąć każdego z nas. Część obywateli zdaje się jednak zupełnie nie przejmować potencjalnym zagrożeniem, co więcej, do głosu często dochodzą tak zwani „koronasceptycy”, całkowicie negujący zagrożenie związane z pandemią. Pojawia się jednak pytanie, skąd w ludziach przekonanie o tym, że nie muszą się niczego obawiać? Problem wydaje się niezwykle istotny, ponieważ nierealistyczny optymizm, obserwowany w wielu grupach społecznych, wiąże się z lekceważeniem zagrożenia, a to może prowadzić do zwiększenia się liczby zachorowań na Covid-19.

Zjawisko nierealistycznego optymizmu zbadali profesorowie Uniwersytetu SWPS (Wojciech Kulesza i Dariusz Doliński) oraz profesor nauk medycznych – Maciej Banach.

Nierealistyczny optymizm

Bywa czasem, że ludzie w sytuacjach potencjalnie niebezpiecznych potrafią wykazywać się irracjonalnie optymistycznym podejściem. W psychologii, zjawisko to nazywane jest „nierealistycznym optymizmem”. Wiąże się z przekonaniem, że zagrożenie, z którego istnienia zdajemy sobie sprawę, nas nie dotyczy i istnieje bardzo mała szansa, że będziemy na nie narażeni, nawet, gdy dotknie naszych sąsiadów czy współpracowników. Oznacza to, że jesteśmy przekonani, że pewne rzeczy dzieją się „obok nas” i dotykają jedynie innych, przypadkowych ludzi. W kontraście do zjawiska nierealistycznego optymizmu, pojawia się też nierealistyczny pesymizm, czyli nadmierna ostrożność wynikająca z obaw o nasze zdrowie, życie czy szczęście. Analizując jednak niebezpieczne wydarzenia z przeszłości, można stwierdzić, że nierealistyczny pesymizm mógłby być kluczowym czynnikiem, który przyczyniłby się do redukowania negatywnych skutków pandemii Covid-19. Jak mówi słynne polskie powiedzenie – „przezorny zawsze ubezpieczony”.

Jak oceniamy szanse na zakażenie SARS-CoV-2?

W swoim badaniu, prof. Wojciech Kulesza, prof. Maciej Banach i prof. Dariusz Doliński postanowili sprawdzić opinię ludzi dotyczącą ich szans na zarażenie się SARS-CoV-2. Z przeprowadzonego wśród studentów z Polski, Iranu i Kazachstanu badania, wynikało, że poczucie nierealistycznego optymizmu wśród badanych jest wysokie, niezależnie od kraju pochodzenia. Jest to więc jednoznaczne z tym, że uczestnicy badania postrzegali swoje szanse zachorowania na Covid-19 jako mniejsze w porównaniu z innymi osobami. Wniosek nasuwa się więc sam - zjawisko nierealistycznego optymizmu jest powszechne w wielu krajach, co wiąże się z tym, że efekt z niego wynikający może być globalny. Co więcej, okazało się, że pomimo rozwoju pandemii ten efekt utrzymuje się w czasie: wcale nie zaczynamy być realistami, gdy stoimy twarzą w twarz z narastającym zagrożeniem.

Co ciekawe, drugie badanie wykazało, że osoby posiadające bogatą wiedzę medyczną oraz medyczne kwalifikacje, są zdecydowanie bardziej wyczulone na potencjalne niebezpieczeństwa wynikające z możliwości zachorowania na koronawirusa. Pracownicy służby zdrowia niemal na własnej skórze doświadczają aktualnej sytuacji epidemicznej, co czyni ich bardziej świadomymi zagrożenia. W związku z tą zależnością, u pracowników służby zdrowia biorących udział w badaniu, podejście świadczące o nierealistycznym optymizmie nie występowało.

Możliwe scenariusze

Jak zauważa prof. Kulesza, dostępne są dwa scenariusze przyszłości. Pesymistyczny zakłada, że naukowcy i światowi przywódcy odpowiedzialni za globalne zdrowie mogą założyć, że zjawisko nierealistycznego optymizmu jest na tyle powszechne i niemożliwe do zmiany, że nie ma sensu się mu przeciwstawiać i z nim walczyć, ponieważ i tak nikt nie będzie w stanie go do końca wyeliminować. Taki scenariusz wiązałby się oczywiście, z tym, że światowe środki walki z pandemią skupione byłyby na innych rozwiązaniach, niekoniecznie skutecznych. Z drugiej strony możliwy jest również drugi, bardziej optymistyczny scenariusz. Zakłada on, że nierealistycznie optymistyczne podejście, mogłoby zostać zredukowane tylko dzięki zapewnieniu obywatelom jak najbardziej zrozumiałej i profesjonalnej wiedzy dotyczącej dotkliwości Covid-19. Duży nacisk na masową edukację w tym temacie, mógłby skutkować większą świadomością zagrożenia i zachowaniem szczególnej ostrożności - tak samo jak w przypadku pracowników służby zdrowia. W efekcie mogłoby się to przyczynić się do wyeliminowania wirusa.

Optymizm nie jest zły!

Oczywiście nie należy mylić optymizmu z tzw. nierealistycznym optymizmem. W trudnych sytuacjach warto myśleć pozytywnie. Pozytywne podejście pozwala zachować pogodę ducha, a także obniża poziom stresu i nasila zdrowe reakcje biologiczne. Z pewnością, w kontekście ochrony zdrowia, optymizm pełni ważną rolę w przypadku rekonwalescencji po przebytej chorobie czy operacji lub w trakcie leczenia. Jedyne o czym należy pamiętać to zdrowy rozsądek, który powinniśmy zachowywać w każdej dziedzinie życia.

W badaniu wzięli udział studenci trzech uczelni wyższych: Uniwersytetu SWPS (filia we Wrocławiu, kierunek psychologia), Uniwersytetu Golestan w Iranie (Wydział Nauk Humanistycznych i Społecznych), University of International Business w Kazachstanie, a także pracownicy Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki. Badanie zrealizował zespół: prof. Wojciech Kulesza, Uniwersytet SWPS, prof. Dariusz Doliński, Uniwersytet SWPS, Paweł Muniak, Uniwersytet SWPS, Ali Derakhshan, Uniwersytet Golestan w Iranie, Aidana Rizulla, University of International Business w Kazachstanie i Maciej Banach, Instytut Centrum Zdrowia Matki Polki.

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Psychologia

Nie żałować ani chwili

Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Co powiemy dzieciom, gdy zapytają: „Po co i jak mamy żyć, skoro umrzemy?”. Jeśli zajrzymy w swoje serce, być może odpowiedź pojawi się natychmiast; być może powiemy o niezliczonych radościach życia, o pięknie przyrody, o szczęściu obdarzania innych przyjaźnią i miłością, o kochaniu czegoś najgłębiej i o pozostawieniu świata w lepszym stanie niż dotychczas.

„Kiedy poznałem, co to słabość, perspektywa śmierci, cierpienia, strachu, otworzyły mi się oczy na nieskończone bogactwo życia i miłości. Wszystkie moje poprzednie priorytety legły w gruzach. Co zaskakujące – poczułem się znacznie szczęśliwszy niż przedtem”.

To są słowa lekarza Davida Servana-Schreibera po tym, jak zdiagnozowano u niego raka mózgu (z książki „Można żegnać się wiele razy”). Stan, w którym się znalazł, nazywa wprost cudownym. Chciałby, aby każdy z nas mógł doświadczyć czegoś podobnego, oczywiście, bez konieczności operacji mózgu.

Jego życie zmieniło się nie do poznania. Przede wszystkim odkrył swoją misję: uczyć ludzi, jak żyć w zgodzie z naturą, czyli dobrze się odżywiać, dbać o ciało, aktywność fizyczną, wewnętrzną harmonię i spokój, kochać, być wdzięcznym. Napisał o tym książkę „Antyrak”, którą przeczytały miliony ludzi. Miał się czym dzielić: jego choroba cofnęła się. Przez kolejne lata jeździł po świecie z wykładami niosącymi nadzieję: możemy stymulować naturalne mechanizmy obronne organizmu, w każdym z nas istnieje źródło siły; możemy być zdrowi. Co stymuluje naturalne mechanizmy obronne? Więzi – rzecz najwyższej wagi – twierdzi David Servan-Schreiber. Chodzi o fundamentalną zasadę, że życie jest wyrazem relacji w ramach społeczeństwa, a nie zbiorem celów, do których dążą różni ludzie.

Tak naprawdę jest jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza.

W pewnym momencie poczuł ogromne zmęczenie. Przyjaciele mówili: „Uważaj na siebie…”. Stosował wszystko, co zalecał w książce „Antyrak”, z wyjątkiem jednego: pracował bez wytchnienia, bez odpoczynku. Ignorował podstawowe potrzeby, takie jak sen, regularny rytm dnia i regularnie jadane posiłki. Podróże, zmiany stref czasowych i klimatycznych, zbyt wiele stresu wyczerpało zasoby sił, guz odnowił się. „Jednym z najważniejszych sposobów ochrony przed chorobą jest zachowanie wewnętrznej równowagi, spokoju. Nie udało mi się to. Nie umiałem pozostać blisko natury i naturalnych rytmów” – napisał w książce „Można żegnać się wiele razy”.

David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons) David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons)

Zmarł, mając niewiele ponad 50 lat. Przed śmiercią bracia zadali mu pytanie: „Gdyby powiedziano ci, że kontynuując taki tryb życia, doprowadzisz do nawrotu choroby, czy żyłbyś inaczej?”. Odpowiedział z całą szczerością: „Nie. Wolę takie życie, które wiodłem, nawet jeśli doprowadziło mnie na skraj przepaści. Kiedy wracam do minionych lat, czy mogę zapomnieć, jak bardzo lubiłem swoją pracę, ile satysfakcji mi dostarczała?”. David robi bilans: poznał, co to miłość, ma żonę, dzieci i wyjątkowych przyjaciół, zostawił po sobie ślad. Pisze: „Gdybym żył do osiemdziesiątki, nie zrealizowawszy żadnego z moich marzeń ani aspiracji, to dopiero byłaby udręka”. Ten niezwykły lekarz mówi: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. W jego historii skupiają się wszystkie pozytywne przesłania i odkrycia na temat tego, co może chronić nas przed trwogą, rozpaczą czy lękiem wobec przemijania.

W pełni

Te prawdy są w nas. Gdy zaglądamy w głąb siebie i słuchamy cichego, jednak pełnego żaru głosu serca, sens i znaczenie naszego życia wyłaniają się z całą jaskrawością. Amerykański psychoterapeuta Irvin D. Yalom napisał niezwykłą książkę na ten temat. Nazywa się „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci” i jest zapisem relacji z praktyki pomocy psychoterapeutycznej, której udziela ludziom mierzącym się z podstawowym pytaniem: Skoro muszę umrzeć, jaki sens ma moje życie? Odpowiedź na to pytanie wydaje się absolutnie kluczowa. Albert Einstein jest autorem wielu inspirujących myśli. Jedną z nich jest ta: „Człowiek, który uważa swe życie za pozbawione sensu, jest nie tylko zwyczajnie nieszczęśliwy, ale i niezdolny do życia”. Doktor David Servan-Schreiber pisze, że mamy w sobie podstawowy zestaw pytań: Co zrobiłam i robię dobrego, właściwego i pożytecznego? Czy ustaliłam właściwe priorytety? Czy życie, które tworzę, ma wartość? Czy warto je kontynuować w takiej formie jak dotychczas?

Podczas rozmów z doktorem Yalomem ludzie dokonują następujących odkryć: To, co ważne, co ma sens, jest tworzeniem życia pełnego zaangażowania, bliskich relacji, znaczenia i samorealizacji. Rezygnowaniem z robienia czegoś, czego tak naprawdę nie chcemy robić. Gotowością do podejmowania ryzyka, aby wybierać to, co czujemy, że jest naszym przeznaczeniem, powołaniem czy misją. Gotowością przekraczania siebie poprzez obejmowanie świadomością całego spektrum życia, którego jesteśmy częścią; widzenie i rozumienie połączeń, relacji, wpływów, przekształceń i transformacji. Budzenia się do wyższej świadomości, do spokoju i radości. Z tych rozmów wynika, jak pisze Yalom, że istnieje ścisły związek pomiędzy lękiem przed śmiercią a poczuciem nieprzeżytego życia. Żyj pełnią życia – to podstawowe wskazanie. Jak poznać, czy żyjemy pełnią? „Niczego nie żałuję” – napisał doktor David Servan-Schreiber. Czy możemy tak powiedzieć? Jeśli nie możemy, pójdźmy dalej: Z jakich powodów nie przeżywam swojego życia dobrze? Czego w nim żałuję? Czego w nim brakuje? Co mogę zrobić już dziś, aby za rok czy za pięć lat, patrząc wstecz, nie wpadać w podobną konsternację z powodu nowych żalów? Jest tu jednak ważna kwestia: nie zajdzie żadna pozytywna zmiana, dopóki przywiązujemy się do myśli, że mamy żyć dobrze z powodu, który jest poza nami. Dopóki przerzucamy odpowiedzialność na innych, nie wyjdziemy z impasu. Zmiana zaczyna się od myśli: „Ja i tylko ja odpowiadam za kluczowe aspekty mojej życiowej sytuacji i tylko ja dysponuję mocą, która może je zmienić”.

Jak kręgi po wodzie

Okazuje się, że głęboko w nas tkwi pragnienie, by pozostawić po sobie ślad. Każdy z nas tworzy, często bez świadomej intencji czy wiedzy, kręgi wpływu, które mogą oddziaływać na innych latami, a nawet przechodzić z pokolenia na pokolenie. Kojąco może działać świadomość, że będziemy istnieć poprzez nasze „dzieła”: dzieci, książki, które napisaliśmy, instytucje, działalność społeczną. Że pozostawimy po sobie część doświadczenia, cechy, które miały wpływ na innych; wpływ, który rozszedł się jak kręgi po wodzie. Pragnienie, by dać innym coś wartościowego, pozostawić po sobie coś, co przetrwa dłużej niż my sami, to potężna podbudowa dla sensu życia pomimo przemijania.

„Kiedy tracimy kogoś bliskiego, kochaną osobę, coś z tego, co nam przekazała, nadal żyje w nas i nas inspiruje, pisze David Servan-Schreiber. Nasi zmarli żyją w naszych sercach. Ta forma »nieśmiertelności« daje mi najwięcej pocieszenia”. Zwierza się, że lubi myśleć, iż za każdym razem, kiedy jego ukochani poczują pieszczotę wiatru na twarzy, wtedy pomyślą, że wraca, by ich ucałować.

  1. Psychologia

Miłość i ryzyko. Co ryzykujemy wchodząc w związek?

Marina Abramović i Ulay w performensie
Marina Abramović i Ulay w performensie "Rest Energy", 1980. (Fot. BEW PHOTO)
- Miłość i lęk są udziałem nas wszystkich. I żadne z nich nie da się ocenić jako dobre czy złe, raczej chodzi o konsekwencje bycia w tych stanach. To się przekłada na związki - o czym innym są relacje w stanie lęku, o czym innym w stanie miłości - mówi psychoterapeuta Michał Duda.

Wchodząc w związek, zbliżając się do innej osoby, ryzykujemy. Czym?
Poczucie takiego ryzyka może być rozpatrywane na wielu poziomach. Najczęściej rozumiane jest w taki sposób, że ryzykuję odrzucenie, ryzykuję to, że nie będę mógł być sobą, że nie będzie tak, jak chcę. Ludzie łączą się ze sobą na różnych płaszczyznach, w zależności od tego, czego pragną w związkach. Część z nich ma silną potrzebę bezpieczeństwa i dla nich związek jest głównie o tym. W relacji szukają tego, co stabilne, poukładane, gwarantujące bezpieczeństwo. Będą raczej kreować domową rzeczywistość i dbać, żeby miała ona trwałe podstawy. Dążenie to bierze się wtedy z dziecięcych potrzeb, które kiedyś były zagrożone i wcale nie jest to takie dorosłe, jakby się wydawało.

Chociaż z zewnątrz wygląda to dość odpowiedzialnie.
Tak, to niby jest o dorosłości i odpowiedzialności, ale tak naprawdę chodzi o to, żeby stworzyć kontrolowaną bezpieczną przestrzeń, w której nie wydarzy się na przykład porzucenie. Ludzie często boją się odrzucenia, bo przeżyli je w dzieciństwie - realnie stracili rodziców albo mieli takich, którzy nie byli nimi zainteresowani lub byli uzależnieni od czegoś. Na emocjonalnym poziomie stracili poczucie oparcia, stabilności. I szukają tego w związku, znowu ryzykując utratę bezpieczeństwa.

Nie każdy szuka bezpiecznej przystani w związku.
Są też ludzie, którzy szukają przyjaciela z dzieciństwa, czyli osoby, z którą można uciekać z domu. On na przykład jest outsiderem, ona jest z przemocowego, alkoholowego domu, spotykają się i razem łażą po drzewach, biegają po łąkach. Ale to też jest cały czas dziecięce. Każde z nich rozumie to zranione dziecko w drugim. Ono jest wreszcie widziane, ma przyjaciela, z którym jest blisko. Związki oparte na takim uczuciu często są bardzo silne, lecz niekoniecznie zawsze łatwe. Osoby, które tęsknią za takim alternatywnym światem w stosunku do własnego niefajnego domu, mają romanse i wdają się w różne tego typu historie. Potrzeba połączenia się z „przyjacielem z dzieciństwa” jest silna. Takie spotkanie redukuje lęk i zmniejsza poczucie osamotnienia. Te relacje są o bezpieczeństwie, o byciu dziećmi, nie mają w sobie nic z realnego funkcjonowania związku. Kiedy pojawia się rzeczywistość, pojawiają się kłopoty. A ryzyko utraty takiego uczucia często jest rozpatrywane w kategoriach życia albo śmierci. Dziecięca płaszczyzna, na której ta historia się rozgrywa, oznacza wysoki poziom lęku i pustki w życiu, kiedy się traci takiego przyjaciela. Ludzie wpadają wtedy w depresje, tną się, mają próby samobójcze...

Reagują jak dziecko.
Jak zagrożone dziecko, które zostaje samo na świecie. Przyglądając się parom, można się zastanowić kto to jest - dzieci czy dorośli. Po drodze są jeszcze nastolatki, czyli związki, które mają charakter przygodowy, kiedy się razem zwiedza świat i łamie reguły. Taki związek różni się od poprzedniego tym, że jest trochę bardziej osobny. Tutaj głównie chodzi o wolność i robienie czegoś szalonego. Są zmienne nastroje, stawianie na swoim, jakaś funkcja przeżywania samotności. Ryzyko polega w tym przypadku wcale nie na szaleństwie, tylko „nieszaleństwie”. Związki nastolatków rozpadają się, kiedy przychodzi moment na rodzinę, dzieci, bo to dla nich mało atrakcyjny wzorzec.

Jeśli ktoś nie przeżył miłości w wieku nastoletnim, będzie szukał kogoś, kto się z nim zgra w tym klimacie. Na moment poczuje się głęboko zrozumiany w tej potrzebie i będzie miał wrażenie, że nikt go tak nie rozumie, że z nikim nie jest tak świetnie, i że wreszcie się odnalazł, i że to jest miłość jego życia. I rzuci wszystko, kupi motor, albo przyczepę kempingową, albo cokolwiek. Albo będzie włóczył się po pracy i ją zaniedba. Będzie robił rzeczy, które należą do tego czasu.

Jednak na tej płaszczyźnie jest mało przestrzeni na mówienie o swoich uczuciach, tu jest niebezpiecznie otwierać się za bardzo. Można mówić o swojej frustracji, złości, o tym jak inni są „niefajni” - słowem odreagowywać. Można mieć swoje światy, swoje tajemnice, podzielać ekscytacje, zachwyty. Poza tym wszystkim związki te są dużym źródłem konfliktów, bo każdy ciągnie w swoją stronę. Tak długo, jak długo ta wspólna ucieczka od życia jest realizowana, tak długo relacja się kręci. Ale kiedy tylko te potrzeby się rozchodzą, trudno jest rozwiązywać konflikty, które eskalują. Często jedna ze stron próbuje tak zmanipulować sytuację, żeby osiągnąć jakiś rodzaj kontroli czy przewagi i uzyskać to, czego chce. Jest to jakiś rodzaj uczuć, ale z perspektywy dorosłych ludzi, którzy się kochają, trudno to nazwać miłością. Nastolatka, która jest z nastolatkiem, niekoniecznie jest kobietą, która kocha mężczyznę. A ten nastolatek niekoniecznie jest mężczyzną, który kocha kobietę. Mówimy tu o związkach heteroseksualnych, ale te same mechanizmy dotyczą też związków tej samej płci.

Na czym polega różnica między nastolatkami a kobietą i mężczyzną, którzy kochają?
Z miejsca miłości zupełnie inaczej patrzy się na potrzebę, którą ktoś zgłasza. Staje się ona przedmiotem zainteresowania a nie kwestionowania. Poza tym, jeżeli ma się dostęp do tej pozycji, kiedy jest się dorosłą kobietą czy dorosłym mężczyzną, doskonale się wie, czy ta druga strona nas kocha czy nie. Z tego miejsca nie ma w ogóle zawahania - kobieta wie i mężczyzna wie. Nastolatki niekoniecznie - mogą się czarować, ściemniać, robić różne rzeczy. Jeżeli para kłóci się z miejsca nastolatków i jeżeli poprosi się te osoby, żeby na chwilę poczuły się kobietą i mężczyzną, którzy się kochają, ten konflikt radykalnie zmienia się w ciągu kilku minut. To jest zupełnie inne spojrzenie, zupełnie inna perspektywa.

Inne jest też ryzyko?
Jak mówimy o ryzyku, wszystko zależy, z jakiego miejsca doświadcza się relacji. Kiedy jestem dzieckiem, boję się, że stracę podstawę bezpieczeństwa albo jedyną przyjazną duszę i mój świat się rozpadnie. Gdy jestem nastolatkiem, ryzyko wiąże się z tym, że nie będzie tak, jak ja chcę. Chodzi o spełnianie pewnego wizerunku idealnej osoby czy związku. Kiedy potrzeby nie są zaspokajane, z miejsca nastolatków czuje się głównie złość i frustrację, a z perspektywy związku dzieci wywołuje to strach. Ludzie płaczą, cierpią, bo nie wydarza się to, czego by pragnęli i wtedy wydaje im się, że kochali tego kogoś. To jest bardzo łatwo pomylić - komuś, kto potrafi płakać, wydaje się, że potrafi kochać. Tymczasem jak się patrzy z perspektywy dorosłej osoby, która kocha, nie jest aż tak istotne, że nie dzieje się to, czego ja chcę. Mogę nawet nie być z tym kimś i tak go mogę kochać. Miłość nie przekłada się na to, czy ktoś robi to, co ja chcę czy też nie, czy ktoś jest wierny, czy nie.

To są raczej oczekiwania.
Tak. Choć to nie jest tak, że w tym nie ma też uczucia. Związki nastoletnie, wynikające z kompensacji braku, często są oparte na dominacji i uległości - w tej przestrzeni pojawia się zazdrość, chęć kształtowania partnera, żeby on jakiś był, dominowanie ekonomiczne, emocjonalne, seksualne. Można grać w pewien rodzaj gry, która sprawia, że ta druga osoba jest jakoś zależna. To jest zwykła polityka zapanowania nad partnerem po to, żeby robił tak, jak chcę.

Kiedy to się nie udaje, ludzie narzekają na siebie nawzajem, ale związek trwa. Nie są samotni, ktoś się plącze po domu. Natomiast jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek przeżył miłość, to wie, że to jest trochę co innego. Myślę, że ryzykiem jest popadnięcie w niedorosły rodzaj związku. Czyli jest to ryzyko niebycia w związku opartym na miłości. On nie jest już o podporządkowaniu, tam rangi nie grają tak dużej roli. To są zupełnie inne światy. Z perspektywy miłości ryzykiem jest utrata miłości a nie kontroli.

Jak dotrzeć do takiego dorosłego miejsca?
Mam wrażenie, że na każdym z etapów życia istnieje głęboka potrzeba przeżycia miłości - dziecko potrzebuje być kochane przez rodziców i potrzebuje kochać rodziców, musi też mieć kogoś, z kim jest blisko, coś w rodzaju miłości przedszkolnej i nastolatek także potrzebuje przeżyć swoją miłość. To są różne sposoby kochania. Gdy to się wydarzy, zwykle miłość transformuje się na wyższy poziom, bo poprzednie już się wypełniły i przestały być atrakcyjne. Pojawia się potrzeba miłości dorosłej na innej płaszczyźnie.

Jakiej?
Potrzeba bezpieczeństwa ustępuje wtedy potrzebie przynależności, czyli relacji. Jeśli nie potrzebuję już być w związku z potrzeby bezpieczeństwa, nie muszę kontrolować, manipulować, kłamać. Kiedy ludzie tego wszystkiego pilnują, nie ma już w nich przestrzeni, żeby otworzyć się na relację. Najczęściej z zewnątrz to wygląda tak, że osoby są razem, mają dzieci, robią razem różne rzeczy, jednak w fundamencie, na którym jest to zbudowane, jest wszystko, tylko nie miłość. Zazwyczaj ktoś funkcjonujący w tym paradygmacie dominacji i uległości będzie miał dwa rodzaje związków. Na przykład mężczyzna, którzy kontroluje i deprecjonuje swoją żonę, będzie miał kochankę lub kolejny związek z kobietą, która jest dominująca i będzie się do niej „modlić”.

Ta opozycja dominacji i uległości jest wewnątrz konkretnej osoby.
Tak, dotyczy psychiki i obie te wewnętrzne osoby potrzebują zewnętrznej relacji. To się rozgrywa też w sferze seksualności. Część osób uzależnia seksualnie drugą stronę lub działa na granicy przemocy seksualnej. Są też osoby, które szukają silnych w tym względzie partnerów i które chcą być uległe. Są różne gry seksualne, czarowanie, niedopuszczanie, uwodzenie. I warto mieć świadomość, że to właśnie słabi często mają dużą władzę nad silnymi. Jak się w to gra, ryzyko polega na stracie kontroli, co wywołuje poczucie lęku. Gdy się to dzieje, człowiek kontaktuje się z tym bazowym lękiem, na który relacja miała pomóc. Pytanie, na czym oparty jest taki związek. Kiedy w relacji nie jestem tylko ja, ale pojawia się też „my”, jest ona przeżywana zupełnie inaczej.

Trudno wyjść z polaryzacji, będąc w tych niedojrzałych relacjach. Może potrzebne jest bycie przez jakiś czas samemu?
Takie relacje podtrzymują wzorzec i bycie w płaszczyźnie lęku i realizowania potrzeby bezpieczeństwa. Osoby, które odnajdują tę potrzebę w sobie, nie muszą już szukać jej na zewnątrz. Bycie jakiś czas ze sobą jest jak najbardziej wskazane.

Ale wtedy robi się strasznie.
Strasznie się robi, jeśli nie ma się poczucia bezpieczeństwa w sobie. Jeśli zrezygnuje się z takiej relacji, która oparta jest na wzorcu dominacji i uległości, to niestety traci się to, że jest się cały czas czymś zajętym i nie ma się czasu myśleć, że się człowiek boi. Jak się to zostawi, pozostaje samo uczucie lęku i robi się strasznie. Jak się jest z tym strasznym czymś, trzeba zaakceptować to w sobie - że jest się słabym, śmiertelnym, podatnym na różnego rodzaju zranienia, choroby, trudności i w jakimś sensie też samotnym. To jest ludzkie. Rozwiązaniem tej sytuacji jest znalezienie w sobie tego miejsca, które jest delikatne. Dotknięcie tego najsłabszego elementu.

To też może być straszne, zwłaszcza na początku.
Ludzie się boją, jak się zaczynają do tego zbliżać. Ale jak poczują kontakt z tym, to ich to uspokaja. Pogodzenie się ze swoją słabością uwalnia z potrzeby kontrolowania. Bardzo dużo cierpienia bierze się z zaprzeczania temu delikatnemu, słabemu, wrażliwemu miejscu. Ale bez kontaktu z nim, nie jest możliwe poczucie szczęścia. Ci, którzy bronią się przed lękiem, mogą przeżywać zadowolenie, satysfakcję z odniesionego sukcesu. Różne rzeczy, ale uczucie szczęścia to nie jest. Ono jest specyficzne, wszechogarniające i jakoś pełne. Nie pojawia się z tego powodu, że coś się udało albo coś się zrobiło. Jeśli ktoś jest naprawdę szczęśliwy, przeżywa to również w kontakcie z tą wrażliwą częścią siebie. Trzeba ją przyjąć, pomieścić ją w sobie, nie bać się jej. Poczucie jej uwalnia z polaryzacji dominacji i uległości. Lęk bierze się z braku kontaktu z tym miejscem.

Jeśli się jest w stanie poczuć uczucia, które tam są, w jakimś stopniu przenosi to na inny poziom. Można przestać już różnymi postawami kontrolować swój mały wycinek rzeczywistości, czy to z miejsca z dziecka, czy nastolatka. Wtedy można wyjść z tego. Wtedy otwiera się przestrzeń, w której można poczuć, że się kogoś kocha, że się z kimś jest, że on istnieje, że on jest jakiś, że się go nie boi, że się jest go ciekawym, że można przeżywać bycie z tą osobą, a nie bycie obok niej i zastanawianie się, żeby ona tylko szła nam na rękę. Ona nie musi iść nam na rękę, nie chodzi też o to, żeby być grzecznym. Dorosłe relacje nie na tym polegają. Kiedy już się nie chroni tego delikatnego miejsca tak bardzo, wtedy czuje się wreszcie kontakt ze sobą i przestaje się czuć samotnym.

Najpierw trzeba samemu poczuć to miękkie miejsce, tak?
Zgodzić się z nim samemu, ale poczuć trzeba przy kimś. Z płaszczyzny lękowej wydaje się, że to jest najbardziej ryzykowna rzecz, jaką można zrobić. A z płaszczyzny relacyjnej jest to rzecz najbardziej bezpieczna. Jeśli jestem ze swoją wrażliwością i widać ją gołym okiem, nie muszę ściemniać. Nie muszę udawać, że tego nie ma ani przed sobą, ani przed kimś i wtedy mogę normalnie przy nim usiąść. Wtedy czuje się tę obecność, że się jest. Nie jest już tak, że część moich działań służy temu, żeby odwrócić uwagę od tego miejsca. Wtedy można być ze sobą. To otwiera zupełnie inne przestrzenie, jeśli chodzi o życie w relacji, o bycie w kontakcie. Pojawia się też dostęp do wszystkich innych uczuć - można się złościć, chcieć czegoś, ale chce się już inaczej. Wtedy złość nie jest już frustracją nastolatka, jest uczuciem samym w sobie. Paradoksalnie, otwierając to miejsce w sobie, człowiek czuje się dużo bardziej bezpieczny w relacjach niż w momencie, kiedy tego nie dopuszcza. To miejsce, wokół którego cała sprawa się kręci, niby jest najbardziej ryzykowne, ale tak naprawdę uwalnia od poczucia ryzykowania w relacjach.

I wtedy jesteśmy już w miejscu kobiety i mężczyzny?
Tak mi się wydaje. Zmienia się jakość, jest już inaczej. Wtedy, kiedy na przykład z kimś się nie zgadzamy, nie ma tego ciągnięcia w swoją stronę za wszelką cenę. Bardziej się widzi też tę drugą osobę, czego ona potrzebuje, dlaczego ona tego tak bardzo chce. To mnie zastanawia, ciekawi dlaczego jest to dla niej takie ważne. Z perspektywy miłości widzę i to, czego ja chcę i widzę to, czego ten ktoś chce. Ale nie ma już znaczenia kto wygra, ważne jest to, jak wspólnie rozwiążemy tą sprawę. Jak się kogoś kocha, nie ma innej opcji. Robi się to realna żywa potrzeba obydwu osób. Nie chodzi już o to, kto komu ulegnie, bardziej kto komu da się przekonać i nie wydarza się to na poziomie argumentów, tylko czucia, w którą stronę podążyć. W tym modelu nie bardzo można mówić o ryzyku, bo nawet jak się ludzie rozstają, to rozstają się, bo chcą się rozstać, a nie dlatego że ktoś kogoś oszukał, czy zdradził. To, co się dzieje w dorosłych relacjach, jest już dużo mniej sterowane przez stereotyp.

A takie ryzyko, że się przeżyje ból? Ono jest zawsze?
Zawsze. Ból jest. Kropka. On wiąże się z tym delikatnym miejscem, które najłatwiej jest zranić. Jednak, mimo najgorszych traum, które ludzie przechodzą w życiu, ono nigdy nie ginie. I tak gdzieś tam na dnie jest. Niezależnie z czym przychodzą ludzie do gabinetu psychoterapeutycznego, to miejsce zawsze daje się znaleźć. Zdolność do miłości nie zamiera. Myślę, że ta część w nas, choć wydaje się najsłabsza, jest jakoś niezniszczalna. Kiedy dotykamy tego wrażliwego miejsca, lęk już nie zarządza naszymi wyborami i percepcją.

Jest miłość albo lęk?
Trochę na to wychodzi. Oba te uczucia są udziałem nas wszystkich. I żadne z nich nie da się ocenić jako dobre czy złe, raczej chodzi o konsekwencje bycia w tych stanach. To się przekłada na związki - o czym innym są relacje w stanie lęku, o czym innym w stanie miłości. Ważna jest świadomość obu tych opcji, kiedy wiemy, że one są i wiemy, że można być w jednej, ale i drugiej. Z lękowej perspektywy zapomina się, że istnieje miłość.

Kwestia wyboru?
Dostęp do miejsca kochającej kobiety i kochającego mężczyzny poszerza perspektywę. Nie jesteśmy już przestraszonym dzieckiem czy nastolatkiem, jesteśmy w miejscu miłości, kiedy otwiera się więcej opcji, niż się nam wydawało wcześniej. Robi się ciekawiej, wychodzi się poza stare ramy, w których tak naprawdę było tylko kilka ruchów.

Z miejsca miłości rzeczywistość nie jest już tak przewidywalna.
To prawda, ale przez to bogatsza, piękniejsza. Poza tym można się dużo więcej dowiedzieć o sobie. Znajdujemy wtedy rozwiązania niemożliwe z miejsca lękowego.

Jak już wyjdziemy poza lękowe bieguny, okazuje się, że niewiele wiemy o sobie.
To jest bardzo ciekawe miejsce. Możemy stanąć naprzeciwko jakiejś osoby i zacząć iść w jej stronę. Co teraz? Teraz dzieje się to, co teraz jest. To, co czuję. Boję się? To się boję. Mogę być z tym lękiem, nie muszę udawać, że go nie mam, nie muszę się z niego tłumaczyć. I co ty na to?

No właśnie - co?
Ludzie boją się pokazać uczucia, ale druga osoba zazwyczaj reaguje bardzo dobrze. Jeśli ktoś naprawdę komunikuje to, co w tym momencie się z nim dzieje, nie chcąc osiągnąć żadnego rezultatu, to przemienia też partnera. Bo jak on teraz zacznie robić jakieś sztuczki, będzie zgrzyt.

Michał Duda psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie Psychologii Procesu. 

  1. Psychologia

Jak spojrzeć na życie z innej perspektywy? Podpowiadamy

(Fot. Getty Images)
(Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Podobno punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jeśli spojrzysz na swoje życie z innej perspektywy, może się okazać, że nie jesteś gotowa na zmianę, której tak pragniesz. Zanim dokonasz życiowej rewolucji, skontaktuj się z człowiekiem, którym teraz jesteś, doceń to, co osiągnęłaś. Pomogą ci w tym proste ćwiczenia.

Zamiast rewolucji

Jedna z życiowych mądrości mówi, że jeśli chcesz, aby wydarzyło się w twoim życiu coś nowego, ty również zrób coś innego niż zwykle. Innymi słowy, przestań robić ciągle to samo. Nie musisz wywracać swojego życia do góry nogami, aby zmiana się dokonała. Sama ją zainicjuj, wykonując jeden mały krok, np.: spotkaj się z kimś dawno niewidzianym, pojedź do miejsca, o którym marzyłaś, zmień nawyk, który zabiera ci mnóstwo cennego czasu. Działaj w inny sposób, niż robisz to na co dzień.

Pochwała podróżowania

Jesteś sfrustrowana tym, że nic się nie zmienia? Często myślisz, by rzucić wszystko i wyjechać w nieznane? Sprawdź, czy to tylko słowa rzucane na wiatr, czy prawdziwa potrzeba zmiany otoczenia. Jeżeli naprawdę potrzebujesz wyjazdu, po prostu wyjedź. Zadbaj o zmianę otoczenia, na kilka dni, tygodni, a może na dłużej. Każda podróż, daleka czy bliska, daje niezbędny dystans, pozwala spojrzeć na życie z lotu ptaka, wsłuchać się w swoje prawdziwe potrzeby, odpowiedzieć na pytanie: „Czego tak naprawdę chcę?”. Jeśli ty sama choć trochę zmienisz się dzięki podróży, zmieni się także twoje życie.

Jakiej nowej jakości potrzebujesz?

Zadaj sobie kilka pytań:
  • W jakiej sferze życia czuję najmocniej potrzebę zmiany?
  • Co dokładnie chciałabym zmienić w tej sferze życia?
  • Co mogę zrobić, aby coś się rzeczywiście zmieniło?
  • Jak mogę dać sobie to, czego tak bardzo potrzebuję?
Ostatnie pytanie jest kluczowe. Często chcemy, aby to świat i inni ludzie dali nam to, czego najbardziej potrzebujemy. Jeśli tego nie dostajemy, czujemy frustrację, gniew albo smutek. A gdyby najpierw dać to sobie samej? A w następnej kolejności – komuś bliskiemu? Partnerowi, komuś z rodziny, przyjacielowi?

Nie działaj w amoku

Wyobraź sobie taką sytuację: przeżywasz właśnie awanturę z partnerem albo w pracy ktoś oskarżył cię o coś, czego nie zrobiłaś. Twoje emocje buzują, we krwi krążą hormony stresu, nie panujesz nad słowami, jesteś nawet zdolna do fizycznej agresji. To właśnie jest amok emocjonalny – trochę odmienny stan świadomości, który zniekształca odbiór sytuacji. W takich chwilach chcemy coś jak najszybciej zmienić, zakończyć.

Lepiej poczekać, ochłonąć, pooddychać, a najlepiej zająć się czymś innym. Nie podsycać stanu wzburzenia obsesyjnymi myślami. Decyzje podjęte w chwili wzburzenia emocjonalnego są zazwyczaj nietrafne. Często ich potem żałujemy.

Praktykuj wdzięczność

To nie jest nowa moda w kręgach rozwoju osobistego, tylko technika, którą zalecają nauczyciele duchowi niemal wszystkich tradycji. Zasada jest prosta: zamiast narzekać na swoje życie i cierpieć, że coś nam się nie udało albo że coś straciliśmy, skupiamy się na tym, co mamy. Chodzi o przekierunkowanie uwagi na pełnię. Kiedy zaczynamy doceniać to, co mamy, odżywiamy siebie emocjonalnie. I nagle może się okazać, że już nie potrzebujesz zrywać relacji ani zmieniać na gwałt pracy. Możesz jeszcze poczekać i cieszyć się tym, co jest.

Trening małych kroków

Zacznij od małych kroków: codziennie powiedz do siebie na głos co najmniej jedną rzecz, za którą dziękujesz losowi.

Kup piękny zeszyt i zapisuj w nim wszystko, za co jesteś wdzięczna. Im więcej napiszesz, tym lepiej się poczujesz. Choć to tylko jeden z efektów tej praktyki. Chodzi przede wszystkim o zmianę myślenia.

Codziennie powiedz do swojego odbicia w lustrze, za co jesteś sobie wdzięczna. To nie jest praktykowanie niezdrowego egoizmu czy postawa narcystyczna. To zadbanie o dobrą relację z samą sobą, podbudowanie siebie, pokochanie taką, jaką jesteś.

Codziennie powiedz jednej osobie, za co jesteś jej wdzięczna (czasem wystarczy słowo „dziękuję”, które mówisz świadomie do kogoś bliskiego, znajomego, sprzedawczyni w sklepie).

Przeznacz kilka minut dziennie na przypominanie sobie pozytywnych wydarzeń z twojego życia i odczuwanie wdzięczności za to, że mogłaś tego doświadczyć.

Praca zaawansowana

Pomyśl o osobie, z której powodu dużo wycierpiałaś (np. partner, który cię opuścił, rodzic, który źle cię traktował, przyjaciółka która zawiodła twoje zaufanie).

Zadaj sobie pytanie: czy mogę być za coś wdzięczna tej osobie? Racjonalny umysł odrzuci tę propozycję, będzie się starał ją podważyć: „Jak można być wdzięcznym komuś, kto spowodował, że tak cierpiałaś”. To niełatwa praca, bo dotyka ran, które masz w sercu, ale za to je ulecza i robi miejsce na wybaczenie.

Uwolnij się od żalu i gniewu. Możesz napisać list do osoby z przeszłości – wyraź w nim wszystkie emocje, przelej na papier najgorsze słowa, a następnie spal to, co napisałaś. Możesz też porozmawiać z terapeutą, psychologiem, trenerem, aby słownie uwolnić emocje.

Kiedy to wszystko zrobisz, zadaj sobie znów pytanie: „Za co mogę być wdzięczna tej osobie?” (np. „dzięki niej przejrzałam na oczy, zmieniłam coś w życiu, zaczęłam nowy rozdział”). Najwyższym stopniem rozwoju jest w trudnych doświadczeniach widzieć nauczycieli.

Zaufaj biegowi wydarzeń

Myślisz o życiowej zmianie, ale nadal masz wątpliwości, czego tak naprawdę chcesz? Odłóż tę sprawę na jakiś czas. Pozwól, aby życie samo ci wskazało, co jest dla ciebie najlepsze. Czasami wyjściem jest zastosowanie filozofii „wu wei” (nicnierobienie jako nasz wybór). Poddajesz się życiu, ufasz, czyli puszczasz kontrolę umysłu. Zwykle przez długi czas nie dzieje się nic, by właśnie zmienił się ten jeden element, który wywraca wszystko do góry nogami. Tak jakby życie do nas mówiło: „Chciałaś zmiany, to ją masz”! Zamiast czekać na to, aż życie ruszy z kopyta, lepiej zacząć być w nim obecnym tu i teraz. Warto też wstrzymać się przed podjęciem ważnej decyzji, jeśli wokół ciebie dzieje się dużo i chaotycznie, coś się psuje, coś w ostatniej chwili się nie udaje…

Dagmara Gmitrzak, trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek, www.rozwojosobisty.waw.pl