1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czego chce od ciebie twój archetyp?

Czego chce od ciebie twój archetyp?

fot.123rf
fot.123rf
Jakie postaci literackie, filmowe, historyczne przyciągają twoją uwagę, pobudzają wyobraźnię, poruszają emocje?

Który film oglądałaś tyle razy, że mogłabyś odtworzyć z pamięci całą listę dialogową? Z którym bohaterem się utożsamiasz? Pewnie jest ich więcej niż jeden. Pewnie kilku łączą wspólne cechy. A pozostali są z zupełnie innej bajki... Spróbuj te cechy nazwać. Do jakiego archetypu twoim zdaniem przynależą? I przede wszystkim: czego ten archetyp od ciebie chce, czego cię uczy, dokąd prowadzi...

Jak masz się tego dowiedzieć? Najlepiej zasięgnąć informacji u źródeł. Czyli przeprowadzić wywiad z wybranym archetypem. Albo z kilkoma. Wchodząc w stan medytacyjny, w bliski kontakt ze sobą, usłyszysz jego odpowiedzi. A oto niektóre z pytań sugerowanych przez terapeutkę Caroline Myss:

– Dlaczego wybrałam ciebie?

– Gdzie się wcześniej spotkaliśmy?

– W jaki sposób wpływa na mnie mroczny aspekt ciebie?

– Co w tobie lubię?

– Jakie możliwości życiowe mają związek z twoją energią?

– Z jaką osobą z mojego życia jesteś najbardziej związany?

– Jak pomagasz mi wypełniać moje kontrakty z ludźmi?

– W jaki sposób pojawiasz się w moich snach?

– W jaki sposób twój wpływ zwiększa moje poczucie siły wewnętrznej?

– Czy masz negatywny wpływ na moją samoocenę albo na moje zachowania i postawy?

– Czego każesz mi się obawiać?

– Jakie mam pozytywne cechy, które pomogłeś mi wykształcić?

– Czego nauczyłam się ostatnio, co pochodzi bezpośrednio od ciebie?

– Jaką radę chcesz mi dać w tym momencie?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Etapy życia kobiety - co wnosi każdy z nich?

Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. (fot. iStock)
Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. (fot. iStock)
Etapy życia kobiety niekoniecznie zależą od wieku. Odchodzą i powracają, uczą. Nie ma faz lepszych lub gorszych. Na każdym etapie rozwoju odkrywamy inny kawałek siebie.

Przez pierwszych trzydzieści parę lat my, kobiety, jesteśmy w rolach, które często zbytnio nas „zagarniają”. Jesteś przed trzydziestką, a czujesz, jakby twoje życie nie należało do ciebie: zapracowana, nadmiernie oddana mężowi, dzieciom albo korporacji, gubisz po drodze sens tego wszystkiego i uwiera cię własna dusza. Około 35. urodzin wchodzisz w etap matkowania… własnej tożsamości. Kierowana potężną energią od środka, nabierasz dystansu do swojej fizyczności, ról, które odgrywasz. W twoim życiu krystalizuje się perspektywa ,,ja”, zadajesz sobie pytania: „kim jestem poza tymi rolami?”, „czego chcę?”, „dokąd zmierzam?”. Jeśli w naturalny sposób zaakceptujesz ten etap, perspektywa ,,ja” zacznie ustępować miejsca ,,byciu dla świata”, czyli służeniu ludziom swoją mądrością i życiowym doświadczeniem.

29-letnia Iwona została szefową zespołu w dużej agencji reklamowej. Kilka dni później zachorowała na grypę. – Nie pamiętam już, kiedy byłam tak poważnie chora – mówi. – Gorączka około 40 stopni nie spadała mi prawie przez tydzień. W malignie miałam wizję siebie jako małej dziewczynki, która zgubiła się w supermarkecie. To było przerażające doświadczenie.

Po chorobie Iwona długo nie mogła dojść do siebie. Minął miesiąc, a praca, która do tej pory tak ją cieszyła, przestała dawać dobrą energię. – Nie pomagały przepisane przez lekarza witaminy ani ziołowe preparaty na wzmocnienie. Po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się, czy moje życie ma sens. Najpierw prestiżowa szkoła średnia, potem elitarne studia, praca w korporacji, czasami po 12 godzin na dobę. Nie miałam czasu na poważny związek, na przyjaciół. Nie wiedziałam nawet, czy kiedykolwiek chcę mieć rodzinę, dzieci. Przyjaciółka namówiła ją na wzięcie bezpłatnego urlopu i samotny wyjazd w góry. Iwona wiedziała, że potrzebuje czasu, by zrobić bilans swojego życia i zastanowić się, co dalej.

Zatrzymaj się w biegu

Jolanta Włoch, psycholożka, terapeutka: Choroba pojawia się często na pewnym etapie rozwoju kobiety jako eskalacja wewnętrznego kryzysu. Jakby ciało było ostatnim głosem zmuszającym do zatrzymania się w biegu, wsłuchania w wewnętrzne potrzeby.

Współczesny świat zerwał z naturalnym przechodzeniem ludzkiego życia przez jego kolejne fazy: od długiego dzieciństwa, przez dojrzewanie połączone z oczekiwaniem na przywileje dorosłości, poprzez dojrzałość, aż do starości przygotowującej do śmierci. Teraz od dzieci szybko oczekuje się samodzielności, realizacji zadań, a równocześnie, dużo wcześniej niż kiedyś, dopuszcza się je do obszarów dawniej zarezerwowanych dla dorosłych (moda, zarabianie i posiadanie pieniędzy, kontakt z „dorosłymi” tematami w telewizji, internecie). Wcześniej też zaczyna się faza młodości, w której niemal wszystko już wolno (dochodzi do inicjacji seksualnej i alkoholowej). Zaczyna i zdaje się nie mieć końca, jakby broniła się przed przejściem w dojrzałość. Na randki bez zobowiązań, shopping i imprezki z zarywaniem nocy chodzą zarówno gimnazjaliści, jak i 40-latkowie.

Teresa Raczkowska, psycholożka, psychoterapeutka: Rozwój to scalanie wszystkich aspektów naszej osobowości. Żeby być w dobrej relacji ze światem, nie trzeba wyrzekać się samej siebie. Najczęstsze przeszkody stojące na drodze rozwoju wynikają z: braku akceptacji kobiecości przez matkę, oczekiwania szybkich rezultatów, przekonania o braku wpływu czy znaczenia naszych działań z powodu doznanych porażek oraz niezrozumienia, a przez to niechęci do samych siebie i ucieczki od tego, co w nas prawdziwe.

A tymczasem na każdym etapie życia, bez względu na wiek, warto raz na jakiś czas się zatrzymać, odsunąć wszystko, co zagłusza, i odkryć swoje miejsce błogości – czyli z czym lub kim i kiedy jest ci naprawdę dobrze, szczęśliwie, autentycznie.

38-letnia Agnieszka przyszła do gabinetu z powodu alkoholizmu męża, ale szybko okazało się, że nie to jest jej największym problemem. – Przez 15 lat małżeństwa byłam praczką, kucharką, pielęgniarką, terapeutką, ale mam tego dość – powiedziała. – Chcę wreszcie zacząć żyć swoim życiem, dbać o siebie, realizować marzenia, wyleczyć zęby, kupić sobie modny ciuch. Coraz mniej mnie obchodzi, czy on przestanie pić. Czy jestem wstrętną egoistką?

Kobieta w kryzysie

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka: Doskonale rozumiem obawy Agnieszki. Dla wielu z nas, od dzieciństwa wtłaczanych w rolę altruistek (uległych, podporządkowanych, zależnych), wewnętrzna potrzeba zadbania o siebie to proces, który trudno zaakceptować. Każdego tygodnia przychodzą do mnie kobiety około czterdziestki, które z przerażeniem odkrywają, że coś się w nich zmieniło, że przestały być takie jak dawniej, że stary scenariusz na życie przestał się sprawdzać, a nowego jeszcze nie mają...

Męskie kryzysy zwykle przychodzą ze świata: strata pracy, bankructwo firmy, konflikty w małżeństwie. W takich chwilach mężczyzna rzuca się w wir działania, analizuje sytuację, opracowuje strategię, zawsze ma plan B. Nasze kobiece kryzysy czają się w duszach, wywodzą się z wnętrza i w końcu, jeśli je bagatelizujemy, materializują się w zewnętrznym świecie. Mężczyźni po czterdziestce, po czasie pogoni za młodością (szalonym romansie z młodą sekretarką, kupnie sportowego samochodu) w końcu godzą się z upływającym czasem, zaczynają czerpać satysfakcję z tego, co udało im się osiągnąć, a od życia oczekują stabilizacji i spokoju. Kobiety mają odwrotnie. Budzą się nagle jak księżniczki ze stuletniego snu, mniej lub bardziej zbuntowane.

Maria jest znaną aktorką. Wkrótce skończy 55 lat. Wygląda na osobę znacznie młodszą. – Wie pani, w tym zawodzie wygląd to podstawa – tłumaczy. – Mówią, że masz tyle lat, na ile się czujesz. A ja niczego nie czuję, jestem w środku pusta. Kiedy gram na scenie, podziw fanów odejmuje mi lat. Gdy wieczorem wracam do wielkiego, pustego mieszkania, dopadają mnie demony realnego życia. Mąż, starszy o 20 lat. Jedyne, czego pragnie od życia, to spokojnie doczekać śmierci. Córka, niby dorosła kobieta, nie zasypia bez kilku drinków i ciągle jest na moim utrzymaniu. Na drugim końcu Polski mam kochanka, młodszego od mojej córki, który oczekuje ode mnie seksu, a ja nie wiem, czy tego chcę.

Kilka miesięcy temu odezwał się do mnie dawny narzeczony. Trzydzieści lat temu planowaliśmy wspólne życie. Tydzień przed ślubem zniknął. Dlaczego pojawił się właśnie teraz?

W pogoni za młodością

Ewa Klepacka-Gryz: Maria kompletnie pogubiła się w życiu. Nie wie, kim jest, czego potrzebuje, dokąd zmierza. Nieustanna walka z upływającym czasem przysłania jej prawdziwe pragnienia. Pod maską scenicznego makijażu ukryła prawdziwą twarz. Dramat tej sytuacji polega na tym, że ukrywa ją także przed sobą. Dopóki nie będzie gotowa skonfrontować się ze swoimi demonami, zatrzymać się w gonitwie za umykającą młodością, pomieścić w sobie swój ból, rozczarowania i cierpienie, żaden terapeuta jej nie pomoże.

Jolanta Włoch: Zgodnie z fazami życia kobiety, według Joan Borysenko, autorki książki ,,Księga życia kobiety”, rozwój nigdy się nie kończy i każda faza życia ma swój sens i urok. Nie warto trzymać się kurczowo i w nieskończoność młodości, bo kiedy będzie czas na smaki dojrzałości i starości? Gdy dziś patrzę na swoją twarz, na której jest milion zmarszczek, cieszę się z każdej z nich i nie zamieniłabym dojrzałej fazy życia na żadną wcześniejszą. Każda z moich zmarszczek na twarzy i duszy przyczynia się do bycia szczęśliwą kobietą. Mojej rocznej wnuczce życzę właśnie takiego harmonijnego, niespiesznego przechodzenia przez wszystkie fazy kobiecego rozwoju.

Recepta na zmiany

Kiedy pewnego dnia dysonans pomiędzy wyglądem, samopoczuciem i powinnościami obudzi cię o czwartej nad ranem – ogarnie cię paniczny lęk. Coś ci podpowie, że zabrnęłaś w ślepą uliczkę i dalej tak być nie może. Wewnętrzny głos szepcze: „stój, zatrzymaj się, posłuchaj, co ci w duszy gra”. Role, jakie narzuciło ci życie: bycie matką, perfekcyjnym pracownikiem, gospodarną żoną – sprawiają, że nie wiesz, kim naprawdę jesteś. Na dodatek dobija się do ciebie twoja przeszłość; pojawia się dawny narzeczony, wracają niezrealizowane marzenia, wątpliwości, czy twoje małżeństwo albo praca, ta sama od lat, to na pewno to, o co ci w życiu chodzi. Nagle ożywa w tobie bunt nastolatki; chcesz tańczyć, myślisz o zmianie zawodu, partnera, miejsca zamieszkania. Właśnie owa potrzeba zmian najbardziej cię przeraża. Co się dzieje? Tkwisz w teraźniejszości i pragniesz zmian, jednocześnie bardzo się ich bojąc.

– Tymczasem rozpoznanie, kim jesteś, i akceptacja własnych potrzeb są warunkiem rozwoju – mówi Jolanta Włoch. – Odpowiedz sobie choćby na proste pytania, np. „Czy jesteś introwertyczką czy ekstrawertyczką?”. Czyli: czy lepiej czujesz się sama ze sobą lub w kameralnym gronie, czy wśród bardzo hałaśliwego tłumu? Czy potrzebujesz wciąż nowych bodźców, bo inaczej się nudzisz, czy też możesz spędzać kolejne wakacje w tym samym odludnym miejscu, z książką? Jeśli jesteś – jak ja – introwertyczką z małą potrzebą stymulacji, nie powinnaś żyć w stylu ciągle głodnej wrażeń ekstrawertyczki, bo się unieszczęśliwisz.

Jeśli rozpoznasz, który etap, bez względu na metrykę, właśnie przechodzisz, znajdziesz się bliżej siebie. Twoi przyjaciele jadą całą bandą w Himalaje? Jeśli jesteś „z innej bajki”, miej odwagę z tego zrezygnować.

Dla świata czy dla siebie?

Mężczyzna określa swoją wartość poprzez sprawczość, działanie w świecie zewnętrznym, natomiast kobieta – poprzez relacje.

Kiedy jesteś małą dziewczynką, to matka (przekonaniami czy zachowaniami) pokazuje ci, jak to jest być kobietą. Przez pierwszych 20 lat życia szukasz autonomii, a podstawowe pytanie, jakie sobie zadajesz, to: „Czy chcę być miła, grzeczna i uległa (tak jak chciała matka) czy raczej autentyczna?”. Przez kolejnych 10 lat szukasz partnera na życie, który nauczy cię, jaką masz być kobietą dla niego (bo matka właśnie tego nauczyła cię oczekiwać od mężczyzny). Dodatkowo próbujesz odnaleźć swoją tożsamość zawodową – dobry pracownik, czyli jaki? Spełniający bez sprzeciwu polecenia szefa czy kreatywny, twórczy, niezależny? W imię dbania o relacje twój wewnętrzny system wartości często zostaje wystawiony na bolesne próby, no bo czy masz być wierna sobie czy innym? Dopóki nie znajdziesz kompromisu w tej sprawie, wewnętrzny głód domagać się będzie zaspokojenia, a lęk przed nieznanym zakłóci twój spokój. Zaczniesz sama siebie sabotować, pojawią się wątpliwości: ,,Czy ja nie zwariowałam?” i rozdźwięk pomiędzy tym, kim jesteś, a kim chciałabyś być.

Rozwój kobiety nie jest wyznaczany metryką urodzenia, wyglądem, stanem posiadania, stażem w związku czy ilością ról do spełnienia. Czasy, kiedy dokładnie było określone, co wypada 20-latce, a czego nie powinna robić 40-latka, na szczęście powoli odchodzą do lamusa. Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. Jak pisze Joan Borysenko w „Księdze życia kobiety”, rozwój zmierza do ostatecznego końca, czyli do odkrycia własnej tożsamości.

Od nigredo do coniunctio

Rozwój kobiety to – według Moniki Gajdzińskiej, autorki książki ,,Jestem kobietą. Prawdziwe historie. O związkach, nadziejach, marzeniach, odwadze i przyjaźni” – alchemiczny proces przemiany. Na początku drogi jesteś prima materią – pierwotną materią, która wymaga obróbki, uszlachetnienia. Nie wiesz jeszcze, jaka jest twoja osobista droga, rola w większym planie.

Kiedy jesteś na to gotowa – pojawia się ZMIANA. Wydarza się coś, co wywraca życie do góry nogami (choroba, śmierć kogoś bliskiego, bolesny rozwód, utrata pracy). To (zgodnie z alchemicznym nazewnictwem) faza podgrzewania materii, czernienia – faza nigredo. Nie masz pojęcia, co ze sobą zrobić. Płaczesz, dopada cię depresja, czujesz, że jesteś w sytuacji bez wyjścia. Wtedy najlepiej nie robić nic, cierpliwie poczekać.

To kryzys – moment, kiedy stare przestaje działać, a nowe jeszcze się nie pojawiło. Ważne, byś powstrzymała się od działania na oślep, nie wybierała pierwszego lepszego rozwiązania. Jeśli wsłuchasz się w siebie, pozwolisz sobie na przeżycie wszystkich emocji, nawet tych najtrudniejszych, pojawi się kolejna faza – faza albedo (wybielenie, srebrzenie).

Z pustki zacznie wyłaniać się nowy porządek. Jeśli całą sobą poczujesz, że nadeszła odpowiednia pora, że jakaś propozycja czy nawet najbardziej zaskakujący pomysł jest tym, czego potrzebujesz, by odbić się od dna – działaj. Wkroczysz wtedy w fazę rubedo – czerwienienia.

Zaczniesz wprowadzać w życie wielką zmianę. Podejmiesz nową pracę, otworzysz się na nową miłość, zaczniesz malować, wyjdziesz do ludzi. Jeśli wytrwasz na tej drodze pomimo chwil zwątpienia, może uda ci się osiągnąć ostatnią fazę alchemicznego procesu – fazę coniunctio, czyli najczystszego złota.

Umów się na darcie pierza

Kiedy świat przestaje cię rozumieć, ba, ty sama siebie nie rozumiesz, szukaj… innych kobiet!

„Kobiety zawsze spotykały się i dzieliły doświadczeniem” – pisze Monika Gajdzińska – „Ta potrzeba jest częścią naszej natury. W wielu z nas do dzisiaj pozostała tęsknota za bliskością płynącą z godzin spędzanych wspólnie przy darciu pierza, opiece nad dziećmi, codziennych obowiązkach i pracy”.

  1. Psychologia

Na tropie współczesnych przejawów mitu o femme fatale

Kobieta fatalna przez lata karmiła (głównie męską) wyobraźnię. Kusi i uwodzi, innym razem wzbudza troskliwe odruchy, a wszystko po to, by zdobyć, wykorzystać i porzucić. (Fot. iStock)
Kobieta fatalna przez lata karmiła (głównie męską) wyobraźnię. Kusi i uwodzi, innym razem wzbudza troskliwe odruchy, a wszystko po to, by zdobyć, wykorzystać i porzucić. (Fot. iStock)
Kusi i uwodzi, innym razem wzbudza troskliwe odruchy, a wszystko po to, by zdobyć, wykorzystać i porzucić… Kobieta fatalna, pożeraczka męskich serc. Przez lata karmiła (głównie męską) wyobraźnię. Ile w tym obrazie prawdy, a ile lęku lub złośliwości? Czy taka kobieta naprawdę istnieje?

Mit pięknej i niebezpiecznej kobiety jest głęboko zakorzeniony w naszej kulturze. Wywodzi się ze starożytnych wierzeń, wczesnym przykładem femme fatale była sumeryjska bogini wojny i miłości Isztar. W greckiej mitologii występowała Kirke, która uwiodła Odyseusza, w mitologii żydowskiej pierwsza żona Adama – Lilith, która była sprawczynią szalonej miłości, ale też upiorzycą. I wreszcie biblijna Ewa – doprowadzająca Adama, a tym samym i całą ludzkość, do zguby… Przyznaję, że nie do końca czuję postać femme fatale. Próbuję zebrać wszystko, co o niej wiem: jest piękna, inteligentna, niezależna. Zna się na mężczyznach, wie, co na nich działa; nie musi chodzić w seksownych ciuchach, żeby roztaczać wokół siebie czar kobiety, o której każdy marzy. Ale co to znaczy: „nie jest w stanie się oprzeć”? Przecież dorosły mężczyzna ma siłę i wolę, by o sobie decydować. Poza tym nie każdy flirt jest grzeszny i nie każdy musi mieć finał w sypialni. Fatalna kobieta kontra wykorzystany i porzucony mężczyzna – jakoś to do mnie nie przemawia.

Świadomość atutów

Panią S. poznałam przed laty, kiedy pisałam tekst o kobietach sukcesu. Była prezeską jednego z potężniejszych koncernów. Niewątpliwie miała władzę i była świadoma, że jako kobieta w świecie mężczyzn może wiele ugrać, wykorzystując swoje kobiece atuty. Doskonale pamiętam jej czerwone szpilki i krwistą czerwień na ustach. – Na zebraniach zarządu jestem ja i 40 mężczyzn. Dlaczego mam nie korzystać z faktu, że jestem kobietą? – mówiła. Byłam pod jej ogromnym wrażeniem.

Wiktoria śmieje się, że żyje z mężczyzn, bo większość zleceń zawodowych załatwiła sobie „przez łóżko”. Dzięki temu ma pracę, pieniądze i fajny seks, czyli jak sama mówi „łączy przyjemne z pożytecznym”. Miała nawet epizod (zawodowy i prywatny) z mężem jednej z przyjaciółek. Kiedy pytam ją, czy czuła do niej złość albo zazdrość, rzuca lekko, że moralność i wierność partnerów innych kobiet to nie jej sprawa.

Moim zdaniem obie kobiety łączy jedno: są świadome siebie, swoich atutów, także cielesnych, i potrafią używać mózgu. Może to właśnie nie podoba się innym? Może tego się boją? I na podstawie tego lęku i niecheci tworzą mit, pokutujący od wieków.

Postanawiam zasięgnąć wiedzy u źródeł, u kogoś, kto poznał ten mit od podszewki. Vincent V. Severski, pisarz, autor powieści szpiegowskich, wydał w ubiegłym roku książkę „Christine” o Krystynie Skarbek, klasycznej femme fatale, agentce brytyjskich służb specjalnych w czasie II wojny światowej.

Vincent V. Severski, 'Christine', wyd. OsnoVa (2019) Vincent V. Severski, "Christine", wyd. OsnoVa (2019)

Chodzi tylko o seks?

Ulubienica Churchilla, kochanka Iana Fleminga, pierwowzór Vesper Lynd – dziewczyny Jamesa Bonda z pierwszej powieści „Casino Royale”, następczyni Maty Hari…  – Tak naprawdę są dwie Krystyny Skarbek – jedna, ta prawdziwa, która urodziła się, żyła i zginęła tragicznie, i druga – produkt medialny, w dużym stopniu wymyślony życiorys, który powstał po jej śmierci – mówi Severski.

Już sama śmierć była spektakularnym wydarzeniem – klasyczne zabójstwo w afekcie (dźgnięta nożem prosto w serce przez odrzuconego, domniemanego kochanka) i uruchomiła lawinę fantazji na temat jej życia i działalności szpiegowskiej. – Tymczasem były Polki bardziej znane i bardziej zasłużone jako agentki wywiadu – zauważa Vincent Severski. – Zbierając materiał do książki, zacząłem się przyglądać temu, gdzie jest granica pomiędzy prawdziwą Krystyną Skarbek a mitem, funkcjonującym w mediach i w książkach na temat jej życia.

Zaraz po jej śmierci zaczęli pojawiać się mężczyźni, którzy snuli opowieści o poznaniu Krystyny, zawiedzeni – mniej lub bardziej – znajomością z nią. – Z tego zrodziło się ze 150 kochanków, w tym choćby Włodzimierz Ledóchowski, hrabia, który w swoich pamiętnikach uwiecznił romans z Krystyną. Jest w nich m.in. barwna opowieść o tym, jak szedł z nią zimą przez Tatry do Polski, po ciężkim marszu położyli się w śpiworach pod gałęziami świerku, mróz -30 stopni, obydwoje zmęczeni, brudni, nagle ona zaczyna się do niego dobierać. Nie mogli zaczekać, aż dojdą do Zakopanego? To prymitywne, ale dobrze buduje postać, doskonale obrazuje przykład tworzenia się legendy kobiety wampa – tłumaczy Severski.

Przyznaję, że czuję się zawiedziona. Ale i zaintrygowana. Czyżby to właśnie mężczyźni byli sprawcami czy raczej twórcami mitu o femme fatale. – Ja doliczyłem się raptem pięciu kochanków, a nie stu – mówi Severski. – Czy pięciu kochanków w czasie wojny to jest jakieś naruszenie standardów? – pyta.

Nie mam pojęcia, ale zastanawiam się, czy w zjawisku femme fatale zawsze chodzi o seks. A może mit dotyczy właśnie liczby kochanków, podczas gdy sedno zjawiska to jej osobowość, a nie natężenie orgazmów? – Oczywiście Christine nie była purytanką, ale nie sądzę, by w pracy agentki wykorzystywała seks – wyjaśnia Severski.

Wojna moja miłość!

– Krystyna Skarbek potrafiła uwodzić, bo wiedziała, jakimi atrybutami dysponuje. Była bardzo inteligentna, miała bogatą osobowość. Gdziekolwiek się pojawiała, mężczyźni zawsze do niej lgnęli, a kobiety ją odrzucały. Była głodna życia, niesłychanie aktywna, szalenie otwarta. Wiedziała, że ma jakiś dar, urok, który potrafiła wykorzystać także jako agentka brytyjskiego wywiadu. Hasło jej życia to: wojna moja miłość! – mówi pisarz. – A co z taką prawdziwą miłością? – dopytuję. – Była wielka miłość, z Andrzejem Kowerskim. Ich relacja burzy obraz Krystyny jako bezwzględnej uwodzicielki. Spotkali się jeszcze przed wojną, w Zakopanem. Andrzej to kaleka, bez nogi, wcale nie przystojny i od niej młodszy. Ich związek był niezwykle silny, rozstawali się, a potem do siebie wracali. Dzień przed śmiercią Krystyna dzwoniła do Kowerskiego, chciała, żeby do niej wrócił. Są razem pochowani.

– No dobrze, czyli kochała prawdziwie, ale jednak zginęła z rąk odrzuconego kochanka, jak na kobietę fatalną przystało – podkreślam. – Krystyna była szpiegiem czasów wojny. Kiedy wojna się skończyła, prawdopodobnie doznała silnego syndromu odstawiennego. Wojna jest jak narkotyk, wszystko się robi na maksa, a to uzależnia. I nagle ta adrenalina, która ciągle w tobie jest, nie znajduje ujścia. Krystyna, która w czasie wojny ratowała świat, nagle musiała ścielić łóżka na statku (była stewardessą i pokojówką). To się musiało źle skończyć. Jej zabójca, Denis Muldowey był nikim, to nie był partner dla niej. Steward na statku, kucharz. Chodziła z nim do klubów, tak jakby chciała ludzi drażnić mężczyzną u boku, na widok którego wszyscy zastanawiali się: skąd on się tu wziął? Podejrzewam, że wykorzystała go jako narzędzie do samobójstwa.

Kat czy ofiara?

Zdaniem psychologów w relacjach pomiędzy kobietą wampem a mężczyznami jest coś na rzeczy, a początek historii sięga korzeniami dzieciństwa. Krystyna Skarbek była silnie związana z ojcem, była jego gwiazdeczką – rozpieszczaną i adorowaną. Kiedy stracił rodzinny majątek, jej życie się odmieniło. Być może ten fakt był powodem ogromnego rozczarowania mężczyznami. Często w rolę femme fatale wchodzą kobiety, które jako dziewczynki były emocjonalnie porzucone przez ojca. Czy chęć odwetu w dorosłym życiu jest symbolicznym aktem zemsty na ojcu? Być może. A kim są ci biedni mężczyźni, którzy w taki okrutny sposób pozwalają się wykorzystywać przez kobiety modliszki? Historia zna wiele przypadków, kiedy romans z niewłaściwą kobietą doprowadził zamożnego mężczyznę do bankructwa. Albo polityka czy innego znanego osobnika płci męskiej  naraził na zrujnowanie ciężko wypracowanej kariery. No cóż, wielu mężczyzn lubuje się w kobietach o tzw. złym charakterze, demoniczny pierwiastek może być naprawdę bardzo pociągający. A może to tęsknota za despotyczną matką, którą można było podziwiać, ale seks z nią był tabu? Toksyczne związki nie należą wcale do rzadkości, choć – przynajmniej w opowieściach – sprawcą częściej jest mężczyzna niż kobieta.

Nie zapominajmy, że kat i ofiara czerpią jednakowe zyski z utrzymywania się w swoich rolach. Wielu mężczyzn, ale też wiele kobiet wykorzystanych przez partnera, po rozstaniu wybiera kolejną osobę o typie kata. Można więc uznać, że femme fatale i jej ofiara realizują wspólny scenariusz, a ich relacja jest grą w miłość i nienawiść, a może bardziej w miłość i wojnę (pamiętacie hasło Skarbek: wojna, moja miłość?). Dziś ta relacja bardziej przypomina rywalizację, a flirt jest tu skuteczną kobiecą bronią.

Moim zdaniem współczesna femme fatale jest typem walecznej wojowniczki: wykorzystując swoje kobiece atuty, walczy o coś, co do niedawna należało do świata mężczyzn; władzę, sławę, karierę czy prawo do kochanka na jedną noc. W naszej kulturze, gdzie kobieta ciągle jeszcze może być albo kurą domową, albo facetem w spódnicy, rywalizującym z mężczyznami o stołek prezesa – to nadal szokuje. Ale sadzę, że odrobina energii femme fatale tkwi w każdej z nas i nie powinnyśmy się bać z niej korzystać. Każda z nas ma swoją historię, swoje miłości, miłostki i romanse, swój skrypt na poruszanie się w męskim świecie, ale im bardziej znamy samą siebie, tym bardziej wiemy, co jest naszym atutem. Nie bójmy się sięgać po swoje w relacjach, ale róbmy to na partnerskich zasadach, nie wchodząc ani w rolę kata, ani ofiary.

  1. Psychologia

Doceń swoją kobiecość

Wiosna to doskonały czas nie tylko na domowe i mentalne porządki, ale również na to, aby obudzić swoją kobiecość. (fot. iStock)
Wiosna to doskonały czas nie tylko na domowe i mentalne porządki, ale również na to, aby obudzić swoją kobiecość. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W tym roku wiosenne porządki zacznijmy od siebie i swojego podejścia do kobiecości.  Dom, wymiana garderoby, zmiana fryzury, dieta cud i siłownia trzy razy w tygodniu - wszystko bardzo fajnie, ale gdzie w tym wszystkim jesteśmy my? 

Dom, wymiana garderoby, zmiana fryzury, dieta cud i siłownia trzy razy w tygodniu - wszystko bardzo fajnie, ale gdzie w tym wszystkim jesteśmy my? W tym roku wiosenne porządki zacznijmy od siebie i swojego podejścia do kobiecości.  

 

Krok pierwszy: skonfrontuj się z bałaganem

Najpierw tym na zewnątrz, czyli z mitami na temat kobiecości i tego, jakie mamy być. Emocjonalna (często miewa fochy), uległa w seksie, słabsza fizycznie, empatyczna, niewiele oczekująca, za to zawsze gotowa do tego, by zaopiekować się, zatroszczyć, współczuć, zrozumieć i przede wszystkim grzecznie dopasowująca się do obrazu kobiecości, który w dużej mierze stworzyli mężczyźni… Jak ci się to podoba? Nie masz ochoty tupnąć nogą i powiedzieć: „Dość tych bzdur, wcale taka nie jestem”? Zrób to! Na początek przed lustrem, w samotności. Zmarszcz czoło, nadmij usta, zaciśnij pięści. Czujesz swoją moc? Skąd ona płynie, z jakiej części ciała? Z mocnych nóg, silnych bioder, miękkiego, ciepłego brzucha? Właśnie tak! Być może na początku twoje poczucie mocy bardziej będzie płynąć z głowy niż ciała. To nic, nie przejmuj się. Popatrz w lustrze na swoją bojową postawę, dobrze ją zapamiętaj. Najmądrzejsi tego świata kładą nam do głowy, że zmianę należy zacząć od środka – miej to w nosie. Tym razem zrób inaczej, po swojemu. Nie czekaj, aż objawi się w tobie siła, która sprawi, że będziesz mocno stąpać po ziemi i mówić zdecydowanym głosem, po prostu „zaprogramuj się” na nią i zacznij właśnie tak mówić i chodzić. Nie bój się, puść kontrolę, skończ ze wszystkimi: „nie wypada”, „nie potrafię”, „ośmieszę się”. Popatrz: ziemia jest kobietą, budzi się na wiosnę bez względu na aurę za oknem, pokazuje swoją moc. Powiedz: „Tak, jestem emocjonalna, bo kobiecość to ruch, zmiana, emocje. Jestem słabsza fizycznie od mężczyzny, ale to ja noszę w swoim brzuchu nowe życie, posiadam moc tworzenia. Dość mam spełniania wyłącznie cudzych oczekiwań, za to mam prawo oczekiwać od innych. Szacunku od partnera, docenienia od szefa, bliskości w relacjach miłosnych i przyjacielskich. I to ja wiem, co jest dla mnie najlepsze”.

Pamiętaj: Chińska starożytna mądrość głosi, że każda z nas ma tylko jedną ważną rzecz do wykonania w życiu: wchłaniać w siebie, gromadzić i przechowywać energię. To jest nasze kobiece przeznaczenie. Mamy wielką misję do wypełnienia: być niewyczerpanym, energetycznym źródłem radości, optymizmu, piękna i miłości dla wszystkich, a przede wszystkim dla samych siebie. Dlatego nie pozwól, żeby inni robili ci w głowie bałagan i nadawali kierunek twojej energii.

Kobiecość to hasło, które obrosło w wiele mitów. Niestety, często same definiujemy siebie przez ich pryzmat. (fot. iStock) Kobiecość to hasło, które obrosło w wiele mitów. Niestety, często same definiujemy siebie przez ich pryzmat. (fot. iStock)

Krok drugi: odróżnij to, co twoje, od tego, co cudze

Zacznijmy od seksu, tej sfery, w której podobno mamy być uległe. Daniel Bergner w swojej książce „Czego pragną kobiety. O kobiecym pożądaniu w przełomowych badaniach seksuologów” cytuje przede wszystkim badaczki kobiety, i chwała mu za to. Ze wszystkich przedstawionych badań jasno wynika, że kobiece pożądanie w większości przypadków wcale nie jest wyzwalane ani podtrzymywane przez bliskość emocjonalną i poczucie bezpieczeństwa. Motyle w naszych brzuchach najsilniej budzą fantazje o seksie z nieznajomym. Nasze pożądanie ma zwierzęcą naturę. Owszem, ważne są dla nas relacje czy trwałość związku, ale wynika to bardziej z rozsądku i nakazu społecznego niż z natury naszego pożądania. Lubimy seks tak samo jak mężczyźni, tylko nie zawsze mamy odwagę się do tego przyznać. Podniecają nas silni, niezależni mężczyźni, nieco apodyktyczni i wyraźnie mówiący o tym, co ich w nas pociąga. Chcemy faceta, który nas podziwia i zachwyca się naszą mocą, a nie pielęgnuje jak bezradną dziewczynkę. Bywa, że zaprzeczamy sile naszego pożądania, nie dlatego, że nie mamy kontaktu z ciałem, ale dlatego, że tak wypada.

My, kobiety, zwykle myślimy o sobie w rolach (matki, żony, kochanki, pracownicy itp.) i w relacjach. Zapytane o to, w czym potrzebujemy pomocy, opowiadamy o problemach, które mają z nami inni: „źle wychowuję dzieci”, „szef uważa, że nie zasługuję na awans”, „mąż mnie zdradza, bo twierdzi, że odmawiam mu seksu”. Ale kim jest ta osoba, która tak bardzo zawodzi innych? No właśnie. Dlatego stań jeszcze raz przed lustrem i powiedz mocno i dobitnie: „Ja jestem”. Czujesz moc tego stwierdzenia? Ono daje korzenie, osadzenie, dotarcie do rdzenia kobiecości. Tego, co twoje, nie innych.

Pamiętaj: Kobieta zmysłowa i akceptująca swoją energię seksualną – wbrew temu, co mówią i myślą inni – nie musi uprawiać seksu kilka razy dziennie. Możesz być akurat w takim momencie życia, kiedy nie masz stałego partnera i nie uprawiasz seksu, a mimo to jesteś w kontakcie ze swoją mocą: piszesz wiersze, malujesz, tańczysz albo gotujesz pyszną wiosenną zupę. I innym nic do tego.

Krok trzeci: obudź swoją wewnętrzną kobietę

Gdzie w ciele najmocniej czujesz esencję swojej kobiecości? Większość zapytanych o to pań wskazuje brzuch. Mnie kobiecość kojarzy się symbolicznie ze zwiniętym wężem leżącym w kołysce miednicy, na samym dnie, trzy palce poniżej pępka. I nie chodzi mi wyłącznie o seksualność, ale o kobiecą energię życia.

Chcesz ją obudzić, poczuć, wpuścić do dusznego pomieszczenia odświeżający powiew? Na początek możesz wykonać następujące ćwiczenie: Stań przed lustrem i wykonaj ruch/gest przebudzenia; rozprostuj ciało, przeciągnij się, poczuj swój brzuch, biodra, miednicę. Co się dzieje? Czy twoje ciało czuje się bezpieczne w pozycji otwartej: szeroko rozłożone ramiona, otwarta klatka piersiowa, odsłonięty brzuch? A może masz ochotę skulić się, objąć ramionami albo usiąść, założyć nogę na nogę, zakryć twarz dłońmi? Jeśli tak czujesz, zrób to, przyjmij pozycję jak najbardziej bezpieczną dla siebie. Teraz ponownie skieruj uwagę w okolicę brzucha, bioder. Co tam się dzieje? Posłuchaj uważnie, aż poczujesz jakiś ruch, delikatne ciepło w okolicy podbrzusza albo łaskotanie, a może jedynie ledwie odczuwalne drgnięcie. Tam mieszka twoja wewnętrzna kobieta, która na wiosnę czuje zew przebudzenia. Nawet jeśli to doznanie jest bardzo delikatne, pełne niepewności, a sama myśl o przebudzeniu, poruszeniu go napawa cię lękiem, poczuj je wyraźnie.

Krok czwarty: przyjmij postawę mocy

Kobieta, która nie jest świadoma swojej mocy, odczuwa słabość w nogach: miękkość w kolanach, napięcie w udach, drętwienie, mrowienie, bóle w stopach. A siła nóg uzależniona jest od świadomości miednicy. Miednica to centrum naszej stabilności, z którego wychodzi każdy ruch. Spróbuj ją sobie wyobrazić jako naczynie z wodą, w której pływają drobinki – drogocenne kryształki, ale także opiłki zanieczyszczeń. Te opiłki to twoje zamrożone, niechciane, niepoczute i nieprzeżyte uczucia. Zamrażając je – usztywniasz miednicę. Twoje biodra zamierają, a w brzuchu nie ma ruchu.

Pamiętasz poprzednie ćwiczenie polegające na obserwacji doznania w brzuchu? Wróć do tego, ale tym razem skoncentruj się na wykonaniu kołysania miednicą. Usiądź na brzegu krzesła, połóż stopy płasko na podłodze, staraj się siedzieć w miarę prosto i swobodnie. Poczuj ciężar pośladków na siedzeniu. Poczuj swój kręgosłup i zwróć uwagę na pozycję głowy. Skoncentruj się na oddechu. Poczuj swoje stopy. Połóż prawą rękę na dolnej części brzucha, a lewą z tyłu na dolnym odcinku pleców. Teraz bardzo delikatnie zacznij wypychać brzuch do przodu, a potem w druga stronę: plecy wypchnij do tyłu. Wykonaj ten ruch kilkakrotnie, ale bardzo delikatnie i powoli. Zaobserwuj, co dzieje się z twoim ciałem.

Pamiętaj: Postawa mocy to silne stopy, ruchliwa miednica, silne biodra i czujący brzuch. Ta pozycja to ugruntowane w ciele przekonanie: „Ja jestem”. Płynie z niego kobieca mądrość, spontaniczność i autentyczność, umiejętność puszczenia kontroli, seksualność i tęsknota za prawdziwą męską energią. Cała TY – w swoim najlepszym wydaniu. Witaj na wiosnę!

  1. Psychologia

Filmowa postać - jaką rolę grasz w swoim życiu?

Typ
Typ "Heroina" reprezentuje Wonder Woman. Kadr z filmu "Wonder Woman 1984" (premiera w czerwcu 2020 roku). (Fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Każdy przyjmuje w życiu jakąś rolę i – mniej czy bardziej chętnie – identyfikuje się z nią. Oglądasz film i myślisz: „To przecież ja! Dlaczego to robię? Po co?”. Odkrycie archetypów, które w tobie mieszkają i każą ci zachowywać się w określony sposób, może sprawić, że z Ofiary przeistoczysz się na przykład w Marilyn Monroe.

Tak naprawdę ról życiowych odgrywamy co najmniej kilka. Przecież kim innym jesteś w pracy, a kim innym w domu, w relacji z przyjaciółką i partnerem, z matką i z dzieckiem. Każda rola wymaga innych jakości, postawy, kompetencji. Ale są jeszcze role związane z naszymi życiowymi archetypami, a te z kolei – z wyzwaniami, z jakimi mamy się zmierzyć. Z tym, co jest do zrozumienia, nauczenia, przetransformowania. Ktoś jest Ratownikiem, a ktoś Tyranem. Ktoś Trzpiotką, a ktoś Mnichem czy Niszczycielem. W zależności od tego, w co gramy, przyciągamy takie, a nie inne doświadczenia. Takich, a nie innych ludzi.

Znajoma terapeutka twierdzi, że spotykamy się i podajemy sobie scenariusze pod stolikiem. Nawiązujemy porozumienie: ja zagram to, a ty to. Najczęściej chodzi o fabułę, którą już dobrze znamy. Nawet jeśli jej nie lubimy. Ale przecież kostium leży na nas jak ulał! Więc jeszcze raz i jeszcze – testujemy kolejne warianty. I być może któregoś dnia stwierdzamy, że – cóż, zdarza się – utknęliśmy w danej roli.

4 podstawowe archetypy

Jak zapewnia amerykańska terapeutka Caroline Myss, energie archetypiczne są neutralne. Wiele z nich opisała w swojej książce „Życie jako święty kontrakt”. Do tematu podchodzi metodycznie – uważa, że każdy wyposażony jest w cztery podstawowe archetypy (nazywa je archetypami przetrwania). Mają na nas ogromny wpływ – na nasze wybory, działania, stosunek do autorytetów... Pewnie zaskoczą cię ich nazwy: Ofiara, Sabotażysta, Prostytutka i Dziecko. Każdy z nich ma ważną rolę do spełnienia.

Ofiara to strażnik dobrej samooceny: wspiera cię w rozwinięciu dobrego mniemanie o sobie, o twojej wewnętrznej sile, pomaga bronić granic. Archetyp Sabotażysty (strażnik wyboru) ujawnia lęki przed wzięciem odpowiedzialności za siebie, za własne działania. Kontaktujesz się z tą energią, kiedy – w obawie przed zmianami – odrzucasz pojawiające się możliwości. Jednocześnie przypomina ci ona, że procesu zmian nie da się powstrzymać. Dziecko – strażnik niewinności. Ten archetyp pomaga uzdrowić stare rany, wychodzić poza ograniczenia. Otworzyć się na przygodę. Wciąż z ciekawością zaczynać od nowa.

Oczywiście, każdy z tych archetypów ma swoją mroczną stronę. Dziecko może stać się rozwydrzonym, egocentrycznym bachorem, domagającym się nieustannie twojej uwagi. Ofiara może umacniać poczucie krzywdy, powodować skargi i żale. Mroczny Sabotażysta może wmawiać ci, że nie jesteś dość dobra, by cokolwiek osiągnąć. Znając ich skłonności, zagrożenia, jakie niosą, łatwiej będzie ci zarządzać tym potencjałem.

W twojej drużynie masz też kilka innych archetypów. Warto nauczyć się je rozpoznawać. Mogą to być postacie antyczne (Królowa, Niewolnik, Wojownik) albo współczesne (Operator Sieci, Ekolog). Zwykle te drugie są odświeżoną wersją klasycznych wątków... Zdaniem Caroline Myss rozpoznanie własnych archetypów bywa niemałym wyzwaniem. Może prowadzić do niewygodnych odkryć, przewartościowań. Na przykład odkrywasz, że funkcjonujesz w relacji partnerskiej jako Ratownik. – Ta świadomość pomoże ci zrozumieć, dlaczego romantyczne więzi zdają się szybko słabnąć – tłumaczy Myss. – Ponieważ z połączenia Ratownika z romantyczną energią powstaje współuzależnienie.

Weźmy kilka typowo kobiecych postaci. Choćby wspomniana Królowa. To symbol siły i władzy we wszystkich kobietach. Znasz ją z bajek („Królowa Śniegu”, „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”). Może pamiętasz też Cate Blanchett w „Elizabeth” czy Judi Dench w „Zakochanym Szekspirze”. Zazwyczaj Królowa jest potężna i wyniosła. Czy szczęśliwa? Myss przyznaje, że kobiety rzadko tak siebie opisują.

– Kiedy mówią o cechach swojej Królowej, ich ton często staje się agresywny, jakby broniły się przed zarzutem dominacji. Ich Królowe to zwykle archetypy dominujące, które chcą mieć pełną kontrolę nad swoim dworem, szczególnie zaś nad mężczyznami – mówi. Często Królowa odcięta jest od emocji. Czasem żąda czegoś bezwzględnie, być może nawet urągając komuś. Czy czujesz, że jesteś Królową? Często traktujesz innych z góry, może nawet z pogardą? Uważasz, że wszystko ci się należy? Odnosisz się z gniewem do partnera albo męskich autorytetów? Chcesz kontrolować, rządzić?

Zupełnie inaczej działa kobieta, która wchodzi w rolę Księżniczki. Jest bezradna, bierna. Czeka. Najchętniej na Rycerza. Jako przykłady takich postaci Caroline Myss podaje m.in. Kopciuszka, księżniczkę Leię z „Gwiezdnych wojen” i Rose z „Titanica”. Zadaniem Księżniczki jest dojrzeć, stać się bardziej odpowiedzialną, nauczyć się troszczyć o siebie. Jest jeszcze BoginiFemme Fatale (oba archetypy reprezentuje Marilyn Monroe). Jest DziewicaHeroina (albo Wonder Woman). W tę ostatnią kobiety wcielają się ostatnio na skalę masową... Oczywiście, nic nie przeszkadza im też w przyjmowaniu męskich ról. Archetypy działają przecież poza płciami.

Hedonista czy hazardzista

Jakie więc jeszcze role możesz odgrywać? Na przykład Hedonisty – jeśli twoja uwaga skupiona jest na tym, jak sobie dogodzić. A może chętnie wchodzisz w rolę Mentora – udzielasz rad, wskazówek, nauczasz i pouczasz? Chyba że wolisz być Studentem – kimś, kto wciąż dokształca się, zdobywa wiedzę i być może nigdy nie jest gotów, by ją wykorzystać? Może bliska jest ci rola Sędziego: dążenie do sprawiedliwości, ocenianie, krytykowanie... Albo Wojownika: obrona innych, ich praw, a czasem zatracanie się w walce i dążenie do zwycięstwa za wszelką cenę? Każdy archetyp to szerokie spectrum zachowań – od ciebie zależy, po które z nich sięgniesz. Jak odegrasz swoją rolę.

fot. iStock fot. iStock

Niektóre archetypy towarzyszą nam przez wieki w różnych odsłonach. Pamiętasz Operatora Sieci? Ten archetyp pomaga nawiązywać kontakty z wieloma grupami, rozwijać elastyczność i empatię. Takie osoby wszystkich znają. Pośredniczą, łączą. Niektórzy nazywają je dealmakerami. Myss wywodzi pochodzenie tego archetypu od greckiego boga Hermesa, który z czasem stał się gońcem, telegrafistą, telefonistką, listonoszem, dziennikarzem...

Na pewno znasz też ludzi z mocnym archetypem Gawędziarza. Jeśli nawiązujesz kontakt z własnym wnętrzem poprzez rozliczne opowieści, które snujesz na swój temat, to jedna z twoich ról! Czasem Gawędziarz lubi koloryzować. Czasem – kiedy przyjmuje mroczną postać – staje się po prostu kłamcą.

Kiedy patrzymy na nawet najbardziej zgrane role przez pryzmat archetypów, obraz pogłębia się, odsłania przed nami drugie dno. Archetyp emanuje tajemnicą. Zwłaszcza jeśli jest to Alchemik (albo Czarnoksiężnik, Magik, Uczony, Wynalazca). Caroline Myss opisuje je razem – uważa, że każda z tych postaci przekształca jakąś formę materii w inną. W tym gronie znajdą się Nostradamus i Newton, Harry Potter i bohater filmu „Mucha”, król Midas i Rumpelsztyk, który zamieniał siano w złoto... Jeśli studiujesz prawa rządzące wszechświatem, prawdopodobnie ten archetyp jest ci bliski. Jego mroczna strona ujawnia się, kiedy niewłaściwie korzystamy z wiedzy i mocy, jakie nam daje.

Pionier, Wędrowiec, Mistyk, Męczennik, Kochanka, Artysta, Buntownik, Detektyw, Mściciel, Matka (niekoniecznie biologiczna), Przewodnik, Wizjoner... Ta galeria jest naprawdę imponująca! Jeśli często rozśmieszasz innych, być może nawet prowokując, przekraczając granice społecznej akceptacji, sprawdź, jak to się ma do archetypu Klauna. Albo Błazna. A co, gdyby się okazało, że masz w sobie coś z Hazardzisty? I niekoniecznie musi tu chodzić o upodobanie do gier hazardowych. Raczej o skłonność do ryzyka, choćby w biznesie. Albo nawet poza sferą finansową. Może stąpasz po krawędzi, zbyt często sięgając po używki? A może, zaangażowana w jakąś działalność, spragniona sukcesu, jesteś gotowa zaryzykować własną reputację? Zdaniem Myss ważnym aspektem spektakularnej wygranej (na przykład w kasynie) jest przyspieszenie czasu. Podejmowanie ryzyka jest próbą oszukania go, wyprzedzenia naturalnego tempa zmian. I znów – ten archetyp nie jest bynajmniej negatywny! Są tu przecież takie aspekty, jak wiara we własne szczęście, odwaga.

Jednego możesz być pewna: archetypy są twoimi przewodnikami. W pewnym sensie są święte, bo pomagają ci zrealizować twoje życiowe cele, umowy. Caroline Myss mówi z mocą, że stawiani jesteśmy w miejscach i obsadzani w rolach, które najlepiej służą naszym życiowym Kontraktom. Od nas zależy,  jak to rozegramy.

  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się