1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rodzinne więzi i symbole: do czego są nam potrzebne?

Rodzinne więzi i symbole: do czego są nam potrzebne?

fot.123rf
fot.123rf
Każdy człowiek potrzebuje więzi i jeśli nie może nam ich zapewnić rodzina, z której pochodzimy, szukamy bliskości z tymi, z którymi łączą nas jakieś podobieństwa – wspólne zainteresowania lub wartości. Czy więź duchowa może zastąpić więzy krwi? Z psychologiem i psychoterapeutą Pawłem Droździakiem rozmawia trenerka Renata Mazurowska.

Napisałeś kiedyś, że przyjaźnie są dowodem na to, że nie tylko biologiczna więź nadaje sens ludzkim relacjom. Tworzymy takie „rodziny z wyboru”, nie tylko gdy nasze rodziny pochodzenia nas zawodzą albo wykluczają, ale także wtedy, gdy jesteśmy daleko i rzadko możemy spotykać się z rodzicami.

Przyjaciele wspierają nas w trudnych chwilach i świetnie rozumieją, lubimy te same filmy i melodie, ale gdy masz do wyboru, kogo przenocować u siebie w domu na jednej jedynej kanapie, to zawsze położysz tam nawet najbardziej znienawidzoną matkę, a nie przyjaciela.

Bo matka jest tylko jedna, a przyjaciół możesz mieć potencjalnie wielu?

Matką, ojcem, córką, synem nie da się przestać być. To od nas nie zależy i właśnie dlatego nas konstytuuje. Bo tego nie ustalamy. O tym, kto jest naszym przyjacielem, decydujemy sami, dlatego to nie staje się rusztowaniem naszej osobowości, a jedynie sposobem, w jaki ona się manifestuje. To zasadnicza różnica.

Nawet jeśli nie chcemy utrzymywać z rodzicami kontaktu czy poróżniliśmy się z bratem?

Im bardziej wypieramy się więzi, która nas łączy z członkami rodziny pochodzenia, tym bardziej ją wzmacniamy. Trzeba dużo wysiłku włożyć w to, by się do brata nie odzywać od matury albo nie odwiedzić ojca od 10 lat, choć mieszka się dwie ulice dalej.

Bywa, że mamy słabe więzi z rodziną, a silne więzi z przyjaciółmi – jak to się dzieje?

Bo to są dwa różne porządki. O istnieniu więzi z rodziną nie decydują cechy jej członków, tylko ich role. W jaki sposób ojciec jest ważny?

Jako figura, której nadajemy znaczenie.

Dokładnie tak. Większość współczesnych publikacji o ojcostwie mówi o tym, że ważne jest, by ojciec był obecny. Żeby się z dzieckiem bawił, grał w piłkę, przytulał… Jestem za, jak najbardziej. Ale co, jeśli ojciec zginął w powstaniu? To jest ojcem dobrym czy złym?

No wtedy to jest ojcem wybitnym, bo nadajemy mu dodatkowych znaczeń.

No, ale nie gra w piłkę.

Ale jest świętym mitem. Jest nie do ruszenia.

Jest symbolicznym punktem odniesienia. Myślenie symboliczne to jest to, co odróżnia nas od zwierząt. Małpie matki też swoje dzieci przytulają, ale gdy już te dzieci podrosną, to w czasie rui mogą pokryć własną matkę. To samo obserwujemy u psów. Zwierzęta nie pamiętają, że to jest ich matka, nie wspominając już o ojcostwie – więź jest pierwotna, biologiczna – a u człowieka dochodzi więź symboliczna. Figury matki, ojca, brata, siostry są niezbędne, bo czynią z nas ludzi. Co się dzieje, gdy ktoś dowiaduje się, że jest adoptowany?

Chce poznać biologicznych rodziców za wszelką cenę.

Ale dlaczego, przecież nigdy ich nie spotkał? Nie było piłki, przytulania… To ważne, oczywiście, by ojciec grał z synem w piłkę, ale grać w piłkę może ktokolwiek. Na ryby dziecko może pójść z wujkiem albo z bratem ciotecznym,  ale też i z sąsiadem. Bo nie pójście na ryby ma znaczenie, tylko że idzie się właśnie z ojcem. Dochodzi do zetknięcia figury symbolicznej z postacią realną i to zetknięcie ma znaczenie, nie rozrywka czy zajęcie jako takie.

Czyli rodzina pochodzenia jest ważna nawet wtedy, gdy nie daje nam wsparcia…

Jest ważna nie dlatego, że dobrze znamy jej członków, i nie dlatego, że ich lubimy – przeciwnie, często ich wręcz nie lubimy, często nasi rodzice są „beznadziejni”, a nasze dzieci nierzadko nas rozczarowują i zawodzą – ale ich kochamy, choć w inny sposób niż kogoś, w kim się zakochaliśmy. Nie z powodu ich cech, ale pozycji, jaką mają w strukturze symbolicznej. Dlatego, choć nam się nóż w kieszeni otwiera na widok tego, jak się nasz syn ubiera, to gdy tonie statek, nie wyratujemy tych lepiej ubranych, tylko jego. Bo to nasz syn.

Dlatego też ktoś, kto jako dorosły dowiaduje się, że został w przeszłości adoptowany, szuka rodziców, choć nie ma z nimi żadnej więzi. Nie wiedział nawet, że istnieją, a nagle to staje się ważne, ponieważ człowiek, w odróżnieniu od zwierzęcia, nie funkcjonuje w stu procentach w oparciu o biologię, tylko dodatkowo w oparciu o system symboli. To wszystko zmienia. Dlatego pamiętamy, kto jest naszym ojcem, by nie mieć z nim dzieci, podczas gdy szympans w ogóle by tutaj nie widział problemu.

Ludzie często postrzegają swoją rodzinę jako grupę osób, do której kompletnie nie pasują! Te myśli pojawiają się już w dzieciństwie: „To niemożliwe, żeby to byli moi rodzice, oni są tak różni ode mnie…”.

To poczucie powszechne i oczywiste do przewidzenia. Zawsze jest rozdźwięk między tą figurą symboliczną a rodzicem realnym. My chcemy być dumni z rodzica czy z naszych dzieci, ale nie możemy, bo raczej nigdy do tego nie dorastają.

Nie przesadzajmy, niektórzy rodzice ze swoich dzieci są dumni.

To prawda, czasami jesteśmy dumni, ale zwykle nie z całej osoby rodzica czy dziecka, tylko z jakiegoś jego aspektu. Oczywiste jest, że nasi znajomi, przyjaciele wiedzą o nas więcej niż członkowie rodziny. Znają nas z takich stron, których istnienia rodzina często nie podejrzewa. I to żadna patologia. To oczywistość. Czy naprawdę jesteśmy pewni, że nasz ojciec nie ma kochanki? Naprawdę wiemy, co z nią robi? Znamy go od tej strony?

Albo ukrywa żydowskie pochodzenie – znam takie przypadki. Ale ojca nie można wyrzucić z domu, a syna geja już tak. To właśnie na skutek wykluczenia przez rodzinę i często też przez społeczeństwo osoby nieheteroseksualne tworzyły i tworzą „rodziny z wyboru”, czyli sieć przyjaciół. Dziś to pojęcie stosuje się szerzej – rodziny z wyboru to po prostu wspólnoty wartości i zainteresowań, bez więzów krwi. Są też „rodziny miejskie”, czyli kolejni partnerzy czy partnerki, ich dzieci i nasze dzieci, kręgi ich przyjaciół i naszych przyjaciół. To z nimi wolimy spędzać czas – to oni są dla nas ważni.

Podobno wśród squatersów funkcjonowało kiedyś takie powiedzenie „Nie ma Boga, jest załoga”. Co to znaczy? Że zastępujemy jeden symbol, jedno znaczenie innym symbolem, innym znaczeniem. To jest próba przełamania struktury symbolicznej. Uwolnienia jednostki ze wszystkiego, czym społeczeństwo ją krępuje. No, ale jednocześnie jest to utopia – w miejsce po usuniętym „Bogu” wchodzi po prostu owa „załoga”. Czyli miejsce nie pozostaje nawet przez chwilę puste.

Bo te figury są nam potrzebne.

One są nam niezbędne! Nawet jeśli uważamy, że „nasi rodzice są beznadziejni” i zawsze rozczarowują, z definicji. Po każdym wielkim zniszczeniu, po zawieruchach wojennych, ci, co ocaleli, zawsze szukają swojej rodziny, żeby odtworzyć strukturę symboliczną. Bo rodzina tworzy rusztowanie, na którym dopiero możesz coś konstruować, porozwieszać swoje ozdoby. Dawni wojownicy, nim rozpoczęli walkę, stawali przed wszystkimi i przedstawiali cały swój ród, zanim powiedzieli, jak sami się nazywają.

Czy rodziny z wyboru i rodziny miejskie będą zjawiskiem coraz częstszym?

Patrząc historycznie, to postępuje od czasów industrializacji, gdy ludzie ruszyli się ze wsi do miast, kiedy zniknęły klasy społeczne…

…i nikt już ojca w rękę nie całuje.

Najwyżej szefa, ale zawsze tylko aktualnego. Kapitalizm wymaga, żeby się wysilać, bo trzeba jak najwięcej kupić i jak najwięcej sprzedać, wszystko i wszystkich trzeba wykorzystać, nic nie może się zmarnować. A już najlepiej, żeby człowiek był homogeniczny, wymienny każdy na każdego innego. Żyjemy w świecie, który gna z ogromną prędkością, nieustannie przechodząc jakąś zmianę, w której nasi rodzice i nasi dziadkowie chcą nas ograniczać: „A dlaczego ty ciągle w pracy siedzisz? W ogóle nie masz dla mnie czasu”. Rodzina nam przeszkadza w takim sensie, że ta struktura symboliczna przeszkadza kapitalizmowi.

A z przyjaciółmi mamy chociaż o czym pogadać… Wiadomo, pokrewieństwo dusz. Jednak w momentach krytycznych – jak choroba, śmierć czy wojna – choćbyśmy nie wiem jak zaprzeczali ważności rodziców w naszym życiu, cierpimy i rozpaczamy, gdy ich zabraknie.

Często mamy realne podstawy, żeby tego rodzica nie cierpieć, ale mimo to przeżywamy jego śmierć. To nas właśnie odróżnia od zwierząt – my musimy mieć punkt odniesienia, a one żyją z dnia na dzień.

Czy to znaczy, że więzi, w których nie mamy pokrewieństwa krwi, ale które są dla nas ważne, dlatego nazywamy rodziną, żeby podkreślić ich znaczenie dla nas? Słowa są jednak ważne…

Tak, bo nadają znaczenie. Radziecki plakat z napisem „Ojczyzna matka wzywa” zdecydował o losach wojny, gdy wcześniejsze hasło „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” okazało się tak dobrze przyswojone, że nikt nie wiedział, czego właściwie miałby bronić przed niemieckimi, jakkolwiek by patrzeć, proletariuszami. Ale co do „matki” nikt wątpliwości nie miał. Bez użycia tego symbolu wojny nie udałoby się wygrać.

Paweł Droździak: psycholog, psychoterapeuta, współautor książki „Blisko nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach”. Więcej na: paweldrozdziak.natemat.pl oraz www.skutecznapsychoterapia.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pierwsza kobieta w życiu mężczyzny - relacja z matką ma wpływ na całe życie

Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. (Fot. iStock)
Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. (Fot. iStock)
Czy to prawda, że im mniej chłopiec otrzymał od matki: bliskości, czułości, troski i akceptującej miłości jako dziecko, tym bardziej będzie z nią związany jako dorosły? – pytamy psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Relacja z matką – trudny temat. Mężczyźni niechętnie o tym rozmawiają. Zwłaszcza gdy nie jest ona dobra. Ale jakie ma znaczenie, jaka była matka, kiedy syn jest już dorosły? Ma własną firmę, jest dyrektorem albo prawnikiem…
Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. Ona jest pierwszym, najważniejszym wzorcem kobiecości. Tego, jak się zachowuje, jak się wyraża, jakie ma emocje i jaką ma instrukcję obsługi. Nie trzeba dodawać, że uczy się tego wszystkiego w kontakcie tylko z jedną przedstawicielką tej różnorodnej, barwnej i niedającej się zamknąć w uogólnieniach populacji. Nabywa więc wiedzy, doświadczeń i przekonań bardzo specyficznych, uwarunkowanych i ograniczonych. Oczywiście dla jego przyszłych relacji z kobietami duże znaczenie ma też to, czy jego rodzina jest pełna i jakie uczucia cementują związek rodziców. Obserwując ich, uczy się, jak wygląda i na czym polega relacja dorosłego mężczyzny z dorosłą kobietą.

Czyli to, czym chłopiec nasiąknie w relacji z matką, decyduje o tym, jakim będzie partnerem? A jeśli nasiąknie niekochaniem?
To, co wydarza się w rodzinnym domu, ustawia chłopca na całe życie. Chyba że podejmie świadomą, trudną i wytrwałą pracę nad zmianą swojego nastawienia. Jeśli nie podda refleksji i weryfikacji tego, co odziedziczył ze swojego systemu rodzinnego, to będzie związki z kobietami budował na zasadzie: kopiuj – wklej. Na próżno też będzie szukać możliwości kompensacji tego, czego mu od matki zabrakło w dzieciństwie.

Matki moich partnerów były często zimne emocjonalnie, wymagające, oceniające, krytyczne…
Matka zimna emocjonalnie, która nadmierną krytyką i karami zamyka serce syna i demoluje jego poczucie wartości, funduje mu bardzo trudne życie w związkach. Wychowa mężczyznę, który będzie miał ukryty pod pozorem układności lub jawnie agresywny stosunek do kobiet. Choć jednocześnie jego niezaspokojone w relacji z matką potrzeby, takie jak: bliskość, czułość, troska i akceptująca miłość, sprawią, że będzie szybko i mocno uzależniał się od każdej kobiety, która go zechce, lecz która (jak się później okaże) nie będzie potrafiła go kochać…

Patrzysz na mnie i myślisz, że skoro wiązali się ze mną mężczyźni mający zimne matki, to sama mam w sobie lodową część?!
Bywają rzadkie odstępstwa od tej reguły. Ale najczęściej jest tak, że kobiety wybierające na partnerów synów oziębłych i wrogich matek, są córkami odrzuconymi przez swoje matki. Wybierają spragnionych kobiecej akceptacji, bliskości i troski mężczyzn, bo to łatwy łup. Wystarczy sięgnąć i taki miś przylepka i słodziak jest ich. Wspaniale i wesoło – ale na krótko. Szybko zaczynają się komplikacje i napięcia. Bo misio słodziak będzie od swojej kobiety oczekiwał niemożliwego, czyli tego, czego sama nie dostała od swojej matki.

I zaczyna się emocjonalna szarpanina: pretensje i szukanie dziury w całym?
Właśnie. Ratunkiem jest odżałowanie swoich frustracji i deficytów z dzieciństwa. Zadowolenie się tym, co w dorosłym związku z partnerką jest możliwe, czyli tym, co można dostać tu i teraz. Choć będzie tego tylko trochę, to jednak trochę to dużo więcej niż nic. Jeśli potrafimy być wdzięczni za „trochę”, to uleczymy starą ranę w sercu i sprawy zaczną układać się wystarczająco dobrze.

A co z matkami, które były jawnie agresywne, biły, wyzywały?
Matka jawnie nienawidząca swojego syna zapewne od ojca albo starszego brata doświadczyła przemocy i upokorzenia. Mogła też zostać w jakiś sposób seksualnie lub erotycznie wykorzystana. Takie doświadczenie – często zresztą wyparte i zapomniane – z reguły zaszczepia głęboko ukrytą, przejawiającą się na różne sposoby niechęć, a nawet nienawiść do mężczyzn. Często objawia się ona w zakamuflowany sposób jako agresja wobec syna. Szczególnie wtedy, gdy zostaje z synem sama, bo wtedy widzi w nim nieobecnego, znienawidzonego partnera i z braku właściwego obiektu wywiera nieświadomą zemstę na synu. Czasami są to wyzwiska, przemoc fizyczna, znęcanie się psychiczne. Od czasu do czasu daje synowi iskrę nadziei, że gdyby tylko się zmienił, gdyby był inny, a nie taki podobny do ojca – to byłaby szansa na to, żeby go pokochała. Tak potraktowany syn może całe życie spędzić, będąc uwikłanym w emocjonalną grę matki, i na próżno starać się, by zasłużyć na jej miłości. Prawdopodobnie nie zwiąże się na dłużej z żadną kobietą, bo będzie przekonany, że jest coś z nim nie tak, a to coś dyskwalifikuje go w oczach kobiet. Gdy matka umiera, grozi mu depresja, gdyż ostatecznie traci nadzieję na to, że kiedykolwiek usłyszy od matki upragnione: „Dumna jestem z ciebie i kocham cię”.

Mam smutną, ale nie wiem, czy w pełni uznaną obserwację życiową: im mniej matka dała, tym bardziej syn jest z nią związany.
Zgoda. Bo frustracja dziecięcej naturalnej potrzeby bycia bezwarunkowo kochanym przez matkę może na całe życie uwikłać dziecko w nadzieję, oczekiwanie i staranie się za wszelką cenę o miłość – często w trybie autoagresji, na przykład polegającej na przepracowywaniu się, podejmowaniu ryzykownych decyzji życiowych. A ewentualne partnerki zamęczał będzie dziecięcymi oczekiwaniami i potrzebami, które powinny być adresowane wyłącznie do matki, jak: potrzeba bezpieczeństwa, opieki, komfortu i przyjemności, czyli karmienia, ubierania, dawania prezentów, nieustannej obecności, pochwał, zachwytów i seksu. A ponieważ dorośli nie są w stanie zaspokoić tych dziecięcych potrzeb, niedokochany chłopiec zamienia się w chorobliwie zazdrosnego, kontrolującego, a nierzadko także przemocowego potwora.

A co z seksem? Czy mężczyźni głodni miłości matki są wierni?
Na ogół są niewierni. Doświadczenie odrzucającej matki budzi w mężczyźnie przekonanie, że nie zasługuje na miłość kobiety, że nie ma na nią szans. No bo skoro nawet matka mu tej miłości nie dała, to tym bardziej nie ma nadziei na dostanie jej od obcych, niespokrewnionych ludzi. W rezultacie taki mężczyzna, będąc w bliskiej relacji z kobietą, żyje w poczuciu zagrożenia nieuchronnym porzuceniem. Wtedy skutecznym sposobem redukowania jego lęku jest bycie w dwóch lub więcej związkach jednocześnie.

A więc wiele kobiet zamiast jednej, by uniknąć bólu?
Tak właśnie, bo szuka tylko przyjemności. Jak dziecko chce być bezwarunkowo i bez żadnych zobowiązań kochany przez kobietę. A ponieważ kobiety potrzebują też czuć się wybrane, ważne, kochane i bezpieczne i z czasem zaczynają się o to upominać, więc wówczas niedokochany przez mamę mężczyzna ucieka przed taką kobietą i biegnie tam, gdzie te oczekiwania ze strony nowej kobiety jeszcze się nie pojawiły. Czyli skacze z kwiatka na kwiatek i spija sam nektar, unikając trwałych więzi i jakichkolwiek zobowiązań. Na nieświadomym poziomie ma ambiwalentne uczucia do uwodzonych przez siebie kobiet: pragnie ich, żyć bez nich nie może, ale jednocześnie ma do nich wiele skrywanej agresji i żalu, które są obroną przed upokarzającym uczuciem wiecznego nienasyconego pragnienia kobiety i uzależnienia od jej nieustannej obecności w jego życiu.

Rozwiązanie dla takiego mężczyzny?
Tylko psychoterapia albo głębokie duchowe przebudzenie. No, może jest jeszcze szansa na zmianę, jeśli usłyszy od wielu kobiet, że ma nieadekwatne i niedojrzałe oczekiwania, że odrzuca i rani tych, którzy go kochają.

A matka nadopiekuńcza? Nie czyni chyba takiego spustoszenia w sercu chłopca?
Nadopiekuńczość to też strategia wikłania, która ma nie pozwolić synowi odejść od matki. W istocie jest obezwładniającą syna agresją. W skrajnym przypadku matka nadopiekuńcza stara się być dla syna niezbędna, ale żeby być niezbędna, musi pozbawiać go możliwości uczenia się tego, co uczyni go kiedyś niezależnym i autonomicznym. A więc prawie wszystko robi za niego i dla niego. Nie pozwala mu ścielić łóżka, sprzątać, przygotowywać posiłków, robić zakupów, grać z kumplami w piłkę, a nawet liczyć pieniędzy. Będzie z nim wszędzie chodzić: do lekarza, do apteki, na pocztę, do urzędów, kupować mu ubrania. Będzie negatywnie recenzować jego kolegów i koleżanki, a szczególnie sympatie.

Nie ma szans na to, żeby związał się z jakąś kobietą?
Może się związać tylko z taką, którą matka zaakceptuje, a więc którą będzie mogła zdominować, skontrolować. No i oczywiście będzie miała klucz do ich mieszkania. O ile oni się w ogóle od niej wyprowadzą, bo na ogół tacy mężczyźni mieszkają z matkami nawet po ślubie, instalując partnerkę w przestrzeni należącej do matki. A wtedy matka będzie im sprzątać, gotować, grzebać w szafach i uczyć partnerkę syna, jak powinna się nim opiekować.

Otrucie potrawką z muchomora to dobre rozwiązanie?
Na szczęście rzadko do tego dochodzi, bo agresja do nadopiekuńczej matki jest głęboko wyparta i na ogół nie osiąga natężenia tego, co nazywa się morderczą pasją. Ale zdarza się, że taki mężczyzna może zachować się wobec niej bardzo agresywnie, a nawet stać się…

Seryjnym mordercą kobiet?!
Czasami tak. Ale aby coś tak strasznego się z nim stało, musiałyby zaistnieć w jego życiu lub w jego systemie rodzinnym jeszcze inne silnie demoralizujące czynniki lub kompletna blokada rozumu i sumienia pod wpływem jakichś substancji odurzających.

Co jeszcze może się stać z chłopcem uwikłanym w nadopiekuńczą, agresywną matkę?
Wiele zależy od tego, jak wygląda związek tej matki z ojcem syna. Często bywa tak, że dominująca, agresywna matka doprowadza też do psychicznego wykastrowania swojego partnera, a w jej uczuciach do niego dominuje pogarda. Syn, widząc, jak matka upokarza i niszczy jego ojca, może podjąć podświadomą decyzję, że nigdy nie znajdzie się w podobnej upokarzającej sytuacji. Wówczas nabyty w jego doświadczeniu z matką uogólniony lęk przed kobietami może go skłaniać do tego, aby potrzebę bliskości, a także bycia akceptowanym i chcianym realizować w związkach z mężczyznami. Mówimy wówczas o psychogennych przesłankach do wyboru orientacji homoseksualnej.

A matki uwodzące, które pochylając się nad dorastającym synem, żeby go otulić kołdrą, półświadomie eksponują biust?
Albo siedząc w wannie, mówią do dorastającego synka: „Chodź, umyjesz mi plecy”. To zdarza się samodzielnym matkom dość często szczególnie wtedy, gdy z różnych powodów rozstały się z ojcem syna, są po bolesnych zdradach i rozwodach albo gdy wcześnie w życiu syna jego ojciec z jakichś powodów odszedł z tego świata – lecz matka zachowała jednak w swoim sercu przywiązanie. Wtedy ich syn ma szansę stać się zastępczą, a nawet lepszą wersją utraconego partnera. Lepszą, bo kochającą wiernie, zawsze i stale. Ale taka sytuacja może się stać również początkiem, zazwyczaj nieświadomej, uwodzącej gry ze strony matki, której trudno się pogodzić z tym, że kiedyś ukochany syn odejdzie do innej kobiety, ale która może też po prostu nie radzić sobie z niezaspokajanym libido. Dla syna jednak taka sytuacja jest bardzo trudna, bo piętrzy w nim potężne i sprzeczne uczucia. Dwa najważniejsze to: trwożna i zarazem wielka nadzieja na fizyczną bliskość z matką oraz lęk przed złamaniem obyczajowego tabu. Dochodzą do tego niejasne poczucie bycia manipulowanym i wykorzystywanym oraz lęk przed ośmieszeniem jego ewentualnych seksualnych prób. Tu kolejny cytat z doświadczeń moich pacjentów: „Synku, ja się teraz przebiorę w piżamę, ale nie musisz wychodzić, wystarczy, że zamkniesz oczy”. Oczywiste jest, że chłopiec zmruży oczy, ale z bijącym sercem będzie chciał przez te zmrużone oczy coś zobaczyć. Wytwarza się po obu stronach jakieś erotyczne napięcie, któremu towarzyszą silne, konfliktowe emocje.

Są na szczęście matki po prostu zachwycone swoimi synami!
Ale jeśli pochwały i zachwyty są bezkrytyczne i bezpodstawne – to taka mama wychowa narcyza, czyli mężczyznę o zaburzonym, w tym wypadku nadmiernie wysokim i nieustannie zagrożonym, poczuciu wartości własnej. Bo w głębi serca będzie przeczuwał, że został wykreowany, że nie wie, jaka jest jego prawdziwa wartość. Wszystko to sprawi, że narcyz z lęku, „że się wyda, jak mało jest wart”, będzie unikał głębokiego związku z kimkolwiek, dopuszczając do siebie tylko osoby bezkrytycznie nim zachwycone, których jednak nie będzie szanował. Grozi mu życie samotne i poświęcone nieustannej walce o zachowanie pozorów sukcesu i szczęścia. Ale gdy trudne okoliczności życia zachwieją tą fasadą, wpadnie w rozpacz i depresję.

A co czeka syna pracoholiczki, alkoholiczki, hazardzistki?
Najprawdopodobniej znajdzie sobie kobietę od czegoś uzależnioną i będzie powtarzał sytuację ze swojego dzieciństwa, która ukształtowała w nim przekonanie: „Nigdy dla nikogo nie będę najważniejszy”. W dorosłym związku będzie to usiłował przewalczyć w nadziei, że swoją kobietę bohatersko uwolni od nałogu i wtedy w końcu stanie się dla niej najważniejszy. To się jednak zazwyczaj nie udaje. A jeśli się uda, to ona odchodzi, bo brakuje wtedy spoiwa tego związku, czyli współuzależnienia.

Są mamy, które nie krzywdzą nikogo, ale są krzywdzone.
Kobieta, która daje się upokarzać partnerowi, ryzykuje, że wychowa chłopca z psychopatycznym rysem charakteru. Mówiliśmy o tym w naszym cyklu: że będąc świadkiem bezradności matki i jej cierpienia – z lęku przed ojcem – syn utożsami się z nim i przejmie pogardliwy stosunek wobec kobiet. Żona lub partnerka będzie dla niego domową niewolnicą. Od prawdziwego seksu będą kochanki, obdarowywane hojnie ciuchami i biżuterią…

Nie zapomnijmy o kochających, fajnych matkach!
Niech żyją. Wygląda na to, że jest ich na szczęście coraz więcej. To te, które są dojrzałe, poukładane, potrafią kochać, słuchać, okazywać czułość, a jednocześnie mają własne życie. To matki, które miały dobrą relację z własnym ojcem i które mogły patrzeć na udaną relację swoich rodziców i uczyć się od nich kochania. Synowie takich matek będą mieli partnerskie, uczciwe, kreatywne związki z kobietami.

Ale ci, którzy nie mieli tyle szczęścia, też mają szansę, prawda?
Przede wszystkim taki mężczyzna musi sobie zdać sprawę ze swoich trudnych uwarunkowań i bardzo chcieć zmiany. Wtedy wszystko jest do naprawienia. Ale jeśli nie pojawi się świadomość ani chęć zmiany, to i tak działa pewien bezpiecznik. Bo nawet silna niechęć i agresja do kobiet są w sercach i brzuchach mężczyzn kontrowane i mitygowane przez ogromną potrzebę czułości i bliskości. Nawet ci najbardziej przez matki skrzywdzeni zawsze pragną tego, czego nie dostali, i mają nadzieję, że kiedyś to dostaną. Tylko utrata tej nadziei może czasami zmienić ich w potwory. 

  1. Kultura

Mariusz Wilczyński: "Wolę stawiać pytania"

Mariusz Wilczyński i kadry z filmu
Mariusz Wilczyński i kadry z filmu "Zabij to i wyjedź z tego miasta". Film dostępny jest na platformie Nowe Horyzonty VOD. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta; materiały prasowe Gutek Film)
Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Film jest właściwie czarno-biały. Na takim tle bardzo wyróżnia się różowa kokardka we włosach twojej mamy. Zrobiłeś ten film dla niej?
Tak, ale i dla Tadeusza Nalepy, i paru innych osób, także dla siebie.

Czy ta kokardka jakoś mamę charakteryzuje? Była kolorowa, wyróżniała się, jak ten róż?
Mama była bardzo kolorowa, ale także, niestety, niespełniona. Rodzina mamy to byli repatrianci z Wilna. Mój dziadek, ceniony w Łodzi adwokat, nie zrobił jednak kariery, bo nigdy nie zapisał się do PZPR. W młodości miał bardzo ciężkie życie. Jego ojciec zmarł tragicznie, dziadek miał wtedy 16 lat. Musiał odtąd pracować na utrzymanie swojej mamy i czterech młodszych sióstr. Nazywał się Józef Rodziewicz, podkreślam to, bo Maria Rodziewiczówna to nasza rodzina. Dziadek studiował polonistykę i prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i udzielał korepetycji z polskiego swoim kolegom z roku, Czesławowi Miłoszowi i późniejszemu aktorowi Igorowi Śmiałowskiemu. Przed wojną poślubił Irenę Czarnocką, której matka studiowała jako jedna z pierwszych kobiet na Sorbonie. Gdy wybuchła wojna, dziadek wywinął się z wojska, zapisując się do Akademii Sztuk Pięknych w Wilnie, podobno komuniści nie brali do wojska artystów. Dziadkowie z dwoma córkami, moją mamą i jej siostrą, po wojnie osiedlili się w Łodzi. Mama zrobiła w jeden rok dwie albo trzy klasy, co skutkowało tym, że jak skończyła szkołę średnią, nie miała 18 lat. W tajemnicy przed dziadkiem zdawała do szkoły filmowej na aktorstwo. I dostała się na pierwszym miejscu. Była naprawdę dobra z recytacji. Do końca życia dziadka w jego domu wisiał dyplom mamy z konkursu recytatorskiego wierszy Mickiewicza, na którym było napisane: pierwsze miejsce – Barbara Rodziewicz, drugie – Jadwiga Barańska.

Utalentowana! Dlaczego nie poszła w tym kierunku?
Nie miała skończonych 18 lat, w szkole aktorskiej powiedziano jej więc, że przyjmą ją za rok. Mama niestety wygadała się swoim rodzicom, i tu odezwał się konserwatyzm dziadka. Jego naciski były zapewne tak duże, że mama zrezygnowała z aktorstwa i zdała na chemię spożywczą. No a później wyszła za mojego ojca, potem ja się urodziłem, a kiedy miałem trzy latka, ojciec wyprowadził się z domu, wyjechał do innego miasta i mama musiała radzić sobie sama, bo to były takie czasy, że ojcowie nie płacili alimentów. Myślę, że mama miała ogromne poczucie niespełnienia, że nie została artystką.

Jak to niespełnienie mamy się przejawiało?
Mieszkaliśmy w kawalerce, 16 metrów kwadratowych ze ślepą kuchnią, pokojem przedzielonym szafą. Obserwowałem często, jak mama śpiewa do słuchawki prysznicowej piosenki Ewy Demarczyk, Marii Koterbskiej. Narysowałem tę scenę w filmie – Małgorzata Kożuchowska śpiewa do tłuczka, którym potem zabija ryby. Mama na pewno żyła nie tak, jak chciała. Była laborantką w sanepidzie w Łodzi, mało zarabiała, pomagali nam dziadkowie.

Wygląda na to, że talent artystyczny odziedziczyłeś po niej.
Od kiedy pamiętam, miałem zamiłowanie do rysowania. A czy mam to po mamie? Niedawno uknułem sobie, że być może artystą zostaje się łatwiej, jak się ma jakieś wady w urodzie. Mój profesor na ASP, Stanisław Fijałkowski, wybitny malarz drugiej połowy XX wieku, z którym bardzo się zaprzyjaźniliśmy w ostatnich latach jego życia, był malutki, podobny do szczurka, z drobną buźką i odstającymi uszami. Tak sobie siedzieliśmy, piliśmy naleweczkę i patrzyliśmy na siebie – on i ja, guliweryczny grubas. Jako dziecko nie wychodziłem z domu, mama dawała mi kredki albo włączała bajki, które zazwyczaj czytała Irena Kwiatkowska. Mama ubierała się bardzo awangardowo, zakładała często czerwone rajstopy, a wszyscy ubierali się wtedy na szaro, może poza Czesławem Niemenem i zespołem Breakout. I pamiętam, że kiedy wychodziliśmy na ulicę, ludzie krzyczeli za nami: „O, kurwa idzie”. Albo wyzywali od Żydów, bo nie chodziliśmy do kościoła. Mieszkaliśmy na parterze, pewnego dnia ukradli nam i oskórowali kota. Kiedyś związali mnie drutem i nakarmili psim gównem.

Hardcorowe dzieciństwo.
Takie były czasy, taka była Łódź. Dostawałem wpierdol, sam dawałem wpierdol. Dotknąłem prawdziwego życia. Zamykałem się w swoim świecie, cały czas rysowałem, głównie bitwę pod Grunwaldem. Rysowałem po kawałku i doklejałem, robiły się z tego ciągi po pięć metrów. Nasi rycerze na tych rysunkach na różne sposoby zwyciężali Krzyżaków.

Mama cię w tym wspierała?
Tak, bardzo. Zwłaszcza wtedy, gdy dostawałem w szkole dwóje z plastyki. Narysowałem kiedyś Zawiszę Czarnego na ogierze, a ogier miał dużego siusiaka, co zaobserwowałem, będąc na wsi. Innym razem zobaczyłem w telewizji, jak ciężarowiec, nazywał się chyba Baszanowski, dźwiga ciężary. Zauważyłem, że ma włosy pod pachami i duże przyrodzenie, co potem odwzorowałem na rysunku. Pamiętam, że chcieli mnie za to wyrzucić ze szkoły. Wezwali moją matkę, psychologa, przechodziłem jakieś testy psychologiczne. Do dzisiaj pamiętam, jak pokazywano mi na przykład żabę i pytano, czy to ryba. Sprawdzano, czy nie jestem aby szurnięty. Test zdałem, ale od tego momentu miałem w szkole kłopoty. W liceum zarywałem lekcje, bo chodziłem z kumplami na wagary rysować, chodziłem też na kółko plastyczne, to była moja pasja. Mama zawsze mnie wspierała, choć było jej trudno, bo dziadkowie wywierali presję, żebym wybrał porządny zawód.

A ojciec?
Był wojskowym lekarzem, chciał, żebym wyrósł na prawdziwego mężczyznę. Miał wobec mnie takie oczekiwania, jakie zazwyczaj ojcowie mają wobec synów. Ja ich nie spełniałem, do dzisiaj nie umiem wbić gwoździa czy wkręcić śrubki, ojciec był tym zawiedziony. Mama mnie chroniła, i przed dziadkami, i przed ojcem. Potem znalazła partnera, jestem mu wdzięczny, bo opiekował się mamą i mną, ale oczekiwania wobec mnie miał trochę podobne jak mój ojciec. Dosyć szybko, bo w wieku 19 lat, wyprowadziłem się z domu. Mama, mimo pewnych obaw, była przeszczęśliwa, jak poznałem Nalepę, mojego przewodnika, takiego trochę ojca. On mnie nauczył, co to znaczy być artystą.

Mama doczekała twojego sukcesu?
Umarła w 2000 roku, więc doczekała jedynie moich „Księgoklipów” pokazywanych w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Była bardzo z tego dumna.

Nie mogła cieszyć się twoim wielkim sukcesem, czyli retrospektywą w nowojorskim Museum of Modern Art.
Od tej retrospektywy wszystko się zaczęło. Żałuję, bo mama nie dowiedziała się, że wspierając mnie, miała rację.

Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta) Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)

W filmie jest niesamowicie poruszająca scena przy szpitalnym łóżku. Myślę, że wielu ludzi zobaczy w niej nieodbyte rozmowy ze swoimi rodzicami.
Po projekcji na festiwalu w Berlinie podchodzili do mnie ludzie ze wszystkich kontynentów i to mówili. Potem, jak film krążył już w sieci, wiele osób pisało mi, że dzięki temu, że go obejrzeli, zaczęli dbać o rodziców. Nie spodziewałem się takiej reakcji, że oto mój film spowoduje, że dzieci okażą rodzicom trochę serca. Tu nie chodzi o heroiczne rzeczy, tylko o drobne gesty, które niewiele kosztują.

Ty tego nie dałeś mamie? Miałeś chyba z nią dobrą relację, byłeś jej ukochanym synkiem.
Miałem dziwną relację. Ona o mnie bardzo walczyła, ale też przytłaczała w moim dorosłym życiu z kobietami. A ja potrafiłem zawalczyć o swoje. Kiedyś nawet wyprosiłem mamę z mojego domu, jak zaczęła otwierać szafę i mówić, co to za bałagan, a w podtekście były wyrzuty skierowane do mojej narzeczonej. Wtedy moja relacja z mamą się ochłodziła. I tak jakoś się stało, że nie zauważyłem tego, iż powinienem bardziej o nią dbać, częściej dzwonić, jeździć do niej. Rozmowa w filmie jest w sporej części rekonstrukcją mojej rozmowy z mamą w szpitalu. Miałem przyjechać w poniedziałek, ale już nie zdążyłem. Trudno pogodzić się z tym, że mama umierała w samotności, że jej nie przytuliłem, nie powiedziałem, że ją kocham, nie pożegnałem po prostu. Zacząłem rysować ten film, żeby wrócić do tego, co umknęło. I tak powoli rysowanie stało się dla mnie światem realnym, a ten realny świat – obcym, trwało to kilkanaście lat.

Dlaczego tak długo? To był mozół niedający się skończyć czy przeciwnie – radość, której celowo nie chciałeś przerywać?
I to, i to. Z jednej strony to był oczywiście duży wysiłek podzielony na różne etapy. Miałem zwątpienia, a największe po zamkniętym pokazie, kiedy pewna krytyczka sztuki podeszła do mnie i powiedziała: „To już jest trochę lepsze od tych twoich kotków i piesków z TVP Kultura, ale zdecydowanie za długie”. Bardzo się przejąłem jej opinią, bo to najbardziej znana polska krytyczka sztuki. Ale zaraz potem powiedziałem sobie trochę bezczelnie: „Kurczę, to ja miałem wystawę w MoMie, a nie ty”. Te 14 lat pracy nad filmem to był najbardziej sensowny czas w moim życiu. Czułem, że robię coś ważnego. Świat się zmieniał, a ja rysowałem i doklejałem kolejne kartki. Trwało to tak długo dlatego, że na początku planowałem góra 15 minut. W pewnym momencie film wydłużył się do 130 minut, ostatecznie ma 88. To jest trochę tak, jakbyś zaczynała szyć chusteczkę do nosa, a potem okazuje się, że jednak chciałaś uszyć garnitur. Nie postrzegam swojej pracy w kategoriach znoju. Bo to coś najpiękniejszego, co mogło mi się przytrafić. Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony.

Zaprosiłeś do filmu wielkich artystów, na pewno nieprzypadkowo akurat tych.
Chciałem przede wszystkim zaangażować tych, którzy kształtowali mój świat wyobraźni i moją wrażliwość. Jako dziecko słuchałem bajek czytanych przez Irenę Kwiatkowską. Podziwiałem Gustawa Holoubka, dla którego aktorstwo było posłannictwem. Potem przyjaźniłem się z Tadeuszem Nalepą, Tomaszem Stańką. Oni byli kapłanami wartości, które przejąłem. Kształtowali moją wiarę w sztukę jako coś najważniejszego. Jak nie miałem pieniędzy, to brałem kredyt, a odrzucałem propozycję udziału w reklamach, bo wydawało mi się, że nie wszystko jest na sprzedaż. Ci artyści wnieśli do mojego filmu swoje emploi, osobowość, wszystkie znaczenia kulturowe, jakie się z nimi wiążą. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć. Najpierw nagrałem panią Irenę, potem wymyśliłem pana Andrzeja Wajdę.

Nieodkryty, przynajmniej dla mnie, talent aktorski!
Pan Andrzej nie zdążył dokończyć dzieła, zastąpił go, zresztą z polecenia pana Andrzeja, Marek Kondrat. Tak więc ostateczny efekt granej przez niego postaci to miks gry tych dwóch artystów. Marek Kondrat, jak już skończył grać Andrzeja Wajdę, zapytał, co może jeszcze zrobić dla filmu. Poprosiłem, żeby zagrał mojego ojca. To dla mnie ogromny zaszczyt, podobnie zresztą jak zaszczytem była współpraca z Krystyną Jandą, Anną Dymną, Barbarą Krafftówną…

Genialna Krafftówna w roli twojej mamy rozrywa serce.
Pamiętam do dzisiaj ten dzień, wszyscy w studiu mieli łzy w oczach. Jak odprowadzałem potem panią Barbarę do taksówki, dowiedziałem się, że miesiąc wcześniej zmarł jej jedyny syn, a kilka dni przed nagraniem przyszła do Polski urna z jego prochami. Myślę, że tę scenę w szpitalu grała dla niego. Może dlatego jest tak poruszająca.

Film ma też momenty zabawne.
Andrzej Chyra powiedział mi kilka razy, że to jego najlepsza rola komediowa.

Powiedz, proszę, co to jest TO w tytule filmu, które każesz zabić.
Żeby na to pytanie odpowiedzieć, musiałbym być poetą haiku. Nie umiem tak operować słowami, jak wydaje mi się, że umiem rysować. Boję się, że mówiąc o tym, byłbym jak słoń w składzie porcelany. A poza tym nie lubię w filmach dawać odpowiedzi, wolę zadawać pytania, które widz może starać się rozwikłać.

Może tęsknota albo balast przeszłości? Łódź? W końcu porzuciłeś miasto i wyjechałeś na wieś.
Nie zabijam w sobie Łodzi, to moje miasto, ono mnie ukształtowało. Może TO jest czymś takim, co nas zatrzymuje, co nie pozwala iść dalej? Przez lata pracy nad tym filmem moja pracownia była zapełniona duchami z filmu. W pewnym momencie chciałem już ten świat opuścić. Ale nie chcę brnąć dalej w tłumaczenia. Widzisz, że mówię nieudolnie.

Następny film będziesz robił przez kolejne 14 lat?
Na pewno krócej, ponieważ zamierzam zrealizować film 80-minutowy, mam już treatment, więc już wiem, ile potrzeba materiału na ten garnitur. Wtedy tego nie wiedziałem.

To będzie też osobisty film?
Z grubsza rzecz ujmując, to będzie film o starzejącym się artyście ruszającym w świat w poszukiwaniu kogoś, komu przekaże swój dorobek, który by uszczęśliwił obdarowanego, a jednocześnie nadał sens życia temu artyście. Lubię pracować na uczuciach, które znam, które przeżyłem, ponieważ wtedy – tak sądzę – mogę je prawdziwie przedstawić. W tym więc sensie to będzie film osobisty. Ale też taka trochę bajka. Bo ja lubię opowiadać bajki. Teraz jednak czeka mnie oscarowa promocja „Zabij to i wyjedź z tego miasta”. Znów wracam do MoMy, najważniejszego muzeum sztuki na świecie. Bardzo jestem z tego powodu szczęśliwy. Mamo, to też dzięki Tobie.

Mariusz Wilczyński, reżyser filmów animowanych, malarz, performer, scenograf, wykładowca animacji w szkołach filmowych. Autor pierwszej oprawy TVP Kultura, twórca ponad 200 „Księgoklipów” w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Pierwszy Polak zaproszony na indywidualny przegląd twórczości w nowojorskim Museum of Modern Art. Laureat Złotych Lwów na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za animowany film „Zabij to i wyjedź z tego miasta” (dostępny na platformie Nowe Horyzonty VOD).

  1. Styl Życia

Archetyp Barana - wojownik pełen nieokiełznanej energii

Opowieść o Baranie to historia o bohaterze, który wyrusza w świat walczyć ze złem i po niebezpiecznych przygodach zwycięża. (Ilustracja: iStock)
Opowieść o Baranie to historia o bohaterze, który wyrusza w świat walczyć ze złem i po niebezpiecznych przygodach zwycięża. (Ilustracja: iStock)
Nadejście wiosny oznacza również początek zodiaku. Rozpoczyna go astrologiczny Baran – wojownik pełen nieokiełznanej energii. Z pomocą astrologa Piotra Gibaszewskiego podpowiadamy, jak ukierunkować ją w dobrą stronę, zwłaszcza gdy zamiast walczyć trzeba wziąć na wstrzymanie. A to właśnie – według horoskopu – przyniosą najbliższe miesiące.

Erę Barana możemy datować od II tysiąclecia przed narodzinami Chrystusa aż do jego przyjścia na świat. Kult Barana pojawiał się wówczas w wielu miejscach na świecie – przypomina astrolog Piotr Gibaszewski. – Na przykład w Indiach pod postacią boga Agni, którego symbolem była swastyka, okryta później przez nazistów i Hitlera złą sławą. Tymczasem Agni, czczony pod postacią ognia, reprezentował szczęście i życie. W Egipcie z kolei pojawił się kult Amona – boga przedstawianego z baranimi rogami.

Cykliczny początek

Archetyp Barana wskazuje na asertywność, czyli wyrażanie woli w zgodzie z własnym ja. Baran nie pozostaje w strefie komfortu, bo kluczem jego jestestwa jest bycie sobą. Ono jest jego najwyższą wartością. Jako klient coachingu oczekuje konkretnych zadań do realizowania.

Pierwszy znak zodiaku – Baran – reprezentuje pierwotne siły życia, narodziny, rezurekcję, odnowienie, regenerację. Astrolog zauważa, że osoby urodzone ze Słońcem w znaku Barana mają w sobie urok dziecka, są wesołe, nieskomplikowane i beztroskie.

Z Baranem rozpoczyna się wiosna i rok astrologiczny. Przyroda po zimie powraca do życia, a archetyp tego znaku przywraca nam chęć do działania, bo podejmowanie akcji to atut Barana. Jego patronem jest planeta Mars, która swoją nazwę zawdzięcza rzymskiemu bogowi o tym samym imieniu. Według mitologii Mars był synem Junony i czarodziejskiego kwiatu, ojcem założycieli Rzymu – Romulusa i Remusa. Pierwotnie był czczony jako bóg płodności, wegetacji i wiosny. Pasterze, którzy o tej porze roku wyprowadzali na łąki stada owiec, powierzali ich ochronę przed wilkami właśnie Marsowi. Baran i Mars to bohaterowie – ratownicy, strażacy, policjanci.

–  Opowieść o Baranie to historia o bohaterze, który wyrusza w świat walczyć ze złem i zwycięża je, doświadczając niebezpiecznych przygód – mówi Piotr Gibaszewski – Bruce Willis, który urodził się na granicy znaków Ryb i Barana, zwykle gra w filmach takiego niezwykłego bohatera, na przykład w „Szklanej pułapce”.

Baran przyszedł na świat po to, żeby go z nieposkromioną ciekawością odkryć i podporządkować sobie. Trzeba mu oddać, że potrafi żyć z pasją. Liczy się dla niego jedynie tu i teraz, bo tylko w ten sposób może skoncentrować się na działaniu. Baran należy do żywiołu ognia. Jest jak wschód słońca, jak pierwszy płomień, który podpala ognisko, jak dopiero kiełkująca roślina. Żyje w przekonaniu, że wszystko ma jeszcze przed sobą, wystarczy po to odważnie sięgnąć. Jest spontaniczny, niecierpliwy, uosabia słomiany zapał. To archetyp pioniera, stworzony, żeby być tam, gdzie innych jeszcze nie było. Kusi go niebezpieczeństwo nieznanego, nie asekuruje się. Nic nie zostawia za sobą, więc nic nie ma do stracenia.

Piotr Gibaszewski wyjaśnia, że symbolem tego znaku w tarocie jest głupiec, karta o numerze zero, przestawiająca dziecko, które jedynie z tobołkiem wyrusza w podróż, nie wiedząc nic o tym, co je czeka.

I rzeczywiście Baran jest mistrzem w zaczynaniu od zera, potrafi zrobić coś z niczego, ponieważ nie kalkuluje, co mu się opłaca. Typowy przedstawiciel tego znaku nie ma w zwyczaju przesypiać się z problemem jak Scarlett O’Hara. Nie pomyśli o tym jutro ani nawet dzisiaj – kierowany impulsem, zadziała od razu.

Wszystko czerwone

Baran nazywany jest noworodkiem zodiaku, ponieważ swoje potrzeby komunikuje wrzaskiem. Dobrze wie, że może wykorzystać złość, by postawić na swoim. Kłócąc się lub zaciekle dyskutując, uwalnia energie, które się w nim „gotują”. Kojarzy się ze stanem zapalnym, zaczerwienieniem, pulsującym bólem głowy. Na Marsie, planecie Barana, występują największe w Układzie Słonecznym burze piaskowe. Mogą obejmować nawet całą planetę, a w ich trakcie wiatr osiąga nawet 300 km na godzinę. Mars w astrologii uważany jest za planetę maleficzną, czyli złowróżbną – postrzeganą jako symbol ciemności, agresji, niepohamowanego szału. Gdy pojawiał się na niebie, dla starożytnych był zwiastunem wojny. Nazywany Czerwoną Planetą, zawdzięcza to barwie, która przy obserwacji z Ziemi wydaje się rdzawoczerwona i kojarzyła się z pożogą wojenną. – Czerwień Marsa od wieków łączona była również z krwią i żelazem – mówi Piotr Gibaszewski. – W glebie Marsa jest dużo tlenków żelaza. A co jest składnikiem hemoglobiny, która wchodzi w skład krwi, jak nie żelazo? Hemoglobina to białko zawierające żelazo. Krew przenosi tlen i jest symbolem życia.

Pępek świata

Baran jest egotyczny, bywa bezwzględny, kieruje nim zwierzęcy instynkt. Bezwzględność i koncentracja na sobie są mu potrzebne, by podbijać i wygrywać. Ma na względzie przede wszystkim swoją potrzebę doświadczania życia w pełni. Jest porywczy i buńczuczny. Pamiętajmy, że Mars był przede wszystkim bogiem wojny! Z jego kultem związane jest Pole Marsowe w Rzymie, gdzie dokonywano przeglądu wojsk. Poświęcono mu miesiąc marzec, kiedy pogoda pozwalała na wznowienie walk. Przed bitwami składano mu ofiary z ludzi – jeńców wojennych i niewolników. Dużo przemocy i okrucieństwa nietrudno zaobserwować w dziełach znanego Barana – Quentina Tarantina, słynącego, poza filmami, z ogromnego skupienia na sobie.

Baran to mistrz motywacji wewnętrznej. – Słowo to pochodzi od łacińskiego „motus”, czyli ruch, zmiana – mówi Piotr Gibaszewski. – To o Bogu mówi się jako o pierwszym „poruszycielu”, który stworzył świat. Baran razem ze swoim patronem Marsem uruchamiają w nas ten element odwagi, a także kreacji. Bez początkowego impulsu niczego by nie było.

Osoby urodzone na początku zodiadku charakteryzuje umiejętność szybkiego podejmowania decyzji, bezcenna dla pilotów, chirurgów, szefów kuchni, adwokatów, czyli liderów wszelkiej maści, wśród których wielu zodiakalnych Baranów. Zdolnościom przywódczym towarzyszy jednak zwykle niższy poziom empatii, a często podwyższony – psychopatii. I rzeczywiście, empatia i relacyjność nie są mocnymi stronami osób urodzonych z Baranem w herbie. Słyną one z braku taktu, dla nich liczy się przede wszystkim konkret, nie dyplomacja. W związki angażują się, owszem, jak we wszystko, ale niewiele w nich wrodzonej uważności dla drugiej strony. Spodziewajmy się po nich prostolinijności i nie wymagajmy, żeby Barany rozszyfrowywały rozbudowane metafory.

Bohater na swoich warunkach

Baran może być pozytywnym bohaterem, który ratuje ludzkość, ale, jak puentuje astrolog – to nie on przeprowadza staruszki przez ulicę.

– Żyjemy wyobrażeniem, że rycerze są szlachetni, a oni więcej wspólnego mieli z dzisiejszymi kibolami niż szlachetnymi idealistami – mówi Piotr Gibaszewski. – Co robi wojownik? Zabija! Jego miejscem jest wojna, gdzie leje się krew. Żyjemy w kulturze, która źle radzi sobie z agresją, rodzącą przemoc i śmierć.

Marsowi w mitologii towarzyszyło dwóch pomocników – Fobos i Dejmos, czyli Przerażenie i Trwoga. Kiedy wystawiono w kierunku Marsa pierwsze teleskopy, okazało się, że ma dwa Księżyce i nazwano je tymi imionami. To wszystko pokazuje, że częścią naszego doświadczenia są zjawiska, które nie kojarzą nam się szczególnie wesoło czy miło, jednak bez nich nie przetrwalibyśmy.

– Ideały Barana są pożyteczne, bo do napędzania naszego rozwoju potrzebna jest również rywalizacja – puentuje Piotr Gibaszewski. – Wojna to szansa na zwycięstwo, ale żeby je odnieść, potrzeba nam kogoś charyzmatycznego, do kogo powiemy „Wodzu, prowadź!”. Siła Barana potrzebna jest we wszelkim przywództwie – w biznesie, sporcie, polityce. Jest ona równocześnie pierwotna, fascynująca i pozwala pokonać słabości.

Baran (20 marca - 20 kwietnia)

  • żywioł: ogień
  • jakość: kardynalna
  • rodzaj: męski
  • prajakość: ciepły i suchy
  • pora roku: wczesna wiosna
  • archetyp: wojownik
  • cień: niszczyciel
  • pułapka: nadmierna aktywność
  • ideał: przywódca wojskowy
  • dewiza: ja chcę!
  • korespondencje w organizmie: głowa, twarz, krew
Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej. 

  1. Psychologia

Wychowywanie przez strach i zawstydzanie - krzywda przekazywana z pokolenia na pokolenie

Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Jeśli mały człowiek wychowuje się w domu pełnym pogody ducha i radości, to dostaje fantastyczne wyposażenie. Potem wie, że sobie poradzi, lubi i innych, i siebie. Natomiast jeśli przychodzi na świat tam, gdzie jest kupa lęku, przemocy, niepewności, to ten człowieczek doświadcza krzywdy. Cierpi. Radzi sobie, jak może, tworząc osobiste strategie przetrwania, które go jakoś chronią, ale nie są spontanicznym, zdrowym rozwojem.

Większość z nas nosi w sobie krzywdę, której źródło znajduje się w naszych domach. Myśmy się jako ludzkość nie dopracowali świadomego rodzicielstwa, czyli takiego, które korzysta z postępu wiedzy psychologicznej. Dzięki psychologii wiadomo, że człowiek jest pod ogromnym  wpływem tego, jak się go traktuje, gdy przyjdzie na świat. Robi się z tego żarty w stylu: „O, bandyta, pewnie miał trudne dzieciństwo, ha, ha”. Ale nie ma się z czego śmiać, bo to jest prawda.

Rodzice na ogół nie są z siebie zadowoleni, dumni, więc próbują się dowartościować kosztem własnych dzieci. Choćby tatusiowie, którzy powinni wychować synów w poczuciu fajności i sprawczości, mówią: „A ty ze mną nigdy nie wygrasz, kim ty jesteś przy mnie”, i ścigają się z nimi. Zamiast tego ojciec mógłby powiedzieć: „Synu, jestem z ciebie dumny”. Matki mówią często: „Ja życzę ci jak najlepiej”, ale tak naprawdę cierpią, ponieważ ich córkom żyje się łatwiej niż im samym, więc im tego zazdroszczą i wcale im dobrze nie życzą. Zbyt wielka liczba rodziców ulega przekazywanej z pokolenia na pokolenie epidemii wychowywania przez strach i zawstydzanie. Dziecko się umniejsza, bierze pod but. Krzywdą jest brak szacunku dla odrębności bytu ludzkiego, który przyszedł na świat. Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. Pojawia się tam, gdzie władza, gdzie odbiera się wolność. Rodzice najczęściej nie mają władzy gdzie indziej, tylko właśnie nad dzieckiem, i nadużywają jej w sposób straszliwy, ponieważ wobec nich również jej nadużywano. Żeby zatrzymać to błędne koło, jedno pokolenie albo nawet dwa czy trzy pokolenia muszą zrobić ogromny wysiłek. Zdać sobie sprawę z tego, że w każdym z nas są pokłady takich cech czy takich możliwości, które oby się nie uruchomiły. Inny słowy, że można być jednocześnie kochającym rodzicem i potencjalnym oprawcą.

Niedawno byłam w bibliotece w pewnym małym mieście i jak zwykle zadałam pytanie zebranej publice: Kto ma szczęśliwą matkę? Nikt ze 120 kobiet i 3 mężczyzn się nie zgłosił. W Warszawie w 500-osobowych salach takie osoby się zdarzają. Mniej więcej dwie deklarują: „Moja mama jest fajna, szczęśliwa”, a kolejne dwie, trzy mówią: „A moja się uczy, bo ja już się rozwijam, i ona zobaczyła, że też może”. Co się dziwić, kiedyś książek psychologicznych nie było ani odpowiednich artykułów w pismach, teraz już są, więc kolejne pokolenia mają szansę już inaczej być potraktowane. Starsze pokolenia mają poczucie krzywdy: „Masz co jeść, masz w co się ubrać, nikt cię z domu nie wyrzuca, nam było gorzej”. To takie negatywne komunikaty, a najgorsze zdanie to: „Zobaczysz, jak będziesz miała własne dzieci”. Bo po cholerę mamy te dzieci, skoro to taki ciężar?! „Dlatego że ktoś mi musi herbatę na stare lata podać”. Nikt nie poda, jeśli będziemy postępować w ten sposób. Dziecko wyjedzie za granicę, byle być dalej od takich rodziców, i nie poda herbaty. Stan poczucia krzywdy może przynieść chwilową ulgę, kiedy się nad sobą użalamy. Jednak jeśli tkwimy w nim zbyt długo i bez samoświadomości, czasem zamienia się w strategię typu: ponieważ jestem skrzywdzona, należą mi się specjalne względy. Nie muszę się starać, nie muszę nic robić, to inni się mają starać, przeprosić mnie za tę moją krzywdę, zadośćuczynić. To bardzo częsty problem, w dodatku jedno z trudniejszych wyzwań dla terapeuty, bo ludzie nie chcą tego oddać, zapierają się kopytami. Wolą być nadal nieszczęśliwi, bo boją się, że jeżeli oddadzą to nieszczęście, nie będą mieli już praw. Potrzebują poczucia krzywdy po to, żeby żądać dla siebie korzyści. Aby poradzić sobie z taką osobą, która wymaga dla siebie specjalnego traktowania, należy bardzo wyraźnie pokazać jej granice i ich pilnować. Ona nie ma granic, więc będzie właziła, gdzie się da. Robić dobre rzeczy należy tylko tym, którzy nas o to poproszą i nam za to dziękują. Ci, którzy żądają i nie dziękują, to są roszczeniowe jamochłony. Lepiej ich unikać, ich nie da się nakarmić, zawsze będą głodni. Krzywda jest rzeczą intymną, o niej się nie rozmawia, ją się ukrywa nawet przed samym sobą, bo z taką ciągle obecną trudno żyć. Dobrze, gdyby ona została oddemonizowana, ale człowiek, który cierpi w samotności, ma poczucie, że nikt tak nie cierpi jak on. Dopiero sesje terapeutyczne, a najbardziej grupowe, pokazują, że inni też tak mają. Żeby wyrwać się z poczucia krzywdy, najlepiej zobaczyć i posłuchać innych. Wyjść z zaklętego kręgu „tylko mnie jest źle”. Lekarstwem jest zmiana perspektywy na szerszą, bo poczucie krzywdy wiąże się z tym, że widzimy tunelowo, jednowymiarowo. Dodatkowo pomaga poczucie humoru, trudne rzeczy też można obśmiać, chodzi mi o taki życzliwy, serdeczny śmiech z siebie. Jeśli trzymam się kurczowo krzywdy, to z niej nie wyjdę, nie zacznę działać, nie wezmę odpowiedzialności za siebie. A przecież mogę dostrzec, że jeżeli do dziś żyję i nie jestem wrakiem, to coś dobrego oprócz tej krzywdy dostałam, nie warto skupiać się ciągle na tym, czego mi brakowało.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Psychologia

Fundamentem szczęśliwej rodziny jest udane małżeństwo

- Rozmowa jest kluczem do bliskości - mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. (Fot. iStock)
- Rozmowa jest kluczem do bliskości - mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. (Fot. iStock)
Konflikty w rodzinie są nieuniknione i trzeba mieć świadomość, że to jest w porządku. Bo tam, gdzie są różne potrzeby, różne poglądy, musi dochodzić do ich konfrontacji. Fundamentem udanej rodziny jest udane małżeństwo. To jest podstawa – mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. 

Wszystkim marzy się szczęśliwa rodzina. Od czego zaczynać jej budowanie?
Zastanówmy się, jak zaczyna się związek. Dwie osoby zakochują się w sobie, co jest stanem bardzo przyjemnym, ale jednocześnie szczególnym, bo widzi się wtedy u drugiej osoby tylko rzeczy pozytywne. Wydaje się, że znaleźliśmy kogoś idealnego, kto zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Ten stan nie trwa bardzo długo, potem powinno nastąpić wzajemne poznanie się i dostrzeżenie swoich wad i ograniczeń. Żeby jednak dwoje ludzi mogło się poznać, muszą ze sobą rozmawiać nie tylko o rzeczach zewnętrznych, ale też o sobie: co czują, co myślą, czego potrzebują, jakie mają poglądy na wiele spraw. I to jest bardzo ważne.

Czy nie sprzyja temu tak powszechna dzisiaj praktyka mieszkania razem przed ślubem?
Niekoniecznie. Dość często jest tak, że młodzi ludzie szybko zamieszkują ze sobą, a jeszcze szybciej, bez poznania się, dochodzi do seksu, a więc największej intymności. Jeśli ten pierwszy etap poznawania się zostanie przeskoczony, to może nie być już okazji, by to nadrobić. Pary, które bardzo szybko zaczynają ze sobą mieszkać, owszem, są ze sobą, ale na ogół bardzo dużo pracują albo szybko pojawia się dziecko i tak naprawdę się nie znają!

Jakie niebezpieczeństwa z tego wynikają?
Każdy wyobraża sobie wspólne życie inaczej, jeden chce, aby było tak jak w jego rodzinie, ktoś inny odwrotnie. Każda ze stron ma swoje oczekiwania, a wychowała się w innej rodzinie, w której obowiązywały inne normy, inaczej spędzało się wolny czas.

I co wtedy?
Ja bym optowała za rozmową. Dla wielu osób to jednak coś bardzo trudnego, bo w ich rodzinach się nie rozmawiało. Często większy problem mają z tym mężczyźni, co z kolei wiąże się z różnicami w treningu społecznym dziewczynek i chłopców – dziewczynki częściej rozmawiają ze sobą o uczuciach i potrzebach, zwierzają się swoim przyjaciółkom już jako kilkulatki. Chociaż nie zawsze jest tak, że to kobieta umie rozmawiać. Dla trwałości związku dwojga ludzi ważna jest ich dojrzałość.

Na czym ona polega?
Na tym, że znam siebie – umiem wyrażać swoje potrzeby, pragnienia – ale też liczę się z rzeczywistością, czyli z tym, że osoba, z którą jestem, też ma swoje potrzeby i one są równie ważne. Im jesteśmy dojrzalsi, tym łatwiej pogodzić nam się z tym, że nasz partner jest inny niż my oraz że daleko mu do ideału. Trzeba liczyć się z ograniczeniami – że nie zawsze może być tak, jak ja chcę – i ze sobą rozmawiać, czyli także słuchać. Bo dla niektórych rozmowa to monolog. I jeszcze jedno, jeżeli chcemy budować trwały związek, to jednak świat wartości i preferowany model życia – czyli to, jak postrzegamy rolę kobiety i mężczyzny, czy chcemy mieć dzieci itp. – powinny być zbliżone.

Pojawia się dziecko i często wraz z nim przychodzi poważny kryzys związku.
Bo już nie jesteśmy tylko we dwójkę, tylko dla siebie, ale pojawia się ktoś trzeci, kto potrzebuje nas obojga. To jest krytyczny moment, stawia inne wyzwania kobiecie, inne mężczyźnie. Często trudniej jest ludziom, którym dziecko rodzi się na początku, po krótkiej znajomości, czasem nieplanowane, ponieważ nie stali się jeszcze parą, nie nauczyli się wchodzić w dynamikę kompromisów, a już muszą funkcjonować we trójkę. Istnieje niebezpieczeństwo, że mama skupi się tylko na macierzyństwie i odsunie męża od siebie i dziecka. Młody mężczyzna na ogół sam nie będzie się wtedy dobijał o swoje miejsce.

O przepraszam, dzisiaj młodzi tatusiowie rwą się do opieki nad swoim potomkiem. W ogóle dzisiejsi rodzice chcą sami brać odpowiedzialność za wychowanie dzieci, a babcie z kolei nie palą się do zajmowania wnukami.
I to jest dobre. Młodzi rzeczywiście coraz częściej mówią do babci: My cię poprosimy, jak będziesz potrzebna. Wtedy istnieje większa szansa, że tata odnajdzie się w nowej roli.

Dziecko rośnie, a wraz z nim rosną potencjalne konflikty, bo ono też ma swoje zdanie, swoje pragnienia.
Konflikty są nieuniknione i trzeba mieć świadomość, że to jest w porządku. Bo tam, gdzie są różne potrzeby, różne poglądy, musi dochodzić do ich konfrontacji. Fundamentem udanej rodziny jest udane małżeństwo. To jest podstawa. Istnienie symbolicznego „pokoju rodziców” i „pokoju dziecinnego”, podsystemu „rodzice” i podsystemu „dzieci”.

Dzisiaj wielu rodziców pyta nawet małe dzieci o zdanie na każdy temat.
To bardzo szkodliwy dla dzieci model wychowania, w którym mogą one decydować o wszystkim od małego. Uczenie dziecka podejmowania decyzji to długi proces. Na początku robią to za nie rodzice. Potem z każdym rokiem zwiększa się zakres spraw, o których dziecko może samo decydować, no ale zawsze ważna jest przytomność mamy i taty. Przytomni rodzice, nawet jeżeli ich dziecko jest już nastolatkiem, pozostawiają sobie przestrzeń, w której to oni decydują. I jeżeli np. 13-letnia córka komunikuje, że idzie na prywatkę do nieznanych ludzi, mówią „nie”.

Tylko że czasem jest za późno na mówienie „nie” nastolatce.
Jest za późno, jeżeli ona o wszystkim wcześniej decydowała sama. To rodzice tworzą normy funkcjonujące w domu i w ten sposób budują bezpieczeństwo dziecka. Dzieci w wieku przedszkolnym, które mogą same wybierać, kiedy idą spać, co jedzą, dokąd idą, nie czują się bezpiecznie. I to jest ten paradoks. Bo rodzice myślą, że jak one będą decyzyjne od małego, to wyrosną na zdrowych emocjonalnie ludzi, a jest dokładnie odwrotnie. Dla dziecka bezpieczny świat to taki, w którym rodzice wiedzą.

Co powinni wiedzieć już na początku?
Dwie idee wydają się ważne. Pierwsza dotyczy budowania w sobie przekonania, że dziecko jest kimś odrębnym ode mnie, kimś, kto w pierwszych latach życia bardzo mnie potrzebuje, kto jest ode mnie zależny, ale ma własne potrzeby, cele, zadania i kiedyś odejdzie. Druga wiąże się z użytym przez angielskiego psychoanalityka D. Winnicotta terminem „wystarczająco dobrej mamy”. Rodzice mają być wystarczająco dobrzy, nie muszą starać się być idealni. No i rozmowa. Dzieci uczą się, słuchając, jak rodzice ze sobą rozmawiają, na ile sobie ustępują, jak się kłócą (bo przecież można się kłócić tak, żeby nie niszczyć drugiej osoby), i obserwując, jak się potem godzą. Gdy tata z mamą opowiadają o tym, co było w pracy, to dziecko też ma ochotę podzielić się tym, co wydarzyło się w szkole. A gdy przy kolacji jest włączony telewizor, to dziecko wyciąga swoje zabawki, a potem rodzice odkrywają ze zdumieniem, że nie znają swoich dzieci. Naprawdę można żyć pod jednym dachem i być od siebie daleko. Rozmowa jest kluczem do bliskości.

Barbara Smolińska dr nauk humanistycznych, certyfikowany psychoterapeuta i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Europejskiego Stowarzyszenia Psychoterapii. Członek Komisji Etyki Sekcji Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.