fbpx

Matka jest tylko jedna

Matka jest tylko jedna
123rf.com

Jest taki nieśmiertelny dowcip. Mama wysyła synka po dwie butelki wódki. Chłopak w sklepie kupuje ostatnią półlitrówkę. Wraca do domu i obwieszcza od progu: „Matka, jest tylko jedna”. Jak uczą antropologowie – dowcipy pozwalają wypowiedzieć na głos to, o czym z punku widzenia społecznej normy, nawet nie wolno pomyśleć.
W kulturze uświęcającej macierzyństwo, umieszczenie go w kontekście patologii, budzi szczególnie silne emocje. Oczywiście, alkoholizm, krzywdzenie i zaniedbywanie dzieci są i muszą być bezwzględnie bulwersujące. Jednak bohaterką zacytowanego dowcipu jest matka. Wyobraźmy sobie jego analogiczną wersję: Ojciec wysyła synka po dwa sześciopaki piwa. Chłopiec wraca do domu i oznajmia: „Ojciec, jest tylko jeden”. Dowcip wydaje się jakoś ani śmieszny, ani straszny. No bo to przecież nic niezwykłego, żeby tacie kupować piwo, a zresztą że ojciec może być tylko jeden, nie wydaje się szczególnie przekonujące. Nie mają tu nic do rzeczy fakty biologiczne, chodzi o społeczne wyobrażenia, w których ojciec nie jest ani tak odpowiedzialny, ani tak niezastąpiony jak matka. Dlatego może liczyć na zdecydowanie większą społeczną tolerancję dla ewentualnych rodzicielskich błędów.

Wymagania w stosunku do kobiet są nieporównanie wyższe, a do ogromu obowiązków odwrotnie proporcjonalna jest ilość przysługujących im przywilejów. Przyjęło się myśleć, że kobiety z natury wiedzą, co znaczy być matką. A że skoro mężczyźni nie radzą sobie w roli ojców, to żony są od tego, żeby im pomóc, co nierzadko oznacza wyręczyć. Dlatego wszelkim wychowawczym potyczkom winna jest zawsze matka. Dziecko nadpobudliwe albo ospałe, nadmiernie ambitne czy leniwe, chude bądź otyłe – odpowiedzialność spadnie na matkę, która trzymała zbyt krótko, względnie – na zbyt wiele pozwalała. Nawet jeśli to ojciec przeziębił synka, zabierając go na spacer bez czapki, to matka będzie winna, bo przecież miała o wszystko zadbać, i o wszystkich. A mężowi przypomnieć o czapce dziecka. Poświęcenie, troska i dbałość są – wie to każde dziecko – kwintesencją macierzyństwa. I tu jednak kobieta musi się mieć na baczności, bo jeśli stała się nadopiekuńcza i nadmiernie troskliwa – przepadła z kretesem i w przyszłości uczyni ją to bohaterką nieśmiertelnych dowcipów o teściowej.

Wydaje się więc że kobieta, a w szczególności matka, z punktu widzenia społecznych oczekiwań – znajduje się w potrzasku. Ma z uśmiechem i wigorem poświęcić się dla męża i dzieci, pilnując żeby nikt jej postawy jako poświęcenia nie odczuł. Nikogo przecież nie cieszy życie pod jednym dachem z męczennicą. Jeśli jednak zacznie ona myśleć o sobie i własnej samorealizacji – zostanie okrzyknięta egoistką, a za wzór będzie jej stawiane cierpiętnicze poświęcenie. Jak tu się dziwić, że co druga czytelniczka psychologicznych czasopism i portali, zachodząc w ciążę bezskutecznie odpędza od siebie myśl: „Córeczko/syneczku, obym Cię tylko zanadto nie skrzywdziła”. Bo że skrzywdzi – zdążyły ją już przekonać wszystkie uczone teorie, film, literatura oraz telewizyjne wiadomości.

Jeśli więc jesteś kobietą – matką, córką, a może babką – pamiętaj proszę o powszechnym hiperkrytycyzmie wobec kobiet w ogóle, a matek w szczególności. Oceniaj swoją matkę świadomie, a krytykuj z umiarem – inaczej grozi ci miotanie kulturowo uwarunkowanych oskarżeń, których ostatecznie sama padniesz ofiarą. Wiele się w tej kwestii zmieniło, jednak nadal społecznie płeć żeńska jest wyraźnie mniej uprzywilejowana od męskiej. Dlatego niejedna dziewczynka słyszy od matki, że facetom jest w życiu łatwiej, albo wprost – „Żałuję, że nie urodziłam się mężczyzną”. Z jednej strony mogłoby to stanowić wątłą podstawę kobiecej solidarności, z drugiej jednak – jest przejawem druzgocącej samokrytyki. Podobnie można interpretować podszyte dumą ni to skargi, ni to przechwałki młodych kobiet, że zawsze wolały się bawić z chłopcami, a teraz świetnie dogadują się z mężczyznami, podczas gdy z kobietami nie znajdują wspólnego języka. („Są lepsi, więc kiedy trzymam z nimi, sama staję się lepsza i dystansuje się od innych kobiet, a także od własnej kobiecości”). Z tego samego źródła wpływa potoczne przekonanie, że w kobiecym gronie dochodzi do częstych konfliktów, że córki zawsze będą się kłóciły ze swymi matkami.

Jako kobiety same ulegamy negatywnym stereotypom dotyczącym naszego kulturowego wizerunku. Narzucamy sobie nadmiar obowiązków i niekiedy wzajemnie wykluczających się powinności, utożsamiamy się z padającą pod naszym adresem krytyką, a także same potrafimy siebie z wielką wprawą skrytykować. Łatwość, z jaką to robimy, wiąże się z niejednoznaczną oceną kobiet – z jednej strony dysponujących niższym społecznym statusem, z drugiej zaś posiadających znaczącą władzę w roli matek. W efekcie z jednej strony spotyka nas brak szacunku, z drugiej zaś – bywamy demonizowane. Nie zawsze przy tym zauważamy, że jesteśmy traktowane gorzej niż mężczyzna, który znalazłby się na naszym miejscu. Zdarza się, że nie cenimy dokonań własnych i innych kobiet równie wysoko, jak tych osiągniętych przez mężczyznę.

Dlatego też córki doświadczają w relacjach z matkami nieznośnej sprzeczności – darząc te ostatnie podziwem i jednocześnie dystansując się od nich, by uniknąć konsekwencji niższej społecznej rangi kobiet. Nieznośna jest sytuacja młodej kobiety usiłującej za wszelką cenę odróżnić się od matki i uniknąć jej błędów. Stając się jej krytykiem, negatywnie ocenia przecież samą siebie, tak do matki podobną. Spróbujmy więc nasze matki zrozumieć i spojrzeć na relacje z nimi z możliwie szerokiej perspektywy. Pamiętając, że nasze uczucia wobec matek mają ogromny wpływ na to, jakimi same będziemy matkami dla swoich córek, a także na nasze uczucia wobec innych kobiet.

W następnym artykule przyjrzymy się bliżej matce, która nieszczególnie utożsamia się ze swoją rolą, nie jest specjalnie opiekuńcza, a może nawet wcale nie marzyła o dzieciach.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>