1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Każdy ból głowy to od razu guz mózgu? Pokolenie Z skupia się na ciele i zapomina o psychice

Każdy ból głowy to od razu guz mózgu? Pokolenie Z skupia się na ciele i zapomina o psychice

Dolegliwości psychosomatyczne nie są zjawiskiem nowym, jednak młodzi dorośli reagują na nie zupełnie inaczej niż wcześniejsze pokolenia. Dlaczego tak trudno przyjąć, że symptomy fizyczne mogą mieć źródło psychologiczne? I co można zrobić, by skrócić to cierpienie, które rodzi się na styku ciała, emocji i współczesnego sposobu życia? Na pytania odpowiadają prof. Agnieszka Mastalerz-Migas oraz dr hab. Sławomir Murawiec.

Spis treści:

  1. Pokolenie Z: za bardzo skupia się na zdrowiu?
  2. Objawy z ciała czy stres? Wpływ psychiki na zdrowie
  3. Social media: jak internet napędza lęk o zdrowie?
  4. Psychosomatyka: kiedy objawy fizyczne mają podłoże psychiczne
  5. Czy pokolenie Z boi się psychiatrów?
  • „Obserwujemy ogromne uwrażliwienie młodych dorosłych na zdrowie” – zauważają lekarze. Eksperci podkreślają, że młodzi dorośli bardziej niż wcześniejsze pokolenia potrzebują konkretnych wyjaśnień, dotyczących ich stanu zdrowia.
  • „Oczywiście fantastycznie, że młode osoby troszczą się o zdrowie i chodzą do lekarzy, bo na tym można budować gotowość do profilaktyki” – dodaje dr hab., Sławomir Murawiec, wyjaśniając, że w tej trosce pokolenie Z zapomina czasem o możliwych psychologicznych źródłach problemów zdrowotnych.
  • Młodzi ludzie skupiają się jednak na objawach somatycznych. Emocje, relacje jako źródło problemu, jak zauważają lekarze, nie przychodzi im do głowy.
  • Za ten stan rzeczy odpowiadają, zdaniem dr Mastalerz-Migas i dr hab. Murawca, m.in. media społecznościowe i działający w nich insta-lekarze, insta-dietetycy.
  • Eksperci wskazują, jakie działania mogą podjąć przedstawiciele pokolenia Z, by zadbać o siebie nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.

Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 02/2026.

Pokolenie Z: za bardzo skupia się na zdrowiu?

Izabela Nowakowska-Teofilak: Statystyki wskazują, że pokolenie Z częściej korzysta z opieki zdrowotnej niż ich rówieśnicy w poprzednich dekadach. To wynika z większej świadomości czy z gorszej kondycji zdrowotnej?

Agnieszka Mastalerz-Migas: Obserwujemy ogromne uwrażliwienie młodych dorosłych na zdrowie. Osoby między 20. a 30. rokiem życia stanowią połowę uczestników programu profilaktycznego „Moje zdrowie”, to niezwykle budujące, ale jest też druga strona medalu, czyli nadmierne wsłuchiwanie się w swój organizm, skłonność do nadinterpretowania każdego objawu, panikowanie z powodu minimalnego odchylenia od normy. Wystarczy, że jakiś parametr w morfologii będzie odrobinę przekroczony, by taki pacjent domagał się wizyty u lekarza na cito, żeby jak najszybciej omówić tę nieprawidłowość.

Ostatnio odpowiadałam na skargę 30-letniego ojca, który zarzucał lekarce niewykazanie należytej staranności podczas badania jego sześciomiesięcznego dziecka, ponieważ opisała śluzówki gardła jako bladoróżowe. Tymczasem dwa dni później lekarka, która badała to samo dziecko w prywatnym gabinecie, stwierdziła, że gardło jest lekko zaczerwienione.

Nie przywołuję tego przykładu, by bagatelizować objawy choroby czy drwić z czyjejś troski o dziecko, ale ta sytuacja pokazuje, jak bardzo młodzi ludzie są wyczuleni na niuanse, jak szczegółowo analizują zdrowie własne i bliskich, niemal co do mikrometra. A przecież medycyna to nie matematyka, diagnoza czasami opiera się na subiektywnej ocenie lekarza, stąd może wynikać na przykład drobna różnica w ocenie wyglądu śluzówki gardła. Młodzi ludzie oczekują jednak bezwzględnej precyzji, jednoznacznych diagnoz i szybkich rozwiązań na pojawiające się problemy.

W przeciwieństwie do starszych pokoleń nie obserwują swoich organizmów, tylko natychmiast reagują na wszelkie pojawiające się aberracje, co czasami jest słuszne, a czasem może wywoływać niepotrzebny stres i prowadzić do paradoksalnych sytuacji. Na przykład pacjent mówi, że coś jest nie tak, bo cierpi na bezsenność, ale kiedy przeprowadzam wywiad i dopytuję, jak długo to trwa, okazuje się, że nie mógł zasnąć poprzedniej nocy i jest zaniepokojony, bo nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło. Domaga się więc skierowania na badania i zalecenia jakieś suplementacji magnezem, bo słyszał, że to pomaga w zasypianiu. Z kolei inny młody człowiek podejrzewa u siebie guza mózgu, bo przez cały dzień bolała go głowa. I nie łączy objawu z tym, że grał na komputerze do trzeciej w nocy, a o ósmej Co mnie przeciąża? Czego się boję?

Objawy z ciała czy stres? Wpływ psychiki na zdrowie

Sławomir Murawiec: Mam podobne obserwacje. Oczywiście fantastycznie, że młode osoby troszczą się o zdrowie i chodzą do lekarzy, bo na tym można budować gotowość do profilaktyki. Chciałbym mocno podkreślić, że z tym nie walczymy. Chodzi jednak o to, by w tym wszystkim zachowywać szerszą perspektywę.

Moi starsi pacjenci mówią zazwyczaj: „Nie wiem, czemu źle się czuję, może to stres, może sytuacja rodzina”. A młody człowiek zaczyna od tego, że zrobił wszystkie badania i pyta, co moim zdaniem powinien jeszcze sprawdzić, co uzupełnić. Czasem mam poczucie, że młodzi ludzie traktują się jak maszyny, a gdy odkrywają swoją ludzką stronę, często są szczerze zaskoczeni.

Pracuję właśnie z pacjentką kończącą uczelnię wyższą, która trafiła do mnie z powodu ogólnego rozbicia, trudności w oddychaniu, poczucia gorąca, zaburzeń apetytu. Wcześniej wykonała cały pakiet badań i uzupełniła wszelkie niedobory, jednak szukając przyczyny swoich problemów w ciele, nawet nie pomyślała o tym, że właśnie kończy studia, jest wyczerpana ilością nauki, bardzo stresuje się egzaminami i boi się, co będzie dalej. Nie spojrzała na swoją sytuację tak zwyczajnie, po ludzku, uwzględniając emocje, prawa psychiki. Dopiero kiedy zacząłem jej podpowiadać, by poszukała przyczyny aktualnych problemów w tym, co aktualnie przeżywa, a nie wyłącznie w badaniach laboratoryjnych, nastąpiło coś, co nazwałbym wręcz efektem „wow!”.

Social media: jak internet napędza lęk o zdrowie?

To dość szokujące, bo przecież młodzi ludzie mają właściwie nieograniczony dostęp do wiedzy psychologicznej. Mam wręcz poczucie, że to modny temat. Dlaczego więc tracą z oczu związek między emocjami a ciałem? Skąd ta fragmentaryzacja?

S.M.: A na czym polega scrollowanie telefonu? Na fragmentarycznym nabywaniu wiadomości i wiedzy o świecie. Każdego dnia przetwarzamy setki informacji, które są niepogłębione i nienastawione na refleksję, i na podstawie jakiegoś wycinka tworzymy sobie wyobrażenie o sobie i świecie.

Na zasadzie: słyszałem, że jakiegoś celebrytę bolała głowa, a potem okazało się, że ma raka, to teraz każdy ból głowy będzie wzbudzał we mnie potrzebę pilnej konsultacji z lekarzem i wykonania kolejnych badań.

A może to wynika z tego, że kiedy wpisujemy objawy w wyszukiwarkę Google, nie dostajemy raczej sugestii, żeby pochylić się nad swoim życiem i stanem psychicznym, tylko jasne wytyczne, co zbadać i uzupełnić?

A.M.M.: A ja bym jednak nie oskarżała „doktora Google”, tylko ludzi. Wyszukiwarki internetowe zasilane sztuczną inteligencją udzielają często mądrych i wyczerpujących odpowiedzi. Moim zdaniem najwięcej szkody obecnie robią różni insta-lekarze albo insta-dietetycy, generalnie media społecznościowe, które dały głos i uwagę wątpliwym ekspertom. I tu niestety musimy się uderzyć w piersi także jako środowisko lekarzy, bo nasi koledzy też opowiadają przeróżne rzeczy na swoich kanałach. Być może niektórzy w to wierzą, ale są też tacy, którzy na głoszonych przez siebie teoriach chcą zwyczajnie zbić jakiś kapitał, odnieść sukces komercyjny, zdobyć rząd dusz. I to im się często udaje.

Najgorsze są działania celowe, które mają kreować pewne postawy pacjentów oceniane przez lekarzy jako negatywne, ale bardzo pożądane przez biznes. Zobaczmy, jak działają reklamy, co się dzieje na rynku stricte komercyjnym. Pojawia się masa różnych suplementów, które są na coś, mają rozwiązać jakiś problem. I to jest właśnie to kierowanie w kanał myślenia, o którym powiedział doktor Murawiec, czyli dawanie łatwych odpowiedzi, co należy wziąć, by nie bolało.

S.M.: W wyszukiwarkę Google trzeba było wejść, coś wstukać, otworzyć kilka stron, przeczytać choćby częściowo parę różnych opinii, a teraz, nie robiąc nic poza jednym klinięciem, dostajemy gotowe skrypty, które kształtują to, o czym ludzie myślą i jakich wyjaśnień poszukują.

Nie ma reklamy, która by mówiła: jeśli dolega ci to i to, zastanów się, czy twoja sytuacja w pracy albo w domu jest komfortowa. Czy twoje życie daje ci satysfakcję? Pomyśl, zreflektuj się, zastanów, zajrzyj w siebie.

Wszystkie oferują jakieś szybkie remedium w formie tabletki. A później pacjent przychodzi do lekarza z jakimś wyobrażeniem i szuka jedynie somatycznych wyjaśnień. SIBO, alergia na gluten albo zespół jelita drażliwego – to brzmi konkretnie i daje poczucie kontroli. Dużo trudniej mówić o emocjach, relacjach, poczuciu sensu czy przeciążeniu psychicznym. Takie źródła problemów zdrowotnych nawet nie przychodzą młodym ludziom do głowy.

Psychosomatyka: kiedy objawy fizyczne mają podłoże psychiczne

Po czym lekarz może rozpoznać, że to psychika jest źródłem problemu, nie ciało?

S.M.: W psychiatrii obowiązuje zasada, że najpierw trzeba wykluczyć chorobę ciała. Jeżeli pacjent zgłasza objawy płynące z ciała, to zgodnie z zasadami kieruję go do odpowiedniego specjalisty, ponieważ sam nie jestem w stanie ocenić, co mu dolega.

Zaburzenia psychosomatyczne diagnozujemy wtedy, kiedy pacjent jest przebadany, nigdy tylko na podstawie wywiadu, bo najważniejsze jest to, żeby czegoś faktycznie nie przeoczyć.

A.M.M.: Jako lekarz rodzinny czasem już na wczesnym etapie widzę pewne sygnały ostrzegawcze, na przykład objawy są bardzo różnorodne, zmienne, nie układają się w logiczny obraz kliniczny i nie reagują na standardowe leczenie. Wtedy warto przyjrzeć się stronie psychicznej. Ogromne znaczenie ma relacja z pacjentem. Lekarz rodzinny często zna szerszy kontekst jego życia: wie o rozwodzie, stracie bliskiej osoby, chorobie dziecka czy wypaleniu zawodowym. Ta wiedza pozamedyczna bywa kluczowa. Dzięki niej łatwiej dostrzec, że na przykład kołatania serca u młodej, zdrowej kobiety mogą być wyrazem przewlekłego napięcia czy lęku, a nie choroby serca. Zdarza się jednak, że pacjent przez lata wraca z nowymi objawami i za każdym razem domaga się kolejnych badań. A wtedy konia z rzędem temu lekarzowi, który mu odmówi, tłumacząc, że przyczyna tkwi w psychice, nie w ciele. Nawet jeśli z przeprowadzonych dotychczas badań wynika, że ryzyko choroby organicznej jest niewielkie, to przecież nigdy nie jest zerowe. Zlecamy więc kolejne analizy, bo czujemy się odpowiedzialni. Wykluczenie choroby ciała jest absolutnie konieczne.

Uważam, że nadmiarowa diagnostyka, wykonywanie wszystkich możliwych badań „na zapas”: tomografii, rezonansów, kosztownych i obciążających procedur, często nie tylko nie uspokaja pacjenta, ale wzmacnia jego lęk, bo jak już wspomniałam, każde minimalne odchylenie od normy staje się dla takiego człowieka kolejnym powodem do niepokoju.

Z drugiej strony jednak wszelkie sugestie dotyczące konsultacji psychiatrycznej trzeba dawać z wyczuciem, bo reakcje pacjentów bywają bardzo silne – od zaprzeczania po poczucie bycia zlekceważonym. Część osób bardzo się obrusza, bywa, że słyszę: „Chce pani zrobić ze mnie wariata, a ja przecież naprawdę cierpię”. To są bardzo trudne momenty. Lekarz mniej doświadczony, który nie ma tyle siły, by przekonać pacjenta, że taka konsultacja jest konieczna, może zrobić krok w tył i zlecać kolejne badania, nawet jeśli wie, że nic z nich nie wyniknie.

Czy pokolenie Z boi się psychiatrów?

Skąd u młodych ludzi ten opór przed konsultacją psychiatryczną?

S.M.: Jeszcze kilkanaście lat temu powiedziałbym, że to pokłosie różnych stereotypów, stygmatyzacji społecznej i nieprawdziwych przekonań na temat psychiatrów. Ale współcześnie te czynniki odgrywają mniejszą rolę, coraz rzadziej chodzi o klasyczny lęk przed psychiatrą. Problem polega raczej na sposobie myślenia. Wielu młodych ludzi traktuje swoje ciało i psychikę w sposób bardzo techniczny. Jeśli coś nie działa, trzeba to naprawić: znaleźć brakujący pierwiastek, suplement, parametr, który da się zmierzyć. Nie pojawia się pytanie: „Co się dzieje w moim życiu?”, tylko: „Czego mi brakuje?”. To zupełnie inny sposób przeżywania siebie.

Jak zatem zachęcić takiego człowieka do zajęcia się swoją psychiką?

A.M.M.: Z perspektywy lekarza rodzinnego mogę powiedzieć, że to nigdy nie jest jedna rozmowa. To proces, który wymaga czasu i zaufania. Staram się zawsze bardzo delikatnie sugerować przeprowadzenie takiej konsultacji, ale oczywiście wcześniej zlecam podstawowy panel badań. Czasem pacjentowi wystarczy to, że przyjdzie na kilka wizyt, że ktoś wyrazi zainteresowanie jego stanem zdrowia. Niekoniecznie chodzi o przepisanie jakichś tabletek, często wystarczą zalecenia dotyczące zdrowego stylu życia, rozmowa.

Jeśli jednak taki człowiek wraca, a ja orientuję się, że objawy mogą mieć podłoże stresowe, podczas kolejnych wizyt pytam, czy coś się zmieniło w pracy albo w rodzinie. Jeden pacjent otwiera się bardziej, drugi mniej.

Wiele osób na początku mówi, że wszystko jest dobrze, ale kiedy wracają z wynikami, które są superprawidłowe, to znów podejmuję temat i proszę, żeby zastanowiły się, w jakich sytuacjach pojawiają się niepokojące symptomy, jak długo boli i kiedy to mija.

Czy jest jakaś uchwytna przyczyna? Często jej nie ma, bo wiemy, że choćby w zaburzeniach lękowych nie jest tak, że coś nas przestraszy i pojawia się atak paniki. Buduję wywiad w taki sposób, by uzyskać cenne dla mnie informacje, a jednocześnie otworzyć pacjenta na to, że jego objawy mogą mieć tło psychiczne. Tłumaczę, że takie zaburzenia są dziś powszechne, bo żyjemy w niełatwej rzeczywistości. Jesteśmy zabiegani, przebodźcowani, każdego dnia docierają do nas setki informacji, mamy dużo problemów w relacjach międzyludzkich, ale też tych globalnych, jak choćby widmo wojny. Mamy prawo czuć się nie najlepiej psychiczne. I zdarza się, że nagle pacjent, który twierdził, że jego życie to nieustanne pasmo sukcesów, nagle zaczyna płakać albo drży mu głos.

Jednak na to wszystko potrzeba czasu, a lekarze pracują w pośpiechu i często nie ma przestrzeni na to, żeby takiego człowieka otworzyć. Stąd też biorą się często te długofalowe, wyczerpujące badania, bo łatwiej lekarzowi, który ma na przykład 10 minut na wizytę, wystawić trzy skierowania do kardiologa, hipertensjologa i gastroenterologa niż poświęcić kwadrans na uczciwą rozmowę, którą potem trzeba jeszcze opisać.

S.M.: Pamiętajmy, że nie możemy nikogo zmusić do wizyty u psychiatry i nie o to też w tym wszystkim chodzi, ale o to, że w leczeniu kluczowe jest nastawienie pacjenta. On sam musi chcieć dostrzec swój realny problem i świadomie podjąć działania. Zastanowić się, z czego tak naprawdę wynika jego uwrażliwienie na kwestie zdrowotne, czym się kieruje, bo przecież musi być jakaś motywacja. Trzeba to młodym pacjentom uświadamiać, bo samodzielnie trudno jest im dostrzec tło, działają raczej na zasadzie akcja–reakcja. Jestem rozbity, brakuje mi energii, coś mnie boli, więc biegnę do lekarza i robię badania, bo skoro sygnały płyną z ciała, to tam musi być ich źródło. Często tak jest, ale nie zawsze.

A czy takie zachowania nie są jednak podszyte lękiem? Badania potwierdzają, że jest go teraz w ludziach bardzo dużo.

S.M.: W niektórych przypadkach na pewno tak, ale jeśli ktoś mierzy swoje parametry zdrowotne w mikroprocentach czy, jak opowiadała pani profesor, pisze skargi z powodu drobnych różnic w opisie śluzówki gardła, która podlega subiektywnej ocenie lekarza, to mówiłbym raczej o pewnym nowym sposobie podchodzenia do rzeczywistości.

Cały czas w naszej rozmowie przewija się głównie temat ludzi młodych, tymczasem dolegliwości psychosomatyczne pojawiają się niezależnie od wieku pacjenta.

S.M.: Oczywiście, to jest zjawisko bardzo demokratyczne.

W starszych pokoleniach obserwuje się jednak coś, co możemy nazywać klasyczną psychosomatyką – a ta została już dobrze opisana w podręcznikach i publikacjach naukowych.

Tacy pacjenci, gdy przychodzą do gabinetu lekarza rodzinnego, twierdzą na ogół, że nie mają żadnych problemów, ich życie jest w porządku, tylko ten brzuch ich tak dziwnie boli albo mają niepokojący ucisk w klatce piersiowej i może dałoby się z tym coś zrobić. Natomiast pacjenci, którzy przychodzą z wyraźnie określoną już fantazją na temat siebie oraz swojego ciała – to coś zupełnie nowego. Takie osoby oczekują, że właśnie ta fantazja będzie determinowała wszystkie działania lekarza. Żadnych innych scenariuszy nawet nie biorą pod uwagę, ich perspektywa jest bardzo wąska. Zanim pojawili się celebryci medyczni, tego po prostu nie było.

Wobec tego może warto by zrobić jakąś kampanię edukacyjną na ten temat?

A.M.M.: Nie wierzę w takie kampanie. Być może zwiększają wiedzę, ale nie zbudują niczyjej dojrzałości psychicznej. Idealnym rozwiązaniem byłaby powszechna edukacja emocjonalna od najmłodszych lat – uczenie rozpoznawania emocji, mechanizmów stresu, dbania o siebie, trening uważności, praca z psychologiem. To uświadomiłoby ludziom pewne mechanizmy, pokazało, dlaczego reagujemy tak, a nie inaczej na określone okoliczności. To jednak bardzo utopijna, raczej życzeniowa wizja, którą w naszej rzeczywistości trudno będzie przekuć w rzeczywistość.

S.M.: Na razie ta edukacja odbywa się przede wszystkim w gabinetach psychiatrów i psychologów, w rozmowie, podczas której pacjent zaczyna rozumieć, że jest człowiekiem, a nie zbiorem parametrów. I czasem już samo to odkrycie ma moc terapeutyczną.

Agnieszka Mastalerz-Migas – dr hab. nauk medycznych, profesor Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, specjalista medycyny rodzinnej. Prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej oraz konsultant krajowy w dziedzinie medycyny rodzinnej

Sławomir Murawiec – dr hab. nauk medycznych, specjalista psychiatra, psychoterapeuta. Autor i współautor książek. Obecnie rzecznik prasowy Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE