Większość z nas chce być szczęśliwa, ale czym to szczęście właściwie jest i gdzie go szukać? Czy to emocja, ocena życia, jego cel, a może
efekt uboczny tego, jak funkcjonujemy na co dzień? Na pytania odpowiada prof. Jakub Kryś z Instytutu Psychologii PAN.
- Dr Jakub Kryś w rozmowie o szczęściu zaznacza, że choć Polakom zdarza się narzekać, to jednocześnie czują się coraz szczęśliwsi.
- Ekspert podkreśla również, że podejście do szczęścia zależy od kultury, w której dana osoba się wychowała. W tej zachodniej przypisuje się mu duże znaczenie.
- „Im większy deficyt w dylemacie i bogatszy kraj, tym ludzie bardziej skłaniają się ku szczęściu” – wyjaśnia dr Kryś.
- Choć większość życia upływa nam w umiarkowanym poczuciu szczęścia, to wystarczy, by tworzyć, planować, rozwijać się.
- Makropsycholog dodaje również: „Skupienie się na szczęściu może być złudne, ale jeśli akceptujemy to, co nas spotyka, żyjemy mądrze i dobrze, jest duża szansa, że będziemy przy tym szczęśliwi”.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 04/2026.
Izabela Nowakowska-Teofilak: Mówi się, że Polacy lubią narzekać, ale nasza pozycja w rankingach szczęścia rośnie. Jak to możliwe?
Jakub Kryś: Ten przykład doskonale pokazuje, że mierzenie poziomu szczęścia w społeczeństwie nie opiera się na zero-jedynkowych regułach. Nie można tu robić prostych założeń typu: jeśli jakiś naród ma tendencję do narzekania, to na pewno jest nieszczęśliwy.
Stereotypowo ponuractwu Polaków przeciwstawia się amerykański uśmiech, tymczasem w Stanach Zjednoczonych uśmiechanie się do ludzi na ulicy nie jest przejawem szczęścia, ale po prostu konwencją.
Na pytanie: „Jak się masz?”, zawsze odpowiada się: „Dobrze”. Stanowi to raczej pewien klej społeczny, sposób rozpoczynania interakcji, nie należy tego odczytywać literalnie.
Mierząc poczucie szczęścia, najczęściej stosujemy w psychologii subiektywną miarę, czyli pytamy badanych o ogólną satysfakcję z życia. Nie o szczegóły typu praca czy relacje, tylko o całościową ocenę.
Czy ogólna satysfakcja z życia i deklarowane szczęście ze sobą współgrają?
Tak, oba te wskaźniki raczej się pokrywają. W prostych badaniach kwestionariuszowych widać, że jeśli ktoś ma wyższą satysfakcję z życia, to zazwyczaj deklaruje, że jest bardziej szczęśliwy. A nie są to przecież pojęcia zbieżne. Szczęście to raczej stan emocjonalny. A satysfakcja z życia to refleksyjna ocena poznawcza.
Co jeszcze zaskoczyło pana podczas badań nad szczęściem i dobrostanem?
Na przykład to, że ludzie w absolutnej większości krajów deklarują, że ważniejsze jest dla nich szczęście rodziny niż własne.
To ciekawy kontrapunkt wobec przekonania, że współczesny świat jest skrajnie indywidualistyczny.
A może po prostu szczęście to nie wszystko, może kluczowym składnikiem naszego dobrostanu jest sens, to, że mamy dla kogo żyć, o kogo się troszczyć?
Podczas badań pytamy ludzi o to, czy woleliby mieć w życiu szczęście, czy sens, a odpowiedzi zależą od tego, o co dokładnie pytamy. Kiedy prosimy, by wybrać między życiem w miarę szczęśliwym a brakami w poczuciu sensu, bądź w miarę sensownym, ale z brakami w szczęściu – to 80 proc. ludzi w krajach bogatszych wybiera pierwszą opcję. Czyli szczęście jest ich priorytetem. Tylko 20 proc. badanych wskazuje sens. Kiedy jednak zaczynamy przesuwać ten dylemat z obszarów sięgających ku deficytom do obszarów, w których już wszystko jest zaspokojone na podstawowym poziomie, i pytamy badanych o to, czy woleliby żyć bardzo szczęśliwie, ale w miarę sensownie, czy bardzo sensownie, ale w miarę szczęśliwie, to już tylko 60 proc. wybiera szczęście zamiast sensu.
W krajach biedniejszych natomiast więcej osób deklaruje, że sens jest dla nich ważniejszy niż szczęście. Wnioski więc są takie, że im większy deficyt w dylemacie i bogatszy kraj, tym ludzie bardziej skłaniają się ku szczęściu.
Szukałam go w miłości, pracy, hobby, miejscu zamieszkania, w podróżach. I w połowie życia doszłam do wniosku, że albo źle te poszukiwania prowadzę, albo niewłaściwie sobie to szczęście definiuję, bo wbrew moim oczekiwaniom nie jest ono towarzyszącym mi permanentnym stanem. Powiedziałabym raczej, że szczęśliwa bywam, niż jestem. Może gdzieś popełniam błąd?
A może warto się zastanowić, jakiego poziomu szczęścia pani oczekuje? Kiedy zadaję to pytanie na konferencjach, okazuje się, że w wielu miejscach na świecie ludzi satysfakcjonuje bycie umiarkowanie lub średnio szczęśliwym. Nie dotyczy to jednak tak zwanego świata zachodniego, który – jak wynika z badań – wyraźnie idealizuje wysokie poziomy szczęścia. Pamiętam, że kiedy zaczęliśmy dostrzegać ten wzorzec w wynikach, zaskoczyło nas to, że różnice są aż tak znaczne. Ktoś mógłby to uznać za trywialne, ale świadomość tych rozbieżności może nam pomóc zrozumieć różnice międzykulturowe.
Kiedy chciałaby pani lepiej ułożyć sobie relacje, na przykład z człowiekiem z Azji konfucjańskiej, to świadomość, że prawdopodobnie nie kieruje się on tak bardzo maksymalizacją szczęścia jak my w świecie zachodnim, może pomóc uniknąć wielu rozczarowań i nieporozumień. Oczywiście mówimy o pewnej kulturowej tendencji, co nie wyklucza istnienia jednostek, które się w nią nie wpisują. Mnie samemu bliższe jest podejście wschodnie, ponieważ gonienie za maksymalnymi poziomami szczęścia bywa zgubne, a na pewno utrudnia dobre życie.
Dlaczego?
Z prostej przyczyny – zwyczajnie nie dostajemy tego, co chcemy. Jeśli ktoś uzna, że standardem powinna być nieustanna ekscytacja, euforia, adrenalina, czyli piki szczęścia, to niestety będzie skazany na poczucie porażki i rozczarowania, bo jak pani sama zauważyła, bardzo szczęśliwym się bywa, ale nie jest to stan, który może trwać wiecznie.
Większość życia upływa nam na stabilnym, umiarkowanym poziomie szczęścia – to wystarczy, by zacząć robić rzeczy sensowne: rozwijać się, pomagać innym, tworzyć, mieć poczucie dobrego życia.
To w gruncie rzeczy bardzo dobra wiadomość.
Tak, ale dla niektórych zaakceptowanie tego podstawowego poziomu może być problematyczne, zwłaszcza jeśli żyją w kulturze gloryfikującej ekstremalne szczęście i wciąż nie udaje im się osiągnąć tego stanu. Człowiek zaczyna wtedy myśleć: „coś jest ze mną nie tak”, choć w rzeczywistości doświadcza normalnej ludzkiej kondycji.
Czyli kiedy podczas różnych uroczystości życzymy sobie „dużo szczęścia”, to niekoniecznie życzymy sobie dobrze?
Intencja tych słów jest jak najbardziej pozytywna i życzliwa. Życzymy sobie szczęścia, bo nieszczęście jest problematyczne. Kiedy cierpimy, wszystko staje się trudniejsze: relacje, praca, codzienność.
Ktoś, kto czuje się nieszczęśliwy, raczej nie będzie wiódł dobrego życia.
Choć w niektórych koncepcjach to, co człowiek czuje w środku, i jego subiektywne odczucia są mniej istotne niż na przykład kategoria pożyteczności społecznej czy przestrzegania norm społecznych. Można więc sobie wyobrazić, że w takich kulturach nawet nieszczęśliwe życie mogłoby być uznane za dobre. Nie jest to jednak bez wątpienia powszechnie obowiązujący standard.
Do dobrego życia potrzebny jest jednak pewien podstawowy poziom szczęścia, wynikający choćby z zaspokojenia podstawowych potrzeb. Można więc powiedzieć, że szczęście jest jednym z fundamentalnych komponentów dobrego życia. Choć nie oznacza to wcale, że musimy je nieustannie maksymalizować, bo to – jak już mówiliśmy – może dać skutek odmienny do zamierzonego.
Dlaczego kultura Zachodu tak priorytetowo traktuje szczęście?
Po części to kwestia historii i przekazywanych norm. Ale jest też prostsze wyjaśnienie: zwyczajnie możemy sobie na to pozwolić, ponieważ zasiedlamy dość komfortowe nisze geograficzne. Relatywnie mamy najmniej groźnych patogenów i zagrożeń naturalnych. Nie musimy się obawiać trzęsień ziemi czy tsunami. Mamy uprawne ziemie i łatwy dostęp do czystej wody pitnej, ale też żeglownej. Możemy łatwo akumulować zasoby i nimi gospodarować. To wszystko sprawia, że możemy chcieć więcej i myśleć o maksymalizacji szczęścia. W wielu regionach świata takie aspiracje są luksusem, bo kiedy wokół jest dużo nieszczęścia i tragedii, trudno odciąć się od tego i postawić sobie za cel życiowy nieustanne zwiększanie poziomu własnego szczęścia.
Myślę, że gdybym cofnęła się w czasie i zapytała swoją prababcię, czyli kobietę, która żyła jak opisywane przez Joannę Kuciel-Frydryszak chłopki, o to, jak bardzo jest szczęśliwa, to pewnie nie wiedziałaby za bardzo, co właściwie mam na myśli.
Bardzo możliwe, że tak. Ileś pokoleń wstecz myśl, że ktoś chciałby żyć szczęśliwie i zamiast próbować poprawić byt całej społeczności, skupiał się wyłącznie na swoim dobrostanie, prawdopodobnie byłaby wręcz oceniana jako mało moralna.
Koncentrowanie się na własnym samozadowoleniu to bardziej współczesny kierunek, który daje nam wiele możliwości i radości, ale w szerszym spojrzeniu nie do końca nam służy.
Bo większość polaryzujących obecnie społeczeństwo problemów ma źródła w skupieniu się na jednostce i myśleniu, że każdy powinien skoncentrować się na swoim szczęściu. W konsekwencji niszczymy środowisko, w którym żyjemy, i tracimy wrażliwość na problemy innych ludzi. To nie jest dobry prognostyk na przyszłość, ale by potwierdzić tę tezę z całą naukową pewnością, należałoby zebrać więcej danych, nad czym właśnie pracujemy.
W świecie ptaków to altruizm jest najskuteczniejszą strategią ewolucyjną.
Ludzkie społeczności w tej kwestii nie różnią się od ptasich. Faktem jest, że jednostki egoistyczne żyją lepiej niż te prospołeczne, ale – jak pani zauważyła – to altruizm jest skuteczniejszą strategią ewolucyjną dla grup.
Choć na pierwszy rzut oka pomaganie innym wydaje się nieopłacalne, w rzeczywistości zwiększa szanse na przetrwanie grupy, a tym samym wspólnych genów.
A zatem jednostka koncentrująca się na własnym szczęściu i komforcie będzie żyła lepiej niż osobniki prospołeczne, ale społeczności składające się z indywidualistów gorzej funkcjonują i są mniej trwałe niż te, w których prospołeczność jest normą. Szczęście jednostki nie istnieje w próżni. Zależy od jakości relacji, otoczenia, kultury, środowiska.
Z tego, co pan mówi, wynika, że szczęście to po prostu dobre życie.
Chciałbym pani dać taką prostą receptę, ale nie ma jednej, uniwersalnej odpowiedzi na pytanie, czym jest dobre życie. Dla jednych to spokój, dla innych ekscytacja, dla jeszcze innych poczucie sensu i spełnienia. Są osoby, które powiedzą: „dobre życie to relacje”, inni: „wolność”, jeszcze inni: „rozwój duchowy”. Dobre życie nie jest czymś uniwersalnym w pomiarze jak temperatura czy ciśnienie. Każdy człowiek ma własną receptę na dobre życie – te recepty nie muszą być diametralnie odmienne, ale trochę się jednak od siebie różnią. Dla wielu ludzi dobre życie to znacznie więcej niż szczęśliwe.
Sam uważam, że żeby dobrze żyć, poza szczęściem musimy mieć jeszcze jakiś sens, harmonię, równowagę, bo przecież można mieć doskonałe relacje z ludźmi, ale jeśli brakuje nam zdrowia, to nie do końca będziemy szczęśliwi. Albo możemy być bogaci, ale jednocześnie nie mieć kontaktu z bliskimi.
Chodzi więc o to, by wszystko, co ważne, mieć zapewnione we właściwych dawkach. I to jest chyba jakaś recepta, choć niezbyt precyzyjna. Trudno jednak o dokładniejszą, ponieważ każdy człowiek definiuje swój dobrostan trochę inaczej, a do tego ta definicja zazwyczaj zmienia się w czasie.
To może lepiej powiedzieć, że szczęście jest swego rodzaju produktem ubocznym dobrze przeżywanego życia?
To mi się podoba! Skupienie się na szczęściu może być złudne, ale jeśli akceptujemy to, co nas spotyka, żyjemy mądrze i dobrze, jest duża szansa, że będziemy przy tym szczęśliwi. Można więc powiedzieć, że z budowaniem szczęścia jest trochę tak jak z tworzeniem relacji międzyludzkich. Jeśli ktoś zaczyna je nawiązywać wbrew sobie, z musu lub interesu, będzie to trochę chropowate i pewnie nie do końca zadziała. Kiedy jednak ktoś po prostu lubi ludzi i spontanicznie szuka z nimi kontaktu, to szanse na zdobycie przyjaciół są o wiele większe. To chyba dobra droga do szczęścia.
Jakub Kryś – dr hab. nauk społecznych, prof. IP PAN, makropsycholog. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się na dobrostanie społeczeństw oraz potocznych teoriach rozwoju społecznego