Co można zrobić w sytuacji beznadziejnej, a nieuchronnej, gdy wydaje się, że świat wokół oszalał? O tylko pozornie absurdalnej strategii, jaką przyjmuje w obliczu swojego tragicznego położenia bohater nagrodzonego trzema Oscarami filmu „Życie jest piękne” mówi psycholog Paweł Droździak.
- „Życie jest piękne” to film, w którym – jak w „Skrzypku na dachu” czy „Dobrym wojaku Szwejku”, bohater przyjmuje postawę „robienia z siebie wariata”.
- Dlaczego? Jak zauważa psycholog Paweł Droździak, Guido robi to, „bo wszyscy inni dookoła zwariowali. Główny bohater, pozornie wariując, odmawia współpracy w szaleństwie o wiele głębszym”.
- Udawanie staje się dla mężczyzny i jego syna, uwięzionych w obozie koncentracyjnym, sposobem na przetrwanie. Sami stosujemy je również w życiu codziennym, np. zachowując się tak, jakbyśmy mieli żyć wiecznie, choć zdajemy sobie sprawę, że umrzemy.
- W rozmowie o filmie „Życie jest piękne” Paweł Droździak i Martyna Harland mówią również o tym, jak starać się znaleźć sens w sytuacji granicznej.
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 02/2026.
Martyna Harland: Załóżmy, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia. Czy chodzi wtedy o to, żeby pozostać w kontakcie z rzeczywistością? A może jednak lepiej być jak Guido, główny bohater filmu „Życie jest piękne”, który żyje w swoim świecie i udaje, by pomóc przetrwać synowi okrutny czas wojny?
Paweł Droździak: Myślę, że cały ten film jest zrobiony w konwencji „jak gdyby” – tak jakby miał chronić nas przed rzeczywistością wojny, w jakiej za chwilę zobaczymy bohaterów. Humor w tej komedii jest trochę nie nasz, archaiczny, jak z przedwojennych filmów, a sytuacje od początku nierealistyczne, nieco bajkowe.
Gdy wojna już trwa i główny bohater razem z synem trafiają do obozu koncentracyjnego, ta konwencja „jak gdyby” jeszcze mocniej podkreśla tragizm sytuacji. Im bardziej wszystko nierzeczywiste, tym bardziej realne. Obrazy obozu w filmie są właśnie dlatego tak straszne, że nie wyglądają jak prawdziwe. My dziś już wiemy, jak to mogło naprawdę wyglądać, więc oglądając to, dostrzegamy znacznie więcej niż bohaterowie, i to paradoksalnie potęguje siłę przekazu.
Jeszcze zanim rozpoczęła się wojna, już widzimy, że Guido żyje w świecie swojej wyobraźni, a może nawet w permanentnym stanie manii.
Nie do końca. Guido dobrze wie, co się wokół niego dzieje, tylko zachowuje się tak, jakby tego nie wiedział. Jego błazeńskie zachowanie sprowadza do absurdu sytuacje, które są nie do przyjęcia, ale jest wobec nich bezsilny. Co oznacza, że w gruncie rzeczy jest w lepszym kontakcie z rzeczywistością niż inni. Jest Żydem i widzi, co się w jego świecie szykuje, do czego to wszystko nieuchronnie zmierza, więc maska błazna to jedyny sposób, w jaki może się odnieść do tej sytuacji.
Jego postać kojarzy mi się z bohaterami „Skrzypka na dachu” czy „Dobrego wojaka Szwejka”, gdzie też mamy postawę polegającą na robieniu z siebie wariata, bo wszyscy inni dookoła zwariowali. Główny bohater, pozornie wariując, odmawia współpracy w szaleństwie o wiele głębszym.
A co to znaczy odmawiać współpracy i dlaczego to jest niezła strategia w tej sytuacji?
Główny bohater jest i tak w pozycji bez wyjścia. Wszyscy dookoła zatracili ludzkie cechy. Mają okrutne zamiary, ale nie w formie ekscesu, tylko systemowo. Zbudowali sposób myślenia, który stawia dobro i zło zupełnie do góry nogami. Drugi człowiek staje się wobec nas jakby robotem. Nic mu nie wyjaśnimy.
Zygmunt Freud był Żydem. W 1938 roku zaczęły się prześladowania wobec niego i jego rodziny. Zabrano mu majątek, córka została aresztowana, on był nękany na różne sposoby. Na tym etapie można jeszcze było wydostać się z Austrii, ale od znanych Żydów wymagano, by podpisali oświadczenia, że nie spotykały ich żadne represje i nie będą składać skarg. Freud je podpisał, a na końcu dopisał zdanie: „Mogę z pełnym przekonaniem polecić usługi Gestapo każdemu”. To najrozsądniejsza rzecz, jaką można napisać w takiej sytuacji.
W filmie widzimy, jak Guido, który był wcześniej kelnerem, zaprzyjaźnił się z klientem z restauracji. Wymieniali się wtedy różnymi intelektualnymi zagadkami. Ten mężczyzna okazuje się funkcjonariuszem reżimu i później spotykają się w obozie, a wtedy główny bohater liczy na to, że tamten mu pomoże... Jednak nie, tamten człowiek w dalszym ciągu chce bawić się w zagadki. Nie ma tam żadnej komunikacji.
No i co wtedy zrobić, gdy drugi człowiek nie widzi w nas człowieka?
Jedną z tragicznie niespełnionych obietnic psychologii jest to, że da nam odpowiedź na każdą tragedię i sytuację. Otóż nie, czasami są takie sytuacje, które rzeczywiście są tragiczne, i nie ma dobrej odpowiedzi na to, jak je przetrwać.
Tak samo jak nie zawsze można się z kimś porozumieć, gdy użyje się odpowiednich technik. Są w życiu rzeczy obiektywnie złe niezależnie od tego, jak o tym myślimy. Jeśli urwie ci dwie nogi, to nie możesz zredukować bólu istnienia do zera, zmieniając sposób myślenia. Bo cierpienie istnieje i jest częścią naszego życia.
A jednak można cierpieć mniej lub bardziej, na przykład neurotycznie utknąć w trudnych emocjach.
Odpowiem tak: główny bohater w obozie oszukuje swoje dziecko, wmawiając mu, że to, co się dzieje dookoła, to tylko taka gra. Zabawa. Tworzy mu alternatywną rzeczywistość, dzięki której dziecko przechodzi przez obóz psychologicznie nietknięte. Guido bierze to wszystko, co trudne, całkowicie na siebie, ukrywa swoje cierpienie i chroni dziecko, które na koniec myśli, że wygrało jakąś grę. Ale to reżyser gra z nami. Udajemy, że wierzymy w taką bajkę. Bo to jest bajka.
Myślę, że na głębszym poziomie akcji filmu dzieciak wie więcej, niż przyznaje. I ten ojciec też wie więcej, niż przyznaje, bo w głębi duszy wie, że dziecko wie. Oni grają w grę, dzięki której nie muszą wypowiadać do końca strasznej prawdy o tym, co się dzieje.
Slavoj Žižek mówił o czymś, co się nazywa podmiotem zakładanej wiary. Przykładowo kiedy rodzice udają, że istnieje Święty Mikołaj, bo uważają, że dziecko potrzebuje wiary w Mikołaja. A dziecko podejmuje tę grę, ponieważ rodzice tego oczekują, więc zachowuje się tak, jakby wierzyło. Czyli mamy do czynienia z sytuacją, że jedna i druga strona gra, bo zakłada, że ta druga tego potrzebuje.
A kiedy warto grać w tę grę? W sytuacji bez wyjścia jest to jakaś strategia przetrwania.
Każde społeczeństwo jest zbudowane na takiej zasadzie, że trochę udaje pewne rzeczy. Wszyscy wiemy, że umrzemy, ale zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli żyć wiecznie. Albo stary człowiek wie już, że mu niewiele życia pozostało, ale wszyscy go zapewniają, że wcale nie, chociaż znają prawdę. „Oj, babciu, babcia to nas wszystkich przeżyje...”. Babcia się śmieje. Ona doskonale wie, że oni wiedzą, że ona wie, a jednak ona się uśmiecha i oni też. Robimy to dla siebie nawzajem po to, żeby nie trzeba było wypowiadać trudnych rzeczy do końca, kiedy to taki typ rzeczy, na które i tak się nic nie poradzi. To nie obrona przed samą wiedzą, tylko przed koniecznością jej wyrażenia, żeby nie poczuć się kompletnie bezradnym.
Jakie to rzeczy?
Można powiedzieć, że istnieją dwa rodzaje tragicznych sytuacji. Pierwsza grupa to realne problemy o charakterze materialnym, na przykład kiedy spali nam się dom albo stracimy nogę. Drugi rodzaj to ten typ sytuacji, które dotyczą innych ludzi i naszych relacji z nimi, jak u wspomnianego już Szwejka – cały kraj prze w kierunku bezsensownej wojny i Szwejk to widzi, ale nie może tego nikomu wytłumaczyć. Albo kiedy tak jak Guido w filmie, jesteś Żydem w faszystowskim kraju i wszyscy dookoła zachowują się i myślą, jakby ich coś opętało. To sytuacja, kiedy masz wrażenie, że jesteś otoczony przez kompletnych szaleńców i nie ma żadnej komunikacji.
Szwejk zaczyna wtedy udawać idiotę, bo świat wokół niego zwariował i rozsądny człowiek może być tu już tylko idiotą. Podobnie Guido błaznuje, udaje czarodzieja, zachowuje się tak, że nie sposób traktować go poważnie, bo wszyscy wokół niego przekroczyli granicę, poza którą „bycie poważnym” nie jest już poważne.
Jesteś w obozie koncentracyjnym, udaje ci się spotkać z człowiekiem, na którego pomoc liczysz, a on po prostu pyta cię o zagadki, jak wtedy, kiedy byłeś na wolności, bo w pełni akceptuje, że jesteś w tym obozie. No nie ma tu już nic do wyboru oprócz udawania, że to się nie dzieje.
Bo niby co możesz zrobić? Asertywnie mu zakomunikować, że jesteś rozczarowany? To dopiero byłoby naprawdę groteskowe.
A wracając do podstawowego pytania, to trudno powiedzieć, jak radzić sobie w sytuacjach, kiedy właściwie poradzić sobie nie można. Guido znajduje sens w tym, że gra w grę, bo udaje po to, żeby uratować swojego syna. Czyli coś nadaje jego życiu sens. Coś, co jest ważniejsze niż to życie.
Ta gra to nie jest irracjonalizm?
To głęboki realizm – jeśli naprawdę wszystko się rozpada, robisz jedyne, co jeszcze możesz. Nadal trzymasz klasę. „Titanic” tonął, ale orkiestra grała dalej. Potocznie podaje się ten fakt jako synonim głupoty. Zupełnie niestosownego działania. Przecież powinni się ratować, zamiast grać! Ale problem w tym, że wtedy było już jasne, że nie da się uratować. Grali nie dlatego, że padli ofiarą dezinformacji czy chaosu. To była świadoma strategia trzymania klasy do końca, kiedy dokładnie wiesz, że nieodwołalnie umierasz. Ludzie na „Titanicu” mówili: Be British!, a nie: „Ratuj się, kto może”. Bo nawet w obliczu nieuchronnego musi być coś, co nie ulega rozpadowi.
Mówimy teraz o poczuciu godności?
Mówimy o tym, że bohater filmu „Życie jest piękne” jest w sobie. I właśnie o to chodzi, bo w momencie kiedy tracisz wszystko, możesz jeszcze trzymać się mocno kawałka siebie.
Gdy wszystko się wali dookoła, to jest jeszcze jakieś obserwujące ja, które jest mną i jest niezależne od wszystkich, i którego nie mogę stracić. Gdy wszystko ma się nieuchronnie rozwalić, pierwszą rzeczą, jaką musimy przyjąć do wiadomości, jest fakt, że już to straciliśmy, i zadać sobie pytanie: co we mnie wciąż żyje? Żyje to ja, które jest tym obserwującym kawałkiem, mocno niedefiniowalnym.
Ważne, by nie rozciągać tej perspektywy w czasie, bo jeśli trafię do więzienia czy obozu albo znajdę się w sytuacji bez wyjścia na 20 lat, to nie mogę myśleć w tak długiej perspektywie. Trzeba się skupić na tu i teraz, na każdym kolejnym dniu czy godzinie.
Jeśli masz wpływ na to, co się zdarzy, planowanie ma sens. Ale jeśli żadnego wpływu już nie masz, lepiej skupić się na najbliższej chwili, zamiast myślami kręcić się w kółko i tworzyć scenariusze, które i tak się nie sprawdzą.
W sytuacji bez wyjścia ważne jest, by uniezależnić się od ludzi i okoliczności, trzymać się własnych kategorii myślowych, nie wchodzić w czyjąś grę?
Trzeba się uniezależnić od wszelkich ludzkich kategorii. PTSD występuje wtedy, kiedy rozpada się tkanka symboliczna. Na przykład w sytuacji, gdy przyjaźniłeś się z człowiekiem, bo wymienialiście się zagadkami, a potem on wie, że ty jesteś w obozie, a dalej chce się tylko bawić w zagadki. Jest to sytuacja niepojęta i niemożliwa do ogarnięcia myślami. To nie mieści się w głowie i dlatego głowę uszkadza. Nie samo fizyczne uszkodzenie jest problemem, tylko właśnie ludzkie zło, które jest niepojęte.
Tragiczne sytuacje, które nas spotykają w życiu, mają najczęściej wymiar społeczny.
Największy problem jest wtedy, kiedy czujesz, że wypadłeś z pewnej tkanki znaczeniowej. Musisz wtedy powiedzieć: ta tkanka to pewnego rodzaju iluzja. Istnieje jeszcze znaczenie, które nie zostało naruszone, i to ja sam je nadam. Sam sobie ustalam swoje znaczenia, ustalam reguły tej gry.
Tragedia to inaczej rozpad systemu znaczeń. Chodzi o to, że musi być zachowany jakiś system tego, co dobre, co złe, co ma znaczenie, a co nie ma, żeby psychika się nie rozpadła. Czasem ludzie w takim momencie odwołują się do religii. A my patrzymy na to i myślimy: pewnie się przestraszył, że umrze, i teraz chce iść do nieba. Ale nie o to chodzi. Raczej o to, że w momencie, kiedy nic innego nie nadaje już znaczenia, to musi być jakiś kawałek narracji, który jednak gwarantuje, że rzeczywistość jest w jakiś sposób sensowna.
Co jeszcze może być tym znaczeniem dla nas?
To musi być coś, co jest dla mnie naprawdę prawdziwe, jak Be British! dla tonących na „Titanicu”. Dla głównego bohatera filmu „Życie jest piękne” to była miłość do syna i to, że nie podzielił się do końca z nikim tym, co wiedział i co przeżywał. Guido nie sparentyfikował syna, czyli nie powiedział: „Synku, zobacz, jak mamy ciężko”. Bo jeżeli sytuacja nie jest normalna, to musisz zacząć myśleć: ale ja pozostanę normalny. Ważne, żebyś pozostał człowiekiem. Można powiedzieć, że tu chodzi o silne ja. Silne ego. Ale nie w sensie wyolbrzymionego ego („Patrzcie na mnie”), tylko w sensie: „Wiem, kim jestem, i to utrzymam”. Utrzymam swoje zasady. Swoją tożsamość. Godność.
Paweł Droździak – psycholog, pracuje z dorosłymi mającymi trudności w kontroli zachowań impulsywnych i będącymi w kryzysie życiowym. Współautor publikacji „Blisko, nie za blisko” i autor książki „Zdrada. (Nie)wierna towarzyszka związków”