1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Po co nam sport? Jakie cechy rozwija?

Po co nam sport? Jakie cechy rozwija?

fot.123rf
fot.123rf
Natalia Doraczyńska, psycholog sportu, wyjaśnia dlaczego regularny wysiłek fizyczny pomaga rozwijać cechy, które kształtują nie tylko nasze ciało.

Rozpoczynając aktywność fizyczną, zwykle wyznaczamy sobie cel, zasięg, ramy czasowe i sposoby weryfikacji. W efekcie uczymy się dyscypliny, konsekwencji i wytrwałości. Sport pokazuje, że nie tylko cel ma znaczenie, ale także droga do niego.

Sport uczy pokory i radzenia sobie z czynnikami zewnętrznymi, na które nie mamy wpływu, pomaga pozbyć się chorobliwego perfekcjonizmu.

Zobacz również odzież damska do ćwiczeń

Pozwala zwiększyć świadomość ciała, co ułatwia prawidłowe czytanie jego reakcji, ale i panowanie nad nim w sytuacjach stresowych.

Rozwój i osiągnięcia sportowe podnoszą wiarę we własne siły, uczą koncentracji, ale także poszukiwania rozwiązań, kreatywności i dystansu do siebie oraz otoczenia.

Sport ma to do siebie, że jeżeli osiągnęliśmy jeden cel, chcemy więcej. To z kolei uczy odwagi, oceny ryzyka i podejmowania większych wyzwań.

I co najważniejsze, sport uczy radości życia oraz współpracy z innymi, czy to trener, czy partner, czy przeciwnik sparingowy – komunikacja i wspólna praca są niezbędne do osiągnięcia sukcesu. Dzięki wydzielanym wraz z wysiłkiem związkom chemicznym w ciele  łatwiej nam – najpierw w sporcie, potem w pracy – poczuć szczerą radość, doświadczyć bycia tu i teraz i czerpania energii z własnych osiągnięć.

Czytaj więcej:

Jak sport wpływa na psychikę?

Uprawiaj sport dla siebie, nie dla mody

Dlaczego niektórzy uzależniają się od sportu?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Dookoła szczytu Mont Blanc - rozmowa z szybowniczką Anną Piotrowską

(Fot. Rafał Masłow)
(Fot. Rafał Masłow)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wszystko zaczęło się od snu. Latała nad wierzchołkami jesiennych  drzew, w dole było kolorowo i spokojnie, a ona, z wysiłkiem machając rękoma, usiłowała utrzymać się w powietrzu. Miała wtedy cztery lata. Dziś Anna Piotrowska bierze udział w krajowych i w międzynarodowych zawodach w szybownictwie. 

Jeśli jest pogoda, idzie latać. Poprawka: jeśli jest pogoda, dziecko na zajęciach w szkole albo u taty, albo u dziadków, codzienność zabezpieczona, a prawnicze zobowiązania spełnione, dopiero wtedy idzie latać. Takich okazji nie jest aż tak wiele, dlatego każdą wolną chwilę, którą może spędzić w powietrzu, wykorzystuje na sto procent. Już samo przygotowanie do lotu to długa lista... przygotowań. Budzisz się wcześnie rano, trzeba naładować prądem akumulatory zasilające nawigację pokładową szybowca, naładować nawigację zapasową, spakować mapę, linijkę, marker, żeby zaznaczyć trasę do oblecenia danego dnia, sportowy bidon z wodą (bardzo ważne jest nawadnianie organizmu podczas lotu). Nieodzownym elementem jest czapeczka szybowcowa, przypominająca rybacką. Anna śmieje się, że jest mało twarzowa, ale w połączeniu z kremem do opalania z filtrem 50 chroni przed udarami słonecznymi, bo wyżej słońce opala bardziej. Do tego okulary kontrastujące, żeby było dobrze widać chmury. Warto spakować coś do jedzenia, ale akurat o tym Anna często zapomina. I kiedy to wszystko wyląduje już szczęśliwie w plecaku, a ona odwozi syna do dziadków i dociera na lotnisko na warszawskim Bemowie, zwykle jest godzina dziesiąta. Uśmiecha się serdecznie do kolegów, żeby pomogli jej „złożyć” szybowiec. (– To działa? – pytam. – Nie­zawodnie – odpowiada z szelmowskim wyrazem twarzy). „Złożyć”, bo szybowiec przechowuje się zwykle w specjalnym wózku, skrzydła i kadłub osobno. Trzeba je razem połączyć. Przed startem należy jeszcze zatankować wodę w skrzydła, bo odpowiednio obciążony szybowiec jest szybszy. Skrzydła są więc pełne wody, szybowiec stoi gotowy, a ona zaczyna mentalnie nastawiać się do lotu. – Biorę pod uwagę aktualnie panujące warunki atmosferyczne, przede wszystkim kierunek i siłę wiatru, a reszta wychodzi w praniu – mówi, a zaraz potem dodaje: – Trzeba przemyśleć każdy możliwy scenariusz, gdyby coś poszło nie tak podczas startu. To ratuje życie.

W dzieciństwie nie wierzyła, że kobieta może coś osiągnąć w awiacji. Dlatego nie jest dziś pilotem myśliwca. Wciąż jednak marzy o locie MiG-iem, to pozycja ze szczytu listy „rzeczy do zrobienia”. Jej ulubione filmy to „Top Gun” i „Wielki błękit”. Twierdzi, że ten ostatni jest tak naprawdę o lataniu. Dziś bierze udział w prestiżowych zawodach w szybownictwie o randze mistrzostw świata, a jej rodzice martwią się i boją o nią tak samo, jak wtedy, gdy miała 16 lat i pierwszy raz poszła na lotnisko. W rodzinnym domu często słyszy, że jej mama czuje się jak matka sapera. Za moment pewnie i Anna doświadczy tych emocji, bo jej synek już interesuje się lotnictwem wojskowym.

Anna Piotrowska bierze udział w prestiżowych zawodach w szybownictwie o randze mistrzostw świata, niedawno jako pierwsza Polka przeleciała dookoła szczytu Mont Blanc. (Fot. Rafał Masłow) Anna Piotrowska bierze udział w prestiżowych zawodach w szybownictwie o randze mistrzostw świata, niedawno jako pierwsza Polka przeleciała dookoła szczytu Mont Blanc. (Fot. Rafał Masłow)

Licencja na szybowanie

Kiedyś usłyszała od kolegi, że po udanym locie ma taki uśmiech, iż zaraża nim cały świat. I że dobrze, że wróciła do latania. Bo przerwa była, i to niemała. Na kurs poszła w liceum. Była jedyną dziewczyną w grupie i było jej z tym dobrze. W tamtych czasach, żeby zrobić licencję, należało wylatać około 50 godzin (dziś zmniejszono ten limit do 15). Czy w szkole szanowano jej pasję? Wspomina, że nauczyciele byli wyrozumiali, zwłaszcza pan od WOS-u: były wojskowy, którego fascynowało to, co robiła. Inni przymykali oko na nieobecności i udawali, że łykają wyssane z palca usprawiedliwienia. – No dobrze, pani od polskiego była nieugięta. Do końca pozostała niewzruszona, zresztą prowadzone przez nią lekcje były tak nudne, że gdybym mogła, wyfrunęłabym przez okno – śmieje się Anna i naprawdę nie wie, jakim cudem zdała maturę z historii i z polskiego. Tyle że wtedy i nauka, i matura nie miały dla niej takiego znaczenia. Priorytetem była licencja szybowcowa, którą zrobiła kilka miesięcy przed prawem jazdy. Piotrowska miała opinię dobrej pilotki, aż do momentu kiedy... – Zakochałam się. A mąż nie tolerował mojej pasji – wspomina. Zrezygnowała z latania na następne 13 lat. W tym czasie skończyła studia (aplikację radcowską i rzecznikowską), urodziła syna. Jak pamięta tamten czas bez latania? – Nie mogłam chodzić na lotnisko, po części dlatego, że nie było na to czasu, poza tym nie było przyzwolenia na to, żebym się realizowała w jakiejkolwiek dziedzinie. Ile kobiet to zna? Brakowało w naszym związku takiej zwykłej, ludzkiej chęci akceptacji dla tego, co robię. Długo to znosiłam, próbując się przystosować, aż nagle, pewnego dnia, spojrzałam w lustro, w swoje odbicie, i nie poznałam siebie. To była obca osoba. Osoba, której nie lubiłam. Mieszkałam obok lotniska, codziennie słyszałam świst startującego szybowca. Tęskniłam za tym. Za tym wszystkim, co przynosiło mi latanie. Tęskniłam za sobą. Powrót był desperacką próbą walki o siebie – twierdzi Anna.

Powrót do latania po 13 latach przerwy był desperacką próbą walki o siebie – twierdzi Anna. (Fot.Rafał Masłow) Powrót do latania po 13 latach przerwy był desperacką próbą walki o siebie – twierdzi Anna. (Fot.Rafał Masłow)

Lakier w ciężkim stanie

Czy da się nadrobić 13 lat? Na szczęście nie trzeba było powtarzać teorii ani zdawać jeszcze raz egzaminów państwowych. Poza trudnymi wyborami w życiu osobistym tak naprawdę musiała odbyć dziesięć lotów przypominających technikę pilotażu. Były chwile zwątpienia, myśli w rodzaju: „Czy ja się jeszcze do tego nadaję? Może jestem za stara?”. Anna podkreśla, że miała dobrych instruktorów, pomogli jej przejść chwile kryzysu. Tłumaczy, że przeciętny lot szybowcem, w zależności od umiejętności pilota i warunków atmosferycznych, może trwać od pięciu minut do paru godzin. Najdłuższy lot w jej życiu trwał 8 godzin i 38 minut. Z kolei na zawodach szybowcowych chodzi o to, żeby w jak najkrótszym czasie przelecieć wyznaczoną przez organizatora trasę, osiągnąć jak największą prędkość. Lubi takie dynamiczne, szybkie latanie. I to mimo że cierpi na chorobę lokomocyjną i na loty musi zabierać ze sobą awaryjne plastikowe woreczki. Sprawy fizjologii i tego, jak piloci radzą sobie z nią podczas lotów, to zresztą osobny temat. Są pilotki, które starają się niczego nie pić przed lotem i w trakcie, Anna ma specjalny cewnik dla kobiet. Takie rzeczy jej nie zniechęcają, wysokość nie przeraża, prędkość fascynuje. W górze czuje się bezpieczniej niż na ziemi. Znikają wszystkie problemy, nie ma czasu o nich myśleć. Wolno powozi tylko swoim autem, pieszczotliwie zwanym Froggi. Zresztą szybowiec też ma imię – Strupełek. Anna się uśmiecha: – To dlatego, że ma lakier w ciężkim stanie. Trzeba go będzie kiedyś pomalować, ale to droga impreza, są ważniejsze rzeczy. A poza tym musiałabym wymyślić nowe imię.

Kraina kontrastów

To nie zawody przynoszą jej największą frajdę. Według Anny prawdziwe latanie zaczyna się w Alpach Francuskich. Tam czuje, co oznacza prawdziwe szczęście i oddychanie pełną piersią, mimo że z aparatem tlenowym u boku (ze względu na niską zawartość tlenu w powietrzu na tej wysokości potrzebne jest dodatkowe wspomaganie). – Latanie tam jest fascynujące i pełne wyzwań. W Alpach nigdy nie jest tak samo. Jest pięknie i groźnie, wysoko i nisko jednocześnie. Kraina kontrastów – opowiada. Szybowiec zdany jest na łaskę i niełaskę momentami bezwzględnej natury. Nie ma silnika, jego silnikiem jest „mózg pilota, który musi umieć wykorzystać prądy wznoszącego się nagrzanego powietrza, wraz z którym uzyskuje się wysokość niezbędną do lotu ślizgowego”. W górach wszystko jest bardziej gwałtowne, ale właśnie takie latanie ją uszczęśliwia. Przez wiele lat jej marzeniem było dotarcie szybowcem z południa Francji na Mont Blanc. To w sumie 540 kilometrów w obie strony. W tym przypadku trudnością nie jest odległość, ale ukształtowanie terenu. Po drodze trzeba pokonać wysokie przełęcze (ponad 3 tysiące metrów n.p.m.) i rozległe doliny. Przy takiej rzeźbie terenu ważne jest, żeby w drodze powrotnej mieć zabezpieczoną wysokość lotu, czyli de facto móc przelecieć nad tymi wysokimi przełęczami. Pytanie: „A co by było, gdyby się nie udało?”, wywołuje u niej uśmiech: – Wtedy czeka cię lądowanie w dolinie Aosty we Włoszech i dwudniowa podróż na francuskie lotnisko. Oraz dość znaczne zubożenie portfela, bo koszt zwiezienia szybowca do bazy pokrywa pilot, który wylądował w terenie przygodnym. Czy kiedyś zaliczyła nieplanowane lądowanie? – Tylko w małżeństwie – rzuca z iskrą w oku i szybko dodaje: – Jestem raczej znana z tego, że walczę do końca, co najczęściej doprowadza mnie na docelowe lotnisko. I potem do domu. Do synka. Czy myśli o nim podczas lotów? Anna: – Jasne, że tak, latam i marzę, żeby Antonek, tak jak ja, odnalazł swoją pasję w życiu. 

 

  1. Materiał partnera

Na co zwrócić uwagę przy dobieraniu butów sportowych?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Uprawiamy sport w trosce o wygląd, ale również zdrowie i dobre samopoczucie. Wielu z nas mniej lub bardziej aktywnie uprawia jakąś dyscyplinę sportową, a przynajmniej może pochwalić się sportowym epizodem w swojej karierze. Niestety bardzo często jest tak, że na początku mamy w sobie dużo entuzjazmu, ale z czasem nasza determinacja słabnie. Tymczasem okazuje się, że odpowiednio dopasowane obuwie sportowe może w znacznym stopniu motywować nas do regularnego trenowania. Na co zwrócić uwagę przy dobieraniu butów sportowych?

Odpowiednio dobrane obuwie to podstawa

W trakcie uprawiania sportu cały ciężar naszego ciała spoczywa zwykle na stopach. Podczas chodzenia nasze stopy niosą 2-krotność naszego ciężaru, a podczas biegu muszą udźwignąć dokładnie jego 7-krotność. Poziom komfortu, jaki zapewnia obuwie, bezpośrednio przekłada się na jakość naszego treningu, a to, w jakim stopniu nasze nogi są silne i sprawne decyduje o wynikach, jakie jesteśmy w stanie osiągnąć. Dobór obuwia to sprawa indywidualna. Budowa i kształt stopy różnią się u każdego z nas, dlatego buty, w których ktoś inny czuje się wspaniale, dla nas mogą okazać się bolesnym doświadczeniem. Nie każdy model, który w katalogu internetowym opisany jest jako „stylowy i wygodny” zapewni nam komfort użytkowania. Buty, których będziemy używać do uprawiania sportu powinny dobrze dopasowywać się do stopy, chronić przed ryzykiem kontuzji i wspomagać poprawną motorykę. W związku z tym, wybierając buty do trenowania, należy zwrócić uwagę na rodzaj uprawianego sportu oraz prawidłowe dopasowanie buta do stopy, zarówno jeśli chodzi o podeszwę stopy, palce, jak i kostkę.

Buty warto mierzyć w skarpetkach, w których zamierzamy trenować. Pozwoli nam to uwzględnić grubość i fakturę skarpetki przy dopasowywaniu obuwia do naszej stopy.

Nie skupiajmy się zbytnio na kolorze i estetyce. W sporcie podstawową kwestią jest nasze zdrowie i wygoda. Najważniejsze, aby nasza stopa dobrze czuła się w bucie – moda powinna być dla nas kryterium drugorzędnym.

W kwestii obuwia szczególnie nie warto iść na kompromis. Jeśli mamy wątpliwości co do jakości butów, zainwestujmy w te droższe, które wzbudzają nasze zaufanie. Wybierajmy obuwie sprawdzonych, wiarygodnych marek z utrwaloną pozycją na rynku i długoletnim doświadczeniem w branży.

Istotną kwestią jest zużywanie się obuwia. Jeśli regularnie trenujemy, buty będą zużywać się najpóźniej w ciągu jednego roku. Trenowanie w znoszonych, odkształconych butach może być przyczyną kontuzji i różnego rodzaju dolegliwości bólowych. Aby tego uniknąć, należy zmieniać obuwie co 6-12 miesięcy.

Wybór obuwia sportowego powinien również uwzględniać właściwości podłoża. Starajmy się wybierać obuwie dedykowane określonej dyscyplinie sportowej. Przykładowo, podeszwa butów do biegania będzie dopasowana do faktury ścieżek biegowych bądź bieżni, a podeszwa butów do grania w koszykówkę – do podłoża hali sportowej. W ten sposób zagwarantujemy sobie większy komfort trenowania oraz mniejsze ryzyko kontuzji.

Czubek buta powinien być giętki, natomiast środek i tył raczej sztywny i stabilny. W zależności od rodzaju sportu, podeszwa może być bardziej prosta bądź też z podniesioną piętą, bardziej sztywna bądź elastyczna. Klasyczne buty do biegania (joggingu) mają nieco inną budowę niż buty do ćwiczenia na siłowni. W przypadku miłośników crossfitu sprawdzi się model SpeedFormAmp wyprodukowany wspólnie przez Underarmour i TRX.

Zawsze upewnij się, że między czubkiem buta a Twoimi palcami pozostaje jeszcze trochę wolnej przestrzeni (ok. 1 cm). Umożliwi to swobodne przenoszenie ciężaru na palce (np. w trakcie skakania ze skakanką, wspinaczki czy innych ćwiczeń w stylu fitness).

(PS. Ten i podobne modele butów znajdziesz w dużych sklepach, takich jak eobuwie czy Zalando. Przed dokonaniem zakupu odwiedź stronę Once Coupon A Time. Tutaj upolujesz kody rabatowe, dzięki któremu zapłacisz mniej.)

Właściwości materiału, z którego wykonane jest obuwie sportowe, z pewnością powinny pozwalać stopom na swobodną termoregulację i odprowadzanie nadmiaru wody. W obuwiu, w którym stopa nie może „oddychać”, będziemy się pocić i przegrzewać, co może prowadzić do bolesnych odcisków i odparzeń.

Podeszwa butów sportowych powinna być zarówno lekka, jak i wytrzymała. Jest to istotne z punktu widzenia wstrząsów, jakie stopa odbiera podczas intensywnego ruchu. Im większe właściwości amortyzujące posiada podeszwa obuwia, w którym uprawiamy sport, tym mniej obciążone są nasze stopy podczas trenowania.

  1. Psychologia

Sport a charakter

Tym, co w jakimś stopniu zawsze charakteryzuje sportowców, jest żwawość, czyli dobry refleks. Druga sprawa – temperament, a konkretnie fakt, czy jesteś introwertykiem czy ekstrawertykiem. (Fot. iStock)
Tym, co w jakimś stopniu zawsze charakteryzuje sportowców, jest żwawość, czyli dobry refleks. Druga sprawa – temperament, a konkretnie fakt, czy jesteś introwertykiem czy ekstrawertykiem. (Fot. iStock)
Taniec, basen, piłka nożna, joga – zanim zdecydujesz się na konkretną dyscyplinę, pomyśl, czy masz do niej predyspozycje... osobowościowe

Niezależnie od tego, jaki powód skłonił cię do aktywności fizycznej, to bardzo dobra decyzja! Jeśli jeszcze niczego nie trenujesz, zacznij, poprawisz sobie sprawność intelektualną i samopoczucie. Zanim jednak kupisz rolki lub sprzęt do gry w hokeja – popatrz na wybór dyscypliny przez pryzmat swojego charakteru.

Wstać z fotela

Stefan Batory, 33 lata, prezes firmy informatycznej, biega od dwóch lat. Brał udział w  Maratonie Piasków, rozgrywanym tuż przy granicy marokańsko-algierskiej. Pokonanie całej trasy, podzielonej na sześć etapów i liczącej w sumie 250 km, zajmuje tydzień. Cały ekwipunek trzeba nieść na plecach: jedzenie, środki przeciwbólowe, ubranie, wodę. Stefan na mecie był 115. Wyczerpany, z poranionymi stopami, ale zwycięski. Za rok planuje powalczyć o lepszą lokatę. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze dwa lata temu ważył 98 kilogramów i jedyną aktywnością, jakiej się oddawał, było pokonywanie trasy praca–dom.

– Chciałem schudnąć – opowiada. – Podczas przerwy obiadowej coraz częściej przebąkiwałem o tym, że muszę zacząć jeść zdrowiej, mniej tłusto… Gaweł, który sam biegał już od dobrych kilkunastu lat, powiedział wtedy: „Stefan, co się będziesz katował dietą, po prostu zacznij biegać”. Skrzywiłem się. Na co on: „Ja cię znam, jesteś długodystansowcem, wytrzymałym, lubiącym wyzwania, na pewno ci się spodoba”. I dodał: „A jak przez rok będziesz solidnie trenować, to pojedziemy na Maraton Piasków”. Pośmiałem się trochę, ale jego słowa gdzieś głęboko we mnie zapadły.

Pod wpływem impulsu wszedł do sklepu sportowego i kupił buty. Zaczął biegać latem. Upały, zmęczenie – nie było łatwo.  – Na początku czułem ogień w płucach i po każdym treningu przez godzinę dochodziłem do siebie, ale jakoś wytrzymałem do jesieni. Temperatury spadły, zadyszka znikła i ku swojemu zdziwieniu zorientowałem się, że zaczynam to lubić – mówi.

Jesienią wystartował w pierwszych zawodach: „Biegnij Warszawo” – trasa 10 kilometrów, później w półmaratonie warszawskim – 21 kilometrów, i zaczął się przygotowywać do pełnego – we wrześniu. – Gaweł, który śledził moje postępy na internetowym dzienniczku treningowym, podszedł do mnie i powiedział: „Przez rok, czyli 52 tygodnie, nie opuściłeś żadnego treningu. Tu jest formularz zgłoszeniowy na Maraton Piasków”.

Niskoreaktywność Małysza

Przykład godny naśladowania? Jak najbardziej. Inna sprawa, czy każdy człowiek chce i potrafi pokonać taką jak Stefan drogę: od kanapowca do maratończyka? Od jakich cech charakteru to zależy?

Psycholog sportu Adriana Zagórska tłumaczy, że o tym, czy odnajdziemy się w danej dyscyplinie albo w ogóle w sporcie, decyduje kilka czynników: – Tym, co w jakimś stopniu zawsze charakteryzuje sportowców, jest żwawość, czyli dobry refleks. Druga sprawa – temperament, a konkretnie fakt, czy jesteś introwertykiem czy ekstrawertykiem.

Będzie miał wpływ na to, czy wciągniesz się w sport indywidualny czy zespołowy. Jesteś samotnym wilkiem? Nie będzie ci przeszkadzało trenowanie w pojedynkę i mierzenie się bardziej z samym sobą niż z innymi. Polubisz pływanie, wspinaczkę, biegi długodystansowe. Natomiast typ ekstrawertyczny sam na bieżni może poczuć się nieswojo. Bardziej spodobają mu się gry zespołowe, dwa na dwa: piłka nożna, siatkówka, koszykówka czy tenis. I jeszcze jedno – flegmatyk raczej nie zainteresuje się sportem, chyba, że będą to… szachy.

Kolejna cecha istotna przy wyborze sportu: reaktywność emocjonalna, czyli reakcja na bodźce z zewnątrz. – Są osoby, które się od razu wzbudzają, wystarczy przyłożyć zapałkę do lontu, innym zabiera to więcej czasu – tłumaczy psycholog. – Osoby o wysokiej reaktywności lubią sporty dla sprinterów: na krótkim dystansie, gdzie szybko trzeba coś wykonać i do widzenia. Na przykład dynamiczne zajęcia taneczne czy spinning rowerowy. Z kolei osoby o niższej reaktywności wybiorą raczej maraton: aktywność na dłuższym dystansie wymagającą bardziej wytrzymałości niż szybkości. Niskoreaktywni lubią też sporty ekstremalne, bo są w stanie znieść więcej bodźców. Dla osób wysokoreaktywnych taki poziom adrenaliny byłby już nie do zniesienia.

Przykład? Adam Małysz, najbardziej utytułowany polski skoczek narciarski. Osobowość niskoreaktywna. Wybrał dla siebie idealną dyscyplinę sportu – już sam skok z takiej wysokości wymaga sporej wytrzymałości na stres. Co więcej, rajdy samochodowe, którymi sportowiec zajął się po zakończeniu kariery, też idealnie wpisują się w profil niskoreaktywnych.

– Mimo że Adam Małysz stwarza wrażenie bardzo spokojnej osoby, to potrzebuje intensywnych emocji i ma stalowe nerwy – mówi Zagórska.

O powodzeniu Stefana Batorego w długodystansowych biegach najprawdopodobniej zadecydowała również niska reaktywność. Dużą intuicją wykazał się w tym przypadku jego kolega Gaweł. Zatem, czy idąc za przykładem Stefana, każdy może wybrać sobie sport dopasowany do osobowości?

– Jak najbardziej – potwierdza Aleksandra Pogorzelska, psycholog sportu.– Można, a nawet trzeba. Jeśli jesteś dynamiczny, nie odnajdziesz się na dłuższą metę na zajęciach jogi czy tai chi. Chociaż warto brać też pod uwagę, czy na danym etapie życia lub w sytuacji, w której się znajdujesz, nie będziesz potrzebować właśnie chwili spokoju i wyciszenia. Zwykle jednak ekstrawertyk stres czy przemęczenie będzie wolał wypocić niż zniwelować ćwiczeniami oddechowymi.

Dzieckiem w kolebce

Osobna kwestia to wybór idealnej dyscypliny dla dziecka. Jak właściwie pokierować maluchem, by nie zaprzepaścić jego naturalnych predyspozycji i odgadnąć, co sprawi mu największą przyjemność i satysfakcję. Słuchać trenera, lekarza, samego dziecka?

– Przede wszystkim kierować się psychologią rozwoju człowieka – odpowiada Aleksandra Pogorzelska. – Dziecko może dojrzeć do wyboru specjalizacji w jakiejkolwiek dziedzinie teoretycznie dopiero w wieku 10–11 lat. Do tego czasu wszystko jest zabawą i próbowaniem. Nie ma rywalizacji, bo ono nie wie jeszcze, na czym to polega. Teraz może się sprawdzić w wielu dyscyplinach, i powinno mieć na to szansę.

Gdy dziecko dobrnie już do „decyzyjnego” wieku 10–11 lat, pora zacząć mu się przyglądać. Wiele można wywnioskować z jego zachowania. Z tego, czy cieszy się na treningi, czy jest gotowe wstawać bardzo wcześnie, byle tylko poćwiczyć. Sukcesy czy pochwały trenera, choć ważne, nie są najważniejsze. Rodzic powinien szukać wewnętrznej motywacji dziecka.

– Podstawową rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę, gdy zaczyna się uprawiać jakąś dyscyplinę sportu, niezależnie od tego, czy robimy to jako osoba dorosła czy jako dziecko, jest to, czy sprawia nam ona przyjemność – mówi Pogorzelska. – Według nowej dziedziny, jaką jest Psychologia Sportu Pozytywnego, właśnie zaangażowanie i pasja są w stanie utrzymać nas w sporcie przez wiele lat, pozwalają też osiągnąć mistrzostwo. Ambicja i rywalizacja, cechy, jakie zwykle charakteryzują sportowców, są potrzebne i zrozumiałe właśnie dlatego, że stawką jest coś, co lubią, na czym im zależy.

– Z perspektywy czasu wolałabym, żeby w dzieciństwie wybrano dla mnie inną dyscyplinę – przyznaje Adriana Zagórska. – Przez wiele lat trenowałam pływanie, bo miałam do tego fizyczne predyspozycje – długie mięśnie. Nie kierowano się wtedy moją psychiką. Tymczasem od zawsze ciągnęło mnie do tenisa.

Psycholog cieszy się, że obecnie dzieci trafiają do sportu w bardziej przemyślany sposób, że mogą dłużej sprawdzać się w różnych dyscyplinach. To ważne.

– Na etapie próbowania dziecko uczy się też, że nie we wszystkim będzie dobre i że wcale nie musi. Poza tym wszechstronność jest bardzo rozwojowa, nie tylko cieleśnie, ale i duchowo. Sport hartuje charakter. Uczy mobilizacji, przezwyciężania słabości i znoszenia niepowodzeń – dodaje Aleksandra Pogorzelska.

Na co cię stać

Jeśli Stefan Batory nie biega przez kilka dni, czuje się źle, fizycznie i psychicznie. Zmieniło się też jego podejście do pracy: – Zawsze byłem pracoholikiem. Nawet w domu nie mogłem odłożyć komórki czy wyłączyć laptopa, bo a nuż będę potrzebny. A potem przychodziłem do pracy, miałem masę nieprzeczytanych mejli i wiedziałem, że tego dnia też nie na wszystkie odpowiem. Wiecznie się z czymś nie wyrabiałem. Gdy zacząłem biegać, musiałem znaleźć na to wolny czas. Nie chciałem tego robić kosztem rodziny, więc zrobiłem kosztem pracy. Zamiast 15 godzin pracuję 10 i o wiele bardziej efektywnie. Bo podczas biegania układam sobie w głowie to, co mam jutro zrobić, zastanawiam się, jak odpowiedzieć na mejle, a rano budzę się z gotowymi rozwiązaniami.

Czyżby sport czynił nas innymi ludźmi? W pewnym sensie tak. Na pewno pomaga w rozwoju określonych cech, jak samodyscyplina, systematyczność czy wytrwałość. I uczy dobrze organizować swój czas. – Sport przygotowuje człowieka na ciężką pracę, a nie natychmiastowe efekty – mówi Zagórska.

Ale czy zapału wystarczy na długo? Co z chwilami zwątpienia, fizycznym bólem, zmęczeniem? Gdy zaczną dokuczać zakwasy i drobne kontuzje – trudno poczuć, że „to jest to”. Stefan Batory, choć dzisiaj mówi o tym, jakby to była najłatwiejsza rzecz na świecie – wstać z fotela i zacząć biegać, przyznaje, że miał momenty słabości. – Najgorzej było się zmusić do wyjścia z domu, gdy padał deszcz, śnieg lub byłem zmęczony. Czasem wałęsałem się po domu trzy godziny, by tylko opóźnić trening – przyznaje. – Ale wytrwałem.

Jak podtrzymać motywację, kiedy ta zaczyna podupadać? Jest na to kilka sposobów. – Bardzo dobrym pomysłem jest zacząć uprawiać sport w parach lub większych grupach – radzi Aleksandra Pogorzelska. – Świadomość, że ktoś inny też wstaje rano, też wychodzi na dwór, gdy ciemno i zimno, też wkłada w to energię... – dopinguje.

Lepiej zaczynać od małych kroczków niż rzucać się od razu na głęboką wodę. Trzeba też widzieć końcową wizję tego, co chcemy osiągnąć, np.: zrzucić 10 kilo, wbiec na 4. piętro bez zadyszki, przebiec maraton. Potem podzielić to na małe cele i rozłożyć w czasie.

– To daje poczucie sprawczości, satysfakcję płynącą z zaliczania kolejnych etapów na drodze do upragnionego celu – tłumaczy Pogorzelska. – Ludzi zwykle demobilizuje brak zauważalnych efektów, często jednak jest to wynikiem robienia założeń na wyrost. A tu trzeba powolutku.

Gdy czujesz, że twoja wola zaczyna słabnąć, poszukaj wewnętrznej motywacji, powodów, dla których lubisz pływać czy chodzić na fitness. Że choć na początku czujesz ogień w płucach, to po pół godzinie pojawia się przyjemność.

– Do tego, by regularnie uprawiać jakąś dyscyplinę, potrzeba kilku cech: systematyczności, wytrwałości, odporności psychicznej, umiejętności zaangażowania się na dłuższą metę, wyznaczania krótkoterminowych i długoterminowych celów i ich realizowania – wylicza Aleksandra Pogorzelska. – Mówi się, że aby dojść do poziomu wysokiego wykonania w danej dziedzinie sportu, trzeba przetrenować 10 tysięcy godzin i zrobić milion powtórzeń – to daje kilka lat regularnych treningów. Ale nie jest powiedziane, że tego wyniku nie da się osiągnąć w szybszym czasie. Może się przecież okazać, że mamy akurat talent.

Artykuł archiwalny. 

  1. Psychologia

Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Zachęcajmy dziecko do samopoznania, pomagajmy mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie w innym kierunku – mówi pedagożka dr Marta Majorczyk.

Rodzice z jednej strony widzą, że współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, szkoła na rywalizację, a z drugiej – coraz częściej słyszą, że powinni wychowywać do współpracy. To czego powinni uczyć?
Powinni przygotowywać dziecko na obydwie opcje. Przy czym warto rozróżnić rywalizację pozytywną od negatywnej. Pozytywna opiera się na zdolnościach, talentach, cechach, umiejętnościach, kompetencjach, wiedzy, czyli przymiotach, które mamy w sobie i z których korzystamy, chcąc osiągnąć sukces.

A rywalizacja negatywna?
Odwołuje się do elementów, których nie mamy w sobie, które znajdują się na zewnątrz. Na przykład do tego, że rodzice są majętni, więc dziecko ma najdroższe ubrania, gadżety, wyjazdy. Innym przykładem rywalizacji negatywnej są wybory miss czy mistera szkoły, gdzie ocenia się wygląd, czyli coś, na co dziecko nie ma wpływu. Zadanie rodziców powinno polegać nie na stymulowaniu takiej rywalizacji, ale na jej osłabianiu.

Czyli na czym konkretnie?
Na przykład na podkreślaniu: co z tego, że masz lepsze ubrania, skoro to nie zależy od ciebie, tylko od tego, że akurat mamy pieniądze. Warto uczyć skromności, a nie eksponowania dóbr materialnych, markowych ciuchów, większych możliwości, niż mają inne dzieci. Skutkiem negatywnej rywalizacji jest osłabienie poczucia wartości dziecka, które bierze udział w rywalizacji, bo jeżeli uważa, że jest brzydsze, źle ubrane, to czuje się gorsze. A ponieważ nie jest w stanie tego zmienić, to może w pewnym momencie przestać podejmować jakiekolwiek działania.

Jakie są skutki rywalizacji pozytywnej?
Bardzo ważną rolę odgrywają tu rodzice – powinni rozmawiać z dzieckiem i wyjaśniać mu, że rywalizacja nie przynosi tylko sukcesów, że na pewno kiedyś trzeba zmierzyć się z porażką. Ale to, że dziecko przegra, nie znaczy, że jest do niczego, tylko że powinno ćwiczyć dalej i pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy. Koniecznie trzeba budować w dziecku poczucie wartości.

Jak reagować, jeżeli to poczucie zmieni się w poczucie wyższości? Bo osiągając sukcesy, można wpaść w pułapkę wysokiego mniemania o sobie. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie ma łatwiej niejako z definicji, niezdolne może łatwo się zniechęcić.
Poruszyła pani ważną kwestię. Weźmy taki przykład: dziewczynka bardzo chce tańczyć tak jak utalentowana w tej dziedzinie koleżanka. Natomiast ja, mama, widzę, że z poczuciem rytmu nie jest u córki za dobrze. Proponuję więc: świetnie radzisz sobie językowo, jesteś komunikatywna, masz bogaty zasób słownictwa, możesz pisać opowiadania, współpracować ze szkolnym radiem itp. Trzeba córkę umiejętnie pokierować w inną stronę. Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony.

Jak to robić?
Można zadawać pytania coachingowe: „Co sprawia ci radość?”; „Jak sądzisz, czy wystarczy więcej popracować, czy może powinieneś szukać innej dziedziny, w której mógłbyś się spełniać?”. Zamiast podsycać rywalizację, lepiej zachęcać dziecko do samopoznania, pomagać mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie innym kierunku.

I podkreślać, że każdy jest inny?
Tak. Badacz inteligencji wielorakiej Howard Gardner wykazał, że nie ma jednej inteligencji, tylko jest cały zespół inteligencji. Tłumaczmy dziecku, że niemożliwe, aby było świetne we wszystkim, natomiast na pewno jest w czymś dobre i musi to coś znaleźć. Zarówno rodzicom, jak i nauczycielom polecam książkę Aldony Kopik i Moniki Zatorskiej „Wielorakie podróże – edukacja dla dziecka”, która zawiera kwestionariusz do badania inteligencji wielorakiej. Pomaga na podstawie obserwacji dziecka wykreślić jego profil inteligencji.

Gdy już poznamy ten potencjał, łatwiej nam będzie zachęcać je do rywalizacji z samym sobą, a nie z innymi?
Oczywiście, dobrze motywować je do tego, żeby ćwiczyło, uczyło się, pracowało. Ale warto zwracać też uwagę, że skoro jest dobre na przykład w pisaniu, a koleżanka w mówieniu, to mogą, uzupełniając się, zrealizować wspólnie jakiś projekt na lekcję polskiego. Istnieje pojęcie nauczania kooperatywnego, które polega między innymi na tym, że nauczyciel dzieli materiał między uczniów w taki sposób, żeby każdy stał się specjalistą w innym obszarze wiedzy. Potem wszyscy nawzajem się od siebie uczą. Na przykład na lekcji biologii jeden uczeń zajmuje się budową komórki, drugi – jej procesami, trzeci – odżywianiem komórkowym, potem wymieniają się informacjami i w ten sposób poznają całość wiedzy na ten temat. Przy okazji dzieci przekonują się, że zrozumienie całości nie jest możliwe bez współpracy.

Jak jeszcze zachęcać do kooperacji?
Na początku wystarczy wykorzystywać naturalne potrzeby dziecka, czyli chęć zabawy, kontaktu z rówieśnikami. One ujawniają się już w wieku wczesno­szkolnym. Dzieci wtedy lgną do siebie, przy czym dziewczynki bardziej stawiają na zabawę, bliskość, a chłopcy na rywalizację, bo to chłopięcy sposób budowania relacji z kolegami.

Szkoła często zabija te naturalne odruchy.
Wszystko w rękach nauczyciela. Jego rolą jest poznanie dzieci, rozdzielenie zadań zgodnie z ich talentami, a potem zmotywowanie ich do wymiany. Na przykład Jaś to nasz klasowy Lewandowski, więc zachęcam go, żeby pokazał swoim kolegom, jak strzela gole. W ten sposób nauczyciel upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu – zbuduje w Jasiu poczucie kompetencji, własnej wartości, wiary w siebie, a także uruchomi tutoring rówieśniczy, który polega na tym, że dziecko dobre w jakiejś dziedzinie może uczyć inne dzieci i dzięki temu przyczyniać się do budowania zgranej paczki.

W jaki sposób rodzice mogą zachęcać rodzeństwo do wspólnego działania?
Powinni pamiętać, żeby nie porównywać dzieci, nie krytykować jednego przy drugim, nie zawstydzać, ale chwalić za to, co każdy robi dobrze. I pokazywać, że wspólnie możemy więcej niż każdy osobno. Kiedy w sobotę trzeba posprzątać mieszkanie, a dzieci chcą iść do kina, zaproponujmy, że sprzątamy wspólnie – tata łazienkę, mama sypialnię, dzieci swoje pokoje. Potem razem gotujemy obiad i takim sposobem całe popołudnie mamy wolne, możemy iść nie tylko do kina, ale i na rowery. I tak oto mimochodem uczymy współpracy, która bardzo przyda się dzieciom w życiu dorosłym.

Jednak górą współpraca.
Nie należy całkowicie eliminować rywalizacji, to naturalna potrzeba. Człowiek od zawsze rywalizował z innymi. Trzeba tylko kształtować pozytywną wersję, a eliminować tę negatywną.

Co dobrego wynika z rywalizacji?
Rozwija talent (najbardziej widać to w sporcie, bo żeby wygrać, trzeba się starać, pracować, ćwiczyć). Uczy znosić porażki, a tym samym przygotowuje do adaptacji w różnych sytuacjach, bo w życiu też trzeba będzie przecież przegrywać.

Najskuteczniejsze ćwiczenie na pozytywną rywalizację?
Gry planszowe, tu rywalizacja jest niezbędna, bo każdy chce pierwszy dotrzeć do mety. Czasem wygrywam ja, czasem córka. Jeżeli przegrywam, to prezentuję swoją postawą, jak to znosić: „OK, przegrałam”, więc gratuluję córce zwycięstwa i chcę zmierzyć się z nią raz jeszcze. Ale rzucając kostką, mówię, że los czasem sprzyja mnie, a czasem jej, tak jak w życiu. Trzeba uczyć wyciągać wnioski z porażek: dostałam złą ocenę, bo się nie nauczyłam, przegrałam mecz, bo się nie zaangażowałam.

Można rywalizować i zarazem współpracować?
Tak, na przykład wtedy, gdy jako klasa walczymy o zwycięstwo w jakiejś dziedzinie z inną klasą. Wynik meczu czy konkursu zależy od tego, czy uczniowie potrafią się porozumiewać, kooperować. Takie formy rywalizacji bardzo sprawdzają się w grupach powyżej 12 lat.

Współdziałanie pozostaje w Polsce umiejętnością mocno zaniedbaną, zwłaszcza w szkołach. Nawet jeśli wypisuje się ją na sztandarach, to potem promuje się indywidualne osiągnięcia – jak w pewnym renomowanym warszawskim gimnazjum, szczycącym się społecznym profilem, w którym na zakończenie roku szkolnego nagradzano za indywidualne wyniki w olimpiadach i konkursach.
W organizowaniu wszelkiego typu konkursów nie ma nic złego, pod warunkiem że dzieci same decydują o udziale, bo to oznacza de facto, że biorą za nie odpowiedzialność. A poza tym – ich sukcesy mogą przynieść pożytek wszystkim, cieszyć się nimi może cała społeczność szkolna. Wszystko zależy od tego, jak te sukcesy „sprzeda” nauczyciel. Według mnie współpracy i rywalizacji nie trzeba rozdzielać, tylko umiejętnie łączyć. Najlepszym przykładem takiego połączenia są sporty zespołowe, które z jednej strony wzmacniają współpracę, a z drugiej – stawiają na zwycięstwo w rywalizacji. Większą satysfakcję sprawia jednak wspólne działanie. Pamiętam doskonale, jak podczas meczów siatkówki (należałam do szkolnej drużyny) wzajemnie się wspierałyśmy, co sprawiało nam większą radość niż wygrana.

Warto więc w szkole nastawionej na rywalizację zachęcać do gier zespołowych?
Na pewno. Ale w szkołach duży nacisk kładzie się też na współpracę. Już w nauczaniu początkowym obowiązuje kształcenie metodą projektu. Polega ono na tym, że cała klasa robi coś wspólnie, czyli nauczyciel dzieli zadania między uczniów, a oni dyskutują, pracują, a potem prezentują owoce wspólnego działania. I znowu – wszystko zależy od nauczyciela. Jeżeli zna i rozumie sens takich metod aktywizujących całą klasę, to przyjemność płynąca z nauki zdecydowanie staje się większa. Wiadomo, że najskuteczniej uczymy się poprzez doświadczanie, więc takie metody efektywnie pomagają w nauce, no a poza tym kształtują społeczne postawy.

Jak motywować do współpracy?
Istnieje wiele strategii motywacyjnych. W sukurs nauczycielom przychodzi neurodydaktyka – wiadomo, że dzieci chętniej uczą się poprzez zabawę, dlatego najlepiej aranżować ciekawe zadania w miłej atmosferze. Dobre efekty przynoszą pozytywne wzmocnienia, pochwały, bazowanie na mocnych stronach dziecka, natomiast nad słabymi stronami pracujemy, korzystając z tutoringu rówieśniczego, czyli poprzez tworzenie zespołów, w których lepsi uczniowie dzielą się swoją wiedzą ze słabszymi. Warto dążyć do wzbudzenia najskuteczniejszej formy motywacji – wewnętrznej, czyli takiej, kiedy dziecko samo chce pracować i samo siebie nagradza: „Udało mi się, będę działać dalej, bo mnie to ciekawi, bo chcę wiedzieć więcej”.

To trudne do osiągnięcia.
Niestety, taką motywację zabija rywalizacja negatywna. I tak oto zamknęliśmy się w błędnym kole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci reagują jednakowo. Jedne rywalizacja pobudza do działania, inne odwrotnie – w obliczu konkurencji się wycofują. Jedne dzieci wolą pracować w grupie, inne bardziej sprawdzają się w pracy indywidualnej. Kłania się tu psychologia różnic indywidualnych. Nic zatem na siłę, wiele zależy od dziecka.

Rodzice na ogół nie mają wiedzy psychologicznej.
To prawda, dlatego mogą skorzystać z coachingu rodzicielskiego – metody pracy, której można się nauczyć podczas specjalnych warsztatów organizowanych przez coachów. Ale – uwaga – wyposażeni w te metody nie rozwiązujemy za dziecko problemów, tylko uczymy je, jak ma sobie samo z nimi radzić. Zadajemy pytania, ćwiczymy koncentrację, nazywanie emocji, uczuć. Coaching rodzicielski to sprawdzona metoda pracy z dzieckiem.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal musimy bardziej uczyć współpracy niż rywalizacji, bo tę ostatnią mamy opanowaną.
Podobnie uważa profesor Janusz Czapiński. Powiedział, że przez lata dzięki rywalizacji dużo osiągnęliśmy: wysoki poziom życia, sukcesy zawodowe, natomiast teraz stoimy przed następnym wyzwaniem – jak ze sobą współpracować. Wystarczy rozejrzeć się dokoła siebie, żeby zobaczyć, że profesor ma rację – zazdrościmy sobie nawzajem, konkurujemy, rzadko skrzykujemy się, żeby zrobić coś wspólnie dla naszej ulicy. Samorządność nadal u nas kuleje, choć powoli to się zmienia.

Marta Majorczyk: doktor nauk humanistycznych, pedagożka, doradczyni rodzinna. Pracuje z Collegium Da Vinci w Poznaniu. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Mama Patrycji i Piotra.

  1. Psychologia

Trudniej, czyli łatwiej. O pożytkach z przeciwności

Bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.(Fot. iStock)
Bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.(Fot. iStock)
Czy rzeczywiście potrzebujemy nieustannego podnoszenia poprzeczki, trudnych wyzwań, przeszkód, a nawet traum, żeby się uczyć, rozwijać, osiągać siłę i dojrzałość? Czy miał rację Nietzsche, pisząc: co mnie nie zabija, czyni mnie silniejszym? Tak, ale…

Kiedy trener tenisa każe mi stawiać kroczki odstawno-dostawne, zżymam się: „Czy nie prościej po prostu podbiec do piłki normalnym krokiem?”. A on na to: „Najpierw musi być trudniej, żeby potem było łatwiej”. To prawda. W nauce tenisa – i nie tylko – nie ma innej drogi. A w pozostałych przypadkach? Duchowi mędrcy przekonują, że tak naprawdę rozwija nas tylko to, co trudne. Potwierdza to wiele badań psychologicznych. Bezsprzecznie nasze osiągnięcia, postawy, hart ducha zależą od zmagań z tym, co niełatwe. Ale słowa Nietzschego nie są prawdziwe w każdej sytuacji. Na pewno nie sprawdzają się w momentach bezpośredniego zagrożenia życia, gdy jesteśmy świadkami ciężkich wypadków, ofiarami gwałtów, przemocy. U ludzi doświadczających takich przeżyć rozwija się często zaburzenie zwane zespołem stresu pourazowego (PTSD). Ostatnie badania nie pozostawiają cienia wątpliwości – nadmierny stres wywołuje depresje, zaburzenia lękowe, choroby układu krążenia. Z drugiej jednak strony – nie da się uniknąć nieszczęść. Trzeba więc nie tylko nauczyć się radzić sobie z życiowymi trudnościami, ale także umieć dostrzec w nich szansę.

Małgorzata Skoneczna, lat 45, kiedyś nauczycielka matematyki, teraz bizneswoman, matka trzech synów: – Cztery lata temu nagle mój świat zawalił się jak domek z kart. Dosłownie i w przenośni. Tamtej nocy, gdy mąż poczuł swąd palonego drewna, zdążyliśmy tylko wyskoczyć z łóżek. Ogień w mgnieniu oka objął cały dom. Kiedy dzieci były już na zewnątrz, przez moment zawahałam się: a może spróbować zabrać coś ważnego i cennego, dokumenty, biżuterię, parę ważnych książek, jakieś ubrania? Stanęłam jak wryta, nie umiałam podjąć decyzji, odwróciłam się na pięcie i wybiegłam. Mąż wrócił, niestety. Zanim strażacy go wydostali, poparzył się tak dotkliwie, że do dzisiaj ma niedowład lewej ręki. Nic nie udało się uratować, a dom nie był ubezpieczony. Zostaliśmy nie tylko bez dachu nad głową, ale także bez poczucia bezpieczeństwa i nadziei, że zdołamy się podnieść. Rozpaczałam, byłam zdołowana, przerażona. Ale trzeba było zająć się dziećmi, na nowo organizować sobie życie. W pierwszym okresie bardzo pomogli nam przyjaciele i rodzina. Mąż przez pół roku dochodził do zdrowia, więc musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Po wakacjach nie wróciłam do pracy w szkole, zatrudniłam się w biurze rachunkowym. Rok później otworzyłam swoje. Szło mi na tyle dobrze, że mogłam wziąć kredyt i rozpocząć budowę domu. Po dwóch następnych latach – już w nim zamieszkaliśmy. Firma, którą prowadzimy teraz razem z mężem, mimo kryzysu bardzo dobrze prosperuje. Gdyby nie piekło, przez które przeszliśmy, nigdy nie odważylibyśmy się zmienić pracy (mąż był urzędnikiem), założyć swojego biznesu. To potworne doświadczenie bardzo scementowało naszą rodzinę, pokazało, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Od tamtej pory nic nie jest dla mnie straszne, wiem, że zawsze dam sobie radę.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Doświadczenie Małgorzaty dowodzi, że ciężkie przeżycia mogą mieć także pozytywne skutki, psychologia nazywa je „rozwojem pourazowym”. Badania osób, które zostały dotknięte przez nieszczęścia, pokazały, że choć tragedie wyniszczają, to w rezultacie mogą wyjść ludziom na dobre.

Jonathan Haidt, profesor psychologii na Uniwersytecie w Wirginii, w książce „Szczęście” pisze o trzech rodzajach korzyści płynących z trudnych doświadczeń, tych samych, o których mówi Małgorzata. Pierwsza korzyść jest dla wszystkich zaskakująca. Bo oto sobie poradziłam! Stać mnie na to! Choć wcześniej myślałam, że nie przeżyłabym spalenia domu, choroby męża, zwolnienia z pracy, okazuje się, że gdy przyjdzie mi mierzyć się z tymi przeżyciami, daję radę. Jedną z najważniejszych lekcji, jaką ludzie wynoszą z takich doświadczeń, jest wiedza, że są dużo silniejsi, niż się spodziewali. Ta świadomość własnej siły dodaje im pewności siebie, dzięki czemu lepiej radzą sobie z następnymi wyzwaniami i dużo szybciej odzyskują równowagę niż inni. Przede wszystkim dlatego, że już to przetrenowali.

Drugi rodzaj korzyści płynących z trudnych przeżyć to spektakularny sprawdzian jakości naszych relacji. Trudności działają bowiem niczym filtr naszych związków z ludźmi. Jedni w takich sytuacjach się sprawdzają, inni nie. Małgorzacie pomogli przyjaciele, rodzina, ale część znajomych nagle przestała się do niej przyznawać. I niekoniecznie dlatego, że są nieczuli, źli. Czasem ludzie nie wiedzą, jak się zachować, albo nie potrafią poradzić sobie z własnym dyskomfortem.

Trzeci pożytek z przeżycia trudnych chwil to zmiana, czasem diametralna, naszego systemu wartości, filozofii życia. Przestajemy wtedy zabiegać aż tak bardzo o materialną stronę życia, martwić się na zapas, a zaczynamy cieszyć się każdym dniem, doceniać innych, a nawet stajemy się hojni i łagodni. Wszyscy słyszeliśmy o ludziach, którzy przeżyli nawrócenie moralne po tym, jak otarli się o śmierć. Ci, którzy wygrali walkę z rakiem, określają chorobę jako sygnał alarmowy, punkt zwrotny, dzięki któremu uświadamiają sobie, że są śmiertelni, że życie jest darem. Gdyby nie owo „zło”, nie byłoby zmiany na lepsze. Zauważył to już sam Szekspir w „Jak wam się podoba”: „Miłe pożytki ma w sobie przeciwność: jest jak ropucha szpetna, jadowita, a jednak klejnot świeci nad jej czołem”.

Jaka powinna być owa przeciwność, żeby efekty świeciły potem jak klejnot? Słaba czy mocna? Dyskomfortowa tylko czy aż traumatyczna? Ile wziąć na plecy, żeby się nie złamać?

Wśród psychologów długo nie było co do tego zgodności. Jedni twierdzili, że tylko umiarkowana trudność, czyli mały stres, może działać stymulująco. Inni uważali, że ludzie muszą doświadczać mocnych wyzwań, żeby się rozwijać, a pewien stopień rozwoju osobistego jest osiągalny wyłącznie dla tych, którzy doznali wielkiego nieszczęścia i sobie z nim poradzili.

Jeśli prawdziwa byłaby druga wersja, oznaczałoby to, że powinniśmy częściej podejmować ryzyko i doznawać porażek. A także – że musimy wyzbyć się nadopiekuńczości wobec dzieci, bo w ten sposób nie tylko je rozleniwiamy, ale przede wszystkim pozbawiamy owych „zdarzeń krytycznych”, które pomagają im wyrosnąć na silne osoby. Okazuje się, że to jednak nie takie proste. Jak wykazał psycholog Dan McAdams, wszystko zależy od człowieka, jego cech osobowości, takich jak: neurotyczność, ekstrawertyczność (introwertyczność), otwartość na doświadczenia, ugodowość. Od tego, jak adaptuje się w nowych sytuacjach, jakie włącza wtedy mechanizmy obronne, jakimi kieruje się wartościami, przekonaniami. I po trzecie – od swojej historii życia, którą tworzymy, świadomie lub nieświadomie, interpretując własne zachowania, wysłuchując opinii innych na swój temat.

Wszystkie te trzy poziomy wzajemnie się przenikają, tworząc miks odpowiedzialny za reakcję na trudność czy cierpienie. Inaczej na przykład zareaguje ekstrawertyk (szybciej zaadaptuje się do trudności) niż introwertyk. Inaczej optymista, który skupia się na jasnych stronach życia i szuka dobrego we wszystkim, co go spotyka. Optymiści zakładają, że ich wysiłki przyniosą pożądane skutki, więc natychmiast zakasują rękawy i biorą się do pracy. Jeśli nawet im się nie powiedzie, to i tak są przekonani, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Z kolei osoby dorastające we wspierającej rodzinie częściej niż te z rodzin toksycznych przekuwają osobiste kryzysy w zdarzenia pozytywne, na przykład niesienie pomocy innym.

Wyrzucić z siebie to, co boli

Traumatyczne przeżycia rozbijają nasz system wartości, odbierają poczucie sensu życia. Ale zaraz potem zmuszają do prób złożenia rozsypanych części w całość. I wtedy zastanawiamy się nad sobą i swoim życiem, szukamy pomocy w psychoterapii, odwołujemy się do Boga. Dlatego, gdy już się podniesiemy, mamy poczucie, że zmieniliśmy się na lepsze.

Amerykański psycholog James Pennebaker wykazał, że psychologiczne skutki nieszczęść zależą nie od tego, jak owe zdarzenia były ciężkie, ale od naszej postawy po ich zaistnieniu. Przeprowadził badanie polegające na tym, że ludzie z jednej grupy mieli za zadanie opisywać (po 15 minut przez cztery dni) najbardziej traumatyczne doświadczenie swojego życia, a w drugiej opisywali w tym samym czasie obojętne wydarzenia, na przykład typowy dzień. Przez rok Pennebaker śledził ich zdrowie. I co się okazało? Że ludzie z grupy opisującej swoje traumy zdecydowanie rzadziej odwiedzali gabinety lekarskie i trafiali do szpitala. Co więcej, u tych, którzy wnikliwie opisywali swoje przeżycia, próbując zrozumieć to, co się stało, zaobserwowano nawet poprawę stanu zdrowia!

W późniejszych badaniach Pennebaker poprosił ludzi, aby wyrażali swoje uczucia poprzez taniec lub śpiew. Te formy ekspresji nie przynosiły jednak korzystnych skutków. Dlatego wniosek z jego badań jest jeden: Jeżeli chcemy uwolnić się od traumy, zamknąć bolesny rozdział życia – musimy to z siebie wyrzucić za pomocą słów. Możemy rozmawiać o tym z kimś nam przyjaznym albo na ten temat pisać, psycholog zaleca 15 minut dziennie przez kilkanaście dni. Nie wolno przy tym cenzurować siebie, przejmować się gramatyką, stylistyką czy ortografią. Wystarczy po prostu pisać. O tym, co się wydarzyło, o swoich emocjach i uczuciach i dlaczego ich doświadczamy. Można też nagrywać swoją opowieść albo mówić samemu do siebie. Najważniejsze, żeby ujawnić swoje myśli i uczucia bez prób ich porządkowania, po jakimś czasie same ułożą się w spójną całość. Pennebaker uważa, że każdy z nas może doświadczyć pozytywnych skutków nieszczęść, jednak pod kilkoma warunkami. Po pierwsze, zanim jeszcze spotka nas coś złego, powinniśmy zmienić sposób interpretacji tego, co nam się przydarza (badacz optymizmu Martin E.P. Seligman nazywa to „stylem wyjaśniania”). Czyli zauważać w każdym zdarzeniu to, co dobre, kierować myśli na to, co pozytywne (psychologowie zapewniają, że można się tego nauczyć!). Po drugie, pielęgnować relacje z ludźmi. Bliscy potrafią słuchać, mówią szczerze, co myślą, a to pomaga zrozumieć sens bolesnych przeżyć. Po trzecie, to propozycja dla wierzących i otwartych na duchowość, szukać wsparcia w religiach, filozofiach, praktykach duchowych. Niektórym ludziom tylko wiara pomaga odnaleźć sens w najtrudniejszych chwilach życia.

Wszystko w swoim czasie

Badania pokazują, że pożytki z przeciwności losu są różne w zależności od momentu życia, w jakim tych zdarzeń doświadczamy. Jeżeli przytrafiają się we wczesnym dzieciństwie, to dobrych rezultatów na ogół nie przynoszą. Z drugiej jednak strony – maluchy są zdumiewająco odporne na jednorazowe trudne doświadczenia, które destrukcyjnie działają dopiero wtedy, gdy są przewlekłe. Natomiast z całą pewnością nie wyrządzają dzieciom krzywdy niepowodzenia, porażki, trudności, które trzeba przezwyciężać na co dzień. Co więcej – takie doświadczenia są najlepszym nauczycielem! Dzieci potrzebują wielu niepowodzeń, żeby się przekonać, że osiągnięcie sukcesu wymaga ciężkiej pracy i wytrwałości.

Psychologowie są zgodni co do tego, że najmłodszych trzeba chronić przed traumami, ale nie przed codziennymi obowiązkami. Tymczasem wielu rodziców robi dokładnie odwrotnie – funduje swoim pociechom obowiązki ponad siły (obciążające kursy, treningi), a wyręcza w codziennych czynnościach (karmi, ubiera, myje, sznuruje buty) albo „podkłada się” w czasie gier i zabaw. A wszystko po to, aby im ulżyć i je rozweselić, „bo one takie zmęczone, smutne, znudzone”. To poważny błąd – twierdzą psychologowie.

O tym, jak ważne dla rozwoju dziecka są obowiązki i trudne wyzwania, świadczą doświadczenia dzieci z rodzin dwujęzycznych. Gosia Dobrowolska, aktorka od 30 lat mieszkająca w Australii, podkreśla, że wychowuje już drugie dwujęzyczne pokolenie. Do wnucząt (podobnie jak kiedyś do córki) mówi tylko po polsku. – Dla małych dzieci to wprost nieocenione doświadczenie – twierdzi. – W sposób fenomenalny rozwija mózg, ćwiczy także narządy mowy, które po takim treningu nie mają problemów z artykulacją innych języków. Ale na początku nie jest to łatwe – i dla dziecka, i dla rodziców. Z całą pewnością jednak warto przejść tę drogę. Ja nawet uważam, że trud wychowywania w dwóch językach to największy dar, jaki można dziecku ofiarować.

A jak trudności wpływają na młodych ludzi? Jak pokazują badania, w tym wieku nawet bardzo bolesne przeżycia summa summarum przynoszą więcej pożytku niż szkody. Amerykański socjolog Glen Elder badał, jak ludzie radzili sobie po traumatycznych przeżyciach (wojny, ciężkie kryzysy). I co się okazało? Że przeciwności losu (zwłaszcza te, które młodzi ludzie przezwyciężali) miały najbardziej dobroczynny wpływ na osoby w wieku między 15. a 25. rokiem życia. Starsi w dużo mniejszym stopniu wykorzystywali takie przeżycia do osobistego rozwoju. Co o tym decydowało? Między innymi siła relacji – młodzież o wiele bardziej niż starsi trzyma się razem, dzieli przeżyciami. Elder podkreśla, że bolesne doświadczenia uczyniły wielu młodych ludzi, zwłaszcza tych, którzy pokonali poważne trudności życiowe w wieku dwudziestu kilku lat, silniejszymi, lepszymi, a nawet szczęśliwszymi.

Badacze wpływu trudnych przeżyć na nasze życie dowodzą, że do tego, żeby przyniosły one dobroczynne skutki, muszą zostać spełnione określone warunki. Otóż powinny przytrafić się we właściwym czasie (najlepiej we wczesnej dorosłości), właściwym osobom (tym, które dysponują umiejętnościami społecznymi, optymistom) i w odpowiedniej dawce (zbyt silna trauma może spowodować zespół stresu pourazowego). Żaden psycholog nie stworzył jednak przepisu na idealne życie ze starannie zaplanowanymi przeciwnościami losu, które miałyby pozytywny wpływ na każdego człowieka.

Boris Cyrulnik, neuropsychiatra z Uniwersytetu w Tulonie, twierdzi, że cierpienie i przyjemność to dwie strony tego samego medalu. Jedno napędza drugie – kiedy spotyka nas nieszczęście, marzymy o szczęściu. Kiedy jednak je osiągamy, szukamy nowych wyzwań, wpędzając się w kolejne nieszczęścia. W świetnej książce „O ciele i duszy” pyta: Czy moglibyśmy kochać, gdybyśmy nie cierpieli? Czy szukalibyśmy bezpieczeństwa, nie zaznawszy lęku i uczuciowej straty? To prawda – bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.