1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Na co idzie twoja energia?

Na co idzie twoja energia?

Kiedy umysł staje się hiperaktywny i zalewa nas przeróżnymi wizjami i fantazjami, pora zadbać o naszą energię. (fot. iStock)
Kiedy umysł staje się hiperaktywny i zalewa nas przeróżnymi wizjami i fantazjami, pora zadbać o naszą energię. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Według medycyny chińskiej rodzimy się z określonymi zasobami energetycznymi. Ale choć zostajemy różnie wyposażeni na starcie, to od nas zależy, jak zarządzamy tymi zasobami. Nie dziw się więc, że padasz na twarz, skoro tkwisz w nielubianej pracy, toksycznych relacjach albo... pomagasz innym na siłę.

Lista pożeraczy energii jest długa. Każdy ma swoje ulubione. Dla jednych są to portale społecznościowe, dla innych śledzenie newsów, zwykle przygnębiających. Ogłupiające filmy, nieciekawe książki, które – skoro już się kupiło czy wypożyczyło – trzeba skończyć. To i tak stosunkowo nieduży kaliber. Większy? Nie trzeba chyba przekonywać, ile energii pochłania nielubiana praca. Uparte sięganie po strategie, które nigdy się nie sprawdziły, ale może tym razem... Sytuacje, w których sprzeniewierzamy się naszym wartościom, idziemy na zbyt duże kompromisy. Albo kiedy osiągamy coś w nierównej walce, cudzym kosztem. Kiedy działamy pod presją – z miejsca przymusu, obowiązku, napięcia. Wszystkie te „muszę”, „zdobędę”, „udowodnię”.

Czasem nasze działania oparte są na reakcji: pojawia się bodziec, idziemy za nim i ani się spostrzeżemy, lądujemy w jakimś projekcie, który „na trzeźwo” zainteresowałby nas tyle co zeszłoroczny śnieg. Bo znajomy wziął nas pod włos, powiedział „bez ciebie nie damy rady”, no a kto nie lubi być doceniony, niezastąpiony... Często przyczyną utraty energii jest brak obecności. Mówisz „tak”, a potem zastanawiasz się, gdzie właściwie byłeś, kiedy padało to słowo. Być może nie umiesz też zadbać o równowagę w dawaniu i braniu, dajesz „górką” – w relacjach, w pracy. I czujesz się wykorzystany. Albo spalasz się z powodu trzymania zbyt wysokich standardów. Chcesz być perfekcyjny we wszystkim, a jeśli nie jesteś (kto jest?!), skupiasz się na braku, niedoskonałości. Warto stworzyć własną listę takich wycieków energetycznych i zaglądać do niej od czasu do czasu. I dopisywać nowe odkrycia.

Siewcy obłędu i inni

Na czele tej listy znajdują się prawdopodobnie mechanizmy, jakie dochodzą do głosu w relacjach. Nie tylko tych najbliższych. Czasem jednak wystarczy posłuchać skarg i lamentów koleżanki z pracy czy sąsiadki i czujemy się jakby ktoś spuścił z nas powietrze. Mnóstwo energii pochłania walka. Mniejsze i większe odwety i wendety, urazy. Przekonywanie innych do swoich racji, upór, sztywność. Ale też unikanie za wszelką cenę konfliktów, ciągłe zaciskanie zębów. Bo boimy się okazać stanowczość, stanąć za sobą. Chronimy innych. Nie chcemy ich urazić albo wyjść na małostkowych, czepialskich, problematycznych. A nuż narazimy się, zostaniemy odrzuceni. Milczymy więc, zaciskamy zęby - być może uznając, że szkoda energii - a potem stwierdzamy nagle, że nas opuściła.

Nie lubię nazywać ludzi toksycznymi czy wampirami - wygląda mi to trochę na przerzucanie odpowiedzialności na innych, kiedy należałoby skupić się na trzymaniu granic. Ale nie da się ukryć: z niektórymi jest nam niewygodnie, nie po drodze. W świetnym kursie kreatywności "Droga artysty" Julia Cameron ostrzega przed siewcami obłędu. Tacy ludzie oczekują specjalnego traktowania, a jednocześnie lekceważą, obwiniają i skłócają innych, łamią umowy, rujnują plany, nienawidzą porządku i harmonogramów (poza swoimi). Niezależnie od nazwy, na pewno nietrudno ci będzie wskazać w otoczeniu osoby, przy których twoja energia (jeśli o nią nie zadbasz) kurczy się, nastrój spada. Cóż, lepiej trzymać się od nich z daleka, stworzyć przestrzeń dla tych, którzy będą cię wspierać, akceptować. Z wzajemnością.

A związki? Tu dopiero mamy pole do tego, żeby spalać się i zatracać. Zdarza się, że wchodzimy w relację wygłodzeni, spragnieni uczuć, nie pozwalamy jej rozwijać się w naturalnym tempie, dojrzewać. Ileż energii idzie w oczekiwania i spełnianie oczekiwań innych. Rezultat? W krótkim czasie jesteśmy jak zwęglony kawałek nadziei. To się nazywa "wystrzelać się", "wyprztykać". Są też relacje, które karmią się dramatami - oskarżeniami, poczuciem niepewności i zagrożenia. I te jałowe, nijakie, w których króluje nuda i rutyna. Kto wie, czy taki zastój nie zabiera więcej energii niż regularne kłótnie?

Na ratunek gburowi

Z relacjami wiąże się jeszcze jeden pożeracz energii, bardzo podstępny. Pomaganie. Nie chodzi o pomoc polegającą na tym, że ktoś zwraca się do nas z prośbą o przysługę, ale o taką, kiedy sami narzucamy się ze swoimi pomysłami innym. Mówimy im, co robią nie tak, jak mają żyć. Próbujemy ich zmienić, zbawić, uratować. To prawdziwy relacyjny demon - zwłaszcza kobiet.

Psychoterapeutka Robin Norwood napisała nawet o tym książkę "Kobiety, które kochają za bardzo". Zwykle takie kobiety (choć nie tylko ich to dotyczy!) wychowały się w dysfunkcyjnym domu, który nie zaspokajał ich emocjonalnych potrzeb. Nie zdołały zmienić nieczułych rodziców, teraz próbują tej sztuczki z innymi bliskimi osobami, zwłaszcza z partnerem. Chcą opiekować się nim, kontrolować go. Najlepiej, żeby był trudny - w przeciwnym razie co to za wyzwanie! Mniej skomplikowani kandydaci - mili, dyspozycyjni, zainteresowani - sprawiają wrażenie nudnych. "Gbur na pewno zareaguje w końcu na twą uprzejmość. Młokos wydaje ci się czarujący i bezradny. W awanturniki dostrzegasz coś romantycznego. Ponurak nęci cię jakąś tajemnicą. Mężczyzna kapryśny potrzebuje twojego zrozumienia. Mężczyzną nieszczęśliwym trzeba się koniecznie zająć. Nieudacznik aż prosi się, byś mu dodała odwagi, zaś odpychający pedant czeka przecież na czyjeś dobre i ciepłe słowo" - pisze Norwood. Sama pracowała kiedyś w agencji, na drzwiach której widniał ostrzegawczy napis: "Pomoc jest słoneczną stroną dominacji". Są ludzie, którzy bez ciągłego zaangażowania w pomoc innym czują się nieważni, niepotrzebni.

Jeśli zatem kochasz kogoś, kto wymaga twoim zdaniem "naprawy" - sprawdź, czy nie ma w tej miłości poczucia wyższości, a nawet litości. Jedno jest pewne: taka relacja wyczerpuje, przygnębia, staje się źródłem frustracji i zniechęcenia. Może być tak, że uciekasz w nią przed własnymi problemami. Kiedy odstąpisz od rozpaczliwych prób ratowania innych, uwolnisz niebagatelne zasoby energii, które czekają, żeby użyć ich na twój rozwój, choćby podniesienie poczucia wartości. Paradoksalnie, jeśli wreszcie zajmiesz się sobą, pomożesz też swojemu dorosłemu "podopiecznemu" - zwrócisz mu jego siłę.

Głos z nieba

Potężnymi pochłaniaczami naszej energii są też stłumione emocje - dopóki się nimi nie zajmiemy, nie wypuścimy ich, będziemy żyć, jakbyśmy cały czas musieli przytrzymywać jedną ręką drzwi. Również nadmierna aktywność mentalna: myślenie i analizowanie. Uporczywe planowanie szczegółów i martwienie się na zapas. Rozpamiętywanie przeszłości (zwłaszcza jeśli towarzyszą temu wyrzuty sumienia). Niekończące się dialogi wewnętrzne - rozpatrywanie za i przeciw, by nie podjąć żadnej decyzji i pozostać w stanie zawieszenia. Wreszcie - różne obsesyjne filmy, które oglądamy w głowie. Czyż to nie marnotrawstwo energii?

Kto jak kto, ale Amerykanie nie lubią jej tracić. Dlatego Amerykanka Sarah Knight opracowała program odgracania i reorganizacji mentalnej przestrzeni poprzez odpuszczenie sobie niektórych spraw. W książce "Magia olewania" pisze: "Odpuszczanie sobie tego, co nieważne, a zajmowanie się tym, co ważne, to proces ciągłego rozwoju". Oprócz tego, co nieważne, kluczowe wydaje się żegnanie tego, co nieprawdziwe. Energetycznie nie opłaca się udawać i okłamywać siebie ("Nie mogę odmówić", "Nic takiego się nie dzieje", "On jeszcze mnie polubi" "Każde rozbite szkło da się skleić").

Oszczędzanie energii polega w dużej mierz na sztuce dokonywania wyborów. A tu kluczowy jest kontakt ze sobą. Taki kontakt budujemy, kiedy regularnie sprawdzamy: co czuję, czego chcę, co jest teraz dla mnie najważniejsze, co mnie cieszy. Jest szansa, że do głosu dojdzie wtedy intuicja.

Podczas pracy nad tym tekstem otworzyłam "Przesłania Aniołów" Doreen Virtue i przeczytałam takie oto zdanie: "Jeśli zauważysz dzisiaj, że spada ci nastrój albo poziom energii, potraktuj to jako wskazówkę, że skupiasz się na czymś nie dość pozytywnym".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Energia potrzebna od zaraz - skąd ją czerpać?


Największym zjadaczem energii jest nasz umysł, który produkuje niestworzoną ilość rozmaitych myśli, tworzy w wyobraźni setki teorii spiskowych, próbuje przewidzieć przyszłość. (Fot. iStock)
Największym zjadaczem energii jest nasz umysł, który produkuje niestworzoną ilość rozmaitych myśli, tworzy w wyobraźni setki teorii spiskowych, próbuje przewidzieć przyszłość. (Fot. iStock)
Czujesz, jakby twój wewnętrzny akumulator rozładował się do zera? Kolejna kawa, energetyzujący drink albo koktajl witaminowy pomagają jedynie na chwilę? Zastanów się, co sprawia, że czujesz się jak wtyczka wyciągnięta z kontaktu, a następnie wprowadź w życie program zarządzania energią. 

Każdy z nas jest siatką misternie połączonych energii, które kształtują nasze odczuwanie, myślenie, życie – pisze Donna Eden, kinezjoterapeutka, pionierka w dziedzinie medycyny energetycznej, współautorka książki „Podręcznik energetycznego uzdrawiania”. – Kierując swoją energią, możesz optymalizować naturalne możliwości ciała, które potrafi samo siebie uzdrawiać i utrzymywać w zdrowiu. Możesz dać zmęczonemu ciału świeże siły, znużonemu umysłowi – witalność, a podupadłemu duchowi – nowy wigor. Możesz zarządzać swoją energią tak, by efektywnie radzić sobie ze stresem, zmniejszyć lęk i uwolnić się od wielu dolegliwości.

Jeden z amerykańskich psychoterapeutów, z którym miałam indywidualną sesję, powiedział, że na starcie życia wszyscy mamy jednakową szansę – każdy z nas w momencie urodzenia ma 100 proc. energii, ale sztuka polega na tym, by rozsądnie nią gospodarować. Chodzi przede wszystkim o to, by utrzymywać organizm w równowadze. Spokój, który sprawia, że nasze: głowa, dusza i ciało są w harmonii, i świadome zarządzanie energią – to wszystko, co mamy do zrobienia.

Nagłe stany zwyżki energii, a potem równie nagłego jej spadku to coś, co trwale zaburza naszą równowagę. Nie jesteś w stanie w pełni zregenerować sił, fundując sobie leniwy weekend czy dwutygodniowe wakacje po wielu miesiącach ciężkiej pracy. Nawet jeśli po urlopie będziesz czuła się wypoczęta, wskoczenie w stary rytm, poddawanie się dawnym nawykom, trwonienie energii na prawo i lewo spowodują, że twój wewnętrzny akumulator będzie coraz bardziej wyczerpany, bezpowrotnie. Bagatelizowanie sygnałów płynących z ciała, gloryfikowanie jedynie umysłu, naiwna wiara, że jesteś w stanie wypocząć na zapas albo w dwa dni zregenerować siły – to wielkie samooszustwo. O równowagę energetyczną musisz dbać każdego dnia.

Co zabiera energię?

Już Albert Einstein wykazał, że wszystko w naszym świecie materialnym, ożywione i nieożywione, zbudowane jest z energii. Energią są nasze myśli, emocje, relacje z ludźmi czy jakakolwiek aktywność. Każdego dnia, kiedy wstajesz z łóżka, rozmawiasz przez telefon czy wychodzisz na ulicę, wydatkujesz pewną ilość energii. Nie musisz wcale odcinać się od świata, zamykać w czterech ścianach, drastycznie ograniczać relacji czy zawsze aktywnie odpoczywać, by nie tracić sił. Pierwszy krok to wytropienie swoich osobistych zjadaczy energii.

Kiedy przychodzi do mnie pacjentka i kolejny raz opowiada, że cały weekend zastanawiała się, czy powinna do niego zadzwonić, czy czekać, aż on się odezwie, nie dziwię się, że ma zmęczoną twarz, migrenę albo źle spała. Największym zjadaczem energii jest bowiem nasz umysł, który produkuje niestworzoną ilość rozmaitych myśli, tworzy w wyobraźni setki teorii spiskowych, próbuje odkryć intencje innych ludzi czy w stu procentach przewidzieć sytuację, która dopiero ma się wydarzyć. Wyobrażasz sobie, jaka to strata energii, te wszystkie obsesyjne „łamigłówki”? Zamęczają nas nie same problemy, ale energia, którą zużywamy na zamartwianie się nimi oraz na stosowanie tych samych strategii, mimo że do tej pory nie przyniosły żadnych pozytywnych skutków.

Twoja pięta Achillesa

Jeśli ty również masz taki zwyczaj, by w wyobraźni godzinami planować czy przewidywać z detalami swoje życie – skończ z tym, bo marnotrawisz mnóstwo energii. Te wszystkie „myślówy”, wahania przy podejmowaniu decyzji, rozmowy z ludźmi o niczym, zajmowanie się cudzymi sprawami, kiedy nie masz na to ochoty, robienie czegoś wbrew sobie tylko dlatego, że nie masz odwagi odmówić, ploteczki, drobne kłamstewka – to najwięksi pożeracze energii. Dodatkowo każdy z nas ma swoją piętę Achillesa w tym temacie. Mnie na przykład najbardziej męczy załatwianie spraw urzędowych. Nie rozumiem języka, którym się do mnie zwracają pracownicy banków, ZUS-u i całej reszty. Dlatego, szanując swoją energię, korzystam z usług doradcy, który zna się na tym lepiej ode mnie.

Teraz ty weź kartkę papieru i wypisz wszystkie sytuacje, które najbardziej cię męczą lub stresują, które powodują, że czujesz się zniechęcona, rozdrażniona albo nie możesz zasnąć. Zastanów się, czy i w jaki sposób możesz ich uniknąć. Czasami pomaga sama świadomość, że spotkanie z teściową cię męczy, ale od czasu do czasu musisz je odbyć.

 

Oto kilka ćwiczeń, które pomogą ci w skutecznym zarządzaniu energią: 

  • Po skończonej pracy, zanim rzucisz się w wir domowych obowiązków, znajdź chwilę, by przestawić się z rytmu „praca” na rytm „dom”. Możesz pójść na krótki spacer albo posiedzieć przez 10 minut w samochodzie, by zamknąć tematy zawodowe. Podobne przerwy rób zawsze, ilekroć zmieniasz aktywność, jesteś tuż przed ważnym spotkaniem czy masz gdzieś zadzwonić.  
  • Przed snem. Wieczorem po ciężkim dniu zrób sobie kąpiel z dodatkiem soli morskiej. To cię zrelaksuje i oczyści z energii ludzi, z którymi dziś się spotkałaś.  
  • Przed kolejnym spotkaniem. Jeśli pracujesz z klientami, jak najczęściej wietrz swój gabinet i myj ręce do łokci w zimnej wodzie.  
  • Na dobre rozpoczęcie dnia. Połóż się na podłodze, ręce złącz nad głową, a nogi ułóż tak, by stykały się wewnętrznymi stronami stóp. W ten sposób stworzysz zamknięty obieg energii. Poleż spokojnie 10 minut, oddychaj zgodnie z własnym rytmem.  
  • Na złagodzenie bólu. Kiedy boli cię brzuch albo głowa, połóż się i postaraj rozluźnić ciało. Lewą rękę połóż w okolicach serca, a prawą w miejscu, które cię boli. Wyobraź sobie, że pomiędzy nimi przebiega linia. Energia serca złagodzi ból.
  • Na zmęczenie. Kiedy czujesz się zmęczona, opukuj palcami miejsce tuż za uszami tak długo, aż poczujesz przypływ energii.   
  •  Przed podjęciem decyzji. Dobrze podjęta decyzja to taka, w przypadku której istnieje zgodność pomiędzy głową, sercem i ciałem. Jeśli masz dylemat: zadzwonić do niego, czy poczekać, aż pierwszy się odezwie – połóż się wygodnie, pooddychaj spokojnie w swoim rytmie, potem wyobraź sobie, że wykręcasz jego numer. Co czujesz? Spokój, a może nerwowe pulsowanie w żołądku? Koncentruj się na doznaniach w ciele, a nie na tym, co podpowiada ci głowa. Następnie wyobraź sobie, że jednak nie dzwonisz. Czy jesteś w stanie spokojnie czekać na jego telefon, a może już w trakcie wykonywania ćwiczenia zastanawiasz się, czy on akurat nie próbuje się do ciebie dodzwonić? Rozważ, która opcja jest dla ciebie bardziej oszczędna energetycznie. 
  • By pożegnać trudną emocję. Emocje, które ,,zjadają” najwięcej energii, to lęk i złość. Jeśli się pojawią, zamiast rozprawiać się z nimi intelektualnie, postaraj się je poczuć w ciele. Gdzie i jak czujesz złość? W postaci ściskania w gardle, a może drżenia w żołądku? Koncentruj się na tym doznaniu, oddychaj spokojnie. Możesz położyć w tym miejscu prawą rękę, a lewą na sercu.   
  • By naładować akumulatory. Kiedy czujesz spadek energii, wykonaj intensywny marsz w miejscu. Unoś lewą nogę i prawą rękę, kręgosłup wyprostowany, głowa wysoko, oddychaj
  • By się ochronić. Jeśli masz zobaczyć się z kimś, kto pozbawia cię energii, tuż przed spotkaniem wyobraź sobie, że twoje ciało znajduje się w niewidzialnej bańce, która chroni twoją energię przed atakiem ,,agresora”. W trakcie rozmowy kilkakrotnie przywołuj obraz tej bańki. 

  1. Psychologia

Czy jesteśmy lubiani? - Co wpływa na dobre relacje z ludźmi?

Warto prezentować ludziom dobre, pozytywne myślenie na własny temat, nie mające nic wspólnego z zarozumiałością. (fot. iStock)
Warto prezentować ludziom dobre, pozytywne myślenie na własny temat, nie mające nic wspólnego z zarozumiałością. (fot. iStock)
Większość z nas ma potrzebę kontaktów towarzyskich, udanych relacji, dobrych związków. Nie wszystkim jednak ta sztuka jednakowo się udaje. Co sprawia, że jedni ludzie są lubiani, akceptowani i szybko adaptują się w otoczeniu, a innym przychodzi to z trudnością?

Jak budować dobre relacje? - Poniżej znajdziesz kilka zasad, które pomogą ci zrozumieć, na czym polega sztuka obcowania z ludźmi.

1. Stwórz dobry nastrój

- Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Iwonę – mówi Jacek, 34-letni barman – oczarował mnie jej uśmiech. Usiadła przy barze i zanim jeszcze złożyła zamówienie, prześlicznie się do mnie uśmiechnęła. Tak po prostu. To sprawiło, że choć obsługiwałem tego wieczora wiele pięknych kobiet, wciąż zerkałem w jej stronę i byłem gotów biec na każde jej skinienie. Iwona taka właśnie jest. Uśmiecha się do ludzi, jest bardzo lubiana, ma wielu serdecznych przyjaciół. Poznaliśmy się kilka tygodni później. Sympatyczne wrażenie, które stworzyła pozostało na zawsze.

Pamiętaj o tym, że ludzie instynktownie dostosowują się do twojego nastroju, wyrazu twarzy, który nosisz. Chmura gradowa ściąga pioruny, a piękne, pogodne niebo zachęca do okazywania sympatii. Dlatego, kiedy poznajesz ludzi, wchodzisz do pomieszczenia, w którym ktoś jest – uśmiechnij się.

2. Zamiast krytykować, mów miłe rzeczy

- Moja przyjaciółka przyprowadziła swojego nowego chłopaka, który jest projektantem – opowiada Berta, 31-letnia rehabilitantka. - Rozejrzał się po moim mieszkaniu i po chwili skrytykował wazon, który dostałam w prezencie. Może i nie był dziełem sztuki, ale poczułam się urażona i nigdy już tego faceta nie polubiłam.

No właśnie. Zawsze można znaleźć coś pozytywnego w drugiej osobie i jej otoczeniu lub też skupić się na negatywach. Nie masz obowiązku prawić pustych komplementów. Pochwała powinna być szczera i płynąć z serca. Jeśli jednak kusi cię krytyka, to wiedz, że w ten sposób tracisz punkty już na początku znajomości.

3. Dla twojego rozmówcy najważniejszy jest… on sam

- Kiedy spotkałam się z Robertem – opowiada Małgosia, 33-letnia lekarka - na początku byłam pod wrażeniem. Przystojny, wykształcony, elokwentny. Jednak szybko poczułam się przytłoczona, ponieważ Robert mówił wyłącznie o sobie. Cóż z tego, że całkiem ciekawie (o podróżach, książkach, o wyzwaniach zawodowych), kiedy miałam wrażenie, że w ogóle się mną nie interesuje. Kiedy ja coś mówiłam, nie zadawał pytań, tylko szukał pretekstu, żeby wtrącić jakąś anegdotę na swój temat. W końcu w ogóle przestałam się odzywać.

Jeśli idziesz na spotkanie z zamiarem olśnienia swojego rozmówcy i pokazania jaki/a jesteś mądry/a i obyty/a – nie sprawisz, by ta osoba cię polubiła. Zamiast mówić o sobie – pytaj i dbaj o to, by wymiana informacji między wami pozostawała w równowadze. Nie zatracaj się w tematach, które nie są interesujące dla innych.

4. Spraw, by druga osoba czuła się w twoim towarzystwie ważna

- To był pierwszy raz, kiedy Beata zaprosiła mnie na spotkanie ze swoimi przyjaciółmi – relacjonuje Bartek, 27-letni manager. - Przez cały czas miałem wrażenie, że nie zwraca na mnie uwagi. Nie jestem przeczulony i nie chodziło mi o to, aby mnie adorowała, jednak byłem jedyną osobą spoza kręgu i czułem się trochę obco. Beata mi nie pomagała. Kiedy na przykład coś opowiadałem, odwracała się do koleżanki, wymieniały po cichu jakieś opinie. Potem znowu zaczęła temat, na który nie miałem nic do powiedzenia, bo dotyczył ich dawnych wspólnych wakacji. Czułem się jak piąte koło u wozu.

Osoba, której sympatię chcesz pozyskać, nie powinna mieć wrażenia, że ją lekceważysz. Niestety, brak zainteresowania dla jej/jego wypowiedzi lub też wykluczenie z grupy poprzez temat, który jej/jego nie dotyczy, właśnie taki efekt daje.

Podobnie działa: - spóźnianie się - zapominanie imienia - przerywanie komuś lub odpowiadanie bez zastanowienia tak, jakbyś miał/a gotową odpowiedź.

5. Bądź dobrym słuchaczem - skup uwagę na swoim rozmówcy

- Randka z Piotrkiem byłaby udana, gdyby nie robił wrażenia roztargnionego – mówi Marta, 23-letnia asystentka. - Ciągle prześlizgiwał się wzrokiem po otoczeniu, bawił się łyżeczką. Miałam wrażenie, że go nudzę albo, że jego myśli zaprząta coś o wiele ważniejszego niż nasze spotkanie.

Nic tak nie deprymuje w kontakcie, jak uczucie, że on/ona w ogóle nas nie słucha. Jeśli chcesz być dobrym słuchaczem (co jest naprawdę bardzo cenną umiejętnością), pamiętaj o kilku prostych zasadach: - utrzymuj kontakt wzrokowy, nie uciekaj oczami - nie baw się niczym, a jeśli robisz to nieświadomie - pozbądź się tego - patrz w kierunku osoby mówiącej i po prostu słuchaj tego, co mówi - zadawaj pytania, aby pokazać, że interesujesz się tematem - nie przerywaj ani też nie wyskakuj z dygresjami, zanim twój rozmówca nie wyczerpie tematu.

6. Zaprezentuj się w dobrym świetle

- Przyglądałem się Renacie przez cały wieczór – mówi Jurek, 40-letni inżynier. - Wydawała się spokojna, ale nie znudzona, wesoła, ale nie hałaśliwa, pewna siebie, ale nie nadęta. Pomyślałem, że chciałbym nawiązać z nią znajomość.

Warto prezentować ludziom dobre, pozytywne myślenie na własny temat, nie mające nic wspólnego z zarozumiałością. Jeśli ktoś np. pyta cię o pracę – możesz powiedzieć, że tworzysz małą jednoosobową firmę, która nic nie znaczy w porównaniu z korporacyjnym gigantem lub też, że jesteś sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Czy czujesz różnicę?

Na duży plus działa szczerość, naturalność, zadowolenie z życia. Na minus: przepraszanie za to, że żyjesz, bufonada, nadgorliwość, obmawianie innych.

7. Używaj słowa "dziękuję", wyrażaj swoją wdzięczność

- To zabawne, ale przez cały pierwszy wieczór z spędzony Maćkiem byłam nim umiarkowanie zainteresowana – opowiada Ewa, 42-letnia kosmetolog. - Gadało się nam nieźle, było całkiem miło, jednak zachowywałam jakiś dystans. Dopiero, kiedy na koniec Maciek spojrzał mi w oczy, wziął moje ręce w swoje i powiedział: "Ewo, bardzo ci dziękuję za ten wieczór" – poruszył moje serce. Poczułam się doceniona i z chęcią umówiłam się z nim na kolejną randkę.

Wyrażając wdzięczność bądź szczery/a, ponieważ zdawkowe podziękowania z pewnością zabrzmią fałszywą nutą. Jeśli dziękujesz – nawiąż kontakt wzrokowy z osobą, której wyrażasz wdzięczność. Takie słowa mają o wiele większą moc, gdy kierujesz je wprost do serca twojego rozmówcy.

To tylko garstka porad, które pomogą wam łatwiej i efektywniej nawiązywać dobre kontakty. Mam nadzieję, że okażą się pomocne.

Zainteresowanym polecam książkę Les Giblin – Umiejętność obcowania z ludźmi.

  1. Psychologia

Jak żyć z ludźmi, ale w zgodzie ze sobą?

Jesteśmy wolni, ale też zależni od rodziny czy społeczeństwa. Przynależymy do różnych środowisk. Jednak żyjąc pośród innych, musimy też chronić siebie. (fot. iStock)
Jesteśmy wolni, ale też zależni od rodziny czy społeczeństwa. Przynależymy do różnych środowisk. Jednak żyjąc pośród innych, musimy też chronić siebie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wyjątkowi i ważni, ale nie najważniejsi. Obok nas żyją równie wyjątkowi ludzie. A wszyscy jesteśmy niczym ziarnko piasku na pustyni, kropla wody w oceanie. Jak ze sobą nawzajem współdziałać, ale i chronić swoje „ja”?

Każdy człowiek pisze swój mit, najczęściej nieświadomie. Dobrze jest go zidentyfikować i „przeczytać”. Bo wtedy możemy zastanowić się, jaką rolę w nim odgrywamy. Pierwszoplanową, drugoplanową, epizod? Konfrontacja z naszym mitem jest jednocześnie konfrontacją ze społeczeństwem.

Konstanty, 40 lat, fizyk nuklearny: – Mój życiowy mit od urodzenia pisali za mnie inni – najpierw rodzice, potem społeczeństwo. Uświadomiłem sobie to z całą jaskrawością jakieś pięć lat temu, ale dopiero teraz, w 40. urodziny, powiedziałem sobie: „Wychodzę na plan pierwszy”. Zawsze ważniejsze było to, co wypada, trzeba, niż to, co czuję i jaki jestem naprawdę. Byłem wrażliwym, zamkniętym w sobie chłopcem. Wychowywała mnie matka, kochająca, ale neurotyczna. Ojciec pojawiał się w moim życiu rzadko, zawsze po to, żeby mnie strofować za to, że jestem „babą, która wiecznie się maże”. Nie miałem ani przyjaciół, ani dziewczyny, już w szkole średniej odkryłem, że jestem gejem. Od kiedy pamiętam, uciekałem w naukę, potem w pracę. Można powiedzieć, że w życiu zawodowym płynąłem i płynę z prądem. Wszystko przychodzi mi dość łatwo, osiągam sukcesy, wspinam się po szczeblach kariery, dużo zarabiam. W życiu prywatnym natomiast do tej pory wiosłowałem pod prąd. Cały swój wysiłek kierowałem na kamuflowanie mojej prawdziwej natury. Nikt nie mógł dowiedzieć się, że jestem gejem. Nie miałem odwagi przyznać się do tego nawet przed samym sobą. Dopiero kiedy poznałem swojego obecnego partnera, szczęśliwego, wyluzowanego człowieka, który już jako nastolatek zrobił swój coming out, postanowiłem pójść w jego ślady. Pięć lat temu wyznałem prawdę rodzicom. Byli w szoku, zabronili mi pojawiać się z partnerem w ich domach. Odpowiedziałem spokojnie: „Albo przyjeżdżamy razem, albo nie pojawiam się w ogóle”. I konsekwentnie przez pięć lat ich nie odwiedzałem. W grudniu zadzwoniła mama i zaprosiła nas na Wigilię. Z ojcem nie będzie łatwo, ale trudno. Zdecydowałem się także – poprzez Facebooka – powiedzieć całemu światu, że jestem gejem. Wreszcie sam piszę swój mit.

Totalitarne ego

Wielu z nas żyje w podobnej schizofrenii. Spychamy część siebie, która płynie pod prąd, wstydzimy się jej, czasem strasznie jej nienawidzimy. A tak się żyć nie da. Ta część też musi być wyrażona, trzeba się do niej przyznać i ją przed sobą ujawnić. Na przykład to, że jest się gejem. Albo bywa zołzowata wobec partnera. Albo kłamie, żeby było prościej. A my skrzętnie to skrywamy. Amerykański psycholog Leslie Greenberg tłumaczy ten mechanizm reżimem totalitarnego ego. Polega on na tym, że tworzymy obraz siebie w taki sposób, żeby dodawać sobie pozytywnych cech, wybielać swoją  przeszłość. Tymczasem warto zadać sobie kilka pytań na własny temat: Jaka jestem „w całości”? Czy nie jest tak, że coś o sobie wiem, ale uważam to za wstydliwe i nie chcę tego pamiętać, a inne sprawy, cechy, które nie są stuprocentowo prawdziwe, eksponuję, wypaczając prawdę o sobie samej?

Znakomity amerykański psycholog międzykulturowy Harry Triandis uważa, że tak naprawdę żyjemy w miksie trzech „ja”: prywatnego (jak widzę siebie i siebie rozumiem), publicznego (jak widzą mnie inni i jak mnie oceniają, jakim cieszę się prestiżem i jaką odgrywam rolę społeczną) oraz kolektywnego (do jakich grup przynależę i jakie łączą mnie współzależności). Na jednego człowieka napiera tyle sił! Z jednej strony siła „ja” prywatnego, która robi wszystko, żeby być super wobec siebie, bo reżim totalitarnego ego podpowiada: „O tym nie mów, a to powiedz, to umniejszaj, a to podkoloruj”. Z drugiej strony – publiczne „ja” popycha do zakładania masek, przybierania ról. No i „ja” kolektywne chcące zadowolić grupę (rodzinę), do której przynależymy, co czasem może kłócić się z „ja” prywatnym. Efekt? Jesteśmy non stop w totalnym konflikcie. Jakby tego było mało – do głosu dochodzi globalizacja, czyli aspekty polityczne, społeczne i kulturowe, które sprawiają, że do końca nie wiemy, co jest nasze, a co nie. Nasi rodzice i dziadkowie nie mieli tego problemu, pole wyboru ich własnego „ja” było zawężone – syn szewca na ogół zostawał szewcem, mało kto decydował się na radykalne zmiany miejsca zamieszkania. Naszym przodkom żyło się więc pod tym względem prościej. Natomiast współcześni młodzi ludzie mają tak szerokie spektrum perspektyw, tak wielkie możliwości wyboru, kim być, gdzie mieszkać, że dowolnie mogą kształtować swoją tożsamość.

Połączyć się ze sobą

Dzisiaj wszystko jest niejednoznaczne, nieoczywiste, niekonkretne, zmienne. Także perspektywy budowania własnego „ja”. Bo do głosu dochodzą także „ja” idealne i powinnościowe, które to budowanie „ja” realnego komplikują. A przecież wielki wpływ wywierają na nas także rodzice, dziadkowie. Jak rozpoznać, co jest moje, prawdziwe, a co nie?

Warto uświadomić sobie koszty, jakie ponosimy, gdy któreś „ja” całkowicie nas zdominuje. Olga, lat 42, dziennikarka, właśnie wniosła sprawę o rozwód. Przez 22 lata małżeństwa łudziła się, że jej mąż (znany polityk) przestanie romansować. Tak jej zresztą obiecywał zawsze, ilekroć wyszło szydło z worka. Kiedy życzliwi ludzie donieśli jej o ostatnim romansie męża, trafiła do szpitala z niedowładem nóg. Dopiero gdy ciało odmówiło posłuszeństwa, odważyła się na rozwód. Wcześniej słuchała „ja” publicznego – pilnującego wizerunku znanej rodziny – za co płaci dzisiaj dotkliwe koszty.

Justyna, lat 32, nauczycielka, poddała się z kolei „ja” kolektywnemu. Skutek? Jej ciało też powiedziało „nie”. – Do niedawna żyłam pod dyktando rodziców. Gdy zdałam maturę, tata sędzia nakazał mi studiować prawo, a mama  lekarz – medycynę, choć marzyłam od dziecka, żeby uczyć polskiego. Sprzeciwienie się rodzicom było nie do pomyślenia! Dlatego studiowałam dwa wybrane przez rodziców kierunki, co było tak obciążające, że nieustannie chorowałam. Skończyłam studia, wiedząc, że na dłuższą metę nie wytrwam w żadnym z tych zawodów. Pracowałam przez rok jako lekarka, a jednocześnie, w tajemnicy przed rodzicami, zaczęłam studia polonistyczne. Wszystko to okupiłam ciężką chorobą. Właśnie przeszłam operację guza tarczycy, czeka mnie chemioterapia. Od roku pracuję w wymarzonym zawodzie, ponieważ udało mi się – w wyniku terapii – rozpocząć dialog z „ja” kolektywnym, skonfrontować się z rodzicami, którzy w końcu zaakceptowali moje wybory. Teraz wiem, że mogłam postawić się im dużo wcześniej. Bałam się jednak walczyć o swoje. I to był straszny błąd.

Psychologowie mówią, żeby nie bać się konfliktów, ponieważ konflikty prowadzą do kryzysów, a te z kolei są drogą do rozwoju. Lawrence A. Pervin, autor „Psychologii osobowości”, uważa, że człowiek ma poczucie własnej jedności (jest w tzw. stanie unity). To znaczy, że potrafi łączyć się ze sobą, podtrzymywać ciągłość siebie w czasie i przestrzeni. Pomimo zmiany ról, rangi, warunków życiowych człowiek wie, kiedy jest sobą, a kiedy nie, choć ta wiedza może się różnie przejawiać.

Na skrzyżowaniu dróg

Erich Fromm nazwał nasze wybory ucieczką od i do wolności. W pierwszym przypadku podporządkowujemy się zbiorowości, szukając złudnej więzi. W drugim – kierujemy się pragnieniem realizacji swojej osobowości, którą Fromm  nazywa samorealizacją. Obie te drogi są mocno przez nas idealizowane. Bo to nie jest tak, że można osiągnąć szczęście, podporządkowując się społecznym wymogom albo zupełnie się od nich odwracając.

Dobrze być świadomym, że równie mocno naciskają na nas dwie siły – wewnętrzna potrzeba samorozwoju i zewnętrzna społeczna i kulturowa presja. Nigdy nie jesteśmy bowiem w stanie „czystym”. Zawsze pozostajemy na skrzyżowaniu dróg – pomiędzy wolnością a podporządkowaniem. Zarówno w pracy zawodowej, jak i w życiu prywatnym. Robić karierę w korporacji czy ryzykować własny biznes? Poświęcać czas partnerowi czy zapisać się na kolejne warsztaty? Dążyć do założonego celu, realizować swoje ambicje czy dbać o rodzinę? Ponieważ jedno uniemożliwia drugie, stoimy w rozkroku.

Psychologia zorientowana na proces zakłada, że wszystko, co nam się wydarza, jest pewną opowieścią, historią, mitem, przez który nasze życie chce się wyrazić. I nie zawsze tym, kto przeze mnie dobija się do głosu, jestem ja.

Dlatego dobrze spojrzeć na swoje życie jak na opowieść. I zapytać siebie: Co jest tą siłą, która się przeze mnie wyraża? Co się w mojej historii powtarza, jakie wydarzenia, wartości? Czemu służę? Miłości, potrzebie zadowalania innych, ambicjom, zazdrości?

Bo może być tak, że żyjemy jakby porwani przez wydarzenia, przez ludzi, że jesteśmy ich zakładnikami, bezwolnie egzystując. Uświadomienie sobie tego faktu jest ważne, ponieważ niejako wymusza ustosunkowanie się wobec niego. I wtedy możemy albo zamknąć ten rozdział, albo w nim trwać, wyciągając z niego jakąś lekcję. Iść pod prąd albo z prądem. Uciekać od wolności albo do wolności. Ważne, żeby ten wybór był świadomy. Bo kiedy jestem świadomy tego, co się ze mną dzieję, CZUJĘ, ŻE ŻYJĘ.

Joanna, lat 48, lekarka, matka trójki dorosłych dzieci, ma w sobie coś magnetyzującego. Wszędzie, gdzie się pojawi, skupia uwagę innych. Przychodzi na przyjęcie, siada z boku i za chwilę otacza ją wianuszek ludzi. Nic nie robi, żeby być w centrum, a w przedziwny sposób w nim jest. Pacjenci ją uwielbiają, współpracownicy cenią, znajomi podziwiają. Przyjaciółka Barbara tak tłumaczy fenomen Joanny: „Ona nikogo nigdy nie udaje. Prawdziwa do bólu, nawet jak jej z tą prawdą nie do twarzy. Nie napina się, nie napiera, po prostu jest. Niepokorna i – o paradoksie – właśnie dlatego wszędzie wszyscy ją kupują, wcale nie musi się do nikogo dostosowywać. Absolutnie niezależna, ale jednocześnie mocno związana z rodziną, przyjaciółmi, pacjentami. Nie widziałam jej nigdy skupionej na swoich sprawach – ciągle zajmuje się chorymi, rodziną, znajomymi. A oni odpłacają jej to z nawiązką”.

Joanna przypomina mędrca z przypowieści mistrza tao Lao-tse, który – jak go opisuje w książce „Odmień swój umysł. Odmień swoje życie” Wayne W. Dyer – „innych stawia na pierwszym miejscu, o nic nie prosi w zamian i całym sercem służy. W ten sposób wyraża swoim życiem odwieczny paradoks tao – dając nieproszony, otrzymuje wszystko, czego mógłby pragnąć i potrzebować”.

Od relacji tego, co prywatne, z tym, co społeczne, zależy nie tylko nasze życie, ale i też życie innych. Rozbuchane ego może nieść ludziom cierpienie, natomiast nadmierny respekt dla tego, co społeczne – ograniczać nasz rozwój. Cały sekret tkwi w tym, jak zachować właściwe proporcje.

Konsultacja psychologiczna: Monika Myszka  

  1. Zdrowie

Kinezjologia - leczenie bez leków

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Leczenie bez skutków ubocznych, bez leków? Warto szukać takiej metody. Lekarz medycyny, pediatra i specjalista rehabilitacji medycznej, dr Dorota Kalwajt, poszukiwała metody, która sprostałaby tej idei. Warta poznania okazała się kinezjologia - stworzona przez amerykańskich lekarzy fizjoterapeutów, dr Thie i dr Goodheartha, na początku XX w. Lekarze ci w trakcie swojej praktyki medycznej odkryli, że dobry stan mięśni - czyli ich odpowiednie napięcie - to nie tylko dowód, ale i warunek zdrowia. Kolejnym krokiem było dostrzeżenie połączeń między konkretnymi mięśniami, a określonymi narządami: sercem, wątrobą itp. A także tego, że oddziałując terapeutycznie na mięśnie możemy poprawić funkcjonowanie tych organów.

Leczenie bez skutków ubocznych? Bez leków? Warto szukać takiej metody. Lekarka medycyny, pediatra i specjalistka rehabilitacji medycznej, dr Dorota Kalwajt, poszukiwała metody, która sprostałaby tej idei.

Warta poznania okazała się kinezjologia - stworzona przez amerykańskich lekarzy fizjoterapeutów, dr Thie i dr Goodheartha, na początku XX w. Lekarze ci w trakcie swojej praktyki medycznej odkryli, że dobry stan mięśni - czyli ich odpowiednie napięcie - to nie tylko dowód, ale i warunek zdrowia. Kolejnym krokiem było dostrzeżenie połączeń między konkretnymi mięśniami, a określonymi narządami: sercem, wątrobą itp. A także tego, że oddziałując terapeutycznie na mięśnie możemy poprawić funkcjonowanie tych organów. Twórcy kinezjologii połączyli następnie zachodnią medycynę (anatomię, fizjologię, punkty neurolimfatyczne z naczyniowymi) z medycyną chińską (przepływ energii życiowej chi, meridiany, oddziaływania punktów akupunkturowych). Udowodnili, że oddziałując pozytywnie na stan energetyczny mięśni, a poprzez nie na pracę organów wewnętrznych, wpływamy na emocje i na duchowość.

Niemożliwe? A jednak: stres, lęk, zmęczenie - zmieniają naszą sylwetkę, bo powodują napięcie lub osłabienie mięśni. To widać. Gdy nagle otrzymujesz złą wiadomość – czujesz jak nogi się pod tobą uginają. Wspaniałą wiadomość – skaczesz  z radości. Czujesz skrzydła u ramion. Kinezjologia pokazuje jak poznać i wykorzystać dla naszego zdrowia połączenie myśli, emocji, ciała z otaczającym nas światem. Zmiany w mięśniach spowodowane stresem widać, ale są też inne, te niewidoczne, związane z zablokowaniem przepływu krwi, limfy, energii życiowej. Przywrócić prawidłowa sylwetkę, to też przywrócić prawidłowe krążenie oraz przepływ limfy i chi. A więc także poprawić nastrój, wzmocnić siły i chęć życia.

- Co mnie w tej metodzie zainteresowało? – mówi dr Dorota Kalwajt. – Test mięśniowy, chciałam się go nauczyć, gdyż widziałam, jak niemieccy lekarze dzięki niemu nie tylko zdiagnozowali chorobę i jej przyczyny, ale też sprawdzali, który z możliwych, czasem koniecznych, leków będzie dla tego chorego najodpowiedniejszy? A to istotny element pracy lekarza, gdyż każdy organizm jest inny, choćby z powodu nietolerancji pokarmowych itp.

Odblokuj punkty energetyczne

Codziennie rano, zanim jeszcze wstaniesz, możesz wykonać masaż punktów na twarzy i ciele oraz parę ruchów gałkami ocznymi, by poczuć przypływ energii życiowej. Łatwiej ci będzie wstać, a wówczas warto jeszcze postymulować punkty nazywane neurolimfatycznymi. To wystarczy, by energia, dobrze znana medycynie chińskiej, oraz krew i limfa zaczęły lepiej krążyć, a więc by ci nie zabrakło sił przez cały dzień.

Jeśli nauczymy się znajdować i pobudzać te miejsca, gdzie nasza energia na skutek stresu została zablokowana, co odczuwamy jako brak sił czy możliwości skupienia się przy pracy, a nawet jako ból, będziemy mogli sami sobie pomóc. Sens kinezjologii opiera się na tym, że zablokowanie energii w jakimś miejscu, zazwyczaj związane z długotrwałym stresem, staje się powodem choroby. Zazwyczaj wszystko zaczyna się od zaburzeń pracy żołądka.

Kinezjologia, czyli ratunek dla żołądka

Jeśli żołądek boli i nie pracuje tak jak trzeba, to dokładanie mu chemicznych substancji, jakimi są leki, nie zawsze pomoże. Może nawet zaszkodzić, bo to co dzieje się z przewodem pokarmowym ma zazwyczaj źródło w emocjach – przecież obok żołądka mamy splot słoneczny, czyli ich siedlisko. Jeśli więc nie chcemy, żeby brzuch nas bolał, potrzebujemy metody, która pomoże nam pokonać stres, a więc ukoi emocje.

Jakie to są emocje? Możemy poznać je dzięki badaniu mięśni, gdyż w nich są one zapisane. Tam też możemy je „rozładować”, a dzięki temu wzmocnić organizm. Jeśli mamy problemy żołądkowe – jest to często efekt wyłączenia pracy całego systemu trawiennego. A to bywa efektem stresu, bo po co organizm ma tracić siły na trawienie, kiedy jest zagrożone jego istnienie? To mechanizm pierwotny – kształtował się, gdy stres był sygnałem realnego zagrożenia, bo oto na naszej ścieżce pojawił się tygrys. A więc cała energia kierowana jest do mięśni, by przed nim uciec, albo go pokonać. Problem polega na tym, że ten mechanizm działa nadal, choć stres ma inne źródło. Niestety, stał się też permanentny co niszczy pracę układu pokarmowego. Popatrz na swój dzień: stres za stresem. Nie masz chwili wypoczynku, czyli też czasu, by móc strawić pokarm.

Potrzebne ci sposoby, który pomogą ograniczyć niszczące skutki stresu na dany organ, sposoby, które naturalnie wzmocnią twój organizm, czyli poprawią przepływ krwi i odblokują przepływ limfy oraz energii. Dzięki medycynie chińskiej (teoria meridianów, czyli kanałów którymi płynie energia życiowa) i fizjoterapii zachodniej (połączenia między mięśniami a organami wewnętrznymi) wiemy, że  w tym celu warto wzmacniać i stymulować mięśnie.

  1. Psychologia

Czy każdy może być kim chce? Czy każdy może osiągnąć sukces?

Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Na czym tak naprawdę polega sukces? Czy możemy go osiągnąć jeśli nie znamy siebie? - Każdy z nas ma różne cele i potrzeby. Jednak często to inni wmawiają nam, czego mamy chcieć. (fot. iStock)
Każdy może odnieść sukces, zrobić karierę, być znany. Reklamy, filmy, życiorysy celebrytów z „Pudelka” wmawiają nam, że możemy wszystko, że każdy może być gwiazdą. Poradniki i samozwańczy guru sprzedają recepty, jak to zrobić. Medycyna daje jeszcze więcej – możliwość zmiany płci i zachowania pięknego ciała. A więc czy to na pewno mit, że możemy być, kim chcemy? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dużo jest kursów, które obiecują każdemu możliwość stania się milionerem, liderem, miss, celebrytą... Czy to prawda, że każdy może zostać człowiekiem sukcesu?
Teoretycznie tak. W każdym razie bezpieczniej i sprawiedliwiej jest tak powiedzieć. Tylko wtedy możemy mieć pewność, że nikogo nie dyskryminujemy. Jeśli powiedzielibyśmy, że nie każdy może odnieść sukces, to trzeba by wówczas stworzyć jasne kryteria: kto może, a kto nie może. Należałoby jednak mówić o tym inaczej, tak jak buddyjski mistrz, który zapytany o to, czy zen jest dla każdego, odpowiedział: „Zen jest dla wszystkich, ale nie dla każdego”. W tym samym duchu opowiada się żołnierzom, że każdy z nich niesie w plecaku buławę marszałkowską, ale to nie znaczy, że każdy zostanie marszałkiem. Dzięki temu w wojsku nie mamy samych marszałków. Tak więc teoretycznie każdy z nas może odnieść sukces, ale nie sposób przewidzieć, którego z nas udziałem się on stanie. A skoro tak, to nie powinniśmy nikomu odbierać nadziei ani motywacji. Dlatego mądrzej jest powiedzieć, że wszyscy mogą, ale nie wszyscy go odniosą.

Czyli jednak sukces nie jest dla wszystkich?
Znów odpowiem tym samym porównaniem, zen jest dla wszystkich, ale nie wszyscy wybiorą zen. Jedni o zen nigdy nie słyszeli. Drudzy słyszeli, ale nie przychodzi im do głowy, że to mogłoby być dla nich. Mogą być i tacy, którzy spróbują i uznają, że to za trudna droga. Każdy ma ograniczenia i preferencje, które mu to mogą uniemożliwić. Podobnie jest z sukcesem i zostaniem marszałkiem w armii.  Ale zasadniczo ważniejsze od kwestii, czy każdy może odnieść sukces, jest pytanie: „co jest dla mnie sukcesem?”. Przysłano mi ostatnio pouczającą wiadomość. Ktoś zadał sobie trud, aby prześledzić życiorysy kilku nieżyjących już ludzi, którzy odnieśli spektakularne sukcesy. Znaleźli się między nimi wielcy wynalazcy, przywódcy, finansiści. Okazało się, że wszyscy źle skończyli. Jeden odebrał sobie życie, inny zmarł w ubóstwie, jeszcze inny zwariował, ktoś został zamordowany itd. Natomiast prawie nikomu nieznany wielbiciel jazdy na motocyklach umarł w dostatku i spokoju, po szczęśliwym i długim życiu. Nie chodzi oczywiście o to, abyśmy wszyscy dali sobie spokój z sukcesem i beztrosko włóczyli się po świecie na motorach, ale o to, by zrozumieć, czego każdy z nas naprawdę pragnie. Bo czy nie jest największym sukcesem umrzeć z poczuciem, że przeżyliśmy pożyteczne, satysfakcjonujące życie? Czyż nie jest najważniejsze to, jak kończymy, a nie jak zaczęliśmy? Jeśli treścią tak przeżytego życia jest jazda na motorze, to niech będzie, ale może to być jeszcze tysiąc innych rzeczy.

Jednak mass media karmią nas od małego jedną wizją sukcesu.  Pewnie dlatego do tej pory jazda na motorze nie przyszła mi do głowy.
Nader często decydując się na wypełnienie naszego życia określoną treścią, ulegamy manipulacji mediów i mitom konsumeryzmu. Dlatego to takie ważne, by zmienić w ludzkich głowach rozumienie słowa „sukces”.  Prawdziwy sukces to nie posiadanie, lecz bycie – dobrze przeżyte życie. Możemy go osiągnąć tylko wtedy, gdy nie zapomnimy o ważnych życiowych potrzebach. Życie jest jak tort składający się z kilku różnych, ale głęboko ze sobą powiązanych kawałków. Każdy kawałek to obszar, który trzeba zagospodarować, np.: zdrowie, ruch, praca, relacje z ludźmi, rodzina, seks, edukacja, kultura, pasja, zabawa, relaks, pieniądze. Poczucie życiowego sukcesu odczuwamy wtedy, gdy uporządkujemy sobie te obszary życia we właściwej dla nas kolejności i zadbamy o przyzwoity poziom satysfakcji przynajmniej w tych najważniejszych. Widać gołym okiem, że praca i pieniądze to może być dużo za mało, aby uznać nasze życie za spełnione.

Rozumiem, że to możliwe, jeśli uznamy, że jedni są zadowoleni, gdy mają tort od Magdy Gessler, a drudzy od babci Józi. Są tacy, którzy chcą tylko jeden, ale za to olbrzymi jego kawałek. Ten o smaku kariery, sławy, kasy. Nie myślą o szczęściu rozumianym jako równowaga, harmonia czy bliskie relacje z ludźmi.
Właśnie. Ważna jest równowaga, harmonia. I jeszcze coś: wierność osobistym korzeniom, swojemu społecznemu i kulturowemu dziedzictwu. W przeciwnym razie, gdy idąc za wzorami lansowanymi w mediach, zbudujemy sobie wymyślone życie i wymyślonych siebie, to zabrniemy w narcystyczną pozę i będziemy bardzo nieszczęśliwi, żyjąc w lęku, że się wyda, że kogoś udajemy, że ktoś nas pokochał tylko dlatego, że nas nie zna itd. Nie dość powtarzać, że bez poznania siebie i swoich prawdziwych potrzeb – czyli życia w zgodzie ze sobą – nie mamy co marzyć o szczęściu.

Mój przyjaciel przez całe życie uciekał przed wspomnieniem o śmierci kuzyna alkoholika. Ale niedawno zdał sobie sprawę, że dzięki niemu sam ustrzegł się przed nałogiem. Uznał więc, że to najważniejsze jego doświadczenie.
Inny przykład: wyjeżdżamy ze swojego miasteczka, gdzie wszyscy nas znali i wiedzieli, że pochodzimy np. z rodziny doświadczonej alkoholizmem. W dużym mieście budujemy swoją nową tożsamość, ale im lepiej nam to idzie, tym bardziej boimy się, że uprawiamy zagrożoną kompromitacją mistyfikację. Wtedy jest czas, by uznać i docenić  okoliczności, które uformowały nasze charaktery, rozpoznać w nich impuls, który pozwolił nam wykształcić nasze unikalne właściwości, umiejętności i wiedzę. Odkryjemy wtedy, że nasza ukrywana biografia w istocie jest źródłem siły i poczucia wartości. Dzięki temu dołączymy do licznej grupy wybitnych ludzi, których życiorysy uznawane były przez ogół im współczesnych za zawstydzające.

Czyli możemy być tym, kim chcemy, ale nie zawsze warto?
To, kim chcemy i możemy się stać w dorosłym życiu, jest w znacznym stopniu zdeterminowane tym, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie. Dzieje się to na dwa sposoby: przez powielanie/odwzorowanie lub przez bunt, odcięcie się i nadkompensację. W pierwszym wypadku ślepo naśladujemy to, co w zachowaniu ważnych osób z naszego otoczenia w dzieciństwie było najbardziej powierzchowne, neurotyczne, niemądre i nawykowe, np.: „Ojciec pił i bił, to i ja piję i biję”. W drugim wypadku odcinamy się od wszystkiego, co było naszym udziałem w trudnym dzieciństwie, i postanawiamy zbudować się od nowa na zasadzie przeciwieństwa, czyli: „nie wezmę do ust kropli alkoholu i nigdy na nikogo nie podniosę ręki ani głosu”. Z pozoru wygląda to dobrze, ale niestety w praktyce zatruwamy sobie i innym życie obsesyjną i mentorską postawą albo nie jesteśmy w stanie obronić siebie ani innych. W obu wypadkach rozstajemy się z prawdziwym sobą. Jedynym wyjściem z tego impasu jest poznanie siebie, swoich prawdziwych potrzeb, skłonności, zdolności i talentów.

A gdy siebie nie znamy, nie wiemy, kim jesteśmy?
To trzeba coś zrobić, żeby siebie poznać, nie negując swojej biografii ani korzeni. To nie jest proste. Bo jeśli wychowywaliśmy się w biedzie, to wydaje nam się często, że naszą naturalną, prawdziwą potrzebą jest stać się bogatym. Jednak z reguły jest to pozorna potrzeba. Aby uniknąć czyhających na nas manowców, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: „Co jest prawdziwym bogactwem dla mojego serca, dla mojej istoty, a nie dla portfela?”. Nie wszystkich nas uszczęśliwi praca w korporacji, ktoś o łagodnym, refleksyjnym usposobieniu nie poczuje się dobrze w roli menedżera. Podobnie nie wszystkich z nas uszczęśliwi praca w wiejskim gospodarstwie.

Nawet jeśli pójdzie się na odpowiedni kurs albo poczyta odpowiednie poradniki?
Nawet wtedy. Na ogół mamy trafne przeczucia na temat naszych predyspozycji i talentów. Pod warunkiem że nastawiamy się na to, co upragnione, a nie na to, co niezgodne z naszym powołaniem i sumieniem, powodowane chciwością, agresją, chęcią odegrania się, zaimponowania. Bo to się zazwyczaj kończy bardzo nieprzyjemnie – depresją, załamaniem nerwowym, wypaleniem albo jakąś psychosomatyczną, autoagresywną chorobą. Dopiero wtedy przychodzi opamiętanie.

Ale zanim to nastąpi, żyjemy tak, jakbyśmy nie mieli litości ani dla siebie, ani dla innych. Jesteśmy bezwzględni wobec pracowników, wobec rodziny. No bo tacy jesteśmy wobec siebie.
Przeistaczając się we własny projekt, całkowicie oderwany od naszego dziedzictwa, tak naprawdę odrywamy się od swojego serca i duszy. Stajemy się aktorami, którzy zapomnieli, że odgrywają rolę, i utożsamiamy się w pełni z graną postacią. Dobry aktor nie zapomina, kim jest naprawdę. Będąc dobrym człowiekiem, może zagrać tyrana tak znakomicie, że wstrząśnie publicznością. Lecz gdy wróci do domu, będzie znowu sobą – czułym ojcem i mężem. Ci z nas, którzy bez reszty angażują się w swój narcystyczny projekt, w swoją wymyśloną rolę, grają ją bez przerwy i w pracy, i w domu, zapominają, kim są. A jeśli jednym z atrybutów odgrywanej postaci jest np. bezwzględność i agresja albo głupota, to staną się bezwzględni, agresywni i głupi.

Jak można się wyzbyć swojego człowieczeństwa? Przecież litość, współczucie to jego podstawa.
Problem w tym, że w porównaniu z dramatycznie trudnym dzieciństwem przebranie się za kogoś innego niesie przez jakiś czas ulgę i zapomnienie. Lecz prędzej czy później okazuje się, że lekarstwo jest gorsze od choroby, bo koszty odcięcia się od korzeni bywają bardzo poważne.

Może sukces konsumpcyjny nie jest dla każdego, ale nadal uważam, że możemy być, kim chcemy.
Na przykład kim?

Mogę nawet zostać mężczyzną, coś sobie obciąć, coś doszyć... Dla wielu ludzi tragedią jest nie czuć się sobą w swojej skórze. Ale pamiętam przejmującą scenę z filmu „Trans-akcja” (reż. Sławomir Grunberg), kiedy młody mężczyzna zastanawia się, czy nie będzie bardziej sobą jako kobieta. Mówi to tak, jakby chodziło o zmianę koloru włosów.
Hasło „mogę być, kim chcę” otwiera odwieczną dyskusję o wolnej woli. Na ile nasz los jest zdeterminowany niewyobrażalnie ogromną ilością czynników, z których tylko niewielkiej części zdajemy sobie sprawę. Czy nasze decyzje, które określamy jako akty wolnej woli, naprawdę takimi są? Może są wyborami całkowicie zdeterminowanymi, a my tylko ulegamy złudzeniu, że dokonaliśmy wolnego wyboru? Czy np. kobiety, które zdecydowały, że zostaną mężczyznami, mogłyby postąpić inaczej? Czy robią to, co chcą, czy – nie wiedząc o tym – nie mają wyboru?

Jak to sprawdzić, kim chcę być, a kim muszę? I co jest ważniejsze: chęć czy konieczność? Czym się kierować?
Nie da się tego sprawdzić. Nigdy nie będziemy wiedzieć, co by było, gdybyśmy postąpili inaczej, niż postąpiliśmy. Dlatego lepiej uważać z wiarą w hasło „mogę, być, kim chcę”, bo to może być groźna mieszanka pychy i omnipotencji. Każdy z nas ogarnia świadomością tylko niewielki zakres strumienia zdarzeń, którego jest częścią i który nazywa swoim losem. Chociaż ogromne możliwości wyboru, jakie dziś są do naszej dyspozycji, i sprytny marketing tworzą złudzenie, że możemy być, kim chcemy, to w istocie możemy być tylko tym, co pozostaje w zgodzie z treścią i dynamiką naszej biologii, psychiki i naszego ducha.

Łatwo się pogubić. Tym bardziej że wszyscy nam mówią, jacy mamy chcieć być: bogaci, szczupli, znani.
Jeśli wiemy, czego potrzebujemy, to szybko uwalniamy się od tego, co niepotrzebne, i zmierzamy prostą drogą do właściwej odpowiedzi. Wtedy naśladowanie innych przestaje być naszą podstawową strategią na życie.

Może więc pojawi się pokolenie, które nie straci kontaktu ze sobą. Nadal jednak, z tego co widać, dzieci mają talenty, chcą czegoś, ale rodzice narzucają im kierunki rozwoju.
Jeśli rodzice wpisują w swoją wizję sukcesu to, że ich dzieci będą realizować ich scenariusz i ich wartości, to one mają małe szanse na samorealizację. Jeśli koncepcja rodziców rozmija się z ich talentami i oczekiwaniami, to będą nieszczęśliwe, dopóki się nie zbuntują i nie zaczną realizować tego, co dla nich ważne. Prawdziwy rodzicielski – i każdy inny – sukces życiowy powinien zależeć od innych w jak najmniejszym stopniu. Rodziców najbardziej powinno uszczęśliwiać, gdy dzieci zrealizują własny projekt na szczęśliwe życie.