1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy masz szansę stworzyć długotrwały związek?

Czy masz szansę stworzyć długotrwały związek?

Dbanie o relację to klucz do długotrwałej relacji. (Fot. iStock)
Dbanie o relację to klucz do długotrwałej relacji. (Fot. iStock)
Dobry, długotrwały związek zależy od poczucia własnej wartości. Ci, którzy doceniają siebie, doceniają też partnera.

Wystarczy rozejrzeć się po znajomych - coraz mniej wokół nas par z długim stażem, zwłaszcza tych ze średniego i młodego pokolenia. Czy taki model związku jest jeszcze dla ludzi atrakcyjny? Czy w ogóle możliwy?

Tekst pochodzi w archiwalnego numeru "Zwierciadła"

Blanka Nowak (rocznik ’71), drugi mąż, dwoje dzieci (z pierwszego związku): – Byłam ostatnio na zjeździe klasowym z okazji 25-lecia matury. Zjechało się trzy czwarte klasy, także ci, którzy wyemigrowali do Anglii, Irlandii i Stanów Zjednoczonych. Większość ludzi ciężko haruje, ale żyje na przyzwoitym poziomie, wszyscy mają samochody, mieszkania na kredyt, ale tylko cztery osoby na 20 pozostają w tych samych związkach. To było dla mnie dołujące odkrycie. Moim rodzicom i ich znajomym udało się przetrwać mimo niewątpliwie trudniejszych czasów, a nam to nie wychodzi. Coś z nami jest nie tak? Wszystko dlatego, że łatwiej nam się rozstawać? Że mamy za dużo pokus?

Drążę u źródła, czyli u psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego od lat zajmującego się terapią par.

– To mit, że winne są pokusy. One były zawsze, bo zawsze istnieli atrakcyjni mężczyźni, atrakcyjne kobiety, miejsca i sytuacje sprzyjające korzystaniu z tych pokus. Natomiast to, co się zmieniło, to fakt, że różnego rodzaju normy, zasady i nawet kulturowe przekazy straciły bardzo na swoim znaczeniu, że osłabła ich siła.

Kiedyś te wszystkie nakazy – że należy być ze sobą dla dobra dzieci, z powodów religijnych, bo tak wypada, bo co powiedzą sąsiedzi – były bardzo silne. To, oczywiście, powodowało, że funkcjonowało dużo związków fasadowych, ludzie tkwili w pustych, martwych relacjach, ale realizowali narzucone im zewnętrzne zasady i udawali przed światem, że dalej są razem. Dzisiaj zdecydowanie dużo prościej wyjść z relacji. Nie zgodziłbym się jednak z twierdzeniem, że ludzie łatwo się rozstają, gdy poluzowują się zewnętrzne normy. Otóż to nieprawda, to kolejny mit. Oprócz związków powstałych w wyniku chwilowego uniesienia, które się potem rozpadają, istnieją też takie, w których partnerzy są naprawdę dla siebie nawzajem atrakcyjni przez długi czas, nawet do śmierci. Bez względu na obowiązujące normy. I takich par obecnie też jest dużo.

Psychoterapeuta wyjaśnia ich fenomen: – Otóż ci partnerzy zachowują się stabilnie i przewidywalnie nie pod wpływem jakiegoś zewnętrznego bodźca, ale dlatego, że znaleźli w sobie motywację do budowania trwałej relacji. Każdy związek zaczyna się mniej więcej podobnie – na początku partnerzy są sobie nawzajem do czegoś potrzebni – podnoszą sobie wzajemnie samoocenę, nobilitują się, sprawiają, że czują się nawzajem atrakcyjni, wspaniali. Potem – już nie dla wszystkich – liczy się nie to, co partner daje, ale kim jest, jego indywidualność, to, że nie ma drugiego takiego człowieka na świecie.

Na styku biologii i kultury

Andrzej Wiśniewski przyjmuje co tydzień kilkanaście nowych par, które przychodzą nie dlatego, żeby się rozstać, ale po ratunek dla związku. I nie jest im łatwo postanowić o rozwodzie, nawet jeśli są w dużym kryzysie. Większość z nich ma za sobą udany okres wspólnego życia: ładne narzeczeństwo, pierwsze lata romantycznej miłości, narodziny dzieci. Wcześniej czy później przychodzą jednak trudne sytuacje życiowe, pojawiają się kryzysy związane z wychowaniem dzieci, ludzie polaryzują swoje zdania wobec wspólnych doświadczeń. Pojawia się, oczywiście, pokusa, żeby się rozstać, można to zrobić jednym ruchem, bo nie ma przecież specjalnych nacisków, by trwać razem. Ludzie jednak próbują walczyć o związek.

– O czym to świadczy? O tym, że obydwie strony potrafią zobaczyć swojego partnera nie tylko jako towarzysza do zabawy czy do atrakcyjnego wyjazdu, ale także do głębszej relacji – przekonuje psychoterapeuta. – Kiedy stawiają na szali jego wady, przewinienia, a z drugiej to, co dobrego między nimi się wydarzyło, czyli że zostali przez siebie nawzajem zaakceptowani, przyjęci, pokochani – okazuje się, że szkoda im to wszystko stracić.

Kolejny mit: to biologia pcha mężczyzn do licznych związków, a wszystko w celu przedłużenia gatunku. Robin Baker, autor kontrowersyjnej książki „Wojny plemników”, forsuje tezę, że związkami ludzi rządzi silny biologiczny imperatyw do przekazania swoich genów. Pisze: „Przyszłe pokolenia zostaną określone przez geny tych, którzy spłodzą większą liczbę potomków, a nie geny tych ludzi, którzy spłodzą ich niewiele bądź wcale”. A że kobieta w ciągu życia może urodzić ograniczoną liczbę dzieci, mężczyzna musi przekazywać swoje geny w kontaktach z wieloma kobietami. Stąd nietrwałość związków.

– Złości mnie takie gadanie, to jest taki rodzaj zwulgaryzowanej socjobiologii, która traktuje człowieka jak worek do przenoszenia genomów – mówi Andrzej Wiśniewski. – Co więcej, sądzę, że taki pogląd jest kompatybilny z różnymi kryzysami, przez jakie ludzie przechodzą i z którymi nie bardzo sobie radzą. Wtedy tego typu teoria okazuje się bardzo użyteczna i usprawiedliwiająca. Bezsprzecznie człowiek funkcjonuje na styku biologii i kultury, którą bym zdefiniował jako sposób porozumiewania się z innymi. I to sfera kultury, choć zaczęła działać później niż sfera biologii, ma olbrzymi wpływ na nasze funkcjonowanie, na to, w jaki sposób się realizujemy, budujemy swoją świadomość, identyfikujemy się ze światem wartości, jakimi jesteśmy ludźmi. Ta sfera ma olbrzymi wpływ na to, czy jesteśmy odpowiedzialni, czy potrafimy dostrzegać lojalność i być lojalni w stosunku do partnera. Mój ulubiony pisarz Sándor Márai powiedział, że pożądanie jest zwierzęce, a bliskość ludzka. Wszyscy mamy w sobie troszkę tego zwierzęcia, ale też olbrzymią część tego, co ludzkie. Jestem przekonany, że większość z nas kieruje się tym, co w nas ludzkie, choć czasami, kiedy obserwuję zachowania niektórych osób, zastanawiam się, czy moje myślenie nie jest trochę z gatunku wishful thinking. Denerwuje mnie myślenie negujące olbrzymi ludzko-boski wysiłek, żebyśmy przekroczyli prawa natury. No bo jeżeli nastąpiła jakaś ingerencja wszechświata w sprawy ludzkie, to stało się to poprzez miłość właśnie. I ona się rozwija mimo niewątpliwych trudności i przeszkód.

Tyle trwałości, ile dojrzałości

Psychologowie podkreślają zgodnie: dobry długotrwały związek zależy od poczucia własnej wartości obojga partnerów. Okazuje się, że ci ludzie, którzy doceniają siebie, potrafią docenić też partnera, jego wyjątkowość i niezwykłość. Bo im moje poczucie wartości jest wyższe, tym mam mniejszą potrzebę, żeby mój partner mnie dowartościowywał, dodawał splendoru, nobilitował, coś mi załatwiał.

– Mówiąc obrazowo: im bardziej siebie cenię, tym mniej traktuję partnera jak stację benzynową, do której można podjechać, zatankować i jechać dalej – mówi Andrzej Wiśniewski. – Tyle więc udanych, trwałych związków, ile dojrzałych osób.

Co to znaczy: dojrzały partner? Psychoterapeuta wyjaśnia, że to ktoś, kto nie uzależnia swojego dobrostanu psychicznego od tego, jak reaguje druga strona – czy się odsuwa, czy zbliża, czy się uśmiecha, czy krzywi, czy chwali, czy krytykuje. Ci, którzy przywiązują zbyt dużo wagi do reakcji partnera, tak naprawdę mają problem ze sobą. Nie zdają sobie sprawy z tego, że ich pretensje do partnera to projekcja na niego własnych lęków.

Pewien mężczyzna przyszedł do psychoterapeuty i mówi: „Właściwie to niepotrzebnie przyszedłem, bo ja już wszystko wiem na temat relacji męsko-damskich. Pomyślałem jednak, że skonsultuję pewną obserwację. Otóż po raz szósty się żenię i widzę, że wszystkie kobiety są takie same. Bo ta szósta też rozkazuje: zrób mi herbatę”. Psychoterapeuta pyta: „A co w tym złego?”. Na co mężczyzna: „Jak to co? Przecież ona od razu chce mnie zdominować, narzucić mi swoją wolę”. Owemu panu nawet przez myśl nie przeszło, że projektuje na partnerki swoje lęki. Ludzie dojrzali są świadomi swoich stanów i emocji i nie obwiniają drugiej strony za to, co przeżywają.

Andrzej Wiśniewski: – Warunkiem dobrych, długotrwałych związków, który idzie w parze z poczuciem własnej wartości, jest wolność. Od wielu lat powtarzam: tyle miłości, ile wolności. Ale wolności nie w sensie nihilizmu, że wszystko wolno, że mogę robić z partnerem, co chcę, a on ze mną. Wolność, o której mówię, wiąże się z odpowiedzialnością za drugą osobę, za jej uczucia. Nawet kiedy jestem zły czy na granicy rozstania, to szanuję swojego partnera i chcę mu dać wolność wyboru. Czyli mówię, co się ze mną dzieje – że na przykład jestem zły, rozczarowany, przybity. Nie próbuję go kontrolować poprzez różne formy: wzbudzanie poczucia winy, wycofywanie pozytywnych informacji, odmawianie seksu.

Nasz intymny, mały świat

Trzeci warunek dobrego związku: lojalność. Czyli nie robię tego, czego nie chciałbym doświadczyć od mojego partnera. Doceniam jego indywidualność i strzegę jej, jego wkładu w moje życie. Nie modeluję go na swój obraz i podobieństwo, nie podporządkowuję sobie. Bo jak wszystko jest takie samo, to po co być ze sobą?

– A miłość? – pytam.

– Oczywiście, to fundament związku – odpowiada psychoterapeuta. – Ale miłość w rozumieniu Ericha Fromma, to znaczy taka, która opiera się na trosce, wzajemnej odpowiedzialności i dbaniu o siebie. W tak rozumianej miłości jest także miejsce na pożądanie. Bo jeśli mój partner wzbudza we mnie cały czas ochotę na bliskość, seks, przekraczanie granic, to znaczy, że związek jest żywy i dobrze rokuje na przyszłość. Seks to bardzo ważna więziotwórcza siła. Proszę zauważyć, jak para zmienia się po inicjacji życia seksualnego, jak bardzo ludzie stają się sobie bliscy, kiedy razem śpią, okazują sobie czułość, ale także – gdy przekraczają granice.

Mocnym spoiwem związku, choć niedocenianym, okazuje się poczucie humoru.  Rozładowywanie codziennych napięć przy użyciu tej broni bywa naprawdę ozdrowieńcze, niejedną parę uratowało przed eskalacją konfliktu. Innym nieoczywistym cementem pary są talenty i pasje partnerów. Kiedy każdy ma swój bogaty świat i jego owoce przynosi do związku.

A gdy wkrada się rywalizacja?

– Zdrowa jest tylko ta jawna, otwarta – mówi psychoterapeuta. – Gorzej, gdy ludzie rywalizują w sposób ukryty.

Ważne jest imponowanie sobie nawzajem. Ale nie tylko sukcesami, także tym, że mój partner godnie się zachowuje, że dokonuje fajnych wyborów, że jest lubiany i ceniony przez innych. I że czasem potrafi przyznać się do błędów, powiedzieć: „Nie udało mi się”. I ja wtedy jestem z nim, pocieszam go, bo partnerstwo nie polega tylko na tym, żeby świętować wzajemne sukcesy, ale przede wszystkim, aby wspierać się w trudnych chwilach. Strasznie ważna jest intymność naszego związku, nie tylko w sensie erotycznym, ale w takim, że mamy swój, tylko nam znany świat, który pielęgnujemy.

Wszyscy narzekamy na cichego zabójcę relacji – brak czasu. Andrzej Wiśniewski nie przyłącza się do tego chóru. Argumentuje, że gdybyśmy rozumowali tym tokiem, to można by dojść do wniosku, że dobry związek buduje się proporcjonalnie do czasu spędzanego razem. A to zdaniem psychoterapeuty nieprawda. Taki przykład: małżonkowie jadą razem na upragnione wakacje. Mąż siada z wędką, żona coś pichci w kuchni i niby są razem przez dwa tygodnie, a tak naprawdę cały ten czas spędzają osobno.

– Dobry związek naprawdę nie zależy od tego, ile czasu przebywamy razem. Czasami mamy dla siebie kilka chwil, ale są one intensywne. Nie może być jednak tak, że nie widzimy się miesiącami. Każdy z nas ma potrzebę, żeby się pozwierzać, poradzić, poprzytulać. I jak długo brakuje partnera, szybko znajdzie się ktoś, kto nas wysłucha i przytuli, i to z nim zaczniemy tworzyć bliskość. Moim zdaniem długie rozłąki są niebezpieczne. Każda para powinna jednak sama określać swoje potrzeby w kwestii wspólnego czasu. Jeśli przedstawić obrazowo czas partnerów jako dwa kółka zachodzące na siebie, to niektórzy uważają, że część wspólna powinna się pokrywać, a inni – że może być niewielka. Ważne, żeby w ogóle była.

Uczmy się przystosowywać

Psychoterapeuci powtarzają: o związek trzeba dbać. Bo to nie jest tak, że jak się zakochaliśmy, to ten stan będzie trwał i trwał. Otóż nie – każda relacja wymaga nieustannej pracy, która polega na wczuwaniu się w to, co przeżywa partner, uwzględnianiu jego uczuć, docenianiu jego starań, nieoskarżaniu go o wszystko, przyznawaniu się do błędów, mówieniu: „dziękuję”, „przepraszam”. Czyli na tym, żeby widzieć belkę w swoim oku, a nie tylko dostrzegać źdźbło w oku partnera. Tymczasem ludzie zapominają o tym, żeby sobie powiedzieć: „Cieszę się, że to zrobiłaś, podoba mi się twój pomysł, fajnie wyglądasz”. Dbanie o relację, takie codzienne, nie od święta, to klucz do długotrwałej relacji. Nigdy nie można związku raz na zawsze przekreślić.

Andrzej Wiśniewski: – Znam z gabinetu psychoterapeutycznego wiele takich małżeństw, które wydają się skończone, a jednak odżywają i nabierają nowego znaczenia. W całej swojej praktyce tylko dwa razy odmówiłem pomocy, bo nie chciałem brać udziału w próbie demolowania partnera, która miała się odbywać pod płaszczykiem psychoterapii. Ale do dzisiaj mam wątpliwości, czy moja decyzja była słuszna. Zawsze istnieje szansa na uratowanie związku. Żeby być w relacji, trzeba dopuścić, że może się ona skończyć. Ale żeby się nie skończyła, trzeba nad nią pracować.

Gdzie tkwi zatem sekret długotrwałych, dobrych związków? Oto co powiedzieli mi jakiś czas temu Joanna i Jan Kulmowie, którzy przeżyli razem 61 lat (Joanna Kulmowa zmarła w 2018, a Jan Kulma w 2019 roku, red):

Jan, reżyser, muzyk, filozof: – Cóż to jest miłość? Można, oczywiście, cytować świętego Pawła. Ale ja uważam, że za dużo znaczeń ma to słowo, więc go nie używajmy! Uczmy się do siebie przystosowywać. Tłumaczę młodym ludziom: „Nie możecie się tylko pożądać, bo to wam przejdzie za jakiś czas. Gdy natomiast będziecie się uczyli myśleć o tym, co druga osoba myśli, lubić to, co ona lubi, to znajdziecie wspólny język”.

Kiedy młodzi pytają: „A co z seksem?”, odpowiada: – Seks jest ważny, bo skleja związek, czyni go trwałym. Ale jak ludzie od seksu zaczynają i myślą, że na seksie skończą, to się grubo mylą. Joanna, pisarka, poetka, tłumaczka: – Ja też mówię młodym: „Nie zaczynajcie od gimnastyki”. Bo oni myślą, że z tego bierze się miłość. Nas strasznie denerwują te idiotyczne filmy, gdzie po półgodzinie znajomości dziewczyna z chłopakiem kładą się do łóżka. Poczekajcie, dzieci. Ja myślę, że miała sens niepisana umowa, jaka dawniej obowiązywała: mężczyzna zdobywa kobietę, a ona udaje, że jej na tym nie zależy.

Jan: – Bo gdy za szybko coś się zdobywa, to się tego nie docenia. Aldous Huxley napisał takie piękne opowiadanie, w którym odpowiedział na pytanie, co to jest miłość. Otóż według niego miłość to umiejętność stawiania sobie kolejnych przeszkód. Im dłuższy jest ten bieg z przeszkodami, tym większa satysfakcja, że się je pokonało.

Joanna: – Jest jeszcze coś, co znikło: staranie się, żeby nie robić drugiemu człowiekowi przykrości. Małżonkowie nie mogą robić sobie przykrości. Większych, bo małe, owszem, mogą. Janek na przykład do dzisiaj ogląda się za damskimi nogami, co mnie boli.

Jan: – Bo ja bardzo lubię kobiety, lubię na nie patrzeć. Jo [tak pieszczotliwie zwraca się do Joanny], tyle kobiet lubię, a jednak jestem z tobą. No to pomyśl, jaką ty masz wartość. Małżeństwo to loteria i rzadko się na niej wygrywa. Ja wygrałem.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Co robić, gdy dochodzi do kolizji tych dwóch fundamentalnych wartości? Takie pytania zadają sobie Hubert i Hanna. Ich sytuację komentuje psychoterapeuta.

Na komodzie w sypialni Huberta i Hanny stoi fotografia. Obydwoje są na niej uśmiechnięci, objęci, w tle góry. – To wejście na Orlą Perć – mówi Hania. – Dawne czasy, jeszcze studenckie. Nieważne, czy to były polskie Tatry czy włoskie Dolomity – było nam dobrze, byliśmy razem. Łączyły nas przeżycia, przygoda...

Wspólna pasja sprawiła, że już na samym początku znajomości pojawiła się cudowna nić porozumienia. Zaiskrzyło między nimi właśnie na szlaku.

– Góry obnażają człowieka, bezlitośnie odsłaniają słabości. A, w moich oczach, Hubert ich nie miał. Odważny, silny, pomysłowy, z poczuciem humoru i do tego opiekuńczy. Po prostu nie sposób było się w nim nie zakochać – wspomina Hania. – Imponowało mu, że ja, taka drobna kobieta, wspinam się bez użalania i strachu.

Jej miłość do gór wygasła z końcem studiów. Zdecydowała się zostać na uczelni. Doktorat, dziecko, życiowy zwrot, nie dało się tego pogodzić ze wspinaczką. Po urodzeniu Michała życie stało się bardziej cenne. Mówi, że nie żałuje i nie tęskni. Za górami. Bo za tamtym Hubertem ze szlaku – tak. On nadal się wspina i to coraz wyżej, coraz częściej. Wyjeżdża na coraz dłużej i coraz dalej.

– Góry są dla mnie przeciwwagą tego, co robię na co dzień. W agencji reklamowej pracuję głową, siedzę za biurkiem – mówi Hubert. – Wspinaczka to dla mnie wyzwanie. Kiedy trzeba zmagać się z wysokością, zmęczeniem, kiedy wydaje ci się, że nie postawisz kolejnego kroku… Uzależniłem się od tego pokonywania słabości. Dzięki temu czuję, że żyję. Nie umiem tego przełożyć na żadne inne doświadczenie. Gdy widzę wysoką górę, wiem, że muszę na nią wejść. A Hania jest o to zła.

„Dla ciebie pasja jest ważniejsza”

Kiedyś łączyły ich góry, teraz kłótnie o nie. Ona ma do niego dużo żalu. Może długo wymieniać sytuacje, kiedy choroba dziecka, problemy na uczelni czy po prostu święta pokazały, że rodzina przegrywa z pasją męża. Czuje, że w udziale przypadł jej kierat codziennego życia. Narzeka, że Hubert nie daje jej poczucia bezpieczeństwa. Jego wyprawy postrzega jako zabawę, nieodpowiedzialność. Im bardziej nakłania go, by zrezygnował z wyjazdu, tym on więcej uwagi i czasu poświęca górskim wspinaczkom. Na zarzuty Hanki Hubert odpowiada, że przecież rodzina jest dla niego bardzo ważna. Według niej to puste słowa.

Dlaczego Hanka jest rozgoryczona?

Jarosław Józefowicz: Zrozumiała jest złość Hanki. Wartość rodzicielska leży u sedna człowieczeństwa. Wydaje się naturalne, że kobieta oczekuje, żeby jej partner podzielał taki sposób patrzenia na życie. Aby w momencie, gdy pojawia się dziecko, inne sprawy, na przykład samorealizację, postawił na drugim miejscu. Góry, jej zdaniem, są dla Huberta dziecięcą zabawką. Tymczasem to nie same zabawki są tu istotne, ale stan ducha kogoś, kto umie się nimi bawić.

Tak naprawdę jest dwóch Hubertów. Jeden, który pragnie żyć na łonie rodziny, i drugi, który pozwala sobie nie patrzeć na zobowiązania, tylko iść w góry. Hanka jest jedna i to właśnie ta jednostronność jest dla niej tak trudna. Relacja z Hubertem dostarcza jej cennej informacji: jak chce poszerzyć swój sposób funkcjonowania. Nasze marzenia, ale i frustracje, kryją w sobie głębokie tęsknoty. Za ich pośrednictwem coś w nas woła o zaistnienie. Pytanie, czy potrafimy usłyszeć ten głos?

Hanka boi się, bo nie wie, jak się rozwinąć, i swoje obawy przenosi na męża, próbując ściągnąć go do poziomu swoich ograniczeń. To zawsze łatwiejsza droga – ja czegoś nie mam, to ty też nie będziesz mieć. O wiele trudniejsze jest przedzieranie się przez własne blokady i lęki oraz sięganie po coś, czego potrzebuję, by spotkać się w punkcie: ty coś masz i ja też mam, cieszmy się tym. Chodzi oczywiście o wymiar psychiczny, a nie o to, że ona ma wrócić do wspinania się po górach. Dla Hanki mogłoby to oznaczać na przykład wprowadzenie do życia nuty szaleństwa albo wyjście poza zwykłe poczucie kontroli lub nieprzywiązywanie się w tak dużym stopniu do codzienności.

„Nie żyjesz naszym życiem”

Gdy Hubert wraca z wyprawy, przez jakiś czas w domu jest wesoło. Hanka lubi słuchać śmiechu synka, kiedy bawi się razem z tatą. Hubert ma niesamowite pomysły na zabawy z Michałem. Nagle dom zapełnia się ludźmi, którzy oglądają slajdy i zdjęcia z gór. Małżonkowie wychodzą na kolacje, stęsknieni cieszą się seksem… Ale nagle czar pryska, na scenę życia wkracza codzienność. Psuje się pralka, dziecko zapada na kolejną tej jesieni anginę. I Hubert traci swoją kreatywność, luz i dobry humor, staje się złośliwy, rozdrażniony, smętny. Słyszy od żony: „Tak, zbudować z synkiem wieżę z klocków do samego sufitu to potrafisz, ale nie wiesz, na co ostatnio chorował. Nawet nie pamiętasz, że ma alergię na laktozę. Nie masz pojęcia, gdzie w domu jest mąka ani ile płacimy za czynsz. Orientujesz się tylko, gdzie są twoje zabawki”.

Skąd się bierze pasja Huberta?

J.J.: Poprzez fascynację górami Hubert może konsekwentnie bronić tego, co dla niego ważne, świadomie nie dawać się ograniczać. A może cały czas pozostaje dużym chłopcem, który umie podążać jedynie za swoimi marzeniami i ma trudność z byciem dorosłym? W takim wypadku wyjaśnieniem będzie jakiś defekt wyniesiony z domu rodzinnego. Przykładowo dla mężczyzny wychowanego przez nadopiekuńczych rodziców, który nie miał nigdy okazji zmierzyć się z życiem, wszystko, co wykracza poza postawę chłopca, jest przerażające. Mógł też w dzieciństwie być zmuszany do odpowiedzialności, np. jako starszy brat opiekujący się rodzeństwem. Dlatego w dorosłym życiu codzienne trudności straszą go przymusem, pojawia się reakcja zastałego buntu.

Aby odnaleźć się w tym konflikcie, trzeba pamiętać o zasadzie równowagi. Wartości, które rozdzielają Hankę i Huberta – codzienna odpowiedzialność i uskrzydlająca samorealizacja powinny w zharmonizowany sposób istnieć w życiu każdego z nich, nie zaś rozdzielać się na dwa przeciwstawne obozy. Konflikt między nimi może prowadzić do oddalenia. Mogą pojawić się takie uczucia jak zazdrość o zainteresowania, niezrozumienie, złość – szczególnie wtedy, gdy stoi za nimi poczucie odrzucenia. A także lęk przed rozstaniem.

Hanka musi poczuć się ważna

J.J.: Mówiąc: „nie jedź”, Hanka wysyłała Hubertowi komunikat: „pokaż mi, że jestem ważniejsza niż te góry”. Nie pomoże sama rezygnacja z wyjazdu, bo Hanka żyje z deficytem poczucia bycia ważną. Tak się dzieje, kiedy w odpowiednim czasie nie zostaliśmy w wystarczającym stopniu obdarzeni miłością, akceptacją. W tym przypadku oznacza to, że Hania musi wykonać porządną pracę nad sobą. Postawa Huberta może złagodzić trudne uczucia i jedynie pomóc rozwiązać sytuację.

Frustracja Hanki nie musi być wynikiem jej trudnej przeszłości, lecz teraźniejszych problemów, usprawiedliwionego poczucia zagrożenia. Hubert wysyła jej sprzeczne sygnały. Mówi, że jest ważna, natomiast zachowuje się w sposób, który wcale tego nie potwierdza. Dobrze by było, żeby Hubert zastanowił się, skąd wzięła się ta niespójność. Może mu coś w ich relacji przestało pasować? A może boryka się z problemem, który go przerasta i nie potrafiąc sobie z nim poradzić, ucieka w Himalaje?

Nasuwa się proste rozwiązanie: wspólna pasja. Ale to niekoniecznie musi zadziałać. Tu bardziej chodzi o rodzaj bycia. O to, czy kiedy przebywamy razem, to jesteśmy dla siebie ważni. I nie ma znaczenia, czy osiągamy ten stan jeżdżąc na nartach czy przygotowując wspólnie posiłek, siedząc razem na kanapie i rozmawiając czy nie mówiąc nic. Nieważne gdzie, ważne jak. A do tego nie potrzebujemy gór, tylko siebie.

Jak rozmawiać z partnerem o swoich pasjach?

To ćwiczenie pozwoli ci reagować na marzenia partnera, ale też wyrażać własne. Słuchając, nie omawiaj poszczególnych spraw z partnerem, ani ich nie komentuj. Ćwiczenie nie ma służyć udowadnianiu racji. Kiedy jedna strona skończy, zamieńcie się rolami.

Zapytaj partnera:

  • Dlaczego to marzenie jest dla ciebie ważne?
  • Jaki jego aspekt jest dla ciebie najważniejszy?
  • Dlaczego jest on tak ważny?
  • Czy wiąże się z tym jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?
  • Czy coś w twoim życiu ma z nim związek?
  • Powiedz mi, co czujesz w związku z tym marzeniem.
  • Czy nie powiedziałeś mi jeszcze o jakichś uczuciach związanych z tym marzeniem?
  • Czego teraz pragniesz?
  • Jakie jest w tej chwili twoje największe marzenie?
  • Jakbyś się czuł, gdyby udało się je zrealizować?
  • Czy jest w nim jakiś głębszy zamysł lub cel?
  • Czy wiąże się ono z twoimi wierzeniami lub systemem wartości?
  • Czy obawiasz się tego, że ktoś odrzuci twoje marzenia? A może boisz się czegoś innego?

Gdy opowiecie sobie już o swoich marzeniach, sprawdźcie, do jakiego stopnia jesteście elastyczni, by wspomóc partnera w jego dążeniach.

Jaki poziom jesteś w stanie osiągnąć?

Poziom pierwszy: Szanuję twoje marzenia.
Poziom drugi: Szanuję twoje marzenia i chcę się więcej o nich dowiedzieć.
Poziom trzeci: Mogę do pewnego stopnia wspomagać cię w twoich dążeniach finansowo lub w inny sposób.
Poziom czwarty: Możemy do pewnego stopnia wspólnie realizować twoje marzenia.
Poziom piąty: Jestem gotowy. Zróbmy to razem.

Pamiętaj, że chodzi tu o kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. W ćwiczeniu chodzi przede wszystkim o to, by mieć poczucie, że partner rozumie, szanuje i popiera nasze marzenia. To może uzdrowić konflikt o pasję.

Źródło: John M. Gottman, Julie Schwartz Gottman, Joan DeClaire, „10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo”, wyd. Media Rodzina.

  1. Seks

Niskie libido – o co należy siebie zapytać?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Zmniejszone potrzeby seksualne mogą się pojawiać tymczasowo w różnych okresach życia. Zdarzają się momenty, w których jedna sfera staje się najważniejsza i podporządkowuje się jej inne.

Tymczasowa koncentracja na pracy, nauce czy dziecku w sposób oczywisty może wpływać na potrzeby seksualne i nie ma w tym nic dziwnego ani złego (jeżeli zawsze spędzasz długie godziny w pracy, nie oszukuj się – z jakiegoś powodu nie masz ochoty wracać do domu). Co jednak zrobić, kiedy pozostaje się w satysfakcjonującym związku i teoretycznie chce się uprawiać seks, ale w praktyce okazuje się to niemożliwe i prowadzi nie tylko do obniżenia nastroju, lecz także do pogorszenia relacji między partnerami/partnerkami?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. Jeżeli znajdziemy się takiej sytuacji, to nie powód do paniki i zadręczania się. Warto wtedy spokojnie zastanowić się nad całą naszą sferą seksualną i emocjonalną oraz dokonać swoistego bilansu. Jeżeli wnioski sprawią, że coś w sobie zmienimy albo przekształcimy relację z partnerem, doświadczenie to okaże się zbawienne.

Dobra relacja i możliwość komunikowania swoich potrzeb dają podstawę do satysfakcjonującego seksu. Jeżeli w związku jest przemoc, jedna ze stron zmusza drugą do niechcianych zachowań seksualnych albo nie potrafimy pokazać, że coś nam nie odpowiada, potrzeby seksualne w sposób naturalny będą minimalne.

W pierwszej kolejności trzeba zadać sobie następujące pytania:

  • czy od początku uważałam partnera/partnerkę za atrakcyjnego/atrakcyjną fizycznie i seksualnie? Czy w naszej relacji dominowała raczej czułość i przyjaźń?
  • czy byłam zadowolona podczas naszych pierwszych kontaktów fizycznych? Jakim kochankiem okazał się mój partner? Czy mojej partnerce zależy głównie na swojej przyjemności?
  • czy wspólnie dbaliśmy o siebie podczas seksu? Czy także poza sypialnią partner okazuje mi szacunek i przywiązanie? Czy przedyskutowaliśmy sprawę antykoncepcji i czuję w pełni bezpieczna?
  • czy możemy otwarcie rozmawiać i wyrażać swoje potrzeby? Czy jestem przekonana, że kobieta ma prawo domagać się satysfakcjonującego seksu i to robię? Czy mówienie o seksualności wywołuje u mnie wstyd i wolę nic nie mówić? Czy komunikowałam to, czego chcę i czy było to brane pod uwagę?
  • czy mój partner zmienił się? Czy jest w nim coś, co mnie szczególnie niepokoi? Czy pojawia się coraz więcej napięć i konfliktów? Czy moja partnerka robi coś, co mnie denerwuje i nie możemy dojść do porozumienia?
  • czy zmieniłam się fizycznie? Czy chętnie oglądam się nago i akceptuję swoje ciało? Czy podczas seksu koncentruję się na tym, jak wyglądam i czy widać moje fałdki, cellulit i rozstępy zamiast skupić się na przyjemności?

Odpowiedzi na te pytania mogą boleśnie nas zaskoczyć. Warto badać swoje reakcje, szczególnie wtedy, kiedy czujemy jakiś dyskomfort. Nie próbujmy same przed sobą tłumaczyć partnera lub partnerkę: „ale ja go kocham”, „nie wyobrażam sobie, że mogłabym ją zostawić”. Nierozwiązane problemy seksualne same się nie rozwiążą. Konfrontacja z nimi to podstawa poradzenia sobie.

Zbyt łatwo wpada się w pułapkę najłatwiejszego rozwiązania. Wydaje się nim medycyna – kobiety szukają cudownego leku, który przywróci libido i energię. Na forach internetowych można znaleźć wiele pytań o dostępne na rynku suplementy. Jak sama nazwa wskazuje nie mają one statusu leków, czyli udowodnionego działania, więc ewentualnie można je potraktować jako placebo i przyjmować przez krótki czas. Nawet jeżeli naukowcy wymyśliliby cudowną pigułkę (a jeszcze do tego nie doszło), to i tak jej przyjmowanie jest rozwiązaniem tymczasowym.

  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Seks

W seksie trzeba dać sobie przestrzeń

Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Uniemożliwiają to ukryte urazy, pod którymi są zranienie lub strach. (Fot. iStock)
Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Uniemożliwiają to ukryte urazy, pod którymi są zranienie lub strach. (Fot. iStock)
Partnerzy znacznie częściej zaczynają romansować z innymi nie wtedy, kiedy się od siebie oddalają, ale kiedy są zbyt blisko – twierdzi szwedzka seksuolog dr Dagmar O’Connor.

Nawiązując do tytułu pani najsłynniejszej książki: naprawdę można kochać się z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić?
Jak najbardziej. Choć trzeba przyznać, że obecnie żyjemy o wiele dłużej niż nasi przodkowie – oni dożywali ledwie 30 lat, wcześnie zakładali rodziny, mieli dzieci i wcześnie umierali. Dziś zdarza się, że wiążemy się z kimś, mając powiedzmy dwadzieścia kilka lat, i stajemy przed perspektywą co najmniej kilkudziesięciu lat wspólnego życia. To prawdziwe wyzwanie dla związku. Bo jak tu fascynować się sobą i seksem przez tak długi czas? Z mojego doświadczenia, a zajmuję się terapią par od 40 lat, wynika, że małżonkowie znacznie częściej zaczynają romansować z innymi nie wtedy, kiedy się od siebie oddalają, ale kiedy są zbyt blisko.

O, to ciekawe!
Jest oczywiście różnica między jednym romansem w życiu a notorycznymi zdradami. Jeśli zawsze wikłasz się w trójkąty, to znaczy, że wiecznie jesteś niezadowolona z tego, co masz.

Najważniejszą rzeczą w związku jest przestrzeń. Jeżeli jedna osoba zbytnio zbliża się do drugiej, tamta odsuwa się od niej, i na odwrót. Są osoby, które nie potrafią inaczej wywalczyć dla siebie przestrzeni niż poprzez sprowokowanie konfliktu. Uczę ich tego, by komunikowali się ze sobą na temat swoich potrzeb, żeby mogli rozpoznawać, kiedy zaczynają się dusić w parze, i wtedy na przykład szli na samotny spacer, poczytali sobie książkę, pobyli choć przez chwilę „poza związkiem”.

Ludzie, którzy nie są w kontakcie ze swoim Wewnętrznym Dzieckiem, czyli nie zdają sobie sprawy ze swoich uczuć, mówią zwykle: „Kłótnia wybuchła nagle, po prostu się zdarzyła”. Mówię im wtedy: „Nie, to nieprawda, to się nie dzieje ot, tak. Co się wydarzyło przed kłótnią?”. I wtedy słyszę: „To był taki piękny dzień, byliśmy sobie tacy bliscy, trzymaliśmy się za ręce”. I już wiem, że byli ze sobą za blisko, więc żeby się od siebie odseparować, musieli doprowadzić do kłótni.

Znam jedną parę, która za każdym razem, gdy miała bardzo bliski, zmysłowy seks, rozkręcała kłótnię. W końcu umówili się, że kiedy zrobi się między nimi naprawdę błogo i intymnie, jedno z nich pójdzie na przechadzkę wokół bloku.

Inna kobieta kończyła każdy związek, gdy czuła, że wchodzi w zaawansowaną fazę. Wspólnie odbyłyśmy podróż do jej przeszłości. Okazało się, że kiedy była dorastającą dziewczynką, lubiła siadać ojcu na kolanach – nie było w tym nic zdrożnego – czysta miłość córki do ojca. Jednak wtrąciła się matka. Zaczęła krzyczeć na ojca: „Koniec z tym, ona już dojrzewa!”. I zepchnęła ją z kolan taty. Wytworzył się w niej taki schemat: kiedy będziesz z kimś za blisko, on cię odepchnie. Dlatego porzucała mężczyzn, żeby nie być porzuconą.

Czy każdy ma problem ze zbyt dużą bliskością w związku?
Tak, jeśli nie zna siebie dobrze. Intymność z drugą osobą można nawiązać dopiero wtedy, gdy nawiąże się ją ze sobą samym. Nie wiem, czy uda się to przetłumaczyć na polski, ale słowo „intimacy” (z ang. „intymność”) dla mnie znaczy tak naprawdę „into me see” (z ang. „zajrzeć w głąb siebie”). To prawdziwe znaczenie tego słowa.

W niektórych związkach mąż kupuje żonie podpaski, a ona chodzi po domu w maseczce upiększającej. Czy takie zachowania nie zabijają namiętności?
Wszystko zależy od tego, co kogo podnieca. Niektórych mężczyzn podnieca na przykład, kiedy kobieta paraduje w maseczce albo załatwia przy nich czynności fizjologiczne, inni przerażeni wykrzykną: „nie, nie, błagam o więcej prywatności”.

Granice intymności to indywidualna sprawa. Może ona wyrastała w rodzinie, gdzie drzwi były zawsze otwarte, a on musi mieć swoją strefę intymną, swoją prywatność nawet podczas porannego golenia. Trzeba się nawzajem poznać. Wiele osób nie robi tego przed ślubem. Nie pyta swojego partnera o jego upodobania. Bo najważniejsze, że jest porządnym człowiekiem. Ale co to w ogóle znaczy „porządny człowiek”? Może ona wcale nie chce „porządnego człowieka”, tylko „człowieka, który przejmie kontrolę”.

Inni po latach wspólnego życia nie czują się już jak mąż i żona, ale bardziej jak brat i siostra lub matka i ojciec. Pisze pani o tym także w swojej książce…
Myślę, że jeśli małżeństwo czuje się niczym brat i siostra, to musiało być to w ich związku już od początku. Badania pokazały, że wieloletni partnerzy nie widzą siebie nawzajem takimi, jacy są obecnie, ale mają przed oczami obraz drugiej osoby z czasów, kiedy się w niej zakochały. Ta pamięć tkwi w ich głowach. Seksualna atrakcyjność nie jest bowiem związana z wiekiem.

Pracowałam z parami, u których zanikła namiętność. Zaczynałam od informacji o tym, że sam fakt, że ona kiedyś była, oznacza, że może powrócić. Namiętność nie wygasa zupełnie, ale by płonęła, musi być stale podsycana. Zwykle uniemożliwiają to ukryte urazy, a pod złością i agresją bardzo często kryje się zranienie lub strach, a te z kolei w większym stopniu wiążą się z tym, co wydarzyło się w dzieciństwie, niż z tym, co stało się w związku. Jeśli człowiek je zrozumie, zaakceptuje i wybaczy, złość i agresja znikną i namiętność będzie mogła powrócić.

A co z parami, którym sen z oczu spędza strach przed niewiernością partnera?
Mówiłyśmy wiele o potrzebie przestrzeni. Niektóre osoby realizują ją poprzez odsuwanie od siebie partnera na zasadzie: „on mnie już nie kocha, na pewno mnie zdradzi”. Trafiła do mnie kiedyś kobieta, która była przekonana, że mąż jej nie kocha. Tak naprawdę to on wręcz zaciągnął ją na terapię. Kochał ją bowiem ponad życie. I robił wszystko, żeby jej to okazać. A ona go wiecznie odsuwała.

Większość par, które do mnie przychodzą, ma taki problem: on obawia się, że jej nie zaspokoi, ona, że on ją zawiedzie. Co zrobić z takim połączeniem? On musi przyjrzeć się jej problemowi, ona – jego. Jeden trop jest taki: on lub ona w ten sposób budują dystans, drugi: on lub ona nie jest tą właściwą osobą. Ale skoro żyjesz z kimś przez 20 lat, naprawdę sądzisz, że to nie jest dla ciebie właściwa osoba? A może problem tkwi w tobie? Czy to samo myślisz o swoich dzieciach: „to nie jest odpowiednie dziecko dla mnie”? Po prostu je akceptujesz takim, jakie jest.

Wiele par przychodzi do mnie, bo staje przed decyzją: rozwieść się czy nie? Mówię im wtedy: „Tak naprawdę nie interesuje mnie, czy się rozwiedziecie, czy nie. Chcę tylko, żebyście zrozumieli, dlaczego kiedyś wybraliście tego mężczyznę i tę kobietę. A potem możecie podjąć dowolną decyzję”. Zaznaczam, że mam dość wysoki wskaźnik osób, które jednak pozostają razem.

W książce radzi pani, by małżeństwa, które ze sobą prawie nie sypiają, zaczęły od sesji wzajemnego dotykania. Sam dotyk i długo, długo nic więcej.
Tak…, jak się potem okazuje, wiele z nich podczas takich sesji płacze, bo dawno ich nikt tak nie dotykał, trudno też im skupić się na własnych odczuciach, boją się, że w ten sposób okazują się egoistami. A przecież żeby czerpać satysfakcję z seksu, trzeba być egoistą! Jeśli nie wiesz, co sprawia ci przyjemność, jak możesz dać ją drugiej osobie?!

Podobno bardziej obawiamy się bycia dotykanym niż dotykania innych?
To, co najczęściej obserwuję, to jednak strach przed dotykaniem samych siebie. A dotyk potrafi być bardzo relaksujący, dawać spokój, poczucie bezpieczeństwa, pocieszenie. Nie musisz czekać, aż ktoś ciebie dotknie, możesz objąć sama siebie. Jeśli nie znasz mocy swojego dotyku, co wniesiesz do związku?

Dagmar O’Connor, szwedzka seksuolog z tytułem doktora, członkini Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego. Szkoliła się u Mastersa i Johnson, pionierów badań nad naturą ludzkiej reakcji seksualnej. Zajmuje się psychoterapią indywidualną i terapią małżeństw. Jej książka „Jak się kochać z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić” ukazała się po raz pierwszy w 1985 roku i stała się światowym bestsellerem.

  1. Psychologia

Dlaczego powtarzamy te same destrukcyjne schematy w kolejnych związkach?

Jak powiedział Karl Gustaw Jung:
Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem". (fot. i Stock)
Jak to się dzieje, że marzymy o dobrym i harmonijnym związku, a odnajdujemy coś zgoła odmiennego – emocjonalną huśtawkę, brak poczucia bezpieczeństwa, pustkę i poczucie, że szczęście konsekwentnie nas omija? Co więcej, każdy kolejny toksyczny partner okazuje się być bardzo podobny do poprzedniego.

Na początku nic na to nie wskazuje - jest romantyczny, czuły, zabiega o nas, wręcz nadskakuje. Aż pewnego dnia staje się zdystansowany, obojętny lub wręcz okrutny. I tak już pozostaje.

Gdy karoca zamienia się w dynię

- Mam wrażenie, że w moim życiu dzieje się coś strasznego – mówi Monika, 39-letnia kierowniczka działu w wydawnictwie. - Jestem dość nieśmiałą osobą, wiem, że moje poczucie własnej wartości jest kruche, stąd też stronię od ludzi, którzy wydają mi się mocno dominujący, natarczywi, agresywni. Jak to możliwe, że takich właśnie partnerów przyciągam? To jest jak scenariusz, który wciąż się powtarza. Zazwyczaj pierwsze dni, miesiące napawają mnie nadzieją, że karta się odwraca. Oto wreszcie spotkałam cudownego opiekuńczego i delikatnego mężczyznę - księcia z bajki. Sielanka trwa do czasu. W pewnym momencie zamiast czułych słów, słyszę tylko uwagi, złośliwości i docinki. Książę okazuje się gburem.

Mam za sobą ośmioletnie okropne małżeństwo. Mój mąż gnębił mnie psychicznie. Potrafił sprowokować kłótnię, doprowadzić mnie do płaczu, a potem wyjść z domu, trzaskając drzwiami, mówiąc, że idzie sobie, bo nie ma ochoty spędzać wieczoru z ryczącą nudziarą. Nie wracał na noc, a ja zamiast zmienić zamki w drzwiach, nie spałam do rana, czekając, że wróci. Nie wiem, jak zdobyłam się na to, aby wnieść sprawę o rozwód.

Monika po roku spotkała Michała, który wydawał się całkowitym przeciwieństwem jej eks.

- Byłam jeszcze trochę w rozsypce - wspomina. - Michał wspierał mnie, podnosił na duchu, a kiedy opowiedziałam mu swoją historię, wydawało się, że ma niemal łzy w oczach. Nie wiem, czy to jego perfidia, czy tak można się zmienić, ale kiedy zamieszkaliśmy razem od razu pożałowałam swojej decyzji. Stał się gburowaty, oschły, wydawał mi polecenia, krytykował i poniżał. Nie mogłam w to uwierzyć, ale po przejściach z mężem zdobyłam się na to, żeby z nim zerwać. Mówiąc szczerze uciekłam z naszego wspólnie wynajętego mieszkania. Bałam się jego złości.

Potem byłam sama przez półtora roku, obiecując sobie, że nigdy nie zaufam już mężczyźnie, do chwili gdy poznałam Roberta. Był starszy ode mnie o osiem lat, spokojny, wyważony, też po rozwodzie. Zaczęliśmy się spotykać, a moje dobre mniemanie na jego temat zaczęło się umacniać i znowu poczułam nadzieję w sercu. Do chwili, gdy nie usłyszałam w jego głosie zupełnie innego tonu. Otóż dostałam szansę na awans, bo w pracy radzę sobie naprawdę dobrze. Zaproponowano mi kierownicze stanowisko. Ucieszyłam się, ale miałam wątpliwości. Liczyłam na to, że Robert pomoże mi je rozwiać. Ale on wydawał się wręcz oburzony moim sukcesem. Stwierdził, że nie mam do tego predyspozycji, porywam się na coś, co mnie przerasta, że się zbłaźnię. Wtedy po prostu mnie zatkało. Zrozumiałam, że ponownie związałam się z kimś, kto próbuje mnie poniżyć… Przepłakałam całą noc, ale nigdy już się z nim nie spotkałam. Wiesz, co jest w tym najgorsze? – kończy Monika. - To, że straciłam zaufanie do samej siebie. Gdzie moja intuicja, gdzie wyczucie? Jak to możliwe, że ufałam facetom, którzy byli moimi wrogami?

W oczach Moniki pojawiły się łzy.

Przyczyny tkwienia w toksycznym schemacie

Przyciąganie parterów, którzy ranią, wynika z nierozwiązanych problemów i naszych życiowych postaw, których czasem sobie nie uświadamiamy.

Najczęściej powodują to wzorce wyniesione z domu. Jeśli między rodzicami czy opiekunami nie było głębokiej więzi i wzajemnego szacunku, a za to wiele sytuacji konfliktowych, w których padały raniące słowa, pojawiały się akty przemocy psychicznej lub fizycznej, próbujemy po prostu naśladować ten schemat. Monika przyznała, że relacje między rodzicami były chłodne. Kiedy miała 14 lat, ojciec odszedł z inną kobietą, a mama nie wydawała się nigdy szczęśliwą kobietą.

Czasem świadomie przejmujemy postawę dominującą, szukając okazji do konfrontacji. Alternatywą dla tej postawy jest rola ofiary. Oczywiście nie decydujemy się na nią z rozmysłem. Najczęściej obiecujemy sobie: nigdy nie popełnię błędu rodziców, stworzę kochający związek. Tymczasem jednak partnerstwo jawi się nam jako porażka, próba sił itp., więc nieświadomie do tego dążymy. Kiedy nie jesteśmy świadomi swoich motywów, wybieramy równie nieświadomie. Poznając partnera, koncentrujemy się na jego dobrych stronach, czasem też jesteśmy nieco naiwni i pomijamy sygnały, które mogłyby stanowić ostrzeżenie. W końcu "miły i sympatyczny" partner zdejmuje maskę i zmusza nas do podjęcia rękawicy.

Obie postawy prowadzą do uwięzienia w schemacie. Aby zacząć żyć szczęśliwie, trzeba uzyskać wgląd w sytuację. Jak powiedział Karl Gustaw Jung: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało twoim życiem, a ty będziesz nazywał to przeznaczeniem".

Co możesz zrobić, jeśli widzisz, że „historia” się powtarza?

Czasem doświadczenia i pojawiające się w ich wyniku refleksje stymulują nasz rozwój, stajemy się bardziej świadomi siebie i w końcu udaje się nam wyjść z zaklętego kręgu samodzielnie.

- Na początek podejmij wyzwanie i zerwij toksyczną relację, ponieważ ona sprawia, że dużo więcej tracisz, niż zyskujesz.

- Prześledź swoją historię (może ci w tym pomóc metoda dysocjacji – usiądź wygodnie i wyobraź sobie, że oglądasz a telebimie film o sobie) po to, aby znaleźć wspólne elementy i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie uczucia towarzyszą mi w moich relacjach (opuszczenie, bezradność, smutek itp.) i zadaj sobie pytanie – co sprawia, że potrzebuję czuć takie uczucia. Choć wydaje się to paradoksem, dążysz do tych emocji.

- A teraz pomyśl – jakie uczucia chciałabyś czuć (radość, przyjemność, bezpieczeństwo). Zamknij oczy i wyobraź sobie siebie uśmiechniętą i radosną. Niech te uczucia staną się twoim drogowskazem. Czujesz je? Wspaniale, idź dalej. Nie czujesz? Zatrzymaj się… Być może po raz kolejny wchodzisz w znaną rzeczywistość.

- Okazuj sobie szacunek, dbaj o to i wybieraj tylko te sytuacje, w których go do siebie czujesz. Jeśli coś powoduje, że go tracisz (np. godzisz się na złe traktowanie) od razu powiedz "stop".

- Wzmacniaj swoją samoocenę.

Jeśli jednak powtarzające się schematy powodują coraz większą bezradność i brak zaufania, warto poszukać profesjonalnej pomocy. Polecam ci metodę Integracji Oddechem i Integrującą Obecność – jest to metoda alternatywna dla terapii.