1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak radzisz sobie ze złością i gniewem wobec dziecka?

Jak radzisz sobie ze złością i gniewem wobec dziecka?

Emocjonalny feedback, który dziecko otrzymuje od swoich rodziców, zarówno werbalny jak i niewerbalny uczy je w określony sposób myśleć o sobie (fot. iStock)
Emocjonalny feedback, który dziecko otrzymuje od swoich rodziców, zarówno werbalny jak i niewerbalny uczy je w określony sposób myśleć o sobie (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Sposób w jaki rozwiązujemy konflikty z naszymi dziećmi tak naprawdę decyduje o jakości naszej relacji z nimi. Każdy rodzić doskonale wie jak trudno czasem powstrzymać się od krzyku na dziecko, kiedy robi coś czego nie akceptujemy.

Sposób w jaki rozwiązujemy konflikty z naszymi dziećmi tak naprawdę decyduje o jakości naszej relacji z nimi. Każdy rodzić doskonale wie jak trudno czasem powstrzymać się od krzyku na dziecko, kiedy robi coś czego nie akceptujemy. Mamy prawo przeżywać gniewne emocje i dawać im wyraz. Jednak jeśli chcemy kształtować poczucie własnej wartości swojego dziecka, musimy posiąść trudną sztukę wyrażania złości w sposób dojrzały, który nie zadaje bólu. Gdy wybucha wulkan gniewnych emocji zwykle jest już za późno na stanowcze lecz łagodne komunikaty.

Kiedy dziecko sprawia nam przykrość, ostatnią rzeczą, którą powinniśmy robić to odwzajemniać się mu pięknym za nadobne. Niestety, wielu rodziców to robi: poprzez oskarżenia, krytykę, obwinianie, pretensje. To, czego potrzebuje dziecko najbardziej, bez względu na to, co przeżywa, to uprawomocnienia jego uczuć. Każdy człowiek w głębi serca za tym tęskni: za przyjęciem tego co czuje z akceptacją i życzliwością; informacji, że jego emocje mają prawo tu być, takie a nie inne. Tymczasem dzieci zbyt często słyszą: „nic się takiego nie stało”, „histeryzujesz”, „nie płacz”, „nie ma powodu byś się smucił”, „coś ty taki niezadowolony”. Gdy rodzice reagują złością na złość dziecka, tak naprawdę mówią mu: „gdy się gniewasz, to budzisz moją niechęć. Nie lubię cię gdy okazujesz złość. Nie chcę cię takiego”. Nie można winić dziecka za przeżywane przez niego emocje. I - co równie istotne - nie można też winić kilkuletniego dziecka za jego zachowanie. Kiedy krytykujemy dziecko za to jak się zachowuje, ono nie pojmuje, że w ten sposób chcemy mu tylko uświadomić, że robi coś niewłaściwie. Odbiera to jako komunikat: „jesteś zły, nie akceptuję cię, coś z tobą jest nie w porządku”. Shefali Tsabary, w swojej książce „Bez kontroli” pisze, że gdy pokazujemy dziecku, że jego zachowanie jest ważniejsze od jego uczuć, to tak naprawdę komunikujemy: „to co czujesz nie ma znaczenia, nie liczysz się. Znaczenie ma tylko to co przez ciebie ludzie pomyślą.”

Dzieci nie potrafią odróżniać samego siebie od swojego zachowania. Kiedy krytykujemy postępowanie dziecka, ono odbiera to tak jakbyśmy odrzucali jego istotę. To w porządku, kiedy chcemy pokazać dziecku, że można zrobić coś inaczej, na przykład, gdy wyraża swoją złość na kolegę w sposób agresywny. Jeśli jednak spojrzymy na jego zachowanie, jako niedoskonały sposób radzenia sobie z daną (zapewne trudną dla niego) sytuacją i emocjami jakie ona wyzwala, to nasza reakcja – choć stawiająca granice i dyscyplinująca – będzie wolna od surowości i krytyki, a także pozwoli dziecku dokonać refleksji nad swoim zachowaniem. Dziecko powinno ponosić konsekwencje swojego zachowania, znać zasady na które się umówiliście i starać się ich przestrzegać, jednak konsekwencją jego nieodpowiedniego zachowania nie powinna być kara w postaci krytyki, odrzucenia, wyśmiewania, deprecjonowania.

Emocjonalny feedback, który dziecko otrzymuje od swoich rodziców, zarówno werbalny jak i niewerbalny uczy je w określony sposób myśleć o sobie. Surowa krytyka jest agresją wymierzoną w dziecko i jego kruche, dopiero kształtujące się poczucie własnej wartości. Aby mogło wzrastać i umacniać się w nim zdrowe poczucie własnej wartości potrzebuje zrozumienia i pełnej akceptacji dla tego kim jest, jakie jest oraz jak wyraża siebie. Najsilniejsza toksyna w psychice dziecka to poczucie winy. Dziecko zwykle automatycznie bierze winę na siebie, nawet jeśli jego zachowanie wskazuje, że jest odwrotnie. Jeśli całą winę za swoją furię zrzucimy na dziecko, mówiąc mu jakie jest niedobre i robi wszystko źle, z pewnością sprawimy, że poczuje się mało warte, beznadziejne, sprawiające zawód i ból rodzicom. Jak trafnie zauważa Jesper Juul, dziecko może rozwinąć w sobie zdrowe poczucie własnej wartości tylko wtedy, gdy czuje się kimś wartościowym dla swoich rodziców. Wielu rodziców może się sprzeciwić: „przecież kocham swoje dziecko, jest dla mnie najważniejsze na świecie. Co w tym złego, że czasem podniosę na nie głos i skrytykuję, gdy zachowuje się nieodpowiednio, jeśli jednocześnie o tym, że je kocham mówię mu codziennie.” Wszyscy pragniemy czuć się wartościowi dla innych.  Agresja budzi się w nas i eskaluje przede wszystkim wtedy, gdy czujemy się zbyt mało ważni. Problemem nie jest brak miłości – to jasne, że jako rodzice chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej. Jednak miłość to nie tylko uczucie wyrażane poprzez słowa. Każdy z nas doskonale wie o tym, że  miłość przejawia się przede wszystkim poprzez działanie, czyny. Wielu z nas, rodziców, tej miłości w działaniu po prostu musi się nauczyć, jak jazdy na rowerze, pływania, albo asertywności. Niektórzy z nas mieli to szczęście, że nauczyli się tego dawno temu, od swoich własnych rodziców. Pozostali muszą wejść na drogę żmudnej praktyki i ćwiczyć, oduczając się wzorców takiego postępowania, które niszczą samoocenę naszej pociechy.

Dzieci mają prawo złościć się na nas. I wyrażać tę złość w sposób niedojrzały, w przeciwieństwie do nas, rodziców. Jeśli tylko damy dziecku prawo buntować się, wyrażać swoją niezgodę na coś, swój ból i gniew – jego integralność psychiczna nie zostanie naruszona. Jeśli jednak zabronimy mu reagować „na swój sposób”, nie mogąc znieść jego krzyku, sprzeciwu, rozżalenia, dziecko nauczy się, że ma siedzieć cicho. Być może będzie pokorne i grzeczne. Krzywda psychiczna jednak prawdopodobnie będzie większa niż nam się wydaje. „Jego milczenie zdaje się potwierdzać skuteczność metod wychowawczych – niesie jednak ze sobą zagrożenie dla jego dalszego rozwoju” – jak wiele lat temu pisała Alice Miller. Jeśli pozbawia się dziecko prawa do reakcji na krytykę, odrzucenie, upokorzenie, lekceważenie, to jego uczucia, które potrzebowały wyrażenia zostaną stłumione, a jego ważne potrzeby, o których one informowały – nie doczekają się zaspokojenia. Jeśli tak się stanie, nasza córka lub syn, jako dorośli ludzie, nie będą mieli kontaktu ze sobą; z tym co naprawdę czują, a co za tym idzie, czego potrzebują. Nie znając swoich potrzeb, albo je lekceważąc, trudno im będzie dbać o siebie, chronić, dokonywać mądrych wyborów i wieść szczęśliwe życie. Zatem to, czego dziecko potrzebuje najbardziej, to nie ostrego dyscyplinowania, surowości, bezwzględnych norm i zasad, ale głębokiego zrozumienia i uznania dla tego kim jest. Szacunku, serdeczności, zrozumienia.

Wszyscy jednak popełniamy błędy i czasem emocje po prostu biorą górę. Gdy już zdarzyło się nam zachować w ten sposób że gorąca lawa popłynęła z wulkanu uczuć, parząc dziecko - możemy zwrócić się do niego: „przepraszam, poniosło mnie. Zacznijmy raz jeszcze”. Sama nasza złość nie zrani dziecka. Ale zadać ból może sposób w jaki ją zakomunikujemy. Każdą emocję, jako rodzicom, wolno nam (a nawet trzeba) przeżywać - tak jak wolno dziecku. Właśnie tego przecież chcemy je nauczyć: uznania i szacunku do tego co czuje. Przeżywając gniew na dziecko jako rodzic, nie możemy jednak zachowywać się… jak dziecko. Wyrażanie tej emocji w zdrowy, dorosły sposób jest wolne od ubliżania, krytykowania, obwiniania poniżania czy zastraszania drugiego człowieka. Kiedy zalewa nas fala emocji, przestajemy panować nad swoim zachowaniem. Erupcja wulkanu. Zniszczenie. Skoro tak się czasem dzieje (chociaż jesteśmy dorosłymi ludźmi ) to dlaczego tak trudno nam zaakceptować, że dzieci zachowują się i przeżywają złość podobnie? Nic dziwnego, że dziecko nie potrafi wówczas zrozumieć, dlaczego rodzice mają dwa rodzaje reguł: jedne dla siebie drugie dla niego.

Dzieci kontaktują nas z naszym Wewnętrznym Dzieckiem, wrażliwą częścią naszego Ja. Z naszą stłumioną złością i innymi emocjami, które były przez lata chowane w zakamarkach naszej psychiki, z naszymi niezaspokojonymi potrzebami. Wzorce zachowań, których byliśmy świadkami w dzieciństwie, stają się często szablonem naszego własnego sposobu wychowywania dzieci. Większość naszych automatycznych reakcji to wynik nieświadomych uwarunkowań. Przeszłe doświadczenia z okresu gdy sami byliśmy dziećmi są wciąż w nas żywe, nawet jeśli wydają się zamierzchłą przeszłością. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, ale emocjonalnie często wciąż uwięzieni w dzieciństwie, a echo dawnej złości, krytyki naszych własnych rodziców, ich kontroli albo nadopiekuńczości nadal w nas pracują. Tak naprawdę, w pewnym sensie, każdy konflikt w naszym obecnym życiu, czy to z dzieckiem, czy z partnerem, jest odtwarzaniem sytuacji z naszego dzieciństwa. Nie będzie przesadą jeśli uznamy, że każda dzisiejsza relacja, interakcja z innymi oparta jest na naszej osobistej matrycy emocjonalnych schematów z tamtego okresu. Na przykład dzieci, które w dzieciństwie były zdominowane przez rodziców, albo same stają się apodyktycznymi dorosłymi, albo pozwalają innym górować nad sobą. Na emocjonalnym poziomie, jeśli reagujemy wściekłością wobec własnego dziecka – zachowujemy się w pewnym sensie jak rozwścieczone dzieci. Jak więc być dla swojego dziecka zdrowym, wspierającym, mądrym dorosłym? Potrzeba nam z pewnością większej uważności na siebie, świadomości tego co przeżywamy, myślimy. Skierowania się do wewnątrz, by zająć się własnymi emocjami i potrzebami, aby nieuświadomione, nie zagrażały więzi z naszym dzieckiem.

Kilka wskazówek dla rodziców

  1. Twoje słowa mają moc. Mogą wpierać, wzmacniać dziecko, albo je tłamsić, gasić, ranić. Łagodny ton głosu, nie zneutralizuje toksyny słów o krytycznej treści.
  2. Zwracaj się do dziecka w sposób osobisty, mów o sobie. Powiedz raczej: nie podoba mi się, niż „ absolutnie ci nie wolno! ”. Nasze emocje – złość czy smutek nie ranią dziecka, ale może ranić sposób w jaki je komunikujemy.
  3. Jeśli chcesz ocalić poczucie wartości własnego dziecka, weź całą odpowiedzialność za swój wybuch złości na siebie. Możesz powiedzieć potem: „Byłam tak wściekła, wiem, że Cię przeraziłam. Bardzo mi przykro”.
  4. Kiedy dziecko zachowuje się agresywnie, zamiast robić to samo i również wrzeszczeć: ( Natychmiast przestań! Jesteś okropny! ) Weź głęboki oddech i powiedz: „Chciałabym cię dobrze zrozumieć, ale nie wiem o co może ci chodzić. Proszę, powiedz mi czego ci potrzeba, czego chciałbyś, czego potrzebował?” Albo: “Nie podoba mi się, kiedy mnie bijesz, chciałabym żebyś przestał. Chciałabym także zrozumieć co cię tak rozwścieczyło.” Bądź przyjazny.
  5. Dziecko wrzeszczy? Nie rywalizuj z nim kto głośniej. To nie uspokoi ani ciebie ani dziecka. Tylko sprawi, że poczujesz, że emocje naprawdę wymykają się spod kontroli i doświadczysz bezsilności. Możesz uznać, że nie radzisz sobie jako rodzic. To może nakręcić poczucie winy, eskalować złość na siebie lub na dziecko. Zaprzestań. Zrób sobie przerwę: wyjdź z pokoju, oddal się na moment, pooddychaj. Kiedy emocje opadną, możesz wrócić do rozmowy z dzieckiem z nowym nastawieniem, pod warunkiem gdy i ono jest spokojne. Jeśli dziecko nadal się złości, możesz powiedzieć: „Chciałabym ci pomóc, ale widzę, że nadal się złościsz. Porozmawiamy na spokojnie trochę później. Wyjdę teraz do pokoju obok, jeśli tylko będziesz chciał, możesz przyjść do mnie. Jestem dla ciebie.”
  6. A co jeśli to tobie nie mija złość? Jeśli czujesz, że wszystko w tobie buzuje, i żadne techniki relaksacyjne nie pomagają, po prostu uznaj to. Możesz powiedzieć: „ Jestem naprawdę sfrustrowana, potrzebuję przerwy” albo „Nie mogę teraz z tobą rozmawiać, jestem zła i potrzebuję pobyć trochę sama by się uspokoić. Dam ci znać jak mi przejdzie, porozmawiamy trochę później.” Oczywiście, z bardzo małymi dziećmi może to nie zadziałać! Pamiętajmy, że przyznanie się do swojej złości i potrzeby czasu żeby się uspokoić, nie jest okazaniem dziecku słabości. Wręcz przeciwnie. Wymaga wiele siły aby powiedzieć o tym dziecku. To my dorośli, uczymy dzieci jak radzić sobie ze złością. Chyba nie byłoby źle, gdyby nauczyło się od nas właśnie tego.
Anna Czarnecka - psychoterapeuta, coach ACC ICF, arteterapeuta, trener rozwoju osobistego, magister sztuki. Prowadzi terapię indywidualną osób dorosłych i młodych dorosłych. Stworzyła autorskie warsztaty opierające się na pracy z Krytykiem Wewnętrznym i Wewnętrznym Dzieckiem. Współzałożycielka Ośrodka Psychoterapii i Coachingu INNER GARDEN. Prywatnie mama bliźniaczek, wielbicielka jazzu, śpiewania, sztuki konceptualnej i Carla Gustava Junga.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak rozwijać w dziecku miłość, wrażliwość i szacunek do przyrody?

Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury – czytamy w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”. (Fot. iStock)
Kiedyś w miastach straszyły wszechobecne tabliczki z napisem „Nie deptać trawników”. Obecnie coraz mniej dzieci ma w ogóle pomysł, żeby wejść na trawę. Jak zatem wykorzystać naturę jako sprzymierzeńca w procesie wychowawczym? Podpowiada pedagożka Ewa Nowak.

Jeśli twoje dziecko chodzi do przyzwoitej szkoły, prawdopodobnie ma sporą wiedzę z biologii, a nawet ekologii, ale natury nie zna i nie korzysta z niej wystarczająco. Nawet w wakacje rzadko wychodzi na dwór, a jeśli już, to ze wzrokiem utkwionym w ekran smartfona. Nastolatki dzieli dziś od przyrody przepaść i ten chroniczny brak kontaktu ma bezpośrednie przełożenie na częstość występowania krótkowzroczności, otyłości, niedoboru witaminy D, depresji, zaburzeń zachowania, alergii i uzależnień, w tym uzależnienia od Internetu. A to tylko kilka z problemów współczesnych dzieci...

Jak pisze Richard Louv w książce „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”, to obowiązkiem dorosłych jest nauczyć dzieci korzystania z dobrodziejstw natury, bo „rdzeniem tego ruchu są rodzice”. Nie ma sensu oglądanie się na szkołę. Trzeba najpierw zmienić zwyczaje u siebie. I nie chodzi o to, żeby rozmawiać z dziećmi o segregacji śmieci czy oszczędzaniu wody, bo to mają już we krwi. Ale czy zakręcają kran z przekonaniem, z myślą o żabie, sikorce albo ślimaku, którego spotkali w lesie?

W poszukiwaniu witaminy N

Według statystyk w Stanach Zjednoczonych na leki antydepresyjne dla dzieci i młodzieży od 10 lat wydaje się rocznie więcej niż na witaminy i antybiotyki. Lekarze najróżniejszych specjalności zaczęli więc szukać wsparcia terapeutycznego w pozafarmaceutycznych rozwiązaniach. Kiedy czytałam książkę Richarda Louva, co chwila przed oczami wyskakiwały mi wspomnienia z dzieciństwa i czułam smutek, że dziś muszę pisać tekst uświadamiający w większości jeszcze wychowanym pod gołym niebem rodzicom, że krzywdzą fizycznie i psychicznie swoje dzieci. Bo tym jest właśnie zespół deficytu kontaktu z naturą.

Chcesz mieć zdrowe, wesołe, niezestresowane dziecko? To korzystaj z wakacji i wywieź je chociaż na trochę na łono natury. Kiedy poczuje, ile daje mu spacer na bosaka albo gapienie się na chmury, zrozumie, dlaczego naprawdę warto chronić zasoby naturalne. Bez tego rozmowa, jak powinniśmy wszyscy chronić lasy, jest pustosłowiem. Jak twierdzi światowej sławy specjalista od kąpieli leśnych dr Qing Li z Japonii: „Ostatecznie to więź naszych dzieci ze środowiskiem naturalnym zdecyduje o przyszłości. Jeżeli pozwolimy dzieciom wejść do lasu, wyrosną na ludzi, którzy go chronią”.

Obserwacja ptaków, włóczenie się po lesie, biegi na orientację, spacery w świetle księżyca, pływanie w jeziorze, kwiaty w domu, spacery bez względu na pogodę, łażenie po kałużach i zgoda na ubrudzenie się błotem – to zaledwie kilka z bardzo wielu propozycji zawartych w poradniku o witaminie N. Niestety wiem, że niejeden z moich dobrze wykształconych znajomych postuka się w głowę zwłaszcza na pomysł chodzenia na bosaka. „Czy ty, Ewka, nie słyszałaś o kleszczach?”. Żyjemy w kulturze lęku i skutecznie wychowujemy w niej nasze dzieci. One drżą ze strachu na samą myśl, co straszliwego im się przydarzy, jeśli zanurzą ręce w strumieniu. Wielu nastolatków brzydzi się piachu na plaży, a swędzenie po ukąszeniu komara jest doświadczeniem granicznym...

W czym może pomóc młodemu człowiekowi obserwacja ptaków? Piszą o tym autorzy książki „Ornitologia terapeutyczna”. Możemy z niej dowiedzieć się m.in., że to czynność, która pozwoli oderwać się od dotychczasowego środowiska, poszerzyć horyzonty, a co najważniejsze, wykorzystać i stymulować wszystkie zmysły. Obserwacja ptaków to rodzaj całościowej terapii. Już samo ptakoliczenie, które wiele dzieci robi naturalnie, odpręża, a obserwacja ptaków w trudnych warunkach – angażuje funkcje poznawcze.

Jeśli wciąż nie masz przekonania do tego, żeby przyspawane do smarfona dziecko zawlec do lasu, niech ci pomoże cytat z Hipokratesa: „Choroby nie pojawiają się w nas jak grom z jasnego nieba, lecz rozwijają się z popełnianych codziennie grzechów przeciwko naturze”. A do Hipokratesa dołóżmy jeszcze słowa Richarda Louva: „Pediatrzy ostrzegają, iż dzisiejsze dzieci mogą być pierwszym pokoleniem (od czasów drugiej wojny światowej) o niższej przewidywanej długości życia niż ich rodzice”.

Czuły ogrodnik

Gra na smartfonie to czynność „niezielona”, ale biwak pod namiotem – jak najbardziej tak. Intuicyjnie czujemy, które czynności są zielone, a które nie. I tak np. uprawianie ogrodu, o czym pisze Sue Stuart-Smith w książce „Kwitnący umysł”, jest połączeniem aktywności na świeżym powietrzu i aktywności, która pochłania nasz umysł. Czyli odstresowuje. Ogrodnictwo od dawna jest wykorzystywane do terapii, a jeśli dziś absolutnie nie kojarzy się z młodzieżą, to tylko dlatego, że nie wykształciła się na to moda. Bo przecież dzieci lubią grzebać w ziemi, podlewać rośliny i patrzeć, jak rosną. Nastolatki nie mają już z tego żadnej przyjemności, bo zaczynamy ich rozliczać z pracy do wykonania.

Może więc podaruj swojemu nastolatkowi skrzynkę na kwiaty albo dwie grządki i skalniak w przydomowym ogródku? A potem powstrzymaj się od dobrych rad na temat uprawy...

Przyrodnicze IQ

Howard Gardner, profesor pedagogiki na Uniwersytecie Harvarda, w ogłoszonej w latach 80. XX wieku teorii inteligencji wielorakiej pokazał, że nie istnieje jeden rodzaj inteligencji, ale aż siedem. A następnie dodał ósmy typ: inteligencja przyrodnicza. Czy twoje dziecko jest inteligentne przyrodniczo? Dzieci o inteligencji przyrodniczej:

  • Mają wyczulone zmysły.
  • Chętnie używają swoich zmysłów do analizy.
  • Lubią przebywać na świeżym powietrzu.
  • Łatwo dostrzegają prawidłowości i powtarzające się wzorce (podobieństwa, różnice, wyjątki).
  • Opiekują się zwierzętami i roślinami.
  • Lubią kolekcjonować okazy, robić dzienniki, zielniki, kosze skarbów.
  • Lubią książki i programy o zwierzętach.
  • Wykazują świadomość i troskę o zagrożone gatunki.
  • Łatwo przyswajają nazwy, systematykę i informacje na temat cech poszczególnych roślin i zwierząt.

Zielono w głowie

  • Richard Louv pisze, że dzieci, które mają częsty kontakt z naturą, są spokojniejsze. ADHD ulega wyciszeniu, nawet gdy tylko idą do szkoły przez park zamiast ulicą.
  • Dzieci, a potem nastolatki potrzebują silnych wrażeń. Jeśli nie wspinają się na drzewa, nie błądzą po lesie, nie bawią się nawet w chowanego – sięgają po to, co im wrażenia zapewni.
  • Żaden ekodom nie zaangażuje sensorycznie tak jak środowisko naturalne. Zapach, dotyk, wzrok, słuch, a nawet smak będą pracować na pełnych obrotach, gdy wpuścisz dziecko na łąkę, do ogrodu, do lasu, nad rzekę. Plac zabaw się nie liczy, bo to miejsce tak ustrukturalizowane, że mimo wielu dobrodziejstw rozwojowych nie zaspokaja kontaktu z naturą.
  • Miejskie nastolatki często nigdy w życiu nie taplały się w błocie, nie przesypywały piasku między palcami, nie zbierały kory, patyków, liści, nie leżały na mchu, gapiąc się w korony drzew. Kto pozwolił nam to odebrać młodym ludziom?
  • Nie wysyłaj dziecka na kolejny obóz językowo-komputerowy. Wyślij je do lasu na obóz survivalowy, na wycieczkę w jednych spodniach i bluzie. Będzie przestraszone, ale szybko mu to minie. Chodzi o to, żeby do spectrum możliwości, jak radzić sobie ze stresem, dziecko dodało punkt: przebywanie samemu wśród przyrody. Louv nazywa to dobrą samotnością. Wielu dorosłych w sytuacjach kryzysowych szuka kontaktu z naturą, bo pomaga im to w powrocie do równowagi. Tylko trzeba móc w dzieciństwie chociaż raz tego spróbować. A nikt poza rodzicem nie stworzy dziecku takiej szansy.
  • Zdrowie, terapia, odreagowanie stresu – wszystko to bardzo ważne, ale jest jeszcze taki prosty obszar życia jak przyjemność. „Młodzi ludzie mogą unikać okolicznej przyrody, ponieważ chroniczne oderwanie od niej sprawia, że nie doceniają płynącej z niej przyjemności” – pisze Florence Williams w książce „Natura leczy, czyli co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i bardziej kreatywni”. Dajmy więc dzieciom szansę na odrobinę zielonej przyjemności.

Rodzicu, sprawdź się:

  • Czy twoje dziecko lubi las?
  • Jak reagujesz, kiedy wraca z dworu brudne, umazane ziemią, z zadrapaniami na kolanach? Kiedy ostatnio takie wróciło?
  • Kiedy twoje dziecko ostatnio leżało na mchu, gapiąc się w chmury? Widziałeś je kiedykolwiek podczas takiej aktywności? A ono ciebie widziało?
  • Czy uważasz, że kontakt z przyrodą ma moc terapeutyczną? Brak kontaktu z przyrodą rodzi choroby i cierpienie psychiczne? A może to bzdura? Jakie są twoje przekonania?
  • Co wydaje ci się najłatwiejsze, żeby pomóc twojemu dziecku odnaleźć drogę do kontaktu z naturą?
  • Pamiętaj, że to rodzice są odpowiedzialni za to, ile zielonych czynności wykonują codziennie ich dzieci.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Powstał Ogólnopolski Telefon Autyzmu

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Dzwonić można z różnymi sprawami. Zarówno formalno-prawnymi, jak i tymi dotyczącymi diagnostyki i terapii. Po drugiej stronie słuchawki jest osoba, która zrozumie – bo sama ma diagnozę spektrum autyzmu. Pomoc jest oczywiście anonimowa. I bezpłatna.

„Mam na imię Adam. Mam 25 lat. Kończę studia. Czeka mnie jeszcze obrona pracy magisterskiej. Interesuję się muzyką i sportem. Mam psa, dwie ręce, dwie nogi i dar do robienia zamieszania. Interesuję się matematyką, psychologią, medycyną, genetyką i kosmologią. Dodam, że takie naukowe zainteresowania mam od szóstego roku życia, czytam od piątego i posługuję się w komunikatywnym stopniu trzema językami (nie licząc ojczystego), przy czym nie umiem jeździć na rowerze, a „setkę” biegnę w 16 sekund. Coś nie gra, prawda?”

Tak pisze o sobie Adam Wrzesiński. Trener umiejętności społecznych i pierwszy w Polsce Terapeuta Integracji Sensorycznej z diagnozą ze spektrum autyzmu. On i kilka innych osób z taką właśnie diagnozą będzie od poniedziałku do soboty pracować jako konsultanci w Ogólnopolskim Telefonie Autyzmu – bezpłatnej i anonimowej formie pomocy osobom autystycznym i ich rodzinom.

Dzwonić można ze wszystkimi pytaniami. Wątpliwościami dotyczącymi spraw prawnych, jak zasiłki, ale też z problemami z terapią czy pracą zawodową.

Korzyści odnoszą osoby po obu stronach słuchawki – ci, którzy telefony odbierają, mają w ten sposób pracę. A kłopoty z zatrudnieniem to w przypadku osób ze spektrum autyzmu poważny problem. Z badania „Ogólnopolski Spis Autyzmu” przeprowadzonego w latach 2013-2016 wynika, że spośród wysokofunkcjonujących osób dorosłych ze spektrum płatną pracę miała tylko połowa. Tymczasem ludzie ci mają często specyficzne – i wysokie – kompetencje, które mogą przynieść pracodawcom wiele korzyści.

A dzwoniący dostaną rzetelną poradę, w dodatku od osób jak mało kto rozumiejących ich problemy.

„Jesteśmy przekonani, że Ogólnopolski Telefon Autyzmu może być punktem informacyjnym dla osób, które nie wiedzą jak się odnaleźć w gąszczu formalności, chcą dowiedzieć się o przysługujących im świadczeniach socjalnych, szukają informacji na temat diagnostyki i terapii” – mówi Monika Kłeczek, psychoterapeutka oraz prezeska Stowarzyszenia AS, pod której przewodnictwem pracować będzie zespół Telefonu Autyzmu.

A Adam Wrzesiński dodaje: „Uruchomiliśmy Telefon po to, aby pokazywać świat osobom ze spektrum autyzmu jako miejsce dobre i przyjazne oraz wyposażać w umiejętności niezbędne do odnoszenia sukcesów w swoich misjach życiowych przy równoczesnym zachowaniu ich poczucia wolności”.

Telefon funkcjonuje dzięki dotacji programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy, finansowanego z Funduszy EOG przez Stowarzyszenie AS, które od 2010 roku pomaga osobom ze spektrum autyzmu czuć się równoprawnymi członkami społeczeństwa. Telefon ma działać do końca roku, ale już teraz organizatorzy starają się zdobyć środki na przedłużenie tego projektu.

Dzwonić można od poniedziałku do soboty w godz. 10:00 – 18:00 pod numer 333 070 180.

  1. Psychologia

Żona w wieku córki – o różnicy wieku w związku mówi terapeuta Benedykt Peczko

- Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to - mówi Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
- Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to - mówi Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Z jakich powodów chcę być właśnie z tą kobietą? Czy wybrałbym ją, gdyby była starsza? Jeśli to jest to spotkanie, wtedy nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to. Różnica wieku schodzi na dalszy plan – mówi terapeuta Benedykt Peczko.

Pan po pięćdziesiątce i jeszcze bez młodej żony…?
Człowiek taki zabiegany… [śmieje się]

Moja przyjaciółka tak tłumaczyła swojemu mężowi, gdy zaczął się oglądać za młodszymi: „Ty się, kochany, zastanów! Młode kobiety są wymagające, podróże, drogie restauracje, potem dzieci, jak ty na to wszystko zarobisz?!”. Dlaczego mężczyźni sobie to robią?
Pięćdziesiątka jest trudna. Widać już oznaki starzenia się, ubytku sił. Mężczyzna dokonuje bilansu życia i najczęściej jest zawiedziony tym, co osiągnął, być może nie zrealizował ważnych celów, być może nie czuje się spełniony w dotychczasowym związku. Nowy związek może być próbą naprawienia przeszłości, cofnięcia czasu. Podświadomie mężczyzna chce wrócić do tego momentu, w którym błąd został popełniony, i zacząć jeszcze raz. W ten sposób oszukuje czas, oddaje się iluzji.

Wybierając młodą kobietę, podłącza się do żywotności i świeżości, odzyskuje dostęp do czegoś, co wydawało mu się, że traci. Na jakiś czas odsuwa od siebie perspektywę starości i śmierci. Stan zakochania, fascynacji, wibracje miłości sprawiają, że budzi się w nim młodzieniec, otwarty, energiczny, chętny. Organizm wytwarza mnóstwo endorfin, które zmieniają metabolizm, poprawiają nastrój. To jak zastrzyk młodości.

Młode, około trzydziestoletnie kobiety sygnalizują, że znalezienie równolatka, który byłby gotowy na budowanie związku i na dzieci, graniczy z cudem. Pięćdziesięciolatek wydaje się bardzo atrakcyjny; dojrzały, doświadczony, stabilny materialnie i zawodowo.
Nieraz słyszałem takie sformułowanie, że „wychować sobie żonę to ciężka praca”. Taki sposób myślenia wyznacza mężczyźnie rolę rodzica, mentora. Być może właśnie dlatego zwraca się ku młodej kobiecie. Czterdziestolatka raczej nie dałaby się wychowywać, bo dojrzałe kobiety znają swoją wartość, mają własne zdanie. Czterdziestolatka przypominałaby mężczyźnie, że młodość minęła. To nie byłaby ta maseczka odmładzająca, o którą chodzi.

A młoda kobieta jest ufna, zachwycona, wpatrzona w „tatusia”, pyta, słucha, przytakuje. Jak się temu oprzeć?
Młoda kobieta też ma swój zysk, bo „przecież on wszystko wie, tyle przeżył, więc mi powie”. To zwalnia z konieczności dojrzewania, przedzierania się przez błędy, brania odpowiedzialności za własne decyzje. W partnerskim związku i kobieta,i mężczyzna mają własne opinie, przekonania, potrzeby i oczekiwania, wyrażają własne zdanie. Znałem taki związek, w którym młoda kobieta dojrzała i odeszła, bo już nie potrzebowała „tatusia”. „Żegnaj, ojcze, spełniłeś swoje zadanie!” – chciałoby się powiedzieć [śmieje się]. Gdyby ten mężczyzna od początku wspierał dorosłość młodej kobiety, traktował ją jak partnerkę, być może związek by przetrwał. My, mężczyźni, musimy uważać na swoje mentorskie zapędy.

Okres zakochania i fascynacji nieubłaganie mija…
W Polsce mężczyźni żyją średnio 71 lat. Jeżeli nowe dzieci pojawią się w okolicach, powiedzmy, 55. roku życia, mężczyzna może mieć poczucie, że znowu – tak jak w poprzednim związku – zawiódł, nie sprostał oczekiwaniom, bo być może nie zobaczy swoich dzieci wkraczających w dorosłe, a nawet w młodzieńcze życie, nie będzie im towarzyszył w ważnych etapach rozwoju. To może budzić kolejne obawy, frustracje i niespełnienia. Mężczyzna w tym wieku może też nie najlepiej się czuć, mieć problemy z ciśnieniem, z sercem, z kręgosłupem. Okres szaleństw, balowania do rana, podróży najczęściej ma już za sobą. Młoda kobieta tych szaleństw pragnie, chce doświadczać wszystkiego, żyć pełnią. A on jest zmęczony, potrzebuje więcej odpoczynku. Będzie w coraz mniejszym stopniu zdolny do dotrzymywania jej kroku. Oczekiwania i potrzeby jej i jego nie są takie same. Kobieta ma przed sobą te etapy życia, które mężczyzna ma już za sobą. W fazie zakochania ani mężczyzna, ani młoda kobieta nie są tego świadomi.

No ale przecież miłość! Skoro w tych związkach rodzą się dzieci, to tak ma być, życie wie najlepiej. A że jest trudno? Zawsze jest. Tak właśnie tłumaczył mi jeden z późnych ojców.
W żaden sposób nie pomniejszamy wspaniałości tych związków. Związki są nieocenione. Dobrze jednak, gdy wiemy, jakie siły nami kierują, i znamy ograniczenia wynikające z naszych wyborów. Gdy bierzemy pod uwagę różne aspekty doświadczenia, całość, zadajemy sobie pytania i odpowiadamy na nie, wtedy możemy w sposób pełniejszy angażować się we wspólne życie, pokonywać trudności. To oczywiście dotyczy wszystkich związków, nie tylko tych z różnicą wieku.

Jak rozpoznać, że ten konkretny związek może być udany mimo różnicy wieku?
Z jakich powodów chcę być właśnie z tą osobą? Czy gdyby ona była starsza, też bym ją wybrał? Czy gdyby on był młodszy, też byłabym pewna, że to właśnie ten mężczyzna, z którym chcę żyć? Ważne pytania. Jeśli odpowiemy na nie twierdząco – to jest to spotkanie. Nie biorę sobie młodej kobiety, bo muszę, bo to ostatni moment; bo jeśli teraz nie nadrobię straconego czasu, to już koniec, z górki. Nie decyduję się na tego mężczyznę z lęku o swoją przyszłość, macierzyństwo; bo skoro do tej pory nie spotkałam rówieśnika dla siebie, to trzeba się spieszyć. Więc niech będzie; jest ustawiony życiowo, taki mądry, spokojny, więc czemu nie? W dodatku jak się tak zastanowię, to nawet go kocham.

Gdy wybieramy tę konkretną osobę ze względu na nią, a nie ze względu na swoje niezaspokojone potrzeby, wtedy problemy stają się wyzwaniami, z którymi będziemy sobie radzić najlepiej, jak potrafimy, bo podejmujemy świadomą decyzję, na dobre i na złe. Gdy pojawiają się konflikty czy rozbieżność zdań, tym lepiej, bo wtedy uczymy się bardziej rozumieć siebie nawzajem. Różnica wieku schodzi na dalszy plan. Podzielamy wspólne wartości. Cenimy nawzajem swoją indywidualność, niepowtarzalność, wspieramy się w rozwoju tej unikalnej jakości w nas.

Dlaczego on? Dlaczego ona? Dlaczego teraz? Ponieważ właśnie teraz się spotkaliśmy, odnaleźliśmy w kosmosie, to jedyny powód. Takie spotkanie nie wymaga wyjaśniania, przekonywania innych do naszych racji. Chcemy być razem, wiemy to. Jesteśmy tu ze względu na siebie, wszystko inne jest drugorzędne. Jednak mimo że jest drugorzędne, warto o tym pomyśleć.

Gdy 85-letni Andrzej Łapicki poślubił młodą żonę, dziennikarze pisali o tym, że w dzień ta para da sobie radę, ale co w nocy?
Liczy się jakość bycia ze sobą. Nawet jeśli kontakt seksualny w takich związkach nie jest tak częsty jak między równolatkami, może być satysfakcjonujący. W tych sprawach nie ma reguł.

Pomówmy też o porzucanych żonach. Gdy on po 30 latach związku odchodzi, trudno o szacunek dla takiej decyzji. Sprawdzają się wtedy rady mądrych kobiet: dbaj o siebie, inwestuj w swój rozwój, żebyś zawsze mogła na siebie liczyć, bo z nim nigdy nie wiadomo. Kobiety rozpaczają, mają poczucie przegranej i oczywiście zastanawiają się, co zrobiły nie tak. A jednocześnie są wściekłe. Porzucenie boli okropnie.
Gdy on odchodzi do młodszej, najlepsze, co można dla siebie zrobić, to zachować dystans wobec tego, co się dzieje. Łatwo powiedzieć, ale nie ma innej rady. W żadnym razie nie obarczać siebie winą. Mężczyzna podejmuje tę decyzję ze względu na to, co się z nim dzieje, często z powodu przedśmiertnej paniki. Taka świadomość nie ukoi od razu cierpienia, ale jest dobrym punktem wyjścia do przeżycia straty. Bez względu na to, co się stało, jestem. Żyję. Jestem dla siebie najlepszym przyjacielem. Mam siłę, żeby o siebie zadbać.

Gdy patrzę na mężczyzn, którzy desperacko chcą się odmładzać, myślę, że najważniejsze jest odnalezienie młodości w sobie mimo zmniejszających się możliwości fizycznych. Młodość ducha jest niezależna od przemijania i starzejącego się ciała. Sprawia, że przestajemy szukać wody na pustyni, bo znajdujemy ją w sobie.

Wcale nierzadko zdarza się, że ci mężczyźni, którzy tak odważnie wchodzą w nowe, po kilku latach żałują swojej decyzji i tęsknią za dawnymi żonami. Może by nawet wrócili. No ale jest już za późno.
Też się z tym spotkałem. Mężczyzna upojony nowością ma ograniczone pole świadomości. Twierdzi, że to, co było, wypaliło się, bo w dojrzałym związku nie ma już ekscytacji, skoków adrenaliny. Nie jest w stanie zaczerpnąć siły z tego, co już przeżył i czego doświadczył; nie rozumie, jaki to ogromny kapitał, skarb. Woli zachwycać się wyobrażeniami na temat szczęścia w nowym związku, raju, który ma nadejść, a który często zamienia się w piekło.

Zdarza się, że budzi się z tego snu przerażony: Gdzie ja jestem? Co się porobiło? Czuje się samotnie w nowym związku. Zaczyna wspominać dobre chwile z poprzednią partnerką. Bo nawet jeśli w dalszym ciągu cieszy go fizyczna fascynacja, urozmaicenie, to tęskni za porozumieniem, za więzią, którą można zbudować tylko w wieloletniej relacji. Docenia to, co stracił.