1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak kłamiemy terapeutom

Jak kłamiemy terapeutom

Zobacz galerię 1 Zdjęć
Czasem pacjent mówi, że go ranię. A ja mu na to, że bardziej martwiłbym się o to, jak od dekad zadaje mu ból jego fantazja – mówi terapeuta Jon Frederickson. W książce „Kłamstwa, którymi żyjemy” zauważa, że ludzie często przychodzą na terapię nie po to, by przejrzeć na oczy, tylko utwierdzić się w złudzeniach

Czasem pacjent mówi, że go ranię. A ja mu na to, że bardziej martwiłbym się o to, jak od dekad zadaje mu ból jego fantazja – mówi terapeuta Jon Frederickson. W książce „Kłamstwa, którymi żyjemy” zauważa, że ludzie często przychodzą na terapię nie po to, by przejrzeć na oczy, tylko utwierdzić się w złudzeniach

Dlaczego ludzie trafiają do terapeuty?

Bo cierpią. Mają depresję albo są pełni niepokoju, czasem ich związki nie spełniają ich ambicji czy oczekiwań i też z tego powodu cierpią. Widzą to i decydują się zwrócić do kogoś, kto pomoże im zrozumieć powody ich cierpienia. I to trzeba podkreślić: nie idziemy na terapię, bo potrzebujemy wglądu w to, co się z nami dzieje, dotarcia do źródeł naszych problemów. Idziemy na terapię, bo chcemy doznać ulgi w naszym cierpieniu.

Przychodzi więc pacjent, siada w fotelu i zaczyna opowiadać. Nie znacie się, pan nie ma pojęcia, kim on jest i z czym przychodzi. Przedstawia jakąś historię, opowiadającą o jego cierpieniu, która niekoniecznie miała dokładnie taki przebieg, jaki on zapamiętał. Na co pan, jako terapeuta, zwraca najbardziej uwagę?

My, terapeuci, najbardziej jesteśmy ciekawi tego, co pacjent chce nam opowiedzieć. Słuchamy uważnie i z czasem zaczynamy wyłapywać sprzeczności, na przykład pomiędzy tym, co o sobie mówi, a co robi, a nawet między tym, co mówił przed chwilą, a tym, co mówi teraz. Pacjenci mogą nie być nawet świadomi tych sprzeczności, ale my staramy się pomóc im je zobaczyć. Naprawdę rzadko się zdarza, że ktoś przychodzi i celowo zaczyna opowiadać nieprawdziwe historie na swój temat. Bo ludzie przez większość czasu nie uświadamiają sobie, że mijają się z prawdą. Zwykle nie mają pojęcia, że kłamią terapeucie, bo kłamią sobie i w ten sposób unikają jakiejś części rzeczywistości.

Pewnego dnia rozmawiałem z kobietą, która zaczęła opowiadać o swoim chłopaku. Powiedziała, że trzy lata temu rozwiódł się z żoną, która najpierw miała romans, a potem go rzuciła. Trzy lata po tym wydarzeniu on nadal opowiada o niej w samych superlatywach, jaką to była wspaniałą osobą i w jakim pięknym związku byli. I pewnie to był piękny i wartościowy związek w jakimś momencie, ale przecież ta sama osoba, którą tak wychwalał, oszukała go i zdradziła. Czyli i to, że była cudowna, jest prawdą, i to, że nie była, też jest prawdą.

(…)

Więcej w lipcowym numerze magazynu SENS.

Wydanie 07/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czego możemy nauczyć się z bajek? Rozmowa z Katarzyną Miller

Bajki powinniśmy czytać nie tylko dzieciom, ale też sobie. Zwłaszcza te, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też pomoże pokonać dzisiejsze problemy. (Ilustracja: iStock)
Bajki powinniśmy czytać nie tylko dzieciom, ale też sobie. Zwłaszcza te, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też pomoże pokonać dzisiejsze problemy. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Lubimy czytać je dzieciom, i bardzo słusznie, ale według psycholożki Katarzyny Miller powinniśmy poczytać też sobie. A zwłaszcza wrócić do bajek, które najbardziej lubiliśmy, albo których się baliśmy. To powie dużo o naszych potrzebach, ale też może pomóc pokonać dzisiejsze problemy.

Chyba nie pamiętam, kiedy usłyszałam pierwszą baśń lub bajkę. Sądzę, że wiele osób ma podobnie. To świadczy o tym, że towarzyszą naszemu wychowaniu od najmłodszych lat. No oby, oby ciągle tak było...

Sprzedaż klasycznych baśni nadal ma się dobrze, do tego powstaje wiele nowych wersji... I nie zawsze są one mądre, niestety. W baśniach jest wiele okrucieństwa, a przede wszystkim często okrutni są tam rodzice lub opiekunowie. Niektórzy nie lubią czytać klasycznych bajek swoim dzieciom właśnie z powodu tego okrucieństwa. Boją się je w sobie odnaleźć, gdyż czują się tu bezradni. Dlatego też scenarzyści piszą nowe wersje, gdzie jest więcej pozytywów, ale mniej prawdy o życiu. A dzieci się lepiej wychowują i bardziej wzmacniają na prawdziwych bajkach, w których Babę-Jagę wrzuca się do pieca i pali żywcem. Bo wtedy dopiero jest sprawiedliwy koniec – zło już nie istnieje, zostało unicestwione. Opłaca się być więc dzielnym, opłaca się pomagać innym, prosić o pomoc i współpracować z tymi, którzy są w porządku. Opłaca się być żywym, a nie grzecznym. Jest w tym nadzieja dla dziecka.

Idea tworzenia i czytania bajek jest ciągle ta sama – mają nam pomóc w rozwoju, dodać wiary w siebie i pomóc przejść przez rozmaite kryzysy. Dobrze mówię? Dobrze mówisz. Bajki mają, po pierwsze, pokazać dzieciom, że ich lęki i obawy są zupełnie normalne. Bo w życiu, oprócz dobrych rzeczy, zdarzają się też rzeczy straszne, ale można sobie z nimi poradzić i trzeba to robić poprzez rozwijanie siebie, stawianie na siebie oraz szukanie lub wykształcanie w sobie pewnych umiejętności albo cech. Po drugie, bajki pokazują, że życie jest drogą, a każdy jest królem w swoim królestwie. To słynne zdanie, które pojawia się na zakończenie prawie każdej bajki, a które mówi o tym, że król i królowa żyli od tej pory długo i szczęśliwie, jest tak naprawdę o wiele mądrzejsze i piękniejsze niż nam się wydaje. Nie chodzi w nim wcale o to, że oni później nie mieli żadnych kłopotów, tylko że poprzez drogę, którą przeszli, nauczyli się radzić sobie, ufać sobie, pomagać sobie wzajemnie, wierzyć w dobro i żyć w zgodzie z przyrodą. Stają  się ludźmi coraz pełniejszymi.

Wiedzą, jak sobie radzić ze złem, które może ich spotkać, więc optymistycznie patrzą w przyszłość. Dokładnie tak, w związku z tym mądrze rządzą swoim królestwem.

Czyli sobą? Sobą i wszystkim, co jest ich życiem.

Dlatego w bajkach jest tyle księżniczek, królewien i królewiczów? Po części tak, a po części dlatego, że byli dobrym symbolem. Większość klasycznych baśni powstała w czasach, gdy król i królowa byli po prostu najważniejsi. Byli autorytetami, wzorami; dziś powiedzielibyśmy – celebrytami. Na nich wszyscy patrzyli i każdy chciał być tacy, jak oni.

Bajki miały pokazać, że wcale nie mają lżej od nas? Raczej, że to są ludzie i też muszą przejść swoją drogę, czegoś się nauczyć, doświadczyć – jak każdy. Mimo że pewnie oni to przejdą na innym poziomie bytowym. Choć królewna wygnana do lasu nie ma już służby, prawda?

Jest też spora grupa bajek, typu Głupi Jaś, Tomcio Paluch czy Rybak i Złota Rybka, które nie opowiadają o koronowanych głowach, a o prostych ludziach i ich mądrości. Moją ukochaną bajką z tej grupy jest ta o rybaku, który znalazł szktatułkę z dżinem. Rybak był bardzo biedny i na dodatek tego dnia nie udało mu się niczego złowić. Kiedy już miał się poddać i iść do domu, nagle w sieci poczuł coś ciężkiego. Była to złota szkatułka, on ją oczywiście otworzył, a wtedy ze środka wychynął dżin i powiedział: „Aha, to teraz cię zabiję”. „Jak to? Przecież cię uratowałem” – zdziwił się rybak. „No to zaraz ci wyjaśnię. Mój kalif, u którego byłem wezyrem, był jeszcze większym czarownikiem niż ja. Kiedy mu się sprzeciwiłem, zamknął mnie w tej szkatułce i wrzucił na dno jeziora. Przez pierwsze sto lat obiecywałem sobie, że kto mnie uratuje, dostanie królestwo i królewnę za żonę i będzie zawsze szczęśliwy. Przez następne sto mówiłem, że kto mnie uratuje, dostanie królestwo, królewnę, ale nie będzie już taki szczęśliwy. Za kolejne sto – nie będzie już miał królewny, za kolejne – królestwa, a na końcu postanowiłem sobie, że jak ktoś mnie odnajdzie, to go zabiję, bo mam już tego dosyć”. Zobacz, to bardzo fajny obraz tego, jak człowiek traci nadzieję i jak się wtedy zmienia jego podejście.

Rybak tak trochę podumał i powiedział: „To wszystko jest bardzo smutne i przykre, ale mnie się wydaje, że ty kłamiesz”. „Ja kłamię?!”. „Taki wielki dżin nie może się przecież zmieścić w takiej małej szkatułce”. „Taak? To ja ci zaraz pokażę…”. No i ponieważ dżin miał chorą ambicję, schował się z powrotem do szkatułki, na co rybak zamknął wieko i wrzucił dżina z powrotem do jeziora.

I jaki morał z tej bajki? Bo bajka chyba musi mieć morał... Co prawda rybak nadal niewiele złowił i się nie najadł, za to okazał się mądrzejszy od wielkiego mędrca. Został jakby ten sam, a jednak nie był już taki sam, prawda? Zdobył jakieś zaufanie do siebie, może też podziw i wdzięczność. Ale może nie zawsze chodzi o morał? Przeżycie, doznanie, znalezienie się gdzie indziej jest wielką wartością. Obcujemy z dżinem, czarami, głębią jeziora i głębią czasu, ze sprytem, wygraną i przegraną...

Jest taka piękna książka Pierre’a Péju „Dziewczynka w baśniowym lesie”. Francuski filozof polemizuje w niej z Brunonem Bettelheimem, psychoanalitykiem i badaczem baśni.  Jego zdaniem nie chodzi o interpretowanie baśni, lecz o to, by obcować z nimi. „Chodzi o porywy i siły, o intensywność uczuć, o niejasne sposoby odczuwania”. Mnie fascynuje podejście i Bettelheima, jako psychoterapeutkę, i Péju, jako poetkę.

A powiedzmy trochę o kobietach w bajkach. Z jednej strony mamy Królewny Śnieżki, Calineczki, Kopciuszki, a z drugiej – macochy, czarownice i złe królowe. Panuje tu o wiele większa różnorodność niż wśród męskich bohaterów. Kobiety w bajkach są takie jak te w życiu. Bywają macochy dobre i złe, bywają złe i dobre królowe, tak jak bywają złe i dobre matki. Bywają też takie dziewczyny jak Gerda z „Królowej Śniegu” albo jak Córka Rozbójnika, którą Gerda spotyka. Obie są zupełnie inne, a jednocześnie mają do siebie ogromny szacunek, są bardzo mądre i odważne. A pamiętasz, jak Gerda spotyka wróżkę od kwiatów? Ona jest wobec dziewczynki bardzo ciepła, troskliwa i chce ją zatrzymać u siebie na zawsze. I to jest na przykład matczyna nadopiekuńczość. Bardzo częsta zresztą. Niektórzy może woleliby tam zostać...

A Królowa Śniegu kim jest? Ona jest zniszczoną kobietą, przez los albo przez ludzi, potwornie zimną w środku i w związku z tym chce, by świat wyglądał tak jak jej wnętrze. Żeby nie być jednak sama, porywa Kaja i jego też zamraża. A udaje jej się to między innymi dlatego, że jest bardzo piękna – zimno w końcu konserwuje (śmiech). Motyw pięknej królowej, zazdrosnej o młodą królewnę jest bardzo częsty w bajkach. Najbardziej rozpoznawalny jest w „Królewnie Śnieżce”, gdzie pada słynne: „Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”.

W bajkach ważną rolę pełnią też zwierzęta. Czasem są pomocnikami, a czasem przewodnikami. Zwierzęta w bajkach są zawsze mocno ugruntowane w świecie, w którym żyją, wiedzą, co trzeba robić i jak. Oprócz takich jak Smok Wawelski czy wilk z „Czerwonego Kapturka”, są raczej pozytywnymi postaciami. A jeśli się im pomoże, to potem się odwdzięczają. Często poddają bohatera próbie, która ma zaświadczyć o jego wewnętrznej klasie.

Jako dziecko uwielbiałam takie bajki. Pamiętam zwłaszcza jedną, o trzech braciach, którzy kolejno mieli iść po wodę do zaczarowanego źródełka, żeby uleczyć chorą matkę. Po drodze mijali wiele zwierząt w potrzebie i tylko najmłodszy zatrzymał się, by pomóc, a one potem bardzo pomogły jemu. Czyli przemawiało do ciebie dobro, które potem wraca i świat jako wspólnota, w której to, co zrobiłeś dla innych, nie idzie na marne.

Oraz taka refleksja, że nigdy nie wiesz, kiedy będziesz potrzebował pomocy od tego najmniejszego, któremu teraz pomagasz. Do dziś pamiętam taki motyw z bajki, w której chłopiec albo dziewczynka uratowali pszczołę, a potem odwdzięczył im się za to cały rój. To jest moim zdaniem najcenniejsze przesłanie wszystkich bajek. To, co wypuszczasz dobrego, wróci, tylko nie wiesz nigdy, z której strony i jak. Ale też nie możesz tego robić jedynie po to, by wróciło. Warto widzieć coś więcej niż czubek swojego nosa i niż cel swojej podróży. Bo sama droga jest ważniejsza niż cel.

Zgodzisz się wybrać ze mną w taką podróż po najpopularniejszych z bajek i po tym, jak można je czytać terapeutycznie? No pewnie, z przyjemnością!

Zacznijmy od „Calineczki”. Czy to jest opowieść o – delikatnie mówiąc – niefortunnych zalotnikach? Moim zdaniem Calineczka znalazła się po prostu w nie swoim świecie. To wszystko, co kret, ropucha, mysz polna czy chrabąszcz od niej chciały, było zupełnie normalne w ich świecie i w ich relacjach z ich pobratymcami. Niemniej jednak wobec Calineczki było opresyjne. Te wszystkie zwierzęta chciały ją, bo była takim cudem, dziwem – dziewczyną nie większą niż paluszek, wyhodowaną z ziarenka, które zasadziła kobieta bardzo pragnąca własnego dziecka. To jest opowieść o tym, że nie można szukać w innych światach niż swój. Można się kimś zachwycić, można nawet się wdać we wspaniały romans, ale życie z kimś całkiem różnym od nas nie byłoby dobre. Bo wtedy się ma, że tak powiem, za dużo niewspólnego ze sobą.

To teraz „Kopciuszek”. W powszechnym mniemaniu to synonim dziewczyny wykorzystywanej i wykonującej najgorsze prace. Nieśmiałej, kryjącej swoje atuty. Stąd właśnie moje głębokie przekonanie, że to jedna z tych bajek i bohaterek, które są zupełnie niewłaściwie interpretowane. Albo się ją uważa za ofiarę losu albo za taką, co to jej się cudem trafił książę. Ja widzę ją zupełnie inaczej.

Po pierwsze, to dziewczyna, która miała kochającą matkę. Mimo że umarła wcześnie, zostawiła jej poczucie, że jest ważna. Postać wróżki, czyli matki chrzestnej, jest właśnie uosobieniem matki, która wraca, kiedy Kopciuszek jej potrzebuje, i która stale się nim opiekuje. Jest tu też zła macocha z dwiema córkami. Macocha to z kolei taka baśniowa postać, która, jak podkreślał Bettelheim, pełni rolę matki stawiającej dziecku hołubionemu i pieszczonemu zadania i ograniczenia, dziecku więc się to nie podoba. Moim zdaniem macochy w baśniach mają za zadanie także podkreślić postawę ojca, oddającego władzę nad domem i dziećmi kobiecie, takiemu trochę umywającemu ręce. I przypomnę tu ojca Jasia i Małgosi, który na żądanie nowej żony wyprowadził dzieci do lasu. Ojciec Kopciuszka też nie zwraca uwagi na to, że macocha traktuje jego córkę gorzej niż swoje córki, każe jej sprzątać, jadać w kuchni i generalnie służyć całej reszcie. Ciągle nie ma go w domu, jakby wcale się nie interesował tym, co się w nim dzieje.

Pomimo tego wszystkiego Kopciuszek jest pogodną, ciepłą i bardzo pogodzoną ze sobą istotą. Dziewczyna tańczy i śpiewa, pracując, karmi myszki okruszkami, wszystkie zwierzątka ją lubią, ufają jej i się z nią bawią – ona nie jest samotna ani godna pożałowania. I zobacz, mimo że jej przyrodnie siostry i macocha są dla niej okropne, nie jest dla nich złośliwa, nie mści się na nich, nie narzeka, nie złości się. A kiedy się dowiaduje o balu, oczywiście, że chce na niego iść, ale po to, by zobaczyć, pobawić się, potańczyć. Nie jak jej przyrodnie siostry, które są przez matkę wypychane na bal, by zdobyć męża. A kiedy dostaje suknię i powóz – i trzeba to podkreślić – przyjmuje to zupełnie naturalnie. Wsiada do karocy i jedzie. Mało tego, bawi się na balu jak nikt. Ta radość z niej tak promieniuje, że książę po prostu musi zwrócić na nią uwagę. Poza tym się spóźnia – czyli ma dobre entrée!

I jeszcze wychodzi przed czasem! Nie dybie na księcia, nie narzuca się mu, w tym sensie jest inna od wszystkich panien na balu. Kompletnie nie widzę w niej ofiary. A co do jej „bezsensownej” pracy: to najbardziej kobieca praca pod słońcem, która nie jest wojną, a oddzielaniem ziaren od popiołu, czyli znajdywaniem tego, co jest w życiu ważne i odżywcze. Dla mnie to bajka o pogodzie ducha, czyli o tym, że kiedy cieszysz się z tego, co masz, przychodzi więcej.

A „Kot w Butach”? Moim zdaniem opowiada o tym, że wszyscy potrzebujemy dobrego PR-u. Kot wpada na świetne pomysły, by zapromować swojego pana, czyli Jasia młynarczyka, królowi i jego córce. Zwierzęta w bajkach, mitach czy snach często uosabiają pewne cechy ludzkie. Kot jest dla mnie właśnie taką częścią Jasia, która jest bardzo inteligentna, spostrzegawcza i sprawcza i potrafi siebie „sprzedać”. Czyli morał z bajki jest taki, że nieważne, czy urodzisz się biedny, jeśli umiesz korzystać ze swoich zasobów i z pomocy. No i przypomnijmy początek bajki – początki są zawsze niesłychanie ważne – czyli skąd ten kot się w ogóle wziął. Otóż ojciec, stary młynarz dzielił majątek na łożu śmierci i starsi bracia dostali dom, sad i osła, a Jaś dostał kota. Czyż to nie jest cudowne? Tym, co najcenniejszego dostajesz, jest twoja inteligencja i spryt. Z nią i dom sobie wybudujesz, i sad zasadzisz. Ta bajka przypomina mi zresztą inną, jedną z moich ulubionych, o Jasiu Głuptasku.

Tu też początek jest genialny: „Miał dziedzic dwóch synów, a trzeci, Jasiek, latał po polach, nieubrany, niewykształcony...” Zobacz, od początku widzimy, że on w tej rodzinie się nie liczy. Wiesz, ile dzieci tak właśnie się czuje, bo są tak traktowane? Ale to nie znaczy, że nie mogą potem najlepiej żyć! W bajce wszyscy jadą do królewny w konkury. Ojciec wyposaża dwóch synów w piękne ubrania, daje im konie i pieniądze na drogę. A Jasiek? Wskoczył na swoją kozę, bo tylko ją miał, i wesolutki wyruszył przed siebie za braćmi. I zbierał, co miał po drodze. A to gówienko zaschnięte, a to zdechłą wronę... Kiedy wszyscy dojechali na miejsce, królewna była już nieźle znudzona zalotnikami. Każemu zadawała jakieś pytanie. I żaden się nie popisał odpowiedzią. Przyszła też kolej na Jasia. Królewna pyta go, tak jak i innych: „A co mi przyniosłeś w darze do jedzenia?”. „A zdechłą wronę” – odpowiada niezbity z tropu Jaś. „A na czym mi ją podasz?” – już z lekkim uśmiechem pyta królewna. „A na tym gówienku zeschniętym”. „A jak mi ją podasz?”, „A rozprysnę to gówienko na posadzce, żeby wszystkich pobrudziło” – odparowuje Jasiek. Kiedy królewna zaczęła się śmiać, to już jasne było, że wybierze tego, z którym będzie się bawić całe życie.

Obie bajki mówią o naszym potencjale. O potencjale i Wewnętrznym Dziecku, które jest otwarte, spontaniczne, które ma pomysły, jest szczere i nie udaje nikogo. Ale też traktuje innych jak fajnych ludzi. Jaś w królewnie zobaczył dziewczynę, która się nudzi i którą przydałoby się rozweselić.

Dzięki temu ona też mogła poczuć się zwykłą dziewczyną, a nie nagrodą. W bajkach królewna zawsze była „dorzucana” w gratisie do królestwa. Niejedna kobieta „królewna” tak ma.

A „Śpiąca Królewna”? Tu z kolei mamy piękną opowieść o dorastaniu, którego nie można zlekceważyć i w żaden sposób zatrzymać. W „Śpiącej Królewnie”, co rzadkość, występują oboje rodzice. Przestraszeni klątwą jednej z wróżek (niezaproszonej na chrzciny królewny), głoszącą, że ich córka zaśnie na wieki, kiedy ukłuje się w palec wrzecionem w wieku 15 lat, dostają świra na punkcie chronienia jej przed wszelkim niebezpieczeństwem. Zaczynają od wyrzucenia z kraju wszystkich kobiet, które tkają ubrania – wyobraźmy sobie, jak w ten sposób zubażają poddanych. A co robi królewna w dniu 15. urodzin? Wchodzi na wieżę, na którą nie wolno jej było wchodzić, a tam już czeka stara kobieta, prządka, ostatnia, która się uchowała w kraju – i królewna oczywiście kłuje się w palec. Zasypia więc na sto lat, a wraz z nią zasypia królestwo, pogrążone w smutku. Na szczęście trafia się królewicz, który budzi królewnę pocałunkiem prawdziwej miłości.

I z tym fragmentem mamy dziś pewien problem. Niektórzy oburzają się, że książę całuje niczego nieświadomą królewnę, czyli robi to wbrew jej woli. Ale tu wcale nie o to chodzi, według mnie oczywiście. Choć ciekawi mnie i cieszy różnorodność odczytywania baśni, to lubię moje interpretacje podbite doświadczeniem i życiowym, i zawodowym.

Więc o co chodzi? Królewna ma 15 lat, kiedy zasypia, i to zasypia z krwią na palcu, a krew jest menstruacyjna. Czyli następuje przejście dziewczynki w kobietę, do czego nie chcieli dopuścić król i królowa. Mamy więc kolejną parę nadopiekuńczych rodziców. Postępują zupełnie jak niektórzy ministrowie, którzy uważają, że jeśli młodych odetnie się od wiedzy o seksie, to przestaną go uprawiać. Rodzice królewny nie zgadzają się na to, by ona wiodła prawdziwe życie. Chcą zatrzymać jej rozwój.

Zasypia więc na sto lat, żeby obudzić się już w innym świecie. Książę jest z jednej strony mężczyzną w niej zakochanym, ale z drugiej strony – jej wewnętrznym animusem, męskim pierwiastkiem. Grzeczna dziewczynka nie wytwarza w sobie animusa, czyli mocy do obrony swoich praw. A Śpiąca Królewna ewidentnie była taką dziewczynką. Od rodziców tego nie dostała, dopiero od księcia, który ją obudził. Książę pełni tu rolę rówieśnika, kogoś z zewnątrz, kto wnosi nową energię. I to jest właściwy etap rozwoju, bo młodzi muszą zostawić dom, żeby dorosnąć. Dziecko ma żyć własnym życiem, a rodzice – własnym.

Mówiłyśmy już trochę o „Królewnie Śnieżce”, że opowiada o kobiecej zazdrości. Rywalizacji, nienawiści, nieżyczliwości, egocentryzmie... No ale są też krasnoludki, które opiekują się Śnieżką w lesie.

I co one symbolizują? Wszystkie instynkty, cechy i wyposażenie Śnieżki, jak i duchy przyrody, siły życia, które istnieją i bardzo pomagają ludziom. Tylko trzeba z tego ich wsparcia korzystać. Proponuję: „Nie pomagajcie nikomu, kto nie prosi, nie dziękuje i nie korzysta. Bo wtedy wszystko się marnuje”.

A „Królowa Śniegu”, o której też już mówiłyśmy – czy to jest opowieść o kobiecie, która ratuje mężczyznę, jak Gerda – Kaja? Znów to powtórzę, Gerda jest dla mnie najpełniejszą postacią kobiecą w bajkach. Oczywiście można czytać „Królową Śniegu” na kilka sposobów, ja lubię ten jungowski, według którego Gerda ma w sobie zarówno animę, jak i animusa. Pierwiastek kobiecy i męski. Moim zdaniem Kaj jest właśnie jej animusem, więc idzie po niego, żeby spotkać swoją dzielność. Żyjemy w czasach, w których kobiety znacznie częściej niż kiedyś spotykają swoją dzielność. Można więc powiedzieć, że to jest bardzo aktualna baśń. Poszłabym nawet dalej i powiedziała, że ponieważ kobiety znajdują swojego animusa, to dzięki temu są w stanie uratować także mężczyzn, którzy posłali świat w bardzo złą stronę, bo od dawna szczycą się tym, że zaprzeczyli swojej animie.

Skoro ratujesz mężczyznę w sobie, ratujesz też męskość? Jeśli zaczynasz rozumieć mężczyznę w sobie, jeśli twój ojciec zaszczepia ci dobry obraz męskości, a do tego masz fajnych braci i kumpli – to męskość jest energią, z którą z przyjemnością się spotykasz, nie obawiasz się jej, nie chcesz jej zwalczać, a i ona nie zwalcza ciebie.

Baśń, która w dzieciństwie utkwiła mi w pamięci, to „Dzikie łabędzie”. Czyli opowieść o siostrze, która aby zdjąć zaklęcie z braci, szyje dla nich koszule z pokrzyw zbieranych o północy przy cmentarzu. Bardzo mi to przemawiało do wyobraźni. Prawda? Coś dla Pierre’a Péju! A bracia – znów – zostali zaczarowani przez złą macochę. Ciekawe jest to, że aby przeciwzaklęcie podziałało, dziewczyna ma nic nie mówić do momentu, gdy skończy szyć ostatnią koszulę. Macocha i ją wygania z zamku, więc ona siedzi w lesie i szyje te koszule, kalecząc sobie przy tym palce. Aż spotyka ją król, który się w niej zakochuje. Kolejna postać męska, która bierze sobie niemotę. Dziewczyna jest miękka, biedna, więc król może się przy niej czuć jeszcze bardziej królem. Ale jeden z doradców zarzuca jej, że jest czarownicą. Pod wpływem jego podszeptów król zapomina o swojej miłości, dochodzi do procesu. W ostatnim momencie przylatują jej bracia, ona zarzuca im koszule, zamieniają się w mężczyzn, tylko jednemu zostaje skrzydło zamiast ręki, jako przypomnienie, że nie ma całkowitej „idealności”.

No to na zakończenie bajka, która mnie jako dziecko najbardziej przeraziła – „Sinobrody”. Ach, cudowna! Przejmująca i bardzo plastyczna.

Przecież to opowieść o przemocy wobec kobiet. Ale też o psychopatii i złu oraz łatwości ulegania im. W książce „Bajki rozebrane” mówię o niej tak: „Postać ta ma dużą nośność w kulturze, a bajka jest bardzo ważna dla kobiet, przede wszystkim dla tych, które poszukują mężczyzn, związku pełnego poczucia bezpieczeństwa i spełnienia. To jest baśń nie o nas jako o dzieciach, tylko o nas jako dorosłych. To jest baśń o naszej naiwności, o pragnieniach, których często nie widzimy i nie potrafimy sobie zdać sprawy z ich istoty, o depresji, w jaką wpadamy, o bezwzględności mężczyzn, z którymi mamy często do czynienia. Nie mówiąc o naszej dzielności, o tym, że związki często zmuszają nas do tego, byśmy dorosły i porzuciły pewną dziecięcość”.

Sinobrody jest bogaty, odpychający i miał wiele żon, z którymi nie bardzo wiadomo, co się stało. Ale najmłodsza córka pewnej rodziny się go nie bała. Wziął ją więc za żonę i przykazał, że wszędzie może w ich domu wchodzić, poza jednym pokojem. Jest kilka wersji bajki, w jednej to siostry ją namówiły, w innej sama zdecydowała się włożyć kluczyk do zamka. I znalazła tam wszystkie żony, zabite. Niestety kluczyk zaszedł krwią, więc mąż po powrocie dowiedział się, że go nie posłuchała. Oczywiście to nie jest dobrze, żeby mężczyzna miał komnatę pełną trupów, ale jest dobrze, żeby miał swoją przestrzeń, w którą kobieta nie wlezie. A ona włazi.

Dzisiaj zamiast komnat kobiety sprawdzają komórki partnerów... „A co ty tak z nią esemesujesz?”, „Kto do ciebie o tej porze pisze?”. Gdyby żona Sinobrodego nie otworzyła komnaty, to on nie miałby powodu chcieć jej za to zabić. Złamała obietnicę, jaka była warunkiem jej dobrobytu. Często mówię: czego chcą kobiety? Kobiety chcą więcej.

To też jest baśń o tym, że każdy ma swój mroczny kawałek i trzeba sobie i innym na to pozwolić. Nie zmuszajmy ludzi do wyjawiania tajemnic. Oczywiście tu nie chodzi o to, że życzę kobietom życia z mordercami, choć niektóre się o to same proszą, pisząc listy do więźniów i potem za nich wychodząc.

Sinobrodego zabijają bracia, którzy ruszają siostrze na pomoc, czyli znów podkreślana jest potrzeba dzielności, odszukania w sobie animusa. Ale też jak ważne jest to, że mamy pomocników w życiu.

Na czym właściwie polega terapeutyczność bajek? To wszystko jako dzieci odbieramy podświadomie? Bardzo dużo przekazów odbieramy podświadomie. Poza tym im wcześniej nauczymy się prawdy, że życie bywa różne: fajne i okrutne też – tym lepiej. Naturalnie chodzi o to, by dziecko było gotowe to przyjąć i chciało słuchać. Niektóre chcą, by w kółko czytać im jedną bajkę.

Rodzice są tym zwykle zmęczeni... Ale właśnie te bajki, których najczęściej chcemy słuchać, są nam najbardziej potrzebne do rozwoju. Dzieci, którym dużo czytano bajek w dzieciństwie, mają zwykle swoje ulubione i te, których najbardziej się boją. To wszystko o czymś mówi. Moją ulubioną była „Królowa Śniegu”, bo moja matka była królową śniegu. A Gerda była dziewczyną, którą chciałam się stać, i chciałam wierzyć, że mogę.

A jest sens nam, dorosłym wracać do tych bajek? I to wielki! Ciągle dużo te bajki o nas, dziś żyjących, mówią. Tym, którzy chcą dowiedzieć się więcej, jak je interpretować, polecam moją książkę, „Cudowne i pożyteczne” Bettelheima, Pierre’a Péju i jeszcze inną: „Tęsknota silnej kobiety za silnym mężczyzną” Mai Storch, psychoanalityczki i pisarki. Właściwie cała  jest oparta  na pięknej baśni o dziewczynie bez rąk. Opowiada o tym, jaką pracę nad sobą musi wykonać nieporadna i nieprzygotowana przez rodziców do życia dziewczyna, ale też jaką drogę muszą przejść kobieta i mężczyzna, żeby się ze sobą spotkać.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Zdrowie

Aromaterapia - pachnąca kuracja

 Zapachy budują dobry nastrój. (Fot. iStock)
Zapachy budują dobry nastrój. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Lekarstwo nie musi być gorzkie. A leczenie nie musi być przykre. Tym razem proponujemy takie, które działa między innymi dlatego, że jest przyjemne. Tak bardzo, że aż chce się je stosować. I dużo może. Radzi sobie na przykład z wirusami, co dziś szczególnie aktualne. Mowa o aromaterapii.

Francja, rok 1413. Szaleje dżuma, zwana czarną śmiercią. Ale nie wszyscy umierają. Kilku kupców, którzy wcześniej zajmowali się handlem przyprawami i ziołami z Indii – można więc założyć, że mieli pewną wiedzę na temat tych substancji – zmieniło fach na złodziejski. Grabili groby i domy ludzi zmarłych na zarazę i jakoś sami nie chorowali. Rzecz zbadano. Okazało się, że przedsiębiorczy złoczyńcy nacierali sobie dłonie, stopy, skronie specjalną mieszanką olejków eterycznych, przykładali sobie też nasączone nią tkaniny do ust. Mieszanka ta – pod nazwą „olejek złodziejski” albo „olej czterech złodziei” – przetrwała i dziś z powodzeniem jej używamy. W jej skład wchodzą olejki: goździkowy, cynamonowy, eukaliptusowy, cytrynowy i rozmarynowy. Działa na patogeny: wirusy, bakterie, grzyby, co w dobie koronawirusa powinniśmy szczególnie docenić. Choć, rzecz jasna, używanie olejku ani nie zwalnia ze stosowania środków ostrożności, ani nie zagwarantuje, że się nie zakazimy. Jednak zdecydowanie zwiększa nasze szanse na zdrowie.

Ochronią przed wirusem

Czym są olejki eteryczne? To naturalne substancje ekstrahowane lub destylowane z torebek molekularnych roślin. – Rośliny wytwarzają te związki nie po to, by pachnieć – mówi Edyta Tecław, aromaterapeutka, założycielka marki ViaAroma – ale by bronić się przed szkodnikami, owadami, innymi roślinami, które wchodzą na ich terytorium. My te substancje pozyskujemy i korzystamy z ich właściwości. Mamy olejki na ból głowy, na ból gardła, problemy z trawieniem, na stawy, na mięśnie, na sen… Wyliczać można długo. Ale ponieważ ostatnio naszym życiem rządzi pewien wirus, przyjrzyjmy się, jak możemy się przed nim chronić. Niestety, nawet najlepszy jakościowo olejek czterech złodziei nie zastąpi szczepionki. Nie znaczy to jednak, że nie pomoże. Przede wszystkim „oczyści atmosferę”. Jeśli w pomieszczeniu dyfuzujemy olejek antywirusowy, po 15–20 minutach przeciętny pokój (około 20 metrów kwadratowych) nasyca się olejkami tak, że powietrze się oczyszcza. Patogeny są wychwytywane i niszczone. – Olejkami nie zbudujemy odporności – mówi Szymon Kaźmierczak, współtwórca marki Purite, zielarz i fitoterapeuta. – Związki lotne też są metabolizowane, wydalane, nie powodują namnażania się limfocytów, czyli ciał związanych z odpornością. To, co realnie można robić, to utrzymywać poziom substancji lotnych w naszym otoczeniu na takim poziomie, żeby wspierać zwalczanie patogenów. Olejek bezpośrednio ingeruje w strukturę wirusa, rozrywając ją. Czyli olejki przynoszą efekt w trakcie ich stosowania. Jeśli będziemy je dyfuzować tam, gdzie są wirusy i bakterie, zwiększamy szanse, że nie przenikną one do naszego organizmu. – Substancje lotne najszybciej wchłaniają się przez błony śluzowe podczas wdychania – mówi Edyta Tecław. – Trafiają wtedy od razu do krwiobiegu. Sama mam w domu alergików, więc dobrze to wiem – w czasie ataku duszności nie podaje się im syropu czy tabletki, lecz leki wziewne. Bo kiedy chory weźmie głęboki wdech czy nebulizator do nosa, działanie jest natychmiastowe. Syrop czy tabletka przechodzą najpierw przez układ pokarmowy, to trwa. Ponadto wdychając, nie obciążamy układu pokarmowego. Dariusz Cwajda, szef Instytutu Naturalnej Aromaterapii, potwierdza: – W domu najbardziej efektywna jest dyfuzja – cząsteczki substancji z olejków mogą się utrzymywać w powietrzu nawet przez kilka godzin. Działają wyjaławiająco – ale w dobrym znaczeniu, czyli eliminują mikroby. Można też przed koronawirusem – i innymi wirusami, które o tej porze roku atakują nasz układ odpornościowy – zabezpieczać się, korzystając na przykład z oleju czterech złodziei i obowiązkowych ciągle maseczek. Jedna (nie więcej) kropla na maseczkę – i nigdy na część przylegającą do skóry, bo w mieszance jest cynamon, który działa drażniąco – i jeśli ktoś przy nas kaszlnie czy kichnie, jest szansa, że olejek patogeny unieszkodliwi. Warto też wcierać olejek rozcieńczony w dowolnym oleju kosmetycznym, najlepiej w stopy. Są świetnie ukrwione, wszystko, co wetrzemy, po półgodzinie jest już w krwiobiegu. Ważne, żeby przy tym masować dłuższą chwilę, masaż uaktywnia, otwiera naczynia włosowate. To działanie i profilaktyczne, i lecznicze – już przy infekcji. W okresie obniżonej odporności można robić to codziennie wieczorem albo i rano, i wieczorem. Każdy dobry dotyk jest dla człowieka zbawczy – zwłaszcza gdy ktoś bliski poświęci chwilę i rozmasuje nam stopy.

Nie mamy badań potwierdzających działanie olejków na wirus SARS-CoV-2. – Ale wiem co nieco z praktyki – dodaje Edyta Tecław. – Ja sama miałam kilka razy bezpośrednią styczność z chorymi na COVID-19. Mój mąż był chory – a ja się nie zaraziłam. Rodzina żartuje, że to dlatego, że w mojej krwi płyną już głównie olejki eteryczne. W czasie choroby męża dodatkowo używaliśmy więcej olejku złodziejskiego, ja i dzieci. A i męża leczyłam olejkami – lekko przeszedł chorobę. Dlatego warto nasycić dom substancjami lotnymi. Poza dyfuzorem są inne metody. Można delikatnie skropić olejkiem poduszkę czy piżamę. Także sweter, poduszki na kanapie, ręczniki. Dodać kilka kropel olejku do płynu do płukania, blaty w kuchni przecierać ściereczką skropioną olejkiem. Spryskiwać zrobioną przez siebie mieszanką (alkohol, woda, olejek) wierzchnie ubrania. I nie musi to być koniecznie olejek złodziejski. Poza tymi, które wchodzą w skład mieszanki, mamy jeszcze inne o działaniu antywirusowym: drzewo herbaciane, trawę cytrynową, imbir, melisę lekarską, lawendę, ylang-ylang, olejek sosnowy, cedrowy. Warto dopasować zapach do naszych gustów. Najczęściej popełnianym błędem jest stosowanie kominków zapachowych. Podgrzewamy wodę z olejkami świeczką tak, że niemal się gotuje – a olejki nie lubią podgrzewania. Zapach – choć słabszy – będzie nawet wyczuwalny, ale zmienia się budowa strukturalna olejków, a tym samym skuteczność ich działania. – To tak jak z gotowaniem warzyw – mówi Edyta Tecław. – Gotujesz godzinę, smak może jakiś wyczujesz, ale długa obróbka termiczna powoduje dużą utratę witamin, a przecież zależy nam na wartościach odżywczych. Najlepsza w pomieszczeniach jest dyfuzja zimna, czyli zastosowanie urządzenia ultradźwiękowego, które bez podgrzewania rozbija cząsteczki olejku eterycznego na jeszcze mniejsze, takie, które długo unoszą się w powietrzu.

Zapachy budują dobry nastrój. (Fot. iStock) Zapachy budują dobry nastrój. (Fot. iStock)

Zadbajmy o emocje

Poza eliminacją wirusów warto odporność wspierać innymi sposobami. Przede wszystkim dbać o odpowiednie odżywianie, bo to ono buduje siłę immunologiczną naszego organizmu. Unikać cukru, jeść za to dużo, jak najwięcej (tu przesadzić się nie da) warzyw, kasz, przypraw takich jak imbir czy kurkuma. – Niezwykle ważne jest to, żeby budowanie odporności było wielopoziomowe – uważa Dariusz Cwajda. – Aromaterapia to tylko jeden z elementów. Podstawą zawsze jest dieta, a dalej – styl życia. To, jak wygląda nasz dzień. Co z aktywnością fizyczną, co z ruchem, zwłaszcza ruchem na świeżym powietrzu. Wreszcie – co ze snem. I tu też może wkroczyć aromaterapia. Dysponuje całą gamą olejków, które pomogą nam zasnąć i sprawią, że sen będzie długi i zdrowy – a tylko taki buduje odporność organizmu. Jakie olejki pomogą nam zasnąć? – 99 proc. ludzi powie, że królową olejków nasennych jest lawenda – mówi Dariusz Cwajda. – I to prawda. Ale jednocześnie wiele osób zapachu lawendy nie lubi. Kojarzy im się z babciną szafą albo saszetkami na mole. U nich ten olejek nie będzie mieć mocnego działania terapeutycznego. Ale mogą wypróbować inne. Jeśli ktoś lubi zapachy słodkawe, może być geranium różane (pelargonium), jeśli woli cytrusy – jest mandarynka. Mało kto wie, że mandarynka, która nam kojarzy się z owocem ożywczym, ma cudowne działanie nasenne. We Francji nazywana jest olejkiem dziecięcym – mamy dawały kropelkę na poduszkę czy piżamę dziecka – jeśli jeszcze połączyć to z lawendą, dzieciaki spały po 13 godzin. Dla bardziej zaawansowanych jest cudowna wetiweria, wspaniała też dla skóry. Ma działanie uspokajające, rozluźniające, stosuje się ją u dzieci nadpobudliwych, z zaburzeniami nerwowymi. A kobiety często wybierają ylang-ylang, wystarczy kropla, bo to olejek, który przyćmi wszystkie inne. Stosowany też w perfumiarstwie – jest składnikiem słynnego zapachu Chanel Nº 5. A ma właściwości relaksacyjne, spowalnia puls, akcję serca, przez to uspokaja. O tym, jak ważna jest wewnętrzna równowaga, mówi też Edyta Tecław. – Lęk, napięcie, stres osłabiają organizm. Każdy musi znaleźć własną drogę, by ze stresem walczyć, ale olejki mogą nas wesprzeć. Choćby ten z pomarańczy – naturalny antydepresant. Mnie aromaterapia pomogła parę lat temu, kiedy miałam trudny zdrowotnie czas, przejść przez szpital, operację, stres. A Szymon Kaźmierczak uzupełnia: – Rezultatem stresu jest spadek odporności, walcząc więc ze stresem przez tworzenie przyjemnej atmosfery w domu czy miejscu pracy, w naturalny sposób tę odporność sobie podnosimy. W USA w wielu szpitalach przed operacjami stosuje się olejek lawendowy obniżający napięcie, łagodzący stany lękowe. Wiadomo, że całkiem stresu nie usunie, ale pomaga. Często podczas sesji w gabinetach psychoterapeutycznych korzysta się z aromaterapii. Zapachy budują dobry nastrój. A kiedy nasza psychika ma się dobrze, to i ciało będzie automatycznie w lepszej formie. – Ludzie mówią: olejki niszczą wirusy. Tak, to prawda, ale moim zdaniem aromaterapia ma do zaoferowania znacznie więcej. Dzięki niej jesteśmy i pogodniejsi, i silniejsi – uzupełnia Dariusz Cwajda.

Nie tylko koronawirus

Olejki eteryczne mogą nas wspierać przy rozmaitych dolegliwościach. Czy zawsze pomogą? Na pewno nie zawsze i nie każdemu, ale warto, zanim weźmiemy choćby tabletkę od bólu głowy, wypróbować inne metody. Naturalne. – Po takie środki sięgaliśmy przecież od wieków – mówi Edyta Tecław. – Ja dopiero studiując naturoterapię, przypomniałam sobie, że właściwości roślin wykorzystywała moja babcia. Kiedy bolał mnie brzuch, dostawałam krople miętowe. Kiedy bolało ucho czy gardło, był aloes albo geranium. Oczywiście medycyna się rozwinęła, powstał wielki przemysł farmaceutyczny – i dobrze, bo są choroby, które tego wymagają, ale jest i druga strona medalu – nadużywanie chemii w codziennym życiu. Przyzwyczailiśmy się, że na najmniejszy ból czy problem jest tabletka. Ja tabletek od bólu głowy nie używam w ogóle. Wiem, który olejek pomaga przy problemach z bólem głowy, który przy problemach z gardłem. Zresztą kiedy czytam na ulotkach składy leków, widzę, że często występują tam te same związki chemiczne, które znajdują się naturalnie w roślinach, ale niestety syntetyczne. Co aromaterapeuci polecają na ból? – Niesamowite działanie przeciwbólowe ma olejek z lawendy. Zawsze mam ten olejek w domu – mówi Edyta – Jest też genialny na oparzenia, to jeden z niewielu olejków, który można stosować bez rozcieńczania olejem bazowym. Oparzenia zdarzają mi się niestety często, smaruję olejkiem, co szybko likwiduje ból i przyspiesza regenerację skóry, nie ma też potem problemu przebarwień czy blizn. A Szymon Kaźmierczak dodaje: – Podobno właśnie od lawendy zaczęła się współczesna aromaterapia. Legenda głosi, że francuski chemik René-Maurice Gattefossé poparzył sobie rękę w laboratorium i odruchowo zanurzył ją w olejku lawendowym, który stał obok. Po dwóch czy trzech dniach zauważył, że rana goiła się szybciej i ładnie zabliźniała. Zaczął więc przyglądać się działaniu innych olejków eterycznych. To był właściwie powrót do zapomnianej wiedzy – bo właściwości olejków znali starożytni. I Rzymianie, i wcześniej Egipcjanie. Olejki, których używali między innymi w procesie mumifikacji, niszczyły drobnoustroje, umożliwiały zachowanie ciała. Skutecznie – mumie przetrwały tysiąclecia. Geranium to, jak mówi Edyta Tecław, olejek kobiecy. – Pomaga przy bólach menstruacyjnych, kiedy posmaruje się nim dół brzucha, będzie działać rozkurczowo. Reguluje też gospodarkę hormonalną kobiet. Znakomicie wspiera przejście przez menopauzę, kiedy wiele kobiet zmaga się z uderzeniami gorąca i złym nastrojem. Ale warto samemu wypróbować. – Bo bywa różnie – dodaje. – Mnie na ból głowy pomaga mięta, inni wolą lawendę, jeszcze inni geranium albo kadzidłowiec, który poprawia ukrwienie mózgu. Moją mamę po udarze wspieram kadzidłowcem, który ma właściwości regeneracji połączeń w mózgu. W USA jest on używany pomocniczo przy terapii choroby Azheimera. Mięta pomaga na żołądek, ale wielu osobom przynosi także ulgę przy bólach głowy. Przeciwbólowy jest goździk – właśnie olejku goździkowego używali stomatolodzy, zanim wprowadzono mocniejsze chemiczne środki. Działa też przy bólach reumatoidalnych i bólach stawów. – Moim ulubionym jest olejek z czarnego pieprzu – przynosi też ulgę przy bólach mięśni i stawów. Jest to ulubiony olejek sportowców, którzy przygotowują się do zawodów. Profilaktycznie stosowany, odpowiednio rozgrzewa mięśnie przed wysiłkiem, aby nie dopuszczać do powstawania zakwasów – mówi Edyta. A na przeziębienie, zamiast aspiryny, olejki z brzozy i wierzby, które mają w składzie naturalnie występujące salicylany. Albo… poziomka. – Kwas acetylosalicylowy, czyli aspiryna, nie powinien być podawany dzieciom, bowiem istnieje ryzyko wystąpienia bardzo groźnego dla nich zespołu Reye’a. To rzadka, ale ciężka i potencjalnie śmiertelna choroba prowadząca do niewydolności wątroby oraz obrzęków i uszkodzeń mózgu. Tymczasem napar z liści poziomki przynosi efekty zbliżone do aspiryny, a nie powoduje tak dramatycznych skutków ubocznych.

Są też olejki szczególnie ważne dla kobiet, pomagające regulować układ hormonalny – geranium, szałwia muszkatołowa, paczula. Najlepsze jest wdychanie. Ale olejki możemy też wcierać. Stopy, nadgarstki, skóra za uszami – to miejsca wrażliwe. Trzeba pamiętać, że nie nakładamy ich bezpośrednio na skórę. Najlepiej użyć najpierw oleju bazowego, może to być oliwa. – To nie są żadne cuda – mówi Szymon Kaźmierczak. – Substancje z olejków w 28 sekund dostają się do krwiobiegu, na tej zasadzie działają przecież plastry z morfiną czy hormonalne. Polecam spróbować: jeśli maścią z miętą – taką prawdziwą – wysmarujecie stopy, po jakimś czasie poczujecie w ustach posmak mięty. No i ważna jest dawka. – Kiedyś zrobiłem sobie płyn do płukania ust z oregano – mówi Szymon – czyli wziąłem kilka kropel i… myślałem, że mi wszystko w ustach wypali żywym ogniem. Dlatego trzeba uważać. Olejki są silnie skoncentrowane, wystarczy naprawdę niewiele, żeby działały. Trzeba pamiętać, żeby używać olejków czystych, przebadanych, z dobrych źródeł. Szymon Kaźmierczak radzi: – Wybierajmy produkt, który jest opisany jako „100% olejek eteryczny”, a w składzie ma czyste olejki eteryczne, nie na przykład „kompozycję zapachową” (tu równie dobrze mogą być dodane zapachy syntetyczne). A jeśli używamy dyfuzora, wybierajmy olejki eteryczne lub mieszanki olejków eterycznych bez dodatku oleju (a może on się znaleźć nawet w produkcie opisanym jako „100% naturalny olejek”), bo olej zapcha dyfuzor. Taka mieszanka w oleju może być natomiast stosowana na ciało. Na rynku jest dużo produktów tanich – ale z chemią, sztucznie aromatyzowanych. Nie warto po nie sięgać. Bo kluczem jest jakość. 

  1. Zdrowie

Jak pachnie twój nastrój?

Zapach może nie tylko przywołać wspomnienie i uczucia z nim związane, ale także wywołać określoną emocję, np. poprawić nastrój, uspokoić, dodać pewności siebie, obudzić energię twórczą, poprawić stan zdrowia, a także wpłynąć na nasze myśli. (Fot. iStock)
Zapach może nie tylko przywołać wspomnienie i uczucia z nim związane, ale także wywołać określoną emocję, np. poprawić nastrój, uspokoić, dodać pewności siebie, obudzić energię twórczą, poprawić stan zdrowia, a także wpłynąć na nasze myśli. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Każdy przedmiot, spotkanie, wydarzenie, a także emocje z nimi związane mają specyficzny aromat – jedyny, niepowtarzalny, zapisany w naszej pamięci na zawsze. Warto z tego świadomie korzystać, by zadbać o swój dobrostan.

Węch jest jedynym zmysłem, na który w żaden sposób nie możemy wpłynąć – zanim zdążymy świadomie zarejestrować woń, bodźce węchowe już wywołują chemiczną reakcję łańcuchową. Możemy zamknąć oczy, zatkać uszy, nie dotykać, przez kilka dni nie jeść, ale musimy oddychać, a z każdym wdechem cząsteczki zapachowe docierają do nabłonka węchowego, a następnie wzdłuż włókien nerwowych do okolic pnia mózgu. Każdy „łyk” zapachu to jakieś przeżycie, wspomnienie z przeszłości, doświadczenie emocji.

Jednak zapach może nie tylko przywołać wspomnienie i uczucia z nim związane, ale także wywołać określoną emocję, np. poprawić nastrój, uspokoić, dodać pewności siebie, obudzić energię twórczą, uważność na siebie i na świat, poprawić stan zdrowia. A także wpłynąć na nasze myśli.

Julia Mafalda, założycielka Essensual Academy korzysta w dużej mierze z olejków Young Living, które od 25 lat wyznaczają standardy czystych olejków eterycznych, na Zachodzie określanych jako olejki o wartości. – Są to odpowiednio destylowane w niskiej temperaturze i pod niskim ciśnieniem czyste esencje roślin uprawianych wyłącznie organicznie, o określonym składzie fitochemicznym i działaniu fitoterapeutycznym – tłumaczy. – Wpływają bowiem bezpośrednio na poszczególne części mózgu odpowiedzialne za różne emocje, ale także na wszystkie układy organizmu. Zapach olejków, czyli ich lotne molekuły, od razu dostaje się do układu limbicznego – odpowiedzialnego za emocje i hipokampu – gdzie pamięć krótkotrwała zamienia się w długotrwałą – wyjaśnia.

Aromat i rytuał

Cała sztuka polega na tym, żeby odnaleźć „swój” zapach. Dobieranie jest zazwyczaj kilkuetapowym procesem, ale możemy też zaufać swojej intuicji. Nie zawsze warto sugerować się opisem (na co dobry ten czy inny olejek), najlepiej doświadczać zapachów sensorycznie: powąchać kilka aromatów i poczuć, który z nich najlepiej odpowiada naszemu obecnemu nastrojowi. Bez nazywania emocji, co często rodzi pokusę dzielenia ich na dobre i złe, szukania przyczyny, a nawet zaprzeczania czy wypierania uczuć. O wiele łatwiej powiedzieć, że nasz dzisiejszy nastrój pachnie np. bazylią.

Zdaniem Julii oprócz fitoterapeutycznej mocy olejków bardzo ważny jest również sam rytuał – stworzenie cichej przestrzeni dla siebie, pochylenie się nad intencjami. Kiedy skupiamy się na miejscach nakładania olejków, kierujemy tam uwagę, generując większe pole elektromagnetyczne (energię) wokół nich. Tym samym poruszamy związane z określonym narządem emocje.

  1. Psychologia

Terapia trudnej przyjaźni. Dlaczego przyjaciele coraz częściej nas zawodzą?

Coraz bardziej potrzebujemy przyjaciół, ale też coraz bardziej się nimi rozczarowujemy. (Fot. iStock)
Coraz bardziej potrzebujemy przyjaciół, ale też coraz bardziej się nimi rozczarowujemy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Coraz bardziej potrzebujemy przyjaciół, ale też coraz bardziej się nimi rozczarowujemy. Dlaczego tak się dzieje - próbuje ustalić psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz, komentując kłopot swojej pacjentki, Marzeny.

Przede mną siedzi młoda, elegancka kobieta i szlocha jak nastolatka. Rozczula mnie, kiedy wyciera łzy rękawem jedwabnej bluzki. Marzena poprosiła o sesję, ponieważ rozstała się z przyjaciółką. Kiedy spytałam, czego potrzebuje, odpowiedziała, że chce zrozumieć, co tak naprawdę się stało. – Nawet nie wyobrażasz sobie, jak to bardzo boli – wymawia na jednym wydechu. – Wyobrażam sobie – mówię. – Sama przeżyłam dwa rozstania z ważnymi dla mnie przyjaciółkami, a właściwie trzy, bo była jeszcze przyjaźń z mężczyzną. To strata wcale nie mniejsza od straty partnera miłosnego.

Marzena opowiada, że od miesiąca nie może spać, jeść, pracować. Bezustannie rozmyśla, dlaczego tak się stało i czy dałoby się cofnąć czas. Słucham jej uważnie i w pewnej chwili uświadamiam sobie, że tak naprawdę nie wiem, co się stało. Strata przyjaciółki może oznaczać śmierć, wyjazd gdzieś daleko albo po prostu rozstanie, zerwanie przyjaźni. – Czy twoja przyjaciółka zmarła? – pytam, choć intuicja mi podpowiada, że nie o śmierć chodzi. – Skąd, nie – Marzenę przeraża sama myśl o tym. – Czy wasza przyjaźń umarła? – nie wiem dlaczego, ale czuję, że wątek nieodwracalności ma tu znaczenie. Marzena przez chwilę się zastanawia: – Nie, mam nadzieję, że nie. – Czyli jest jeszcze jakaś nadzieja?

Kobieta spuszcza głowę, a potem obejmuje ją dłońmi. – To ja zrezygnowałam z tej przyjaźni – szepcze. – Już dłużej nie mogłam.

Czyli to głowa Marzeny powiedziała: dość. Ciekawe, jakich jej oczekiwań nie spełniała przyjaciółka.

Krok 1. Ustalamy, dlaczego Marzena płacze

Bardzo lubię i cenię sobie te pierwsze momenty sesji, kiedy pracujemy na symbolach; pacjent coś mówi, dużo pokazuje gestem, milczy w znaczących momentach, zastyga, a potem nagle gwałtownie się ożywia…, a ja chwytam te wszystkie znaki i jeśli tylko głowa mi w tym nie przeszkadza – nie włącza się potrzeba zbyt pochopnej interpretacji, nazywania – nanizuję je na sznureczek intuicji i przyglądam się, co z tego powstaje.

– Za czym płaczesz? – pytam. Marzena w lot łapie, o co mi chodzi, podnosi głowę, uśmiecha się i zaczyna snuć swoją opowieść o tym, jak się poznały, jak szybko doszły do wniosku, że są duchowymi siostrami, jak zgadzały się we wszystkim, tylko na szczęście faceci inni im się podobali. – Choć to ostatnie do czasu – Marzena poważnieje. – Anka wspierała mnie w decyzji o rozstaniu z Kubą, właściwie sama mnie do tego zachęcała, a potem została jego najwierniejszą przyjaciółką. Wtedy powiedziałam: dość.

Zatrzymuję ją gestem dłoni: – Zanim przejdziemy dalej, zróbmy krótką przerwę. Oprzyj się wygodnie, zamknij oczy, poobserwuj przez chwilę swój oddech.

Ja robię to samo, w wyobraźni próbując przywołać obraz mojego sznureczka intuicji. Czuję, że na ten moment jest już gotowy: przyjaźnią się od czterech lat, to czas pierwszego kryzysu i spadnięcia różowych okularów, czyli pierwszych rozczarowań przyjaciółką – relacja przyjacielska ma identyczną dynamikę jak relacja miłosna. Idziemy dalej: płacze po rozstaniu, co oznacza, że przyjaciółka jest nadal dla niej ważna, choć to ona zerwała przyjaźń. Zrobiła to, kierując się głosem rozsądku, co oznacza, że Anka nie spełniła jej oczekiwań, zaprzyjaźnienie się z jej byłym chłopakiem było kroplą, która przelała czarę…, ale jest jeszcze jakaś szansa na reaktywację.

Krok 2. Przyglądamy się przekonaniom na temat przyjaźni

Wiem, że Marzena bardzo potrzebuje opowiedzieć, a właściwie wyrzucić z siebie wszystkie przewinienia przyjaciółki. To jest ta potrzeba pacjentów, której nie lubię, bo wiem, że to strata czasu i nie ma żadnego wpływu na efekt terapii, za to pacjenci głównie z jej powodu przychodzą na sesje. Sama nieraz zalewałam potokiem żali swoich terapeutów, choć od dawna wiedziałam, że to jedynie kompulsja i odwlekanie chwili, gdy wreszcie pozwolę sobie czuć. Kiedy nadchodzi ten moment, zawsze zastanawiam się, jak go poprowadzić, żebym ja była w stanie wytrzymać, a pacjent miał poczucie, że opowiedział całą historię z detalami.

Podaję Marzenie kartkę i proszę, żeby wypisała wszystkie cechy dobrej przyjaźni.

– Napisz kilka, kilkanaście zdań zaczynających się od: „Moja prawdziwa przyjaciółka powinna…” – myślę, że to pozwoli Marzenie odreagować napięcie wynikające z rozczarowania przyjaźnią.

Następnie proszę, żeby zaznaczyła te oczekiwania, które spełniała Anka. Nietrudno się domyślić, że na początku – wszystkie, a pod koniec przyjaźni – żadnej. Pytam, czy chce zagłębiać się w wady przyjaciółki, czy bardziej skoncentrować się na swoich uczuciach.

– Tych dziś czy wtedy? – pyta, a ja cieszę się, że zadała to pytanie, i proszę, żeby zaczęła od „wtedy”.

Marzena wylicza wszystkie… no właśnie, chyba bardziej przewinienia niż to, co w naprawdę czuła, bo wygląda to mniej więcej tak: „Myślę, że było mi smutno, kiedy ona kolejny raz obiecała, że gdzieś się razem wybierzemy, a potem odwoływała”, „Pamiętam, że czułam się zawiedziona, gdy zapomniała o moich urodzinach”. Wyliczanka poparta jest gestem odliczania na palcach, a każde zdanie zaczyna się od: „myślę…”, „wydaje mi się…”. Znów wygląda na to, że Marzena kontaktuje się z głową, a nie z sercem.

Przyjaciół, podobnie jak partnerów miłosnych, wybieramy na podstawie tzw. deficytów, czyli emocjonalnego głodu, którego nie zaspokoili nasi rodzice. Stąd oczekiwania, że przyjaciel nigdy nie zawiedzie, będzie rozumiał bez słów itd. Problem w tym, że przyjaciółka również jest głodna i to bardzo często tego samego co my i wtedy pojawiają się pierwsze rozczarowania.

– Co teraz czujesz, kiedy myślisz o przyjaciółce? – pytam. Widzę, że oczy Marzeny znowu się zaszkliły. – Ryczę jak po stracie kochanka, wstyd mi. – To nic wstydliwego, że kochasz przyjaciółkę – mówię. – To piękne i ważne.

Marzena kładzie skrzyżowane dłonie na sercu. – Za bardzo mnie zraniła – szepcze. – Musiałam bronić siebie. Długo dawałam jej szansę.

Krok 3. Obalamy najbardziej szkodliwy mit na temat przyjaźni

Marzena nie tyle chce zrozumieć, co się stało, ile dlaczego jej przyjaciółka tak się zmieniła. – Od jakiegoś roku zaczęła być taka… nierówna; przez tydzień dzwoniła do mnie codziennie, pytała, co w pracy, jak się czuję, czy Kuba znowu nie wywinął mi jakiegoś numeru, a potem przez kolejny tydzień nie odbierała ode mnie telefonów. Kiedy ją w końcu dopadałam, była zła, mówiła, że nie ma czasu, że dużo pracuje, a ja przypadkiem dowiadywałam się, że w ostatni piątek nieźle balowała w klubie. Dowiedziałam się, że plotkuje na mój temat, cieszy się, że nie dostałam tego awansu, który szef obiecywał mi od roku.

Klasyczny przypadek nierównej albo ambiwalentnej przyjaciółki. To drugie to oczywiście określenie amerykańskich psychologów – ich zdaniem mamy wokół siebie coraz więcej ambiwalentnych przyjaciół, czyli takich, co to ranią nas bardziej niż najgorsi wrogowie: zawodzą, umawiają się i odwołują, zgadzają się pomóc nam przy projekcie, a potem wybierają korzystniejszą dla siebie ofertę… Powoli przestajemy móc na nich polegać, przyjaźń z nimi staje się coraz bardziej stresująca, a jednak trudno jest nam z niej zrezygnować.

Broniąc samych siebie, staramy się być asertywni, ale nasza asertywność szybko zamienia się w agresję, a potem w poczucie winy – w efekcie gubimy się w tym wszystkim, zastanawiając się, kto jest bardziej toksyczny: ja czy ona?

– Jak się teraz czujesz? – pytam. – Ciągle zastanawiam się, dlaczego tak bardzo się zmieniła? – Myślę, że ona zastanawia się nad tym samym – mówię. – Jestem pewna, że rozczarowanie jest obopólne.

Marzena sprawia wrażenie jakby mnie nie słyszała. – Z jednej strony czuję ulgę, że to wszystko się już skończyło – mówi wreszcie. – Ile razy można przeżywać rozczarowanie. Z drugiej strony tęsknię za nią, ciągle myślę, żeby do niej zadzwonić. – Co byś jej chciała powiedzieć? – Zapytać, co się stało. – A co ty sądzisz? – Ona chyba mnie już nie potrzebuje. – A co czujesz? – Czuję, że Anka nadal jest dla mnie ważna. – Możesz jej to powiedzieć? – No co ty? A jeśli mnie wyśmieje? Albo powie, że jej już nie zależy? – No właśnie, to co wtedy? – Muszę się jeszcze nad tym zastanowić.

I w tym momencie mogłybyśmy zakończyć sesję. Marzena przyszła do mnie w rozpaczy po zerwaniu przyjaźni. To trudne, bolesne, rozczarowujące – nic dziwnego, że cierpi. W trakcie sesji uświadomiła sobie, że przyjaciółka jest dla niej nadal ważna, a czuje, że ona dla niej nie – to dodatkowe źródło cierpienia. Chciała zrozumieć, co tak naprawdę się stało – właściwie to oczywiste: po czterech latach przyjaźni przyjaciółka przestała spełniać jej oczekiwania, więc zakończyła relację. Dlaczego przestała, a właściwie dlaczego, zdaniem Marzeny, tak się zmieniła? – tego bez samej zainteresowanej nigdy się nie dowiemy. Zwłaszcza że Marzena rozczarowywała się Anką w milczeniu.

To jest właśnie najbardziej szkodliwy mit na temat przyjaźni – przekonanie, że prawdziwa przyjaciółka nigdy nas nie zrani, nie zawiedzie, nie skrytykuje, a kiedy to jednak zrobi – sama się przywoła do porządku, bo powiedzenie jej o tym, co nas rani, przekreśla przyjaźń.

Krok 4. Marzena dostaje pracę domową

Zdałam sobie sprawę, że ta ambiwalencja dotyczy przede wszystkim nas samych, albo nas i naszych przyjaciół w jednakowym stopniu. Pomyślałam, że bardzo chcę, żeby Marzena na zakończenie sesji też to poczuła. – Czy to, że Anka zawiodła twoje oczekiwania, a mimo to nadal jest dla ciebie ważna i nadal jest w twoim sercu (zależało mi, by naprowadzić ją na trop serca ) – jest dla ciebie trudne? – No właśnie tego nie rozumiem. – Wiesz, te wszystkie powinności, które naszym zdaniem ludzie mają wobec nas, zwłaszcza ci ważni, to przekonania idące z głowy. – Nie bardzo rozumiem. – Chociażby to, że przyjaciółka zawsze musi stać przy nas murem albo że nie ma prawa zawieść. – To od czego w takim razie jest przyjaźń? – A może od tego, żebyśmy mieli w sercach wiele osób, które kochamy i które są dla nas ważne?

Marzena przez chwilę się zastanawia: – Rozumiem, ale ja też chciałabym być kochana i ważna. – I na pewno jesteś dla przyjaciół, dla Anki również. – To dlaczego mi tego nie okazuje? – Nie wiem, nigdy jej o to nie zapytałaś – mówię. – Wiesz, największa trudność polega na tym, że przyjaciół wybieramy z serca, a oczekiwania stawiamy im z głowy. Dopóki w sobie nie zintegrujemy głowy i serca, relacje z innymi ludźmi nie przestaną nas ranić.

Po tym zdaniu ogłaszam koniec sesji. Proszę, by Marzena została z tymi słowami i odezwała się do mnie, kiedy poczuje je sercem i zrozumie głową. Jeszcze tego nie zrobiła, ale jestem spokojna, że poczuła i zrozumiała tyle, ile była gotowa w danej chwili.

Autoterapia trudnej przyjaźni

  • Jeśli czujesz się rozczarowana przyjaciółką, przeanalizuj wszystkie swoje przekonania na temat przyjaźni (nie przyjaciółki). Potem zastanów się, ile z tych przekonań/oczekiwań sama spełniasz.
  • Jeśli nie zrobiłyście tego na początku, a teraz czujesz, że przyjaźń bardziej cię rani niż wspiera, wspólnie z przyjaciółką ustalcie, co jest dla was najważniejsze w tej relacji. Powiedz otwarcie i odważnie o swoich oczekiwaniach, ale zaakceptuj fakt, że przyjaciółka może nie chcieć/nie móc ich spełnić.
  • Kiedy czujesz, że wasza przyjaźń przechodzi kryzys – stań z boku i z dystansu spróbuj się zorientować, co się między wami dzieje. Oddziel uczucia od faktów.
  • W sytuacjach spornych, kiedy rozmawiacie o tym, co każdą z was rani, mów o uczuciach, a potem o zachowaniach, np.: „Kocham cię, bardzo wiele dla mnie znaczysz, ale kiedy kolejny raz obiecujesz, że zadzwonisz a nie dzwonisz, czuję się dla ciebie nieważna”.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

  1. Styl Życia

Sesja z gongami i misami tybetańskimi – dobry sposób na relaks

Jedna z teorii mówi, że odgłosy mis i gongów wprowadzają fale mózgu w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. (Fot. iStock)
Jedna z teorii mówi, że odgłosy mis i gongów wprowadzają fale mózgu w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Muzyka łagodzi obyczaje. Ale też emocje tak silne, że uniemożliwiają odpoczynek... Czy sesja z gongami tybetańskimi to dobry sposób na seans relaksacji – sprawdziła dziennikarka Marta Urbaniak. 

Wśród moich bliskich koncerty gongów i mis tybetańskich zyskują na popularności. Nic dziwnego – czasy mamy niepewne, a sesje muzykoterapii należą do najbardziej znanych sposobów na relaks całego ciała.

Terapia dźwiękiem, podobnie jak ziołolecznictwo, znana jest w wielu rejonach świata i sięga tysięcy lat. Australijscy Aborygeni leczyli instrumentem zwanym didgeridoo. W medycynie chińskiej stosuje się kamertony, w hinduskiej – śpiewa mantry, a szamani wchodzą w transowe doznania dzięki rytmicznym uderzeniom bębnów. Tradycja koncertów mis i gongów w Nepalu i Tybecie ma już ponad trzy tysiące lat. Przeczytałam, że tybetański gong ma najsilniejsze wibracje spośród wszystkich instrumentów znanych ludzkości, a przez to najmocniej rezonuje z naszym ciałem. Natomiast misy, ręcznie wykute ze stopu 12 metali, wydają dźwięki o wszystkich częstotliwościach, których potrzebujemy. Co ciekawe, większe znaczenie dla naszego dobrostanu ma nie melodia, a rytm. To on sprawia, że koncerty gongów i mis tybetańskich dają niezwykłe wrażenie otulenia, które prowadzi do poczucia absolutnego relaksu. Tak silnie oddziałują na ciało i umysł, że nazywa się je wręcz kąpielami w gongach. Postanowiłam sprawdzić, jak taka kąpiel zadziała na mnie.

Mój eksperyment

W listopadzie, jak często wtedy się zdarza, czułam się zmęczona i przygnębiona. Do tego doszedł lęk spowodowany pandemią i sytuacją kobiet w Polsce, który sprawiał, że od dłuższego czasu nie przesypiałam w spokoju całej nocy. Gdy jednak weszłam do studia Akademia Sound Therapy na warszawskim Żoliborzu, od razu poczułam się bezpiecznie. Światło było przygaszone, pachniało kadzidłem, a z głośników sączyła się łagodna muzyka.

W centralnym punkcie sali stały instrumenty, rozpoznałam wśród nich imponujący tybetański gong oraz misy. Rozłożyłam własną matę do jogi i otuliłam się kocem (również własnym, w końcu trwa pandemia). Dźwięki niosły się pojedynczo i nie tworzyły linii melodycznej. Każdy wybrzmiewał powoli i w końcu przechodził w ciszę. Leżałam z zamkniętymi oczami, czekając na śmiałe wizje albo stan zen. Ale nie nadchodziły, zamiast tego jedna myśl goniła drugą. Zaskakujące dźwięki kolejnych instrumentów za każdym razem sprowadzały mnie jednak do tu i teraz. Stopniowo uspokajałam się, gonitwa myśli mijała, a ja zaczęłam zwracać uwagę na doznania z ciała. Każdy instrument wybrzmiewał przez kilkanaście sekund i mogłam go nie tylko usłyszeć, ale i poczuć. Misy mają niską tonację, a prowadząca, Beata Aussenberg, dyplomowana masażystka dźwiękiem, chodziła z nimi po całej sali. Gdy uderzała w nie, stojąc blisko mnie, miałam gęsią skórkę.

Najmocniej odebrałam głęboki dźwięk tybetańskiego gongu, czułam, jakbym unosiła się w przestrzeni, a nie leżała na podłodze. Po chwili dźwięk rozpłynął się, ustępując łagodnemu dzwoneczkowi, który brzmiał słodko i kojąco. A potem w całej sali rozniósł się odgłos kropel deszczu uderzających o drewniany dach, zupełnie jak podczas czerwcowej ulewy. Moje myśli płynęły teraz bardzo wolno, zaś przed oczami pojawiały się obrazy. Pozwalałam im się zmieniać, jakbym powoli obracała kalejdoskop. Na moment znalazłam się w innej czasoprzestrzeni, skąd wróciłam na odgłos gongu, tym razem cichszy i spokojniejszy.

Gdy otworzyłam oczy, czułam się odprężona i wypoczęta. W ciele czułam błogość, jakby ktoś mnie długo przytulał. To trwało przez cały wieczór, a w nocy spałam głęboko i miałam barwne sny. Nie wybudziłam się nawet o piątej nad ranem, co ostatnio notorycznie mi się zdarzało. Zmęczenie, z którym borykałam się od dłuższego czasu, minęło, przez kilka dni miałam więcej energii, lepszą koncentrację i wszystko mi się chciało.

Gdy opowiedziałam o swoich wrażeniach Beacie, nie była zdziwiona. Jak mi wytłumaczyła, każdy z nas ma swój niepowtarzalny kod dźwiękowy i dzięki regularnym koncertom gongów jesteśmy w stanie go zharmonizować. A to wpływa na całe życie: jakość naszych relacji i sfery zawodowej, zdrowie, poczucie sprawczości i bycia w zgodzie ze sobą.

Uzdrawiające fale

Według fizyki dźwięk to fala. Tym samym jest ona odbierana nie tylko przez zmysł słuchu, ale też dotyku. Współcześni naukowcy zbadali jej wpływ na organizm człowieka już w ponad 400 badaniach. – Według kultury Wschodu człowiek powstał z dźwięku, a więc jest dźwiękiem – mówi ekspertka.

Jedna z teorii mówi o tym, że dźwięki mis i gongów synchronizując działanie obydwu półkul mózgu, wprowadzają fale mózgowe w stan alfa, a nawet theta, które naturalnie pojawiają się na moment przed zaśnięciem i w sytuacjach tzw. świadomego śnienia. To stan głębokiego relaksu, ale jednocześnie wyostrzonej świadomości, o czym wie każdy, kto w łóżku wpada na najlepsze pomysły i dlatego zawsze trzyma przy nim notes. Często się więc zdarza, że taki terapeutyczny koncert przynosi uczestnikom rozwiązanie trapiących ich problemów albo niezwykłe olśnienie.

Bywa też, że wracają wspomnienia. – Pamiętam uczestniczkę, która przeniosła się za którymś razem do miejsca z dzieciństwa, o którym dawno zapomniała. Nie tylko widziała je oczami wyobraźni, ale czuła też związane z tym miejscem zapachy. Za każdym razem jest niesamowicie poruszona, w jaki sposób dźwięki potrafią obudzić to, co w nas uśpione – opowiada Beata Aussenberg.

Badanie opublikowane w „Journal of Evidence-Based Integrative Medicine” wykazało, że już godzinna sesja gongów pomaga zredukować napięcie, niepokój, zmęczenie, a nawet depresję, pozostawiając uczestników ze zwiększonym poczuciem duchowego dobrostanu. Niskie tony dźwięków ułatwiają wejście w stan zbliżony do medytacji, pomagając ukoić stres i potęgując wewnętrzny spokój. Pozwalają też zatrzymać gonitwę myśli, co jest wspaniałym odpoczynkiem dla głowy.

Koncerty gongów mogą również otworzyć emocjonalnie − w trakcie sesji często pojawiają się łzy smutku lub złości. Jak tłumaczy masażystka, warto odpuścić kontrolę i pozwolić sobie je przeżyć, a wtedy będzie to dla nas prawdziwie uwalniające i oczyszczające doznanie. Czasem czujemy, że coś się z nami dzieje, ale nie potrafimy tego nazwać. Po terapeutycznej kąpieli w dźwiękach dochodzimy do sedna swoich problemów i możemy się od nich wyzwolić.

Pozytywne wibracje

Naukowcy sugerują, że terapeutyczne działanie dźwięków spowodowane jest wibracjami, w które wprawiają one komórki naszego ciała (mamy ich w końcu aż cztery biliony!). To dla nich nie tylko fantastyczny masaż, ale też możliwość, by uwolnić toksyny. Wszystko po to, żeby zainicjować w ciele proces samouzdrawiania.

– Koncert może wręcz wywołać chwilowy ból w organie, który wymaga leczenia. Sama, gdy gram, często czuję kolano, które niedawno operowałam. Po koncercie ból mija – przyznaje masażystka. – Zwłaszcza dźwięki mis tybetańskich pomagają uwolnić napięcia mięśniowe w ciele (i z tego powodu czasem wykonuje się nimi masaże, przykładając rozwibrowaną misę do spiętego miejsca). Wielokrotnie słyszałam, jak po koncercie komuś odpuściła blokada w barku czy ból pleców – dodaje.

Dźwięki gongów przynoszą ukojenie pacjentom hospicjów i domów opieki społecznej. Mówi się o ich obiecującym wpływie na spowalnianie choroby Alzheimera oraz demencji. Sprawdzają się też w przygotowaniach do porodu i w jego trakcie. Łagodzą ból menstruacyjny. Obniżają ciśnienie krwi, poprawiają krążenie. Z dobroczynnego działania dźwięków mogą korzystać nawet dzieci.

Istnieją też oczywiście przeciwwskazania do kąpieli w gongach. To wszelkiego rodzaju urządzenia elektroniczne wszczepione w ciało, przede wszystkim rozruszniki serca, ale też np. aparaty słuchowe. Ostrożność powinny zachować osoby leczące się neurologicznie, bo dźwięki mogą wywołać u nich niespodziewaną reakcję organizmu, jak również kobiety w pierwszym trymestrze ciąży. Wszystkim pozostałym terapia dźwiękami przynieść może same korzyści.

Warto jedynie pamiętać o tym, by przed koncertem i zaraz po nim pić dużo wody, z której w końcu głównie składa się nasz organizm. Oczywiście to wszystko nie przychodzi po jednej sesji, ale z czasem. To naturalne, że na początku ciężko opanować natłok myśli, a zamiast medytować układamy w głowie listę rzeczy do zrobienia. Jednak z sesji na sesję coraz łatwiej osiągnąć stan odprężenia. Jak zapewnia Beata Aussenberg, im częściej będziemy kąpali się w dźwiękach, tym głębsze staną się nasze doznania.