1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Prokrastynacja, czyli „zrobię to jutro”

Prokrastynacja, czyli „zrobię to jutro”

Prokrastynacja często współwystępuje z tzw. osobowością unikającą, czyli reagującą lękiem na różne wydarzenia, projekty i zadania. (fot. iStock)
Prokrastynacja często współwystępuje z tzw. osobowością unikającą, czyli reagującą lękiem na różne wydarzenia, projekty i zadania. (fot. iStock)
Prokrastynację, czyli nałogowe odkładanie, coraz częściej wymienia się wśród chorób cywilizacyjnych. Bywa rodzajem buntu przeciw zbyt szybkiemu tempu życia, ale też wyrazem lęku przed porażką czy odpowiedzialnością związaną z sukcesem.

Jak z nią walczyć, podpowiada psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Kasia zadzwoniła rano i powiedziała, że chce zapisać się na sesję, ale koniecznie jeszcze tego samego dnia. Gdy spytałam, czy coś się szczególnego wydarzyło, usłyszałam: – Nie, ale znając siebie, jeśli zapiszę się na późniejszy termin, to będę przekładała spotkanie w nieskończoność, aż w końcu odwołam. Albo nie odwołam, ale nie przyjdę.

Po tak szczerym wyznaniu zgodziłam się przyjąć ją wieczorem.

Prokrastynacja - jak ją pokonać?

KROK 1. Przyglądamy się temperamentowi Kasi

– Chyba domyślasz się, na czym polega mój problem… – zaczęła, stając w drzwiach mojego gabinetu. – Myślę, że masz problem z czekaniem – odpowiedziałam. – To też, ale bardziej daje mi w kość… poczekaj, zapisałam to sobie: prokrastynacja – niemal wykrzyknęła.

„Kompulsywna, impulsywna i konsultująca się u doktora Google'a” – pomyślałam. Poza tym prokrastynacja to modny temat. Lepiej być prokrastynatorem niż zwykłym leniuchem, który wszystko odkłada na ostatnią chwilę. Neuropsycholodzy twierdzą, że u prokrastynatorów, czyli osób z tendencją do zwlekania ze wszystkim, występuje konflikt pomiędzy korą przedczołową, odpowiadającą za najwyższe funkcje poznawcze (jak odraczanie gratyfikacji czy realizowanie celów), a układem limbicznym, związanym z emocjami.

Pacjenci, którzy sami się diagnozują, nie należą do najłatwiejszych. Czasami przychodzą tylko po to, żeby ,,przyłapać” terapeutę na niewiedzy albo udowodnić, że sami wiedzą lepiej. Jednak patrząc na Kasię, uznałam, że nie ma takich intencji. Sprawiała wrażenie osoby energicznej, radosnej. Byłam ciekawa, co takiego się stało, że postanowiła do mnie przyjść właśnie teraz. – Nic szczególnego – odpowiedziała. – Dziś rano zdobyłam twój numer telefonu i poszłam za ciosem. Obiecałam sobie, że zadzwonię tylko raz i że w grę wchodzi jedynie dzisiejszy termin. No i udało się.

Mogłoby się wydawać, że chodziło o jakiś magiczny znak. Ale jeśli pacjentka rzeczywiście jest nałogową odkładaczką, prawdopodobnie w życiu kieruje się zasadą: „Teraz albo nigdy, wszystko albo nic”. Bo choć osoba, która zostawia wszystko na później, zawala terminy, wymyślając mniej lub bardziej absurdalne usprawiedliwienia, wydaje się nam rozlazła, wiecznie zmęczona, niezaradna, niezorganizowana czy nieasertywna – to w praktyce okazuje się, że kłopot leży zupełnie gdzie indziej.

Prokrastynacja może dotknąć każdego, w każdym momencie życia i w każdej sprawie. Bywa, że w pracy jesteśmy zawsze ze wszystkim do przodu, za to w relacjach prywatnych rzadko udaje nam się dotrzymywać terminów. Doświadczenie zawodowe podpowiada mi, że najbardziej charakterystycznymi cechami prokrastynatorów są impulsywność, kompulsywność, perfekcjonizm i podwyższony poziom lęku. Do tego dochodzi jeszcze niewielki dostęp do tego, co w duszy gra, czyli kiepska znajomość siebie.

KROK 2. Odkrywamy siłę napędową Kasi w relacjach

– Co w tym momencie pozwoliłoby ci się odprężyć? – zapytałam. – O matko! Sama nie wiem… albo wiem… Kubek zielonej herbaty.

Akurat miałam taką, jak lubi, z opuncją figową. – Proszę, zrobiłam ci herbatę w moim kubku z dzieciństwa – powiedziałam. – Ale fajnie, super, dziękuję, aż się wzruszyłam – ucieszyła się. Naprawdę była zadowolona i jakby zwolniła tempo. Rozsiadła się wygodnie w fotelu, zamyśliła i zaczęła opowiadać: – Hm, dzieciństwo... Nie wspominam go dobrze. Ojciec był bardzo surowy, rozliczał mnie ze wszystkiego. Matka się go bała, więc gnębiła mnie czasami jeszcze bardziej, żeby jej się nie dostało. Gdy chodziłam już do szkoły średniej, opracowałam pewną metodę. Na biurku rozkładałam zeszyty i podręczniki, a w otwartej szufladzie biurka – książkę, którą akurat czytałam. Kiedy któreś z rodziców wchodziło do pokoju, pochylałam się, zamykając tym samym szufladę. Matka i tak ciągle sprawdzała, czy nie marnuję czasu na dumanie o niebieskich migdałach. „Możesz być bezmózgowiem, dla mnie liczą się efekty” – to była z kolei złota myśl ojca.

Prokrastynacja to często nieświadomy bunt wobec zewnętrznych prób kontroli. Córki surowych ojców i uległych matek od dzieciństwa opracowują strategie przetrwania. Udają, że są ciągle zajęte, zapracowane, w biegu. Gdy ktoś dokłada im kolejne obowiązki, mają usprawiedliwienie, że im nie sprostały, bo przecież każdy widział, ile miały na głowie.

– Dziś nie jesteś już małą dziewczynką zależną od rodziców – powiedziałam. – Możesz robić, co chcesz, odkładać wszystko na później, czytać książki zamiast zajmować się czymś bardziej pożytecznym i przede wszystkim pilnować, żeby nie brać na siebie zbyt dużo obowiązków. – To prawda, ale ja lubię dużo robić i szybko widzieć efekty – westchnęła.

Ano właśnie. Cały kłopot tkwi w ilości spraw, szybkim tempie i chęci natychmiastowych efektów. Jeśli chudnąć, to 20 kg w ciągu miesiąca; jeśli realizować projekt, to najlepiej siedzieć nad nim ciurkiem dwa dni i dwie noce. Liczy się szybki sukces, szybka nagroda, bo nigdy nie wiadomo, czy za tydzień zainteresowanie zrzuceniem wagi czy danym projektem nie minie.

Wiedziałam, że nie ma sensu prosić Kasię, by wyobraziła sobie siebie za pięć lat. Nałogowi odkładacze rzadko myślą o przyszłości czy snują plany. Nie czują związku z „przyszłym sobą”, dla nich liczy się tu i teraz, dlatego łatwo biorą na siebie kolejne zobowiązania do zrealizowania „za jakiś czas”. Kasia tak bardzo chciała spełniać oczekiwania ludzi, zwłaszcza bliskich, że nie potrafiła odmawiać i kiedy, bijąc się w piersi, obiecywała: „Na jutro będziesz to miała, na bank”, naprawdę w to wierzyła. A potem zawsze pojawiało się coś, co nie pozwalało jej się wywiązać z obietnicy. I to było jej kłopotem.

KROK 3. Dochodzimy do wniosku, że to powszechny styl życia

Gdy Kasia opowiada, jak wygląda jej przeciętny dzień, robi mi się smutno. – Moja pierwsza myśl po obudzeniu to, że i tak ze wszystkim się nie wyrobię, że nie ogarnę całości – mówi. – A gdybyś mniej planowała i codziennie rano robiła korektę planów? – pytam. – Ale rano ja nawet dokładnie nie pamiętam, co mam do zrobienia. Wiem, że jest tego dużo i że ze wszystkim nie zdążę. Mogę jedynie robić dobrą minę do złej gry, uśmiechać się do tych, którzy mnie ścigają, bo znowu coś zawaliłam. Mogę doskonalić się w wymyślaniu usprawiedliwień i składaniu obietnic na wyrost. – To musi być straszne – rzucam, choć wiem, że moje słowa brzmią mało terapeutycznie. – Przecież dziś wszyscy tak żyją – wzrusza ramionami.

Szybkie tempo życia i nadmiar obowiązków jest nam narzucany często już na poziomie przedszkola czy szkoły podstawowej. Przestymulowanie mózgu i w konsekwencji utrwalenie stylu działania pod wpływem presji i stresu, plus perfekcjonizm połączony z nieustannym napięciem (w ciele i w umyśle) w dorosłym życiu równa się jak nic prokrastynacja.

Kasi trudno jest utrzymać rozluźnienie i odprężenie w czasie naszego spotkania. Momentami przez jej ciało przebiega dreszcz i wiem, że to nie z zimna. Mięśnie nieprzyzwyczajone do rozluźnienia od czasu do czasu reagują drżeniem. – Patrzysz na moje drżące uda? – mówi, jakby czytała w moich myślach. – To objaw tężyczki – tłumaczy i znowu popisuje się wiedzą zaczerpniętą z Internetu.

Tężyczka objawia się niekontrolowanymi skurczami mięśniowymi, a wywołują je niedobory magnezu i wapnia. Podobnie jak prokrastynacja, tężyczka dotyka ludzi młodych, ambitnych i zapracowanych. Coraz częściej myślę, że to sposób, w jaki ciało radzi sobie z permanentnym napięciem. – Najgorzej jest w nocy. Kilkakrotnie się wybudzam, bo czuję, jakby moje ciało gdzieś się zapadało, a potem cała się wzdragam – opowiada Kasia.

Prokrastynacja, czyli notoryczne odkładanie czynności na później może być wywołane strachem przed porażką, wysokim stopniem trudności zadania lub brakiem natychmiastowego rezultatu. (Fot. iStock) Prokrastynacja, czyli notoryczne odkładanie czynności na później może być wywołane strachem przed porażką, wysokim stopniem trudności zadania lub brakiem natychmiastowego rezultatu. (Fot. iStock)

KROK 4. Umawiamy się na pracę domową

Zbyt szybkie tempo życia to jedno. O wiele groźniejsze jest życie niezgodne z własnym rytmem. Zazwyczaj trzy czwarte każdej sesji przeznaczam na wspólne odkrycie z pacjentem jego indywidualnego rytmu. Kiedy poznasz swój rytm i postarasz się żyć zgodnie z nim, łatwiej będzie ci znaleźć przyczynę twojego kłopotu i rozwiązać go. Albo uznać, że wcale tak bardzo ci nie przeszkadza.

Często prokrastynacja jest wołaniem mózgu o odrobinę przyjemności. Odkładanie nieprzyjemnego zadania po to, by posurfować w necie, obejrzeć odcinek ulubionego serialu czy napić się kawy – to doskonały sposób na chwilę relaksu. Każdy bodziec, który pozwoli mózgowi na wyrównanie poziomu hormonów stresu, jest jak najbardziej pożądany. Inna sprawa: jak poradzić sobie z faktem, że co się odwlecze to nie ucieczce. Pracując z Kasią nad jej nałogowym odkładaniem, dochodzę do wniosku, że potrzebuje tygodnia urlopu, by spróbować żyć bez zegarka. Ma chodzić spać, gdy jest zmęczona; wstawać, gdy się wyśpi; jeść, gdy jest głodna. Obserwować, o jakich porach dnia czuje przypływ energii, a kiedy jej spadek. Kasia w pierwszej reakcji jest przerażona. Twierdzi, że nie może wziąć urlopu. Poza tym umrze z nudów, tak nic nie robiąc. Ostatecznie umawiamy się na przedłużony weekend. Potem postanowi, co dalej.

Prokrastynacja na co dzień: autoterapia dla nałogowych odkładaczy

  • Jeśli zniechęca cię, że zadanie, które masz do wykonania, jest pracochłonne i za trudne, podejdź do niego powoli. Zrób pierwszy krok. To sprawi, że wyda ci się bardziej realne. Pierwszy krok zmieni status zadania do wykonania w rozpoczęty proces. Każdy kolejny – coraz bardziej cię zaangażuje.
  • Nie obwiniaj się za to, że ciągle coś odkładasz, bo to nasili twoje emocje i zwiększy napięcie w ciele, co jest jedną z głównych przyczyn prokrastynacji. Jeśli znowu poczujesz ochotę odłożyć coś na później, wyobraź sobie wagę. Na jednej szali połóż ulgę i przyjemność związaną z odłożeniem zadania, na drugiej poczucie winy. Wybierz to, co ci się bardziej opłaca.
  • Kiedy czujesz, że wciąga cię wir prokrastynacji, nie szukaj w głowie powodów i tłumaczeń. Zamiast tego powiedz sobie: „Tak, nie mam ochoty teraz tego robić i pozwalam sobie na zwlekanie ze wszystkimi tego konsekwencjami”.
  • Pamiętaj, że jednym z ważniejszych powodów prokrastynacji mogą być konflikty wewnętrzne, np. zadanie, jakie masz do wykonania, może mieć symboliczne znaczenie – napisanie pracy magisterskiej oznacza koniec studiów i początek dorosłego życia. Albo twój szef przypomina ci ojca i zawalając służbowe obowiązki, podświadomie mu się przeciwstawiasz.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trener warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Metamorfoza, czyli terapia jednego spotkania Ewa Klepacka-Gryz Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Trzy rodzaje lenistwa – co o naszym „niechceniu” mówi buddyjska mniszka Pema Chödrön?

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Lenistwo jest cechą typową dla ludzi. Niestety, blokuje energię czuwania i podważa pewność siebie oraz siłę. Są trzy rodzaje lenistwa  – nastawienie na wygodę, utrata nadziei i „nic mnie to nie obchodzi”. Wszystkie trzy przyczyniają się do utknięcia w wyniszczających nawykowych schematach postępowania. Jednakże analizowanie ich z wnikliwością niweluje ich moc.

W ogrodzie łagodnej czystości. Niech cię bombardują orzechy kokosowe przebudzenia. Chögyam Trungpa Rinpocze
Pierwszy rodzaj lenistwa – nastawienie na komfort – wynika z dążenia do unikania wszelkich niedogodności. Chcemy odpocząć i mieć święty spokój. Ale ciągłe uspokajanie się, lulanie staje się nawykiem, a my popadamy w znużenie i zniechęcenie. Jeśli pada deszcz, jedziemy pół przecznicy, byle tylko nie zmoknąć. Gdy zaczynają się upały, od razu włączamy klimatyzację. Gdy boimy się przeziębienia, od razu włączamy ogrzewanie. W ten sposób tracimy kontakt z esencją życia.

Zawierzamy szybkim zmianom na lepsze i uzależniamy się od natychmiastowych efektów.

Ten szczególny rodzaj lenistwa sprawia, że stajemy się agresywni. Każda niedogodność wywołuje w nas oburzenie. Wybuchamy, kiedy zepsuje się samochód, kiedy nie ma wody lub prądu, kiedy musimy siedzieć na twardym. Nastawienie na wygodę tłumi naszą wrażliwość na zapachy, widoki i dźwięki. Sprawia też, że ciągle jesteśmy niezadowoleni. Jednak z jakiegoś powodu w głębi serca od zawsze wiemy, że same przyjemności nie są drogą do trwałego szczęścia.

Drugim rodzajem lenistwa jest utrata nadziei. Ogarnia nas poczucie beznadziei, pojawia się myśl: „o, ja biedny”. Czujemy się tacy poszkodowani, że do niczego się nie nadajemy. Siedzimy przed telewizorem, jemy, pijemy i palimy, bezmyślnie oglądając kolejne programy. Nie możemy zmusić się do zrobienia niczego, co pozwoli przyjrzeć się, dlaczego straciliśmy ducha. Nawet jeśli zdołamy podnieść się i otworzymy okno, robimy to bez przekonania. Wykonujemy zewnętrzny gest przebicia się przez lenistwo, ale pozostaje w nas poczucie beznadziei. Te gesty podkręcenia lub przebijania się są jednak przejawem utraty nadziei. Wciąż mówimy do siebie: „Jestem do niczego. Nie ma dla mnie żadnej nadziei. Nigdy mi się to nie uda”. Więc tak naprawdę nie odpuszczamy. Zapo­mnieliśmy, jak sobie pomóc. Brakuje nam wiedzy na temat tego, co przyniesie nam prawdziwą ulgę.

Trzeci rodzaj lenistwa, „nic mnie to nie obchodzi”, jest charakterystyczny dla poczucia żalu. Pokazujemy światu środkowy palec. Ten stan jest podobny do utraty nadziei, ale znacznie trudniejszy. Utrata nadziei ma w sobie pewien rodzaj miękkości i wrażliwości, natomiast „nic mnie to nie obchodzi” jest agresywne i prowokujące. „Świat jest popieprzony. Nie daje mi tego, na co zasługuję, więc po co się przejmować?” Idziemy do baru i pijemy cały dzień, a jeśli ktoś odezwie się do nas, reagujemy z agresją. Albo zasuwamy zasłony, kładziemy się do łóżka i naciągamy koc na głowę. Jeśli ktoś próbuje nas rozweselić, niech Bóg ma go w swojej opiece! Grzęźniemy w poczuciu niedocenienia i się poddajemy. Nie szukamy drogi wyjścia. Chcemy tylko siedzieć i pogrążać się w mroku. Używamy lenistwa jako sposobu na zemstę. Taki rodzaj lenistwa może łatwo przekształcić się w obezwładniającą depresję.

W takich przypadkach korzystamy z trzech nawykowych metod. Nazywam je trzema jałowymi strategiami – atakowania, pobłażania i ignorowania.

Szczególną popularnością cieszy się jałowa strategia atakowania. Kiedy uświadomimy sobie własne lenistwo, zaczynamy siebie potępiać. Krytykujemy i zawstydzamy siebie za to, że się pocieszamy, że użalamy się nad sobą czy nie wstajemy z łóżka. Pogrążamy się w poczuciu niegodziwości i winy.

Równie powszechna jest jałowa strategia pobłażania. Usprawiedliwiamy swoje lenistwo, a nawet pochwalamy je. „Taki po prostu jestem. Nie zasługuję na dyskomfort i niedogodności. Mam mnóstwo powodów, żeby się denerwować albo spać całą dobę”. Mogą nas nękać poczucie zwątpienia w siebie i wrażenie nieadekwatności, ale przekonujemy samych siebie do tego, żeby zaakceptować nasze zachowanie.

Strategia ignorowania jest dość skuteczna, przynajmniej przez jakiś czas. Dezintegrujemy się, odlatujemy, popadamy w odrętwienie. Robimy wszystko, co możliwe, aby zdystansować się od nagiej prawdy o naszych przyzwyczajeniach. Działamy na automatycznym pilocie i po prostu unikamy zbyt uważnego przyjrzenia się temu, co robimy.

Praktyki treningu umysłu wojownika to czwarta opcja oświeconej strategii. Jest to metoda polegająca na doświadczaniu w pełni tego, czemu się opieramy – bez wchodzenia w żadną z trzech jałowych strategii. Zaczynamy wnikliwie przyglądać się każdemu z trzech rodzajów lenistwa. Dzięki treningowi bodhiczitty uczymy się nie tłumić oporu poprzez kontakt z fundamentalną miękkością i bezzasadnością naszego istnienia, zanim stwardnieje. Robimy to z wyraźną intencją, żeby nasze lgnięcie do ego zmniejszało się, a nasza mądrość i współczucie wzrastały.

Ważne jest, aby zdawać sobie sprawę, że zazwyczaj nie chcemy zajmować się lenistwem ani żadnym innym nawykiem. Chcemy pobłażać, ignorować lub potępiać. Chcemy dalej korzystać z trzech jałowych strategii, ponieważ kojarzą się nam z poczuciem ulgi. Chcemy nadal uciekać w pocieszanie się, w opowiadanie sobie bez końca, że straciliśmy nadzieję, lub w rozmyślanie nad fatalizmem postawy „nic mnie to nie obchodzi”.

W pewnym momencie możemy jednakże poczuć zainteresowanie i zacząć zadawać pytania typu: „Dlaczego cierpię? Dlaczego nie ma żadnej poprawy? Dlaczego moje niezadowolenie i nuda narastają z roku na rok?”.

Właśnie wtedy możemy przypomnieć sobie nasze szkolenie. Właśnie wtedy możemy poczuć, że jesteśmy gotowi do eksperymentowania ze współczującą postawą wojownika. Właśnie wtedy zaczyna mieć sens wskazówka, żeby pozostać z miękkością i nie twardnieć.

Dlatego zaczynamy przyglądać się naszemu lenistwu i bezpośrednio doświadczać jego istoty. Poznajemy nasz strach przed dyskomfortem, nasz wstyd, nasze pretensje, naszą nudę i zaczynamy rozumieć, że inni czują to samo. Zwracamy uwagę na historie, które sobie opowiadamy, i zauważamy, że powodują napięcie w naszym ciele. Kontynuując praktykę, zaczynamy rozumieć, że już nie musimy wierzyć w te historie. Praktykujemy tonglen, medytacje w pozycji siedzącej oraz inne praktyki bodhiczitty, żeby otworzyć się na niewinność energii emocjonalnej. Zaczynamy odczuwać pewien rodzaj czułości, zdając sobie sprawę z tego, że każdy daje się złapać tak jak my i że każdy z nas może być wolny.

Lenistwo nie jest ani szczególnie przerażające, ani wspaniałe. Ale ma tę podstawową cechę życia, która zasługuje na to, by doświadczyć jej taką, jaka jest. Być może w lenistwie znajdziemy pewną irytującą, wibrującą właściwość. Możemy odczuwać ją jako nudną i przytłaczającą lub wrażliwą i otwartą. Cokolwiek odkryjemy, zgłębiając to dalej, nie znajdziemy nic, czego moglibyśmy się trzymać, nic solidnego… tylko bezzasadną energię czuwania.

Proces doświadczania lenistwa bezpośrednio i pozawerbalnie jest transformujący. Uwalnia ogromną energię, która na ogół jest blokowana przez nawyk uciekania. Kiedy bowiem przestajemy opierać się lenistwu, nasza tożsamość osoby leniwej zaczyna się całkowicie rozpadać. Bez nakładanych przez ego klapek na oczach nabieramy nowej perspektywy, poszerzamy pole widzenia. W  ten sposób lenistwo  – lub jakikolwiek inny demon  – wprowadza nas w życie pełne współczucia.

  1. Psychologia

Między nami wstyd

W toksycznym wstydzie nie chodzi o osobę, która patrzy. Chodzi o nas. Wstydzimy się własnego spojrzenia. (Fot. iStock)
W toksycznym wstydzie nie chodzi o osobę, która patrzy. Chodzi o nas. Wstydzimy się własnego spojrzenia. (Fot. iStock)
Każe nam ukrywać to, jacy jesteśmy. Przejawia się nie tylko w rumieńcach, ale też w perfekcjonizmie, arogancji i pysze. – Tymczasem miłość wymaga bezwstydu. Prawdy. Przyznania się do tego, jacy jesteśmy, łącznie z tym, czego się wstydzimy  – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Kobieta wstydzi się nagości w sypialni. Albo mężczyzna zasłania się ręcznikiem, kiedy ona wchodzi do łazienki. Rozumiem, że wstydzimy się obcych. Ale człowieka, z którym mieszkamy i który mówi, że kocha?
W toksycznym wstydzie nie chodzi o osobę, która patrzy. Chodzi o nas. Wstydzimy się własnego spojrzenia. Sami nie możemy znieść siebie. Toksyczny wstyd ogarnia całe „ja” i tylko szuka pretekstu, aby zepsuć nam życie we dwoje. Możemy myśleć, że chodzi o małe piersi czy chude nogi. Ale tak naprawdę chodzi o to, że kiedy byliśmy mali, często nas zawstydzano. Boleśnie w ten sposób przekonując, że musimy ukrywać siebie, bo jak ktoś zobaczy, jacy jesteśmy, to bez litości wyśmieje i odrzuci. Dlatego schowaliśmy się głęboko w swoim wnętrzu, by już nie być zawstydzanymi. Ale też po to, aby nikt nie zobaczył, jacy jesteśmy. Nie łączymy jednak cierpienia, jakiego doświadczyliśmy w dzieciństwie, z tym, że kiedy ukochany chce się z nami wykąpać, mówimy: „nie!”. Mówimy „nie!”, bo myślimy, że jesteśmy kochani tylko dlatego, że udało nam się przed nim ukryć to, jak naprawdę wyglądamy i jacy jesteśmy!

Dlaczego zawstydzanie jest tak toksyczne, że zostaje w nas na całe życie?
Jako dorośli boimy się obśmiania, ironii, szyderstwa, bo one naruszają naszą godność ludzką. A gdy jesteśmy zawstydzanymi dziećmi, nasza osobowość nie może rozwijać się prawidłowo. Toksyczny wstyd leży u podstaw wielu problemów emocjonalnych i osobowościowych. Kiedy mamy 12 lat, to z powodu pryszczy na plecach nie idziemy na basen. Kiedy mamy 30, nie rozbierzemy się przy świetle. Ale też nie pożeglujemy i się nie poopalamy. Z powodu toksycznego wstydu często nie robimy tego, na co mamy ochotę. Nawet przyjaciół do domu nie zapraszamy, bo boimy się porównania z ich domami. Ale nie chodzi o pryszcze, piersi czy metraż domu, pod spodem tych wszystkich wstydów jest wstyd przed tym, jacy jesteśmy, czyli kim jesteśmy. Myślimy, że wystarczy ukryć małe piersi czy chude nogi i będzie dobrze! No, nie będzie, bo ukrywamy znacznie więcej, ukrywamy prawdziwych siebie.

Przecież to, jakie mamy piersi czy nogi, widać! A jeśli wciąż oddzielamy się od partnera ręcznikiem, to on w końcu poczuje się odrzucony. Podobnie jak przyjaciele, których nie zapraszamy do domu.
Widać, nie widać, poczuje, nie poczuje… Prawda tu nie jest ważna. Dla kogoś, kto się toksycznie wstydzi, liczy się to, co on widzi i myśli. Osoba wstydząca się ma silny mechanizm projekcji: jest pewna, że partner ją odrzuci, jeśli zobaczy, jaka jest. Ten mechanizm projekcji zamazuje też rzeczywistość w taki sposób, że wstydząca się osoba nie widzi, iż ten drugi człowiek z nią jest, że ją chce, że ona mu się taka podoba… Najlepiej w takiej sytuacji przyznać się do tego, że się wstydzimy. I jeśli usłyszymy: „Ale nie masz się czego wstydzić, bo jesteś piękna”, to uwierzyć. Jeśli to zbyt trudne, dodać, żeby partner zwolnił tempo, że potrzebujemy czasu, żeby się oswoić ze swoją nagością. Ten czas jest nam też potrzebny, żeby poczuć, gdzie w tej nagości są nasze naturalne granice. Może nie chcemy paradować nago między łazienką i sypialnią, ale spać – już tak? Ważne, by się nie zmuszać. Uszanować siebie. Będzie to prostsze, kiedy zaczniemy odczuwać naturalny, a nie toksyczny wstyd.

Naturalny wstyd? Czym różni się od toksycznego?
Toksyczny wstyd informuje nas, że cali jesteśmy do poprawki. Naturalny związany jest z naszą suwerennością, z naszą przestrzenią: wpuszczę w nią kogoś dopiero, kiedy sprawdzę, że jestem z nim bezpieczna. A więc też kiedy będę pewna, że mnie nie zawstydzi. Naturalny wstyd wyznacza nasze granice, pozwala poczuć, że na przykład wizyta w klubie swingersów by je przekraczała.

Mówiłaś, że szczerość ratuje miłość z pułapki toksycznego wstydu…
Tak, i jeśli usłyszymy: „Jestem dziś trochę niepewny, nie czuję, żebym mógł stanąć na wysokości zadania”, to doceńmy szczerość partnera. To wyraz zaufania i bliskości, kiedy mężczyzna mówi do kobiety o swoim lęku przed tym, że może się w jej oczach ośmieszyć. Łatwiej byłoby powiedzieć: „Mam dużo pracy!”. Tylko że tak nie mówimy do bliskiej osoby. Bliskość to odsłonięcie się. Przekroczenie lęku przed wydrwieniem. Kiedy pozwalamy, aby kierował nami toksyczny wstyd, skupiamy się na tym, aby ładnie wyglądać, a nie na tym, by być sobą. Miłość to bezwstyd. Oto jestem, jaka jestem, i widzę, jaki ty jesteś, i cię kocham!

Zdarza się, że partner publicznie zawstydza, ośmiesza, drwi z partnerki! A potem mówi, że to takie żarty, że jej brak dystansu...
Brak dystansu? Żartować wolno tylko z siebie! Jeśli tego nie umiem, to brak mi dystansu. Ale jeśli ktoś drwi ze mnie, to dopuszcza się biernej agresji. Co będzie dalej, zależy od tego, jaka jestem. Jeśli pewna siebie i spokojna, usłyszy: „Ja w takie gry nie gram, nie chcę już się z tobą całować, bo jesteś niefajny”. Zawsze w takiej sytuacji trzeba jasno powiedzieć: „To, co robisz, mnie boli. Dlaczego to robisz? Chcesz mnie poniżyć? Powiedz wprost, o co ci chodzi”.

A jaka może być przyczyna zawstydzania bliskiej osoby?
Najprostsza: partner gra w „moje lepsze”, chce cię zdominować, wejść ci na głowę. Używać do leczenia własnych kompleksów. Jeśli brak ci poczucia wartości, zaczniesz się wstydzić: tego, jak myślisz, jak wyglądasz, co jest dla ciebie ważne, a nawet śmieszne… Ale toksyczny partner sam się nie zatrzyma, gdy zobaczy, że cierpisz. On cię używa. Zapewne w dzieciństwie został zakażony toksycznym wstydem i teraz tak sobie z nim radzi, że umniejsza innych.

Ośmiesza innych, aby pokonać własny wstyd?
Mógł nauczyć się zawstydzać, a nawet drwić z bliskich w rodzinnym domu, jeśli tam drwiono z niego. Miał więc do wyboru: być nadal ofiarą kpin albo stać się katem. To mechanizm obronny: stać się tym, kto mi zadawał ból, aby tego bólu już nigdy nikt mi nie zadał. A wracając do zaburzeń osobowości, jakie powoduje w nas toksyczny wstyd, to jest nim także perfekcjonizm. Perfekcjonista to ktoś, kto ukrywa przed samym sobą to, że nie jest doskonały, po to, aby nikt nie miał okazji już mu tego wytknąć, czyli go ośmieszyć!

Perfekcjonista to ktoś, kto się wstydzi?
Kto panicznie boi się zawstydzenia. Drobiazgowo dba o wszystko i jest przekonany, że zawsze postępuje doskonale, aby wyeliminować możliwe powody do wstydu. Paniczny lęk przed wykpieniem i odrzuceniem można też ukrywać za arogancją, krytyką, kontrolą, moralizowaniem, a nawet pogardą wobec innych. Ma być tak, jak ja chcę, albo w ogóle! To też są narzędzia do walki ze swoim własnym wstydem. Niestety, ranią one bliskich ludzi.

Trzeba uciekać od takiego partnera!?
Powiedzieć: „Nie gram w to!”. Jeśli jednak ja także mam w sobie toksyczny wstyd, to zamiast postawić jasno granicę, zaczynam partnerowi dogadzać, staram się spełnić jego oczekiwania. Zasłużyć na jego uznanie, a więc zrobić wszystko, aby przestał mnie zawstydzać. Kieruje mną wtedy taki sam cel jak nim: uniknąć zawstydzenia. Tylko że ukrywam się za maską kogoś, kto może wszystkich zadowolić, wszystkim pomóc. A to niemożliwe. Oboje jesteśmy oderwani od rzeczywistości, bo każda ludzka istota ma granice możliwości. Nikt nie jest doskonały i nikt nie ma takiej mocy, aby drugiego człowieka uszczęśliwić. Zdrowy wstyd jest nam wtedy bardzo potrzebny, jako lekcja pokory.

Bywa, że kobieta jest zawstydzana przez matkę partnera, i to publicznie…
Znam taką sytuację. Teściowa robi przyjęcia co kilka miesięcy. Wykwintne, dla zamożnych przyjaciół. Synowa jest zapraszana, choć, zdaniem teściowej, pochodzi z tak prostej rodziny, że nigdy by się u niej nie znalazła, gdyby nie uwiodła jej syna. W takiej atmosferze synowa jest przy stole przez teściową w ironiczny sposób pouczana, że tak się ostryg nie je. No, chyba że na wsi…

Synowa teraz ma ochotę zapaść się pod ziemię?
To zależy od tego, jaka jest ta młoda kobieta. Jeśli ma poczucie wartości, wie, kim jest, to obroni się przed niegrzecznym zachowaniem teściowej, odpowiadając: „Dziękuję, że mi mówisz, u mnie w domu ostryg się nie jadło”, i kropka. To, że się nie jadło i że wszyscy już wiedzą, że ona pochodzi ze wsi, nie uruchomi w niej toksycznego wstydu, bo ona go nie ma. Przytomna młoda kobieta, która lubi samą siebie, jeśli uzna, że jest to dla niej korzystne, po prostu nauczy się jeść ostrygi. Może odczuć naturalne zawstydzenie, które pokaże granice jej umiejętności i zmobilizuje do nauki. Nie zacznie jednak z tego powodu źle myśleć o sobie. Odwrotnie, poczuje się dobrze, bo nauczyła się czegoś nowego.

A jeśli ma ten toksyczny wstyd w sobie?
Jeśli w domu rodzinnym przyzwyczajono ją do złego traktowania, mówiąc na przykład o niej niby żartem: „A to jest nasze mniej udane dziecko”, to będzie wszystkie uwagi łykać, zatruwając siebie, a także relację z partnerem. Po takim tekście teściowej poczuje się zdruzgotana, przeraźliwie zawstydzona sama sobą, choć może udać, że nic się nie stało. Ale nic po sobie nie pokazuje, nie broni się, nie stawia granic i pozwala, aby te drwiny ją niszczyły, bo dla niej to kolejny dowód na to, że jest nikim.

A co na to syn, czyli partner? Znam mężczyzn, którzy milczą, gdy ich matka zawstydza partnerkę, albo mówią: „Kochanie, to moja matka, ona już się nie zmieni!”.
Najlepiej, żeby syn zauważył, że jego matka jest złośliwa wobec jego żony, i na osobności jej powiedział, żeby więcej tego nie robiła. Jeśli matka nie przestanie, powinien od razu na „miejscu przestępstwa” stanąć po stronie żony, zawstydzając matkę: „Dama nie zwraca nikomu uwagi przy stole”. Jeśli i to nie pomoże, uprzedzić, że przestanie spotykać się z matką, jeśli ona nie zaprzestanie nękania jego żony, a jeśli i to za mało, bardzo osłabić z nią kontakty, a nawet zaniechać wizyt. Dopóki ludzie są parą, to są dla siebie najważniejsi. I zdrowa kobieta powie wprost: „Spodziewam się po tobie lojalności. Kiedy twoja matka obraża mnie, obraża też twój wybór, a więc i ciebie. Spodziewam się, że będziesz bronił przed jej docinkami jeśli nawet nie mnie, to swój wybór”.

Może powiedzieć, że teraz będzie do niej chodził sam?
No i mamy przykład, jak toksyczny wstyd, z którym on sobie nie może poradzić, skoro z lęku przed matką porzuca żonę, zaczyna demolować ich małżeństwo. No bo z kim on jest, z matką czy z żoną? Czy w ten sposób nie zawstydza żony? Może nawet się zdarzyć, że partner stanie po stronie matki, mówiąc do partnerki: „Wstydziłem się dziś za ciebie”. Co to znaczy? Dorosły człowiek wie, że odpowiada tylko za siebie. A więc ten mężczyzna nie przeciął pępowiny, skoro nie czuje się oddzielną jednostką. A może zatruty toksycznym wstydem, który mówi mu, że nie jest wart miłości, uważa, że każdy, kto go pokocha, musi być zerem?! Niezwykle ważne jest też dla związku to, czy partner lubi być górą. Czuć się lepiej kosztem innych.

Co robić, gdy dostrzegliśmy, że mamy w sobie toksyczny wstyd?
Zdać sobie sprawę z tego, czego się wstydzę i dlaczego. Zapytać przyjaciół, czy jest powód. Powiedzieć, co podejrzewam. Jeśli partner nie jest toksyczny, zapytać go: „Co we mnie lubisz? A czego nie?”. Może się wtedy okazać, że lubi to, czego właś­nie się wstydzę! Najlepsza jest szczerość: „Wstydzę się tego, że… A ty, wstydzisz się czegoś?”. Ważne jest dawanie sobie nawzajem wsparcia. A więc jeśli partner ma toksycznych rodziców, to pomóc mu docenić siebie. Kiedy wróci od nich rozbity, bo ojciec znów mu dogadał, że czas na awans, a nie na kolejne dziecko – przytulić i powiedzieć: „Oni cię nie znają i dlatego nie doceniają. Zmarnowali szanse, żeby się z ciebie cieszyć, kiedy byłeś chłopcem, i marnują ją teraz, kiedy jesteś mężczyzną! Ale ja się z ciebie cieszę, bo jesteś superfajnym facetem”. A jeśli takie słowa usłyszymy także od partnera, kiedy dostaniemy od kogoś witką zawstydzenia, to znak, że mamy naprawdę dobry związek. 

  1. Styl Życia

Trening sportowy - jak pokonać wymówki?

„Niechcenie
„Niechcenie" często idzie w parze z takimi hasłami jak trening, wysiłek, ćwiczenia fizyczne... Jak się z im uporać i znaleźć motywację? (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Brak czasu, zła pogoda, zmęczenie po pracy. Wymówek, żeby zrezygnować z treningu, może być tysiące. A może spróbuj spojrzeć na sprawę nieco inaczej: czy zebranie z szefem odwołujesz w ostatniej chwili? Od dziś zacznij traktować trening jak najważniejsze spotkanie w ciągu dnia!

Ostatnio ktoś spytał mnie, czy znam skuteczny sposób na zmotywowanie się do treningu, kiedy człowiek jest zmęczony i najzwyczajniej w świecie mu się nie chce. Przyszły mi wtedy do głowy słowa pływaka Michaela Phelpsa, który podał proste rozwiązanie: „Gdy jestem zmęczony i nie mam nastawienia na trening – to zmieniam nastawienie i idę”. Mateusz Kusznierewicz z kolei opowiedział kiedyś, że w takich chwilach „niechcenia” zwykł sobie wyobrażać, że gdy on odpuszcza trening i siedzi w domu, to w tym samym czasie jego konkurenci ćwiczą. Czy może być coś bardziej motywującego do pracy niż wizja przeganiającego nas rywala?

Wymówki to dość powszechna przypadłość, zapewne nieraz już z ich powodu poległaś i nieraz jeszcze przyjdzie ci się z nimi zmierzyć. Dlaczego tak łatwo im ulegamy? Bo nie jesteśmy przygotowani do ich odparcia, a przecież można się tego nauczyć.

Zobacz pierwszy odcinek serii „Trzymiesięczny trening”:

W ramach planu treningowego na tapetę bierzemy dwa filary poczucia własnej wartości zainspirowane koncepcją Nathaniela Brandena: 1. dążenie do celu i 2. odpowiedzialność za siebie. A przekładając to na język ćwiczeń fizycznych: skupimy się na nogach i pośladkach. Bo to właśnie nogi przybliżają nas do celu, nie tylko metaforycznie, ale i fizycznie. Wraz z pośladkami odpowiadają w znacznym stopniu za wytrzymałość, stabilność całej sylwetki. I prowadzą w wybranym przez nas kierunku.

Dążenie do celu

Jak być skutecznym w dążeniu do celu? Moja recepta jest prosta: spójrz na siebie jak na dowódcę, jak na kapitana swojego okrętu. Jeśli twoim celem jest wypracowanie idealnej sylwetki przed wyjazdem na urlop i masz na to jeszcze miesiąc, to musisz tak wszystko rozplanować, żeby ten cel osiągnąć. Ty jesteś szefem. Wydajesz rozkazy. Mówisz więc do syna: „Będę ćwiczyć codziennie o 17.00. Chciałabym, żebyś mi za dziesięć piąta przygotował wodę z cytryną”. Do męża: – „Nastaw mi supermuzykę”, a córka niech ci ułoży stację albo ręcznik – w ten sposób rozdzielasz role, wyznaczasz menedżerów, a sama jesteś dyrektorem – musisz tak rozplanować działania, żeby zrealizować swój najważniejszy projekt. Zauważ, że angażując inne osoby, zyskujesz dodatkową motywację zewnętrzną. Bo jeśli syn ci zrobi wodę z cytryną, to mu przecież nie powiesz: „A nie, dzięki, sorry, teraz robię bigos”. Wyznaczyłaś komuś odpowiedzialną funkcję, którą on wypełnia i w ten sposób pomaga ci osiągnąć twój cel. Bo sukces rzadko kiedy odnosimy w pojedynkę, zazwyczaj są osoby, które nam w tym pomagają – zwróć uwagę, że na galach wręczenia nagród zwycięzcy dziękują wielu osobom, które się przyczyniły do ich sukcesu. Dlatego planując realizację celu, pamiętaj o tym, żeby był mierzalny, osadzony w czasie itp., ale też żeby to wszystko rozpracować taktycznie. Czyli przygotuj się na wszelkie wymówki, zrób plan, zaangażuj do niego inne osoby i zabierz się do działania!

Odpowiedzialność za siebie

Czy zastanawiałaś się nad tym, czym jest regularny trening? To nie tylko praca nad piękną sylwetką, czyli rzeźbienie ciała. Tak naprawdę to całościowa praca nad sobą. Nad ciałem i nad umysłem. Z każdym treningiem rozwijasz następny filar poczucia własnej wartości – odpowiedzialności. A to przekłada się na inne sfery życia. Bo jak mogę być odpowiedzialny za rodzinę, za pracę, jeśli nie będę odpowiedzialny za siebie? Zawsze musimy zacząć od siebie.

Ktoś mądry powiedział kiedyś: „Jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz, nie możesz zaplanować trasy”. I ja się z tym zgadzam – jeśli umiesz świadomie podążać do celu, to znaczy, że działasz w sposób odpowiedzialny, a jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz i nie znasz trasy, to nie możesz sprawdzać, w jakim punkcie swojej drogi jesteś. Czyli obierz cel i go później stopniowo weryfikuj. Pamiętaj jednak, żeby zachować właściwą optykę patrzenia na swoje działania – staraj się mieć na oku główny cel, ale w danym momencie patrz tylko na najbliższy krok. Jeśli masz do przebiegnięcia kilkadziesiąt kilometrów, nie myśl o tym, jak wiele ci jeszcze zostało, bo możesz się wtedy zdeprymować – skup się na tym, że musisz na razie zrobić jedną pętlę, a potem, że jeszcze jedną. Czyli innymi słowy – rozbij sobie cel główny na mniejsze cele. Tak naprawdę te baby steps najpewniej zaprowadzą cię do sukcesu.

Rozgrzewka

5 minut (podskoki, pajacyki, przeskoki i bieg w miejscu). Trening wykonuj w systemie 27... 21... 15... 9... (wszystko po 27 minut, później najlepiej bez przerwy po 21 minut itd. Ćwiczenia wykonuj jak najszybciej z zachowaniem techniki).

Częstotliwość: powtarzaj 3–4 razy w tygodniu.

Ćwiczenie 1: przysiady

fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe

Pozycja wyjściowa: nogi na szerokość bioder.

Ruch: stopniowe obniżanie ciała z przesunięciem bioder do tyłu, do momentu, aż uda będą ustawione równolegle do podłoża, po czym powrót do wyprostu.

Ćwiczenie 2: mięśnie pośladków

fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe

Pozycja wyjściowa: klęk podparty.

Ruch: wymach jednej nogi w górę, palce u stóp obciągnięte, następnie zmiana nogi.

Ćwiczenie 3: wykrok w przód

fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe

Pozycja wyjściowa: lekki rozkrok.

Ruch: wykrok lewą nogą w przód z ugięciem obu kolan, tak aby kolano nogi wykrocznej nie przechodziło osi palców stopy, kąty w obu kolanach około 90 stopni, po czym powrót do pozycji.

Ćwiczenia na umysł

Przygotuj listę 10 wymówek, które najczęściej cię zniechęcają do treningu. Co ci przeszkadza? Z jakiego powodu sobie odpuszczasz?

Przy każdej wymówce wypisz rozwiązanie, które pomoże ci ją następnym razem zneutralizować, np. „zła pogoda” – „mogę poćwiczyć na siłowni lub w domu”, „za gorąco” – „wezmę więcej wody, będę biegać w cieniu” itp. Pamiętaj, że z czasem lista wymówek może ewoluować – będą pojawiać się nowe, ale ty za każdym razem staraj się znaleźć nowe rozwiązania. Najważniejsze, że zaczniesz obserwować siebie i swój dialog wewnętrzny.

Zobacz trzeci odcinek serii „Trzymiesięczny trening” – o tym jak sport kształtuje charakter:

  1. Kultura

Yuka Ebihara - o krok dalej

Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
Yuka Ebihara (Fot. Marek Wójciak)
„Piękność. silna technicznie ze słodkim liryzmem”, „Eteryczna, o nienagannej technice”, „Gwiazda i mistrzyni” – piszą o niej recenzenci. Yuka Ebihara, pierwsza tancerka Polskiego Baletu Narodowego. Japonka w Warszawie. Europejka, która tańczyć uczyła się najpierw w Chinach. Jakie znaczenie mają w jej życiu granice? Te na mapie i te metaforyczne.

Teatr Wielki – Opera Narodowa ma jedną z największych scen operowo-baletowych na świecie (mówi się, że z kulisami pomieściłaby cały gmach mediolańskiej La Scali), ale też imponujące zaplecze. Z pracowniami, między innymi krawiecką, szewską, stolarnią czy malarnią, gigantycznymi magazynami, salami ćwiczeń, biurami i garderobami – przypomina labirynt. Odnaleźć się tutaj to wyzwanie, bywa, że i dla pracowników. Jakiś czas szukamy się więc z Yuką nawzajem, a jednocześnie – pustej garderoby nr 175, gdzie możemy spokojnie porozmawiać. Choć i tak naokoło jest wyjątkowo spokojnie. Korytarzami przemykają pojedyncze osoby w maseczkach. Gdyby nie odgłosy prób operowych i fragmenty rozmów, teatralne zaplecze można by uznać za wyludnione. Przez obostrzenia związane z COVID-19, zmieniło się zresztą nie tylko to. Codzienne próby baletu skrócono, nie trwają już od rana do 18. Dzięki temu Yuka Ebihara może wyrwać z grafiku kilka godzin na spotkanie.

Pierwsza tancerka

Rozpoczęła swój dziesiąty sezon w Polskim Balecie Narodowym. Od ośmiu jest pierwszą solistką. To zazwyczaj sam szczyt baletowej hierarchii, ale w styczniu tego roku oficjalnie ogłoszono, że Yuce Ebiharze nadano rangę pierwszej tancerki. To synonim primabaleriny. Tego dożywotniego tytułu nie przyznawano u nas od dawna, ostatnim razem w Teatrze Wielkim dwie dekady temu. Yuka ma też na koncie między innymi Srebrny Medal „Zasłużona Kulturze Gloria Artis”, dwukrotnie została laureatką Nagrody im. Jana Kiepury dla najlepszej tancerki klasycznej w naszym kraju. W Warszawie mieszka od ponad dziewięciu lat. Ma tu mieszkanie, pracę, grupę przyjaciół, studio, do którego jeździ ćwiczyć. Tutaj się zakochała i wzięła ślub. Często słyszy pytania, na ile czuje się Japonką, a na ile Europejką, Polką, warszawianką. Gdzie jest jej miejsce? Czy czuje się tu jak w domu? Przyznaje, że tylko na ostatnie z tych pytań ma prostą odpowiedź. Yuka: – Coraz wyraźniej czuję, szczególnie od kiedy jestem w stałym związku, że udało nam się z mężem stworzyć tutaj dom. Co do reszty, tu odpowiedzi są o tyle trudne, że niemal całe dotychczasowe życie Yuki Ebihary to – bardziej niż szukanie sobie miejsca – raczej nieustanna droga i przekraczanie granic. Metaforycznie, ale też zupełnie dosłownie.

Tokio, Pekin, Tokio

Miała pięć lat, kiedy zobaczyła pierwszy w życiu balet. Dziecięcy spektakl, w którym występowała jej kuzynka. Trudno powiedzieć, co tak zachwyciło pięcioletnią Yukę. Sama śmieje się, że mogło równie dobrze chodzić o tiulowe spódniczki, jak o prezent, który kuzynka dostała po występie. A jednak kiedy Yuka mówi mamie, że też chce chodzić na balet, wydaje się na tyle zdecydowana, że mama rozmawia na ten temat z ojcem. Tyle że to nie czas na takie decyzje. Rodzina Ebiharów się wyprowadza, pracującego w branży ubezpieczeniowej ojca Yuki firma wysyła do swojej filii w Pekinie. Tokio i Pekin, dwa miasta kolosy, mocno się od siebie różniące. Yuka w Japonii chodziłaby do szkoły pieszo w tłumie innych pierwszaków, dźwigających na plecach charakterystyczne japońskie „pudełkowe” tornistry z klapką. W Pekinie rodzice wszędzie podwożą ją autem, a jednak życie płynie tam jakoś wolniej. Mieszkają w dzielnicy dla obcokrajowców, Yuka jest uczennicą szkoły japońskiej, do której – oprócz dzieci pracowników na kontraktach – chodzą chińskie dzieciaki z zamożnych domów. Na miejscu wśród dodatkowych zajęć jest balet. Nauczycielka, Chinka, dostrzega coś w Yuce, zaprasza więc dziewczynkę do prowadzonej przez siebie bardziej zaawansowanej szkółki baletowej. To moment, w którym balet staje się dla niej bardzo ważny. Do tego stopnia, że kiedy nadchodzi czas powrotu do Tokio, dziesięcioletnia wtedy Yuka zastanawia się, jakby to zrobić, żeby jednak zostać w Pekinie i dalej tam tańczyć. Nie udaje się, znalezienie dla niej opiekuna prawnego okazuje się zbyt skomplikowane.

W odpowiednim miejscu i czasie

W Japonii zajęcia baletowe są drogie i postrzegane jako prestiżowe, ale najczęściej traktowane jednak jak hobby, a nie wstęp do profesjonalnej kariery. Yuka widzi, że w Chinach większą wagę przykładano do podstaw, precyzji ruchu. Jest ambitna, bierze udział w różnych konkursach, a jednocześnie pilnie uczy się do słynących z surowości japońskich egzaminów i zostaje przyjęta do jednego z lepszych tokijskich ogólniaków. Wieczorami dojeżdża na balet. Półtorej godziny w jedną stronę, kilka przesiadek. Do domu wraca koło 23, a i tak wie, że to za mało. W Europie dziewczyny w jej wieku zaczynają już kariery w zespołach, a ona właśnie zdaje na uniwersytet. Obiecała rodzicom, że w ten sposób zabezpieczy sobie przyszłość. Traktuje obietnicę poważnie, ale dociera do niej, że musi wybrać. Decydującą rozmowę z ojcem pamięta jak przez mgłę. Jakich argumentów użyła, przekonując, że chce jechać za granicę, skończyć profesjonalną szkołę baletową i potrzebuje finansowego wsparcia? W Goh Ballet Academy w Vancouver przyjmowano także trochę starsze dziewczyny. Dzisiaj Yuka potrafi się śmiać z tego, że została „studentką ostatniej szansy”, ale wtedy, jak wspomina, „każda lekcja, próba, przesłuchanie były sprawą życia lub śmierci”. Miała poczucie, że postawiła wszystko na jedną kartę, choć sama woli metaforę stromych schodów. Yuka: – Wspinałam się na kolejne stopnie przekonana, że każde zawahanie, każde spojrzenie wstecz oznaczałoby, że się zachwieję i z tych schodów spadnę. W wieku 18 lat na dobre opuszcza Japonię. Po kanadyjskiej akademii, na której imponująco szybko nadrabia zaległości, będzie tańczyła między innymi w zespołach baletowych w Stanach, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Francji. Ale po drodze, jeszcze w Vancouver, obejrzy (a ogląda w tamtym czasie na kanale YouTube wszystkie nagrania baletowe) spektakl „Dama kameliowa”. Zrobi na niej duże wrażenie. Oparty na wątkach z powieści Aleksandra Dumasa (syna) melodramat ukazujący miłość XIX-wiecznej kurtyzany i arystokraty to historia niemal filmowa, do muzyki Fryderyka Chopina. Libretto i reżyseria: guru współczesnego baletu John Neumeier. Yuce przemknie przez głowę myśl, że byłoby wspaniale zatańczyć w „Damie…”. Problem w tym, że teatrom rzadko udaje się zdobyć prawa do spektaklu. Taka rola to jak wygrana na loterii, Yuka musiałaby się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. Nie może wtedy wiedzieć, że tym miejscem będzie Warszawa i Teatr Wielki – Opera Narodowa.

Nici, nożyk, klej

Na nasze spotkanie wzięła torbę z pointami i najpotrzebniejszymi akcesoriami. Niezbędnik tancerki baletowej: igły i nici, żeby przeszywać troczki, nożyczki, bandaże, sprej, którym pryska się podeszwy, żeby się nie ślizgały. Są tu także nożyk tapicerski i tubka kleju. Klej Yuka wlewa do środka postawionej na sztorc pointy, usztywniając jeszcze bardziej i tak twardy czubek (czyli tak zwany „boks”). Nożykiem przycina i „kaleczy” skórzane podeszwy. Pointy dostarcza tancerkom teatr. Są ręcznie szyte w Anglii, kilkadziesiąt funtów za parę. Wybierasz sobie model, ale żeby naprawdę dostosować pointę do unikalnego kształtu stopy, niezbędne są wyżej wymienione zabiegi. Tak spreparowana para czasem starczy na kilka prób, czasem tylko na jeden spektakl. Yuka zapamiętała, z jakim przejęciem kupowała z mamą pierwsze w życiu pointy, ale dnia, w którym pierwszy raz stanęła na czubkach palców, już nie. Nie przypomina sobie tamtej ekscytacji. Ani bólu. Wiele tancerek twierdzi, że bez niego nie ma baletu, że towarzyszy im cały czas, ale Yuka się z tym nie zgadza. O bólu szybko przestaje się myśleć i go zauważać. O „normalnym” bólu intensywnie pracującego lub dochodzącego do siebie po wysiłku ciała. Zna swój organizm świetnie, od razu wie, kiedy coś jest z nim nie tak. Ale ma też z własnym ciałem niewyrównane rachunki. Patrząc na nią, trudno w to uwierzyć, ale jako młodziutka baletnica miała na punkcie swojej sylwetki ogromne kompleksy. Przyglądała się, jak sama mówi, idealnie zbudowanym koleżankom z Europy czy ze Stanów i różnice w budowie uznawała za swoją wielką słabość. Aż doszła do wniosku, że musi te ograniczenia jakoś obejść, włożyć dwa razy więcej wysiłku, żeby osiągnąć to, co sobie założyła. Jej pracowitość jest legendarna, potwierdza ją każdy, kto zetknął się z Ebiharą zawodowo. Wrażenie jest tym większe, że choć ma opinię fighterki, sprawia jednocześnie wrażenie niezwykle kruchej i nieśmiałej. Spytana o to, jakie jest źródło jej siły, długo się zastanawia: – Wydaje mi się, że buduję swoją motywację, czując ciągły niedosyt. Że gdybym raz pomyślała, że to już to, że się udało, właśnie o to mi chodziło, to tę motywację bym straciła. To mi się kojarzy z odpuszczaniem.

Ciało jest jej sojusznikiem. Nigdy jej dotąd poważniej nie zawiodło. Od dziesięciu sezonów nie miała żadnej kontuzji, zastępstwa na żadnym spektaklu. To rzadko spotykane w tym środowisku osiągnięcie. Co nie zmienia faktu, że niektóre z dawnych kompleksów zostały. Yuka: – Szczególnie na punkcie nóg. Na szczęście z wiekiem myślenie się zmienia, do wielu spraw podchodzę już inaczej, z większym spokojem. Nie bez znaczenia są także zmiany, jakie zaszły w samym balecie. Czy raczej zachodzą, choć według wielu komentatorów – nadal zbyt wolno.

Rewolucja

Taniec klasyczny, czyli w dużym uproszczeniu taki, do którego tancerkom niezbędne są pointy, to technika, która narodziła się w XIX-wiecznej Europie. Wtedy powstawał również baletowy kanon – z „Dziadkiem do orzechów” czy „Jeziorem łabędzim” na czele – kategorie estetyczne i założenia, które przetrwały przez kolejny wiek. Jeszcze nie tak dawno powszechnie rozważano kwestię, czy corps de ballet, czyli zespół baletowy, nie powinni tworzyć wyłącznie białe tancerki i tancerze. To samo dotyczyło solistów. Dziś takie rozważania, choć scena baletowa nie jest od nich zupełnie wolna, odchodzą do lamusa. Twarzami swoistej rewolucji są wspinające się po kolejnych szczeblach baletowej hierarchii Afroamerykanki, ale też Latynoski i Azjatki tańczące w Stanach. Ich historie stały się symbolem walki o balet wolny od uprzedzeń. Rewolucyjna fala rozlała się również po Europie, otwierając drzwi tak utalentowanym tancerkom jak Ebihara. Do Polski Yuka trafiła w 2011 roku. Krótko przed tym pracę w Teatrze Wielkim rozpoczął Krzysztof Pastor. Po latach kariery za granicą słynny choreograf zgodził się wrócić do kraju i stworzyć tu zespół samodzielny artystycznie, na światowym poziomie. Pastor jest twórcą działającego od 2009 roku Polskiego Baletu Narodowego, do którego pozyskuje tancerzy z całego świata. Kiedy Yuka dowiaduje się o przesłuchaniu w Warszawie, jest solistką w Zagrzebiu. To jeszcze czasy, kiedy na ponad 80 tancerzy w zespole PBN tylko kilka osób to cudzoziemcy. Podpisuje umowę i przenosi się do Polski. Nie zna języka, miasta, nikogo tu na miejscu. Czuje się obco. A potem krok po kroku odnajduje dla siebie ulubione miejsca, przyjaciół, w tym także Japończyków, których poznała dzięki temu, że przyszli na balet, a potem zaczepili ją na ulicy. Oswaja nawet język polski, choć nadal woli go słuchać i mówić po angielsku. Z Carlosem są małżeństwem od trzech lat. On także jest tancerzem, solistą, choć bardzo rzadko zdarza się, żeby tańczyli ze sobą w duecie. Ślub wzięli w Polsce. Był plan, że pójdą podpisać papiery w dżinsach. W Japonii to możliwe, ale u nas nie da się ominąć ceremonii w urzędzie stanu cywilnego. Poza tym rodzice zapowiedzieli, że przylecą – z Tokio i z hiszpańskiego San Sebastian, skąd pochodzi Carlos. Yuka poprosiła Martę Fiedler, solistkę PBN, która projektuje także baletowe kostiumy, żeby coś dla niej na szybko wymyśliła. Panie z działu kostiumów w teatrze zaoferowały się, że sukienkę uszyją. Ale naprawdę ciekawie zrobiło się, jak rodzice państwa młodych dotarli do Polski. Wspólne rozmowy wyglądały tak, że kiedy ktoś coś powiedział, zaczynał się łańcuszek: z japońskiego Yuka przekładała na angielski, a Carlos na hiszpański, a potem z powrotem: z hiszpańskiego na angielski, z angielskiego na japoński. Mają z Carlosem też zdjęcie w tradycyjnych ślubnych strojach japońskich. On w czarnym, ona w białym kimonie i wysokim czepcu. Tak para młoda idzie do świątyni – sintoistycznego chramu, żeby wziąć ślub. Ale można też tylko wypożyczyć stroje i zapozować do pamiątkowego zdjęcia, tak jak to zrobili Yuka i Carlos, kiedy byli razem w Tokio.

Japoński duch

Raz w roku widzi rodzinę, leci na dwa, trzy tygodnie. Odwiedza przy okazji znajomych i teatry, ale na miejscu czuje się bardziej jak turystka. Nie zna dobrze miasta, mapa tokijskiego metra ją przytłacza, tyle kierunków i połączeń. Ma poczucie, że wszystko dzieje się za szybko, wszystkiego jest za dużo. Woli żyć w Europie, myśli o sobie jak o Europejce, a jednocześnie ma w sobie wiele, jak podkreśla z dumą, z ducha japońskiego. Cechy, nawyki, reakcje. Istotne i błahe, bardziej lub mniej świadome. Na pytanie, czy jeśli sytuacja by tego wymagała, weszłaby do jakiegokolwiek mieszkania, nie zdejmując butów, Yuka natychmiast odpowiada, że nie, absolutnie (zwyczaj zdejmowania butów przed progiem jest w Japonii silnie zakorzeniony). Nie może patrzeć, kiedy ktoś nad talerzem bawi się pałeczkami, wskazuje nimi na kogoś albo wbija je w jedzenie (to jeden z większych nietaktów, jeśli chodzi o maniery przy japońskim stole). W szafie w warszawskim mieszkaniu wisi eleganckie, bardzo cenne kimono, które kupiła jej mama. Yuka wkłada je na specjalne okazje, zaglądając do notatek z instrukcją, jak zakładać poszczególne warstwy i jak wiązać jedwabny pas obi. I jeszcze imię, Yuka. Zgodnie z popularnym w Japonii zwyczajem rodzice wybierali je z pomocą doradcy, żeby przyniosło ich córce szczęście. Chodzi o odpowiedni dobór znaków (ideogramów). Ważne jest ich znaczenie – yu oznacza przyczynę, ka piękno, dobro, talent. Ale równie ważne jest, ile (niektóre liczby są szczęśliwe, inne nie) ruchów pędzla wymaga ich zapisanie.

List

Pięć miesięcy przerwy. Wiadomość o lockdownie zastała Polski Balet Narodowy w marcu tuż przed premierą „Korsarza”. Wrócili z przerwy na lunch i mieli się rozgrzewać, a dowiedzieli się, że wszyscy mają się rozejść do domów. Najpierw szok, potem kilka przyjemniejszych dni na relaks i w końcu z całą siłą dociera do ciebie powaga sytuacji. Mieli w mieszkaniu specjalną wykładzinę do prób, Yuka jeździła do swojego studia z lustrami i drążkiem. Ale to nie to samo co przestrzeń sal baletowych, nie da się w ten sposób utrzymać idealnej formy. Przed czarnymi myślami ratowała ją mała codzienna rutyna. Taniec i pilates (papiery na licencjonowaną trenerkę zrobiła jeszcze w Kanadzie, wciąż organizuje zajęcia pilatesu, w czasie pandemii online). Ale jeszcze coś. Yuka zachowała gruby plik kartek – list, który przyniesiono jej kiedyś po spektaklu do garderoby. Anonimowy, wiadomo tylko, że napisała go kobieta. Autorka przyznaje, że kiedy dowiedziała się, że Ebihara została pierwszą solistką, nie była zachwycona, a teraz po latach chciała jej za wszystko podziękować i napisać, jak bardzo się myliła. Yuka przypomina sobie treść tego listu i inne wiadomości od widzów, kiedy ma gorsze momenty. Takie, których w życiu tancerek nie brakuje, ale też tak wyjątkowe jak czas lockdownu. Bo skoro są ludzie, których do siebie przekonała, w których wzbudziła emocje, nawet jeśli to byłaby jedna osoba, a same emocje trwałyby chwilę – to i tak cały jej wysiłek się opłacił. Teraz może się już dziać, co chce. Zawieszona wiosną premiera „Korsarza” została przeniesiona na wrzesień i z powodzeniem otworzyła w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej nowy sezon. Ale teraz pandemia znowu przybrała na sile, według nowych zasad na widowni może być zapełnionych już tylko 25 proc. miejsc, ryzyko zarażeń w zespole jeszcze wzrosło. Sytuacja jest dynamiczna – z Yuką rozmawiamy tuż przed wznowieniem „Damy kameliowej”, ale zaraz po naszym spotkaniu Teatr Wielki musi jednak planowane spektakle odwołać. Kurtyzana Małgorzata Gaultier z „Damy...” to jej sztandarowa, zachwycająca rola. Wymagająca nie tylko doskonałych umiejętności technicznych, lecz także wrażliwości i talentu aktorskiego, bo 81-letni dziś John Neumeier tak właśnie swoje przedstawienia pisze i reżyseruje. Ale można też tę rolę Yuki traktować jak pewną metaforę. Jej osobistej drogi i w ogóle kierunku, w którym wydaje się podążać współczesny balet. Yuka Ebihara w Polsce została gwiazdą spektaklu Amerykanina z polskimi korzeniami, pracującego od dekad w Niemczech, który francuską powieść postanowił przenieść na baletową scenę do muzyki Chopina.

Napis

Kiedy kończymy rozmawiać, na dworze robi się ciemno. Wychodząc z garderoby nr 175, przechodzimy obok ściany, na której wisi instalacja artystyczna, eksponat z jednej z wystaw zorganizowanych w Galerii „Opera”. Zadecydowano, że po zakończeniu wystawy zawiśnie właśnie tutaj. To litery ułożone z używanych point. Trzeba cofnąć się parę kroków, żeby odczytać całość – ciągnący się na kilka metrów napis: „BALET”. 

  1. Psychologia

Kot wie lepiej – manifest bezproduktywności

Kot prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. (Fot. iStock)
Kot prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. (Fot. iStock)
W dzisiejszych czasach dominuje przekonanie, że coś jest z nami nie tak, jeśli zatrzymujemy się, nie gonimy i nie produkujemy. Tymczasem, jak twierdzi dr Joanna Heidtman, bezczynność i odpoczynek są równie istotne jak praca. A nawet istotniejsze!

Współczesna kultura programuje człowieka tak, aby wciąż coś robił, działał, produkował. Jeśli się zatrzymasz, świat cię „wypluje”…
I to dość szybko. To model, który przyszedł do nas ze Stanów Zjednoczonych. Self-made man, ekstremalny kowal własnego losu, czyli wytwór protestanckiego ducha, na którym wyrosła amerykańska kultura – „Kto jest produktywny, ten jest błogosławiony przez Pana” czy „Bezczynne ręce są narzędziem szatana”. Według socjologów tak się narodził kapitalizm, to właśnie protestantyzm leży u jego źródła – ludzie wytwarzali, nie korzystali z tego, co wytworzyli, i znowu inwestowali w ciąg dalszy wytwarzania. Oczywiście dziś jesteśmy już daleko od tych korzeni.

Ale coś nam zostało…
Zostało globalnie rozpowszechnione i „lokalnie”, w większości z nas, zinternalizowane przekonanie, że coś jest z nami nie tak, jeśli zatrzymujemy się, nie poprawiamy, nie zmieniamy, nie gonimy i nie produkujemy.

Doskonalimy nie tylko „produkt”, ale i samego siebie, bo przecież ciągle słyszymy: „Bądź lepszą wersją siebie”.
No właśnie, te wszystkie trendy rozwojowe, dobre w swojej intencji, zakorzenione z kolei w psychologii humanistycznej, skończyły się tym, że wciąż siebie poganiamy z batem, bo za mało celów jeszcze osiągnęliśmy. Nie można siebie polubić, zaakceptować, po prostu ze sobą być.

Choć z drugiej strony słyszymy też, że mamy siebie akceptować, co prawda raczej warunkowo.
I wychodzi na to, że nawet coś takiego jak akceptacja siebie jest… długofalowym projektem! Aż w końcu działanie staje się naszym uzależnieniem. Ostatnio – zresztą nie robiłam nic szczególnego, a tylko luksusowo czekałam na pociąg – mój wzrok przyciągnął tytuł artykułu z wystawy kiosku: „Zaprojektuj swoje życie, bądź jego architektem”. Zrobiło mi się słabo na samą myśl, że miałabym podjąć się takiego zadania, od razu poczułam się zmęczona. Model produktywności objął niemal każdą sferę naszego życia.

Wspomniała pani o uzależnieniu od działania. Czy jego symptomem jest na przykład sytuacja, kiedy wieczorem mamy wyrzuty sumienia, bo zdarzył nam się dzień, kiedy nie zrobiliśmy niczego, co dałoby się: wziąć do ręki, policzyć, wymienić po przecinku czy użyć? Czujemy się winni i mówimy, że „dzień przeleciał nam przez palce”.
Powiem tak: nie opisała pani jeszcze scenariusza beznadziejnego! Mam klientów, którzy przyznają, że kiedy tylko przystaną w biegu choćby na moment, w głowie natychmiast mają galop myśli, włącza się wewnętrzny krytyk poganiacz, mobilizujący bez względu na to, jakie są potrzeby. Pojawia się niepokój. Takie osoby nie mają szansy poczuć wyrzutów sumienia, o których pani powiedziała, bo do nich nie dopuszczą. I to jest już uzależnienie.

Rozumiem, że wyrzuty sumienia po dniu nicnierobienia są zapowiedzią nałogu?
Bez wątpienia ich pojawienie się powinno zapalić czerwoną lampkę, uruchomić alarm. Natomiast jeśli przystanek w pędzie wywołuje niepokój, oznacza to, że nasz system nerwowy już uzależnił się od napięcia, od bycia w ciągłej mobilizacji, pozostaje pod stałym wpływem układu przywspółczulnego. Jeżeli człowiek przez dłuższy czas – miesiące czy lata – nie przełącza się z systemu mobilizacji na system regeneracji, organizm się w końcu do tego adaptuje i normą staje się dla niego bycie w napięciu.

A koszty są ogromne!
Organizm w trybie mobilizacji to organizm niedotleniony, niedożywiony rozmaitymi substancjami, które krew powinna rozprowadzać, podtruty hormonami stresu. A w konsekwencji pojawiają się fizyczne dolegliwości: stany zapalne, bóle itd. Tak wygląda mobilizacja bez regeneracji. I wbrew pozorom wcale nie tak trudno jest osiągnąć ten stan. Nie pilnujemy siebie, w pewnym momencie przestajemy słuchać swoich potrzeb, bo bezustannie stymulujemy się a to kofeiną, a to tauryną, generalnie wciąż ma być „więcej, dalej, szybciej, jeszcze”.

Czy to oznacza, że produktywność ma sens tylko wtedy, kiedy idzie w parze z naszymi rzeczywistymi potrzebami?
Powiem więcej – tylko wtedy w ogóle będzie produktywnością! Jest bowiem taka prawidłowość: wyobraźmy sobie, że ktoś próbuje osiągnąć jakiś cel, wydatkuje przy tym dużo energii fizycznej i psychicznej, w pewnym momencie pojawia się zmęczenie, jednak cel każe mu je ignorować tak długo, aż sięgnie ono zenitu. Wtedy produktywność – co zrozumiałe – spada. A człowiek wciąż nastawiony na cel jeszcze mocniej dokręca śrubę, czyli pobiera jeszcze więcej z już wyczerpanego organizmu. Łatwo się domyślić – idzie mu coraz gorzej.

Błędne koło.
Produktywność albo bardzo spada, albo kończy się zupełnie. Przypomina mi się teraz „metoda kota”, o której mówił Wojtek Eichelberger. Jak działa kot? Prawie ciągle siedzi w miejscu i – można pomyśleć – nic nie robi. Ale jak już działa – to robi to niezwykle sprawnie, precyzyjnie, doskonale i z sukcesem. A to dlatego, że kiedy tak siedzi w miejscu i niby nic nie robi – regeneruje się, kumuluje energię. To wszystko wydaje się banalne, wiadomo, samochód nie pojedzie bez benzyny. Każdy to wie, tylko to „nietankowanie” jest realnym problemem wielu ludzi. Każdy z nas ma nad sobą szefów, dyrektorów, nauczycieli. Ten, który nie traci czasu na wizyty na stacji benzynowej, przez długi czas jest doskonałym żołnierzem! Idealnym, to prawda. Widzę to w naszym pokoleniu, pokoleniu 40-, 50-latków. Zasada była i wciąż jest taka: żyje się po to, żeby pracować. „Kupiliśmy” ten schemat, uwielbialiśmy być poganiani, chcieliśmy przeć do przodu, osiągać sukcesy. Byliśmy pierwszym pokoleniem, które zaczęło pracować w nowym systemie społecznym, po transformacji.

Uchylono bramę…
A my weszliśmy, a nawet wbiegliśmy radośnie w ten kolorowy świat, gotowi na wszystko, ku uciesze kiełkujących korporacji. Na szczęście w tym młodym pokoleniu dostrzegam coraz częściej hołdowanie odwrotnej zasadzie – oni pracują, żeby żyć. Nie zamierzają być armią, która idzie na stracenie. To jest lekcja, jaką część młodych odebrała, obserwując pokolenie swoich rodziców, którzy się rozwodzą, wpadają w uzależnienia, wypalają się zawodowo…

Tylko się cieszyć.
W naszym pokoleniu wahadło zdecydowanie za mocno wychyliło się w jedną stronę. Teraz wraca. Na szczęście. Bo konsekwencje uwielbienia produktywności są potężne. Wypalenie obejmuje dziś coraz szersze grupy, kiedyś było charakterystyczne dla tak zwanych zawodów pomocowych. Równie źle sytuacja wygląda, jeśli chodzi o statystyki dotyczące depresji, ona oczywiście ma wiele innych źródeł, ale to jest z pewnością jedna z jej znaczących składowych.

Co możemy zrobić, by nie dopadło nas uzależnienie od działania?
Utrzymanie energetycznego balansu wymaga dyscypliny. Jak już wiemy, mamy tendencję do tego, aby nadużywać swojej energii, żeby ignorować potrzebę odpoczynku, więc – nie ma wyjścia – trzeba narzucić sobie reżim relaksu. Mówię zupełnie poważnie. Już wiele lat temu pisano o „korporacyjnym atlecie”. Naukowcy porównali osoby pracujące w korporacjach do wyczynowych sportowców. Otóż, zawodowy sportowiec ma bardzo rygorystyczną dyscyplinę, jeśli chodzi o trening, i dokładnie tak samo rygorystyczną, jeśli chodzi o regenerację. Jeśli więc chcemy być naprawdę produktywni, musimy regularnie zmuszać się do odpoczynku.

A jak to miałoby wyglądać w praktyce?
Na przykład tak, że wpisuje sobie pani odpoczynek w kalendarz – dokładnie tak samo, jak wpisuje pani: spotkania, zebrania, wolne weekendy, urlopy, aktywność fizyczną itd. I tak jak spotkanie jest sprawą świętą – idzie pani na nie, nawet jak „nic się nie składa”, nie spóźnia się pani z szacunku do osoby, z którą jest umówiona, tak samo wychodzi pani na spacer, gdy „nic się nie składa”, o konkretnej porze, z szacunku dla osoby, z którą się pani umówiła, czyli z szacunku dla samej siebie, a także w trosce o swoje cenne zasoby energii oraz o swoją produktywność. To jedna ścieżka ratunku.

Czyli jest jeszcze jakaś?
Mam na myśli pewien rodzaj wglądu w siebie. Bywa tak, że „produkujemy” na potęgę, bo jeśli tego nie robimy, czujemy się bezużyteczni. Czyli czujemy, że nie jesteśmy warci miłości, akceptacji, pochwały, uwagi. Nie możemy po prostu tylko i aż być. Tutaj źródeł trzeba oczywiście szukać w przeszłości, w sposobie wychowania. Jeśli więc złapiemy siebie na takim ciągłym poczuciu winy i konieczności zasłużenia na miłość, szacunek itd. – warto spróbować zadać sobie kilka pytań: „Dlaczego mam poczucie winy?”, „Kto mi mówi, że muszę działać, bo inaczej mnie nie ma?”. Taką autodiagnozę czasem da się wykonać w domowym zaciszu. A czasem trzeba zwrócić się do psychoterapeuty.

Pomyślałam teraz o tym kocie, który „nic nie robi”, zastanawiam się, co ma tu do powiedzenia czysta biologia. Czy człowiek z natury stworzony jest do działania, czy do regeneracji? Nasz przodek, owszem, polował na mamuta, ale tylko po to, żeby przetrwać. Jeśli nie musiał, raczej specjalnie się nie przemęczał...
Na pewno jesteśmy istotami ciekawskimi, więc dążenie do wrażeń, doznań, które przynosi działanie, jest dla nas ważne. Ale z drugiej strony, na przykład z myśleniem, które jest bardzo energochłonne, nie przesadzamy. Kiedy nie musimy – mkniemy przez życie na automatyzmach. Nasza przodkini używała żaren tylko dlatego, żeby zmielić mąkę. I tyle. Potem je odkładała. Z tego wynikałoby, że zaprogramowani jesteśmy jednak bardziej w stronę tego kota. A to dopiero kultura umieściła nas w blokach startowych. Kultura potrafi być silniejsza niż biologia – „Zrób jeszcze jeden obrót tymi żarnami, żeby do ciebie złe myśli nie przychodziły, człowieku”. I wielu z nas dało się jej przekonać, uwieść.