1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak się nie kłócić o pieniądze

Jak się nie kłócić o pieniądze

Fot. IStock
Fot. IStock
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kobieta, która przekracza budżet, czyści konto, nie jest do końca świadoma, że dokonuje zemsty. Tak jak mężczyzna, który traktuje pieniądze jako narzędzie władzy i dominacji. Co tak naprawdę dzieje się między nami? Co mówi o nas i o naszych relacjach stosunek do pieniędzy – tłumaczy psychoterapeuta Benedykt Peczko.

 

Kłócimy się w parach głównie o pieniądze, seks i dzieci. Badania pokazują, że najczęściej o pieniądze. 

Te kłótnie rzadko dotyczą samych pieniędzy. Pokazują napięcia i konflikty w relacji.

Jestem zła, bo nie zachwycasz się mną, więc będę suszyć ci głowę, że na nic nie starcza pieniędzy…

Gorzej: będę się mścić, uprzykrzę ci życie. Wyobraźmy sobie parę: on zarabia, ona wychowuje małe dzieci, dba o dom. On jest przepracowany, wraca późno. Może ma problemy z szefem. Przestaje zauważać i doceniać kobietę, jej starania, jej piękno. W pierwszych latach związku, gdy byli ze sobą blisko, czule, gdy zaspokajali nawzajem swoje potrzeby, pieniądze nie stanowiły żadnej kwestii; sprawnie ustalali, na co je przeznaczyć. Teraz to się zmienia. Kobieta widzi, że mężczyzna jest bierny, nie stara się. Próbuje więc – nieświadomie – zwrócić jego uwagę poprzez to, że wydaje j e g o pieniądze. Dużo wydaje, robi – jak to się fachowo mówi – niezbilansowane zakupy. Produkty tylko z górnej półki, luksusowe i dużo.

Ma satysfakcję!

Niejako wydobywa w taki sposób coś dla siebie, przynajmniej tyle zyskuje. „Jak ty jesteś taki, to ja wydam wszystkie pieniądze, wyczyszczę konto i teraz się martw, jesteś facetem, prowadzisz firmę, poradź sobie”. On orientuje się, że konto pustoszeje. To dla niego stres, zmartwienia. „Jesteś rozrzutna i nie mogę ci ufać!” Tak nakręca się spirala przemocy, biernej agresji, uprzykrzania sobie życia.

Często to mężczyzna nie może dobić się o uwagę, troskę i czułość.

Fot. IStock Fot. IStock

I gdy nie dostaje tego, czego chce, wprowadza restrykcje, wycofuje finansowanie. Szybko znajduje racjonalne wyjaśnienie: w tym miesiącu nie mam na te wydatki, nie możesz tego kupić. To rodzaj kary, ponieważ jest zły, rozżalony.

Za co?

Często za brak seksu. To bardzo niebezpieczna sytuacja, ponieważ przeradza się w relacji w płatny seks: „Dasz, to i ja dam!”. Karanie za pomocą pieniędzy to forma rozliczenia, wyrównania. Nie mówię, o co mi chodzi, nie poruszam tego, co kluczowe, za to dokonuję rozliczenia na poziomie finansowym. „Jesteś skąpy!” „A ty nie liczysz się z pieniędzmi!” Karanie to nie wprost wyrażona złość.

„Ja zarabiam, więc ja decyduję o wydatkach!” Kolejny przejaw dominacji i władzy.

Podkreślanie: „Nie zarabiasz, nie masz pieniędzy, chyba że ci dam”. Nieznoszące sprzeciwu stwierdzenia: „Będę ci przekazywał pewne sumy, a ty będziesz się rozliczać”. To, oczywiście, poważne nadużycie w sytuacji, gdy kobieta zajmuje się dziećmi i zarządza firmą, jaką jest dom, czyli ciężko pracuje. Mężczyźni, którzy utrzymują rodzinę, często zwalniają siebie z jakichkolwiek domowych obowiązków. To kolejne nadużycie. Najczęściej nie mają pojęcia, ile czasu i energii wymagają ogarnięcie rodzinnych wątków, organizacja różnych zadań, zarządzanie czasem, troska o dom i rodzinę. Wielu takich mężczyzn chce decydować, jak ma wyglądać życie rodzinne, jak powinna funkcjonować żona, co ma kupować, a czego nie.

Taka przemoc zdarza się niejednokrotnie także wtedy, gdy i kobieta zarabia. Mężczyzna w dalszym ciągu zarządza, decyduje…

To wszystko informacje na temat ich relacji. Ostatnio pracowałem z małżeństwem, które walczyło ze sobą o to, jakie przywileje powinny przysługiwać z racji zarobków. Oboje zarabiali dużo, ona bardzo dużo, trzykrotnie więcej od męża. A więc nie musieli walczyć o przetrwanie, a jednak walczyli ze sobą. Pieniądze były tylko widocznym przejawem głębszych konfliktów, niezaspokojonych potrzeb i frustracji.

Wtedy wyraźnie widać, że walka o pieniądze to strata czasu, właściwie pogłębia konflikty. Nie jesteśmy tego świadomi?

Tak, kobieta, która przekracza budżet, czyści konto, nie jest do końca świadoma, że tak naprawdę dokonuje zemsty. Albo chce w ten sposób pozyskać uwagę mężczyzny. Co tak naprawdę dzieje się między nami? O co nam chodzi, gdy wykorzystujemy pieniądze do dominacji czy karania? Bez tej świadomości sprawy bardzo się komplikują, coraz trudniej o otwarte rozmowy. „Jesteś jak twoja matka!” „Wszyscy faceci są tacy sami!” Równia pochyła.

Istnieje – jak się wydaje – podstawowa kwestia dotycząca przyczyn nieporozumień wokół pieniędzy. To wzorce wyniesione z domów rodzinnych. Pochodzimy z różnych środowisk. Doświadczenia naszych rodziców, dziadków i poprzednich pokoleń mają na nas ogromny wpływ. Jak ten wpływ rozpoznać?

Przede wszystkim słuchać. Jakich metafor używa partner, partnerka? Co mówią o pieniądzach? Pieniądze nie rosną na drzewach? Nie leżą na ulicy? Pieniądze szczęścia nie dają? Nie ma sensu oszczędzać, trzeba wydawać, bo tracą wartość? Żaden pieniądz nie śmierdzi? Masz pieniądze, masz szacunek? Za pieniądze kupisz wszystko? To są mocno wdrukowane programy, których najczęściej nie jesteśmy świadomi. A jednak działają. Często działają bezwzględnie precyzyjnie. Jeśli mężczyzna jest przekonany, że pieniądze zdobywa się ogromnym wysiłkiem i wyrzeczeniem, będzie stale napięty w relacji z nimi.

A gdy zwiąże się z kobietą, która ma gest, jest spontaniczna i wyznaje zasadę „raz się żyje”, problemy gotowe.

Albo on lubi mieć oszczędności, planuje, nie wydaje na głupoty. A ona kocha życie, podróże, zakupy… Mają odmienną filozofię życia. „Pieniądze są po to, aby przetrwać” kontra „pieniądze służą radości, celebrowaniu obfitości”.

Co z tym robić?

Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Jakie wzorce wynieśliśmy z domu rodzinnego? Jaką wartość przypisywano pieniądzom? Mają znaczenie wszelkie pokoleniowe doświadczenia, upadłości majątkowe, nietrafione inwestycje, wyłudzenia, bankructwa, kradzieże, przegrane w grach losowych, finansowe walki w rodzinie. Te wszystkie wstydliwie ukrywane historie rzutują na nasz stosunek do pieniędzy. Kiedy o nich mówimy, poznajemy tło dziedziczonych przekonań. Łatwiej wtedy zrozumieć zachowania, reakcje, emocje. Łatwiej zrozumieć, że nasze zachowania niekoniecznie są wynikiem głupoty czy złośliwości, ale uwarunkowań. Świadomość rozświetla ciemności umysłu. To, co uświadomione, możemy zmienić, jak mówią psychoterapeuci: odkryć programy, a potem je zaktualizować.

Fot. IStock Fot. IStock

Najlepiej, gdybyśmy takie rozmowy prowadzili już wtedy, gdy decydujemy się być razem.

Mocno nieromantyczne…

Unikamy w ten sposób wielu rozczarowań. Możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. Może się okazać, że dla niego pieniądze są zbyt ważne. Albo ma problem z rozstawaniem się z nimi, co wróży, że będzie w rodzinie finansowym tyranem. Kobieta z kolei może mieć w stosunku do partnera bardzo wyśrubowane wymagania. Gdy mężczyzna to wie, może zadać sobie pytanie, czy da radę sprostać tym oczekiwaniom. Jeśli w związku z takimi odkryciami pojawia się w nas niepokój, może sygnalizować nieporozumienia i problemy w przyszłości. Już na starcie mogą więc pojawić się rozbieżności. W jaki sposób poradzimy sobie z nimi? Intuicyjnie dobieramy się tak, żeby się porozumieć. Jednak nie zawsze to się udaje. A wtedy dochodzi do dramatycznych sytuacji w kwestii na przykład podziału majątku; sprawy w sądach, dzieci wzywane na świadków. Mnóstwo cierpienia.

Osobne konta. Albo jedno wspólne obsługujące rodzinny budżet, a nadwyżka finansowa na dwóch indywidualnych – do jej i jego wyłącznej dyspozycji. Takie mamy w parach pomysły na unikanie finansowych nieporozumień.

Dobrze sprawdzać, co w naszym przypadku działa. Z mojego terapeutycznego doświadczenia wynika, że najwięcej szkody robi nielojalność, ukrywanie, niekonsultowanie decyzji finansowych. Na przykład mąż wyprowadza z rodzinnej firmy dużą sumę pieniędzy na realizację nowego projektu. Nie uzgadnia tego z żoną. Projekt przepada, co mocno podkopuje finanse firmy. Ale co gorsze – podkopuje zaufanie w relacji, kobieta czuje się – co zrozumiałe – pominięta, zlekceważona. Zastanawia się, co dalej z małżeństwem, ponieważ przestała czuć się bezpiecznie.

Inny przykład: mężczyzna pożyczył bratu dużą kwotę pieniędzy bez konsultacji z partnerką. Brat nie oddaje, przeciąga spłatę, kłamie, lawiruje. „Problemy finansowe brata są dla ciebie ważniejsze niż naszej rodziny” – mówi rozżalona kobieta. Mężczyzna tłumaczy, że czuje się zobowiązany…

…że trzeba sobie pomagać, że było mu niezręcznie odmówić. Wszyscy chyba, niestety, znamy te uwikłania.

Kobieta mówi: „Rozumiem, że znalazłeś się w trudnym położeniu, tym bardziej trzeba było mi powiedzieć, zapytać”. Ta, wydawałoby się z początku, drobna nielojalność położyła się cieniem na relacji tej pary. W kwestii pieniędzy – jak w każdej innej – potrzebujemy być ze sobą szczerzy, uczciwi, otwarci i odpowiedzialni. Bo tylko w ten sposób możemy zbudować mocną, pełną zaufania więź.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kiedy rozstanie, kiedy praca nad sobą? – Poczekaj, zanim uciekniesz od partnera

Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Jeśli wierzyłaś, że ten związek będzie inny, ale znów wszystko zaczyna się psuć… Jeśli twój partner cię zdradził, oszukał lub zawiódł… – Nie rozstanie jest ci potrzebne, ale praca nad sobą – mówi terapeutka Eva-Maria Zurhorst, która po latach rozczarowań w związkach dała sobie szansę na szczęście.

Do mało której sprawy przywiązujemy taką wagę, jak do tego, z kim dzielimy życie. Nasz partner powinien spełniać określone kryteria, zarówno w kwestii charakteru, wyglądu, jak i zainteresowań. Kiedy w związku dzieje się źle lub kiedy z kimś się rozstajemy, tłumaczymy to tym, że widocznie nie był to ten właściwy. Tymczasem niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst stawia rewolucyjną tezę: „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz” (tak brzmi także tytuł jej książki).

To hasło może budzić zdziwienie. No bo jak to „nieważne z kim się zwiążesz”? Przecież to ma być ktoś wyjątkowy! Żadnej przypadkowości, czysta magia! Zgoda, tyle że pewien rodzaj magii działa zawsze: przyciągnęliście się, bo wiele was łączy. Bo w waszym spotkaniu jest ogromny potencjał rozwoju dla obojga. Sęk w tym, że – zamiast dostrzec ten potencjał – skupiasz się na trudnościach, które po jakimś czasie wypływają (a wypływają zawsze) i stwierdzasz: „To nie działa”. Eva-Maria Zurhorst wie o tym jak nikt inny. Zawsze szukała tego jedynego. Wchodziła w relacje i szybko z nich wychodziła. „Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych uciekałam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że zostanę stłamszona”. A potem nastąpiły w jej życiu kolejno: niespodziewana ciąża, nieplanowany ślub i nieudane próby dopasowania się do drugiego człowieka. Po dwóch latach uznała, że jej małżeństwo jest „mieszczańskim muzeum nudy” i że „właściwie nic nas nie łączy”. Kłócili się, mijali, walczyli, nawiązywali potajemne romanse, a jednak wciąż byli razem – nie wiadomo właściwie, co ich do siebie ciągnęło. Może to uczucie głębokiej wewnętrznej więzi, które pojawia się, gdy dochodzisz do granicy wytrzymałości... Eva-Maria zaczęła podejrzewać, że może w związku chodzi o coś innego niż o tę „właściwą osobę”. Zaczynają się więc z mężem komunikować. Przyglądać się światu drugiej osoby. Jest w tym coraz mniej strachu i oporu. Coraz więcej ciekawości. Fakt, otwierają się rany, wylewają żale. Ale, jak zauważa w książce, „mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się”. Wreszcie trafiła na seminarium słynnego terapeuty Chucka Spezzana. Słuchała i płakała. Bo wreszcie zrozumiała, że wszystkie problemy w związku sprowadzają się do miłości własnej. Że każdy problem w relacji to zachęta do zajęcia się własnym wnętrzem, własnym zadawnionym bólem i wypartymi emocjami. Że większość rozwodów jest zbyteczna, a rozstanie nie jest rozwiązaniem, raczej zwłoką w uzdrawianiu. Nierozwiązany problem wróci w innej konfiguracji – z kolejnym partnerem. Zmienił się jej stosunek do pracy terapeutycznej i do męża – zaczęli sprawiać wrażenie świeżo zakochanej pary.

Zajrzyj pod sukienkę

Pamiętasz Bridget Jones, przygotowującą się do pierwszej randki z Danielem Cleverem? W jednej ręce trzyma podniecające koronkowe figi, w drugiej wielkie „majtasy” w cielistym kolorze, opinające brzuch i pośladki. Co za wybór! Powiedzmy, że górę wezmą majtasy: sylwetka uzyska zgrabniejszy kształt, ale kiedy dojdzie do łóżkowej sceny, mężczyzna może się przerazić i zrazić. A zatem figi? Tyle że te nie zakryją wałków tłuszczu, a skoro będą one widoczne to – kto wie – może w ogóle nie dojdzie do zbliżenia? Stosunki intymne są bezlitosne: odkrywają nasze najbardziej wstydliwe tajemnice. Im bardziej pozwalamy się komuś zbliżyć, tym mniej pozostaje miejsca na kontrolę. Im bardziej się otwieramy, tym łatwiej nas dotknąć. Wychodzą urazy, niepewność, bezradność i wszelkie możliwe dziwactwa. Bronimy się, uciekamy. Złościmy i atakujemy. Obrażamy i zamykamy. „Druga osoba tylko zagląda pod sukienkę” – tłumaczy Eva-Maria Zurhorst. – „Wałki tłuszczu już tam są. Dla dobra naszego związku musimy zatem sami sobie uczciwie zajrzeć pod sukienkę i nauczyć się akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Autorka „Kochaj siebie...” pisze o mechanizmie projekcji i o tym, że partner jest naszym lustrem. Ujrzysz w nim swoje niespełnione potrzeby, opory i blokady, a przede wszystkim rozdarcie między tęsknotami a lękami. Jak możesz oczekiwać od niego czegoś, czego nie zamierzasz sobie dać? Wierzyć w to, że zapewni ci dobre samopoczucie, szacunek i zaufanie do siebie, których ci brakuje? „Od tego, kogo spotkasz, zawsze spotykasz tylko siebie” – twierdzi Eva-Maria Zurhorst. „I dlatego – zgodnie z moim doświadczeniem – możesz spokojnie zostać z tym partnerem, z którym jesteś, choć jeden Bóg wie, jak niemiły jest dla ciebie ten stan”. Partnerzy mają tę niezwykłą umiejętność, że szybko i precyzyjnie wdeptują w te miejsca, które bolą nas najbardziej. Dlatego czasem tak szczerze ich nie cierpimy. Odsuwamy się, odpychamy. A przecież nie są przyczyną naszych problemów, tylko wyzwalaczem. „Dzięki partnerowi możemy zidentyfikować (i pożegnać) nasze demony” – przypomina terapeutka. I zapewnia, że jeśli życie jest szkołą, to relacja partnerska elitarnym uniwersytetem. „Tutaj zdajesz najtrudniejsze egzaminy, tu możesz się nauczyć najwięcej, najbardziej urosnąć i najwięcej otrzymać” – mówi. Największa nagroda, a jednocześnie cel i sens relacji? Doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jak? Skupiając się na sobie. Weź głęboki oddech i zanurz się w tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, brzydzisz. Czego być może nie chcesz nawet zobaczyć. Zamiast oburzać się na kogoś, kto wydobywa to na powierzchnię, pochyl się nad tym, zbadaj. Uznaj za swoje. „Jest tylko jedna droga do prawdziwego uzdrowienia, autentycznego powodzenia w związku partnerskim” – utrzymuje terapeutka. – „Przyglądajmy się odważnie naszym własnym mrocznym stronom. Nie potrzeba do tego lat psychoterapii ani męczącej autoanalizy. Prawdziwa bliskość z partnerem i szczera wewnętrzna gotowość poznania prawdy wystarczą”.

Mój kochanek, moja tęsknota

Jak często podejmowałaś próbę zmienienia partnera? Mówiłaś: „Albo przestanie to robić (bałaganić, zapominać o ważnych rocznicach, żartować sobie z poważnych spraw), albo z nami koniec”? A zastanowiłaś się kiedyś, co tak naprawdę kryje się pod twoją złością, że znów tak się zachował? Jakie lęki to zachowanie w tobie uruchamia? Jakie tęsknoty? Dlaczego nie możesz na to patrzeć, słuchać tego? Dlaczego to takie straszne i całkiem nie do zaakceptowania? Co kiedyś odrzuciłaś, uznałaś za kłopotliwe i niepotrzebne, a on uparcie ci o tym przypomina? Może chodzi o swobodę bycia, beztroskę, lekkość (a nie o bałaganiarstwo czy brak szacunku)? Cokolwiek to jest, zrób dla tego miejsce, przyjmij z powrotem. Na tym właśnie polega dążenie do pełni. Nie na ćwiczeniu się w doskonałości! Raczej w otwartości na innych. „Bez niej” – uważa Zurhorst – „padamy ofiarami własnych ponadludzkich wymagań wobec siebie. Im mniej dążymy do doskonałości, tym bardziej łagodzimy nasze oceny i osądy innych ludzi”. I wszystkim jest łatwiej.

Zwłaszcza że związek przechodzi różne fazy, a każda przynosi określone szanse i wyzwania. Jest czas pokoju i czas kłótni. Czas namiętności i czas oziębłości. Zbliżenia i oddalenia... Rada Zurhorst na czas głębokiego kryzysu? Pamiętać o prawdziwym potencjale związku, czyli o tym, co było możliwe w fazie zakochania: „Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu. U celu będzie miało jednak zupełnie inną głębię i prawdziwość niż na początku wędrówki”.

A zdrada? Co, jeśli i z nią przyjdzie nam się zmierzyć? Cóż, wiedz, że trójkąty łączy jedno: lęk przed bliskością. Jeśli zostałaś zdradzona, prawdopodobnie od początku nie byłaś „zagnieżdżona” w związku, tkwiłaś na jego obrzeżach, nie potrafiłaś zobowiązać się wobec partnera, oddać mu się w pełni. Zdaniem terapeutki zdradzany tak naprawdę zdradza sam siebie, „Nie opowiadając się zdecydowanie za niczym, kto zastyga w wielkich i teoretycznych oczekiwania wobec partnera i związku”. A jeśli to ty nawiązujesz romans, będąc w relacji? Pomyśl o kochanku jak o swojej tęsknocie, jak o niezaspokojonych częściach, fantazjach. Co to jest? Byłabyś w stanie powiedzieć o tym swojemu partnerowi? I jeszcze jedno, zobowiąż się do połączenia serca i seksualności. Może zamykasz się, nie czujesz spełnienia w seksie. „Wystarczy, jeśli odczuwasz tęsknotę za lepszą drogą” – zapewnia Eva-Maria Zurhorst. Jeśli potrafisz pokazać partnerowi swoją prawdę – złość, wrażliwość, opór, zgorzknienie, rozczarowanie... Nie rezygnuj. Podejmij decyzję o tym, że przyjmiesz bezwarunkowo partnera. A przede wszystkim siebie samą. I jak najczęściej patrzcie sobie w oczy. Mówcie o tym, co czujecie, o doznaniach fizycznych. Obserwuj siebie, pozwól oddechowi się pogłębić. Coś wreszcie odpuści, rozpuści się...

Kiedy piszę te słowa, z głośnika mojego radia wydobywają się słowa piosenki, która zapewnia uparcie (bo to refren!), że miłość rani. Nie, miłość nie rani. Miłość otwiera stare rany. I pomaga je uzdrowić.

Dwa sposoby na naprawę związku

Radykalna konwersacja – strategia Evy-Marii Zurhorst

To nic innego, jak gotowość dzielenia najgłębszych myśli i uczuć. Bez gier i uników. Przy poszanowaniu lęków i różnic. Uwierz, że prawda uzdrawia. Jak by to było, gdybyś przyjrzała się swojej relacji z otwartością i ciekawością, tak jakbyś patrzyła na nią po raz pierwszy w życiu? Zobaczysz tam wszystko: jak bardzo kochasz (albo nie kochasz) siebie. Czego się boisz. Przed czym wzbraniasz. Co jest twoją największą bolączką. Bo niewiele jest spraw ważniejszych niż twój związek. Jest on „najciekawszym poletkiem eksperymentalnym, sferą odkrywania samego siebie; możesz tam pokazać się drugiemu człowiekowi, najuczciwiej jak się da” – mówi terapeutka.

Wierz, że już to masz – strategia Chucka Spezzana

Terapeuta, zanim zrozumiał sekrety związków, często zmieniał kobiety. Zauważył, że każda kolejna ucieleśniała cechę, której brakowało mu w poprzedniej partnerce. A potem odkrywał w tej nowej inny brak i znów zaczynał poszukiwania... Wreszcie zmienił strategię: postanowił skupiać całą uwagę na tym, czego mu brakowało, wierząc, że znajdzie to w aktualnej relacji. Teraz oficjalnie zaleca to parom: daj partnerowi całą swoją miłość, uwagę i ciekawość. Przez 14 dni koncentruj się na jakości, za którą tęsknisz. Uwierz, że twój partner ją posiada… a on ją wtedy rozwinie.

Eva-Maria Zurhorst, terapeutka par. Wraz z mężem Wolframem Zurhorstem są szczęśliwym małżeństwem od ponad 20 lat, mają na koncie kilkanaście książek, w których przekonują, że partnerstwa można się nauczyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Materiał partnera

Jak inwestować w monety i nie popełnić błędu?

Specjaliści twierdzą, że posiadanie dużych oszczędności i trzymanie ich w banku na zwykłym lub nawet oszczędnościowym koncie to najgorszy pomysł i nieekonomiczna decyzja. Pieniądze powinny na siebie zarabiać, a jeśli nie ma takiej możliwości, najlepiej jest je po prostu dobrze zainwestować. Problem stanowi jednak podjęcie decyzji, w co konkretnie zainwestować. Mieszkanie, działka, biznes? Polskie Towarzystwo numizmatyczne zachęca do inwestowania w monety.

Dlaczego warto inwestować w monety?

Złoto i srebro nigdy się nie nudzi – nigdy nie wychodzi też z mody. Monety wykonywane ze szlachetnych kruszców są gromadzone od wieków, przede wszystkim po to, aby wartość kapitału została przeniesiona w czasie. Choć straciły one na wartości przez ostatnie lata, wyparte przez nowoczesne, bardziej użyteczne formy, takie jak pieniądze papierowe, czy karty do płatności elektronicznej, nadal cieszą się popularnością i stanowią inwestycję, którą warto się zainteresować. Był czas, kiedy zbieranie monet wydawało się po prostu modą. Dzisiaj tak nie jest, ale nadal istnieje ogromna liczba pasjonatów, dla których posiadanie konkretnej monety to nie tyle inwestycja, co po prostu pasja.

Z perspektywy osoby, która chce zainwestować w złoto lub srebro w takiej formie, sprawa wygląda jednak inaczej. Jeśli nie jest się pasjonatem numizmatyki, istnieje duża szansa, że to się zmieni, ponieważ jak wiele hobby, również to wciąga. Odpowiedź, dlaczego warto inwestować w monety nie może być inna – warto. Bezsprzecznie jest to dobra lokata kapitału, a wartość dobrej monety z pewnością nie spadnie, a ku uciesze inwestującego - może tylko wzrosnąć.

Czy trzeba mieć dużą wiedzę, by inwestować w monety?

Jak twierdzą specjaliści i najwięksi pasjonaci, podobnie jak w innych aspektach życia, człowiek uczy się na błędach. Dokładnie tak samo wygląda to w przypadku numizmatyki. Co do jednego jednak wszyscy są zgodni – z pewnością niezbędna jest tutaj wiedza podstawowa. Nie ma jednak konieczności wgłębiania się w temat, aby dobrze zainwestować.

Oferta na rynku jest bardzo szeroka – nie każdy chce przecież kolekcjonować stare, czy zabytkowe monety, czyli tak zwane numizmaty, bez względu, czy to złoto, czy srebro. Dla nich przygotowana jest specjalny asortyment – na przykład nietypowe, opatrzone certyfikatami monety, bite z jakiejś okazji przez mennice państwowe albo prywatne. Kupując takie monety nie trzeba martwić się o ich unikalność, a co za tym idzie, nie ma konieczności posiadania dużej wiedzy. Z numizmatami nie jest już tak prosto, ponieważ aby rozpoznać numizmat, potrzebna jest dużą wiedza i umiejętności.

Jak inwestować w monety?

Jeśli inwestor jest początkujący i nie czuje się bezpiecznie, z pomocą przychodzi tak zwany grading. Jest to usługa, która polega na zamknięciu monety w szczelnym, zalakowanym pudełku, które jest opatrzone certyfikatem autentyczności. Takie monety są objęte gwarancją ze strony firm oferujących tego typu „produkty”.

Niestety, jest to hobby kosztowne – zawsze można zacząć od monet srebrnych, które są bardziej przystępne dla większości społeczeństwa. Trudniej jest ze złotymi monetami, a im rzadsza, tym droższa. Jak wskazują pasjonaci, już za nieduże pieniądze można zbudować naprawdę ciekawą kolekcję monet i ulokować pieniądze.

  1. Psychologia

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana – nie potrafi czy nie chce dorosnąć?

Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Mężczyzna w typie Piotrusia Pana jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak gdy faza zauroczenia mija, okazuje się, że nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. (Fot. iStock)
Dorosły facet a łobuz, do tego w krótkich spodenkach. Ma fantazję i urok, ale życie z nim na dłuższą metę może doprowadzić do szewskiej pasji. Nie potrafi czy nie chce zachowywać się dojrzale? Pytamy psychoterapeutę Roberta Milczarka.

Kim jest współczesny Piotruś Pan?
To mężczyzna, który nie dorósł, bo nie miał okazji tego zrobić. Dorosłość, w tym psychologicznym wymiarze, to wolność wyboru i jednocześnie uznanie konsekwencji tychże wyborów. Branie odpowiedzialności za siebie, uznawanie granic swoich i innych ludzi.

A nie jest tak, że dzisiaj my wszyscy, nie tylko mężczyźni, ale też kobiety, stajemy się coraz częściej Piotrusiami Panami? Chcemy wolności, a nie odpowiedzialności.
Z mojej perspektywy ten syndrom jednak głównie dotyczy mężczyzn. Kiedy pracuję z kobietami, często żalą się, że mają w domu chłopców, którzy nie dotrzymują słowa – mieli odkładać pieniądze na remont kuchni, a okazuje się, że w tajemnicy kupili sobie drona. Zdecydowanie rzadziej spotykam się z sytuacjami, w których to mężczyźni narzekają na niedojrzałe emocjonalnie partnerki.

Kto nie dał dorosnąć Piotrusiowi?
Nadmiarowa i sklejona z nim matka, wyręczająca go we wszystkich aspektach życia. Nie dała mu poczuć tego, czym jest odpowiedzialność. Taka matka uznaje, że dziecko to jej przedłużenie. Nie pozwala mu się wyodrębnić.

Mam teraz w głowie obrazek sprzed kilku lat, kiedy odwiedzałem kuzyna w Szwajcarii i zobaczyłem, że dużo częściej niż u nas wychowuje się tam dzieci do samodzielności. Na jednym z placów zabaw w Zurychu zaobserwowałem sytuację, gdy malutki chłopiec chciał wdrapać się na huśtawkę, a obok stała mama, która przyglądała się temu cierpliwie i z uśmiechem. W końcu po którejś nieudanej próbie chłopiec się wdrapał. Był szczęśliwy, że zrobił to sam. U nas takie obrazki są rzadsze.

Druga sprawa to separacja ojca w pierwszych etapach życia malucha, rodzaj lękowej pacyfikacji zaangażowania mężczyzny w proces aktywnego uczestniczenia w rozwoju dziecka. Na zasadzie: „źle go trzymasz, daj, ja go wykąpię, przecież główka mu opada”. Najczęściej ojciec wycofuje się wtedy ze swojej roli, ma poczucie, że nie jest dość silny. To też nie najlepiej świadczy o mężczyznach, którzy „wywieszają białą flagę”, bo tak im łatwiej, wygodniej. Albo nie ma ich w domu.

Mężczyźni nie są często na tyle silni, sami w sobie osadzeni, żeby powalczyć o swoje ojcostwo i powiedzieć: „idź zajmij się sobą, odpocznij, jest bezpieczny pod moją opieką”. Nie walczą, bo dla nich to wygodniejsze, w tym czasie obejrzą sobie coś na Netflixie. A przecież pierwiastek męski, w tym zdrowym wymiarze, to jest pierwiastek walki, konfrontacji i uznania. Są takie sytuacje w życiu mężczyzny, kiedy trzeba się z czymś wreszcie zmierzyć…

Taki chłopiec jako mężczyzna nie potrafi uruchomić w sobie męskiego pierwiastka?
Żeby go w sobie uruchomił, musi mieć z czego brać, dostać wcześniej. Jeśli zatem nie ma takich formujących doświadczeń, to łatwiej jest z czegoś zrezygnować, niż wziąć odpowiedzialność za to, że są takie sytuacje w życiu, w których trzeba się trochę wysilić, poczuć smak porażki, zmierzyć się z trudnościami. To część życia taka sama jak przyjemność, a dziś cywilizacyjnie próbujemy uciec od tego, co trudne, nieprzyjemne.

W najnowszym filmie Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” mamy bohatera, który przypomina mi Piotrusia Pana. Błażej ucieka od realu, żyje w bajce, w której buduje swoją Nibylandię. Ale jest też nietypowy: założył rodzinę, ma partnerkę i dziecko, a nawet chciał je mieć.
Ja nie zobaczyłem tu klasycznego Piotrusia Pana. Uważam, że ten bohater wykonuje jakąś pracę nad sobą, uczestniczy w życiu rodziny, zarabia na siebie. To nie jest tak, że on leży i pachnie albo oczekuje, że ktoś mu coś da i zrobi za niego. Jest zaangażowany w rodzicielstwo. Buduje dom na obrzeżach miasta, który niekoniecznie musi być Nibylandią. I pomimo różnych swoich deficytów stara się spełniać role życiowe, które wiążą się z odpowiedzialnością – być ojcem i partnerem.

Jest w tym filmie scena, jedna z pierwszych, kiedy Błażej stoi za kamerą i kręci relacje z warsztatów, a ja widzę, że jest tym poruszony, dostrzegam szklące się oko w reakcji na to, co przeżywają uczestnicy spotkania. Coś się w nim wtedy otwiera, coś mu się przypomina – być może jakiś rodzaj traumy. Dlatego dla mnie to jest bardziej opowieść o poranionym, porzuconym i samotnym dziecku w ciele mężczyzny.

Wiele kobiet po tym filmie mówiło mi: „to taki facet, który nic nie robi, tylko pali jointy, nie potrafi nawet sprzątnąć kubków po sobie i trzeba o wszystkim za niego myśleć”. To także słowa partnerki Błażeja…
Może dlatego, że oglądanie filmu to czysta projekcja siebie na ekran, a kobiety często narzekają dzisiaj na mężczyzn, na ich brak poczucia odpowiedzialności, lojalności czy dotrzymywania słowa. Warto, żeby się to zmieniło, ale w nowej tożsamości mężczyzny w równowadze pomiędzy sobą i światem, a nie w schemacie „zajedź się, mężczyzno, i zatyraj dla swojej rodziny”. Błażej nosi w sobie tęsknotę za nieobecnym ojcem i potrzebą wzmocnienia przez męski pierwiastek. Nie bardzo miał od kogo dostać tę energię, żeby poczuć się pewniej ze sobą w dorosłych rolach.

Brak zainteresowania brudnymi kubkami w mieszkaniu to nie jest dla mnie zachowanie Piotrusia Pana, tylko otwierająca się na nowo trauma tego porzuconego, wewnętrznego dziecka. Taki rodzaj rozedrgania, wybicia z rytmu, za który odpowiada wewnętrzny ból. Bo co odróżnia Piotrusia Pana od zranionego dziecka? Piotruś jest skoncentrowany na sobie, nie bierze za nic odpowiedzialności, kłamie, potrzebuje wysokiej stymulacji, zabawek, to może być jakiś gadżet albo przedmiotowe traktowanie kobiety w relacji. Tak jak dziecko, które mówi: „mamusiu już więcej tego nie zrobię”... a potem robi to po raz kolejny. Ale dlaczego miałby stać się dorosły, jeżeli nikt nigdy mu na to nie pozwolił?

Piotruś Pan wiąże się często z odpowiedzialnymi kobietami.
Bo taki mężczyzna jest interesujący, żyje z pasją, w środku nocy wpadnie na to, żeby pojechać za miasto i patrzeć w gwiazdy, bo ma taką fantazję. Jednak kiedy faza zauroczenia mija, okazuje się, że ten mężczyzna nie ma chęci wziąć odpowiedzialności za swoje życie. Niestety, kobiety wtedy myślą, że zrobią z niego dorosłego mężczyznę. Otóż nie zrobią. To jest jego zadanie.

Co jest w stanie zmienić takiego mężczyznę?
Kryzys, strata czegoś życiowo ważnego: związku, relacji, komfortu na skutek utraty pracy. Jakieś bardzo silne doświadczenie, które daje okazję do tego, żeby się urealnić i ponieść konsekwencje.

Na czym polega terapia Piotrusia Pana?
Jeśli trafia do gabinetu sam, a nie ciągnięty za uszy przez partnerkę, to już jest diagnostyczne, bo to znaczy, że on musiał się urealnić. Wie, że coś zepsuł. Mężczyźni, którzy trafiają na indywidualną terapię, chcą coś ze sobą zrobić. Czegoś się o sobie dowiedzieć i coś zrozumieć. To jest praca nad przeformułowaniem celu, z tego, co spieprzył, na to, co to mówi o nim w relacji. Często motywacją jest chęć tego, żeby zrobić wszystko, co się da, i uratować swój związek. Jeśli będzie w stanie urealnić się w tym, że rozpad związku to objaw, a celem jest zmiana siebie, to jest dobra prognoza.

Jakie problemy ma Piotruś Pan? Z czym się do ciebie zgłasza?
Z tym, że inni nie dają mu tego, czego oczekuje. Albo że się do niego przyczepiają, każą mu coś robić i brać na siebie odpowiedzialność, a on się wtedy obraża. „Ktoś chce mnie zmienić na siłę, więc nie chcę być w takim związku”. Wieczny chłopiec wchodzi też często emocjonalnie w pozycję dziecka, czyli tłumaczy swoje postępowanie, usprawiedliwia się, bywa, że kłamie i deklaruje, że coś zrobi – przestanie chodzić do kasyna albo grać z kumplami online – ale nic się nie zmienia. A kobieta to akceptuje, z pozycji grożącego palcem rodzica, że toleruje to już ostatni raz…

Tak się nie da żyć!
Motywacja do zmiany rośnie, gdy to już drugi, czwarty i kolejny związek się rozpada. Mężczyzna zaczyna dostrzegać schemat: coś jest nie tak. Znam takie historie, że facet przychodzi i mówi: „Rozwalił się mój piąty związek na przestrzeni 15 lat, ale trafiłem na mądrą kobietę, bo potrafiła mi powiedzieć, dlaczego się rozstaliśmy. A ja zobaczyłem, że wcześniej było podobnie”. Jako terapeuta cieszę się, bo to pokazuje, że Piotruś Pan zaczyna się urealniać w tym, że jakaś odpowiedzialność leży po jego stronie. Wtedy mogę go wspierać i wzmacniać, dodawać mu odwagi do wzięcia tej odpowiedzialności, bycie mężczyzną, a nie chłopcem.

Najważniejsze jest to, że Piotruś Pan przyszedł na terapię i już wie, po co to zrobił. Nazwał swój problem. Później dochodzimy do kwestii odpowiedzialności, w procesie psychoterapii staramy się stworzyć okoliczności do tego, żeby brać tę odpowiedzialność najpierw w najmniejszych sprawach. Chociażby w tym, że ma przyjść do gabinetu zawsze o tej samej godzinie. To również praca nad jego genogramem, nad tym, jaka była jego rodzina, jakie ma schematy przywiązania, wzorce i wartości. Bo jednym biegunem dysfunkcyjnych zachowań jest Piotruś Pan, a z drugiej strony mamy dziecko-bohatera, które czuje wewnętrzny przymus opiekowania się całą rodziną, przejmuje role niewydolnych dorosłych, choć jest dzieckiem. To też jest w jakimś sensie niedojrzałe, choć chroni rodzinę przed rozpadnięciem się. Mężczyzna, który wyrasta z dziecka-bohatera, w przeciwieństwie do wiecznego chłopca, w ogóle nie skupia się na sobie. Nie ma w jego życiu miejsca na przyjemności. Dźwiga wszystko na swoich barkach, jest nadodpowiedzialny, nie umie odpoczywać...

Sam byłeś dzieckiem-bohaterem, a później przekułeś to w coś pozytywnego, wykorzystałeś ten zasób w życiu i dzisiaj jesteś psychoterapeutą. Czy z bycia Piotrusiem Panem też da się wyciągnąć coś dobrego na przyszłość?
Jestem przekonany o tym, że da się to wykorzystać i między innymi po to jest właśnie proces terapii. Zasób polega na tym, żeby rozwijać korzyści, redukować koszty emocjonalne. Chodzi o to, żeby to było bardziej zbalansowane. Kiedy Piotruś Pan dojrzeje, to nadal będzie kreatywny i pełen pasji, ale jednocześnie nie będzie wypadał z różnych ról: partnera, ojca. Dorosłość też jest od tego, żeby czerpać z tej radości wewnętrznego dziecka, które ma w sobie każdy z nas. Ale najpierw trzeba zbudować się na nowo, przyglądając się wartościom, które są nam bliskie, ale też otoczeniu mądrych mężczyzn. Czasem to jest dawno niewidziany wujek, który w dzieciństwie nauczył nas łowić ryby i podarował scyzoryk. Zresztą w filmie, o którym wspominałaś, również pojawia się postać wujka, który jest dla głównego bohatera wzorcem korekcyjnym.

Pożegnanie się z wiecznym chłopcem w sobie musi być jednak nieprzyjemne...
Wzięcie na siebie jakiejkolwiek odpowiedzialności nie jest przyjemne. Lepsze jest życie w kompulsji, pobudzeniu. Bo dzieciństwo, o jakim marzymy, to ciągła stymulacja i radość. Ale musi w nim też znaleźć się czas na posprzątanie swoich zabawek. Nie pozbycie się ich, ale uporządkowanie.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych.

  1. Psychologia

Pieniądze między nami - co mówi o naszych relacjach stosunek do pieniędzy?

Żeby uniknąć poważnych konfliktów możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. (Fot. iStock)
Żeby uniknąć poważnych konfliktów możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. (Fot. iStock)
Kobieta, która przekracza budżet, czyści konto, nie jest do końca świadoma, że dokonuje zemsty. Tak jak mężczyzna, który traktuje pieniądze jako narzędzie władzy i dominacji. Co tak naprawdę dzieje się między nami? Co mówi o nas i o naszych relacjach stosunek do pieniędzy – tłumaczy psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Kłócimy się w parach głównie o pieniądze, seks i dzieci. Badania pokazują, że najczęściej o pieniądze.
Te kłótnie rzadko dotyczą samych pieniędzy. Pokazują napięcia i konflikty w relacji.

Jestem zła, bo nie zachwycasz się mną, więc będę suszyć ci głowę, że na nic nie starcza pieniędzy…
Gorzej: będę się mścić, uprzykrzę ci życie. Wyobraźmy sobie parę: on zarabia, ona wychowuje małe dzieci, dba o dom. On jest przepracowany, wraca późno. Może ma problemy z szefem. Przestaje zauważać i doceniać kobietę, jej starania, jej piękno. W pierwszych latach związku, gdy byli ze sobą blisko, czule, gdy zaspokajali nawzajem swoje potrzeby, pieniądze nie stanowiły żadnej kwestii; sprawnie ustalali, na co je przeznaczyć. Teraz to się zmienia. Kobieta widzi, że mężczyzna jest bierny, nie stara się. Próbuje więc – nieświadomie – zwrócić jego uwagę poprzez to, że wydaje j e g o pieniądze. Dużo wydaje, robi – jak to się fachowo mówi – niezbilansowane zakupy. Produkty tylko z górnej półki, luksusowe i dużo.

Ma satysfakcję!
Niejako wydobywa w taki sposób coś dla siebie, przynajmniej tyle zyskuje. „Jak ty jesteś taki, to ja wydam wszystkie pieniądze, wyczyszczę konto i teraz się martw, jesteś facetem, prowadzisz firmę, poradź sobie”. On orientuje się, że konto pustoszeje. To dla niego stres, zmartwienia. „Jesteś rozrzutna i nie mogę ci ufać!” Tak nakręca się spirala przemocy, biernej agresji, uprzykrzania sobie życia.

Często to mężczyzna nie może dobić się o uwagę, troskę i czułość.
I gdy nie dostaje tego, czego chce, wprowadza restrykcje, wycofuje finansowanie. Szybko znajduje racjonalne wyjaśnienie: w tym miesiącu nie mam na te wydatki, nie możesz tego kupić. To rodzaj kary, ponieważ jest zły, rozżalony.

Za co?
Często za brak seksu. To bardzo niebezpieczna sytuacja, ponieważ przeradza się w relacji w płatny seks: „Dasz, to i ja dam!”. Karanie za pomocą pieniędzy to forma rozliczenia, wyrównania. Nie mówię, o co mi chodzi, nie poruszam tego, co kluczowe, za to dokonuję rozliczenia na poziomie finansowym. „Jesteś skąpy!” „A ty nie liczysz się z pieniędzmi!” Karanie to nie wprost wyrażona złość.

„Ja zarabiam, więc ja decyduję o wydatkach!”. Kolejny przejaw dominacji i władzy.
Podkreślanie: „Nie zarabiasz, nie masz pieniędzy, chyba że ci dam”. Nieznoszące sprzeciwu stwierdzenia: „Będę ci przekazywał pewne sumy, a ty będziesz się rozliczać”. To, oczywiście, poważne nadużycie w sytuacji, gdy kobieta zajmuje się dziećmi i zarządza firmą, jaką jest dom, czyli ciężko pracuje. Mężczyźni, którzy utrzymują rodzinę, często zwalniają siebie z jakichkolwiek domowych obowiązków. To kolejne nadużycie. Najczęściej nie mają pojęcia, ile czasu i energii wymagają ogarnięcie rodzinnych wątków, organizacja różnych zadań, zarządzanie czasem, troska o dom i rodzinę. Wielu takich mężczyzn chce decydować, jak ma wyglądać życie rodzinne, jak powinna funkcjonować żona, co ma kupować, a czego nie.

Taka przemoc zdarza się niejednokrotnie także wtedy, gdy i kobieta zarabia. Mężczyzna w dalszym ciągu zarządza, decyduje…
To wszystko informacje na temat ich relacji. Ostatnio pracowałem z małżeństwem, które walczyło ze sobą o to, jakie przywileje powinny przysługiwać z racji zarobków. Oboje zarabiali dużo, ona bardzo dużo, trzykrotnie więcej od męża. A więc nie musieli walczyć o przetrwanie, a jednak walczyli ze sobą. Pieniądze były tylko widocznym przejawem głębszych konfliktów, niezaspokojonych potrzeb i frustracji.

Wtedy wyraźnie widać, że walka o pieniądze to strata czasu, właściwie pogłębia konflikty. Nie jesteśmy tego świadomi?
Tak, kobieta, która przekracza budżet, czyści konto, nie jest do końca świadoma, że tak naprawdę dokonuje zemsty. Albo chce w ten sposób pozyskać uwagę mężczyzny. Co tak naprawdę dzieje się między nami? O co nam chodzi, gdy wykorzystujemy pieniądze do dominacji czy karania? Bez tej świadomości sprawy bardzo się komplikują, coraz trudniej o otwarte rozmowy. „Jesteś jak twoja matka!” „Wszyscy faceci są tacy sami!” Równia pochyła.

Istnieje – jak się wydaje – podstawowa kwestia dotycząca przyczyn nieporozumień wokół pieniędzy. To wzorce wyniesione z domów rodzinnych. Pochodzimy z różnych środowisk. Doświadczenia naszych rodziców, dziadków i poprzednich pokoleń mają na nas ogromny wpływ. Jak ten wpływ rozpoznać?
Przede wszystkim słuchać. Jakich metafor używa partner, partnerka? Co mówią o pieniądzach? Pieniądze nie rosną na drzewach? Nie leżą na ulicy? Pieniądze szczęścia nie dają? Nie ma sensu oszczędzać, trzeba wydawać, bo tracą wartość? Żaden pieniądz nie śmierdzi? Masz pieniądze, masz szacunek? Za pieniądze kupisz wszystko?

To są mocno wdrukowane programy, których najczęściej nie jesteśmy świadomi. A jednak działają. Często działają bezwzględnie precyzyjnie. Jeśli mężczyzna jest przekonany, że pieniądze zdobywa się ogromnym wysiłkiem i wyrzeczeniem, będzie stale napięty w relacji z nimi.

A gdy zwiąże się z kobietą, która ma gest, jest spontaniczna i wyznaje zasadę „raz się żyje”, problemy gotowe.
Albo on lubi mieć oszczędności, planuje, nie wydaje na głupoty. A ona kocha życie, podróże, zakupy… Mają odmienną filozofię życia. „Pieniądze są po to, aby przetrwać” kontra „pieniądze służą radości, celebrowaniu obfitości”.

Co z tym robić?
Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Jakie wzorce wynieśliśmy z domu rodzinnego? Jaką wartość przypisywano pieniądzom? Mają znaczenie wszelkie pokoleniowe doświadczenia, upadłości majątkowe, nietrafione inwestycje, wyłudzenia, bankructwa, kradzieże, przegrane w grach losowych, finansowe walki w rodzinie. Te wszystkie wstydliwie ukrywane historie rzutują na nasz stosunek do pieniędzy. Kiedy o nich mówimy, poznajemy tło dziedziczonych przekonań. Łatwiej wtedy zrozumieć zachowania, reakcje, emocje. Łatwiej zrozumieć, że nasze zachowania niekoniecznie są wynikiem głupoty czy złośliwości, ale uwarunkowań. Świadomość rozświetla ciemności umysłu. To, co uświadomione, możemy zmienić, jak mówią psychoterapeuci: odkryć programy, a potem je zaktualizować.

Najlepiej, gdybyśmy takie rozmowy prowadzili już wtedy, gdy decydujemy się być razem.

Mocno nieromantyczne…
Unikamy w ten sposób wielu rozczarowań. Możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. Może się okazać, że dla niego pieniądze są zbyt ważne. Albo ma problem z rozstawaniem się z nimi, co wróży, że będzie w rodzinie finansowym tyranem. Kobieta z kolei może mieć w stosunku do partnera bardzo wyśrubowane wymagania. Gdy mężczyzna to wie, może zadać sobie pytanie, czy da radę sprostać tym oczekiwaniom. Jeśli w związku z takimi odkryciami pojawia się w nas niepokój, może sygnalizować nieporozumienia i problemy w przyszłości. Już na starcie mogą więc pojawić się rozbieżności. W jaki sposób poradzimy sobie z nimi? Intuicyjnie dobieramy się tak, żeby się porozumieć. Jednak nie zawsze to się udaje. A wtedy dochodzi do dramatycznych sytuacji w kwestii na przykład podziału majątku; sprawy w sądach, dzieci wzywane na świadków. Mnóstwo cierpienia.

Osobne konta. Albo jedno wspólne obsługujące rodzinny budżet, a nadwyżka finansowa na dwóch indywidualnych – do jej i jego wyłącznej dyspozycji. Takie mamy w parach pomysły na unikanie finansowych nieporozumień.
Dobrze sprawdzać, co w naszym przypadku działa. Z mojego terapeutycznego doświadczenia wynika, że najwięcej szkody robi nielojalność, ukrywanie, niekonsultowanie decyzji finansowych. Na przykład mąż wyprowadza z rodzinnej firmy dużą sumę pieniędzy na realizację nowego projektu. Nie uzgadnia tego z żoną. Projekt przepada, co mocno podkopuje finanse firmy. Ale co gorsze – podkopuje zaufanie w relacji, kobieta czuje się – co zrozumiałe – pominięta, zlekceważona. Zastanawia się, co dalej z małżeństwem, ponieważ przestała czuć się bezpiecznie.

Inny przykład: mężczyzna pożyczył bratu dużą kwotę pieniędzy bez konsultacji z partnerką. Brat nie oddaje, przeciąga spłatę, kłamie, lawiruje. „Problemy finansowe brata są dla ciebie ważniejsze niż naszej rodziny” – mówi rozżalona kobieta. Mężczyzna tłumaczy, że czuje się zobowiązany…

…że trzeba sobie pomagać, że było mu niezręcznie odmówić. Wszyscy chyba, niestety, znamy te uwikłania.
Kobieta mówi: „Rozumiem, że znalazłeś się w trudnym położeniu, tym bardziej trzeba było mi powiedzieć, zapytać”. Ta, wydawałoby się z początku, drobna nielojalność położyła się cieniem na relacji tej pary. W kwestii pieniędzy – jak w każdej innej – potrzebujemy być ze sobą szczerzy, uczciwi, otwarci i odpowiedzialni. Bo tylko w ten sposób możemy zbudować mocną, pełną zaufania więź.

Rozmawiamy o pieniądzach

  • Co najmniej raz w tygodniu znajdźmy czas, aby omówić bieżące sprawy finansowe, zaplanować wydatki, oszczędności, inwestycje,
  • Niech to będzie przyjemny czas – zaplanujmy go przy kawie, gdy już dzieci pójdą spać, czy w niedzielny poranek,
  • Nie obawiajmy się mówić, co myślimy o pieniądzach w ogóle; o ich wydawaniu i oszczędzaniu oraz o swoich marzeniach,
  • Im częściej będziemy dyskutować na temat pieniędzy, tym te rozmowy staną się przyjemniejsze i tym łatwiej będzie nam podejmować finansowe decyzje,
  • Wkrótce zauważymy, że rozmawiając o finansach, zbliżamy się do siebie, coraz lepiej siebie rozumiemy, uczymy się współpracować i dbać o przyszłość.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą.

  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.