1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. O widzeniu i słuchaniu, czyli jak słuchać partnera?

O widzeniu i słuchaniu, czyli jak słuchać partnera?

"Ty mnie nie słuchasz", "Nie przerywaj mi", "Nie rozumiesz mnie"... Tęsknimy za tym, byśmy byli rozumiani, tęsknimy, by zrozumieć partnera. Chcielibyśmy usłyszeć jeden od drugiego, jednak niewiele z tego, co mówi partner, do nas dociera. Społeczeństwo zachodnie, np. Amerykanie, rozmawiają średnio dwa razy więcej, niż Japończycy.

"Ty mnie nie słuchasz", "Nie przerywaj mi", "Nie rozumiesz mnie"... Tęsknimy za tym, byśmy byli rozumiani, tęsknimy, by zrozumieć partnera. Chcielibyśmy usłyszeć jeden od drugiego, jednak niewiele z tego, co mówi partner, do nas dociera. Społeczeństwo zachodnie, np. Amerykanie, rozmawiają średnio dwa razy więcej niż Japończycy. Na rozmowy poświęcają 6 godzin i 43 minuty na dobę, podczas gdy Japończycy jedynie 3 godziny i 31 minut. Jednak to ci pierwsi mają wyższy odsetek rozwodów, a prawie za każdym z nich drepcze przez większą część życia psychoterapeuta.

W świecie pełnym dźwięków, cisza i milczenie mają złą sławę. Czujemy przymus wyrażania swoich poglądów, bronimy własnego stanowiska, żeby nie wyjść na głupców, którzy, nie daj Boże, w jakiejś sprawie nie mają swojej opinii. Chcemy być kompetentni, wygadani, mieć rację. Krytyka, uprzedzenia, własne doświadczenia i punkt widzenia, od których nie chcemy się odkleić, sprawiają, że wiele rozmów to odrębne monologi dwóch egocentryków - mówi Anna Hanna Czarnecka i Jacek Santorski

Jesteśmy w stanie powiedzieć 125 słów w ciągu minuty, w tym samym czasie nasz umysł potrafi wygenerować ich aż 500! Czy można w tym samym czasie uważnie słuchać? Często milczenie jest jedynie powstrzymywaniem się od mówienia, na przykład wtedy, kiedy chcemy ukarać partnera i, obrażając się, nie odzywamy się do niego.

Podobnie jest ze słuchaniem. Czy to, że nie mówimy, kiedy kogoś słuchamy, oznacza, że go słyszymy? Po prostu wiemy, że nie należy przerywać, dobre wychowanie karze nam patrzeć na rozmówcę i potakiwać ze zrozumieniem. Ale czy to jest uważne słuchanie? Czym jesteśmy znudzeni? Dlaczego nie chcemy się usłyszeć? Sprowadzając nasze relacje do rutynowego zarządzania codziennością, rozmów o tym, co trzeba zrobić, kupić, załatwić i ile zarobić, może zapomnieliśmy zostawić miejsc na coś więcej? I chociaż wydaje się, że po latach owego zarządzania łączy nas tak wiele, pewnego dnia odkrywamy, że dostatni dom i właściwie wychowani i wykształceni jego mieszkańcy to za mało, by wieść satysfakcjonujące życie. Czy słuchając uważnie, można choćby zredukować potrzebę kontrolowania rozmowy, szufladkowania rozmówców, nieustannego posiadania racji? Bycia tym, do kogo należy ostatnie słowo w dyskusji. Jak często udaje się nam powstrzymać w sobie wewnętrznego krytyka, odłożyć własne opinie i doświadczenia? Odłożyć, nie rezygnować z nich. Kto wie, może w przestrzeni, którą ofiarujemy temu, kogo chcemy wysłuchać, w otwartości na niego, pojawi się miejsce na zmianę własnych poglądów, na własny rozwój?

Kilka dni temu śniła mi się zmarła kilka lat temu Babcia. Piłyśmy kawę w centrum handlowym. Przed nami ludzie w pośpiechu, na zakupach, z dziećmi. Zwierzyłam się Babci, że nie wiem, jak postąpić, jaką podjąć decyzję. Powiedziała: "Nie rób nic. Tylko patrz i słuchaj".

Niecierpliwie, jakby w obawie, by sen nie skończył się zbyt szybko, poprosiłam: "Wytłumacz mi to".

"Patrzysz, ale nie widzisz. Słuchasz, ale nie słyszysz".

"Nie wiem, co chcesz mi powiedzieć, Babciu" - powiedziałam ze smutkiem

"Odwróć się" - poprosiła.

Spojrzałam przez ramię. Za mną było piękne pole młodego, zielonego zboża, w oddali duże, stare drzewa. Wokół słońce, cisza, spokój. Dzisiaj wiem, że kiedy żadne rozwiązanie nie wydaje się być odpowiednie, najlepsze, co można zrobić, to zamilknąć, by usłyszeć i zobaczyć. W tym nicnierobieniu jedynym wysiłkiem, na który warto się zdobyć, jest odwrócenie głowy, by spojrzeć poza własną osobę.

Więcej w książce "SamoDzielna Kobieta. O dojrzewaniu do zmian" Jacka Santorskiego i Anny Hanny Czarneckiej, Wydawnictwo Zwierciadło.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Sprzeczki dobre dla związku? Zamiast unikać konfliktów, lepiej nauczmy się kłócić

Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. (Ilustracja: Getty Images)
Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. (Ilustracja: Getty Images)
Tam, gdzie nie ma tarcia i emocji, jest fałsz i powierzchowność – twierdzi psycholog Maria Rotkiel. Dlatego zamiast unikać konfliktów i spięć w związku, lepiej nauczmy się kłócić.

Mówi się, że wspólne mieszkanie to prawdziwy test dla związku. A może najważniejszym testem jest jednak pierwsza kłótnia? Pokazuje to, co nam się w sobie nie podoba, ale też to, czy umiemy o tym rozmawiać.
Na pewno ważny jest sam temat, który wywołuje pierwszą sprzeczkę. Tym bardziej jeśli powraca w następnych – to znaczy, że jest to punkt newralgiczny. Matka partnera, która wiecznie jest w pobliżu, pieniądze, a może była dziewczyna? Kłótnia pokazuje też naszą sferę wrażliwości i nasze granice, co nam się w sobie nie podoba i na ile to „nie podoba” znaczy „denerwuje”, a na ile „wkurza”. Na przykład przeszkadza mi to, że on odbiera po raz kolejny telefon podczas naszej randki, ale już wkurza, że odbiera mój telefon, kiedy nie ma mnie w pobliżu. Równie ważne, a może nawet ważniejsze jest to, w jaki sposób się kłócimy.

A nie jak często?
Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. Coś, co jest dla nas trudne, coś, co musimy przenegocjować, coś, co powoduje emocje – to wszystko wychodzi w takich momentach spięcia. Po prostu nie wierzę w zgrane pary, które się nie sprzeczają.

Może kłócą się w sposób wyważony. Na zasadzie: „Kochanie, nie rób tak, bardzo mi to przeszkadza”. „Kochanie, nie wiedziałem, przepraszam, nie będę”.
Kiedy czytam wywiady z parami, którym nigdy nie puszczają nerwy, i tylko sobie z dzióbków spijają, to od razu wiem, że jest między nimi źle. Natomiast ludzie kłócą się na milion sposobów i sprzeczka, w której jest agresja, ranienie drugiej osoby, mówienie: „Czy ty jesteś jakimś debilem?” – to sygnał, że w parze dzieje się źle. Bo można poruszyć nawet najtrudniejszy temat, ale w odpowiedni sposób. Sztuka kłócenia się jest jedną z ważniejszych i pożyteczniejszych. To umiejętność odróżnienia komunikatu: „Naprawdę irytuje mnie to zachowanie” od: „Wkurzasz mnie” – raniącego, oceniającego i nieprawdziwego, bo przecież on mnie nie wkurza, ja go kocham, natomiast niektóre jego zachowania są dla mnie trudne. Psychologowie często mówią o tym, żeby postarać się skupić podczas kłótni na komunikatach „ja”, czyli konstruować wypowiedzi na zasadzie: „Kiedy tak robisz, to czuję…”, żeby nazywać uczucia i mówić o zachowaniu, a nie o osobie – wiem, że dla niektórych to brzmi sztucznie i śmiesznie, ale to pozwala doprowadzić nas do jakichś wniosków, znaleźć wzajemne porozumienie, zamiast zgliszczy. Bo możemy ująć sprawę tak: „Chyba jesteś jakiś nienormalny, tyle razy ci powtarzałam, że mnie to denerwuje, a ty znów to robisz, mam cię dosyć!”. Albo tak: „To zachowanie jest dla mnie bardzo trudne, prosiłam cię, żebyś tak nie robił”. I mamy dwa inne światy. Oczywiście, to nie znaczy, że masz to wszystko wyrazić spokojnym, stonowanym głosem. Nie, możesz to powiedzieć w emocjach, podnieść głos, a mimo to nie zranić drugiej osoby, nie deprecjonować wartości partnera ani waszej relacji.

Chodzi o przekazanie informacji: to mnie denerwuje, to przekracza moje granice i czuję się wtedy tak…?
Kiedy mówimy o swoich emocjach, nikogo w ten sposób nie obrażamy, co innego, gdy zaczynamy przypisywać uczucia lub ich brak partnerowi. Słowa się materializują, zostają na długo, czasem na zawsze. Nie da się ich wymazać gumką z notatnika wspólnego życia. Trzeba mieć świadomość, że jeżeli kogoś obrazimy, to mimo że nawet za chwilę będziemy tego żałowali, i tak konsekwencje raz „palniętej” głupoty możemy ponosić bardzo długo. Niestety, ponieważ ludzie uczą się siebie nawzajem, to w miarę trwania związku poznają coraz lepiej swoje słabości i drażliwe obszary. Odkrywają swoją piętę Achillesa albo nawet „pięty”: to może być trudna relacja z mamą, niezrealizowane ambicje zawodowe, nadmierna tusza czy inne kompleksy. I w kłótni, pod wpływem zranienia i wysokiej temperatury emocji, zdarza się im potem wykorzystać tę wiedzę. Uderzyć w miękkie podbrzusze. Tak nie wolno się kłócić. Tu nawet nie chodzi o to, by nie być wulgarnym, tylko by nie być agresywnym. Obrażanie, wyśmiewanie, zaniżanie czyjejś samooceny, ranienie słowami to też agresja. Życie z drugą osobą uczy wielu rzeczy, w tym tego, że z frustracją trzeba sobie radzić. Bo choć strasznie wkurza mnie jego zachowanie, to nie usprawiedliwia ono na przykład takich słów: „Jak znajdziesz sobie wreszcie pracę, która da ci więcej satysfakcji, to może przestaniesz leczyć swoje kompleksy, wyżywając się na mnie”.

Mocne.
To typowo kobieca kwestia. Mężczyźni za to są specjalistami od: „Jesteś taka sama jak twoja matka”, mimo że wiedzą (a może właśnie dlatego), iż partnerkę bardzo boli ta relacja. Tak nie wolno robić. Uczmy się mądrze kłócić. I miejmy przyzwolenie na to, że kłótnie będą się zdarzały, i o duperele, i o ważniejsze rzeczy. Przyglądajmy się tematom, o które się kłócimy, i temu, jak się kłócimy. Bo to właśnie po bolesnych kłótniach ludzie najczęściej trafiają do terapeuty. Słyszę często: „Wie pani, ja mu tego nie mogę wybaczyć. Jak on mógł powiedzieć coś takiego?!”. Naprawdę, trzy razy zastanówmy się, zanim powiemy coś w złości. Bo ludzie ranią się głównie przez nieumiejętność mówienia pewnych rzeczy i niezadanie sobie trudu, by ująć coś tak, by nie zranić, a zmobilizować do zmiany. Ucząc się kłótni, czyli mówienia trudnych rzeczy w prosty i delikatny sposób, uczymy się też asertywności.

A nie sądzisz, że czasem niepotrzebnie mówimy pewne rzeczy, nawet jeśli mamy rację? Może zamiast zastanawiać się, jak to inaczej powiedzieć, darujmy sobie nasze oceny i mądrości?
Na pewno darujmy sobie komentarze raniące i dotykające sfery, na którą druga osoba nie ma wpływu. Nie mówmy: „Twoja matka na niczym się nie zna”, jeśli matka jest dla naszego partnera bardzo ważną osobą. Bo co on może zrobić z naszą informacją? Nie mówmy też: „Zazdroszczę mojej przyjaciółce, że jej mąż więcej zarabia”. Chcesz zmobilizować go do szukania lepszej pracy – powiedz, że w niego wierzysz.

Niektóre pary w kłótni wypominają sobie pochodzenie, wykształcenie, rodziców… Rzeczy od nas niezależne.
I jeśli to się często powtarza, może stać się przyczyną rozstania. Naprawdę. Ludzie odchodzą od siebie najczęściej wtedy, kiedy kończy się ich tolerancja na zranienie. Można być raz zranionym, dwa razy, trzy, ale kropla drąży skałę. Dlatego nie ma się co dziwić, że niektórzy rozstają się nie z powodu zdrady czy wielkiego przewinienia, tylko tego, że on po raz enty obraził ją w większym towarzystwie czy znów wypomniał coś sprzed lat. Bo czara goryczy się przepełniła.

A czy nauka kłótni obejmuje też naukę godzenia się? Ja na przykład nauczyłam się o sobie tego, że w momencie, gdy napięcie sięga zenitu, muszę wyjść na kilka minut, by się uspokoić. Dopiero potem mogę wrócić do rozmowy i dojść do porozumienia.
Kłótnia to otwarcie tematu i trzeba go umieć też zamknąć. Ty nauczyłaś się o sobie bardzo istotnej wiedzy i umiesz ją teraz wykorzystać. Wiele osób tego nie robi, nie wycofuje się w momencie, kiedy czuje, że już nad sobą nie panuje, a potem, kiedy kurz bitewny opadnie, nie wraca do tematu i zamiata wszystko pod dywan. Czasami wystarczy jedno zdanie: „Nie dogadamy się w tym temacie, trudno, niech tak zostanie”. Albo: „OK, tym razem wybierzmy rozwiązanie, za którym ty optujesz, ale umówmy się, że w innej kwestii zgodzisz się na moją propozycję”. Negocjujmy, uzgadniajmy: raz niech będzie po twojemu, raz po mojemu, a może w ogóle z tego zrezygnujmy. Zamknięciem sprawy może być też: „Słuchaj, nie rozmawiajmy już o tym, to nie ma sensu”, kiedy kłótnia dotyczy np. poglądów politycznych. Musimy umieć zamykać sprawy i mieć w sobie zgodę na różnice, jakie są między nami. Poznając materię kłótni, poznajemy też swoje style kłócenia się. Jest na przykład styl „na mruka”, częściej spotykany u mężczyzn. Ona gada i gada, a on nic. To też kłótnia, tyle tylko, że oparta na biernej agresji, bo partner nie odpowiada na zadane pytania, nie wchodzi w interakcję, odgradza się murem. Jest styl „włoski”, charakterystyczny dla typów emocjonalnych. Najpierw jest dużo krzyku i nawet rzucania przedmiotami, ale emocje szybko opadają i „Włoszka” lub „Włoch” już nie pamiętają nawet, o co była kłótnia. Dlatego bardzo ważne jest, by poznać swoje style kłócenia się i umieć zwrócić uwagę na to, co może być dla mnie i dla partnera szczególnie trudne.

Niektóre osoby bardzo źle tolerują na przykład podniesiony głos. Jeśli podnosimy go momentalnie, wręcz niezauważalnie, starajmy się mówić spokojnie. Podaję to z własnego doświadczenia, bo my z partnerem kłócimy się bardzo śmiesznie. On jest introwertykiem, szybko zamyka się w sobie i wycofuje. Ja jestem bardzo emocjonalna, mówię szybko i głośno. I wiem, że to bywa dla niego trudne. Staram się nad tym panować i żeby się uspokoić, zaczynam mówić bardzo powoli i wyraźnie, co szybko doprowadza go do szału, a chwilę potem – także mnie samą. Ale to jest dobre, bo ja zaczynam się wtedy śmiać, a chwilę potem on też. Śmiech cudownie rozładowuje napięcie.

Bywa też tak, że ona po kłótni czuje się zrelaksowana, jakby zeszło z niej powietrze, ma ochotę objąć partnera. A tymczasem on jest emocjonalnym wrakiem, bo dużo go ta sprzeczka kosztowała, i musi godzinę po tym ochłonąć.
I niech ma ten czas na ochłonięcie. Miejmy szacunek dla odrębności drugiej osoby. A co do dobrego stylu samego kłócenia się: nie wyciągajmy rzeczy z przeszłości, kłóćmy się o jedną, konkretną i bieżącą sprawę, nie o całokształt. Nie przywołujmy też osób trzecich na zasadzie „Nie dziwię się, że twoja żona cię rzuciła”. Nam, kobietom, zdarza się to często. Jesteśmy mistrzyniami dziwnej dyscypliny, w której od niewstawionego talerza do zmywarki w tempie kosmicznym przechodzi się do zarzutu, że on nie rozmawia z ojcem już od roku. A to dlatego, że często myślimy na skróty i wszystko łączy się dla nas w jakiś większy kontekst. Często w tym rozumowaniu jest dużo racji, bo nasz partner rzeczywiście może nie mieć uważności na potrzeby drugiej osoby, o czym mówiła mu jego żona i ojciec, a teraz jego podejście uwidacznia się w stosunku do domowych obowiązków – ale jeśli do jednego worka wrzucimy jego eksżonę, ojca i niepozmywane talerze, może być to komunikat nie do ogarnięcia. O wiele lepiej będzie usiąść z partnerem i na spokojnie z nim to przegadać, wspomnieć o ojcu, o byłej żonie i dodać: „Zastanów się, czy ty tak nie masz w relacji, że ludzie cię o coś proszą, a ty nie słuchasz, co ich bardzo irytuje. Wiem, że nie robisz tego złośliwie, ja ci tylko mówię, jak to jest odbierane, że może wkurzać i być powodem wielu konfliktów”. I naprawdę nie trzeba być psychologiem, żeby tak rozmawiać. Ale być człowiekiem, czytać mądre książki i fajne gazety, uczyć się siebie i rozwijać.

W wielu związkach kłótnia staje się codziennym rytuałem, pretekstem do tego, by drugiej osobie „nawtykać”.
Ja powiedziałabym raczej, że jest wtedy pretekstem do rozładowania napięcia. Ale to bardzo zły sposób. Istnieje tyle innych metod i dróg, by odreagować, partner nie jest naszym workiem treningowym.

Jeden z psychologów mówił niedawno w wywiadzie, że nie martwią go pary, które się często i burzliwie kłócą, tylko te, które już tego nie robią.
Ja powiedziałabym, że martwią mnie pary, które nie przychodzą do mnie w emocjach, bo związki, w których jest chłód i obojętność, rokują najgorzej. Podsumowując, nie bójmy się emocji, także tych trudnych, ale kłóćmy się w sposób konstruktywny.

Maria Rotkiel, psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek, w tym „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” i „Nas troje, czyli rodzinne nastroje”.

  1. Psychologia

O co ci chodzi, kochanie? - o komunikacji w związku

Klucz do dobrej komunikacji w związku to uświadomienie sobie, że jesteśmy inni i współzależni. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
Klucz do dobrej komunikacji w związku to uświadomienie sobie, że jesteśmy inni i współzależni. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
To powinno być proste: mówię, a on rozumie, co chcę powiedzieć. On mówi, a ja nie doszukuję się w jego słowach drugiego dna. Kiedyś kobieta nie mówiła tego wprost, a mężczyzna odczytywał jej wypowiedź dosłownie i chciał natychmiast przekuć jej słowa w czyn. A jeśli już coś w końcu powiedział, to nie to, czego ona oczekiwała. A jak jest dzisiaj? Młodzi jasno określają wzajemne oczekiwania, wszystko uzgadniają i ustalają. Czy o to chodzi?

Czym właściwie jest komunikacja w związku? – To dynamiczny proces, trwający od czasu poznania się partnerów, w który włączone jest całe „ja” każdej z osób. Czyli doświadczenie, wychowanie, system wartości, aspiracje, cele życiowe. Owo „ja” każdego z partnerów determinuje ich oczekiwania wobec siebie nawzajem, wobec relacji obecnej i przyszłej – mówi psycholog profesor Mieczysław Plopa.

Przebadał on komunikację w różnych rodzajach związków: małżeńskich, niezalegalizowanych, na etapie rozwodu. Powołuje się na badania, które pokazują, że w pierwszej fazie poznawania się większość par (zarówno kobiety, jak i mężczyźni) opiera się na tak zwanej komunikacji pozornej. Postrzegamy wtedy same pozytywy relacji, atrakcyjność uwarunkowaną wzajemną namiętnością. To, oczywiście, naturalny etap rozwoju związku, ale komunikacja nie jest wtedy prawdziwa, przypomina oglądanie drugiej strony przez szkło zniekształcające. Gdy na przykład partner kłamie, to myślimy: „Jakoś to będzie, on się zmieni”.

– Część osób poprzestaje na etapie takiej komunikacji pozornej, w której nie ma konfrontowania się z rzeczywistymi problemami, nie ma próby wzajemnego zrozumienia, docierania do głębszej relacji – twierdzi profesor.

A to nieuchronnie prowadzi do problemów, które Paul Watzlawick, psycholog i teoretyk komunikacji między mężczyzną a kobietą, nazwał konfliktem komunikacyjnym. Dochodzi do niego wtedy, gdy pewne wzorce rozmów i zachowań układają się w powtarzalny, oporny na zmiany, dysfunkcjonalny cykl wzajemnych oskarżeń. Taki konflikt po jakimś czasie tak się utrwala, że ludzie nie umieją bez niego funkcjonować.

Cokolwiek zrobisz, jesteś ważny

Według profesora Plopy po fazie komunikacji pozornej powinna przyjść faza komunikacji rzeczywistej, którą nazywa wspólnotową. Na czym ona polega? Na ukierunkowaniu się na siebie nawzajem: ja jestem otwarta na twoje doświadczenie, a ty na moje. Otwarcie rozmawiamy o wszystkich sprawach, zwyczajnych i poważnych. I nie tylko prosto z mostu mówimy to, co mamy do powiedzenia, ale także słuchamy, co mówi do nas partner. Ale przede wszystkim akceptujemy to, że nasze widzenie spraw i problemów może się różnić.

Przykład komunikacji rzeczywistej na błahy z pozoru temat: on powtarza, żeby chować ważne papiery do szuflady. Ona jest bałaganiarą i choć nie puszcza jego uwag mimo uszu, dbanie o porządek jej nie wychodzi. Mówi więc: „Sorry, nie cierpię nawet myśleć o segregowaniu dokumentów, a co dopiero to robić”. Ale proponuje: „To może weź na siebie porządkowanie dokumentów, a na mojej głowie będzie prasowanie”.

Potrzebę komunikacji rzeczywistej dostrzegamy wtedy, gdy sobie uświadamiamy, że jesteśmy inni i współzależni. Odkrycie tej prawdy to klucz do dobrej komunikacji. Zdaniem profesora warto się nim posłużyć, zanim zdecydujemy się na wspólne życie, bo wtedy mamy szansę zbudować relację nie na powierzchownej atrakcyjności, tylko na orientacji wspólnotowej.

– Wzajemna atrakcyjność partnerów w związku budowanym na orientacji wspólnotowej nigdy nie spada poniżej poziomu, który mógłby stanowić zagrożenie dla jego trwałości – mówi profesor. – Nie spada, bo traktujemy się nawzajem jak równoprawne osoby, bo dbamy o siebie nawzajem. Przekaz wspólnotowej komunikacji jest następujący: „Cokolwiek zrobisz, będziesz dla mnie wartością, bo ja jestem wartością dla ciebie”.

Z badań profesora Plopy wynika ciekawa prawidłowość. Otóż okazuje się, że komunikacja wspólnotowa zależy od wykształcenia partnerów. Im wyższe wykształcenie, tym większa świadomość wspólnoty celów, wartości, tym głębsze poznanie się. A to można tłumaczyć między innymi tym, że ludzie bardziej wykształceni zawierają związki później niż ci mniej wykształceni, a więc po drodze mają więcej doświadczeń interpersonalnych i tym samym dojrzalszy stosunek do życia.

Dzisiaj jednak wiele par wchodzi w tymczasowe związki, co zdaniem profesora bardzo utrudnia komunikację wspólnotową.

– Wcześniej kultura w pewnym sensie stała na straży związku. Zdecydowana większość par po zawarciu małżeństwa nie dopuszczała rozstania. Oczywiście, nie wszystkie z nich były szczęśliwe, ale gdy pojawiały się problemy, próbowano jakoś je przezwyciężać. Natomiast obecnie króluje orientacja indywidualistyczna: chcę się realizować, mam jedno życie, jeśli nam się nie ułoży, to się rozejdziemy. Jak wynika z badań, rozstanie dopuszcza ponad 50 procent młodych. Tymczasem prawidłowość psychologiczna pokazuje, że jak się coś dopuszcza świadomie bądź nieświadomie, to często tak się właśnie dzieje. Tak więc samo założenie, że możemy się rozstać, nie pomaga w budowaniu komunikacji wspólnotowej. Przy poważniejszych wyzwaniach, takich jak narodziny dziecka czy trudności materialne, zamiast walczyć o relację, szukamy alternatywy. Nie staramy się, nie angażujemy. A czynnikiem niezbędnym do tworzenia bliskich związków jest zaangażowanie. Relacje zorientowane na tu i teraz, płytkie, które łączy tylko seks, tego zaangażowania nie budują.

Mężczyźni mają dużo do zrobienia

Ostatnie amerykańskie badania nad związkami zawieranymi przez Internet dały zaskakujące wyniki. Okazało się, że takie relacje mogą być trwalsze od tych zawartych w realu!

– Można to wyjaśnić tym, że ludzie poznający się na portalach randkowych skupiają się na wymianie informacji na swój temat, piszą o tym, czym się zajmują, o swoich zainteresowaniach, cechach charakteru – wyjaśnia profesor Plopa. – Oczywiście, część tych informacji jest podkoloryzowana, ale podstawą do spotkania staje się wcześniejsza komunikacja.

Co więcej – profesor słyszy potem od tych ludzi, że gdyby nie ich internetowe rozmowy, pewnie w realu nigdy by na siebie nie zwrócili uwagi, bo pierwszym kryterium przy spotkaniach na żywo jest wygląd zewnętrzny, sposób mówienia, seksualność. Profesor przyznaje, że seksualność to, owszem, ważna forma komunikacji w związku, ale sama w sobie nie buduje silnej relacji. Żeby rozwinęła się w głębszą zażyłość, musi wiązać się z innymi rodzajami komunikacji, jak rozmowa, empatia, wspólne działania.

Profesor Katarzyna Popiołek, psycholożka, zwraca uwagę na zmiany, jakie można zaobserwować w komunikacji między partnerami młodego pokolenia. Otwarcie mówią, czego od siebie oczekują, a czego nie są w stanie zaakceptować, ustalają zakres obowiązków, dbają o swoje prawa.

– Nowy sposób komunikacji wynika głównie ze zmian kulturowych – zauważa profesor Popiołek. – Przełamane zostały różnego rodzaju tabu, że mężczyźnie i kobiecie coś nie wypada. Dzisiaj on może przejawiać cechy uważane dawniej za kobiece, jak empatię, emocjonalność, wrażliwość, a ona może być twardzielką. On nie musi tylko „polować”, może zająć się także domem, dziećmi, a ona nie musi być tylko strażniczką domowego ogniska, pełnić roli służebnej w związku, ale może realizować się zawodowo.

Te zmiany kulturowe wpływają na poszerzenie pola i sposobu komunikacji. W tradycyjnym modelu kobiety nie mówiły wprost, tylko w sposób zawoalowany, na przykład przez dąsanie, narzekanie. W partnerskim komunikują bezpośrednio: „Odbierz Jasia ze szkoły”; „Jestem zmęczona”; „Nie lubię gotować”. Otwarte mówienie o swoich potrzebach i oczekiwaniach to ważny krok w komunikacji. Ale równie ważny jest krok drugi – wzajemne zrozumienie. A to młodym do końca nie wychodzi. Dlaczego? Bo koncentrują się na pracy, która wymaga bycia dyspozycyjnym, bo są zestresowani nadmiernymi obowiązkami i kredytami. Indywidualizm też robi swoje.

Klucz do dobrej komunikacji w związku to uświadomienie sobie, że jesteśmy inni i współzależni.
– Trend zmian w komunikacji między kobietą a mężczyzną idzie w dobrym kierunku – uważa Katarzyna Popiołek. – Ale wiele jest jeszcze do zrobienia. Zwłaszcza przez mężczyzn. Kobiety są dobrze przygotowane do rozmów, zawsze lubiły dyskutować o subtelnych aspektach relacji, o problemach swoich przyjaciół, czego mężczyźni z reguły nie znosili. Mówili: „A nie masz większych zmartwień?!”. I kobieta czuła się ze swoimi przeżyciami samotna. Poza tym mężczyźni zdecydowanie gorzej byli przygotowywani do otwartego komunikowania o emocjach, do wchodzenia w subtelne aspekty związku. Jak wynika z badań mojej magistrantki Magdaleny Kucharczyk, to kobiety, nawet te w partnerskich związkach, wkładają więcej wysiłku w intymność i komunikację. W trakcie badań przyznawały, że mają z tego powodu poczucie ograniczenia. Bo angażując się w relację, zawężają sobie pole do działania w innych sferach: zawodowej, społecznej, do których czują się powołane.

Profesor Plopa: – To paradoks naszych czasów, że gdy pytamy młodych ludzi o to, co jest dla nich najważniejsze, na pierwszym miejscu – obok zdrowia – stawiają rodzinę, związek, ale już ich zachowania niekoniecznie idą w tym kierunku. Wszyscy mamy w sobie tęsknotę za bliskością, otwartością, za byciem w pełni ze sobą. Ale nikt nas tego nie uczy. Wiedza na temat relacji, psychologii kobiety i mężczyzny jest prawie zerowa. Kiedy pracowałem ze związkami rozpadającymi się, ogarniał mnie ogromny żal, że nikt tym ludziom wcześniej nie pomógł. Bo gdyby ktoś pokazał im pewne sposoby komunikowania się, czytania siebie, gdyby nauczył ich relacji opartej na wspólnotowej komunikacji, do rozstania mogłoby nie dojść.

Moje i twoje „ja” biorą się za rękę

Jak to zmienić? Katarzyna Popiołek: – Mam nadzieję, że matki będą wychowywały córki ku większej niezależności, bo to właśnie zależność kobiet powodowała uprawianie z jednej strony dość autorytarnej męskiej komunikacji, z drugiej zaś – zawoalowanej, niejedno- znacznej, niewieściej. A u synów będą budziły większą wrażliwość, uczyły ich umiejętności wyrażania emocji, cierpliwej rozmowy. Na efekty przyjdzie jednak poczekać, bo zmiany utrwalonych przez pokolenia form komunikacji dokonują się powoli. Z kolei jeśli chodzi o tu i teraz, to myślę, że ogromnie ważną rolę odgrywają literatura, film, kultura w ogóle – pokazująca określone wzorce relacji, które prowokują dyskusje i zmiany. No i trzeba także zadbać o edukację, i to od najmłodszych lat.
Natura i kobiet, i mężczyzny nastawiona jest na głęboką relację. Różnice tylko nas wzbogacają.
Profesor Plopa także stawia na edukację.

– Nie wszyscy wychowujemy się w domach, w których system komunikacji przebiega prawidłowo. Ci, którzy nie mają dobrego przykładu w rodzinie, mogą wchodzić w płytkie relacje, wycofywać się i wchodzić w nowe. To droga donikąd.

Komunikacja wspólnotowa to nie wymysł filozofów, uczymy się jej od kołyski. Tłumaczy ją teoria przywiązania, przeżywająca teraz renesans, która mówi, że jeżeli dziecko doświadcza bezwarunkowej miłości ze strony matki, to potem idzie z takim wzorcem w życie. Nauczmy się siebie nawzajem „czytać”, wypracujmy swój język komunikacyjny. Jak mężczyznę trochę się rozmiękczy, jak pomoże mu się zdjąć pancerz kulturowej męskości, to odsłania się jego miękka natura, którą kobieta może być zachwycona. Kobiecy mężczyźni, używając terminologii płci psychologicznej, dużo lepiej czują się w bliskości z kobietą niż twardziele. Nie chodzi o to, żeby mężczyzna i kobieta niszczyli swoją naturę – bo takie są obawy. Natura kobiety i mężczyzny zorientowana jest na bliskość, intymność, głęboką relację. Jeżeli coś nam zagraża, to pseudowartości lansowane przez rynek, modę. Bo na pewno nie to, że jesteśmy inni. Różnice nas wzbogacają, powodują, że komunikacja staje się bardziej twórcza. A tam, gdzie istnieje możliwość twórczego działania, jest przecież większa satysfakcja. Bo komunikacja to nie tylko słowa. To moje i twoje „ja”, które biorą się za rękę i idą w jednym kierunku.

  1. Psychologia

Czy warto mówić sobie wszystko w związku?

Gdy ona dopytuje
Gdy ona dopytuje "Ile miałeś kobie?", nie znaczy, że chce naprawdę wiedzieć. chce tylko trochę poprowokować. Podobnie gdy on pyta: "Czy z tamtym było ci lepiej niż ze mną?" (fot. iStock)
Bezgraniczne oddanie i potrzeba symbiozy z partnerem rodzi też pragnienie posiadania o nim pełnej wiedzy. Co, jeśli ukochany coś skrywa? Albo wyznaje rzeczy, których wolałabyś o nim nie wiedzieć? Pawła Droździaka, psychologa i psychoterapeutę, pyta Renata Mazurowska.

Przyznam, że zawsze mnie zadziwiała ludzka potrzeba, by w kolejnych związkach opowiadać sobie o poprzednich partnerach, na ogół źle…

To proste: poznajemy kogoś nowego, powierzamy mu swoje tajemnice i w ten sposób podkreślamy, że istnieje jakaś intymność, bo odkrywamy, że mówimy i robimy z tą osobą to, czego nie robimy z innymi. To rodzaj psychologicznych zaślubin. Opowieść o poprzednich partnerach jest czymś w rodzaju ofiary złożonej partnerowi, wiana wniesionego do związku.

Zaznaczamy nieważność poprzednich relacji, a podkreślamy ważność tej, którą właśnie zakładamy?

Tak, bo „teraz to ty jesteś tym kimś szczególnym, a te osoby stają się tylko historią”.

Jest też w tym pewna kokieteria: „Powiedz mi, że te przede mną nie miały znaczenia, że tak naprawdę dopiero gdy mnie spotkałeś, odkryłeś, że jestem tą jedyną, kobietą twojego życia”.

Gdy ona pyta: „Ile miałeś kobiet?”, to nie znaczy, że chce naprawdę wiedzieć, znać liczbę. Chce tylko trochę poprowokować, postawić pod ścianą, zobaczyć, jak partner sobie poradzi z tym pytaniem. Podobnie, gdy on pyta: „Czy z tamtym było ci lepiej niż ze mną?”. Przecież on nie chce usłyszeć, jak naprawdę wypadł w tym porównaniu. Chce coś dostać, ale czy to koniecznie musi być prawda? Co by wtedy z nią zrobił? Dlatego sądzę, że ta prawda powinna być zarezerwowana dla psychoanalityków albo na tę smutną chwilę, gdy swój aktualny związek bezpowrotnie chcemy zamordować.

Jest jeszcze inny aspekt mówienia sobie wszystkiego – to szczególny sposób unikania odrzucenia. Na zasadzie „Powiem teraz, od razu wszystko to, co najgorsze, i jeśli on mnie nie odrzuci, to później już raczej to nie nastąpi. A jeśli ma odrzucić, to lepiej od razu, zanim się zaangażuję. No więc od razu mówię wszystko”. Czasem to działa, bo rozbraja.

A co, jeśli naprawdę nie chcemy mówić o przeszłości?

Jeśli ktoś jest przyzwyczajony do takiego sposobu rozpoczynania relacji, że sobie jednak o przeszłości opowiadamy, to może mieć pewien niepokój, gdy druga osoba nie chce o tym rozmawiać. Pojawia się obawa, czy to znaczy, że w tej przeszłości jakoś tkwi, nie potrafi jej dla mnie porzucić, zdradzić? Może tak być, ale może być i tak, że ta przeszłość ma na tyle traumatyczny wymiar, że dla tego kogoś jedynym sposobem radzenia sobie jest o tym po prostu zapomnieć.

A może chce zachować dawne przeżycia tylko dla siebie i byłego partnera?

Może, zwłaszcza jeśli ma bardzo rozbudowany aspekt lojalności. Mówi: „Owszem, jestem teraz z tobą, ale o poprzednim związku nie chcę mówić, bo mój ekspartner by tego nie chciał, a ja jestem zawsze w porządku”. Czy ktoś będący „zawsze w porządku” jest zdolny do miłości, czyli do sytuacji, w której traci się głowę? To ciekawy temat. Na pewno tego rodzaju postawa może wyjaśniać opór przed nieskrępowanymi zwierzeniami.

Poppsychologiczna kultura sugeruje czasem ludziom, że ich związek powinien być trochę jak skrzyżowanie talk-show z sesją psychoanalityczną. Mówcie sobie wszystko, to was wyleczy. Oczywiście, dobra komunikacja i otwartość to ważne rzeczy, ale to nie tak, że wywalanie sobie wszystkiego magicznie naprawia związek. Psychoanaliza nie jest tym samym co uwodzenie. Rządzi się innymi prawami.

Gdy partner objawi nam się w całej swojej szczerości, przestaje też być dla nas interesujący.

Pomyślmy: jeśli kobieta śpi w wałkach i maseczce na twarzy, to jest autentyczna, prawda? Prawdziwa. Niczego nie udaje. Jednak nie działa to dobrze na intymność w związku, bo ją zabija. Przekaz jest jasny: „Nie muszę już przed tobą niczego udawać”. On podobnie – chodzi w przepoconym podkoszulku, kapciach, powyciąganych portkach od dresu i jest nieogolony. Oboje siebie akceptują w pełni prawdziwymi, takimi, jacy są. Problem w tym, że tego rodzaju intymność zabija tajemnicę i nie pozwala fantazjować. Bo to, co nas pociąga w drugiej płci, to nie, jaka ta druga osoba jest naprawdę, tylko to, jak sobie ją wyobrażamy. Przyciąga nas bliskość, ale też pewien element fantazmatyczny.

Niemówienie o wszystkim partnerowi wynika niekiedy z chęci ocalenia własnej przestrzeni, ale może też rodzić się z lęku przed odrzuceniem. Czasem mamy naprawdę co skrywać. Na przykład jednorazowa zdrada. Mówić partnerowi czy nie? Psychologowie często radzą, żeby nie mówić, bo jeśli zdrada była „bez znaczenia”, to po co partnera ranić i go tym obciążać. Ja jednak uważam, że zdrada, także niewypowiedziana, i tak oddziałuje na związek.

Psycholog nie jest od tego, żeby traktować rozmówców jak dzieci, którym trzeba mówić, kiedy coś powiedzieć, a kiedy nie. O czymś takim mogą sobie ludzie przecież swobodnie zdecydować sami.

Jasne, że mogą, chcę tylko, żebyśmy się zastanowili, co oznacza – dla relacji, dla nas – gdy jedna z osób skrywa rzeczywisty ciężar dotyczący relacji. Czuje, że jest nie fair, a musi udawać, że nic się nie stało. Jak żyć z tajemnicą swojej zdrady?

To, czy jest to przeżywane jako ciężar, zależy od struktury danej osoby. Są przecież takie związki, gdzie ludzie lubią sobie opowiadać o swingowaniu i ekscytuje ich to.

Inni na przykład są w związku oficjalnie monogamicznym, ale nie czują zbyt mocno monogamii. Widzą ją raczej jako roboczy kompromis współpracy i dyplomatycznych przemilczeń. Tacy już są i śmiem twierdzić, że w większości przypadków obie strony jakoś to wiedzą. No i są też tacy, którzy się zadręczają, ponieważ wierzą w monogamię, a zdradzili, bo chcieli odpowiedzieć na jakąś zdradę partnera, na jakieś poczucie odrzucenia, prawdziwe bądź wyimaginowane, bo chcieli jeszcze raz odegrać jakiś swój życiowy dramatyczny spektakl „zbrodni i odkupienia”. Wówczas może pojawić się silna pokusa, by zdradę ujawnić, zobaczyć, co partner z nią zrobi, oczekiwać od niego rozgrzeszenia, zobaczyć jego ból, żeby wiedział, jak nas kiedyś bolało, albo doprowadzić do tego, że teraz on odejdzie pierwszy. To są czasem bardzo złożone, wielopiętrowe gry i nie sposób tego w jednej rozmowie pomieścić. Jedyne, co bym tu mógł sugerować, to refleksja na temat własnych najprawdziwszych motywów. Kiedy jest szczera, odpowiedzi przychodzą same.

Jest jeszcze inny rodzaj tajemnicy w związku – dotyczy pochodzenia. Ktoś ma jakiś rodzinny sekret albo sam tworzy tabu wokół jakiejś osoby. Przodek zbrodniarz, ojciec alkoholik, matka schizofreniczka albo babcia, która trzyma w domu 40 kotów i zbiera dla nich jedzenie po śmietnikach… Znam takie przypadki.

Szczególnie teraz często można to zaobserwować, gdy mamy do czynienia z szybkim awansem społecznym – ludzie boją się konfrontacji partnera i jego rodziny z własną rodziną, bo jest ogromna różnica klas. Masz rodziców alkoholików, może balansujących na granicy bezdomności, a wykształciłaś się i zrobiłaś karierę. Całe życie uciekasz przed tą przeszłością i jakoś nie możesz się z nikim związać. Aż poznajesz cudownego mężczyznę z tzw. dobrej rodziny, zakochujecie się i nagle podczas kolacji w świetnej restauracji zaczynasz mieć atak paniki.

To ze strachu przed odrzuceniem, gdy się wyda?

Nie tylko przed odrzuceniem. Są w tobie jakby dwie osobowości. Pierwsza – ta stara. Bierze się z tego miejsca, gdzie były krzyki, chowanie się pod stół, trauma. I nałożona na to druga osobowość, doskonale sobie radząca, akceptowana i społecznie podziwiana osoba, do tego na stanowisku.

Dwie tożsamości, które trudno złożyć w jedną?

Wręcz się nie da, bo duża część tej siły, która napędza sukces, pochodzi właśnie z tego, że chce się coś przykryć. Odczynić. Ale jej sedno bierze się z wrodzonego potencjału, który udało się zrealizować, mimo przeszkód, drogą ogromnego wysiłku.

A gdybym powiedziała o swoich obawach partnerowi?

To nie jest takie proste. Mówimy o wewnętrznym pęknięciu w tej osobie, o tym, że ona w sobie nie integruje tych dwóch części. Więc najpierw jest tajemnica przed sobą. Kim naprawdę jestem? Taki ktoś może mieć za sobą historię bardzo wielu upokorzeń, przed którymi ucieka. Dlatego odnosząc sukcesy, ma wrażenie, że to nie jest do końca prawdziwe. No i poznaje kogoś, kto może dla niego uosabiać lepszy świat, ma fajną rodzinę i tak dalej. I początkowo wszystko jest w porządku, ale w miarę jak związek się rozwija, zaczyna się rodzić coraz większy, nieokreślony niepokój – taka osoba zaczyna być drażliwa albo się zamyka, albo wycofuje z relacji – sama nie rozumiejąc dlaczego.

Tajemnice w postaci przemilczeń rodzą ogromne konsekwencje w związku.

Jeśli chodzi o wewnętrzne pęknięcie w czyjejś tożsamości, to fakt – może ono w ogóle uniemożliwiać człowiekowi stworzenie związku. Gdy mamy takie doświadczenia rodzinne, że inni nie przyjmują naszych uczuć, płacz jest karany, bezradność jest karana, błędy są karane – to może się zdarzyć, że każda sytuacja, kiedy sobie z czymś człowiek nie radzi, staje się sekretem do ukrycia. Taki człowiek jest przekonany, że jedyne, czym świat jest zainteresowany, to ta piękna fasada.

Abstrahując od zranień, które wiele osób wnosi do związku, to z pewnością są i takie tajemnice albo nieopowiedziane wcześniej historie, które pozwalają, nawet po latach, na nowo zainteresować się partnerem. Spojrzeć na niego z podziwem, zachwytem, niedowierzaniem. Uratowałeś topiącego się kolegę, wow! Byłeś punkiem w latach 80, super! Pisałaś kiedyś wiersze!

Ciekawe przykłady. Warto by wiedzieć, jak to się mogło stać, że takie, w gruncie rzeczy przecież wcale nie wstydliwe, tylko właśnie ciekawe szczegóły, nie weszły później w skład obrazu siebie w oczach drugiej osoby i dopiero po latach partner je odkrywa. Interesujące, jak to mogło się stać. Ukrywanie zranień i własnej tożsamości, od której się uciekło, to jedno. A drugą sprawą jest pytanie, na ile w ogóle kobieta i mężczyzna mogą stać się dla siebie zrozumiali i odkryci.

Budowanie magii w związku nie polega na tym, że relacjonujemy każdy szczegół. „Czy sposób, w jaki dochodzę z tobą do orgazmu, jest optymalny w porównaniu do tego, jak dochodziłam z Wiesławem? Ile dokładnie, ale naprawdę dokładnie, miałeś kobiet? Wymień je w kolejności i opisz, jaką miały figurę, porównując to z moją”. W związku warto być szczerym, ale pewne rzeczy lepiej zostawić na psychoterapię.

 

Paweł Droździak - psycholog, psychoterapeuta, mediator rodzinny. Prowadzi psychoterapię osób uwikłanych w związki, w których występuje element uzależnienia emocjonalnego

  1. Psychologia

Czy można zmienić swój charakter w dorosłym życiu? Na czym polega jego siła?

Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Czy można zmienić charakter? Psychologia dowodzi, że w dojrzałym wieku to trudne. Ale z pewnością można wzmacniać jego mocne strony. Na czym polega związek między emocjonalnością a silnym charakterem – wyjaśnia neuropsycholog Daniel Jerzy Żyżniewski. 

Jak bardzo mózg wpływa na to, jaki mamy charakter?
Raczej to, jak kształtowany jest charakter, wpływa na mózg. Charakter to składnik naszego wnętrza, bardziej podstawowy niż osobowość. Są 24 składniki wytrzymałościowe charakteru zwane mocnymi stronami, zgrupowane w sześć tzw. Zalet charakteru, zwanych cnotami. Opisali je Christopher Peterson i Martin Seligman oraz David Goldberg. Są to: Mądrość (albo Wiedza), Odwaga, Człowieczeństwo (albo Humanitaryzm), Umiar (inaczej Powściągliwość), Sprawiedliwość i Transcendencja. Każdy ze składników rozwija się w zależności od indywidualnego doświadczenia, tworząc zróżnicowane konfiguracje, które wiążą się również z aktywnością naszego mózgu. Czy charakter będzie słaby, czy silny, czyli z prawidłowo wykształconymi wszystkimi mocnymi stronami – zależy od wpływu środowiska. A to ważne, bo charakter tworzy tzw. odporność psychiczną.

Mocne strony charakteru

  • Mądrość: kreatywność, ciekawość, uczenie się, otwartość umysłu, perspektywa;
  • Odwaga: waleczność, wytrwałość, witalność, spójność;
  • Człowieczeństwo: zdolność do kochania, życzliwość, inteligencja społeczna;
  • Umiar: przebaczenie, pokora, roztropność, samoregulacja;
  • Sprawiedliwość: uczciwość, przywództwo, zespołowość;
  • Transcendencja: wdzięczność, docenianie piękna, nadzieja, duchowość, poczucie humoru.

Od kiedy zaczynamy kształtować nasz charakter?
Etap od narodzin do około szóstego roku życia jest decydujący dla rozwoju zdolności regulowania własnych emocji, a to wpływa na charakter. Uczymy się tego, obserwując i naśladując reakcje najbliższych opiekunów. Mogą oni reagować destrukcyjnie na to, co czują, i na przykład deprecjonować siebie lub innych albo wchodzić w tryb pretensji wobec życia i ludzi, czyli przejawiać negatywne schematy przeżywania siebie i świata. Mogą też, mimo rosnącej amplitudy emocji, sięgać po konstruktywne reagowanie. Przykładowo w destrukcyjnym reagowaniu wyłaniają się schematy typu: „ten, kto się boi, jest tchórzem, a kto płacze, jest słaby”. Natomiast w konstruktywnym reagowaniu emocje traktuje się niepiętnująco, jako zupełnie naturalne, a ich dynamika oraz skutki zależą od tego, kto ich doświadcza. Obserwacja emocjonalności opiekunów w połączeniu z komunikatami na temat siebie, ludzi, świata, życia, które oni generują, wpływa na kształtowanie się charakteru poprzez podstawowy mechanizm związany z emocjami, tzw. afekt.

Czym jest afekt?
Jest to siła, tempo i czas trwania pobudzenia psychofizjologicznego w związku z emocją. Afekt trwa krótko: narasta, osiąga szczyt, opada, więc i emocje są krótkotrwałe. Tylko że afekt jest stymulowany reakcjami innych ludzi, w tym ich własnym afektem. Może więc szybko narastać, szybko osiągać szczyt, ale wolno opadać. Wtedy pojawiają się impulsywność i trudności z uspokojeniem się. Może to oznaczać trudności ze świadomym doświadczaniem emocji, a na tej bazie pojawia się dodatkowy niepokój, co nasila rozregulowanie emocjonalne. To utrudnia rozwój silnego charakteru, a więc odporności psychicznej.

A jakie konkretnie czynniki mogą zakłócić rozwój silnego charakteru?
Po pierwsze, wychowanie w rodzinie i w szkole, w którym regularnie stosuje się kary, a nagrody – sporadycznie. Gorzej, gdy karanie jest nieadekwatne i z zaskoczenia – impulsywne. A jeśli kary są sporadyczne, charakter osłabia brak nagród (niezauważanie, ignorowanie). Taki negatywny bilans skutkuje tym, że „ja” danej osoby silnie koncentruje się na oczekiwaniach innych ludzi. Własne poczucie bezpieczeństwa staje się bardziej zależne od czynników zewnętrznych. To mocno ogranicza zdolność samodzielnego myślenia. Człowiek samodzielny wewnętrznie może trafnie określać emocjonalność zarówno własną, jak i drugiego człowieka. Dzięki temu łatwiej dbać o własne i cudze emocje, bez konieczności ulegania lub dominowania w relacji z drugim człowiekiem.

To silny charakter odpowiada za zdolność trafnego rozpoznania swoich myśli i umiejętność ich wyrażania?
Tak, a zwłaszcza jedna z jego mocnych stron – spójność wewnętrzna, nazywana Koherencją (albo Autentycznością). To składnik cnoty Odwagi. Jeśli będzie ona rozwijać się słabo, stracą także inne aspekty charakteru zgrupowane w Odwadze: Wytrwałość (albo Zaradność, Pracowitość), Waleczność (albo Dzielność) i Witalność (czyli Zapał). Dzieci mają w sobie dużą witalność, czyli spontaniczną chęć życia, niezależnie od biegu zdarzeń, ale jest ona zniekształcana systemem kar, zachęcaniem do rywalizacji zamiast kooperacji, różnicowaniem na lepszych i gorszych poprzez ocenianie i krytykowanie. To główne czynniki osłabiające charakter. To, jak ukształtowany w ten sposób człowiek ocenia siebie, jest zdominowane przez reakcje i oceny innych ludzi. Ciągle myśli się o innych ludziach i ich oczekiwaniach.

Wydawałoby się, że zorientowanie na innych ludzi to dobra postawa...
W tym wypadku chodzi o brak wewnętrznie stabilnego „ja”, które uniemożliwia rozpoznanie, co narusza, a co nie narusza nasze wzajemne granice emocjonalne. Gdy wewnętrzne „ja” osoby utożsamiane jest z zewnętrznymi oczekiwaniami, to taki człowiek nie jest wcale bardziej uważny na własne i cudze uczucia, tylko kontroluje swoje reakcje, by wpisać się w schematy bycia takim, jakim powinien być według innych. To braki związane z niestabilnym „ja” tworzą postawę wrogości i agresji wobec siebie oraz innych, co może być nieuświadomione, ale przejawiać się w reakcjach i zachowaniu. Trudno wtedy rozwijać kolejną cnotę – Człowieczeństwa (czyli: Zdolność do kochania; spontaniczną Życzliwość, również wobec nieznanych osób, oraz Inteligencję społeczną). Wtedy reaguje się w czarno-biały sposób, awersją, a nawet wrogością. Siła jest wtedy utożsamiana z dominacją.

Czy to wpływa na inne składowe charakteru?
Tak, przy słabo rozwijanej Odwadze i Człowieczeństwie nie może rozwijać się prawidłowo cnota Sprawiedliwości, czyli poczucie, że zaangażowanie społeczne polega na codziennym dbaniu o siebie nawzajem i przestrzeń wspólnego życia. Nie jest to więc narzucanie reguł, na przykład większości wobec mniejszości. Dlatego w Sprawiedliwości kluczowe jest odruchowe myślenie, że wszyscy ludzie powinni mieć równe prawa, do czego trzeba dobrze rozwiniętej składowej zwanej Równością (albo Uczciwością). Sprawiedliwość to również skłonność do brania spraw w swoje ręce, tzw. Przywódczość – nie tylko gdy jest to w naszym interesie, ale ze świadomością, że wiele aspektów codzienności to wspólne społeczne dobro. Postawy autorytarne poważnie zakłócają rozwój Sprawiedliwości.

A jak przejawia się siła charakteru?
Choćby w cnocie Mądrości, na przykład odruchem zadawania sobie w różnych sytuacjach pytania o to, co mogę zrobić innego niż dotychczas, innego niż każą, proponują ludzie wokół. To składnik Mądrości nazywany Otwartością umysłową. Dzięki temu trenuje się inny jej składnik – Zaciekawienie, i jeszcze kolejny – Kreatywność. A to jest konieczne do rozwoju następnego składnika Mądrości, którym jest Chęć uczenia się. Gdy człowiek lubi się uczyć i częściej doświadcza wsparcia płynącego z kooperacji zamiast zagrożenia płynącego z rywalizacji, to jest bardziej odporny psychicznie. Dzięki temu powstaje tzw. Szeroki horyzont umysłowy – kolejna mocna strona charakteru i składowa Mądrości. To sprzyja myśleniu o przyszłości, że będzie lepsza, nie dlatego, że zdarzy się cud, tylko dlatego, że można mieć na nią choćby częściowy wpływ. W efekcie łatwiej jest uchronić się w przeżywaniu porażki i przed depresją w obliczu życiowych potknięć.

Co jeszcze tworzy charakter?
Cnota Umiaru (albo Powściągliwości) niesie ze sobą składnik Wielkoduszności (albo Wybaczania), czyli odruch pochylania się nad słabszym w jego krzywdzie i odruch wybaczania krzywdy. Inne składowe Umiaru to Skromność (albo Pokora), czyli wewnętrzna zgoda na to, że drugi człowiek ma prawo do swojej odrębności odczuwania, reagowania, zachowania. W cnocie Umiaru jest jeszcze Samoregulacja, czyli uważność no to, co czuję i robię, przy jednoczesnej uważności na to, co czuje i robi drugi człowiek. Ostatnia grupa mocnych stron charakteru jest w cnocie Transcendencji. Należy do niej spontaniczna Wdzięczność, uważność na pozytywne aspekty codzienności nazywana Docenianiem piękna, a także Nadzieja, czyli traktowanie przyszłości poprzez możliwości, a nie ograniczenia. W tej grupie jest też Poczucie humoru rozumiane jako skłonność do spontanicznej reakcji na dowcipy, które swoją treścią nie naruszają granic innych, oraz dostrzeganie pozytywów rozmaitych zdarzeń. I wreszcie Duchowość definiowana jako własny wewnętrzny system wartości stosowanych, by doświadczać na przykład pocieszenia oraz umieć je okazać innym.

Wróćmy jeszcze do czynników kształtujących charakter…
To przede wszystkim wymuszanie przemocą i krytykowanie, gdyż wywołuje reakcje obronne bezpośrednio w mózgu. Te natomiast zakłócają afekt: napięcie gwałtownie rośnie, zbyt długo pozostaje nasilone i powoli opada, i jest ciągle stymulowane do kolejnych skoków w podobnym schemacie. Dynamika reakcji obronnych wiąże się z podziałem dróg emocjonalnych w mózgu na niską i wysoką. Na drodze niskiej dominuje ciało migdałowate, które jest przedsionkiem do emocjonalności, to tam jest epicentrum reakcji obronnych. Są bardzo szybkie, łatwo osiągają parametry wysokiego pobudzenia i dają wyraźne objawy fizjologiczne, takie jak pocenie się, rosnący puls, drżenie kończyn czy wiele innych. W rezultacie reakcje obronne mogą być stymulowane bez przerwy, a mimo to można mieć trudność w uświadomieniu sobie, o którą emocję chodzi. Do tego potrzeba drogi wysokiej, którą tworzą tzw. ośrodki korowe mózgu. Ich aktywność wiąże się ze świadomością zmieniającego się napięcia. Dzięki niej pojawiają się złożone myśli towarzyszące napięciu. Ośrodki korowe są niezbędne, by umieć nazwać to, co się czuje. Tymczasem przemoc i krytykowanie tak silnie stymulują drogę niską, że ten wzorzec wysokiego pobudzenia obronnego utrwala się i poważnie utrudnia dostęp do pełnej świadomości tego, co się czuje, a zatem i do panowania nad tymi reakcjami.

Kiedy kończy się kształtowanie charakteru?
Najważniejszy dla kształtowania charakteru jest okres rozwojowy, który trwa do około 20.–25. Roku życia. Nabyte wzorce zachowania znajdują wtedy swoje odzwierciedlenie w równowadze neurochemicznej i w fizjologii. Jeśli więc jest się silnie stymulowanym ciągłym krytykowaniem i karaniem, to regularnie wywoływany jest w organizmie wzrost adrenaliny i kortyzolu, a spadek serotoniny, dopaminy, acetylocholiny. To trwała skłonność do reagowania niepokojem i awersją, nawet gdy jest spokojnie. Ludzie tak ukształtowani nietrafnie określają, co czują, i mylą się również, określając, co czuje drugi człowiek. Wzorce powstałe w okresie rozwojowym są silne i trudno je zmienić, ale można je przeciwważyć, rozwijając słabe aspekty charakteru.

Co więc możemy zrobić, jeśli zależy nam na zmianie postaw?
Przede wszystkim nie robić tego, co osłabia charakter, a więc zrezygnować z reagowania z poziomu władzy na rzecz partnerskiego. Uczyć się emocjonalności własnej oraz innych ludzi. Ćwiczyć się w odróżnianiu opinii od faktów i w nieocenianiu na podstawie opinii. Starać się rozumieć różnice między ludźmi, a jeśli trudno jest je zrozumieć, to przynajmniej akceptować ich istnienie. Współpracować, a nie rywalizować. Uwrażliwiać się na krzywdę – nie tylko własną, ale również innych ludzi, także tych daleko poza naszym bezpośrednim zasięgiem. Każdego dnia być bezinteresownie życzliwym wobec różnych osób. No i przebywać w mocno zróżnicowanym środowisku – wtedy uczymy się nowych strategii reagowania i zachowania, co rozwija siłę charakteru lub przeciwważy jego słabości. W ten sposób wydeptujemy nowe ścieżki neuronalne. Mózg jest plastyczny przez całe życie, więc taki trening daje efekty.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.