1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy można zmienić swój charakter w dorosłym życiu? Na czym polega jego siła?

Czy można zmienić swój charakter w dorosłym życiu? Na czym polega jego siła?

Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Czy można zmienić charakter? Psychologia dowodzi, że w dojrzałym wieku to trudne. Ale z pewnością można wzmacniać jego mocne strony. Na czym polega związek między emocjonalnością a silnym charakterem – wyjaśnia neuropsycholog Daniel Jerzy Żyżniewski. 

Jak bardzo mózg wpływa na to, jaki mamy charakter?
Raczej to, jak kształtowany jest charakter, wpływa na mózg. Charakter to składnik naszego wnętrza, bardziej podstawowy niż osobowość. Są 24 składniki wytrzymałościowe charakteru zwane mocnymi stronami, zgrupowane w sześć tzw. Zalet charakteru, zwanych cnotami. Opisali je Christopher Peterson i Martin Seligman oraz David Goldberg. Są to: Mądrość (albo Wiedza), Odwaga, Człowieczeństwo (albo Humanitaryzm), Umiar (inaczej Powściągliwość), Sprawiedliwość i Transcendencja. Każdy ze składników rozwija się w zależności od indywidualnego doświadczenia, tworząc zróżnicowane konfiguracje, które wiążą się również z aktywnością naszego mózgu. Czy charakter będzie słaby, czy silny, czyli z prawidłowo wykształconymi wszystkimi mocnymi stronami – zależy od wpływu środowiska. A to ważne, bo charakter tworzy tzw. odporność psychiczną.

Mocne strony charakteru

  • Mądrość: kreatywność, ciekawość, uczenie się, otwartość umysłu, perspektywa;
  • Odwaga: waleczność, wytrwałość, witalność, spójność;
  • Człowieczeństwo: zdolność do kochania, życzliwość, inteligencja społeczna;
  • Umiar: przebaczenie, pokora, roztropność, samoregulacja;
  • Sprawiedliwość: uczciwość, przywództwo, zespołowość;
  • Transcendencja: wdzięczność, docenianie piękna, nadzieja, duchowość, poczucie humoru.

Od kiedy zaczynamy kształtować nasz charakter?
Etap od narodzin do około szóstego roku życia jest decydujący dla rozwoju zdolności regulowania własnych emocji, a to wpływa na charakter. Uczymy się tego, obserwując i naśladując reakcje najbliższych opiekunów. Mogą oni reagować destrukcyjnie na to, co czują, i na przykład deprecjonować siebie lub innych albo wchodzić w tryb pretensji wobec życia i ludzi, czyli przejawiać negatywne schematy przeżywania siebie i świata. Mogą też, mimo rosnącej amplitudy emocji, sięgać po konstruktywne reagowanie. Przykładowo w destrukcyjnym reagowaniu wyłaniają się schematy typu: „ten, kto się boi, jest tchórzem, a kto płacze, jest słaby”. Natomiast w konstruktywnym reagowaniu emocje traktuje się niepiętnująco, jako zupełnie naturalne, a ich dynamika oraz skutki zależą od tego, kto ich doświadcza. Obserwacja emocjonalności opiekunów w połączeniu z komunikatami na temat siebie, ludzi, świata, życia, które oni generują, wpływa na kształtowanie się charakteru poprzez podstawowy mechanizm związany z emocjami, tzw. afekt.

Czym jest afekt?
Jest to siła, tempo i czas trwania pobudzenia psychofizjologicznego w związku z emocją. Afekt trwa krótko: narasta, osiąga szczyt, opada, więc i emocje są krótkotrwałe. Tylko że afekt jest stymulowany reakcjami innych ludzi, w tym ich własnym afektem. Może więc szybko narastać, szybko osiągać szczyt, ale wolno opadać. Wtedy pojawiają się impulsywność i trudności z uspokojeniem się. Może to oznaczać trudności ze świadomym doświadczaniem emocji, a na tej bazie pojawia się dodatkowy niepokój, co nasila rozregulowanie emocjonalne. To utrudnia rozwój silnego charakteru, a więc odporności psychicznej.

A jakie konkretnie czynniki mogą zakłócić rozwój silnego charakteru?
Po pierwsze, wychowanie w rodzinie i w szkole, w którym regularnie stosuje się kary, a nagrody – sporadycznie. Gorzej, gdy karanie jest nieadekwatne i z zaskoczenia – impulsywne. A jeśli kary są sporadyczne, charakter osłabia brak nagród (niezauważanie, ignorowanie). Taki negatywny bilans skutkuje tym, że „ja” danej osoby silnie koncentruje się na oczekiwaniach innych ludzi. Własne poczucie bezpieczeństwa staje się bardziej zależne od czynników zewnętrznych. To mocno ogranicza zdolność samodzielnego myślenia. Człowiek samodzielny wewnętrznie może trafnie określać emocjonalność zarówno własną, jak i drugiego człowieka. Dzięki temu łatwiej dbać o własne i cudze emocje, bez konieczności ulegania lub dominowania w relacji z drugim człowiekiem.

To silny charakter odpowiada za zdolność trafnego rozpoznania swoich myśli i umiejętność ich wyrażania?
Tak, a zwłaszcza jedna z jego mocnych stron – spójność wewnętrzna, nazywana Koherencją (albo Autentycznością). To składnik cnoty Odwagi. Jeśli będzie ona rozwijać się słabo, stracą także inne aspekty charakteru zgrupowane w Odwadze: Wytrwałość (albo Zaradność, Pracowitość), Waleczność (albo Dzielność) i Witalność (czyli Zapał). Dzieci mają w sobie dużą witalność, czyli spontaniczną chęć życia, niezależnie od biegu zdarzeń, ale jest ona zniekształcana systemem kar, zachęcaniem do rywalizacji zamiast kooperacji, różnicowaniem na lepszych i gorszych poprzez ocenianie i krytykowanie. To główne czynniki osłabiające charakter. To, jak ukształtowany w ten sposób człowiek ocenia siebie, jest zdominowane przez reakcje i oceny innych ludzi. Ciągle myśli się o innych ludziach i ich oczekiwaniach.

Wydawałoby się, że zorientowanie na innych ludzi to dobra postawa...
W tym wypadku chodzi o brak wewnętrznie stabilnego „ja”, które uniemożliwia rozpoznanie, co narusza, a co nie narusza nasze wzajemne granice emocjonalne. Gdy wewnętrzne „ja” osoby utożsamiane jest z zewnętrznymi oczekiwaniami, to taki człowiek nie jest wcale bardziej uważny na własne i cudze uczucia, tylko kontroluje swoje reakcje, by wpisać się w schematy bycia takim, jakim powinien być według innych. To braki związane z niestabilnym „ja” tworzą postawę wrogości i agresji wobec siebie oraz innych, co może być nieuświadomione, ale przejawiać się w reakcjach i zachowaniu. Trudno wtedy rozwijać kolejną cnotę – Człowieczeństwa (czyli: Zdolność do kochania; spontaniczną Życzliwość, również wobec nieznanych osób, oraz Inteligencję społeczną). Wtedy reaguje się w czarno-biały sposób, awersją, a nawet wrogością. Siła jest wtedy utożsamiana z dominacją.

Czy to wpływa na inne składowe charakteru?
Tak, przy słabo rozwijanej Odwadze i Człowieczeństwie nie może rozwijać się prawidłowo cnota Sprawiedliwości, czyli poczucie, że zaangażowanie społeczne polega na codziennym dbaniu o siebie nawzajem i przestrzeń wspólnego życia. Nie jest to więc narzucanie reguł, na przykład większości wobec mniejszości. Dlatego w Sprawiedliwości kluczowe jest odruchowe myślenie, że wszyscy ludzie powinni mieć równe prawa, do czego trzeba dobrze rozwiniętej składowej zwanej Równością (albo Uczciwością). Sprawiedliwość to również skłonność do brania spraw w swoje ręce, tzw. Przywódczość – nie tylko gdy jest to w naszym interesie, ale ze świadomością, że wiele aspektów codzienności to wspólne społeczne dobro. Postawy autorytarne poważnie zakłócają rozwój Sprawiedliwości.

A jak przejawia się siła charakteru?
Choćby w cnocie Mądrości, na przykład odruchem zadawania sobie w różnych sytuacjach pytania o to, co mogę zrobić innego niż dotychczas, innego niż każą, proponują ludzie wokół. To składnik Mądrości nazywany Otwartością umysłową. Dzięki temu trenuje się inny jej składnik – Zaciekawienie, i jeszcze kolejny – Kreatywność. A to jest konieczne do rozwoju następnego składnika Mądrości, którym jest Chęć uczenia się. Gdy człowiek lubi się uczyć i częściej doświadcza wsparcia płynącego z kooperacji zamiast zagrożenia płynącego z rywalizacji, to jest bardziej odporny psychicznie. Dzięki temu powstaje tzw. Szeroki horyzont umysłowy – kolejna mocna strona charakteru i składowa Mądrości. To sprzyja myśleniu o przyszłości, że będzie lepsza, nie dlatego, że zdarzy się cud, tylko dlatego, że można mieć na nią choćby częściowy wpływ. W efekcie łatwiej jest uchronić się w przeżywaniu porażki i przed depresją w obliczu życiowych potknięć.

Co jeszcze tworzy charakter?
Cnota Umiaru (albo Powściągliwości) niesie ze sobą składnik Wielkoduszności (albo Wybaczania), czyli odruch pochylania się nad słabszym w jego krzywdzie i odruch wybaczania krzywdy. Inne składowe Umiaru to Skromność (albo Pokora), czyli wewnętrzna zgoda na to, że drugi człowiek ma prawo do swojej odrębności odczuwania, reagowania, zachowania. W cnocie Umiaru jest jeszcze Samoregulacja, czyli uważność no to, co czuję i robię, przy jednoczesnej uważności na to, co czuje i robi drugi człowiek. Ostatnia grupa mocnych stron charakteru jest w cnocie Transcendencji. Należy do niej spontaniczna Wdzięczność, uważność na pozytywne aspekty codzienności nazywana Docenianiem piękna, a także Nadzieja, czyli traktowanie przyszłości poprzez możliwości, a nie ograniczenia. W tej grupie jest też Poczucie humoru rozumiane jako skłonność do spontanicznej reakcji na dowcipy, które swoją treścią nie naruszają granic innych, oraz dostrzeganie pozytywów rozmaitych zdarzeń. I wreszcie Duchowość definiowana jako własny wewnętrzny system wartości stosowanych, by doświadczać na przykład pocieszenia oraz umieć je okazać innym.

Wróćmy jeszcze do czynników kształtujących charakter…
To przede wszystkim wymuszanie przemocą i krytykowanie, gdyż wywołuje reakcje obronne bezpośrednio w mózgu. Te natomiast zakłócają afekt: napięcie gwałtownie rośnie, zbyt długo pozostaje nasilone i powoli opada, i jest ciągle stymulowane do kolejnych skoków w podobnym schemacie. Dynamika reakcji obronnych wiąże się z podziałem dróg emocjonalnych w mózgu na niską i wysoką. Na drodze niskiej dominuje ciało migdałowate, które jest przedsionkiem do emocjonalności, to tam jest epicentrum reakcji obronnych. Są bardzo szybkie, łatwo osiągają parametry wysokiego pobudzenia i dają wyraźne objawy fizjologiczne, takie jak pocenie się, rosnący puls, drżenie kończyn czy wiele innych. W rezultacie reakcje obronne mogą być stymulowane bez przerwy, a mimo to można mieć trudność w uświadomieniu sobie, o którą emocję chodzi. Do tego potrzeba drogi wysokiej, którą tworzą tzw. ośrodki korowe mózgu. Ich aktywność wiąże się ze świadomością zmieniającego się napięcia. Dzięki niej pojawiają się złożone myśli towarzyszące napięciu. Ośrodki korowe są niezbędne, by umieć nazwać to, co się czuje. Tymczasem przemoc i krytykowanie tak silnie stymulują drogę niską, że ten wzorzec wysokiego pobudzenia obronnego utrwala się i poważnie utrudnia dostęp do pełnej świadomości tego, co się czuje, a zatem i do panowania nad tymi reakcjami.

Kiedy kończy się kształtowanie charakteru?
Najważniejszy dla kształtowania charakteru jest okres rozwojowy, który trwa do około 20.–25. Roku życia. Nabyte wzorce zachowania znajdują wtedy swoje odzwierciedlenie w równowadze neurochemicznej i w fizjologii. Jeśli więc jest się silnie stymulowanym ciągłym krytykowaniem i karaniem, to regularnie wywoływany jest w organizmie wzrost adrenaliny i kortyzolu, a spadek serotoniny, dopaminy, acetylocholiny. To trwała skłonność do reagowania niepokojem i awersją, nawet gdy jest spokojnie. Ludzie tak ukształtowani nietrafnie określają, co czują, i mylą się również, określając, co czuje drugi człowiek. Wzorce powstałe w okresie rozwojowym są silne i trudno je zmienić, ale można je przeciwważyć, rozwijając słabe aspekty charakteru.

Co więc możemy zrobić, jeśli zależy nam na zmianie postaw?
Przede wszystkim nie robić tego, co osłabia charakter, a więc zrezygnować z reagowania z poziomu władzy na rzecz partnerskiego. Uczyć się emocjonalności własnej oraz innych ludzi. Ćwiczyć się w odróżnianiu opinii od faktów i w nieocenianiu na podstawie opinii. Starać się rozumieć różnice między ludźmi, a jeśli trudno jest je zrozumieć, to przynajmniej akceptować ich istnienie. Współpracować, a nie rywalizować. Uwrażliwiać się na krzywdę – nie tylko własną, ale również innych ludzi, także tych daleko poza naszym bezpośrednim zasięgiem. Każdego dnia być bezinteresownie życzliwym wobec różnych osób. No i przebywać w mocno zróżnicowanym środowisku – wtedy uczymy się nowych strategii reagowania i zachowania, co rozwija siłę charakteru lub przeciwważy jego słabości. W ten sposób wydeptujemy nowe ścieżki neuronalne. Mózg jest plastyczny przez całe życie, więc taki trening daje efekty.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Psychologia kłamstwa. Co dzieje się w mózgu, gdy nie mówimy prawdy?

W kłamstwo zaangażowane są różne emocje. Uaktywniają się więc szczególnie niektóre obszary mózgu. (Ilustracja: iStock)
W kłamstwo zaangażowane są różne emocje. Uaktywniają się więc szczególnie niektóre obszary mózgu. (Ilustracja: iStock)
Kłamstwo wzbudza całą gamę emocji i to zarówno u osoby, która go doświadcza, jak i tej, która jest jego autorem. Ale to oznacza, że w mózgu wrze! Zatem co dzieje się w mózgu osoby, która jest okłamywana, i tej, która kłamie? – wyjaśnia Lisa Letessier w swojej książce „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Wykrywanie kłamstwa było przedmiotem licznych badań naukowych (Vartanian et al., 2012; Jiang et al., 2015) i dzięki obrazowaniu za pomocą rezonansu magnetycznego można zauważyć, że mózg inaczej reaguje, kiedy kłamiemy, a inaczej, gdy mówimy prawdę.

Mózg kłamcy

Jeśli na zadane pytanie odpowiadamy zgodnie z prawdą, obszary mózgu odpowiedzialne za słuch, następnie za rozumienie, wreszcie: za refleksję – aktywują się w normalny sposób: słuchamy pytania, rozumiemy je i zastanawiamy się nad odpowiedzią. Jeśli oszukujemy, włączają się liczne wyższe funkcje poznawcze. Można zaobserwować silne pobudzenie płata czołowego (odpowiada za refleksję i planowanie), wzrost aktywności kory przedczołowej (odgrywa rolę w kontroli poznawczej i regulowaniu myśli), zwiększenie się aktywności móżdżka (jest związany z funkcjami wykonawczymi) oraz aktywności kory ciemieniowej i śródmózgowia (zaangażowane w funkcjonowanie pamięci roboczej). Do źródeł pamięci roboczej sięgamy między innymi wtedy, kiedy musimy zastosować kontrolę poznawczą i wdrożyć procesy hamowania. Kłamstwo oznacza bowiem konieczność powstrzymania pewnych obszarów mózgu, które chcą powiedzieć prawdę! Im wyższa aktywność obszarów odpowiedzialnych za uruchomienie procesów hamujących, tym lepsza zdolność do kłamstwa! Innymi słowy, sposób komunikacji między poszczególnymi obszarami jest równie ważny, jak ich poziom aktywności i określa taktykę naszego kłamstwa.

Stwierdzono również, że trudności w kłamaniu, czyli poziom aktywacji obszarów mózgu, a także czas odpowiedzi, zależą od cech charakterystycznych bodźca lub formy, jaką przyjmuje kłamstwo, oraz prawdopodobnie typu stawianych pytań. Zresztą przednia część zakrętu obręczy kory aktywuje się mocniej, gdy musimy skłamać spontanicznie w pojedynczej kwestii niż w przypadku okoliczności zapamiętanej i wpisanej w narrację. Zatem większą trudność sprawi kłamstwo w odpowiedzi na nieprzewidziane pytanie, na przykład „Co twoja mama zrobiła wczoraj na kolację?”.

Konflikt emocjonalny spowodowany kłamstwem uaktywni również połączenie między wzgórzem i wyspą. Stąd biorą się tak silne emocje, gdy kłamiemy. Niemniej jednak trzeba być ostrożnym, bo jeśli oskarżysz swojego partnera bezpodstawnie, także odczuje on silne emocje: wyrażanie emocji nie wystarczy do stwierdzenia, czy ktoś kłamie, czy nie.

Żeby uniknąć zdemaskowania, oszukujący musi zatem najpierw obliczyć ryzyko przyłapania, przypomnieć sobie, co mógł powiedzieć wcześniej (czyli odwołać się do zasobów pamięci), powstrzymać obszary mózgu, które popychają go do powiedzenia prawdy, a następnie wybrać najlepszą strategię odpowiedzi. Zachodzące wtedy w mózgu procesy tworzą pełne połączenie między partiami odpowiadającymi za pamięć roboczą, procesami hamującymi odpowiedź i uważnościowymi, rachunkiem mentalnym i działaniem.

Badacz i psychiatra Daniel Langleben należy do pionierów stosowania funkcjonalnego rezonansu magnetycznego do wykrywania kłamstwa. Jego zdaniem automatyczną reakcją mózgu jest mówienie prawdy (Langleben, 2008).

Im bardziej ludzie rozwijają zdolność do kłamstwa, tym bardziej maleją różnice między poziomem aktywności obszarów mózgu zaangażowanych w kłamstwo i mówienie prawdy. Wydaje się więc, że mózg przyzwyczaja się do kłamstwa.

A co dzieje się w naszym mózgu, gdy ktoś nas oszukuje?

Niewiele jest na ten temat badań, jednak prace Matthew Rushwortha, profesora neuronauk, dają pewne wskazówki. Podczas konferencji Cell Press Lab Links, która odbyła się w Londynie w 2010 roku, wykazał on, że myśl, iż jesteśmy oszukiwani, silnie uaktywnia grzbietowo-przyśrodkową korę przedczołową. Jeśli mamy poczucie zaufania, pozostaje ona spokojna. Kiedy te przewidywania okazują się fałszywe (ktoś nas oszukuje, choć myśleliśmy, że mówi prawdę, i odwrotnie), aktywność naszego mózgu znów się zmienia, pokazując, że tworzymy nowy obraz tej osoby. Zatem konfrontacja z kłamstwem wywołuje w mózgu stan wzburzenia!

Jeśli cierpisz na zespół stresu po zdradzie lub kłamstwo partnera (niezależnie od jego rodzaju) wywołało w tobie traumę, twój mózg – co logiczne – blokuje się. A ten stan angażuje: ciało migdałowate, hipokamp i korę przedczołową.

Ciało migdałowate odpowiada na bodziec oznaczający niebezpieczeństwo. Wytwarza ono poczucie strachu i aktywuje reakcję obronną, czyli ucieczkę lub walkę.

Hipokamp to ośrodek pamięci. Przechowuje wydarzenia.

Kora przedczołowa szacuje, racjonalizuje, planuje i podejmuje decyzje. Reguluje emocje.

Sytuacja stresu pobudza cały ten system, połączony z wyrzutem hormonów, jak adrenalina i kortyzol. Jeśli stres związany z daną sytuacją przekracza nasze zasoby i dociera do przechowywanych wspomnień, system się blokuje i kora przedczołowa nie może efektywnie pracować. Mózg i ciało pozostają w stanie permanentnego napięcia, co długoterminowo prowadzi do poważnych zaburzeń psychicznych. Mózg łapie wirusa i nie możemy robić nic innego.

Fragment pochodzi z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Styl Życia

Sport kształtuje charakter! - ćwiczenia fizyczne na asertywność

Nie ulega wątpliwości, że trening fizyczny hartuje nie tylko nasze ciało, ale też osobowość. Jakie części ciała warto wzmocnić, aby poczuć się pewniej? (fot. iStock)
Nie ulega wątpliwości, że trening fizyczny hartuje nie tylko nasze ciało, ale też osobowość. Jakie części ciała warto wzmocnić, aby poczuć się pewniej? (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy wiesz, jaka jest przewaga ciała nad umysłem? Taka, że trenując ciało, rozwijamy jednocześnie umysł, a trenując umysł, nie jesteśmy w stanie rozwinąć ciała. Dzięki treningowi zyskujemy nie tylko lepszą wydolność i smukłą sylwetkę, ale także mocniejszą osobowość i hart ducha.

Powiedzmy, że chcesz nauczyć się robić salto. Jakie nowe umiejętności będziesz musiała posiąść? Na pewno wyćwiczyć sam obrót w powietrzu, ale także wypracować w sobie cierpliwość, systematyczność, być może przełamać strach – czyli rozwinąć też pewne cechy charakteru.

Wszelkie ćwiczenia, które są dla ciebie nowe, sprawiają, że trenując ciało, jednocześnie stymulujesz mózg, pobudzasz do działania neurony, a zatem rozwijasz się w dwóch obszarach – zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Co więcej, nawet jeżeli wychodzimy po raz dziesiąty na ten sam tor i biegniemy ten sam dystans, to za każdym razem jest to inny trening – bo inaczej się czujemy, są inne warunki, inne założenia treningowe, na czym innym się koncentrujemy. Pracując nad swoim ciałem, kształtujemy osobowość – te dwie rzeczy są nierozerwalne, trening fizyczny jest szlifowaniem psychiki, a zarazem zdobywaniem informacji na temat tego, jak funkcjonuje nasze ciało – każdy sportowiec jest chodzącym kompendium wiedzy na temat mechanizmów rządzących człowiekiem. Zresztą sam fakt, że możemy ćwiczyć, rozwijać się – już powinien być dla nas powodem do radości – bo to oznacza, że jesteśmy zdrowi, że jesteśmy na tyle świadomi, że potrafimy w tym zapędzonym świecie znaleźć chwilę dla siebie, że chcemy pracować nad sobą i mamy na to czas.

W poprzednich odcinkach wytrenowaliśmy już mięśnie stabilizujące, mięśnie nóg i mięśnie grzbietu, jesteśmy więc na najlepszej drodze do wypracowania silnej sylwetki i silnej osobowości. Zwieńczeniem tej pracy będzie wyćwiczenie mocnych ramion, po to, aby móc zdecydowanie i w pełni świadomie wziąć sprawy w swoje ręce – metaforycznie i dosłownie.

Zobacz pierwszy odcinek serii "Trzymiesięczny trening":

Prawość

Ktoś kiedyś powiedział, że odwaga i prawość to kapitał człowieka, który procentuje przez całe życie – i ja się z tym zgadzam. Prawość to bardzo szlachetna cecha, którą możemy w sobie wypracować i której nikt nam nie może odebrać. Jak ją zdefiniować? W moim odczuciu to jest nie tylko uczciwość, ale też nierzucanie słów na wiatr, czyli dotrzymywanie zobowiązań – wobec siebie i wobec innych. I to działa nie tylko w przypadku treningu fizycznego, ale przekłada się też na inne sfery życiowe – jeżeli umawiam się sam ze sobą, że o 17.00 robię trening, to tego dotrzymuję. Jeśli obiecuję komuś, że do jutra do 15.00 wyślę e-maila, to staram się z tego zobowiązania wywiązać. Czyli przekładając to na język aktywności fizycznej – gdy zaczynam trenować i decyduję przed samym sobą, że wystartuję np. w biegu na 10 kilometrów, to zapisuję się na bieg i próbuję odpowiedzialnie i odważnie stanąć na linii startu. Czyli podejmuję decyzję i przechodzę do działania. Jestem autentyczny. Nie szukam wymówek, tylko sposobów.

Zobacz drugi odcinek serii "Trzymiesięczny trening" - o radzeniu sobie z wymówkami:

Prawość to także umiejętność życia w zgodzie ze sobą – jeśli masz plan, to się go trzymasz, jeżeli się do czegoś przygotowujesz, to to realizujesz. Jeżeli umiesz żyć według tych zasad względem siebie, to gdziekolwiek się znajdziesz, ten kapitał będzie stanowił o twojej wartości. Bo możesz stracić pracę czy zostać sama po rozwodzie, ale postawy życiowej nikt ci nie odbierze.

Asertywność

Ostatni filar poczucia własnej wartości to po prostu poważne traktowanie siebie, czyli przyjaźń z samym sobą. Później to się oczywiście przekłada na stosunek do innych i do świata. Ważny jest tu również aspekt umiejętności walki – o swoje marzenia, pragnienia, przekonania czy wartości. Chodzi tu o umiejętność sięgania po to, co jest dla nas ważne, bez ranienia innych. Choć to może zabrzmi banalnie, to mamy prawo dbać o siebie, mamy prawo mieć zgrabną sylwetkę – nikt nam tego nie może zabronić.

Myślę, że na drodze do budowania własnej wartości właśnie te dwie cechy – prawość i asertywność – są najważniejsze. Obie mogą nam pomóc w życiu, także w kwestii sportu – uświadamiamy sobie, że mamy prawo dbać o siebie i jesteśmy wobec siebie uczciwi, zwłaszcza w dotrzymywaniu obietnic.

To już końcówka naszego trzymiesięcznego treningu. Dostałaś na tacy sześć kompetencji, sześć filarów poczucia własnej wartości – teraz już wszystko leży w twoich rękach. Masz narzędzia, aby stać się silną, energiczną i piękną kobietą, a więc działaj! Gdy wyćwiczysz te wszystkie kompetencje, zbudujesz w sobie siłę, nie tylko zewnętrzną, ale przede wszystkim tę wewnętrzną.

5 praw Herberta Fensterheima

1. Masz prawo do robienia tego, co chcesz – dopóty, dopóki nie rani to kogoś innego. 2. Masz prawo do zachowania swojej godności poprzez asertywne zachowanie – dopóty, dopóki twoje intencje nie są agresywne. 3. Masz prawo do przedstawienia innym swoich próśb – dopóki uznajesz, że druga osoba ma prawo odmówić. 4. Istnieją takie sytuacje między ludźmi, w których prawa nie są oczywiste. Zawsze jednak masz możliwość przedyskutowania tego z drugą osobą. 5. Masz prawo do korzystania ze swoich praw.

Ćwiczenia na ramiona

Triceps

materiały prasowe: Jacek Heliasz materiały prasowe: Jacek Heliasz

Pozycja wyjściowa:

leżenie na ławce (może też być np. na macie), ręce wyciągnięte w górę przed siebie, w dłoniach hantle (1–2 kg).

Ruch:

ugięcia i wyprost w stawie łokciowym.

Biceps

materiały prasowe: Jacek Heliasz materiały prasowe: Jacek Heliasz

Pozycja wyjściowa:

stanie w lekkim rozkroku, hantle 1–2 kg trzymane w dłoniach.

Ruch:

zginanie i prostowanie w stawach łokciowych.

 

Barki

materiały prasowe: Jacek Heliasz materiały prasowe: Jacek Heliasz

Pozycja wyjściowa:

lekki rozkrok, hantle 1–2 kg trzymane w dłoniach.

Ruch:

unoszenia ramion w bok (łokcie lekko zgięte).

Krótki opis treningu: Rozgrzewka: 5 min (podskoki, bieg w miejscu, wszystko, co wprawi twoje ciało w ruch). Trening: biceps i triceps w superserii, czyli jedno po drugim w kombinacji 4 x 20, czyli 20 powtórzeń biceps i 20 triceps; przerwa ok. 30 s do minuty i tak 4 razy. Barki i brzuch w kombinacji 27 wznosów i 27 brzuszków (później najlepiej bez przerwy 21 powtórzeń, 15... 9... 6... 3). Call down: minuta na chillout.

  1. Styl Życia

Koziorożec - materialista przez duże M

Koziorożec i rządzący nim Saturn każdemu niosą ważne zadania karmiczne. (fot. iStock)
Koziorożec i rządzący nim Saturn każdemu niosą ważne zadania karmiczne. (fot. iStock)
Od 22 grudnia Słońce świeci już w znaku Koziorożca. Zasada Koziorożca wieje chłodem na tyle konsekwentnie, że zamraża. Sprawia, że to, co zmienne, płynne, radosne kamienieje, zatrzymuje się, poważnieje. Archetyp ten wprowadza do zbiorowej świadomości pojęcie struktury, porządku, norm społecznych. Spróbuj mu się sprzeciwić, a znajdzie dla ciebie odpowiedni paragraf.

Twórca formy, struktury i reguł

Koziorożec to najbardziej namacalny konkret, odwrotność fiu bździu. Słowo „porządek” jest w swej istocie koziorożcowe. Archetyp ten określa życie zewnętrzne. Wibrującą energię zaklina w strukturę, temu co nieokiełznane nadaje formę, niezmierzonemu przypisuje stosowną miarę, nieokreślonemu przypina etykietę. Koziorożec świetlaną przyszłość, kuszącą niepewnością, zaplanuje i włoży w stosowne ramy. Porządnie skontroluje, ustalając właściwy tor biegu spraw. Lubi kalendarze, terminarze, arkusze Exela, tabelki, słupki, wykresy, kontrakty, umowy, którymi ogranicza siebie, innych oraz świat. Jest urodzonym przewodniczącym protokołu. Po co mu to? Dla przewidywalności, dla bezpieczeństwa.

Siła stabilności

Koziorożec kocha bezwzględność zasad, którym daleko od pojedynczego unikalnego człowieka. On, w swej prawdziwej naturze, jest wolny, bo każdego ranka rodzi się na nowo. Może w jednej chwili zmienić wszystko, wystarczy, że wejrzy w swoje wnętrze, by dobrą myślą i uczuciem pokolorować rzeczywistość na dowolny odcień różu. Koziorożec temu zaprzecza. On hołduje stałym rytuałom, jest esencją rutyny, jest ciężką powtarzalną monotonną pracą. Wierzy jedynie w to, co na pewno jest namacalne. Wydaje się, że takie podejście do życia mu się podoba. W tym jego ulubionym kieracie brak jest indywidualnego podejścia, przestrzeni dla różnorodności i pozwolenia, żeby każdy decydował o sobie. Koziorożec służy nadrzędnemu prawu, nade wszystko społeczności. Chodzi mu o większą całość, o porządek państwowy na przykład, o koncerny, korporacje, szczeble kariery, naukowe stopnie, dobro ogółu, interes firmy. Z lubością ustanawia prawa, normy, regulaminy. Są one niczym klamra, spinająca i kontrolująca przejawy życia. To Koziorożec wymyślił savoir vivre, językowe reguły oraz system kar.

Zagęszcza, koncentruje, krystalizuje

Koziorożec, jako dziewiąty znak, rozpoczyna końcową ćwiartkę Zodiaku. Metaforyczna droga rozwoju człowieka wkracza na ostatnią prostą. Poprzedzające Koziorożca znaki, krok po kroku, rozprawiły się z ludzkim ego i jego bolączkami. Ostatecznie Ryby, dwunasty znak, mają rozpuścić egzystencję w niebycie. Zanim jednak to zrobią, materia musi się maksymalnie zagęścić. Zakasując rękawy, robi to Koziorożec reprezentujący żywioł statycznej ziemi. Do akcji wkracza materialista przez duże M. Wszystkie dotychczasowe zasady zbiera w jedną niepodważalną strukturę. W tej części zodiakalnego koła, którą rozpoczyna Koziorożec, brakuje żywiołu ognia, który ma moc stwórczą, inicjującą, gorącą, niemożliwą do zinwentaryzowania. Ziemia zawsze studzi ogień – po ognistym Baranie w Zodiaku następuje materialny Byk, który uczy posiadania, tego co poprzednik zdobył z impetem, a egotycznego Lwa hamuje skromność Panny służącej przede wszystkim innym. Koziorożec natomiast mówi: „Nie przesadzaj” Strzelcowi, po którym się pojawia. Strzelec jest uosobieniem wszelkiej ekspansji i porywania się z motyką na słońce, ma też nieograniczone wewnętrzne wglądy. Koziorożec lęka się braku granic, boi się też tego, co kosmiczne. Jak Kozica jest niesamowicie wytrwały, żeby piąć się w górę. Powodują nim ambicje, by znaleźć się na szczycie społecznej drabiny. Niewiele mu potrzeba w tej wędrówce, skubnie trochę trawy, schrupie suchą gałązkę.

Asceta i pracoholik

Koziorożec to asceta i pracoholik, uwielbia się dobrowolnie wyrzekać. Można widzieć w tym rodzaj siły, jednak on tchórzliwie wsłuchuje się w odgłosy serca, zagłusza jego bicie pracą w imię jakiejś mozolnej idei. Przychodzi wreszcie moment, gdy tłumione impulsy biorą górę. Koziorożec wtedy staje się prostacki i prymitywny w swej lubieżności. Obejmuje swój przeciwległy biegun i jest nie do poznania. Do chwili, kiedy znowu stanie się zachowawczy, posypie sobie głowę popiołem i wypisze na sztandarze, że trzeba być moralnym. Mały procent obsady Koziorożca w horoskopie urodzeniowym objawia się w człowieku radosną niefrasobliwością, nieskrępowanym artyzmem, umiejętnością życia bez zegarka i reguł. Ktoś taki zwykle żyje na marginesie społeczeństwa i tylko od niego zależy, czy potraktuje to jak przekleństwo czy błogosławieństwo.

Saturn i energia kamienia

Koziorożec rządzi złowieszczą planetą Saturn, która posiada energię kamienia. Jest panem ograniczeń, hamulców. Symbolem konserwatyzmu, tradycji, status quo, obyczajności. Wyznacza stosowne miejsce i czas. Saturn to przecież Chronos, bóg władający zegarem. Czy jest coś bardziej metodycznego i bez uczuć? Koziorożec jest postrachem wszystkiego, co figlarne i zbędne, bo istnieje tylko dla przyjemności i tylko przez chwilę. Koziorożec jest długodystansowcem, królem stanów chronicznych. Jemu trudno jest cokolwiek puścić, mógłby się tego nauczyć od Ryb, władających mglistym Neptunem. Nie przepada za zmianami, które znowu są miłością Wodnika i Urana. Postępuje tak ze strachu. Saturn w horoskopie urodzeniowym to miejsce, wskazujące temat pracy terapeutycznej. Ważne jest w jakim znaku Saturn się zatrzymał w momencie narodzin i w jakim domu astrologicznym przebywa. Gdy to rozszyfrujemy, wiemy z czym należy iść do psychologa bądź życiowego doradcy.

Saturn, zasada Koziorożca, taki niby mocny, jest po prostu naszym największym lękiem. Im bardziej coś na zewnątrz mocne i twarde, tym wewnątrz bardziej trzęsie się jak galaretka. Archetyp Koziorożca to strażnik psychicznego progu. Oddziela to, czego najbardziej się boimy. A właśnie ta jakość najbardziej potrzebna jest nam do szczęścia, rozwoju, życia pełnią. W młodości jest brzemieniem, bo stawia opór, opóźnia, utrudnia. Saturn straszy tym, co zaklął w kamień. Mniej więcej do połowy życia można udawać, że tego problemu nie mamy. Z witalnością charakteryzującą młodzieńcze lata omijamy trupa. Ale około czterdziestki on i tak upomni się o swoje. Na jego bezwzględność można przecież liczyć. Gdy Saturn oddziałuje tranzytem, możesz poczuć, jakby ktoś otworzył drzwi zamrażarki. Wymiata wówczas z życia wszelkie oznaki nietrwałości, emocjonalności, bylejakości zamiecionej pod dywan pozorów. Zostawia tylko to, co ma trwałe fundamenty. Zostawia Prawdę. Jest jej wielkim nauczycielem i nie jest przez to lubiany. Podobnie jak Koziorożec, którego szanuje się za autorytet, powagę i za to, że jest wpływowy, ale się go nie kocha.

Gdy Słońce wchodzi w znak Koziorożca, obejmując rządy nad niebem, ma miejsce najciemniejsza najdłuższa noc w roku.
Największa ciemność pojawia się po to, by zajaśniało światło. Bo światłość nastanie dopiero wtedy, kiedy zmierzysz się z ciemnością. Ze swoim lękiem. Jak umrzesz w nim. Saturn jest planetą śmierci jako absolutnej manifestacji czasu. Uśmierca to, co nie jest twoje, najpierw obdarzając cię utrapieniem, wyrywając z wygody (Koziorożec i komfort nigdy nie chodzą w parze). Podobnie działa Skorpion, król egzystencjalnych kryzysów, który uczy skrajnych stanów psychicznych, zmuszając do zanurkowania w bolesne uczucia. Różnica między nimi polega na tym, że Koziorożec nie bawi się w głębię. On obnaża, ogałaca z fałszywej powłoki. Jest profesorem przedmiotu, który zwie się cierpliwość. W jej nauce brak mu wyrozumiałości, on w ogóle jest niezwykle surowy. W prezencie ma dla ciebie samotność, izolację, bezruch, rozstanie.
Gdy archetyp Koziorożca ma coś do powiedzenia w pył obraca się to, co nie jest prawdziwe.
Zostajesz na mroźnej pustyni, zostajesz z niczym. Czego się uczysz? Wytrwałości, koncentracji, powagi, odpowiedzialności. Dojrzałości. Saturn to lekcja dorosłości. To tak naprawdę zdolność do bycia samemu, kiedy znamy już swoją siłę, bo dotknęliśmy prawdy o sobie. To czystość i jasność. Najpierw jednak trzeba odrobić trudne koziorożcowe lekcje. Całkowicie je przyjąć, akceptując swój największy lęk. Wtedy czarna bryła węgla pod wpływem ciśnienia twojego cierpienia przemieni się w diament.

  1. Psychologia

Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Zachęcajmy dziecko do samopoznania, pomagajmy mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie w innym kierunku – mówi pedagożka dr Marta Majorczyk.

Rodzice z jednej strony widzą, że współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, szkoła na rywalizację, a z drugiej – coraz częściej słyszą, że powinni wychowywać do współpracy. To czego powinni uczyć?
Powinni przygotowywać dziecko na obydwie opcje. Przy czym warto rozróżnić rywalizację pozytywną od negatywnej. Pozytywna opiera się na zdolnościach, talentach, cechach, umiejętnościach, kompetencjach, wiedzy, czyli przymiotach, które mamy w sobie i z których korzystamy, chcąc osiągnąć sukces.

A rywalizacja negatywna?
Odwołuje się do elementów, których nie mamy w sobie, które znajdują się na zewnątrz. Na przykład do tego, że rodzice są majętni, więc dziecko ma najdroższe ubrania, gadżety, wyjazdy. Innym przykładem rywalizacji negatywnej są wybory miss czy mistera szkoły, gdzie ocenia się wygląd, czyli coś, na co dziecko nie ma wpływu. Zadanie rodziców powinno polegać nie na stymulowaniu takiej rywalizacji, ale na jej osłabianiu.

Czyli na czym konkretnie?
Na przykład na podkreślaniu: co z tego, że masz lepsze ubrania, skoro to nie zależy od ciebie, tylko od tego, że akurat mamy pieniądze. Warto uczyć skromności, a nie eksponowania dóbr materialnych, markowych ciuchów, większych możliwości, niż mają inne dzieci. Skutkiem negatywnej rywalizacji jest osłabienie poczucia wartości dziecka, które bierze udział w rywalizacji, bo jeżeli uważa, że jest brzydsze, źle ubrane, to czuje się gorsze. A ponieważ nie jest w stanie tego zmienić, to może w pewnym momencie przestać podejmować jakiekolwiek działania.

Jakie są skutki rywalizacji pozytywnej?
Bardzo ważną rolę odgrywają tu rodzice – powinni rozmawiać z dzieckiem i wyjaśniać mu, że rywalizacja nie przynosi tylko sukcesów, że na pewno kiedyś trzeba zmierzyć się z porażką. Ale to, że dziecko przegra, nie znaczy, że jest do niczego, tylko że powinno ćwiczyć dalej i pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy. Koniecznie trzeba budować w dziecku poczucie wartości.

Jak reagować, jeżeli to poczucie zmieni się w poczucie wyższości? Bo osiągając sukcesy, można wpaść w pułapkę wysokiego mniemania o sobie. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie ma łatwiej niejako z definicji, niezdolne może łatwo się zniechęcić.
Poruszyła pani ważną kwestię. Weźmy taki przykład: dziewczynka bardzo chce tańczyć tak jak utalentowana w tej dziedzinie koleżanka. Natomiast ja, mama, widzę, że z poczuciem rytmu nie jest u córki za dobrze. Proponuję więc: świetnie radzisz sobie językowo, jesteś komunikatywna, masz bogaty zasób słownictwa, możesz pisać opowiadania, współpracować ze szkolnym radiem itp. Trzeba córkę umiejętnie pokierować w inną stronę. Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony.

Jak to robić?
Można zadawać pytania coachingowe: „Co sprawia ci radość?”; „Jak sądzisz, czy wystarczy więcej popracować, czy może powinieneś szukać innej dziedziny, w której mógłbyś się spełniać?”. Zamiast podsycać rywalizację, lepiej zachęcać dziecko do samopoznania, pomagać mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie innym kierunku.

I podkreślać, że każdy jest inny?
Tak. Badacz inteligencji wielorakiej Howard Gardner wykazał, że nie ma jednej inteligencji, tylko jest cały zespół inteligencji. Tłumaczmy dziecku, że niemożliwe, aby było świetne we wszystkim, natomiast na pewno jest w czymś dobre i musi to coś znaleźć. Zarówno rodzicom, jak i nauczycielom polecam książkę Aldony Kopik i Moniki Zatorskiej „Wielorakie podróże – edukacja dla dziecka”, która zawiera kwestionariusz do badania inteligencji wielorakiej. Pomaga na podstawie obserwacji dziecka wykreślić jego profil inteligencji.

Gdy już poznamy ten potencjał, łatwiej nam będzie zachęcać je do rywalizacji z samym sobą, a nie z innymi?
Oczywiście, dobrze motywować je do tego, żeby ćwiczyło, uczyło się, pracowało. Ale warto zwracać też uwagę, że skoro jest dobre na przykład w pisaniu, a koleżanka w mówieniu, to mogą, uzupełniając się, zrealizować wspólnie jakiś projekt na lekcję polskiego. Istnieje pojęcie nauczania kooperatywnego, które polega między innymi na tym, że nauczyciel dzieli materiał między uczniów w taki sposób, żeby każdy stał się specjalistą w innym obszarze wiedzy. Potem wszyscy nawzajem się od siebie uczą. Na przykład na lekcji biologii jeden uczeń zajmuje się budową komórki, drugi – jej procesami, trzeci – odżywianiem komórkowym, potem wymieniają się informacjami i w ten sposób poznają całość wiedzy na ten temat. Przy okazji dzieci przekonują się, że zrozumienie całości nie jest możliwe bez współpracy.

Jak jeszcze zachęcać do kooperacji?
Na początku wystarczy wykorzystywać naturalne potrzeby dziecka, czyli chęć zabawy, kontaktu z rówieśnikami. One ujawniają się już w wieku wczesno­szkolnym. Dzieci wtedy lgną do siebie, przy czym dziewczynki bardziej stawiają na zabawę, bliskość, a chłopcy na rywalizację, bo to chłopięcy sposób budowania relacji z kolegami.

Szkoła często zabija te naturalne odruchy.
Wszystko w rękach nauczyciela. Jego rolą jest poznanie dzieci, rozdzielenie zadań zgodnie z ich talentami, a potem zmotywowanie ich do wymiany. Na przykład Jaś to nasz klasowy Lewandowski, więc zachęcam go, żeby pokazał swoim kolegom, jak strzela gole. W ten sposób nauczyciel upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu – zbuduje w Jasiu poczucie kompetencji, własnej wartości, wiary w siebie, a także uruchomi tutoring rówieśniczy, który polega na tym, że dziecko dobre w jakiejś dziedzinie może uczyć inne dzieci i dzięki temu przyczyniać się do budowania zgranej paczki.

W jaki sposób rodzice mogą zachęcać rodzeństwo do wspólnego działania?
Powinni pamiętać, żeby nie porównywać dzieci, nie krytykować jednego przy drugim, nie zawstydzać, ale chwalić za to, co każdy robi dobrze. I pokazywać, że wspólnie możemy więcej niż każdy osobno. Kiedy w sobotę trzeba posprzątać mieszkanie, a dzieci chcą iść do kina, zaproponujmy, że sprzątamy wspólnie – tata łazienkę, mama sypialnię, dzieci swoje pokoje. Potem razem gotujemy obiad i takim sposobem całe popołudnie mamy wolne, możemy iść nie tylko do kina, ale i na rowery. I tak oto mimochodem uczymy współpracy, która bardzo przyda się dzieciom w życiu dorosłym.

Jednak górą współpraca.
Nie należy całkowicie eliminować rywalizacji, to naturalna potrzeba. Człowiek od zawsze rywalizował z innymi. Trzeba tylko kształtować pozytywną wersję, a eliminować tę negatywną.

Co dobrego wynika z rywalizacji?
Rozwija talent (najbardziej widać to w sporcie, bo żeby wygrać, trzeba się starać, pracować, ćwiczyć). Uczy znosić porażki, a tym samym przygotowuje do adaptacji w różnych sytuacjach, bo w życiu też trzeba będzie przecież przegrywać.

Najskuteczniejsze ćwiczenie na pozytywną rywalizację?
Gry planszowe, tu rywalizacja jest niezbędna, bo każdy chce pierwszy dotrzeć do mety. Czasem wygrywam ja, czasem córka. Jeżeli przegrywam, to prezentuję swoją postawą, jak to znosić: „OK, przegrałam”, więc gratuluję córce zwycięstwa i chcę zmierzyć się z nią raz jeszcze. Ale rzucając kostką, mówię, że los czasem sprzyja mnie, a czasem jej, tak jak w życiu. Trzeba uczyć wyciągać wnioski z porażek: dostałam złą ocenę, bo się nie nauczyłam, przegrałam mecz, bo się nie zaangażowałam.

Można rywalizować i zarazem współpracować?
Tak, na przykład wtedy, gdy jako klasa walczymy o zwycięstwo w jakiejś dziedzinie z inną klasą. Wynik meczu czy konkursu zależy od tego, czy uczniowie potrafią się porozumiewać, kooperować. Takie formy rywalizacji bardzo sprawdzają się w grupach powyżej 12 lat.

Współdziałanie pozostaje w Polsce umiejętnością mocno zaniedbaną, zwłaszcza w szkołach. Nawet jeśli wypisuje się ją na sztandarach, to potem promuje się indywidualne osiągnięcia – jak w pewnym renomowanym warszawskim gimnazjum, szczycącym się społecznym profilem, w którym na zakończenie roku szkolnego nagradzano za indywidualne wyniki w olimpiadach i konkursach.
W organizowaniu wszelkiego typu konkursów nie ma nic złego, pod warunkiem że dzieci same decydują o udziale, bo to oznacza de facto, że biorą za nie odpowiedzialność. A poza tym – ich sukcesy mogą przynieść pożytek wszystkim, cieszyć się nimi może cała społeczność szkolna. Wszystko zależy od tego, jak te sukcesy „sprzeda” nauczyciel. Według mnie współpracy i rywalizacji nie trzeba rozdzielać, tylko umiejętnie łączyć. Najlepszym przykładem takiego połączenia są sporty zespołowe, które z jednej strony wzmacniają współpracę, a z drugiej – stawiają na zwycięstwo w rywalizacji. Większą satysfakcję sprawia jednak wspólne działanie. Pamiętam doskonale, jak podczas meczów siatkówki (należałam do szkolnej drużyny) wzajemnie się wspierałyśmy, co sprawiało nam większą radość niż wygrana.

Warto więc w szkole nastawionej na rywalizację zachęcać do gier zespołowych?
Na pewno. Ale w szkołach duży nacisk kładzie się też na współpracę. Już w nauczaniu początkowym obowiązuje kształcenie metodą projektu. Polega ono na tym, że cała klasa robi coś wspólnie, czyli nauczyciel dzieli zadania między uczniów, a oni dyskutują, pracują, a potem prezentują owoce wspólnego działania. I znowu – wszystko zależy od nauczyciela. Jeżeli zna i rozumie sens takich metod aktywizujących całą klasę, to przyjemność płynąca z nauki zdecydowanie staje się większa. Wiadomo, że najskuteczniej uczymy się poprzez doświadczanie, więc takie metody efektywnie pomagają w nauce, no a poza tym kształtują społeczne postawy.

Jak motywować do współpracy?
Istnieje wiele strategii motywacyjnych. W sukurs nauczycielom przychodzi neurodydaktyka – wiadomo, że dzieci chętniej uczą się poprzez zabawę, dlatego najlepiej aranżować ciekawe zadania w miłej atmosferze. Dobre efekty przynoszą pozytywne wzmocnienia, pochwały, bazowanie na mocnych stronach dziecka, natomiast nad słabymi stronami pracujemy, korzystając z tutoringu rówieśniczego, czyli poprzez tworzenie zespołów, w których lepsi uczniowie dzielą się swoją wiedzą ze słabszymi. Warto dążyć do wzbudzenia najskuteczniejszej formy motywacji – wewnętrznej, czyli takiej, kiedy dziecko samo chce pracować i samo siebie nagradza: „Udało mi się, będę działać dalej, bo mnie to ciekawi, bo chcę wiedzieć więcej”.

To trudne do osiągnięcia.
Niestety, taką motywację zabija rywalizacja negatywna. I tak oto zamknęliśmy się w błędnym kole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci reagują jednakowo. Jedne rywalizacja pobudza do działania, inne odwrotnie – w obliczu konkurencji się wycofują. Jedne dzieci wolą pracować w grupie, inne bardziej sprawdzają się w pracy indywidualnej. Kłania się tu psychologia różnic indywidualnych. Nic zatem na siłę, wiele zależy od dziecka.

Rodzice na ogół nie mają wiedzy psychologicznej.
To prawda, dlatego mogą skorzystać z coachingu rodzicielskiego – metody pracy, której można się nauczyć podczas specjalnych warsztatów organizowanych przez coachów. Ale – uwaga – wyposażeni w te metody nie rozwiązujemy za dziecko problemów, tylko uczymy je, jak ma sobie samo z nimi radzić. Zadajemy pytania, ćwiczymy koncentrację, nazywanie emocji, uczuć. Coaching rodzicielski to sprawdzona metoda pracy z dzieckiem.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal musimy bardziej uczyć współpracy niż rywalizacji, bo tę ostatnią mamy opanowaną.
Podobnie uważa profesor Janusz Czapiński. Powiedział, że przez lata dzięki rywalizacji dużo osiągnęliśmy: wysoki poziom życia, sukcesy zawodowe, natomiast teraz stoimy przed następnym wyzwaniem – jak ze sobą współpracować. Wystarczy rozejrzeć się dokoła siebie, żeby zobaczyć, że profesor ma rację – zazdrościmy sobie nawzajem, konkurujemy, rzadko skrzykujemy się, żeby zrobić coś wspólnie dla naszej ulicy. Samorządność nadal u nas kuleje, choć powoli to się zmienia.

Marta Majorczyk: doktor nauk humanistycznych, pedagożka, doradczyni rodzinna. Pracuje z Collegium Da Vinci w Poznaniu. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Mama Patrycji i Piotra.

  1. Psychologia

Trudniej, czyli łatwiej. O pożytkach z przeciwności

Bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.(Fot. iStock)
Bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.(Fot. iStock)
Czy rzeczywiście potrzebujemy nieustannego podnoszenia poprzeczki, trudnych wyzwań, przeszkód, a nawet traum, żeby się uczyć, rozwijać, osiągać siłę i dojrzałość? Czy miał rację Nietzsche, pisząc: co mnie nie zabija, czyni mnie silniejszym? Tak, ale…

Kiedy trener tenisa każe mi stawiać kroczki odstawno-dostawne, zżymam się: „Czy nie prościej po prostu podbiec do piłki normalnym krokiem?”. A on na to: „Najpierw musi być trudniej, żeby potem było łatwiej”. To prawda. W nauce tenisa – i nie tylko – nie ma innej drogi. A w pozostałych przypadkach? Duchowi mędrcy przekonują, że tak naprawdę rozwija nas tylko to, co trudne. Potwierdza to wiele badań psychologicznych. Bezsprzecznie nasze osiągnięcia, postawy, hart ducha zależą od zmagań z tym, co niełatwe. Ale słowa Nietzschego nie są prawdziwe w każdej sytuacji. Na pewno nie sprawdzają się w momentach bezpośredniego zagrożenia życia, gdy jesteśmy świadkami ciężkich wypadków, ofiarami gwałtów, przemocy. U ludzi doświadczających takich przeżyć rozwija się często zaburzenie zwane zespołem stresu pourazowego (PTSD). Ostatnie badania nie pozostawiają cienia wątpliwości – nadmierny stres wywołuje depresje, zaburzenia lękowe, choroby układu krążenia. Z drugiej jednak strony – nie da się uniknąć nieszczęść. Trzeba więc nie tylko nauczyć się radzić sobie z życiowymi trudnościami, ale także umieć dostrzec w nich szansę.

Małgorzata Skoneczna, lat 45, kiedyś nauczycielka matematyki, teraz bizneswoman, matka trzech synów: – Cztery lata temu nagle mój świat zawalił się jak domek z kart. Dosłownie i w przenośni. Tamtej nocy, gdy mąż poczuł swąd palonego drewna, zdążyliśmy tylko wyskoczyć z łóżek. Ogień w mgnieniu oka objął cały dom. Kiedy dzieci były już na zewnątrz, przez moment zawahałam się: a może spróbować zabrać coś ważnego i cennego, dokumenty, biżuterię, parę ważnych książek, jakieś ubrania? Stanęłam jak wryta, nie umiałam podjąć decyzji, odwróciłam się na pięcie i wybiegłam. Mąż wrócił, niestety. Zanim strażacy go wydostali, poparzył się tak dotkliwie, że do dzisiaj ma niedowład lewej ręki. Nic nie udało się uratować, a dom nie był ubezpieczony. Zostaliśmy nie tylko bez dachu nad głową, ale także bez poczucia bezpieczeństwa i nadziei, że zdołamy się podnieść. Rozpaczałam, byłam zdołowana, przerażona. Ale trzeba było zająć się dziećmi, na nowo organizować sobie życie. W pierwszym okresie bardzo pomogli nam przyjaciele i rodzina. Mąż przez pół roku dochodził do zdrowia, więc musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Po wakacjach nie wróciłam do pracy w szkole, zatrudniłam się w biurze rachunkowym. Rok później otworzyłam swoje. Szło mi na tyle dobrze, że mogłam wziąć kredyt i rozpocząć budowę domu. Po dwóch następnych latach – już w nim zamieszkaliśmy. Firma, którą prowadzimy teraz razem z mężem, mimo kryzysu bardzo dobrze prosperuje. Gdyby nie piekło, przez które przeszliśmy, nigdy nie odważylibyśmy się zmienić pracy (mąż był urzędnikiem), założyć swojego biznesu. To potworne doświadczenie bardzo scementowało naszą rodzinę, pokazało, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Od tamtej pory nic nie jest dla mnie straszne, wiem, że zawsze dam sobie radę.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Doświadczenie Małgorzaty dowodzi, że ciężkie przeżycia mogą mieć także pozytywne skutki, psychologia nazywa je „rozwojem pourazowym”. Badania osób, które zostały dotknięte przez nieszczęścia, pokazały, że choć tragedie wyniszczają, to w rezultacie mogą wyjść ludziom na dobre.

Jonathan Haidt, profesor psychologii na Uniwersytecie w Wirginii, w książce „Szczęście” pisze o trzech rodzajach korzyści płynących z trudnych doświadczeń, tych samych, o których mówi Małgorzata. Pierwsza korzyść jest dla wszystkich zaskakująca. Bo oto sobie poradziłam! Stać mnie na to! Choć wcześniej myślałam, że nie przeżyłabym spalenia domu, choroby męża, zwolnienia z pracy, okazuje się, że gdy przyjdzie mi mierzyć się z tymi przeżyciami, daję radę. Jedną z najważniejszych lekcji, jaką ludzie wynoszą z takich doświadczeń, jest wiedza, że są dużo silniejsi, niż się spodziewali. Ta świadomość własnej siły dodaje im pewności siebie, dzięki czemu lepiej radzą sobie z następnymi wyzwaniami i dużo szybciej odzyskują równowagę niż inni. Przede wszystkim dlatego, że już to przetrenowali.

Drugi rodzaj korzyści płynących z trudnych przeżyć to spektakularny sprawdzian jakości naszych relacji. Trudności działają bowiem niczym filtr naszych związków z ludźmi. Jedni w takich sytuacjach się sprawdzają, inni nie. Małgorzacie pomogli przyjaciele, rodzina, ale część znajomych nagle przestała się do niej przyznawać. I niekoniecznie dlatego, że są nieczuli, źli. Czasem ludzie nie wiedzą, jak się zachować, albo nie potrafią poradzić sobie z własnym dyskomfortem.

Trzeci pożytek z przeżycia trudnych chwil to zmiana, czasem diametralna, naszego systemu wartości, filozofii życia. Przestajemy wtedy zabiegać aż tak bardzo o materialną stronę życia, martwić się na zapas, a zaczynamy cieszyć się każdym dniem, doceniać innych, a nawet stajemy się hojni i łagodni. Wszyscy słyszeliśmy o ludziach, którzy przeżyli nawrócenie moralne po tym, jak otarli się o śmierć. Ci, którzy wygrali walkę z rakiem, określają chorobę jako sygnał alarmowy, punkt zwrotny, dzięki któremu uświadamiają sobie, że są śmiertelni, że życie jest darem. Gdyby nie owo „zło”, nie byłoby zmiany na lepsze. Zauważył to już sam Szekspir w „Jak wam się podoba”: „Miłe pożytki ma w sobie przeciwność: jest jak ropucha szpetna, jadowita, a jednak klejnot świeci nad jej czołem”.

Jaka powinna być owa przeciwność, żeby efekty świeciły potem jak klejnot? Słaba czy mocna? Dyskomfortowa tylko czy aż traumatyczna? Ile wziąć na plecy, żeby się nie złamać?

Wśród psychologów długo nie było co do tego zgodności. Jedni twierdzili, że tylko umiarkowana trudność, czyli mały stres, może działać stymulująco. Inni uważali, że ludzie muszą doświadczać mocnych wyzwań, żeby się rozwijać, a pewien stopień rozwoju osobistego jest osiągalny wyłącznie dla tych, którzy doznali wielkiego nieszczęścia i sobie z nim poradzili.

Jeśli prawdziwa byłaby druga wersja, oznaczałoby to, że powinniśmy częściej podejmować ryzyko i doznawać porażek. A także – że musimy wyzbyć się nadopiekuńczości wobec dzieci, bo w ten sposób nie tylko je rozleniwiamy, ale przede wszystkim pozbawiamy owych „zdarzeń krytycznych”, które pomagają im wyrosnąć na silne osoby. Okazuje się, że to jednak nie takie proste. Jak wykazał psycholog Dan McAdams, wszystko zależy od człowieka, jego cech osobowości, takich jak: neurotyczność, ekstrawertyczność (introwertyczność), otwartość na doświadczenia, ugodowość. Od tego, jak adaptuje się w nowych sytuacjach, jakie włącza wtedy mechanizmy obronne, jakimi kieruje się wartościami, przekonaniami. I po trzecie – od swojej historii życia, którą tworzymy, świadomie lub nieświadomie, interpretując własne zachowania, wysłuchując opinii innych na swój temat.

Wszystkie te trzy poziomy wzajemnie się przenikają, tworząc miks odpowiedzialny za reakcję na trudność czy cierpienie. Inaczej na przykład zareaguje ekstrawertyk (szybciej zaadaptuje się do trudności) niż introwertyk. Inaczej optymista, który skupia się na jasnych stronach życia i szuka dobrego we wszystkim, co go spotyka. Optymiści zakładają, że ich wysiłki przyniosą pożądane skutki, więc natychmiast zakasują rękawy i biorą się do pracy. Jeśli nawet im się nie powiedzie, to i tak są przekonani, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Z kolei osoby dorastające we wspierającej rodzinie częściej niż te z rodzin toksycznych przekuwają osobiste kryzysy w zdarzenia pozytywne, na przykład niesienie pomocy innym.

Wyrzucić z siebie to, co boli

Traumatyczne przeżycia rozbijają nasz system wartości, odbierają poczucie sensu życia. Ale zaraz potem zmuszają do prób złożenia rozsypanych części w całość. I wtedy zastanawiamy się nad sobą i swoim życiem, szukamy pomocy w psychoterapii, odwołujemy się do Boga. Dlatego, gdy już się podniesiemy, mamy poczucie, że zmieniliśmy się na lepsze.

Amerykański psycholog James Pennebaker wykazał, że psychologiczne skutki nieszczęść zależą nie od tego, jak owe zdarzenia były ciężkie, ale od naszej postawy po ich zaistnieniu. Przeprowadził badanie polegające na tym, że ludzie z jednej grupy mieli za zadanie opisywać (po 15 minut przez cztery dni) najbardziej traumatyczne doświadczenie swojego życia, a w drugiej opisywali w tym samym czasie obojętne wydarzenia, na przykład typowy dzień. Przez rok Pennebaker śledził ich zdrowie. I co się okazało? Że ludzie z grupy opisującej swoje traumy zdecydowanie rzadziej odwiedzali gabinety lekarskie i trafiali do szpitala. Co więcej, u tych, którzy wnikliwie opisywali swoje przeżycia, próbując zrozumieć to, co się stało, zaobserwowano nawet poprawę stanu zdrowia!

W późniejszych badaniach Pennebaker poprosił ludzi, aby wyrażali swoje uczucia poprzez taniec lub śpiew. Te formy ekspresji nie przynosiły jednak korzystnych skutków. Dlatego wniosek z jego badań jest jeden: Jeżeli chcemy uwolnić się od traumy, zamknąć bolesny rozdział życia – musimy to z siebie wyrzucić za pomocą słów. Możemy rozmawiać o tym z kimś nam przyjaznym albo na ten temat pisać, psycholog zaleca 15 minut dziennie przez kilkanaście dni. Nie wolno przy tym cenzurować siebie, przejmować się gramatyką, stylistyką czy ortografią. Wystarczy po prostu pisać. O tym, co się wydarzyło, o swoich emocjach i uczuciach i dlaczego ich doświadczamy. Można też nagrywać swoją opowieść albo mówić samemu do siebie. Najważniejsze, żeby ujawnić swoje myśli i uczucia bez prób ich porządkowania, po jakimś czasie same ułożą się w spójną całość. Pennebaker uważa, że każdy z nas może doświadczyć pozytywnych skutków nieszczęść, jednak pod kilkoma warunkami. Po pierwsze, zanim jeszcze spotka nas coś złego, powinniśmy zmienić sposób interpretacji tego, co nam się przydarza (badacz optymizmu Martin E.P. Seligman nazywa to „stylem wyjaśniania”). Czyli zauważać w każdym zdarzeniu to, co dobre, kierować myśli na to, co pozytywne (psychologowie zapewniają, że można się tego nauczyć!). Po drugie, pielęgnować relacje z ludźmi. Bliscy potrafią słuchać, mówią szczerze, co myślą, a to pomaga zrozumieć sens bolesnych przeżyć. Po trzecie, to propozycja dla wierzących i otwartych na duchowość, szukać wsparcia w religiach, filozofiach, praktykach duchowych. Niektórym ludziom tylko wiara pomaga odnaleźć sens w najtrudniejszych chwilach życia.

Wszystko w swoim czasie

Badania pokazują, że pożytki z przeciwności losu są różne w zależności od momentu życia, w jakim tych zdarzeń doświadczamy. Jeżeli przytrafiają się we wczesnym dzieciństwie, to dobrych rezultatów na ogół nie przynoszą. Z drugiej jednak strony – maluchy są zdumiewająco odporne na jednorazowe trudne doświadczenia, które destrukcyjnie działają dopiero wtedy, gdy są przewlekłe. Natomiast z całą pewnością nie wyrządzają dzieciom krzywdy niepowodzenia, porażki, trudności, które trzeba przezwyciężać na co dzień. Co więcej – takie doświadczenia są najlepszym nauczycielem! Dzieci potrzebują wielu niepowodzeń, żeby się przekonać, że osiągnięcie sukcesu wymaga ciężkiej pracy i wytrwałości.

Psychologowie są zgodni co do tego, że najmłodszych trzeba chronić przed traumami, ale nie przed codziennymi obowiązkami. Tymczasem wielu rodziców robi dokładnie odwrotnie – funduje swoim pociechom obowiązki ponad siły (obciążające kursy, treningi), a wyręcza w codziennych czynnościach (karmi, ubiera, myje, sznuruje buty) albo „podkłada się” w czasie gier i zabaw. A wszystko po to, aby im ulżyć i je rozweselić, „bo one takie zmęczone, smutne, znudzone”. To poważny błąd – twierdzą psychologowie.

O tym, jak ważne dla rozwoju dziecka są obowiązki i trudne wyzwania, świadczą doświadczenia dzieci z rodzin dwujęzycznych. Gosia Dobrowolska, aktorka od 30 lat mieszkająca w Australii, podkreśla, że wychowuje już drugie dwujęzyczne pokolenie. Do wnucząt (podobnie jak kiedyś do córki) mówi tylko po polsku. – Dla małych dzieci to wprost nieocenione doświadczenie – twierdzi. – W sposób fenomenalny rozwija mózg, ćwiczy także narządy mowy, które po takim treningu nie mają problemów z artykulacją innych języków. Ale na początku nie jest to łatwe – i dla dziecka, i dla rodziców. Z całą pewnością jednak warto przejść tę drogę. Ja nawet uważam, że trud wychowywania w dwóch językach to największy dar, jaki można dziecku ofiarować.

A jak trudności wpływają na młodych ludzi? Jak pokazują badania, w tym wieku nawet bardzo bolesne przeżycia summa summarum przynoszą więcej pożytku niż szkody. Amerykański socjolog Glen Elder badał, jak ludzie radzili sobie po traumatycznych przeżyciach (wojny, ciężkie kryzysy). I co się okazało? Że przeciwności losu (zwłaszcza te, które młodzi ludzie przezwyciężali) miały najbardziej dobroczynny wpływ na osoby w wieku między 15. a 25. rokiem życia. Starsi w dużo mniejszym stopniu wykorzystywali takie przeżycia do osobistego rozwoju. Co o tym decydowało? Między innymi siła relacji – młodzież o wiele bardziej niż starsi trzyma się razem, dzieli przeżyciami. Elder podkreśla, że bolesne doświadczenia uczyniły wielu młodych ludzi, zwłaszcza tych, którzy pokonali poważne trudności życiowe w wieku dwudziestu kilku lat, silniejszymi, lepszymi, a nawet szczęśliwszymi.

Badacze wpływu trudnych przeżyć na nasze życie dowodzą, że do tego, żeby przyniosły one dobroczynne skutki, muszą zostać spełnione określone warunki. Otóż powinny przytrafić się we właściwym czasie (najlepiej we wczesnej dorosłości), właściwym osobom (tym, które dysponują umiejętnościami społecznymi, optymistom) i w odpowiedniej dawce (zbyt silna trauma może spowodować zespół stresu pourazowego). Żaden psycholog nie stworzył jednak przepisu na idealne życie ze starannie zaplanowanymi przeciwnościami losu, które miałyby pozytywny wpływ na każdego człowieka.

Boris Cyrulnik, neuropsychiatra z Uniwersytetu w Tulonie, twierdzi, że cierpienie i przyjemność to dwie strony tego samego medalu. Jedno napędza drugie – kiedy spotyka nas nieszczęście, marzymy o szczęściu. Kiedy jednak je osiągamy, szukamy nowych wyzwań, wpędzając się w kolejne nieszczęścia. W świetnej książce „O ciele i duszy” pyta: Czy moglibyśmy kochać, gdybyśmy nie cierpieli? Czy szukalibyśmy bezpieczeństwa, nie zaznawszy lęku i uczuciowej straty? To prawda – bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.