1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jestem w związku, a podoba mi się inny. Czy to już zdrada?

Jestem w związku, a podoba mi się inny. Czy to już zdrada?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Kiedy tak naprawdę zaczyna się zdrada? Czy już wtedy, gdy poddajesz się urokowi chwili i człowieka, temu „czemuś”, czego brak naszemu chłopakowi czy partnerce? Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutkę Katarzynę Miller.

Jedna z rzeczy, których najbardziej się obawiamy w stałym związku – że stanie na naszej drodze ktoś, kto nas zafascynuje, o kim nie będziemy w stanie przestać myśleć i kto zacznie prowokować nas do tego, by relację, w której jesteśmy szczęśliwi i w której czujemy się bezpiecznie, narazić na ryzyko rozpadu.
Jeżeli naprawdę jesteśmy szczęśliwi w związku, to raczej nie będziemy się zastanawiać nad takim scenariuszem. Chyba że jesteśmy tak egocentryczni, że chcielibyśmy mieć wszystko – to wtedy mimo poczucia szczęścia możemy mieć ochotę na kolejną wspaniałą osobę. Ja bym rozdzieliła relację, w której czujemy się szczęśliwi, od tej, w której czujemy się bezpiecznie – bo to duża różnica. Do szczęścia potrzeba musowania, takich bąbelków jak w szampanie. To dużo więcej niż spokój, wygoda czy bezpieczeństwo. Jeśli jesteśmy w szczęśliwym związku, to znaczy, że wystarcza nam to, co mamy. Natomiast jeśli jesteśmy w związku dobrym, bezpiecznym, który już się dobrze ułożył, który już dobrze znamy, to wtedy możemy rozważać taką możliwość. Zwłaszcza jak się pojawi ktoś, kto ma w sobie jakiś zestaw nowości, w które nasz partner nie jest wyposażony – jest żeglarzem i właśnie wrócił z rejsu dookoła świata lub w odróżnieniu od naszego spokojnego partnera, tryska humorem, jest towarzyski i otwarty na ludzi. Albo odwrotnie: my mamy żartownisia i duszę towarzystwa, a ten jest poetą jezior angielskich, jak pisała Agnieszka Osiecka. Natchniony, roztargniony, z długimi palcami. Jak ci się podoba taki obraz?

Podoba, zwłaszcza te palce
… I czujesz, że przy nim budzi się twoja archetypowa postać muzy poety. Gdzie by tam twój mąż wiersz napisał, w życiu! A ten pisze. I jeszcze – nie daj Boże – napisze wiersz o tobie… Wtedy możesz mieć kłopot.

I od czego zależy dalszy rozwój wypadków?
Hm… Od wszystkiego! Są osoby, które mają w sobie taką absolutną jasność, że nigdy nie zdradzą swojego partnera – o nich tu nie mówimy. Są też takie, które twierdzą, że lepsze jest to, co mają, jakiekolwiek to jest, niż to, czego nie mają. I one sobie wytłumaczą, że ich mężczyzna to jest pewniak, a tamten to licho wie. Sądzę, że jednak pytasz o takie sytuacje, kiedy rozmyślamy nad tym, czy nie zamienić starego modelu na nowy, ale przedtem chciałybyśmy go sprawdzić, wypróbować.

To chyba taka ludzka właściwość – chcielibyśmy mieć gwarancję, że ryzyko się opłaci.
No właśnie. Ale czy ktokolwiek może cokolwiek nam zagwarantować? Własny mąż też nie może zagwarantować, że będzie z nami do końca życia, nie dlatego, że nie chce, tylko dlatego, że nie wiemy, jak będzie wyglądała przyszłość. Oczywiście, jeśli bardziej się znamy, niż nie znamy, to mamy pewną wiedzę o sobie, na przykład o tym, czy nasz partner jest cudzołożnikiem czy nie. Jeśli nie jest, to prawdopodobnie nadal taki będzie, choć niekoniecznie. I powiedzmy, że masz takiego męża i ryzykujesz. Dla niektórych mężczyzn to już jest koniec związku: obcy kocur wlazł na moje podwórko, a ona go wpuściła. Rodzi się więc pytanie: kiedy próbowanie jest jeszcze dopuszczalne, a kiedy robi się niebezpieczne? Niektórzy krok po kroku przesuwają tę granicę. Dopóki z nim rozmawiam i patrzę na jego włosy z zachwytem, to jeszcze nikogo nie zdradzam, prawda? Dopóki umawiam się na kawę czy spacer, to przecież też jeszcze nie zdradzam. I nawet gdy się już zaczynam z nim całować w parku…

To odwieczne pytanie o to, gdzie się zaczyna zdrada. Przypomina mi to film z Keirą Knightley „Zeszłej nocy” – mąż udaje się w podróż służbową z atrakcyjną koleżanką, a żona spotyka dawną miłość. Nie chcę opowiadać, co się stało dalej, powiem tylko, że film stawia pytanie o różnicę między zdradą fizyczną a emocjonalną i o to, która bardziej nadużywa zaufanie.
Na pytanie, co jest zdradą, a co nie jest, nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Dla jednej kobiety zdradą będzie już to, że on ma znajomą, z którą lubi rozmawiać bardziej niż z nią. A facet powie: „Jeśli mu nie dała, to jeszcze nie zdradził”. Choć też nie każdy, niektórzy mężczyźni są zazdrośni o sam kontakt czy nawet myśl, co jest już absurdem! No bo czy my musimy bez przerwy myśleć o naszym partnerze? Przecież mamy jakieś wspomnienia i inne osoby w naszym życiu, ktoś może nam zaimponować, ktoś zaciekawić, a ktoś może wręcz porazić sobą. Nawet ktoś, kogo znamy od lat albo kto kompletnie nie jest w naszym typie – i wtedy sami siebie pytamy: „Czemu to teraz we mnie trafiło?”, „Czemu myśmy się nie poznali wcześniej?”.

Czasem fascynacja jest jednostronna. Co wtedy?
Może się tak zdarzyć. Tobie wydaje się, że oboje czujecie tak samo wielkie przyciąganie, a okazuje się, że on po prostu był urzeczony tym, że ty byłaś nim urzeczona. Generalnie jeśli czujesz, że on nie odpowiada tym samym, to powinnaś sobie go przenieść mentalnie wewnętrznym kursorem do katalogu „moje marzenia”. Może nawet od czasu do czasu tam zaglądać i o nim myśleć, czasem nawet na niego popatrzeć, jeśli jest w kręgu znajomych, ale zdecydowanie dać sobie siana. Oczywiście jeśli zależy ci na spokoju serca i umysłu, bo może wolisz cierpieć z miłości. Dla wielu to ma urok.

Mam koleżankę, która jest w szczęśliwym związku, ale co chwilę przeżywa fascynację różnymi osobami, także aktorami. Po jakimś czasie jej to mija.
Znam takie kobiety. Nastolatki w dorosłym ciele. One potrzebują mieć poczucie, że świat jest pełen bardzo atrakcyjnych mężczyzn.

Mąż mojej koleżanki zna te jej wszystkie fascynacje i serdecznie się nimi bawi. Mój Eduś też jakiś czas temu kochał się w Karolinie Gruszce, a obecnie w Scarlett Johansson. Ja to rozumiem, obie są przepiękne pod każdym względem.

I w jakim towarzystwie to ciebie ustawia!
W bardzo ładnym, prawda? Za to jak się w telewizji pojawia Pierce Brosnan, to Edek krzyczy z salonu: „Twój narzeczony na ekranie, chodź, chodź”. Opowiadałam ci, jak Pierce Brosnan został moim narzeczonym? Otóż u fryzjera przeczytałam w jakimś piśmie okropny artykuł pt. „Brzydkie żony pięknych mężów”. To były normalne i fajne kobiety, ale ponieważ nie są aktorkami czy modelkami, to nazywa się je brzydkimi. No i w tym rankingu był Pierce ze swoją żoną, nazywaną tam „puszystą”. Sam Pierce zapytany o ideał kobiety powiedział kiedyś „jeśli Wenus, to ta z Willendorfu”. A wiesz, jak wygląda Wenus z Willendorfu? No jak ja teraz. Mówię więc do Edka: „Przecież ten Brosnan co chwilę do Polski przyjeżdża. Jeśli on mnie zobaczy, to ty już mnie nie będziesz miał“.

Czyli ty masz narzeczonego Pierce‘a, a on Scarlett?
Nie powiem, ile razy był oglądany u nas film „Lucy”…

Co to wam daje? Co wnosi do waszej relacji?
Nas to zwyczajnie cieszy i bawi. Zresztą ja już od dawna nie poddaję się takim uczuciom jak zazdrość o to, że mojemu facetowi podobają się inne kobiety. Sama się cieszę, jak ktoś mi się podoba! Myślę sobie: „Jednak jeszcze…”.

O czym świadczy fakt, że choć jesteśmy z kimś, to jednak fascynują nas inne osoby? Że nam czegoś brakuje? Czy że po prostu taką mamy naturę?
Może to być to pierwsze, może być to drugie albo mogą być obie rzeczy jednocześnie. W końcu z najukochańszym człowiekiem raz się czujesz bosko, a raz kiepsko. I jak jest ci kiepsko, to łatwiej sobie powiedzieć: „On mnie nie rozumie, a tamten rozumie”, choć za jakiś czas może się zdarzyć, że i ten przestanie. Ale nowość to zawsze nowość.

Czasem słyszymy o takich historiach: on i ona rozstają się ze swoimi partnerami, by być razem. Po miesiącu czy dwóch szał mija i okazuje się, że to jednak nie to.
Wtedy zwykle kajają się wewnętrznie i chcą wrócić do dawnych partnerów i powiedzieć im: „Jak to dobrze, że cię mam“. „A dlaczego nie mówiłaś/nie mówiłeś mi tego wcześniej?“. „Bo dopiero teraz to do mnie dotarło“.

Trudno przyjąć niewiernego partnera z powrotem. Dla niektórych taka przygoda jest niewybaczalna.
Dla niektórych owszem, to koniec związku. Nie potrafią drugiej osobie tego wybaczyć. Inni przyjmą z powrotem, ale będą przez wiele lat potem wypominać tę sprawę, co dla obu stron jest niszczące i toksyczne. Moim zdaniem, jeśli już dojdzie do „skoku w bok”, nie powinniśmy mówić partnerowi, że w ogóle coś takiego nastąpiło. Bo to go tylko skrzywdzi. Ja jestem za zachowaniem tego w tajemnicy, ale za przepracowaniem lekcji. Zastanowieniem się, o czym świadczy tak silna fascynacja: o tym, że się nudzę w moim związku czy może nudzę się w życiu? Bo to też jeszcze jeden przyjemny powód – chcemy, żeby coś się zaczęło dziać, bo dawno się nie działo. Praca ta sama, chłop ten sam, a tu trafia się fajny amant – i idziemy w to jak w ogień. To przynajmniej miejmy tyle rozumu, by zachować to w tajemnicy. Niektórzy powiedzą, że to jest bardzo niemoralne, co teraz mówię, ale ja nie rozpatruję tego w kategoriach moralności, tylko odpowiedzialności. Przy czym uważam, że hierarchia wartości w naszym życiu jest bardzo istotna. Zawsze to podkreślam – jeśli ktoś ma takie zasady, że nigdy nie zdradzi – to niech się tego trzyma. Ale kupa ludzi ma zasady i jeszcze się o nie kłóci, a mimo to je łamie. To szczyt hipokryzji.

Im dłużej żyję, tym częściej widzę…
…jak się ludzie cudownie oszukują, prawda?

I nie wiem, czy w tym oszukiwaniu się sama zdrada jest największą krzywdą, jaka może nas spotkać.
Ja bym jej nawet nie sytuowała w kategorii wielkich. Może się tak zdarzyć, że on zrobił coś, z czym nie mogę się pogodzić – zawiódł moje zaufanie, doniósł na kogoś, coś ukradł, celowo wyrządził krzywdę. W tym zestawie zdrada jest – powiedziałabym – najczystszą sprawą.

Pamiętam przypadek, o którym mi kiedyś opowiedziałaś – dwie pary się ze sobą przyjaźniły i nagle między nią a nim zaczęła się rodzić fascynacja. Zamiast w to iść, postanowili o tym porozmawiać: „Słuchaj, zaczynam coś do ciebie czuć, widzę, że ty też. Co my z tym zrobimy?“. Można tak postawić sprawę?
Można, choć trzeba do tego dwójki świadomych siebie ludzi. Generalnie kiedy ogarnia nas taka fascynacja i czujemy, że pójście za nią zniszczyłoby spokój kilku osób, najlepiej przez jakiś czas przestać się widywać, nie dolewać oliwy do ognia. Co nie jest wcale proste, bo taka fascynacja jest szalenie wciągająca. Niektórzy podchodzą do sprawy tak: „Zakochałem się, i już“, to „już“ ma wszystko tłumaczyć. Nieprawdą jest, że nic nie można z tym zrobić. Nie da się powstrzymać fali narastającego uczucia, ale można zmienić do niej nastawienie. Po pierwsze, uświadomić sobie, że coś cię do tej osoby ciągnie. Po drugie, zamiast poddawać się myślom na temat tego, co by z tego mogło być czy wspominać, co on powiedział lub jak był ubrany – można pójść do kuchni i zacząć obierać ziemniaki. Albo robić cokolwiek innego, co odciągnie nasze myśli od tego tematu. Bardzo wiele autoterapii opiera się na tym, że przekierowujemy tor myślenia na coś innego. To się nazywa „zmiana kanału”. Są ludzie świadomi swojej autokontroli, którzy się nią posługują. Możliwa jest sytuacja, gdy on jej mówi: „Gdybym nie był z moją żoną, to mogłoby być nam razem przyjemnie, ale nie chcę tego robić jej i naszemu związkowi“.

Czyli: jeżeli wierność jest dla ciebie wartością, idź za nią. A jeśli nie znajduje się najwyżej w twojej hierarchii, ale wiesz, że zdrada dla twojego partnera byłaby końcem związku, to też weź to pod uwagę.
Absolutnie. W ogóle bierz pod uwagę wszystkie ważne rzeczy w twoim życiu. Oczywiście ten, który cię kusi, może mieć zupełnie inne zasady niż ty. I wtedy dopiero robi się ciekawie! Bo jedno mówi: „Nie wolno“, a drugie: „Wolno, nie wolno, ale można“. Moim zdaniem trzeba wiedzieć, jakie się ma w życiu wartości i jakie potrzeby. Bo hierarchia wartości bywa inna niż hierarchia potrzeb. Ludzie bardzo często kojarzą wartości z czymś, co się wiąże z odmową czegoś fajnego. Honor, wierność, odwaga – wymagają poświęcenia. A przecież przeżywanie i rozkosz cielesna też są wartościami. W moim życiu mają bardzo wysoką rangę i w wartościach, i w potrzebach. Ale jeśli ktoś wysoko w hierarchii wartości ma wierność, a w hierarchii potrzeb – doznania cielesne, to ma kłopot. Ludzie często robią to, na co mają ochotę, ale fundują sobie potem wyrzuty sumienia. I to tak duże, by niejako anulowały to, co się zdarzyło. Moim zdaniem trzeba być wobec siebie uczciwym, powiedzieć: „Zrobiłem to, bo tego chciałem”. Zawsze mówię, że jeśli się zdradzamy, to znaczy, że w naszym związku zabrakło spoiwa – więc nad nim popracujmy, a jeśli się nie da, to się rozstańmy.

Hierarchie potrzeb i wartości zmieniają się w ciągu życia.
Zdecydowanie. Swoją drogą ciekawe, czy pary o tym rozmawiają. Że na przykład ja inaczej teraz podchodzę do majątku albo wychowania dzieci. I co ty na to?

Wracając do fascynacji, może jest z nią tak, że czasem pociąga nas sam człowiek, a czasem chodzi o pewną jakość, którą ktoś w sobie ma. Może warto pomyśleć, czy i jak moglibyśmy sobie dostarczyć jej w inny sposób?
Mądre, proszę pani! Bardzo wielu ludzi pociąga możliwość wejścia w wyższe sfery, cokolwiek to znaczy. Podrywa mnie dziewczyna, u której nigdy nie miałbym szansy, więc jak tu odmówić? Ona sama nie jest nawet tak bardzo ważna, jest tylko nośnikiem pewnej jakości. Nie na darmo psychologowie powtarzają, że nie zakochujemy się w kimś, a we własnych marzeniach i projekcjach. Choć może nie warto mówić o tym, w czym się zakochujemy, tylko czego pożądamy.

Jeśli pożądam kogoś, kto nie jest moim partnerem, jeśli przeżywam właśnie jakąś silną fascynację – co mogę z tym zrobić?
Na pewno jeżeli przeżywasz taką fascynację średnio trzy razy w roku, to powinnaś czy powinieneś zdać sobie sprawę z tego, że to jest u ciebie nałogowe. Ty się nakręcasz tym, że to tak cię kręci – nie mówię tu o seksoholizmie, tylko o takim stanie, kiedy idziesz lasem i wszędzie widzisz borowiki. A przecież psiaki też tam rosną. Natomiast jeżeli żyjesz sobie spokojnie wiele lat i nagle spotykasz cudownego człowieka, a on spotyka ciebie i w dodatku to narasta i nie mija – to myślę, że trzeba o to zawalczyć. A przynajmniej to uszanować.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy uda się, jeśli spróbujemy drugi raz?

Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Dawna miłość to delikatny języczek naszych uczuć. Dotyka tego, co w nas intymne. Ale czy to znaczy, że jest możliwe drugie miłosne rozdanie dla tej samej pary? Pytamy psychoterapeutę Roberta Rutkowskiego.

Spotkać się czy nie z dawną miłością, która właśnie wróciła z zagranicy, rozwiodła się, zadzwoniła po latach – przecież mamy poukładane życie? Czy to miłość czy tylko wspomnienia? Czy nam się uda, jeśli drugi raz spróbujemy?
To wcale nie najważniejsze z pytań, jakie można sobie w takiej sytuacji zadać. Skupiając się jednak na szukaniu odpowiedzi na nie, łatwo pominąć to, co najważniejsze. Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? Zanim spotkam się – lub nie spotkam z dawna miłością, trzeba najpierw spotkać się z samym sobą! Spotkanie to nam się jednak nie uda, jeśli będziemy przed nim uciekać w romanse z i te z przeszłości i te nowe. To droga do zatracenia. Aby być gotowym na dobry związek, trzeba być gotowym na samego siebie. Pokochać siebie. A często mijają lata, a my ani razu nie staniemy przed lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.

To zaboli, podczas gdy wino z dawną miłością może uskrzydlić!
Samopoznanie zaczyna się od bólu, to prawda. Wynika on z zajęcia się tym, co się w moim życiu wydarzyło: czemu porzuciłem, zdradziłem, pozwoliłem odejść? Skąd się wzięły te moje zdrady, kłamstwa, przemoc, udawanie? Ale to tylko pierwszy krok, niezbędny do tego, by pojawiło się zrozumienie: dlaczego tak postąpiłem, czemu mnie to spotkało? To ważne, bo tylko wtedy, kiedy rozumiem, mogę sobie wybaczyć. A nie wybaczając sobie, nie stworzę dobrego związku z drugim człowiekiem.

Po co grzebać się w przeszłości, co było minęło! Możemy spróbować jeszcze raz!
I jeszcze raz przeżyć ten sam koszmar? W latach 90. byłem w burzliwej i atrakcyjnej relacji. Ale pewnego dnia wracam do domu, a tam moja partnerka grzebie w szafie. Myślałem, że układa rzeczy, ale ona zapytała, czy mógłbym jej pomóc spakować się, bo przeprowadza się do Piotrka. Zupełnie otępiały pomogłem nawet wynieść walizki. Potem bardzo tęskniłem, cierpiałem. Kiedy po roku, jak już nie było między nami żadnej relacji, zadzwoniła w sprawie naszego psa, pomyślałem, że jej chodzi o mnie, bo też tylko 12 miesięcy po ważnym związku, to za mało, żeby oprzytomnieć, choćbyśmy się rzucili w wir pracy, czy nowych relacji. No więc będąc jeszcze nadal pogrążony w iluzji miłości do niej, zacząłem z nią żyć, co zakończyło się zupełną katastrofą. Ja, oczekiwałem tamtej jej, sprzed roku. A ona po nieudanym związku, zmieniła się. Ja odwrotnie – nadal byłem taki jak przed naszym rozstaniem, a więc taki jaki ją rozczarowałem, skoro odeszła do innego. No, ale i ona przez chwilę myślała, że to co do mnie czuje, to miłość, a to był tylko … emocjonalny ślad dawnych uczuć. Jej rozczarowanie szybko odżyło i znów zostałem porzucony.

Powroty czasem się udają. Znajoma jest od kilku lat z kimś, kogo zawsze z wzajemnością, choć platonicznie kochała. Jak twierdzi, było to możliwe dlatego, że dorosła, przestała być lekkomyślna i nieobliczalna.
Jeśli się spotkamy, tak jak mówiłem, sami ze sobą, to wtedy realne staje się nierealne. To jednak rzadkość. Paradoks zmiany polega na tym, że nie można z przeszłości iść w przyszłość, pomijając teraźniejszość. Czyli: nie jesteśmy w stanie wpływać pozytywnie na swoją przyszłość, jeśli nie zaakceptujemy siebie tu i teraz, nie wybaczymy sobie. Poczucie winy, ból odrzucenia, jakie dźwigamy, wciąż rozpatrując, co mogliśmy zrobić, ile zmarnowaliśmy – nic nie dają. Nic nie zmarnowaliśmy! Wszystko to była lekcja.

Piękne słowa, ale…
Nie tylko słowa. Widzę po swoich pacjentach, że pierwszy krok, to dać sobie prawo do bycia takim, jakim jestem: pogubionym, niepoukładanym, płaczącym w gabinecie psychoterapeuty. Te chusteczki tu, na stoliku, to nie dekoracja. Częściej używają ich zresztą mężczyźni niż kobiety.

I bywa, że właśnie z powodu dawnej miłości?
Tak. Jako młokos poznałem dziewczynę, w której się zakochałem i byłem przez jakiś czas. Niestety, rozstaliśmy się, bo ja byłem niedojrzały. I musiałem sam przejść psychoterapie, do pewnych rzeczy dojrzeć, żebyśmy mogli - kiedy się znów spotkaliśmy - być razem. I teraz ta kobieta jest moją żoną, mamy dziecko i jesteśmy szczęśliwi. Ale dużo czasu mi zajęło to, żebym zrozumieć, że ten chłopiec, który nadal we mnie mieszka, dowartościowuje się kolejnymi romansami, i że to go ogranicza, jest jak każde inne uzależnienie. Że kolejne romanse są dla niego jak heroina, a więc to jego śmierć na raty. Prawdziwe życie to wolność od uzależnień…

Różne są jednak miłosne powroty. Może wrócić ktoś, z kim nigdy nie byliśmy blisko. Albo z kim mieszkaliśmy, a nawet byliśmy małżeństwem… Czy przy drugim rozdaniu, któraś z tych miłości ma większe szanse?
Jeśli tylko do kogoś wzdychamy, oczy za nim wypatrujemy i o nim fantazjujemy, to ta nasza miłość raczej nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością. A to dlatego, że stan oczarowania miłosnego polega na idealizowaniu. I taki nieprawdziwy obraz ukochanej osoby zachowa nasz mózg. A że wydeptaliśmy tym wzdychaniem i fantazjowaniem tzw. ścieżkę neuronalną w naszym mózgu, kiedy więc tylko zobaczymy obiekt naszej fascynacji, mózg odpali stare emocje i poczujemy to same euforyczne uniesienie, jak wtedy kiedy gapiliśmy się na nią czy za niego na szkolnym korytarzu. Jednak, jak obliczyła pewna amerykańska badaczka, Nancy Kalish z California State University w Sacramento, statystycznie nic z tego nie będzie. Właśnie dlatego, że mamy zbyt wygórowane oczekiwania.

Fantazja pryska kiedy spotykamy realnego człowieka?
Tak, bo przez te lata nie „kochaliśmy” prawdziwego człowieka, z jego wadami i niedoskonałościami, ale wymyślony obraz, ideał! A miłość nie ma nic wspólne z ideałem! W pięknej scenie „Buntownika z wyboru” terapeuta zwierza się studentowi, że tęskni za zmarłą żoną, która – przez sen … puszczała bąki! I to jest miłość. Nie jest to zapach róż, czy skomplikowane frazy poetyckie. To praktyka dnia codziennego. Dlatego, wracając do pytania – łatwiej reaktywować miłość, kiedy było się razem, miało to szare życie: ona budziła się rano bez makijażu, a on stłukł jej kubek. Bo to znaczy, że coś głębszego się między nami pojawiło. Życie czasem jednak niesie takie scenariusze, że mimo to ludzie bliscy rozstają się: bo on za dużo pracował, albo ona dała się oczarować innemu.

„Nie kupował mi ani leków, ani kwiatów. Nie było go od czasu studiów, a mój mąż był” – powiedziała moja przyjaciółka, kiedy nagle zjawił się „mężczyzna jej życia”. Czy odrzuciła miłość?
Miłość, to obecność. Mówisz o dojrzałości, o decyzji podjętej przez osobę dojrzałą. A możemy też mówić o dojrzałym i niedojrzałym uczuciu. Niedojrzałe porusza się w przestrzeni teoretycznej. Czyli on mógł nawet przez te lata uważać, że ją kocha. Ale to była tylko teoria. Teoria bez praktyki? Bywa świetna, porywająca! Umysł potrafi tworzyć fantastyczne koncepcje. Ale co nam po nich, jeśli życie i tak wszystkie je zweryfikuje? Dojrzałe uczucie porusza się w przestrzeni praktyki i dlatego powrót do wyśnionej miłości sprzed lat okazuje się zazwyczaj wielkim rozczarowaniem.

Poczucie więzi z tym, z kim jestem, jest takie kobiece. Mężczyzna spróbuje zdobyć tę, która kiedyś mu odmówiła, choćby miał żonę i dzieci.
I co dalej? Wróci do żony? No właśnie… Mężczyzna może się łatwo przekonać, czy jest mężczyzną. Męskość to wierność. I to mówi ci facet, który do tego stwierdzenia dojrzewał trzy czwarte swojego życia. Ale teraz nie mam kłopotu z decyzją. To kwestia wartości. Ale też rozsądku, bo sam wiem, że poczułem się wolnym człowiekiem, dopiero kiedy przyrzekłem swoje obecnej żonie wierność i jej dotrzymuję.

Ale kiedy się spotykamy z narzeczonym ze studiów, czujemy się tak jakbyśmy znów mieli te 20 lat, więc idziemy z nim na wino zamiast z mężem – choć byliśmy umówieni do kina i choćby on nawet już pod tym kinem stał! A więc może to miłość nami kieruje? To szaleństwo to jej najlepszy dowód?
Czujemy się na 20., ale mamy znacznie więcej. I to jest pierwsza prawda. Druga pomaga zrozumieć, co się z nami zadziało i dlaczego nie warto nazywać tego z punktu miłością. Otóż każdy z nas, niezależne od wieku, ma w sobie irracjonalne pragnienie, by zrobić coś szalonego, by narozrabiać. Pragniemy tego nawet po siedemdziesiątce, bo w głębi siebie zawsze mamy dziecko. No, ale dziecięce chęci u dorosłego, mogą łatwo stać się przebranym w krótkie spodenki destruktorem. Nabrojenie może więc być piękne, dopóki nie przekroczymy, pozwalając sobie na nie, poczucia bezpieczeństwa drugiego bliskiego nam człowieka. Nie obudzimy jego lęku. A więc zadajmy sobie pytanie, czy pędząc na spotkanie z dawna miłością kogoś nie krzywdzę? Kaptur na głowie, żeby nikt nie widział, i marsz do hotelu po seks z dawną partnerką – to słabe. Zostawienie męża pod kinem? Sama sobie odpowiedz… Miłość ma w sobie element wolicjonalny, czyli świadomej decyzji. A więc ten z kim jestem i którego znam, czy tamten z przeszłości i idealizacji? Sprawy zamknięte takimi powinny pozostać. Inaczej skazujemy siebie i drugiego człowieka na szarpaninę.

Zazwyczaj opowiadamy o miłości z punktu widzenia zakochanych, nie patrzymy z perspektywy tych, którzy są z nimi…
Mówi się, że jeśli w naszym związku nie układa się, to wtedy ulegniemy czarowi dawnej miłości. Nie zawsze, bo to po sutym obiedzie mamy ochotę na deser, a potem rozglądamy się jeszcze za czymś słonym. Taką mamy naturę i to ona pcha nas do tego, żeby się nam chciało przeżywać coś na odwyrtkę… Dawna miłość to delikatny języczek uczuć. Można je poznać, ale nie zaczynać od spotkania z dawną miłością. Bo ten ktoś może liczy na twój powrót, a ty tylko sobie chcesz powspominać, czy poczuć się jak dwudziestolatka. Jeśli wiesz że ten ktoś cię kocha, nie spotykaj się. Bo sama twoja obecność możesz zadawać ból nadal kochającemu…

Na jak długo wystarcza nam miłości, jeśli się nie spotykamy?
To zależy, jeśli zakochaliśmy się w gwieździe rocka, po pół roku zazwyczaj nam mija. Ale jeśli, kiedyś powiedzmy w studenckich czasach, widywaliśmy się często, to ten człowiek może stać się naszą obsesją. I nawet gdy zaczniemy żyć z kimś innym, jak kochankowie, pozostaje wzorcem choćby urody. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale jeśli to była blondynka z długimi włosami, taka zapewne będzie nasza żona. Ponieważ, jak mówiłem, nasz mózg pamięta wszystko, to gdy nagle spotykamy dawną miłość - wszystko wraca. Mózg uruchamia dawne uczucia tak jakby zapalił światło w dawno nieotwieranym pokoju. Tyle, że to oczarowanie, fantazja, które tam żyją, niewiele mają wspólnego z człowiekiem, który teraz staje na naszej drodze. Niewiele też z nami samymi, takimi jakimi dziś jesteśmy.

Zdarza się, że ona, dumna z męża i dzieci, przeczyta na Facebooku wyznanie danego partnera i myśli: co nim kieruje? Na co liczy? Co czuje? Po co to pisze? Czy to miłość?
Może nie dał wtedy rady i dlatego jej szuka? Chce, żeby pojawiła się szansa na odzyskania dobrego zdania o sobie? Na to by tym razem sprostał sytuacji. Albo wrócił, by tak naprawdę zawalczyć ze swoimi poczęciem winy i wstydu. No i jest ryzyko, że znów może odejść, jak tylko zaspokoi swoją potrzebę dowartościowania albo zmazania winy. Po prostu bywa, że ktoś w przeszłości szuka „prawdziwej” miłości po burzliwym rozwodzie, bo wmówił sobie, że się nie udało, bo nadal kochał kogoś z przeszłości. A jakby zadałby mu to najważniejsze pytanie: czy kocha siebie i czy chce spędzisz swoje życie z kimś, kto jest mu najbliższy, czyli ze sobą?

  1. Seks

Niech żyją weseli kochankowie! Co nam daje żartowanie z seksu – wyjaśnia Katarzyna Miller

Jak ludzie się lubią i potrafią razem bawić, to lepiej radzą sobie z życiem, kiedy trzeba być bardzo na serio. Mają też z tego bycia razem o wiele więcej radości, także erotycznej - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jak ludzie się lubią i potrafią razem bawić, to lepiej radzą sobie z życiem, kiedy trzeba być bardzo na serio. Mają też z tego bycia razem o wiele więcej radości, także erotycznej - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Kim jest mężczyzna, który potrafi w łóżku rozbawić swoją kochankę, a kim ten zawsze na serio? Co nam obojgu może dać żartowanie z seksu i gdzie jest tego granica? Czy poniżej męskiego pępka? – wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Nie wszyscy mężczyźni lubią zabawy w łóżku. Kupiłam kiedyś pewnemu blondynowi bokserki w niebieskie kangurki i on się na mnie obraził...
Jeśli ktoś się czuje obrażony byle czym, to wiadomo, że będą z nim kłopoty: sztywny, skrępowany, zabijający w innych każdy przejaw spontanicznej radości życia. Przebieranki to pikantna zabawa. Przecież to cudowne móc przebrać swojego chłopa i go uwieść. Albo ubrać go do seksu tylko w muszkę. Co tam kogo kręci i co komu wyda się zabawne. Rzecz w tym, że jak ludzie się lubią i potrafią razem bawić, to lepiej radzą sobie z życiem, kiedy trzeba być bardzo na serio. Mają też z tego bycia razem o wiele więcej radości. Także erotycznej. Seks może przecież wyrosnąć z zabawy. Droczymy się ze sobą, przekomarzamy, przebieramy i w pewnym momencie mamy taki wspaniały luz, że już nic – tylko zacząć się kochać. Niech żyje zabawa dla zabawy, która się przeradza w erotyczny zachwyt nad sobą i partnerem.

I niech żyją weseli kochankowie?
Dziecko wewnętrzne jest zadowolone z życia, gdy ma okazję do zabawy. Wtedy nie brak mu energii, również seksualnej, a to znaczy, że jest po prostu szczęśliwe. Cały świat jest wówczas pełen seksualnych arcydzieł. Bo na przykład ogórek, pomidor czy dynia są właśnie takimi arcydziełami. Wszystko, co jemy, na co patrzymy, jest dowodem na seksualność świata.

I jest też pretekstem do śmiechu i żartowania.
Właśnie. Do seksu tak jak do życia w ogóle podchodźmy i na poważnie, i na czule, i na słodko, i na wesoło. Seks traktowany tylko poważnie szybko by się nam znudził. Rutyna zjadłaby namiętność. Dlatego ważne, żebyśmy kochali się zależnie od nastroju, od pogody… W seksie może być też sporo lęku, więc to, że można pochichotać, bardzo pomaga. Gdybyśmy jednak kochali się tylko na śmiesznie, to znaczyłoby, że bagatelizujemy i seks, i siebie. Ale wszystko jest w jak najlepszym porządku, gdy rechoczemy w łóżku raz na jakiś czas. Oczywiście spontanicznie, a nie według harmonogramu – co piąty akt ma być na wesoło.

To w takim razie poproszę o jakąś podpowiedź dla tych, którzy przerazili się teraz, że wpadną w rutynę. Od czego zacząć naukę śmiania się w łóżku?
Możemy śmiać się z żartów erotycznych, na przykład takich: „Wstaje chłop z łóżka w nocy i łazi, i łazi, aż żona się budzi: – A co ty tak łazisz? – Bo mnie taka chuć wzięła. – No to chodź! – No to chodzę...”. Można też pisać, a potem recytować sobie limeryki. W łóżku możemy też śmiać się wprost z tego, co robimy. On może powiedzieć do kochanki: „niech no ja cię pocałuję w te twoje fałdeczki. Pierwsza, druga, trzecia...”. Człowiek, który lubi swoje ciało, akceptuje to, jak wygląda, może ze swojej cielesności zrobić taki sam ubaw, jak z każdej innej rzeczy. Dzięki śmiechowi, humorowi można pokonać swoje kompleksy, zahamowania czy wstyd. Obśmiać swoje niedoskonałości to tyle, co przestać się nimi zajmować.

Jest jednak pewien element męskiego ciała, z którego nawet życzliwy śmiech będzie źle przyjęty. Mężczyźni traktują ów element wyjątkowo serio, zwłaszcza gdy nie jest zbyt okazały.
Nie warto kłamać i mówić, że jest imponujący. Lepiej powiedzieć: „mój ty figlarny, zwrotny maluszku. Ty jesteś jak te cudowne, małe wyścigowe samochody – wszędzie się dostaniesz. W małym siła”. A tak na poważnie warto mężczyźnie uzmysłowić, że najważniejsze to się dopasować: mała cipeczka, to i mały figlarz. W książce „Ojciec chrzestny” jest kobieta, w której wszyscy toną, aż w końcu znajduje się mężczyzna, który ma giganta i któremu też było źle, dopóki nie spotkał odpowiedniej kobiety. Są jednak żarty, które nadwyrężają poczucie humoru kochanka. Bo jeśli ona śmieje się: „pensję też masz małą”, to nie dziwota, że mu nie staje.

„Jak długo kobiety będą udawały orgazm? Tak długo, jak mężczyźni będą udawali grę wstępną... ”. Czy opowiedzenie takiego kawału w łóżku to dobry pomysł?
Ja bym go w łóżku nie mówiła. Zwłaszcza jeśli to ma być aluzja, żeby on mi dawał więcej pieszczot i czułości. Jeśli tak jest, to trzeba mu to wprost powiedzieć: „mój kochany, żebym ja się naprawdę podnieciła i ciebie przyjmowała z rozkoszą i z chęcią, potrzebuję więcej podchodów!”. Jeśli ujmiemy to w ten sposób, to mężczyzna zrozumie, że warto się potrudzić, bo jemu samemu to się opłaci. Ale jeśli chcemy opowiedzieć jakiś żart à propos sytuacji tego mężczyzny, to lepiej, gdy jest on jednym z wielu dowcipów. Wtedy może pomóc mu się zrelaksować, zdystansować do problemów. Wspominam bal, na którym całą noc opowiadaliśmy sobie dowcipy. Przez kilka następnych dni po tym całonocnym śmiechu czułam się jak nowo narodzona.

Moja przyjaciółka stwierdziła, że jest z mężczyzną, który nigdy jej nie rozśmieszył. Ja nie mogłabym z kimś takim być.
Ja też lubię i cenię mężczyzn, którzy potrafią w łóżku pożartować, powiedzieć coś lekkiego, bo wtedy od razu znika napięcie. Ci, którzy potrafią śmiać się z samych siebie, nie utknęli w jednej wizji świata, są bardziej empatyczni. Wiedzą, że na każdą rzecz można spojrzeć z wielu punktów widzenia. Są lepiej wyposażeni emocjonalnie i intelektualnie, bo poczucie humoru wymaga inteligencji i umiejętności przeżywania emocji. Śmiać się z siebie to być zdrowym emocjonalnie. A jak jeszcze facet się przed kochanką przyzna: „ja też jestem przejęty, bo chciałbym dobrze wypaść”, to otwiera całe pole do bliskości z nią.

Ci, którzy potrafią się wygłupiać, wydają się lepszymi kochankami.
Wspólny śmiech w łóżku to wspaniała gra wstępna. Bo jak się już nachichramy, to całe ciało mamy miękkie, wszystkie mięśnie rozluźnione. I nic już nam więcej poza seksem do szczęścia nie potrzeba. Oczywiście jak afrodyzjak działa tylko śmiech ciepły, życzliwy, radosny, pchający nas ku sobie, a nie ten złośliwy, piętnujący przywary. Ale ludzie z poczuciem humoru są bardziej otwarci na świat, a więc też poszukujący. Można więc zakładać, że w łóżku będą mieli do zaproponowania więcej niż pompatyczne mruki.

A co z facetami, którzy opowiadają tylko seksistowskie kawały?
Nie śmieję się z dowcipów, które poniżają kobiety. Choć lubię te, które je wykpiwają, bo to co innego. Ale szybko biorę odwet. Po usłyszeniu kawału o blondynkach, od razu opowiadam taki: „Jedna szara męska komórka lata po mózgu i strasznie się nudzi. Raptem obok niej przelatuje druga, taka bardzo mała i mówi: Ty, co ty tu jeszcze robisz? Przecież my już wszystkie jesteśmy na dole...”, i wtedy chłopy też mają durną minę.

Przeczytałam, że kobiety, które cenią bardziej czułość niż namiętność, podobnie jak te pruderyjne, nie lubią dowcipów seksualnych.
Nie lubią ich też neurotyczki, które jak po drugiej stronie ulicy usłyszą śmiech, to boją się, że to z nich ktoś się śmieje. Wiem, jak to jest, bo sama byłam taką neurotyczną panienką. Ale pamiętam też, jaką ulgę poczułam, gdy wreszcie zaczęłam umieć śmiać się z siebie samej. Teraz już nie tylko to umiem, ale nawet jestem w tym niezła. Niedawno w telewizji śniadaniowej prowadzący spytał mnie: „czy pani by się odchudziła, gdyby dziecko panią poprosiło?”. „Po co mam się odchudzać, czyż ja nie jestem piękna?” – odpowiedziałam, a on na to: „ imponuje mi pani”. Warto popracować nad sobą po to, by nauczyć się dystansu do swoich wad, kompleksów czy obaw. Wtedy one przestają nas ograniczać.

Ale czy kobiety tak naprawdę lubią śmiać się z seksu? Może to jednak strefa radości bardziej dla mężczyzn?
Kiedy dziewczyny są same, czują się bezpiecznie, gdy się lubią, to wtedy nie ma dla nich tematów tabu. Inaczej oczywiście jest na przyjęciach mieszanych. Tam zachowanie reguluje konwenans. Ale już na grupach terapeutycznych, gdzie mogą być sobą, reagować spontanicznie, lubią śmiać się z seksu. Ja zresztą często na swoich warsztatach opowiadam erotyczne kawały. Po pierwsze, to zabawne, a po drugie, pomaga mi poznać uczestniczki. Patrzę, które z kobiet śmieją się szczerze, która się zaperza, a która jest oburzona. Kawały to małe przypowieści i one nas leczą. To też satyra na nas samych.

  1. Psychologia

Gdy widzę pole do negocjacji, widzę więcej – na czym polegają negocjacje?

Negocjacje - przykłady z życia, które pomagają inaczej spojrzeć na wiele spraw. (fot. iStock)
Negocjacje - przykłady z życia, które pomagają inaczej spojrzeć na wiele spraw. (fot. iStock)
Wszędzie widzi pole do negocjacji, to pozwala jej marzyć. Uważa, że jednym z najgorszych rozwiązań jest kompromis, a politycy nie są dobrymi negocjatorami. Wygrać w negocjacjach z własnymi dziećmi to według psycholożki Ewy Kastory ponieść porażkę. Słowo „nie” oznacza dla niej: teraz nie, bo wszystko, co zdarzy się za chwilę, jest przyszłością, a negocjuje się zawsze przyszłość. Na czym polegają negocjacje? I jakie mogą być przykłady negocjacji w życiu codziennym?

Na czym polegają negocjacje? Można negocjować codzienność?
Trudno mi znaleźć taki obszar życia, który nie jest związany z negocjacjami. Wszędzie tam, gdzie są ludzie, trzeba uzgadniać swoje decyzje z innymi. Jest cały obszar możliwości, który ludzie odrzucają już na samym początku, właśnie dlatego, że nie widzą pola do negocjacji. Wchodzą do hotelu i widzą złotą tabliczkę z napisem, że o godzinie 12 kończy się doba hotelowa. 90 procent uznaje, że doba hotelowa kończy się o 12. Bez względu na to, czy mają samolot o 20, czy o 16, zaczynają sobie organizować rzeczywistość tak, by od 12 siedzieć w holu. Na początku trzeba zobaczyć pole do negocjacji, pójść i poprosić o przechowanie bagażu, dostęp do łazienki, a najlepiej, by doba hotelowa trwała dłużej.

Czego nie da się negocjować?
Wyłącznie obszaru wartości. Nawet konstytucję można negocjować, czyli najważniejszy zbiór praw. Gdy widzę pole do negocjacji, w ogóle widzę więcej. Za każdym razem, gdy traktuję cenę w salonie samochodowym lub gdziekolwiek indziej jako niezmienną rzeczywistość, osłabiam własną tendencję do kreowania rzeczywistości. Tak samo jest z rolami w rodzinie, to pewna umowa podlegająca zmianom. W życiu biznesowym widzenie wszędzie pola do negocjacji pozwala marzyć, bo to oznacza wchodzenie na nowy rynek bez ograniczeń. Bo jeszcze nie wiem, czy się nie da. Coś fantastycznego dzieje się na świecie, nie myślę ograniczeniami, jakie istnieją w Polsce, obawą, że istnieje bariera językowa. Raczej kombinuję, co zrobić, by splot decyzji poszczególnych osób pomógł mi być tam, gdzie pragnę.

Gdzie są granice?
Tam, gdzie mogę komuś zrobić krzywdę. Ale filozofia negocjacji zakłada, że ludzie są dorośli. I gdy dochodzi do jakiejkolwiek transakcji, obie strony muszą po jej zakończeniu czuć się lepiej niż przed. Bo przecież inaczej by do transakcji nie doszło. A to, czy ja się czuję sto razy lepiej, a ta druga strona tylko pięć razy lepiej, jest kłopotem drugiej strony. Jesteśmy dorośli i nawet po skończeniu transakcji możemy przecież rozmawiać dalej.

Negocjacje traktujesz jak pracę?
Tak. Wstaję i ćwiczę wytrwałość. Zadzwonię jeszcze raz, pójdę tam jeszcze raz, porozmawiam jeszcze raz. Ale negocjacje to również zabawa. Jestem na urlopie, negocjuję, za ile z dziećmi przejedziemy się po morzu na dmuchanym bananie. Daję im w ten sposób przekaz, że nawet jak nie masz, staraj się mimo to i sprawdź. Oczywiście, nie negocjuję odjazdu pociągu na kolei. Ale lubię poszerzać granice swojego wpływu. Moja córka przez długi czas chciała wyjechać do Stanów, co kilka miesięcy temat wracał, zależało jej bardzo. Słyszała ode mnie, że jest za młoda, że się nie zgadzam. W pewnym momencie już jako pełnoletnia poprosiła o rozmowę. Powiedziała, że sama jej mówiłam, że „nie” oznacza „teraz nie”. Odświeżyła temat, przekonała mnie, pojechała do Stanów, a ja byłem z niej dumna. W życiu tysiące razy słyszymy „nie”, a to, jak i ile razy możemy się podnieść po usłyszeniu odmowy, decyduje o sprawstwie.

Zawsze ignorujesz pierwszą odmowę?
Nie. Czasami zwycięża szacunek do odmowy. Czasami pojawiają się negocjacje problemowe, czyli wtedy, gdy dwie strony szukają rozwiązania, które może usatysfakcjonować wszystkich negocjujących. Przychodzi do mnie klient i mówi, że chce szkolenie za 5 tys. zł, a ono kosztuje 10 tys. Pozycyjne negocjacje są wtedy, gdy mówię 7 500. To jest kompromis, a z nim jest tak, że wszyscy są i tak niezadowoleni. Problemowo negocjuję, gdy pytam ich, po co im to szkolenie, okazuje się, że oni chcą się przygotować do negocjacji z ważnym klientem. Proponuję im, że wejdę do ich zespołu, zrobię to za 5 tys. zł plus prowizję od sukcesu.

Jakie są jeszcze przyklady negocjacji? Unikasz kompromisów?
To adekwatne rozwiązanie w sytuacji negocjacji pozycyjnych. Gdy kupuję papier do biura, to ekonomicznie jest wysłać zapytania do dostawców, wybrać najtańszą ofertę, zadzwonić, wynegocjować obniżkę 20 proc. i koniec transakcji. Nie ma potrzeby spotykać się, nie ma potrzeby relacji. Ale w codzienności, pracy z bliskimi tak nie można. Negocjacje problemowe wymagają inwestycji czasu, zaufania. Jestem gotowa to robić na parkingu pod domem, gdzie codziennie stawiam auto, ale nie na wakacjach, wtedy mogę iść na kompromis.

A nie boisz się, że tak wyuczysz swoje dzieci negocjacji, że niczego nie uda ci się od nich... wynegocjować?
Przeciwnie, to by była sama przyjemność. To, co stanowi o umiejętnościach negocjacyjnych, jest na ogół uniwersalną umiejętnością, taką jak dążenie do celu. Do tego dochodzi niezłomność, wspomniana wytrwałość, nieobrażanie się, cierpliwość, dbanie o samopoczucie drugiej strony, to wszystko pomaga nie tylko negocjować, ale żyć.

A co z emocjami, nie trzeba ich schować, negocjator może powiedzieć, że jest wściekły?
Mówienie o emocjach nie jest zabronione, ale trzeba z tym uważać. Czasami lepiej jest powiedzieć: „To mnie zaskoczyło, wróćmy do tego jutro”. Albo: „Ta propozycja jest dla mnie bardzo trudna”. Można też powiedzieć: „Jestem wściekła, proszę o przerwę”. Nie jest najmądrzejsze negocjować pod wpływem dużych emocji, bo można wtedy złożyć niekorzystną dla siebie propozycję. Na pewno negocjator nieświadomy tego, co czuje, działa przeciwko sobie, samoświadomość jest potrzebna. Czasami lepiej powiedzieć, że coś mnie złości, chcę to sprawdzić, niż przeczekać wylew emocji i odejść od stołu. Skutecznym narzędziem jest odroczenie reakcji.

Co to znaczy?
Umiejscowienie siebie pomiędzy akcją a reakcją, nie bycie bezwolnym. Obserwowanie tego, co się dzieje dookoła mnie i wewnątrz. Na przykład podczas negocjacji ktoś mnie prowokuje albo obraża, to jest akcja. Zanim pojawi się reakcja, dobrze zabrać sobie trochę czasu na sprawdzenie tego, co naprawdę chcę osiągnąć i co mogę stracić, reagując impulsywnie. Dlatego Szkołę Negocjacji rozpoczynam treningiem interpersonalnym. Moje reakcje bywają najsilniejszą barierą. Ktoś coś mówi, ja się wściekam i chcę szybko reagować. Do tego dochodzi wrodzona w nas presja, żeby odpowiedzieć na zadane pytanie. Walczę z tym. Na każde pytanie zawsze mogę odpowiedzieć po czasie, uprzejmie informując mojego rozmówcę, że potrzebuję chwili do namysłu. To zaszłość ze szkoły, pani się pyta i kto szybciej podniesie rękę, ten inteligentniejszy. A to nie tak. Ważna jest zasada słonia, to znaczy – nigdzie się nie śpieszyć. Nawet kiedy idę na bardzo trudną rozmowę, ważne spotkanie, powtarzam sobie w myślach: „Nie musisz tam nic powiedzieć”.

A zdarza ci się negocjować pozycyjnie z własnymi dziećmi?
Tak, bo dzieciom potrzebne są granice, a ja nie zawsze muszę tłumaczyć dlaczego, chociażby wtedy, gdy wytłumaczyłam już to dziesięć razy. Rzadko jednak negocjuję w relacjach pozycyjnie, bo będąc z kimś blisko, szukam rozwiązań. Nawet gdy ustalam godzinę powrotu dziecka do domu. Interesuje mnie nie tylko czas, ale – jak wróci, z kim i to, by dziecko zrozumiało, dlaczego mi zależy, by było wcześniej.

Mówienie dziecku: „Nie, bo nie, i koniec”, to nie są przykłady negocjacji pozycyjnych?
Zachowując się w ten sposób, narażam się na to, że swoje decyzje będę musiała wielokrotnie powtarzać. Głównym zadaniem rodzica jest uczyć dzieci życia, jeśli nie mówimy im, dlaczego coś robimy albo po co, to trudniej im będzie samym znajdować rozwiązania. Dobrze jest, by dzieci zachowywały się tak, jak chcemy, nawet wtedy gdy nas nie ma w pokoju, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy z nimi w relacji. Szczególnie podczas negocjowania decyzji, które oceniamy jako błahe i drobne, a dla nich są bardzo istotne. Jeśli dziecko siedzi prosto przy stole na obiedzie rodzinnym, ale u kolegi już nie, to prawdopodobnie nie rozumie, dlaczego ma to robić.

Przegrałaś kiedyś w negocjacjach z dziećmi?
Użycie słowa „przegrać” jest wbrew mojemu myśleniu o negocjacjach. Możemy dojść do porozumienia lub nie. Jeśli moje dzieci przegrały w negocjacjach ze mną, to i ja przegrałam. Jeśli postawiłam na swoim, ale mam obrażony cały dom, to nikt nie wygrał, to się prawie nigdy nie opłaca.

Dzieci są dla ciebie partnerami podczas negocjacji, mimo że masz więcej doświadczenia, władzy, wiedzy?
W świecie zawodowym podczas biznesowych negocjacji na ogół ktoś ma więcej władzy, doświadczenia, wiedzy i wciąż możemy być partnerami. Czasami negocjuję ze słabszej, czasami z silniejszej pozycji, ale skoro siedzę z kimś przy stole, czy to z rodziną, czy klientem, znaczy to, że jest jakiś obszar, w którym siebie nawzajem potrzebujemy. Jeśli mam przewagę, to nie znaczy, że mi nie zależy.

Uczysz negocjacji, ale czy nie jest tak, że część umiejętności składających się na negocjacje jest wrodzona?
Oczywiście. Dzieci negocjują od małego, wymagają, tupią, obrażają się, potem trzaskają drzwiami, przymilają się, sprawiają prezenty, wypróbowują różne narzędzia wywierania wpływu. Pomimo naturalnych skłonności można się w negocjacjach szkolić, zdobywać nowe doświadczenia i umiejętności. Źródłem sukcesu jest umiejętność zobaczenia jak największej ilości perspektyw w danej sytuacji. To zwiększa możliwe manewry, zrozumienie dla drugiej strony, kreowanie nowych rozwiązań.

Kiedy opłaca się przerwać negocjacje, odejść od symbolicznego stołu? Masz przykłady z życia?
Jest coś takiego jak pułapka konsekwencji. Negocjator wie, że jak popełni błąd, to może się z niego wycofać. Jeśli przeszarżował, może wrócić na stare miejsce. Nie ma nic złego w stwierdzeniu: „Przesadziłem, pomyliłem się, żałuję, przepraszam, czy możemy wrócić do tej rozmowy”. Czasami, odchodząc od stołu, sprawdzam granicę, dowiaduję się, czy ci po drugiej stronie nie blefują, ryzykuję tyle, że być może za chwilę będę musiała wrócić, wycofać się z decyzji.

A co, jeśli okaże się, że nie ma powrotu?
Jeśli odchodzę na krótką chwilę, prawie zawsze jest powrót. To na pewno nie może być stała strategia negocjacyjna, bo wtedy traci się wiarygodność. Ale daję sobie prawo do pomyłek.

Nigdy nie miałaś poczucia, że straciłaś twarz?
Nie, w negocjacje nigdy nie angażuję twarzy. Ważne jest oddzielanie ludzi od problemu. Jeśli ktoś podczas negocjacji mówi mi, że jestem niekompetentną idiotką, mogę powiedzieć, że rozumiem, iż złożona propozycja nie odpowiada na oczekiwania, zobaczmy, co trzeba by zmienić. Nie zależy mi na tym, by ten człowiek uważał mnie za mądrą, godną, chcę coś osiągnąć. A dla wielu ludzi kluczowe jest to, jak wypadną, a nie – czy wypadną.

Tak jak w świecie polityki?
Sprawa, o którą walczą, jest tylko ułamkiem tego, na czym im tak naprawdę zależy, czyli pozostanie na scenie. Polityk, który jak każdy dobry negocjator przemilczałby, wysłuchał, zrozumiał drugą stronę, skazałby się na niezaistnienie. Bo przeczekaliby tak trzy spotkania i nikt by ich nie zaprosił na kolejne, oni nie mogą zapomnieć o nadrzędnym celu, którym jest utrzymanie władzy. Gdy to stracą, już niczego nie osiągną. Gdy Pawlak podczas rozmowy z Tuskiem wstał od stołu przy negocjacjach emerytur, użył narzędzia z negocjacji pozycyjnych, czego nie robi się w sytuacji pozostawania z kimś w relacji, do której trzeba będzie wrócić. Stało się to narzędziem pokazowym, a nie negocjacyjnym.

A dobre przykłady negocjacji ze sceny politycznej?
Okrągły stół. Ludzie, którzy wcześniej mówili sobie, że się powieszą na latarniach, usiedli do stołu, schowali swoją dumę, swoje odsiedziane lata w więzieniu. I rozmawiali. Wiedzieli, że dokonanie rachunku krzywd nie doprowadzi do rozwiązania.

Bo negocjuje się przyszłość?
Gdy zaczynasz negocjować przeszłość, skazujesz się na porażkę. Negocjuje się zawsze przyszłość. Tak jest nie tylko w polityce, ale w każdej codzienności, w rodzinie, przyjaźni, miłości, w rysowaniu marzeń.

Ewa Kastory: psycholożka i trenerka rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne, certyfikowany coach ICC, absolwentka Université Des Sciences Humaines de Strasbourg oraz Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Psychologia

Wypalenie życiowe – jak sobie z nim radzić? Rozmowa z Katarzyną Miller

Wypalenie pojawia się, gdy człowiek nie umie stosować płodozmianu. Więc kiedy nic mi się nie chce, to nawet się o to nie obwiniam. Bo to naturalny skutek tego, że się nadużyłam. (Fot. iStock)
Wypalenie pojawia się, gdy człowiek nie umie stosować płodozmianu. Więc kiedy nic mi się nie chce, to nawet się o to nie obwiniam. Bo to naturalny skutek tego, że się nadużyłam. (Fot. iStock)
Po pracy i po każdym wysiłku, także stresie, niezbędna jest regeneracja. Nie da się ciągle tylko dawać siebie innym i światu. Dlatego, jak mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller, ważne jest, by mieć takie momenty w ciągu dnia, gdy świadomie i z całkowitym przyzwoleniem możesz powiedzieć: „a od tej chwili już mnie nikt nie obchodzi”.

Tym razem chciałam porozmawiać o wypaleniu, ale w szerszym ujęciu niż dziś je rozumiemy. Czyli nie tylko zawodowym, ale też o wypaleniu w związku, wypaleniu w roli matki, wypaleniu życiowym. Oraz o wypaleniu pandemicznym, które ostatnio zaobserwowałam u siebie...
O, sądzę, że to ostatnie jest o wiele bardziej powszechne niż nam się wydaje. Ja też je silnie czuję. Mam nawet czysto biologiczne objawy: nie pamiętam, co przed chwilą czytałam, co ktoś do mnie mówił; zapominam nazwiska ludzi, o których właśnie mówię; nie wiem, co miałam za chwilę zrobić... Spadnie mi długopis na podłogę, to płakać mi się chce: „Jeszcze i to?!” – myślę z wyrzutem właściwie nie wiadomo do kogo.

Mam już po kokardę tej pandemii. Jestem wkurzona, ale i zmęczona, zrezygnowana. Nic mi się nie chce. Najchętniej bym leżała i... właściwie nie wiem co. Bo spać też mi się nie chce. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że moja sytuacja jest poniekąd luksusowa, bo siedzę sobie wygodnie w moim ukochanym mieszkaniu i w każdej chwili mogę pojechać też na wieś, ale i tego mi się nie chce. Jedyne, co jeszcze mi się chce, to czytać książki i oglądać filmy. W czasie lockdownu rzuciłam się na kryminały Lee Childa. I kiedy czytałam o przygodach Jacka Reachera, to przez chwilę miałam poczucie niezwykle intensywnego życia. Ale gdy odkładałam książkę, to było takie plum... jak do głębokiej studzienki. Ta niemożność zrobienia niczego, ta bezradność wręcz uwłaczają człowiekowi.

Zaczęłam nawet lubić wizyty u lekarza, bo przynajmniej wychodziłam z domu, wsiadam do samochodu, ruszam się. Czasem myślę, że ci, którzy siedzą w domu z dziećmi, ze zdalną pracą i nauczaniem, mają lepiej, bo chociaż coś się dzieje; a czasem myślę, że mają gorzej – bo przecież za tyle osób więcej muszą odpowiadać. I liczyć się nie tylko z własnym poirytowaniem.

Wszyscy mamy dość. Tej niepewności i bezradności, tego wiecznego napięcia pod tytułem: „Kiedy to się wreszcie skończy?”. Nie mówiąc już o ludziach, których spotkały reperkusje finansowe czy którzy kogoś stracili...

Od ponad roku słyszymy dzienne statystyki zachorowań i zgonów. A przecież bywają dni, kiedy nie wywołują w nas reakcji. Z czego bierze się to zobojętnienie?
Pewne rzeczy są od nas niezależne, także niektóre procesy zachodzące w naszym organizmie. Jeśli człowiek sobie uświadomi, że ma sobie pomóc w tej chwili, w dodatku jeszcze znajdzie resztkę energii, to to zrobi, ale jeśli sobie nie uświadomi – to się w siebie zapada. Najgorsze w stresie jest to, kiedy jest długotrwały i pozbawia cię poczucia wpływu. Wtedy jesteś załatwiona.

Mnie pomaga trochę, że wyszło słońce, że pojawiła się zieleń.
Oj, mnie też. Nakupiłam sobie bratków, namiętnie też ustawiam w wazonach kwiaty. Zieleń, owszem, trochę mnie cieszy. Ale przecież ludzi, którzy są w głębokiej depresji lub są naprawdę wykończeni, nawet to nie rusza. My akurat mówimy nie o depresji czy wykończeniu, a o stanie przedłużonego zmęczenia, znużenia i wypalenia. Tu można coś jeszcze zdziałać. No bo w sumie o co chodzi? Przecież nie przesiedlają nas ze wschodu na zachód z jedną kozą i pierzyną pod pachą. Tak jak mówię, mamy luksus prowadzenia w miarę normalnego życia. Choć smutnego.

No i jak to brzmi: mam dosyć seriali. Mam dosyć książek. Mam dosyć chodzenia do tego samego parku. Ale przecież można mieć tego wszystkiego dosyć.
Człowiek ma problemy, na jakimkolwiek by był poziomie życia. A ponieważ teraz wszyscy mamy ten sam problem i wszyscy go podobnie przeżywamy, trochę to pomaga. Mnie pomaga. A tobie?

Mnie pomaga wspólne narzekanie. Choć zawsze ostrzegamy, by nie weszło nam w nawyk.
Czym innym jest jednak powiedzieć komuś, że i ty masz dość, że i ty zapominasz, co miałaś przed chwilą zrobić. To przynosi ulgę. Tobie i tej drugiej osobie.

W końcu od roku jesteśmy wszyscy w stanie permanentnego napięcia i podminowania. Może na jakiś tydzień lub dwa udało się nam wyjechać i zapomnieć, ale potem znów wróciło.
Od roku pracuję z pacjentami głównie online lub przez telefon. Telefon daje jeszcze jaką taką intymność, ale okienka czatów i szare buzie rozmówców są już dla mnie nie do zniesienia. Chciałabym ich przytulić, uścisnąć, pogłaskać. I bardzo bym chciała, żebyśmy to potem nadrobili. Tylko trochę się boję, czy już nie odwykliśmy.

To też był trudny czas dla bliskich relacji. Czasem więc na to wypalenie pandemiczne nakłada się jeszcze wypalenie w związku.
Wybuchła pandemia i wszyscy zaczęli mówić, ile to będzie potem rozwodów. Ale też ile dzieci się urodzi. Jak zawsze są plusy dodatnie i plusy ujemne. Wielu osobom ten czas pokazał też, że bardzo fajnie jest im z tą drugą osobą, którą sobie wybrali na życie. Zawsze dobrze jest się dowiedzieć, ilu fajnych ludzi mamy wokół siebie, a nawet w domu. Pomocnych, cierpliwych i z poczuciem humoru. Bez poczucia humoru to ciężko w życiu, a zwłaszcza w pandemii.

Bywa, że do tego wszystkiego dokłada się jeszcze przemęczenie w pracy. Pamiętam irytację mojej znajomej, kiedy czytała rady na temat tego, co zrobić z nadmiarem wolnego czasu; podczas gdy dla takich jak ona, pracujących na portalu, to był i jest nadal najbardziej gorący okres.
Wiele osób od początku pandemii po prostu haruje albo w ogóle nie umie korzystać z wolnego czasu, bo się wtedy martwi. Nie uczą nas tego, by wykorzystywać moment. Jak robi mój ulubiony bohater Childa – Jack Reacher, o którym już wspomniałam. Jego myślenie jest takie: jesteś w barze, nie wiadomo, kiedy będziesz mógł zjeść – więc najedz się teraz. Masz gdzie się położyć i przespać, nie wiadomo, kiedy znowu będziesz miał – więc lepiej się połóż. Czyli korzystaj z tego, co masz. Ja też powtarzałam to moim pacjentom: nie musisz dojeżdżać do pracy, to zrób w tym czasie coś, na co miałeś ochotę wtedy, kiedy dojeżdżałeś do pracy. Na przykład na mnie najbardziej działa, kiedy mogę włączyć muzykę, którą lubię. Mam takie rytmy, które ruszają moje ciałko, a kiedy ciałko się rusza, to już wiem, że jest dobrze. Mądra młodzież to robi nagminnie.

Można też zgasić światła, zapalić świeczki, założyć dresy i przykryć się kocem. Ja to bardzo lubię.
W domu zawsze trzeba przebywać w miękkich, serdecznych rzeczach. W ogóle powinniśmy częściej chodzić w ubraniach, które lubimy, a nie w „sztywniakach”.

A wypalenie życiowe – z czym jest zwykle związane? Z wiekiem?
Każde wypalenie pojawia się wtedy, gdy człowiek nie umie się reaktywować, regenerować i stosować płodozmianu. Pilnować tego, żeby co jakiś czas zrobić coś tylko dla siebie. Niedawno miałam spotkanie z kobietami, które opiekują się dziećmi i partnerami z hemofilią. One cały czas są nastawione na zadania, na opiekę, na pomoc. Przejmują bardzo dużo obowiązków za chorych. I strasznie się przy tym wyczerpują. Bo nie ma komu przejąć ich obowiązków. Do tego nie pozwalają sobie na żadne chwile zwątpienia, złości czy niezadowolenia. Bo one muszą dawać radę. W ogóle nie ma w naszej kulturze przyzwolenia na „nie daję rady”. Kiedy ktoś mówi: „Mam już wszystkiego dosyć”, to zaraz ktoś mu odpowiada: „Aż tak ci źle?! Zobacz, jak inni mają”. Jak tak można?".

A nie masz wrażenia, że częściej dopada nas wypalenie, bo zagubiliśmy nasze naturalne rytmy? Nie mam na myśli już nawet rytmu pór roku, ale choćby rytm dzienny, tygodniowy czy miesięczny. Ilu z nas pracuje nocami, zamiast spać? Albo w weekendy, zamiast odpoczywać?
No ja na przykład w weekendy mam warsztaty, ale dbam o to, by „odebrać sobie” dwa dni w środku tygodnia. Kiedyś rzeczywiście żyło się prościej, wolniej i bardziej cyklicznie. Na przykład w piątki nigdy nie jadło się mięsa, był więc od niego odpoczynek. A dziś często zapominamy, że to już piątek. Przecież dopiero co był poniedziałek. Nie na darmo przed świętami zwykle były posty. Pewne rzeczy, których nie lubię robić, bo są „kościółkowe”, miały i mają głęboki sens, bo są rodzajem zdrowego przygotowania do kolejnego etapu. Oczywiście to już wcześniej było w pogaństwie, chrześcijaństwo tylko dodało swoją nakładkę i na przykład był przednówek, a teraz jest Wielki Post.

Ja nie mogę i nie chcę zrezygnować z moich weekendowych warsztatów albo z wieczornego spotkania online, ale staram się przynajmniej pilnować, by robić sobie przerwy, nie spieszyć się lub potem sobie to „odrabiać”. Ale wiesz, co mnie najbardziej wypala? Prośby typu: „Pani Kasiu, pani nas podeprze na duchu”. Ja podpieram, nawet ochoczo, tylko kto potem podeprze mnie? Bo kiedy człowiek zbiera w sobie energię, serdeczność i życzliwość po to, by się nimi podzielić, to poziom tego wszystkiego u niego drastycznie spada. I trzeba się zregenerować. Nie dziwię się już temu, że siedzę parę godzin i nic mi się nie chce, i nawet się o to nie obwiniam. Bo to jest naturalny skutek tego, że się nadużyłam.

Nie można ciągle tylko dawać i dawać siebie innym lub światu.
Trzeba też coś z tego świata i od innych brać. Kobiety jednak o tym często zapominają, zwłaszcza w związkach. Dostosowują się do tego, czego chce ich partner. Bo kobiety są empatyczne, czyli wyczulone na cudze stany emocjonalne, nastroje, potrzeby. Zobacz, jak fajnie jest być z kobietą. Najprostszy przykład – dzwoni przyjaciółka i pyta: „Czy mogę zająć ci teraz chwilę? Odpowiadam: „Ale bardzo szybciutko, bo zaraz mam drugi telefon”. I ona się nie obraża, tylko się streszcza. Mój chłop dzwoni. „Nie mogę teraz” – mówię. „Znowu nie możesz? To kiedy będziesz w końcu mogła?”. Żadna kobieta by się tak nie zachowała. A mężczyźni tak mają, i już. Dlatego kiedy wchodzą do związku ze swoimi potrzebami, a czasem i oczekiwaniami, kobiety po prostu na to odpowiadają, reagują – albo żeby się nie obraził, albo żeby nie zrobiło mu się przykro, albo żeby dobrze o niej pomyślał. I już kupa energii idzie na to, by łagodzić konflikt, do którego jeszcze nawet nie doszło.

No właśnie, czasem tylko odpowiadamy. Odbijamy piłeczkę. A te piłeczki się nie kończą, lecą w naszym kierunku z regularnością tych wypuszczanych przez maszynę na kortach tenisowych.
I jeszcze się rozglądamy, by zobaczyć, czy jakiejś nie przegapiłyśmy. Ja się już nauczyłam i czasem nie reaguję w ogóle. Wtedy on się wkurza: „Czy ty mnie w ogóle słyszysz?”. „No tak, słyszę” – odpowiadam spokojnie. I nic nie robię. Oszczędzam swoją cenną energię.

Tak sobie myślę, że teraz, podczas pandemii, wszyscy trochę staliśmy się terapeutami – siebie i innych. Podnosimy na duchu, łagodzimy konflikty, wysłuchujemy. Nie da się tego robić bez regeneracji. Jak zatem ty, jako terapeutka, się regenerujesz?
No to już mówiłam: dzielę sobie czas na kawałki, które są tylko dla mnie. To jest niezwykle ważne, by świadomie i z całkowitym przyzwoleniem powiedzieć sobie: „A od tej chwili już mnie nikt nie obchodzi”. I wtedy sobie sprawdzam, na co mam ochotę. Na przykład poprzesuwałam różne rzeczy po to, by rano móc poczytać w łóżku, nie spieszyć się i mieć dobry początek dnia.

Czyli mówisz: wyłączaj się na świat...
Daj sobie prawo mieć swoje godziny. I bardzo pilnuj, by własnego, osobistego czasu nie oddawać ludziom jamochłonom. A jeśli już musisz, bo masz tego jamochłona blisko, to przynajmniej pilnuj widełek czasowych. „No dobrze, to zadzwoń potem” – mówi mój osobisty jamochłon. „Oddzwonię, kiedy będę mogła” – odpowiadam mu spokojnie. Jeśli ktoś jest bardzo namolny, to polecam nawet skłamać. Powiedzieć, że jesteś umówiona, że masz za pięć minut spotkanie albo telefon. Albo po prostu rzucić: „Przepraszam, ale muszę kończyć. Przykro mi, nie mam już czasu”. I pamiętajmy: nie musimy się z niczego tłumaczyć.

Dokładają nam kolejne obowiązki w pracy – co odpowiadać?
Można zapytać: „Która z tych spraw jest najważniejsza? Bo jeśli zależy ci na tej rzeczy najbardziej, to nią się zajmę. A że chcę ją dobrze zrobić, nie będę już mogła się zająć resztą”. Albo kiedy szef co chwila wydłuża ci listę rzeczy do załatwienia, spytaj: „Oczywiście, zaraz się tym zajmę, powiedz mi tylko, z której rzeczy mam zrezygnować. Bo chcę się skupić na tym, co jest najlepsze dla firmy”.

A jak wyjaśnić to dziecku, które ciągle domaga się naszej uwagi?
Z dziećmi jest taka prosta tajemnica, niektórzy ją znają, a inni odnoszą się do niej z wielką niechęcią. Otóż trzeba poświęcić im w ciągu dnia pewną porcję uwagi całkowicie, ale w taki sposób, żeby się z nimi bawić. Wtedy człowiek się nie męczy, a dziecko jest zachwycone. Można w coś zagrać, poganiać się, pobawić w chowanego lub zapasy, pogiglać się nawzajem. Ale jeśli rodzice mają dla dzieci głównie polecenia, to wiszą nad tymi dziećmi, a jednocześnie nad sobą, żeby ich z tych poleceń rozliczyć, a w domu jest ciągłe napięcie. Ja tak miałam z mamą na okrągło, za to z tatą się wygłupialiśmy. Tajemnica, o której mówiłam na początku, polega na tym, że jeśli poświęcimy dziecku taki pełen zabawy czas, to ono potem nas już nie będzie potrzebować. Nie będzie tego „mamo, mamo, mamo”, bo dziecko będzie naszą obecnością „nakarmione”. Niestety, bardzo dużo dorosłych nie umie się bawić, nie umie puścić wolno swojego wewnętrznego dziecka.

Czy powiedziałabyś, że jedną z oznak tego, że dopada nas wypalenie, jest to, że nie mamy już z życia przyjemności, zabawy?
Absolutnie tak. Jeżeli czujesz w życiu głównie przymus i niechęć, czyli te wszystkie „powinnam”, „muszę”, to jest to jedna z tych oznak. Bo oczywiście trochę obowiązków warto mieć i umieć je wypełniać, ale poza tym… bawmy się i dawajmy się innym bawić. A wtedy nigdy się nie wypalimy.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Semantyka – słowa mają moc. Czy wypowiadasz je z uważnością?

Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Słowa dają i odbierają życie. Są błogosławieństwem i przekleństwem. Niszczą i leczą. Bywają jak uderzenie kamieniem i jak miód na serce. Napastliwe są przyczyną depresji i chorób, zachwytu – uskrzydlają. Jakich słów używamy? Jakich chcielibyśmy słuchać? Dlaczego tak łatwo wypowiadamy te, które ranią, a tak rzadko słowa uznania?

Używamy raniących słów, a nawet dopuszczamy się słownej agresji. Chyba nie ma nikogo, kto byłby od tego wolny. Kierowani lękiem i bezsilnością staramy się uzyskać władzę i kontrolę nad ludźmi, aby poczuć się lepiej. Często nie jesteśmy ani trochę świadomi, co kryje się za słowami, które wypowiadamy, ponieważ zjawisko słownej agresji jest w pewnym sensie częścią naszej kultury, jak pisze w książce „Toksyczne słowa” [Jacek Santorski & Co 2002] Patricia Evans.

„Dominacja, wymuszanie uległości, umniejszanie cudzych osiągnięć i zawyżanie własnych, dławienie oporu, manipulacja, krytyka, stosowanie nacisku i zastraszanie to akceptowane przez wielu reguły gry”.

Możemy poddać się dyktaturze kultury, jednak dobrze wiedzieć, że agresja słowna jest źródłem niezliczonych cierpień, ponieważ odcina od życia, od stanu współczucia. Wyklucza bliskość. Napastliwe słowa są przyczyną depresji i chorób. Głębokiego bólu. Smutku. Ciężaru w żołądku. Dławienia w gardle. Ściśniętego serca.

Gdy doktor Marshall B. Rosenberg, psycholog, założyciel Ośrodka Porozumienie bez Przemocy, zastanawiał się, jakie czynniki decydują o tym, że wzmacniamy w sobie życiodajny stan współczucia, uderzyła go kluczowa rola języka i sposobu, w jaki posługujemy się słowami. Posłuchajmy siebie: jakich słów używamy i w jaki sposób to robimy? Jakie słowa kierują do nas ludzie?

Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem

Komunikaty odcinające od życia to – wśród ogromnego bogactwa form, które mamy do dyspozycji – osądy, czyli stwierdzenia sugerujące, że ludzie, których działanie jest niezgodne z naszym systemem wartości, nie mają racji lub są źli. „Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem”, „Ona jest leniwa”, „Oni mają mnóstwo uprzedzeń”.

Zaprząta nas, kto jest dobry, zły, normalny, nienormalny, odpowiedzialny, nieodpowiedzialny, bystry, ograniczony, leniwy, głupi. Jeśli bliska osoba prosi mnie o więcej czułości, niż od niej dostaję, jest „zachłanna i niesamodzielna”.

Ale jeśli ja zapragnę więcej czułości, niż od niej dostanę, uznam, że jest „wyniosła i niewrażliwa”. Jeśli koleżanka z pracy bardziej niż ja przejmuje się detalami, jest „małostkową pedantką”, lecz jeśli to mnie detale bardziej leżą na sercu niż jej, będzie „niechlujną bałaganiarą”.

Patricia Evans w „Toksycznych słowach” wyróżnia rodzaje słownej agresji. To nie tylko wyzwiska („idioto”, „głupku”), wybuchy gniewu („zamknij się!”), zastraszanie, rozkazywanie, ale także nasze całkiem zwyczajne, niewinne powiedzonka. Wycofywanie się: „co mam ci powiedzieć?”, „o co ci chodzi, przecież rozmawiamy?”, „nigdy nie dopuszczasz mnie do głosu”. Sprzeciwianie się: „ależ skąd, wcale tak nie jest”, „mylisz się”. Lekceważenie: „jesteś przewrażliwiona”, „wyciągasz pochopnie wnioski”, „przesadzasz”, „masz zbyt bujną wyobraźnię”, „nie wiesz, o czym mówisz”, „wydaje ci się, że zjadłaś wszystkie rozumy”, „kiedy nie narzekasz, jesteś nieszczęśliwa”, „opacznie wszystko pojmujesz”. Słowna agresja ukryta w żartach („niedługo zapomnisz własnej głowy”, „czego można się spodziewać po kobiecie?”) rani do żywego, trafiając w najczulsze punkty.

Gdy mówimy, że jest nam przykro, możemy usłyszeć, że nie znamy się na żartach, bierzemy wszystko zbyt poważnie, robimy z igły widły. Wszystkie te stwierdzenia mają charakter napastliwy. Przerywanie i odwracanie uwagi: „zawsze musisz mieć ostatnie słowo!”, „nie rozumiem, do czego zmierzasz! Koniec dyskusji!”, „to stek bzdur!”, „odczep się ode mnie!”, „daj spokój!”, „przestań gadać!”, „skąd ci przyszedł do głowy tak szalony, głupi (dziwaczny, kretyński) pomysł?”, „przestań zrzędzić!”. Krytykowanie: „nie potrafisz wygrywać”, „zwariowałaś”, „nie wiesz, kiedy przestać”, „następnym razem powinnaś...”, „zobacz, co przegapiłaś”. Stwierdzenia zaczynające się od słów: „kłopot z tobą polega na tym, że...”, „twój problem polega na tym, że...”, są formą krytycznego, agresywnego osądu.

Podważanie opinii: „kto cię pytał?”, „zawsze musisz dorzucić swoje pięć groszy!”, „to cię przerasta”, „nigdy ci się to nie uda”, „myślisz, że jesteś taka mądra!”, „kogo chcesz zadziwić?!”.

Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba?

Co z tym robić? Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” [Jacek Santorski & Co 2003] proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. Teoretycznie to proste: zamiast osądzać i stawiać diagnozy, skupiamy się na jasnym wyrażaniu swoich spostrzeżeń, odczuć i potrzeb. Zamiast obrażać się na ludzi za ich nieprzemyślane słowa, wsłuchujemy się w nie i wydobywamy z nich uczucia, którymi są podszyte, ponieważ za każdym komunikatem kryją się uczucia i potrzeby. Nie mamy w tym wprawy, ponieważ raczej nie uczono nas ufać uczuciom, więc odcinamy się od tego, co się w nas dzieje. Nasza uwaga zwrócona jest na zło i niedostatki „nieprawidłowej” natury, nad którą musimy zapanować.

Tymczasem nasza natura jest jak najbardziej w porządku– w sposób naturalny jesteśmy zdolni czerpać radość ze współczującego dawania i brania. Gdy osądzamy i interpretujemy cudze zachowanie, tym samym ujawniamy własne pragnienia i oczekiwania. Reagujemy zgodnie z nawykiem: skoro moje potrzeby nie zostały zaspokojone, poszukam winy w tobie. Jeśli ktoś mówi: „Nigdy mnie nie rozumiesz”, tak naprawdę informuje tylko o tym, że pragnie być rozumiany.

Słuchaj, czego ludzie potrzebują, a nie co o tobie myślą – to jedna z głównych tez porozumienia bez przemocy. Każdy napastliwy komunikat może być dla nas jedynie informacją o drugim człowieku, o jego niezaspokojonych potrzebach.

Zadajemy sobie wówczas pytania: Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba? Jakie budzi we mnie uczucia i jakie potrzeby kryją się za tymi uczuciami?

Rosenberg przywołuje historię, która mu się przydarzyła. Prowadził zajęcia o języku serca w meczecie na terenie obozu dla uchodźców w Betlejem. Słuchało go 170 palestyńskich muzułmanów. Nagle jeden z nich nazwał go „amerykańskim mordercą”. „Na szczęście zdołałem skupić się na jego uczuciach i potrzebach”, pisze Rosenberg. Zaczęli rozmawiać i usłyszał o jego bólu, rozpaczy, pragnieniu lepszego życia i złości na Amerykanów. „Kiedy ten człowiek nabrał pewności, że go rozumiem, zdołał wysłuchać moich wyjaśnień, dlaczego przyjechałem do obozu uchodźców. Gdy minęła kolejna godzina, ten sam człowiek, który nazwał mnie mordercą, zaprosił mnie do siebie do domu na świąteczną kolację, bo działo się to akurat w czasie Ramadanu”.

Polecamy: Theodore Zeldin „Jak rozmowa zmienia twojeżycie”, W.A.B. 2001; Samuel Shem, Janet Surrey „Musimy porozmawiać”, Jacek Santorski & Co 2002; Arthur H. Bell „Nie musisz tego słuchać”, Rebis