1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego amerykańskie „keep smiling” nie działa?

Dlaczego amerykańskie „keep smiling” nie działa?

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Sposób myślenia określa nasze przeznaczenie - odkrycia współczesnej neuropsychologii, biologii i fizyki nie pozostawiają w tym względzie żadnej wątpliwości.

Obserwacje mózgu prowadzone pod specjalistyczna aparaturą SPECT (dziedzina medycyny nuklearnej) wykazały, że pod wpływem naszych przekonań zmienia się obraz mózgu.

Ostatnie rewolucyjne badania biologów komórkowych obaliły teorię determinizmu genetycznego, udowadniając, że geny kształtowane są m.in. przez sygnały pochodzące z naszych myśli i emocji.

Wszystkie te informacje ze świata nauki spowodowały, że ludzie zachłysnęli się pozytywnym myśleniem, prawem przyciągania i fizyką kwantową. W księgarniach półki uginają się od poradników typu ,,zrealizuj swoje marzenia”. Fakt ten wydaje się być obiecujący, gdyż koncepcje zawarte w tego typu literaturze są niezwykle motywujące.

Jednak coraz częściej ludzie, którzy mają skłonności do pesymistycznego postrzegania świata, zaczynają frustrować się i w nienaturalny sposób wypierać negatywne odczucia. W takim wypadku dobrze mieć świadomość, że bazą dobrego myślenia jest  rozpoznanie sygnałów, które wysyłają nam emocje. Złe samopoczucie jest dla nas informacją, że należy wnikliwie przyglądnąć się naszym nawykom myślowym, a nie udawać, że wszystko jest ok. Metaforycznie mówiąc, od samego udawania, że nie ma chwastów w naszym ogródku, nie pozbędziemy się problemu.

Co należy zrobić?

Przede wszystkim konieczne jest zatrzymanie i przyjrzenie się, jakie myśli lub obrazy pojawiają się w naszej głowie. Ból odczuwamy wtedy, kiedy nasze oczekiwania nie są zgodne z rzeczywistością, w której żyjemy.

Kiedy np. marzymy o harmonijnym związku, należy przyglądnąć się naszym skojarzeniom ze słowem harmonia. Jeśli podświadomie uznajemy, że harmonia to nuda, a naszą podstawowa wartością jest działanie, nic nam nie pomoże mechaniczne afirmowanie „jestem w harmonijnym związku”. Podświadomość zacznie sabotować nasz cel, będzie postrzegała go jako zagrożenie dla naszych podstawowych wartości. W takiej sytuacji konieczne jest wytworzenie nowych skojarzeń w mózgu. W tym celu zadajemy sami sobie pytania lub spotykamy się z coachem, który utworzy nową bezpieczną i korzystną dla naszego celu ścieżkę neuronową. W temacie harmonijnego związku pomocne będą pytania: Co dla mnie znaczy słowo harmonia? Jakie korzyści będę miała z harmonijnego związku?

Jedna z moich klientek, która bardzo pragnęła spokojnego partnerstwa, jednocześnie spokój kojarzyła ze stagnacją. Utworzyła więc nowe odniesienie: harmonijny związek jest pełen cudownych niespodzianek. Kiedy w końcu spotkała mężczyznę, na którego tak długo czekała, do dzisiaj powtarza, że nie może w to uwierzyć.

Zachęcam wszystkich: mierzmy wysoko, ale odpowiedzialnie. Nie uciekajmy od bólu, zaglądajmy głębiej w nasze cierpienie, tam czekają na nas wszystkie rozwiązania. Cierpienie jest ostrzeżeniem: zmień swoje reguły, wartości lub przekonania, ponieważ te, które wyznajesz nie służą twojemu zdrowiu i szczęściu.

Pamiętajmy, nic się nie zmieni, dopóki nie zmienimy odczuć, które w naszym systemie nerwowym wiążemy z określonymi doświadczeniami. Twórzmy więc reguły, które dodadzą nam sił, spowodują, że będziemy odczuwać radość, że będziemy trwać w naszych postanowieniach, a nie takie, które nas obezwładniają. Koncentrując się na tym, co dobre i piękne, szukajmy dowodów na to, że: ludzie są dobrzy, świat jest piękny a my jesteśmy kwintesencją radości.

Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie sukcesu, kiedy napotykają przeszkodę odpowiadają sobie na pytania typu: co chcę w zamian? Co w tej sytuacji mogę zrobić najlepszego?

Chcesz pięknie żyć? Zadawaj sobie piękne pytania, interpretuj sytuacje w życiu jako piękne oraz koncentruj się na tym, co piękne przynajmniej przez jedną godzinę, potem jeden dzień, stopniowo metodą małych kroków do 10 dni, tyle czasu potrzebuje twój mózg na wytworzenie nowych ścieżek neuronowych.

Jeśli słowo piękne kojarzysz z czymś niespotykanym zastąp je inną frazą np.: dobre lub miłe. Znam wielu skrajnych pesymistów, którzy zmienili diametralnie jakość swojego życia dzięki temu ćwiczeniu. Z wywiadu, który z nimi przeprowadziłam wynikało, że wszyscy nauczyli się w chwilach słabości patrzeć na siebie ze zrozumieniem, troską i poczuciem humoru.

Dzięki pozytywnemu myśleniu możemy osiągnąć więcej niż marzymy, jednak tylko wtedy, kiedy zaprzyjaźnimy się i zaczniemy współpracować z negatywnymi emocjami.

I pamiętajmy! Wszystko w życiu dzieje się z jakiegoś powodu i ma swój cel, który nam służy.

Przeczytaj o kampanii społecznej „Wybieram dobre myśli”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pogłaszcz swój mózg, czyli jak uodpornić się na negatywne myślenie

Jeśli lęki, czarne scenariusze i stosowanie sprawdzonych rozwiązań zdominują nasze myślenie, stracimy zdolność do odczuwania radości z życia. Na szczęście umysł może
zapanować nad mózgiem. (Fot. iStock)
Jeśli lęki, czarne scenariusze i stosowanie sprawdzonych rozwiązań zdominują nasze myślenie, stracimy zdolność do odczuwania radości z życia. Na szczęście umysł może zapanować nad mózgiem. (Fot. iStock)
Lęki, czarne scenariusze i stosowanie sprawdzonych rozwiązań to wszystko triki ewolucyjne, które mają nam zapewnić przetrwanie. Jeśli jednak zdominują nasze myślenie, stracimy zdolność do odczuwania radości z życia. Na szczęście umysł może zapanować nad mózgiem.

Mózg lubuje się w czarnowidztwie, a naukowcy wciąż spierają się nad genezą tego faktu. Francuski psychiatra Christophe André w poradniku „Nastroje. Jak nauczyć się pogody ducha” przywołuje trzy potencjalne źródła tej skłonności. Po pierwsze, chodzi o przetrwanie. „Teorie zwane ewolucjonistycznymi podkreślają, że wszystko, co istnieje w człowieku, w sensie fizycznym i umysłowym, przydaje się lub przydawało do przetrwania gatunku (i przy okazji jego samego)” – pisze. Po drugie, czarnowidztwo wynika z błędów w postrzeganiu lub ze skrzywienia w naszym stosunku. Przykładem tego jest tzw. efekt Zeigarnik, zgodnie z którym łatwiej zapamiętujemy rzeczy niedokończone, ponieważ mamy w sobie nierozładowane napięcie (dopiero koniec procesu pozwala je zniwelować), a dziś stale mamy na barkach masę rozpoczętych spraw do załatwienia. Po trzecie, może rzeczywiście – jak twierdzi kolejna hipoteza – nasze działanie przynosi nam więcej porażek i chybionych przedsięwzięć niż sukcesów?

Mniejsza o to, dość, że zdając się całkowicie na biologię, moglibyśmy przeżyć całe życie w smutku. Na szczęście jednak istnieje piękny umysł, który jest w stanie zapanować nad najczarniejszymi scenariuszami podsuwanymi przez mózg. „Umysł ma nadzwyczajną zdolność kontroli ciała i wpływania na nie. Myśli bezpośrednio wpływają na umysł i ludzki organizm. Jeśli zamkniesz oczy i wyobrazisz sobie ukochaną osobę w przyjaznym środowisku, twój mózg wydzieli oksytocynę i dopaminę... Może poczujesz nawet dreszcz, będziesz mieć gęsią skórkę czy inny fizyczny objaw spośród nieskończenie wielu”– wyjaśnia autorka książki „Jak przyciągać dobre rzeczy”, Marián Rojas Estapé z Hiszpańskiego Instytutu Badań Psychicznych w Madrycie. A to znaczy, że im częściej skupiasz się na złych wspomnieniach lub potencjalnych zagrożeniach w przyszłości, tym bardziej uczysz swój mózg, że właśnie to jest dla ciebie najważniejsze. Co zatem zrobić, by nie dać się negatywnym myślom?

Pozwól odejść przeszłości

„Życie z przykutym do przeszłości umysłem oraz powracanie do tego, co już się wydarzyło, może oddziaływać na nas negatywnie – od emocji czy wrażeń, takich jak melancholia, frustracja, poczucie winy, smutek albo żal, aż po samą depresję” – podkreśla Rojas Estapé. Do najbardziej destrukcyjnych emocji zalicza poczucie winy, czyli poczucie, że nie zachowaliśmy się tak, jak powinniśmy – w ocenie innych albo własnej. Poczucie winy obciąża nas, nie pozwala ruszyć do przodu i wykorzystać swoich mocnych stron. Nieprzepracowane może wywołać poważne przygnębienie czy doprowadzić do neurotycznych zachowań. Żeby je wyleczyć, trzeba przede wszystkim zaakceptować, że nie można zmienić tego, co się stało. Jeśli faktycznie popełniliśmy błąd, warto zacząć od oszacowania jego rzeczywistych konsekwencji, na przykład w skali 0–5, nie będąc dla siebie ani zbyt pobłażliwym, ani zbyt surowym. Dobrze przy tym pamiętać o podejściu Thomasa Edisona, który w odpowiedzi na uwagę asystenta, że wynalazca musiał doświadczyć tak wielu porażek, zanim wpadnie na pomysł, powiedział: „Nie poniosłem porażki. Po prostu odkryłem 10 000 błędnych rozwiązań”.

W przeszłości często trzyma nas także doznana krzywda. Im bardziej bolesna, tym trudniejsza do przebaczenia. Jednak bez niego ryzykujemy trwaniem w żalu, co – podobnie jak poczucie winy – może wywołać trwałe przygnębienie i neurozę, albo w nienawiści, podszytej chęcią zemsty. W obu przypadkach obraca się to przeciwko nam, bo nie możemy odzyskać równowagi. Przebaczenie nie ma nic wspólnego z uznaniem czyjegoś nagannego zachowania za dopuszczalne ani nie oznacza – jak twierdzi wiele osób zapamiętałych w nienawiści i strażników czyichś sumień – wymazania z pamięci tego, co się przydarzyło. Ze świadomą przewrotnością można by je nazwać raczej efektem zdrowego egoizmu.

„Nie jestem naiwna, nie lekceważę trudności z przebaczeniem niektórych zachowań. Przebaczanie po nieznacznej krzywdzie nie jest takie samo jak przebaczanie po znaczącym i prawdziwie krzywdzącym cierpieniu” – podkreśla hiszpańska psychiatra i choć powołuje się na swoje doświadczenie kliniczne przemawiające za uzdrawiającą mocą przebaczenia, to przyznaje, że w niektórych okolicznościach okazuje się ono niemożliwe. Jako punkt wyjścia – a zarazem metodę ostatniej szansy – proponuje postrzegać sprawcę jako osobę godną współczucia. Taka zmiana optyki nie przychodzi od razu, ale pamiętajmy, że trwanie w nienawiści staje się z czasem nawykiem, a ze złymi nawykami najlepiej walczyć, wprowadzając nowe. Niech twoim nawykiem stanie się więc traktowanie innych ze współczuciem. Nagroda jest duża cenniejsza niż rozładowanie wewnętrznego napięcia przez stawianie się ciągle w pozycji ofiary.

Żyj teraźniejszością

„Nastawienie jest potężnym aktywatorem samopoczucia” – czytamy w „Jak przyciągać dobre rzeczy”. A nastawienie na dostrzeganie pozytywów to nic innego niż decyzja. Jednak sama decyzja nie wystarczy, żeby osiągnąć cel – do tego potrzebny jest plan. Wtedy z pomocą przyjdzie nam system, który odpowiada w mózgu za filtrowanie napływających informacji i nadawanie im priorytetu zgodnego z naszymi celami, czyli wstępujący siatkowy układ aktywujący – ARAS. (To właśnie on wyjaśnia między innymi, dlaczego ciężarna kobieta dostrzega w swoim otoczeniu dużo innych kobiet oczekujących dziecka i młodych matek, mimo że nie ma to pokrycia w statystyce).

Co pomoże ci wzmocnić ARAS?

  • ćwiczenie otwartości umysłu,
  • wizualizowanie celu,
  • unikanie toksycznych ludzi,
  • koncentracja na „tu i teraz”,
  • wprowadzanie drobnych zmian do rutynowych czynności, które pozwolą ci na zaskoczenia,
  • prowadzenie dzienniczka wdzięczności.
Oczywiście niekiedy jesteśmy w tak złym stanie psychicznym czy fizycznym, że nastawienie nie polepsza naszego samopoczucia od razu, ale jeśli będziemy konsekwentni, to po jakimś czasie poczujemy się lepiej.

Patrz z nadzieją w przyszłość

Przyszłość to zmiana, a zmiana to wyzwanie. „Nie powinniśmy zapominać, że jednym z elementów wielkich wyzwań jest niepewność, nic wielkiego nie zaczyna się bez odrobiny strachu” – uspokaja Marián Rojas Estapé. Zatem w odczuwaniu strachu nie ma nic dziwnego, to znowu potrzeba ewolucyjna. Należy on do emocji podstawowych, sygnalizuje potencjalne zagrożenie i bez jego pomocy nie przeżylibyśmy długo samodzielnie. Tyle że strach może przyjąć formę zalęknienia, które deformuje naszą percepcję rzeczywistości. Skłonność do niego psychologowie łączą przede wszystkim z negatywną stymulacją w okresie rozwojowym: lękliwi opiekunowie powstrzymują naturalne u dziecka zaciekawienie światem. Silny lęk może nawet doprowadzić do ataku paniki, a wtedy instynkt przeżycia przejmuje kontrolę nad umysłem.

Skąd mózg czerpie te powody do lęku? Z trudnych doświadczeń w przeszłości, wywołując wspomnienia, które prowadzą do tzw. porwania emocjonalnego – pojęcia wprowadzonego przez promotora idei inteligencji emocjonalnej, amerykańskiego psychologa Davida Golemana, na opisanie zachowania, które popularnie komentujemy, że komuś odbiło. Utrwalaniu silnego ładunku emocjonalnego sprzyjają tzw. ruminacje, czyli nadmierne analizowanie pewnych tematów czy minionych okoliczności. Poza przypadkami zaburzeń psychicznych czy zaburzeń osobowości (w których myśli przyjmują formę obsesji) ruminacje są kolejną strategią podejmowaną, żeby poradzić sobie z jakimś problemem. Zakładamy, że w ten sposób wyciągniemy wnioski na przyszłość i poczujemy się lepiej. Jednak w rzeczywistości tylko jeszcze bardziej nas przygnębiają.

W książce „Je rumine, tu rumines, nous ruminons” (Ja ruminuję, ty ruminujesz, my ruminujemy) francuski neurolog Bernard Anselem wyjaśnia, że za ruminacjami stoją trzy odrzucone emocje podstawowe: strach, złość i smutek. Jeśli rozpoznamy je i zamiast obwiniać się – odpuścimy, uwolnimy się od jałowego rozmyślania. Jego zdaniem dobre efekty przynosi praktyka uważności, która wspiera empatię i uczy współczucia dla siebie oraz umożliwia budowanie głębokich więzi. Jako metody doraźne można stosować na przykład strategię „stop”, czyli jeśli łapiesz się na tym, że znów rozmyślasz: „dlaczego on to powiedział?”, „jak mogła to zrobić?”, „po co w ogóle tam poszliśmy?”, powiedz głośno: Stop! Zamknij się! Dość!

Innym polecanym sposobem jest wyznaczanie kontrolowanego czasu na ruminacje i konsekwentne trzymanie się tych ram. Z każdym tygodniem ograniczaj długość i częstotliwość tych sesji.

Pamiętaj, że mózg jest jak pies, który szczeka, gdy za drzwiami poczuje kogoś obcego. W najlepszym wypadku przeszkadza ci to w rozmowie albo czytaniu książki, w dużo gorszym – może obudzić właśnie uśpione dziecko lub wywołać pretensje sąsiadów. Jednak tylko mało świadomy (albo naprawdę zdenerwowany) właściciel będzie miał za to pretensje do swojego czworonoga, raczej postara się go uspokoić, chwaląc za czujność i dając znak, że nie ma niebezpieczeństwa. Nie zawsze i zwykle nie od razu przyniesie to spodziewany efekt. Jednak wraz z treningiem – czasem pod okiem behawiorysty – będzie się to zmieniać. Podobnie podchodź do mózgu, który robi wszystko z myślą, żeby było ci lepiej. Jest jeszcze wierniejszy niż pies, bezustannie czuwa i nie pójdzie na spacer z kimś innym, więc kiedy następnym razem znów wyświetli ci przed oczami katastroficzny film, podziękuj mu za ostrzeżenie, daj nagrodę (na przykład kilka razy świadomie odetchnij albo uśmiechnij się do siebie lustrze) i powiedz, że wszystko będzie dobrze.

  1. Psychologia

Inspiracje na sierpień. Zadbaj o dobre relacje, odrzuć negatywne myśli i pokochaj siebie!

Trenerka Dagmara Gmitrzak radzi, aby w tym miesiącu skupić się szczególnie na dobrych relacjach z innymi oraz rozwijaniu miłości do samego siebie. (Fot. iStock)
Trenerka Dagmara Gmitrzak radzi, aby w tym miesiącu skupić się szczególnie na dobrych relacjach z innymi oraz rozwijaniu miłości do samego siebie. (Fot. iStock)
Latem znacznie częściej spotykamy się z innymi ludźmi. Jak sprawić, by były to ciepłe i piękne chwile? Trenerka Dagmara Gmitrzak radzi, by w sierpniu zadbać o dobre relacje, odrzucić negatywne myśli i skupić się na rozwijaniu miłości do siebie. 

Latem znacznie częściej spotykamy się z innymi ludźmi. Jak sprawić, by były to ciepłe i piękne chwile? Trenerka Dagmara Gmitrzak radzi, by w sierpniu zadbać o dobre relacje, odrzucić negatywne myśli i skupić się na rozwijaniu miłości do siebie. 

Ćwiczenie 1. Trzy perspektywy

Sprzeczka na wakacyjnym wyjeździe? Technika trzech perspektyw widzenia danej sytuacji – z poziomu „ja”, z poziomu drugiej osoby oraz z dystansu – może ci pomóc w naprawieniu popsutej atmosfery. Wybierz sytuację, z którą chcesz pracować, a która dotyczy ciebie i drugiej osoby. Teraz spójrz na nią z pozycji swojego „ja”: twoich potrzeb, pragnień, emocji, przekonań. Daj sobie na to kilka minut. Następnie wyobraź sobie, że jesteś w sytuacji drugiej osoby. Widzisz przez chwile świat jej oczami, czujesz jej potrzeby i pragnienia. Po jakimś czasie wejdź w trzecią rolę – obserwatora. Widzisz tę sytuację z zewnątrz, nie angażujesz się emocjonalnie, możesz obiektywnie przeanalizować wszystkie plusy i minusy. Na koniec sprawdź, co to ćwiczenie wniosło do twojego życia.

Ćwiczenie 2. Nie jesteś swoimi myślami

Jeśli mimo pięknej aury dopadł cię spadek nastroju, przyjrzyj się swoim myślom. Blake D. Bauer, mówca, nauczyciel oraz autor książki „You were not born to suffer”, zrozumiał, że przez całe życie identyfikował się ze wszystkimi myślami, które generował jego umysł, szczególnie tymi pełnymi lęku, niepokoju, pesymizmu i pozbawionymi nadziei. Wierzył, że były częścią jego „ja” i pozwalał, aby wpływały na jego samopoczucie. Pewnego dnia odkrył jednak, że jest taki aspekt „ja”, który można określić jako czystą świadomość albo wyższe „ja”. Aspekt, który jest ponad wszystkimi myślami generowanymi przez logiczny umysł. Zdaniem Bauera, cierpimy wtedy, gdy identyfikujemy się ze swoimi myślami. Radzi więc: „Nie wierz wszystkiemu, o czym myślisz. Myśli są falami oceanu świadomości. Zamiast identyfikować się z falami, bądź oceanem”. Pamiętaj o tym za każdym razem, gdy w głowie pojawi ci się natrętna i dołująca myśl.

Ćwiczenie 3. Ego i nieświadomość

Jak patrzeć na siebie i świat z perspektywy oceanu, a nie fal? James McCrae, strateg i kreatywny konsultant, twierdzi, że mamy dostęp do obu tych postaw, wystarczy przedłożyć pierwszą nad drugą. Druga to ego, czyli zawężony aspekt naszego „ja”, pierwsza to tzw. wyższe „ja”, znacznie szerszy jego aspekt. Zdaniem McCrae'a reprezentuje zwykle krytyczny i oceniający głos w naszej głowie, zaś wyższe „ja” – ciepły, troszczący się i pozytywny. Ego mówi: „Jestem ofiarą okoliczności”. Wyższe „ja” mówi: „Ja tworzę swoją rzeczywistość”. Ego mówi: „Nieprzewidywalność życia sprawia, że się boję”. Wyższe „ja” mówi: „Nieprzewidywalność sprawia, że czuję ekscytację”. Ego mówi: „Chcę zachować status quo”. Wyższe „ja”: „Jestem otwarty na zmiany i rozwój”. Ego mówi: „To porażka”. Wyższe „ja” mówi: „To doświadczenie życiowe”. Ego mówi: „Na szczęście trzeba zasłużyć”. Wyższe „ja” mówi: „Szczęście jest moim prawem”. A zatem, jeśli następnym razem uświadomisz sobie swój krytyczny głos, wypowiedz również zdanie, które jest jego przeciwieństwem, pozytywne i dodające ci skrzydeł. Później zdecyduj, na którym z nich warto skupić uwagę.

Ćwiczenie 4. Praktyka miłości do siebie w 7 krokach

Negatywne myśli to jedno, braki z dzieciństwa drugie. Jeśli jako dzieci nie doświadczyliśmy rodzicielskiego uczucia troski, miłości i czułości, jako dorośli będziemy odczuwać niedosyt tych uczuć. Możemy przyciągać partnerów, którzy co prawda zakochują się w nas, lecz po jakimś czasie stają się emocjonalnie niedostępni. Aby doświadczać miłości od innych, warto nauczyć się dawać ją sobie. Krok pierwszy: wybacz sobie różne sytuacje z życia. Krok drugi: zaakceptuj swoje fizyczne niedoskonałości. Krok trzeci: mów codziennie minimum jedno pozytywne zdanie na swój temat. Krok czwarty: zauważaj swoje mocne strony i umiejętności. Krok piąty: miej cierpliwość do swoich słabych stron. Krok szósty: nie krytykuj i nie obrażaj siebie. Krok siódmy: powtarzaj kilka razy dziennie: „Kocham i akceptuje siebie w pełni".

Ćwiczenie 5. Piękno niedoskonałości

Prawdą jest, że można uniknąć wielu problemów i zdusić je w zarodku, ale i to, że szczęście nie oznacza nieobecności problemów. Życie bez jakichkolwiek wyzwań i stresujących sytuacji jest niemożliwe. Wyzwania są częścią naszego życia, okazją do rozwoju wewnętrznego i przekraczania ograniczeń myślowych. Nie ma również czegoś takiego jak perfekcyjne życie. Wabi Sabi, japońska filozofia i sztuka życia, inspiruje do spoglądania na życie z większa akceptacją wszelkich niedoskonałości i wdzięcznością za to, co otrzymaliśmy. Japońskie przysłowie mówi: „W każdej trudnej sytuacji jest ziarenko szczęścia”. Warto o tym pamiętać, kiedy nie zawsze wszystko idzie po twojej myśli. Zamiast walczyć i płynąc pod prąd, zadaj sobie pytanie: jaki dar otrzymuję, gdy rzeczy nie płyną tak jak tego chcę? A kiedy sprawy chwilowo cię przerastają, weź oddech i kontempluj buddyjska mądrość: „Kwiat lotosu rozkwita w swym pięknie, mając korzenie zanurzone głęboko w mule”.

Ćwiczenie 6. Praktyka wewnętrznego uśmiechu

Oto technika, która zawsze poprawia samopoczucie. Zacznij od uniesienia kącików ust i daj sobie chwilę na odczucie tego uśmiechu. Zastanów się, jaka część twojego ciała jest obecnie spięta, boląca, osłabiona. Zamknij oczy, zlokalizuj ją i uśmiechnij się do niej. Poczuj, jak energia uśmiechu wypełnia ten organ. Wyraź mu wdzięczność, podziękuj za jego pracę i zdrowie. Teraz pomyśl, jaki kolejny organ potrzebuje twojego uśmiechu i wdzięczności. Kiedy go zlokalizujesz, uśmiechnij się do niego. Spróbuj rozszerzyć życzliwą uwagę na większą część ciała, aż wreszcie na całe ciało. Uśmiechnij się do niego. Podziękuj mu za dobrą kondycję. A na koniec podejdź do lustra, spójrz sobie w oczy i uśmiechnij się. Z życzliwością, czułością i miłością. Wyobraź sobie jakąś bliską osobę lub kogoś, z kim chcesz poprawić relację. Spójrz tej osobie w oczy i spróbuj się do niej uśmiechnąć. Możesz też powiedzieć jej coś pozytywnego.

Ćwiczenie 7. Synchronizacja półkul mózgowych

Połóż obie dłonie na głowie, prawą na prawej półkuli, a lewą na lewej. Oprzyj o coś łokcie, aby było ci wygodnie. Zamknij oczy i przenieś uwagę na wnętrze dłoni. Co czujesz? Ciepło, mrowienie, odczucie przyciągania dłoni do głowy? Pozostań w tej pozycji kilka minut, oddychając spokojnie. To ćwiczenie pomaga zsynchronizować obie półkule mózgu – lewą: związaną z logiką i mówieniem, oraz prawą: związana z uczuciami i intuicją. Najlepiej powtarzać je codziennie przez siedem dni.

 

  1. Styl Życia

Afirmujesz i masz!

Nasze afirmacje działają nie tylko, gdy wyzwolimy w sobie pozytywne emocje, ale także, gdy doznajemy przyjemności. Pomagają piękne widoki, zapach, las, park, morze, góry. (Fot. iStock)
Nasze afirmacje działają nie tylko, gdy wyzwolimy w sobie pozytywne emocje, ale także, gdy doznajemy przyjemności. Pomagają piękne widoki, zapach, las, park, morze, góry. (Fot. iStock)
Pozytywne myśli to żadna magia. To konkretne narzędzia do zmiany naszego życia. Używane świadomie mogą pomóc nam osiągnąć takie cele, jakich pragniemy – mówi Johanna Kern, nauczycielka rozwoju osobistego, pisarka, blogerka i reżyserka od 30 lat mieszkająca w Kanadzie.

Afirmację łatwo utożsamić z chciejstwem.
Bo to jest rodzaj chciejstwa, ale popartego pozytywną intencją. Wbrew pozorom myśli nie są tak abstrakcyjne, jak nam się wydaje, dobrze pokierowane dają konkretne korzyści. Wiedzieli o tym już starożytni filozofowie, mistycy, wpływowi ludzie, teraz potwierdzają naukowcy.

Na czym polega moc myśli?
Obecnie wyjaśnia to fizyka kwantowa, ale wiadomo to było od stuleci, nawet na poziomie wierzeń, a mianowicie, że absolutnie wszystko, co istnieje, jest energią, począwszy od komórek naszego ciała, poprzez florę, faunę, planety, galaktyki i wszystko inne we wszechświecie, w tym nasze myśli. Pierwsza zasada teorii kwantowej mówi, że rzeczywistość jest stworzona przez obserwatora, to znaczy: dopóki nie ma obserwatora, nic nie istnieje. Druga zasada – istnieje tak zwana połączalność, czyli wszystko, co kiedykolwiek na siebie oddziaływało, już na zawsze jest ze sobą związane. Tak więc na poziomie energii wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Tworzymy zatem świat nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Dlatego to nasze chciejstwo jest tak ważne. Można powiedzieć, że jakie chciejstwo, taka nasza rzeczywistość.

Nie możemy jednak afirmować czegoś nierealnego.
Możemy, tylko że nasza podświadomość to odrzuci, bo uzna takie myśli za niedorzeczne. Odrzuci na przykład afirmację: „Idę do banku i tam będzie czekał na mnie milion złotych”, bo nie jest ona zgodna z tym, co wie nasza podświadomość. To, co bowiem afirmujemy, musi się zgadzać z naszą wizją siebie, świata i z wizją tego, co ja określam jako wizję serca, czyli z tym, kim naprawdę pragniemy być. Tak więc afirmacja typu: „Jestem zdrowa”, jeśli jestem chora, „jestem bogata”, kiedy nie mam na rachunki, będzie nieskuteczna.

A kiedy stanie się skuteczna?
Kiedy będziemy praktykować ją krok po kroku. A zacząć powinniśmy od zmiany przekonań na własny temat. Dobrze najpierw zobaczyć, że naprawdę jesteśmy warci lepszego życia, lepszego losu. Dostrzec, że każdy człowiek na tej planecie, każda roślina i każde zwierzę, wszystko, co żyje, jest absolutnie unikalne. Pomyślmy na przykład: każde źdźbło trawy na trawniku przed naszym domem jest nie tylko inne od źdźbła na tym samym trawniku, ale od wszystkich źdźbeł na całym świecie. To samo z listkiem na drzewie, ze zwierzętami, także z człowiekiem. Warto dostrzec własną unikalność, wyjątkowość, fakt, że możemy decydować o swoim życiu, wnosić coś do życia innych. I powoli zacząć afirmować, na przykład mówiąc: Już wiem, że życie może mi przynieść dobro, czekam na coraz lepsze dni.

Nawet gdy jestem w dramatycznej sytuacji?
Nie mogę wtedy wmawiać sobie, że jest cudownie, bo moja podświadomość to wyśmieje, ale mogę powiedzieć to, co jest zgodne z prawdą, czyli: „Są momenty, że czuję się dobrze, czekam, aż będzie ich więcej”. Następna afirmacja: „Czuję się coraz lepiej, wierzę, że wyzdrowieję”. I kolejna: „Cieszy mnie, że wychodzę z choroby”. To samo, jeśli chodzi o sukces. Nie można od razu powtarzać: „Odnoszę sukces”, bo jeśli podświadomość widzi co innego, to tę myśl natychmiast odrzuci. Lepiej zacząć od stwierdzenia: „Coraz więcej umiem, wierzę, że mogę znaleźć wymarzoną pracę, być docenioną. Nie możemy przy tym tylko powtarzać tych zdań, nic nie robiąc. Trzeba pogłębiać swoje talenty, to oczywiste. Ale razem z rozwojem zawodowym trzeba też rozwijać sposób myślenia o sobie na coraz lepszy. Afirmowanie to stopniowe przekształcanie swoich wewnętrznych przekonań na coraz bardziej pozytywne.

To nie wygląda na dokarmianie ego?
Nie. Nie wmawiamy sobie przecież, że jesteśmy piękni, zdrowi i bogaci, ale akceptując siebie takimi, jacy jesteśmy, „ulepszamy się” w kierunku, w jakim chcielibyśmy podążać.

Jak to się dzieje, że afirmacje działają?
Najogólniej rzecz ujmując – nasz mózg zbudowany jest między innymi z neuronów, które się ze sobą komunikują. Każda nasza myśl wywołuje jakąś emocję, która powoduje wydzielanie substancji chemicznej, na którą z kolei reagują neurony. I jeżeli na przykład żyję w potwornym lęku, nic mi się nie udaje, tym samym wydzielam pewne substancje chemiczne, do których neurony się przyzwyczajają, tworząc tak zwane ścieżki neuronalne. I tak jak to ze ścieżką bywa, im częściej się po niej chodzi, tym jest głębsza, wyraźniejsza, w końcu staje się częścią naszego życia. Nowe pozytywne myśli wydzielają inne substancje chemiczne, powodują powstawanie nowych ścieżek neuronalnych. To tak jakbyśmy zaczęli chodzić przez trawnik nową wygodniejszą dróżką. Im częściej nią chodzimy, im częściej powtarzamy pozytywne myśli, tym mocniejsze staje się nowe powiązanie międzyneuronalne. Żeby utrwalić te ścieżki, potrzeba mniej więcej sześciu tygodni. I tyle samo czasu musimy przeznaczyć na to, żeby te poprzednie „zarosły”. Ale żeby całkowicie zmienić styl życia z negatywnego na pozytywny, potrzeba co najmniej sześciu miesięcy. W książce „365 (+) afirmacji pięknego życia” podpowiadam, jak to robić krok po kroku.

Wielu ludzi uważa, że afirmowanie jest nieskuteczne.
Afirmację trzeba robić rzetelnie. Jeżeli afirmujemy rano przez minutę, a przez cały dzień mamy negatywne myśli, to oczywiste, że wielość tych myśli stłamsi te kilka pozytywnych. Niektórzy uważają, że trzeba bez przerwy klepać afirmacje. Nieprawda. Trzeba ich użyć w odpowiednim momencie. Jeżeli afirmujemy przypływ pieniędzy, to najlepiej robić to nie wtedy, kiedy mamy pustą kieszeń, ale kiedy kupujemy sobie coś upragnionego, nawet bardzo taniego. Dobrze wtedy powiedzieć: „Cieszę się, że mam więcej, niż potrzeba mi na to, czego chcę”. Bo rzeczywiście coś kupujemy i dostajemy resztę. Trzeba używać takich okazji. Ważne jest, aby to, co afirmujemy, wywoływało jakieś uczucia. Jeżeli nie wywołuje, to przynajmniej sobie to wyobraźmy. Afirmacja działa, kiedy robimy ją w pozytywnych emocjach. Trzeba więc nauczyć się poznawać swoje emocje. I kiedy nie czujemy się dobrze, nie afirmujmy, pozwólmy sobie na odreagowanie, na smutek, płacz. Nie mówmy: „jest super”, w momencie kiedy płaczemy i jest nam smutno. Afirmacja wtedy nie zadziała. W tragicznych chwilach trudno użyć pozytywnej afirmacji, lepiej wtedy powiedzieć: „Wybieram, aby czuć się coraz lepiej”. „Wybieram” to bardzo ciekawe słowo. Bo skoro wybieram i powtarzam tę intencję, to powoli tak się stanie, w pewnym momencie wytworzą się bowiem nowe ścieżki neuronalne. Pamiętajmy, że nasze afirmacje działają nie tylko wtedy, gdy wyzwolimy w sobie pozytywne emocje, ale także kiedy doznajemy przyjemności. Pomagają piękne widoki, zapach, las, park, morze, góry. Co ciekawe, natura bardzo wzmacnia afirmacje, a to z kolei wiąże się z tak zwanymi falami mózgowymi alfa, bardzo pomocnymi w skutecznej nauce.

Nie w głowie nam afirmacja, kiedy na przykład tracimy pracę.
Trzeba dać sobie czas na przeżycie każdej straty. A po pierwszym szoku powoli zacząć wzmacniać działania pozytywnymi myślami. Być może okaże się, że trudne doświadczenie tak nas rozwinie, że dzięki niemu znajdziemy dużo lepszą pracę. Człowiek nie jest w stanie zaradzić żadnym problemom, jeśli się podda. W stanie depresji musi iść do lekarza. Ale jeśli pozwoli sobie na odreagowanie, rozluźni się i zacznie pozytywnie myśleć, to często pod wpływem tych myśli rzeczywistość układa się jak plastelina. Afirmacje to żadna magia. To konkretne narzędzia do zmiany naszego życia. Używane świadomie mogą pomóc nam osiągnąć takie cele, jakich pragniemy.

Masz na to jakieś dowody?
Moje życie jest najlepszym dowodem. 30 lat temu znalazłam się na emigracji. Byłam wtedy bardzo młoda, nie znałam języka, nie wiedziałam, jak zdobyć pracę, przyjaciół, akceptację. I mimo to myślałam pozytywnie, nie zdając sobie, oczywiście, sprawy z tego, że afirmuję. Efekt był taki, że osiągnęłam bardzo wiele. Dostałam się na Uniwersytet w Toronto na wydział filmowy, gdzie aplikowało ponad 40 osób na miejsce, bo to jedna z najlepszych szkół w Kanadzie. Musiałam bardzo szybko nauczyć się języka na wysokim poziomie. Ukończyłam studia jako najlepsza, a jeszcze w czasie studiów zaczęłam robić filmy krótkometrażowe, które zdobyły uznanie krytyków. Od razu po studiach dostałam pracę przy produkcji filmów fabularnych dla kampanii filmowej Great Western Paradise Films, potem już w swojej kampanii filmowej zrobiłam własny film fabularny z gatunku fantasy „Kraina cieni: legenda”, który też odniósł sukces. Można by powiedzieć, że tworzyłam własną rzeczywistość w sposób bardzo precyzyjny, przemyślany, choć prawda jest też taka, że ja po prostu myślałam pozytywnie i ufałam temu, co mi podpowiadał mój wewnętrzny głos.

Jak to się stało, że zajęłaś się rozwojem osobistym?
Zawsze dzieliłam się z innymi moimi pasjami. Zarówno artystycznymi, jak i – potem – tymi związanymi z rozwojem, karierą. Od momentu, kiedy wiem, jak świadomie stwarzać swoją rzeczywistość, przekazuję tę wiedzę innym. Życie może być naprawdę cudownym doświadczeniem, a nie odklepywaniem dnia po dniu i czekaniem, aż ktoś za nas coś zrobi albo nasze problemy same się rozwiążą. Otóż nic samo się nie rozwiąże. Swoje doświadczenia opisałam w książce autobiograficznej „Mistrz i zielonooka nadzieja”. Jestem przekonana, że można wyzwolić się z własnych opresji myślowych, emocjonalnych, zdrowotnych.

Tobie udało się wyjść z ciężkiej choroby. Pomogło afirmowanie?
O tak. Po wypadku, w którym złamałam łokieć, zapadłam na ciężką neurologiczną chorobę, tak zwany zespół Sudecka. Cierpiałam potworny ból dzień po dniu, bo leki przeciwbólowe nie działały. Ludzie w takim stanie popełniają samobójstwa. Dowiedziałam się, że mogę cierpieć do końca życia. Przyjęłam to do wiadomości, ale mam taką cechę, że nie stawiam „nie” przed przymiotnikami. Niemożliwe jest dla mnie możliwe, nieuleczalne uleczalne. No i w tym chronicznym bólu, kiedy nie mogłam wykonywać swojego ukochanego zawodu, czyli robić filmów, kiedy nie mogłam się w ogóle poruszać, bo każdy ruch sprawiał ból, powiedziałam sobie: „Jeżeli będę myślała o bólu, to moje życie stanie się rzeczywiście nieuleczalne. Postanowiłam: „Niech boli ręka, ale ja mam przecież zdrowe serce, głowę i drugą rękę”. I tą zdrową ręką napisałam dwie książki, za które w krótkim czasie dostałam cztery nagrody w USA. Wierząc, że tak jak uleczalne są nasze myśli, tak uleczalne jest ciało, zaczęłam afirmować zdrowie i stosować alternatywne metody leczenia. Powoli ból ustępował. Teraz jeszcze czasami się odzywa, ale w niewielkim stopniu. Cały czas świadomie buduję nowe ścieżki neuronalne.

Twój mąż, dużo od ciebie młodszy, o którym mówisz, że go sobie wymarzyłaś, też jest owocem afirmacji?
No oczywiście! Wyszłam za mąż 12 grudnia 2012 roku, kiedy miał być koniec świata. Dwa miesiące później miałam wypadek. Mąż, który nigdy nie miał takich obowiązków na swoich barkach, zajmował się mną, czuwał przy mnie dzień i noc. Dzięki temu mogliśmy przeżyć czas o wiele intensywniej. Jesteśmy razem niespełna trzy lata, a ja czuję, jakbyśmy przeżyli dziesięć razy tyle. Dzięki chorobie przekonałam się, jakim mąż jest wspaniałym mężczyzną – pomocnym, opiekuńczym, wrażliwym. Kiedy zdarzyło się to nieszczęście, nie usiedliśmy i nie płakaliśmy, tylko powiedzieliśmy sobie: „Jakież to cudowne wyzwanie w naszym małżeństwie, możemy się sprawdzić, zobaczyć, czy to trudne doświadczenie nas umocni”. I umocniło! Mam takiego męża, jakiego sobie wymarzyłam, mam takie życie, jakie sobie wymarzyłam, choć było trudne: mój tata został zamordowany, gdy miałam półtora roku, potem emigrowałam z kraju, zachorowałam. Zawsze jednak myślałam pozytywnie. Moja pierwsza afirmacja tuż po przyjeździe do Kanady, jeszcze nieświadoma, była taka: „No, to teraz zbuduję sobie takie życie, jakiego pragnę”. Nie miałam złudzeń, wiedziałam, że nie wszystko będzie szło jak z płatka. I kiedy zdarzały się trudne chwile, mówiłam sobie: „To bardzo ciekawa przygoda, widocznie czegoś ma mnie nauczyć”. Wyciągałam z niej wnioski i szłam do przodu.

Jak z perspektywy emigrantki widzisz naszą polską specyfikę myślenia?
Rozumiem ją. Polacy przez stulecia byli pod opresjami: zaborów, okupacji, totalitaryzmów. Powtarzali: „Jest mi źle, jestem ciemiężony”. Dzieci słuchały rodziców i jako dorośli powtarzały to samo. W umysłach Polaków wytworzyły się więc ścieżki neuronalne, które „każą” im właśnie tak postrzegać rzeczywistość. Ale można zmienić sposób myślenia, odnaleźć radość życia. Problemy i kłopoty będą pojawiać się w naszym życiu ciągle. Raz jesteśmy zdrowi, raz chorzy, raz czujemy się dobrze, raz źle, raz nam wychodzi w pracy, raz nie. To normalne, to są tylko doświadczenia, które nas rozwijają. Nie ma co skupiać się na tym, co nas dołuje, tylko na tym, co pozytywne. Biologicznie jesteśmy zaprogramowani, żeby być optymistami, żeby stwarzać sobie coraz lepsze warunki do życia, to nasza przyrodzona natura.

Pesymistyczne nastawienie też działa, tylko negatywnie – jak samospełniająca się przepowiednia.
Oczywiście. Nasze myśli można porównać do fal radiowych, bo też mają pewną częstotliwość, wibracje, zasięg. Gdy wysyłamy pesymistyczne myśli, one przyciągają te o podobnej częstotliwości. Nasz umysł szuka ludzi podobnie myślących. Nawet jest takie powiedzenie – ktoś nadaje na tych samych falach.

Pomoc ludziom w zmianie myślenia to twoja misja?
Dzielę się z ludźmi metodą znaną od starożytności, ja jej nie wymyśliłam, tylko ulepszyłam w taki sposób, żeby trafiła do absolutnie każdego człowieka. Świat sprzyja nam w tym, żebyśmy byli szczęśliwi. Jeżeli tak się nie czujemy, to tylko dlatego, że narozrabialiśmy na taką skalę, że zniszczyliśmy swoje szczęście, albo dlatego, że skupiamy się na czymś innym. Cała przyroda, ewolucja świata wspierają to, co pozytywne i budujące. I tylko to przetrwa.

Johanna Kern
nauczycielka rozwoju osobistego, propagatorka afirmacji jako narzędzia do osiągania życiowych celów, autorka interaktywnej strony internetowej www.johannakern.pl, gdzie można znaleźć wiele materiałów do słuchania, oglądania i czytania oraz blog. Z wykształcenia aktorka i reżyserka. Ma na koncie filmy krótkometrażowe i film fantasy „Kraina cieni: legenda”, do którego muzykę skomponował Romuald Lipko (Budka Suflera). Pisarka. Jej kilkakrotnie nagradzana książka „Mistrz i zielonooka nadzieja” została przetłumaczona także na język polski.

 

  1. Styl Życia

Sztuka afirmacji, czyli dialog z podświadomością. Jak afirmować na co dzień, by przynosiło to rezultaty?

Do zapisywania afirmacji  przyda się specjalny zeszyt - to znakomita zachęta do codziennej praktyki. (Fot. iStock)
Do zapisywania afirmacji przyda się specjalny zeszyt - to znakomita zachęta do codziennej praktyki. (Fot. iStock)
Jak przejść przez czas odosobnienia i kwarantanny i zachować dobrą kondycję psychiczną? - Jako psychoterapeutka szczególnie polecam pisanie afirmacji. Trzeba pisać same afirmacje, ale i nasze reakcje na nie. Dopiero wtedy następuje zmiana myśli - radzi Katarzyna Miller. Spróbujmy więc rozmowy z naszą podświadomością!

Jak przejść przez czas odosobnienia i kwarantanny i zachować dobrą kondycję psychiczną? - Jako psychoterapeutka szczególnie polecam pisanie afirmacji. Trzeba pisać same afirmacje, ale i nasze reakcje na nie. Dopiero wtedy następuje zmiana myśli - radzi Katarzyna Miller. Spróbujmy więc rozmowy z naszą podświadomością, odkrywając prawdziwą moc afirmacji!

Afirmacja (z łac. afirmatio – potwierdzenie) oznacza wyrażenie zgody, uznanie czegoś za fakt, prawdę. To, co nasza podświadomość ocenia jako prawdziwe, staje się naszą rzeczywistością. Jeśli przyjęliśmy, że duże pieniądze nie dają szczęścia, trudno, byśmy stali się ich szczęśliwymi posiadaczami (choć nieszczęśliwymi i owszem). Podświadomość przechowuje mnóstwo takich programów – stworzonych na podstawie obiegowych opinii, komunikatu wygłoszonego (nawet jednorazowo) przez ważną dla nas osobę czy pod wpływem brzemiennej w skutki sytuacji.

Zadaniem tych programów (wzorców) jest dbać o nasze bezpieczeństwo – w pewnym sensie tworzą nam mapę świata, dzięki czemu łatwiej możemy poruszać się w terenie. Z tym, że w miarę jak się rozwijamy, taka mapa może się okazać nieaktualna. Informacje zakodowane w dzieciństwie, np. „nieposłuszeństwo i sprzeciw są karane” czy „jeśli wszystko zjem, dostanę nagrodę”, w pewnym momencie nie chronią, ale ograniczają. Wtedy warto przekonać podświadomość, by zastąpiła je nowymi.

Posługując się afirmacjami, uczymy podświadomy umysł nowych sposobów myślenia, wyobrażeń na temat nas samych i świata, korzystniejszych dla siebie zasad gry. Tak długo, aż je zaakceptujemy i zaczniemy wcielać w życie.

Najlepszą techniką afirmacji jest zapisywanie ich na kartce.
Należy je pisać codziennie, przez co najmniej 21 dni (gdybyśmy z jakichś powodów wypadli z rytmu, za każdy opuszczony dzień dokładamy kolejne trzy). Dobrze jest wrócić po jakimś czasie do „przepracowanych” już treści, by je odświeżyć i utrwalić – to klucz do skutecznej afirmacji..

Zasady prawidłowych afirmacji

Afirmacja to pozytywne zdanie dotyczące nas samych: poczucie własnej wartości, bezpieczeństwa, celów życiowych, związków, finansów, emocji, zdrowia, wyglądu, czyli wszystkiego, co uważamy za ważne i co chcielibyśmy zmienić. Aby je sformułować tak, by podświadomość przerobiła je na nowy, efektywny program, trzeba znać kilka ważnych zasad wpływających na moc afirmacji:

1. Wszystkie stwierdzenia (o wyjątkach dalej) formułuj w czasie teraźniejszym. Jeśli zasugerujesz podświadomości: „Będę dbał o swoje zdrowie”, będzie to oznaczało dla niej bliżej nieokreśloną przyszłość – podświadomość nie zna pojęcia czasu, dla niej wszystko dzieje się tu i teraz.

2. Zrezygnuj ze słów: „chcę”, „pragnę”, „potrzebuję”. Posługując się nimi przekonujesz podświadomość o swoich pragnieniach, a przecież nie o to chodzi w skutecznej afirmacji, by trwać uparcie w chceniu czy dążeniu, utrwalać w sobie stan niespełnienia, ale by urzeczywistnić konkretne cele: być zdrowym, bogatym, mieć satysfakcjonującą pracę, szczęśliwy dom.

3. Pomijaj słowo „nie”. Prawdopodobnie podświadomość w ogóle je omija. Zresztą skoro masz się przeprogramować na pozytywne myślenie po co przywoływać to, co nas trapi i ogranicza? Zamiast: „Nie denerwuję się”, pisz (mów) afirmację uwalniające: „Zawsze zachowuję spokój”.

4. Treść skutecznej afirmacji musi zostać najpierw zaakceptowana – nie dogadamy się z podświadomością, faszerując ją kłamstwami. Wmawianie sobie zdrowia podczas choroby nie przyniesie rezultatów. Ale możesz afirmować, że czujesz się coraz lepiej. Trudno też utrzymywać: „Mam oszczędności na koncie”, jeśli akurat odnotowałaś debet. Ale możesz zadecydować: „Otwieram się na lepsze zarządzanie domowym budżetem”. Ważne jest, przy tym, jak podświadomość rozumie pewne kluczowe pojęcia.

5. Na podświadomość mocno działa słowo pisane, dlatego dobrze jest pracować z afirmacjami na piśmie.

Przyda się specjalny zeszyt - to znakomita zachęta do codziennej praktyki.

I jeszcze dwie bardzo istotne kwestie: w afirmacjach używamy własnego imienia, a każde zdanie zapisujemy w trzech osobach (co najmniej pięć powtórzeń dla każdej).

Ja, Marta, jestem chciana i kochana (x 5). Ty, Marta, jesteś chciana i kochana (x 5). Ona, Marta, jest chciana i kochana (x 5).

Chodzi o to, że często przyswajaliśmy negatywne opinie na własny temat wygłaszane przez innych („Jesteś...”, „Marta jest...”). Pracujemy nad tym, by przeprogramować je na wszystkich możliwych poziomach.

 

Porozmawiaj ze swoją podświadomością, wykorzystując moc afirmacji

Pisanie afirmacji nie jest zwykłym, mechanicznym odrabianiem pracy domowej, to prawdziwy dialog z podświadomością. Nowe, pozytywne treści siłą rzeczy natrafiają w niej na stare, mocno zakorzenione programy. To powoduje zwarcie, konflikt – podświadomy umysł zna inną „prawdę”, broni swoich „racji”.

Może się więc zdarzyć, że będziemy afirmować pracę, zarobki albo udany związek, a podświadomość zareaguje sprzeciwem: jesteś na to za głupi, za brzydki... Nie ignoruj takich sygnałów – to jak zamiatanie śmieci pod dywan. Każdy sprzeciw, opór to informacje o tym, co przeszkadza nam w osiągnięciu celu.

Co z takim negatywnym wzorcem zrobić? Rozwiązaniem jest tzw. kolumna reakcji – margines po prawej stronie, na którym zapisujemy wszystkie sabotujące zmianę przekonania. To podpowiedź, z czym trzeba jeszcze popracować, innymi słowy – materiał do kolejnych afirmacji uwalniających, np.: „Jestem dość inteligentny, by mieć przyjemną, spełniającą moje ambicje, dobrze płatną pracę”, „Jestem wystarczająco atrakcyjny, by być w zdrowym, w pełni satysfakcjonującym związku...”.

Bardzo dobrym sposobem na dokopanie się do negatywnych programów jest regresing – sesje oddechowe pozwalające cofnąć się do źródła niekorzystnego zapisu i pozbycie się go – w to miejsce łatwiej będzie wprowadzić nowy. Na szczęście nawet najbardziej destrukcyjne wzorce można zastąpić pozytywnymi.

Afirmacje - od czego zacząć? Jak afirmować?

Przede wszystkim nazwijmy problem, z którym się borykamy, ustalmy, co chcielibyśmy zmienić. Potem skupmy się na tym, co jest przeciwieństwem tego stanu rzeczy, co da nam satysfakcję i spełnienie w danej dziedzinie życia. Bardzo ważne jest więc wytyczenie sobie konkretnego celu. Jeśli jest nim szczupła sylwetka, nie ma potrzeby afirmować, że jemy o połowę mniej albo zdobywamy pieniądze potrzebne na kurację odchudzającą. Może się przecież okazać, że diety i zabiegi nie poskutkują albo że pieniądze, które do nas przyjdą, wydamy na inne cele. Świat dysponuje nieograniczoną liczbą rozwiązań dla każdej sytuacji. Zaufajmy, że afirmując, np.: „Z każdym dniem jestem szczuplejsza, aż do osiągnięcia najwłaściwszej dla mnie wagi”, znajdziemy najkorzystniejszy sposób pozbycia się zbędnych kilogramów.
Tekst skutecznej afirmacji powinien być prosty, krótki, jednoznaczny i jak najbardziej nasz. Chodzi o to, by słowa przemawiały do naszego wnętrza, działały na nas, żeby je poczuć.
Przyjmuje się, że lepiej jest unikać wszelkich negatywnych określeń, czasem jednak – gdy zmagamy się z wyjątkowo trudnym problemem – warto odwołać się do afirmacji uwalniających, np.: „Ja, Andrzej, uwalniam się od nałogu palenia...”. To dobry sposób na to, by na przykład pożegnać się ze szkodliwymi nawykami. Ale bardzo ważne jest, by pokazać podświadomości, że nic nie traci w związku z tą rezygnacją, zaproponować jej w zamian coś atrakcyjnego. W tym celu dodajemy formułę „na rzecz...” (ufności i lekkości, doskonałego zdrowia, wolności, świeżego oddechu) albo afirmację uzupełniającą (np. „Ja, Andrzej, żyję na luzie, płynę z nurtem”, „Ja, Andrzej, wybieram doskonałe zdrowie” itp.).

Do afirmacji uwalniających można też zaliczyć te wybaczające. Wszelkie urazy – gniew, żal, poczucie krzywdy – blokują życiową energię, sprawiają, że tkwimy w schematach, w starych strukturach. Wybaczając sobie i innym, odblokowujemy ogromne zasoby energetyczne, które możemy spożytkować na poprawę jakości naszego życia. W afirmacjach wybaczających używamy wyjątkowo czasu przeszłego, np.: „Ja, Anna, wybaczam mężowi, że mnie okłamywał”. To ważne – nawet jeśli miałoby się okazać, że sprawca nie zmienił jeszcze swoich zwyczajów. Przy okazji: afirmacje nie są do tego, by zmieniać innych. Nie pisz: „Wszyscy myślą i mówią o mnie, że jestem mądry i piękny” – lepiej popracuj nad poczuciem wartości albo nad przyciąganiem przez afirmacje uwalniające do swojego otoczenia osób, które doceniają inteligencję i atrakcyjność. Nie pisz też: „Mój szef Tadeusz lubi mnie i chwali”. Raczej: „Pracuję w idealnych dla siebie warunkach, z idealnymi dla mnie ludźmi”. Może się okazać, że naszym szefem będzie ktoś o innym imieniu. Albo nawet że sami obejmiemy kierownicze stanowisko.

Myśl, słowo, czyn

Czasem rezultaty pracy pojawiają się bardzo szybko, innym razem na działanie mocy afirmacji trzeba poczekać. Na pewno nie należy się zniechęcać skutkami ubocznymi. Podświadomość będzie się buntować przeciwko zmianom, być może podsuwając jako argumenty nieprzyjemne obrazy z przeszłości, wyparte wspomnienia, a nawet przyciągając różne przeszkody. Potrzebne będą ufność i determinacja, świadomość, że tak właśnie przebiega proces oczyszczania. Przyda się też – jak w każdej długoterminowej pracy – cierpliwość, łagodność, wyrozumiałość dla samego siebie. Podczas pisania skutecznych afirmacji niewskazany jest pośpiech – dobrze jest dać sobie więcej czasu, żeby skupić się na treści, poczuć ją, być w bliskim kontakcie ze sobą. Sprzyja temu głęboki oddech, wypowiadanie zdań na głos, wizualizacja celu.

Niektórzy powtarzają afirmacje przy wykonywaniu różnych czynności, inni nagrywają je, a potem odsłuchują, jeszcze inni wypowiadają przed lustrem albo wieszają karteczki z ich treścią w widocznych miejscach w mieszkaniu. Każdy sposób jest dobry, jeśli go polubimy i ocenimy jako skuteczny.

Afirmację możemy uznać za spełnioną, kiedy jej treść przestaje budzić w nas emocje – po prostu staje się naszą prawdą, gotową do urzeczywistnienia. I jeszcze jedno: samym pisaniem afirmacji nie przyciągniemy tego, czego pragniemy. Przygotują one pole do skutecznych działań, co nie znaczy, że obędzie się bez tych ostatnich. Bo – wiadomo – by móc wykorzystać pełną moc afirmacji, za myślą i słowem muszą pójść czyny.

  1. Psychologia

Nie bierz wszystkiego do siebie! Jak być mniej urazowym?

Nie każda rzecz, jaką słyszymy czy obserwujemy, jest warta tego, by poświęcić jej uwagę i czas, a co dopiero, by nosić ją niczym zadrę w sercu. (Fot. iStock)
Nie każda rzecz, jaką słyszymy czy obserwujemy, jest warta tego, by poświęcić jej uwagę i czas, a co dopiero, by nosić ją niczym zadrę w sercu. (Fot. iStock)
Przecież nie każda rzecz, jaką słyszymy czy obserwujemy, jest warta tego, by poświęcić jej uwagę i czas, a co dopiero, by nosić ją niczym zadrę w sercu. A jednak wiele osób tak właśnie postępuje, przyczyniając się do własnego cierpienia. 

Brać coś do siebie to znaczy wpuszczać w siebie głęboko różne opinie, komentarze i uwagi rzucone w naszym kierunku albo zwyczajnie w przestrzeń. I tak, ktoś usłyszy uwagę, nawet nieżyczliwą, i wzruszy ramionami albo się uśmiechnie. Powie: „Może i taki jestem, ale cóż z tego? Każdy coś ma” albo: „Może i ty masz rację, ale ja się tym niespecjalnie przejmuję” lub: „Jeśli ci przykro, to ja cię bardzo przepraszam”. Natomiast ktoś inny – bardziej urazowy i jak ja to mówię: elektryczny na swoim punkcie – nie zareaguje, „zatka się”, ale za to „połknie żabę”. Powiedziałabym, że on nawet jest na to nastawiony. Chodzi po świecie i wypatruje, gdzie mu chcą zaszkodzić albo dokuczyć. I to jest paradoks – bo z jednej strony jest biedny i poniewierany przez innych, a z drugiej najważniejszy, bo przecież WSZYSCY chcą mu dokuczyć.

Co zrobić z niechcianym prezentem?

Brać WSZYSTKO do siebie, to znaczy uważać, że ONI właściwie o niczym nie myślą, tylko o mnie. To, co mówią, odnosi się do mnie, co czują, odnosi się do mnie, wszystko, co im się podoba i nie podoba… No egocentryzm pierwszej wody. Przejawiają go zwykle ludzie albo ze zbyt wysoką samooceną, albo z za niską. Jedna i druga jest zaburzeniem samooceny. Ktoś może mieć jeszcze nierówną samoocenę, czyli raz za wysoką, a raz za niską, ale zarówno jedna, jak i druga jest nieadekwatna. Nie bazuje bowiem na rzeczywistości i racjonalnej ocenie, a raczej wynika z kompleksów, wymyśleń, obaw, brudów, pragnień, wymarzeń i wyobrażeń na własny temat. Zresztą nic dziwnego, że ktoś, kto jest tak bardzo zajęty sobą, uważa, iż inni się też tylko nim zajmują. Taki typowy przykład: X idzie ulicą, po drugiej stronie stoi grupka osób, które się śmieją. Jego pierwsza myśl: „Śmieją się ze mnie”. Albo na korytarzu w firmie kilka osób rozmawia w ożywiony sposób, on się zbliża, a oni zniżają głosy… I znów to przekonanie, że mówili o nim, a oni po prostu nie chcieli, by ktoś ich usłyszał.

Niestety, wychowuje się nas głównie przez negację, nic dziwnego, że się jej kurczowo trzymamy. W kółko słyszymy: „A nie zrobiłeś”, „A zapomniałaś”, „Znów ci się nie udało”, zamiast: „Świetnie ci wyszło, a następnym razem wyjdzie jeszcze lepiej”. Dorastamy w ciągłym braku akceptacji i niespełnieniu, i to często zostaje na całe życie. I jeśli ktoś rzuci w przestrzeń negatywną uwagę, to my zaraz zabieramy ją do siebie, bo nasza. Ciekawie byłoby zrobić badanie, w którym kilkanaście osób siedzi w pokoju i ktoś rzuca tekst o negatywnym zabarwieniu. Ile osób wzięłoby go do siebie? Niestety, obawiam się, że wyglądałoby to tak: „To na pewno było o mnie”, „A właśnie, że o mnie”. A przecież to my decydujemy, czy weźmiemy daną rzecz do siebie. Nawet jeśli jest do nas zaadresowana. Jak w tej przypowieści, kiedy przychodzi do mistrza kandydat z pytaniem, czy ten go przyjmie na naukę. Mistrz odmawia, a on zaczyna mu złorzeczyć i obrzucać go najgorszymi obelgami, że wcale go nie potrzebuje, że nie jest taki mądry, jak mu się wydaje… Mistrz znosi to w spokoju, w końcu tamten odchodzi. Uczniowie, którzy byli świadkami tej sceny, pytają: „Ale jak mogłeś pozwolić mu się tak potraktować, mistrzu? Dlaczego nie zareagowałeś?”. Na co mistrz: „Jeśli ktoś chce ci coś dać, ale ty tego nie przyjmujesz, to kto zostaje z tym darem?”.

Boli, ale nie z mojej winy

Nadmiarowy urazowiec to wyjątkowy przypadek. Czy na terapię? Tak, ale ja nie bardzo lubię prowadzić terapię takiej osoby, bo ona (właśnie!) wszystko będzie brać do siebie. Powiedz jej dużo dobrych rzeczy i jedną mniej przyjemną, i koniec – ty też się na nią uwzięłaś, też jej nie lubisz albo ty też jesteś niedobra. Bo to często o to właśnie chodzi, że to jest święta osoba, a wszyscy inni są niedobrzy. I tylko jej dokuczają. Ludzie elektryczni na każdym kroku znajdują odrzucenie, w związku z tym sami odrzucają. Mówią sobie: „Nie będę się odzywać”, „Nie będę się spotykać”, „Nie wytłumaczę”, „Nie zapytam, o co chodziło, bo to będzie poniżej mojego honoru”. Włącza się im taka wypaczona honorność na zasadzie: „Nie będę się prosić, nie chcą mnie, to nie”.

Nie chcę powiedzieć, że dla takich osób nie ma ratunku, bo ratunek jest zawsze, jeśli chcesz być uratowany. Ale żeby taka osoba chciała się uratować, musi najpierw zobaczyć, co sama sobie robi. I choć jej urazowość jest „spadkiem” z dzieciństwa, to teraz jest dorosła i warto by już brać odpowiedzialność za swoje zachowanie. Jeśli zauważy, że to ona wykrzywia rzeczywistość, a nie że wszyscy wykrzywiają się na nią, i jeśli nie tyle się tego przestraszy, co zainteresuje i uwierzy, że zmiana jest możliwa – to wtedy można nad tym syndromem pracować. To nie jest wcale taka smutna konstatacja: „Sam sobie to robię”, bo jej efektem jest stwierdzenie: „To znaczy, że mogę przestać to robić”. Żeby przejrzeć na oczy, nie wystarczy poczucie, że jest się nieszczęśliwym, musi być w człowieku jakiś kawałek zdrowego Dorosłego, który zobaczy, że mogłoby być inaczej, lepiej, spokojniej. Jednak jeśli człowiek gra latami w grę pt. „Jestem najbardziej nieszczęśliwy”, łatwo z tego nie zrezygnuje, bo ma dzięki niej zbyt dużo głasków wewnętrznych: „Jestem najbardziej poszkodowana, najbardziej zostawiona”, „Jestem królową biedy”. I kiedy ta gra się kończy i pojawi się konstatacja: „Nie jestem wyjątkowa, jestem przeciętna, taka jak inni”, to nie dla każdego jest to do przyjęcia. Bo co mi zostanie, gdy oddam tę swoją biedę? Czasem bywa, że niewiele albo nic.

Urazowość, choć nie zawsze taka skrajna, jest dość powszechnym zjawiskiem w historii ludzkości, choć u różnych ludzi występuje, oczywiście, w różnym natężeniu. Działa na zasadzie rekompensaty: coś mi się w sobie nie podoba, z czegoś nie jestem dumny, ale mam na to wytłumaczenie. To inni się mnie czepiają albo są zazdrośni.

Przyjrzeć się wiadru pomyj

Cenną umiejętnością jest nie brać do siebie rzeczy do nas nieskierowanych, ale prawdziwą sztuką jest nie przyjmować do siebie rzeczy wypowiedzianej do nas ze złą intencją.

Jeśli ktoś jest na nas zły, warto go oczywiście przeprosić (jeżeli jest za co), możemy też nie pamiętać tego, co nam zarzuca albo poprosić o wyjaśnienie. Jeśli jednak ktoś nas miesza z błotem niezależnie od naszej pozytywnej postawy (przeprosiliśmy, przyznaliśmy się do winy czy powiedzieliśmy, że nie przypominamy sobie takiego zdarzenia) to znaczy, że ma w tym interes. A ten interes to „bardzo potrzebuję się na kogoś wyzłościć”. Może to być sprawa hierarchii dziobania, że na osoby ważniejsze i trudniejsze nie można się wściec, bo nas zwolnią lub ukarzą, a np. na bliską osobę już można, bo nas kocha.

Prawdziwa sztuka polega na tym, by reagować na zarzuty pod naszym adresem z miejsca głębokiego osadzenia w sobie. Nie chodzi o to, aby być zamkniętym na krytykę i by nagle nikt nie mógł nam niczego powiedzieć, ale żeby zdać sobie sprawę, gdzie jest nadmiar czyjejś intencji, by upłynnić własne brudy. To się nazywa „projekcja” – zrzucanie na kogoś winy, którą de facto mamy w sobie. Miałam taki okres w życiu, że kiedy ktoś w mojej obecności zrobił coś niefajnego, to ja to bardzo mocno wybijałam, podkreślałam. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że moja nadmierna sprawiedliwość, praworządność i święte oburzenie na pewne praktyki brały się z tłumionego wkurzenia na matkę. Skrzętnie korzystałam z okazji, w której moja reakcja była usprawiedliwiona – w końcu okazywałam ją w słusznej sprawie i mogłam wsadzić w nią mnóstwo nierozładowanego gniewu i poczucia bezradności.

Dlatego jeśli ktoś wylewa na nas „wiadro pomyj”, mogłoby nas to w ogóle nie dotykać, bo prawdopodobnie nie chodzi mu o nas. No, chyba że trafi w nasz czuły punkt. To wtedy wychodzimy z tego starcia bardzo obolali. Jeśli jednak mamy zdrowy stosunek do siebie, czyli akceptujemy siebie ze wszystkim, w tym z własnymi brudami, to mniej nas boli, że ktoś nas trafił. Mówimy wtedy: „No tak, masz rację, jestem bałaganiarą”. Albo: „Czasem potrafię się zachować niefajnie, przepraszam”, „Postaram się robić to jak najrzadziej”, ale nie będziemy się przecież z tego powodu truć. Jeśli jednak mamy w sobie silnie rozbudowanego Krytyka Wewnętrznego, a do tego nieszczęśliwe Wewnętrzne Dziecko, to będziemy się tym truć latami. Ile to razy słyszałam od kobiet: „Bo teściowa pierwszego dnia spojrzała się na mnie i wypaliła: ale żeś sobie wybrał. Nigdy jej tego nie zapomnę”. Oczywiście, teściowa się zachowała nieładnie i powiedziała bardzo przykrą rzecz, ale pomyśl sobie, że może ona jeszcze nie pogodziła się z tym, że swojego syneczka oddaje jakiejś babie. Można powiedzieć, że to ty wygrałaś, bo zabrałaś jej dziecko, jeśli jest typem takiej zawłaszczającej matki. Rozumiem, że młoda dziewczyna mogła się poczuć źle w takiej sytuacji, ale po paru latach powinna sobie już dać spokój. A nie podlewać i hodować tę wewnętrzną nienawiść w sobie, bo kiedyś została zraniona. Strasznie dużo osób tak robi. I to ciągnie się w nieskończoność i przejawia różnymi podjazdami, wojnami, a nawet wrzodami.

Kiedy coś, co ktoś zrobił lub powiedział, dotyka nas tak mocno, jakby wbijał nam nóż w serce, mamy obowiązek zająć się sobą – nie tą drugą osobą. Zastanowić się, co te słowa czy to zachowanie we mnie poruszyły, co mnie tak naprawdę „załatwiło”. Zamiast krzyczeć: „A to cham”, „Co za świania”, spytać siebie: „Dlaczego ja tak bardzo to przeżywam?”. Jednej z moich klientek, która miała właśnie taki trwający latami konflikt z teściową, powiedziałam: „Zobacz, jaka ona jest dla ciebie ważna”. „Nieprawda, ona jest dla mnie właśnie nieważna” – odpowiedziała, oczywiście zła. „Zobacz, ile ty o niej mówisz, ile myślisz, ile czasu jej poświęcasz. I to ma być nieważna osoba?”. Nie załatwisz sprawy, mówiąc sobie „A to wredna baba”, ale pytając siebie samą: „Czego ja tu chciałam? Czego nie dostałam?”. Bardzo często dziewczyny chcą, by teściowa była ich matką zastępczą, lepszą od tej prawdziwej, żeby je pokochała i przyjęła do rodziny. Czasem teściowa staje się nawet ważniejsza niż facet. Więc jak tu się w dupę dostaje, to boli to cholernie. I taka dziewczyna chodzi potem jak zbita, jak struta. I wszyscy jej bliscy za to zbierają. A lepiej powiedzieć sobie: „Chciałam rzeczy niemożliwych, ale bardzo chciałam i dlatego teraz jest mi tak przykro. Rozumiem siebie. Będę dla siebie tym bardziej dobra”.

Jak pracować ze zranieniem?

Na przykład tak jak powyżej… Zanim jednak przejdę do dalszych rad, chciałam zaznaczyć, że są one skierowane do tych, którzy naprawdę chcą pracować nad sobą i swoimi zranieniami. Bo nie wszyscy chcą i nie wszyscy wierzą, że jeśli jest źle, to może być lepiej. Mało tego, niektórzy zrobią nawet tak, by było jeszcze gorzej – im, tobie i nam. Ale wróćmy do tematu. Co robić, kiedy spotyka cię zranienie?

Przede wszystkim przyznaj przed sobą, że zostałeś zraniony, że cię boli, że jest ci przykro i smutno. To jest już 50 proc. pracy. Bo wtedy można kontynuować: „Dlaczego to mnie tak zraniło? Dlaczego znów z tego powodu poczułem się gorszy? Przecież mam tyle fajnych cech, coraz więcej rozumiem, coraz więcej mi się udaje…”. Jeżeli teraz skupisz się właśnie na tej części siebie, która dobrze funkcjonuje w świecie – to ona może pomóc tamtej, skłonnej do urazy części. Przecież nie ma nikogo, kto ma same dobre cechy. Przy okazji dobrze jest też popytać się innych o ich wady, to bardzo pomaga na spotkaniach w grupie. Od razu tworzy się więź między uczestnikami. „Ty też to masz?!”. Jeśli się ma mądrego przyjaciela – ale podkreślam, mądrego – to można opowiedzieć mu całe zdarzenie i zapytać, czy nie przesadza się w ocenie. Tylko uwaga, to skupianie się na pozytywnym nie jest po to, żeby zagłuszyć tamto, co zabolało.

Pamiętaj o oddechu. Zwykle kiedy nas coś boli, odruchowo wstrzymujemy oddech, by nie czuć bólu. Błąd. Głęboki wdech i wydech przez kilka minut nie tylko cię uspokoi, ale też pomoże doświadczyć tego, co cię dotknęło, pobyć z tym uczuciem. To jest dla ludzi bardzo trudne, bo oni zwykle rozbabrują problem, a nie przeżywają. Przeżyć to przepuścić to, co się czuje, przez siebie i nie udawać, że tego nie ma lub że mnie nie obchodzi.

Kolejna wskazówka: „zmień kanał”, czyli zrób coś zupełnie innego niż przed chwilą. Jeśli siedziałeś, to wstań, pomachaj rękami, pokrzycz, potup, pośpiewaj, popłacz. A potem zrób sobie kąpiel, obejrzyj coś w telewizji, wyjdź do ludzi. Dopiero kiedy popłaczesz, pooddychasz, potupiesz; dopiero kiedy to uczucie przejdzie przez ciało, możesz się zastanowić, co teraz chcesz zrobić.

Powiedz osobie, która cię zraniła, wprost: „Zraniłeś mnie”, „Zrobiło mi się przykro”. Nawet nie jest tak ważne, by druga strona to zrozumiała czy przeprosiła, ważne, żeby to powiedzieć. Przyznać się do tego, skomunikować. Oczywiście trudno jest przyjąć do wiadomości odpowiedź: „Jak zwykle dramatyzujesz”, ale z drugiej strony nie spodziewajmy się niczego mądrego czy przełomowego. Ten, kto uderzył w nasz czuły punkt, też musi tę informację przepracować. A ludzie są na bardzo różnych poziomach świadomości. Jedni potrafią powiedzieć „przepraszam”, innych zatyka. Kiedy mówisz do drugiej osoby: „zraniłeś mnie” – to wprawdzie odsłaniasz się, ale też stajesz za sobą i pokazujesz, że się tego odsłonięcia nie boisz i chcesz, by traktowano cię z szacunkiem, tak jak ty sam siebie traktujesz. I innych też.

Na pocieszenie powiem, że im dłużej się nad swoimi zranieniami pracuje, tym lepiej sobie człowiek z nimi radzi. Ma więcej energii, spokoju i otwartości na innych. Owszem, może posłuchać, co ktoś inny ma do powiedzenia na jego temat, bo to może być cenna wiedza, ale na pewno nie pozwoli się poniżać, obrażać ani umniejszać.