1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Po prostu zrób to! Inspiracje i wskazówki jak zacząć, kiedy się nie chce

Po prostu zrób to! Inspiracje i wskazówki jak zacząć, kiedy się nie chce

fot. iStock
fot. iStock
Motywacja to jedno ze słów, które w ostatnich dziesięcioleciach odniosło największy sukces. To w niej upatrujemy źródło energii do działania, implus, który pcha nas do przodu. A jednak, jak się okazuje, to źródło dość niepewne... Czym więc ją zastąpić? Jak działać, mimo że tak bardzo nam się nie chce?

Dlaczego motywacja jest zawodna? „Ponieważ zależy od tego, jak się czujesz w danej chwili – a wiadomo od wieków, że ludzkie uczucia są zmienne i nieprzewidywalne. Może je odmienić wiele czynników: jakieś zdarzenie, poziom cukru we krwi, przygnębienie, brak witamin, hormony, stan zdrowia, zewnętrzne bodźce, poziom energii, przekonania, wymioty kota...”– wymienia Stephen Guise, autor książki „Mininawyki. Małymi krokami do sukcesu” (wyd. Helion). Tym samym trafiając w sedno naszych marzeń o tym, by chciało nam się tak bardzo, jak nam się nie chce. A może można wziąć się do roboty, mimo braku ochoty?

Pomalutku

Wspomniany Guise stawia na przykład na mininawyki, czyli strategie niepozornych codziennych działań, które z czasem prowadzą do trwałych zmian i osiągania celów. Powołuje się przy tym na zasady funkcjonowania mózgu, który nie lubi nagłych zmian. Nie ma w tym nic dziwnego, bo to system dowodzenia, który odpowiada za tak wiele rzeczy, że musi wciąż optymalizować swoje działanie. Koszt, jaki wiąże się z reagowaniem na nagłą zmianę, jest bardzo wysoki, jednak systematyczne powtarzanie jakiejś czynności przekonuje mózg, że jest ona użyteczna. I wtedy wytwarza on połączenia neuronalne pozwalające wykonywać te czynność możliwie najsprawniej. Stąd własnie siła nawyków, które jednak niełatwo zmienić, bo sama myśl o zmianie wywołuje lęk przed porażką. Guise przekonuje, że tzw. mininawyki oszukują nasz mózg – wydają się tak bez znaczenia, że nie wywołują lęku przed porażką. Sam zaczął od… jednej pompki. „Ponieważ jednak byłem już w odpowiedniej pozycji, zrobiłem jeszcze kilka dodatkowych pompek, przy czym każda niewiarygodnie drażniła moje rzadko używane mięśnie i uparty umysł. Wstając z ziemi, stwierdziłem, że lepsze to niż nic – choć nadal miałem ochotę zrezygnować” – pisze. Utrwalanie nawyku, nawet w skali mini, wymaga jednak czasu: może potrwać ponad 250 dni (a nie 21 dni, jak mówi obiegowe przekonanie) i w dalszym ciągu nie rozwiązuje problemu, jak zacząć.

Odlicz od 5

Z pomocą śpieszy amerykańska dziennikarka i mówczyni Mel Robbins, która proponuje, by po prostu policzyć: pięć – cztery – trzy – dwa – jeden… I wziąć się do roboty. Choć jej rada wydaje się zbyt banalna, żeby była skuteczna, to jednak jest! Piszę o tym w książce „Reguła 5 sekund” (wyd. Galaktyka), przywołując własne doświadczenia. Jak wiele rewelacyjnych (choć z pozoru naiwnych) pomysłów, tak i ten zrodził się z osobistego kryzysu i inercji, w którą popadała Robbins. Podczas bezrefleksyjnego oglądania transmisji ze startu rakiety usłyszała głośne odliczanie, po którym statek uniósł się do góry. Wydało jej się to genialne w swojej prostocie i postanowiła od razu wprowadzić taki sam model w swoim życiu. Jak wspomina, na początku na hasło „jeden” wcale nie przybywało jej animuszu, ale była konsekwentna w postanowieniu, że mimo wszystko będzie to dla niej impuls do działania. Sukces metody polega na tym, że decyzja zostaje podjęta wcześniej, a pięć sekund na odliczanie to za krótko na wzbudzenie wątpliwości. Wideo z wystąpienia Mel Robbins na konferencji TEDx – „Jak przestać podkładać sobie świnie” ma już ponad 18 mln odsłon. W komentarzach pod filmami Mel pojawiają się takie słowa, jak: „oglądam to wideo co sześć miesięcy, ciągle znajduje w nim coś nowego” czy „za każdym razem, gdy mózg próbuje mnie sabotować, odliczam: 5, 4, 3, 2, 1 i ruszam”. Ale to nie koniec rad…

Doceń rutynę

Jeff Hadden – uznany amerykański felietonista, autor i współautor kilkudziesięciu książek – daje kolejną. Mimo że ma na swoim koncie ponad siedem milionów słów (czyli mniej więcej 8,5 tys. tekstów takich jak ten), to nieraz sama myśl o pisaniu sprawia, że wszystkiego mu się odechciewa. Można by upatrywać w tym sygnałów wypalenia zawodowego czy po prostu znudzenia czynnością wykonywaną od lat, ale – jak sam podkreśla – kocha to robić. „Pisanie i jeżdżenie na rowerze to dwie rzeczy, które uwielbiam robić najbardziej na świecie, ale czasami wymyślam rozmaite powody, żeby tego uniknąć. Więcej sensu miałoby odkładanie na później tego, czego nie znoszę” – zwierza się czytelnikom w książce „Mit motywacji” (wyd. Marginesy). Jak sobie z tym radzi? W końcu, jak każdy z nas, zabiera się do działania i już po chwili okazuje się ono ani takie nużące, ani takie trudne. Przynosi natomiast bezcenny efekt, czyli własnie ową mityczną motywację, która nie jest napędem – a rezultatem. „Motywacja to duma z pracy, którą już się wykonało, a to napędza gotowość, żeby zrobić jeszcze więcej” – pisze. Choć więc tak nie lubimy rutyny, to własnie ona pozwala nam wykonać pierwszy krok, kiedy zupełnie nam się nie chce.

Podziel zadanie

Z kolei Steve Scott w poradniku „Piętrzenie nawyków. 97 małych zmian, które odmienia twoje życie” (wyd. Sensus) pisze, że w rozpoczęciu działania przeszkadza nam niekiedy poczucie swoistej niemocy wobec nawału pracy. „Niektóre zadania są tak rozbudowane, że zwyczajnie nie wiesz, od czego zacząć. Zaczynasz wtedy w nieskończoność odkładać ich wykonanie i niepotrzebnie się stresujesz” – twierdzi. Proponuje więc, żeby wszystkie działania podzielić na małe kroki i dopiero wtedy zaplanować pracę. Metodę tę można zastosować do wszystkich codziennych czynności. Przy sprzątaniu pokoju ta lista może wyglądać następująco: uprzątnąć wszystkie rzeczy z podłogi i włożyć je odpowiednio: na półki, do szafy, do pralki; odkurzyć dywan; przetrzeć doniczki stojące na parapecie… Na przygotowanie listy wystarczy pięć minut, a niepokój znika, bo każda wyszczególniona na niej pozycja jest możliwa do wykonania w stosunkowo krótkim czasie. Scott radzi też, by w swoim planie przewidzieć czas na drobne nagrody za realizacje poszczególnych celów. Nie chodzi o ekstrawaganckie czy drogie rzeczy, a o coś, co sprawi ci realną przyjemność, jak kawa w barze na rogu, kwadrans na lekturę, drzemkę, pomalowanie paznokci czy zabawę z psem. Nasz mózg uwielbia nagrody!

Pomyśl: A co jeśli...?

Zwolennicy wzbudzania motywacji lubią wykorzystywać do tego pozytywną wizualizację. Przed jej nieoczekiwanymi skutkami przestrzega jednak profesor psychologii Gabriele Oettingen z Uniwersytetu Nowojorskiego. Jak tłumaczy w książce „WOOP. Skuteczna metoda osiągania celów” – samo „chcenie” nie tylko nie wystarcza, ale i rozleniwia. Chęci są konieczne, bo to pragnienia napędzają nas do działania, ważne jednak, by odkryć pragnienia wynikające z prawdziwych potrzeb, w czym może pomóc metoda WOOP, opracowana przez samą Oettingen.

Pierwszy jej etap to wyrażenie życzenia, drugi – uświadomienie sobie korzyści, jakie przyniesie jego spełnienie (chodzi o jak najdokładniejsze zwizualizowanie sobie tej sytuacji i wejście w emocje, które będziemy wtedy odczuwać, bo to własnie będzie nasza największa nagroda), trzeci – dostrzeżenie przeszkód, które mogą stanąć nam na drodze (ważne, by być uczciwym i nie odrzucać rzeczy niepożądanych pod pretekstem, że są mało prawdopodobne), i czwarty, ostatni – zaplanowanie, co zrobisz, jeśli te przeszkody się pojawią. Stosowanie tej techniki może na początku zająć trochę czasu i na pewno będzie wymagało notatek, ale jak zapewnia psycholożka – działa bezbłędnie. Zatem nie masz już wymówek!

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

O drodze, która prowadzi do „Ósmego kontynentu“  

Mariusz Szeib - autor książki „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, wyd. BookEdit (Fot. archiwum autora, materiały prasowe)
Mariusz Szeib - autor książki „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, wyd. BookEdit (Fot. archiwum autora, materiały prasowe)
Dlaczego bieganie pomaga nam odkryć życiową misję i osiągnąć więcej niż założone cele? Książka „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu. Historie prawdziwe” to pozycja dla każdego, kto biega, oraz wszystkich tych, którzy marzą by żyć pełnią życia.

“Każdy ma w swoich rękach latarkę z korbką, a w niej tyle światła, ile sam nakręci ” – to życiowe motto dr. Mariusza Szeib, biznesmena, filantropa i maratończyka. Jego przygoda z wielokilometrowymi biegami zaczęła się od szukania wyzwań w związku z 50. urodzinami. W swojej książce udowadnia, że – zgodnie z chińskim przysłowiem, które mówi, że podróż o długości 1000 mil zaczyna się od pierwszego kroku – bieganie zaczyna się od pierwszego pokonanego dystansu. W bieganiu chodzi jednak o coś więcej niż pokonywanie kolejnych kilometrów. Bieganie to nie tylko praca mięśni, to stan umysłu. „Poprzez nieustanne pokonywanie siebie nasz wysiłek zaczyna stopniowo przemieniać się w potężny oręż. Dzięki determinacji i spalaniu w sobie podczas biegu tego, co negatywne zaczynamy coraz lepiej radzić sobie z problemami. Rośnie w nas równocześnie chęć dzielenia się tą siłą z otoczeniem. Stopniowo rodzi się w nas „Ósmy kontynent” – mówi Mariusz Szeib.

Towarzysząc autorowi w biegach na siedmiu kontynentach, m.in. na Antarktydzie, Syberii, zamarzniętej tafli Bajkału, Murze Chińskim, Mount Evereście, Saharze czy Wyspach Wielkanocnych, przyglądając się mu, jak pokonuje trudy i czemu musi sprostać, możemy dowiedzieć się wiele o sobie. „To bite cztery godziny, podczas których można głęboko zajrzeć w głąb swojej duszy. Jest czas na przemyślenia i refleksje”.

Książka łączy w sobie emocje i dokumentaryzm charakterystyczny dla dobrego, wciągającego reportażu jak i refleksje i wskazówki, które znamy z podręczników liderów biznesu i działaczy społecznych. Atutem publikacji są zebrane w drugiej części książki relacje i doświadczenia nietuzinkowych postaci i autorytetów ze świata sportu i polityki, jak Jerzy Skarżyński, czy prof. Leszek Balcerowicz. Przedmowę do książki napisał Jacek Santorski.

Leszek Balcerowicz – O wyczynowym sporcie często mówi się, że kształtuje charakter. Myślę, że jest odwrotnie. To ludzie wytrwali, ambitni i systematyczni uprawiają sport wyczynowy. Michael Clinton – Pamiętaj, że najważniejsze jest właśnie żyć w zgodzie ze sobą. Lara Kruikskamp – Nie pozwól na to, by jakiekolwiek ograniczenia górowały nad twoimi ambicjami! Michał Walczewski – Prawdziwe szczęście osiąga się wtedy, gdy niewiele jest w stanie ci je odebrać. Nieukończony maraton nie może mnie unieszczęśliwić. Robert Celiński – Bieganie otworzyło mnie również na świat. Bez moich maratońskich celów pewnie nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że postawię stopę na Antarktydzie, a tym bardziej, że wygram tam maraton. Joe Findaro – Parę dni po maratonie Boston wyglądał jak strefa wojenna. Pełno telewizyjnych furgonetek, dziennikarze na każdym rogu. Marek Śliwka – Biegać dzisiaj każdy może, trochę lepiej lub gorzej. Jerzy Skarżyński – Rachunek prawdopodobieństwa mówi jednoznacznie – łatwiej mi było wygrać samochód w walce, niż wylosować go w loterii na mecie. Ignacio Bravo – Nigdy nie wiesz, jak bardzo jesteś silny, dopóki nie masz innego wyjścia niż biec.  

„Ósmy kontynent” to książka dla każdego, kto biega, czy chciałby zacząć biegać, ale przede wszystkim dla tych, którzy marzą by żyć pełnią życia, tak w obszarze zawodowym, jak i osobistym. Ta książka nie dotyczy bowiem tylko biegania. Przed Czytelnikiem otwiera możliwości odkrycia Ósmego kontynentu – marzeń, celów, pasji i talentów. To być może najważniejszy i wciąż najmniej odkryty kontynent, który zdobyć może każdy z nas.

O autorze: dr Mariusz Szeib – Prezes Zarządu Texet Poland Sp. z o.o., inżynier automatyk, doktor nauk ekonomicznych. Ukończył MBA, British Institute of Management (Londyn, Glasgow). Twórca kilku firm działających w sektorze B2B i B2C. Członek największej organizacji humanitarnej na świecie Lions Clubs. W wieku 50 lat zaczął biegać. Przebiegł 24 maratony na 7 kontynentach. Twórca biegów charytatywnych Freedom Charity Run oraz organizator kilkunastu akcji charytatywnych w Polsce i na świecie. Prywatnie ojciec trzech córek i dziadek sześciorga wnucząt.

„Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, Mariusz Szeib, wydawca: BookEdit, ISBN 9788395918902, cena: 49,90 zł, oprawa miękka ze skrzydełkami, format: 145 x 210 mm, liczba stron: 354, data premiery: 13 stycznia 2021 r. „Ósmy kontynent. Przez 7 kontynentów w głąb umysłu”, Mariusz Szeib, wydawca: BookEdit, ISBN 9788395918902, cena: 49,90 zł, oprawa miękka ze skrzydełkami, format: 145 x 210 mm, liczba stron: 354, data premiery: 13 stycznia 2021 r.

Freedom Charity Run 2021: część pieniędzy ze sprzedaży książki zostanie przeznaczona na cel charytatywny Freedom Charity Run 2021 – w połowie na pomoc dla dzieci z porażeniem mózgowym z Ośrodka Ortopedyczno-Rehabilitacyjnego szpitala Klinicznego im. W. Degi w Poznaniu, Centrum Technologicznego Wspomagania Rehabilitacji.

  1. Kultura

Filmy, które inspirują do zmiany, pozytywnego myślenia i docenienia codzienności

Robert De Niro i Anne Hathaway w filmie
Robert De Niro i Anne Hathaway w filmie "Praktykant". (Fot. materiały prasowe Warner Bros)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Wielu z was spisało już pewnie listę noworocznych postanowień. Z ich realizacją często bywa różnie, jednak nie należy tracić nadziei. Na sylwestrowy wieczór polecamy wam filmy, które nie tylko inspirują i motywują do zmiany, ale też zachęcają do pozytywnego myślenia i docenienia codzienności. 

"Maiden"

Znakomity dokument "Maiden" powinny obejrzeć przede wszystkim kobiety, i to w każdym wieku. Gwarantujemy, że historia ta sprawi, że nabierzecie wiatru w żagle. W 1989 roku grupa odważnych dziewczyn stworzyła pierwszą w historii kobiecą załogę startującą w prestiżowych i ekstremalnie niebezpiecznych regatach Whitbread Round the World Race. Na morzu walczyły o szacunek, uznanie, a także należne kobietom miejsce w społeczeństwie. Przeciwnikiem był groźny żywioł, ale też lekceważenie i pogarda innych. Bohaterki filmu przetarły jednak szlak kolejnym pokoleniom buntowniczek i udowodniły, że w życiu da się pokonać wszelkie uprzedzenia i przesunąć każde granice. „Maiden” to film o temperaturze kina akcji i zarazem pasjonująca opowieść o kobiecej sile, determinacji, marzeniach i wolności. Trzyma w napięciu jak najlepsza sportowa rozgrywka. Wzrusza, inspiruje i motywuje.

Film dostępny na cineman.pl oraz vod.pl.

Kadr z filmu 'Maiden'. (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Maiden". (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

"Praktykant"

Życie na emeryturze może być naprawdę fascynujące. Główny bohater filmu "Praktykant", 70-letni wdowiec Ben Whittaker, jest tego najlepszym przykładem. Wykorzystując nadarzającą się okazję, aby wrócić do aktywnego życia, mężczyzna zatrudnia się jako starszy stażysta w redakcji strony internetowej poświęconej modzie, założonej i prowadzonej przez Jules Ostin. Podczas nieuchronnego zderzenia pokoleń, obydwoje odkrywają wartość prawdziwej przyjaźni. "Praktykant". w reżyserii wielokrotnie nagradzanej Nancy Meyers zachwyci was wciągającą fabułą i znakomitym aktorstwem (w rolach głównych laureaci Oscara Robert De Niro oraz Anne Hathaway). To z pozoru nieco banalny, lecz jednocześnie niesamowicie ciepły film o sile przyjaźni, który zmusza widza do refleksji nad tym, co tak naprawdę jest ważne w życiu.

Film dostępny na platformie Netflix.

Kadr z filmu 'Praktykant'. (Fot. materiały prasowe Warner Bros) Kadr z filmu "Praktykant". (Fot. materiały prasowe Warner Bros)

"Pan od muzyki"

Skromny i zakompleksiony nauczyciel muzyki Clément Mathieu (w tej roli Gérard Jugnot) boryka się z brakiem pracy. W końcu przyjmuje posadę wychowawcy w szkole dla trudnej młodzieży, w której panuje żelazna dyscyplina. Relacje między uczniami a pedagogami są bardzo napięte. Oszołomiony nieprzyjazną atmosferą, a zwłaszcza nieudolnymi próbami zaprowadzenia żelaznej dyscypliny przez dyrektora, postanawia zmienić życie wychowanków. Mimo trudnych początków, Mathieu stopniowo zdobywa szacunek podopiecznych. Dzięki niekonwencjonalnym metodom nauczania udaje mu się także wprowadzić ich w czarodziejski świat muzyki. Film okazał się światowym sukcesem i zdobył wiele prestiżowych wyróżnień, w tym nominacje do Oscara i Złotego Globu. To piękny, inspirujący i wzruszający obraz, który pozostaje nie tylko w pamięci, ale też w sercu widza.

Film dostępny na platformie HBO GO.

Kadr z filmu 'Pan od muzyki'. (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum) Kadr z filmu "Pan od muzyki". (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum)

"Sekretne życie Waltera Mitty"

A teraz propozycja dla wszystkich marzycieli. Walter Mitty pracuje jako fotoedytor w tygodniku "LIFE", w którym publikowane są jedne z najciekawszych zdjęć na świecie. Pewnego dnia dowiaduje się, że gazeta ma przejść w format cyfrowy, a jemu samemu grozi utrata pracy. W ferworze przygotowań ostatniego papierowego wydania magazynu, ginie fotografia autorstwa Seana OʼConnella, która ma odegrać kluczową rolę w numerze. Walter wyrusza więc w świat w poszukiwaniu autora zdjęcia. Film jest ekranizacją opowiadania Jamesa Thurbera z 1939 roku, z Benem Stillerem po obu stronach kamery. W obsadzie znaleźli się też znani amerykańscy aktorzy, m.in. dwukrotny zdobywca Oscara Sean Penn, Kristen Wiig oraz Adam Scott. To historia, która z pewnością was zainspiruje i zmusi do działania.

Film dostępny na player.pl.

Kadr z filmu 'Sekretne życie Waltera Mitty'. (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum) Kadr z filmu "Sekretne życie Waltera Mitty". (Fot. NG Collection/Interfoto/Forum)

"Dobry rok"

W ekranizacji powieści Petera Mayle'a "Dobry rok", Ridley Scott zaprasza nas do słonecznej Prowansji. Londyński bankier Max Skinner bardzo lubi swoją pracę i życie w mieście. Pewnego dnia dowiaduje się o spadku, który pozostawił mu zmarły wuj. Max dziedziczy piękną, ale podupadającą posiadłość w Prowansji, w której znajduje się działająca od 30 lat winnica. Mężczyzna jedzie więc na francuską wieś z zamiarem sprzedania majątku. W tym samym czasie okazuje się, że jego dalsza giełdowa kariera stoi pod znakiem zapytania. W sielskiej atmosferze, w otoczeniu winnic zaczyna wspominać swoje dzieciństwo, coraz bardziej przyzwyczaja się do prostego życia na wsi i odnawia kontakt ze swoją dawną miłością, właścicielką lokalnej kawiarni. To spokojny, refleksyjny film z pięknymi krajobrazami w tle i znakomitą obsadą (w rolach głównych Russell Crowe, Marion Cotillard oraz Albert Finney). Kieliszek wina do seansu - obowiązkowy!

Film obejrzeć można w piątek 1 stycznia o 17:40, sobotę 2 stycznia o 15:15 oraz poniedziałek 4 stycznia o 9:40 w Kino TV oraz w piątek 1 stycznia o 20:00 i niedzielę 3 stycznia o 15:45 w Stopklatce.

Kadr z filmu 'Dobry rok'. (Fot. Rights Managed/Mary Evans Picture Librar/Forum) Kadr z filmu "Dobry rok". (Fot. Rights Managed/Mary Evans Picture Librar/Forum)

  1. Psychologia

Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Zachęcajmy dziecko do samopoznania, pomagajmy mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie w innym kierunku – mówi pedagożka dr Marta Majorczyk.

Rodzice z jednej strony widzą, że współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, szkoła na rywalizację, a z drugiej – coraz częściej słyszą, że powinni wychowywać do współpracy. To czego powinni uczyć?
Powinni przygotowywać dziecko na obydwie opcje. Przy czym warto rozróżnić rywalizację pozytywną od negatywnej. Pozytywna opiera się na zdolnościach, talentach, cechach, umiejętnościach, kompetencjach, wiedzy, czyli przymiotach, które mamy w sobie i z których korzystamy, chcąc osiągnąć sukces.

A rywalizacja negatywna?
Odwołuje się do elementów, których nie mamy w sobie, które znajdują się na zewnątrz. Na przykład do tego, że rodzice są majętni, więc dziecko ma najdroższe ubrania, gadżety, wyjazdy. Innym przykładem rywalizacji negatywnej są wybory miss czy mistera szkoły, gdzie ocenia się wygląd, czyli coś, na co dziecko nie ma wpływu. Zadanie rodziców powinno polegać nie na stymulowaniu takiej rywalizacji, ale na jej osłabianiu.

Czyli na czym konkretnie?
Na przykład na podkreślaniu: co z tego, że masz lepsze ubrania, skoro to nie zależy od ciebie, tylko od tego, że akurat mamy pieniądze. Warto uczyć skromności, a nie eksponowania dóbr materialnych, markowych ciuchów, większych możliwości, niż mają inne dzieci. Skutkiem negatywnej rywalizacji jest osłabienie poczucia wartości dziecka, które bierze udział w rywalizacji, bo jeżeli uważa, że jest brzydsze, źle ubrane, to czuje się gorsze. A ponieważ nie jest w stanie tego zmienić, to może w pewnym momencie przestać podejmować jakiekolwiek działania.

Jakie są skutki rywalizacji pozytywnej?
Bardzo ważną rolę odgrywają tu rodzice – powinni rozmawiać z dzieckiem i wyjaśniać mu, że rywalizacja nie przynosi tylko sukcesów, że na pewno kiedyś trzeba zmierzyć się z porażką. Ale to, że dziecko przegra, nie znaczy, że jest do niczego, tylko że powinno ćwiczyć dalej i pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy. Koniecznie trzeba budować w dziecku poczucie wartości.

Jak reagować, jeżeli to poczucie zmieni się w poczucie wyższości? Bo osiągając sukcesy, można wpaść w pułapkę wysokiego mniemania o sobie. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie ma łatwiej niejako z definicji, niezdolne może łatwo się zniechęcić.
Poruszyła pani ważną kwestię. Weźmy taki przykład: dziewczynka bardzo chce tańczyć tak jak utalentowana w tej dziedzinie koleżanka. Natomiast ja, mama, widzę, że z poczuciem rytmu nie jest u córki za dobrze. Proponuję więc: świetnie radzisz sobie językowo, jesteś komunikatywna, masz bogaty zasób słownictwa, możesz pisać opowiadania, współpracować ze szkolnym radiem itp. Trzeba córkę umiejętnie pokierować w inną stronę. Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony.

Jak to robić?
Można zadawać pytania coachingowe: „Co sprawia ci radość?”; „Jak sądzisz, czy wystarczy więcej popracować, czy może powinieneś szukać innej dziedziny, w której mógłbyś się spełniać?”. Zamiast podsycać rywalizację, lepiej zachęcać dziecko do samopoznania, pomagać mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie innym kierunku.

I podkreślać, że każdy jest inny?
Tak. Badacz inteligencji wielorakiej Howard Gardner wykazał, że nie ma jednej inteligencji, tylko jest cały zespół inteligencji. Tłumaczmy dziecku, że niemożliwe, aby było świetne we wszystkim, natomiast na pewno jest w czymś dobre i musi to coś znaleźć. Zarówno rodzicom, jak i nauczycielom polecam książkę Aldony Kopik i Moniki Zatorskiej „Wielorakie podróże – edukacja dla dziecka”, która zawiera kwestionariusz do badania inteligencji wielorakiej. Pomaga na podstawie obserwacji dziecka wykreślić jego profil inteligencji.

Gdy już poznamy ten potencjał, łatwiej nam będzie zachęcać je do rywalizacji z samym sobą, a nie z innymi?
Oczywiście, dobrze motywować je do tego, żeby ćwiczyło, uczyło się, pracowało. Ale warto zwracać też uwagę, że skoro jest dobre na przykład w pisaniu, a koleżanka w mówieniu, to mogą, uzupełniając się, zrealizować wspólnie jakiś projekt na lekcję polskiego. Istnieje pojęcie nauczania kooperatywnego, które polega między innymi na tym, że nauczyciel dzieli materiał między uczniów w taki sposób, żeby każdy stał się specjalistą w innym obszarze wiedzy. Potem wszyscy nawzajem się od siebie uczą. Na przykład na lekcji biologii jeden uczeń zajmuje się budową komórki, drugi – jej procesami, trzeci – odżywianiem komórkowym, potem wymieniają się informacjami i w ten sposób poznają całość wiedzy na ten temat. Przy okazji dzieci przekonują się, że zrozumienie całości nie jest możliwe bez współpracy.

Jak jeszcze zachęcać do kooperacji?
Na początku wystarczy wykorzystywać naturalne potrzeby dziecka, czyli chęć zabawy, kontaktu z rówieśnikami. One ujawniają się już w wieku wczesno­szkolnym. Dzieci wtedy lgną do siebie, przy czym dziewczynki bardziej stawiają na zabawę, bliskość, a chłopcy na rywalizację, bo to chłopięcy sposób budowania relacji z kolegami.

Szkoła często zabija te naturalne odruchy.
Wszystko w rękach nauczyciela. Jego rolą jest poznanie dzieci, rozdzielenie zadań zgodnie z ich talentami, a potem zmotywowanie ich do wymiany. Na przykład Jaś to nasz klasowy Lewandowski, więc zachęcam go, żeby pokazał swoim kolegom, jak strzela gole. W ten sposób nauczyciel upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu – zbuduje w Jasiu poczucie kompetencji, własnej wartości, wiary w siebie, a także uruchomi tutoring rówieśniczy, który polega na tym, że dziecko dobre w jakiejś dziedzinie może uczyć inne dzieci i dzięki temu przyczyniać się do budowania zgranej paczki.

W jaki sposób rodzice mogą zachęcać rodzeństwo do wspólnego działania?
Powinni pamiętać, żeby nie porównywać dzieci, nie krytykować jednego przy drugim, nie zawstydzać, ale chwalić za to, co każdy robi dobrze. I pokazywać, że wspólnie możemy więcej niż każdy osobno. Kiedy w sobotę trzeba posprzątać mieszkanie, a dzieci chcą iść do kina, zaproponujmy, że sprzątamy wspólnie – tata łazienkę, mama sypialnię, dzieci swoje pokoje. Potem razem gotujemy obiad i takim sposobem całe popołudnie mamy wolne, możemy iść nie tylko do kina, ale i na rowery. I tak oto mimochodem uczymy współpracy, która bardzo przyda się dzieciom w życiu dorosłym.

Jednak górą współpraca.
Nie należy całkowicie eliminować rywalizacji, to naturalna potrzeba. Człowiek od zawsze rywalizował z innymi. Trzeba tylko kształtować pozytywną wersję, a eliminować tę negatywną.

Co dobrego wynika z rywalizacji?
Rozwija talent (najbardziej widać to w sporcie, bo żeby wygrać, trzeba się starać, pracować, ćwiczyć). Uczy znosić porażki, a tym samym przygotowuje do adaptacji w różnych sytuacjach, bo w życiu też trzeba będzie przecież przegrywać.

Najskuteczniejsze ćwiczenie na pozytywną rywalizację?
Gry planszowe, tu rywalizacja jest niezbędna, bo każdy chce pierwszy dotrzeć do mety. Czasem wygrywam ja, czasem córka. Jeżeli przegrywam, to prezentuję swoją postawą, jak to znosić: „OK, przegrałam”, więc gratuluję córce zwycięstwa i chcę zmierzyć się z nią raz jeszcze. Ale rzucając kostką, mówię, że los czasem sprzyja mnie, a czasem jej, tak jak w życiu. Trzeba uczyć wyciągać wnioski z porażek: dostałam złą ocenę, bo się nie nauczyłam, przegrałam mecz, bo się nie zaangażowałam.

Można rywalizować i zarazem współpracować?
Tak, na przykład wtedy, gdy jako klasa walczymy o zwycięstwo w jakiejś dziedzinie z inną klasą. Wynik meczu czy konkursu zależy od tego, czy uczniowie potrafią się porozumiewać, kooperować. Takie formy rywalizacji bardzo sprawdzają się w grupach powyżej 12 lat.

Współdziałanie pozostaje w Polsce umiejętnością mocno zaniedbaną, zwłaszcza w szkołach. Nawet jeśli wypisuje się ją na sztandarach, to potem promuje się indywidualne osiągnięcia – jak w pewnym renomowanym warszawskim gimnazjum, szczycącym się społecznym profilem, w którym na zakończenie roku szkolnego nagradzano za indywidualne wyniki w olimpiadach i konkursach.
W organizowaniu wszelkiego typu konkursów nie ma nic złego, pod warunkiem że dzieci same decydują o udziale, bo to oznacza de facto, że biorą za nie odpowiedzialność. A poza tym – ich sukcesy mogą przynieść pożytek wszystkim, cieszyć się nimi może cała społeczność szkolna. Wszystko zależy od tego, jak te sukcesy „sprzeda” nauczyciel. Według mnie współpracy i rywalizacji nie trzeba rozdzielać, tylko umiejętnie łączyć. Najlepszym przykładem takiego połączenia są sporty zespołowe, które z jednej strony wzmacniają współpracę, a z drugiej – stawiają na zwycięstwo w rywalizacji. Większą satysfakcję sprawia jednak wspólne działanie. Pamiętam doskonale, jak podczas meczów siatkówki (należałam do szkolnej drużyny) wzajemnie się wspierałyśmy, co sprawiało nam większą radość niż wygrana.

Warto więc w szkole nastawionej na rywalizację zachęcać do gier zespołowych?
Na pewno. Ale w szkołach duży nacisk kładzie się też na współpracę. Już w nauczaniu początkowym obowiązuje kształcenie metodą projektu. Polega ono na tym, że cała klasa robi coś wspólnie, czyli nauczyciel dzieli zadania między uczniów, a oni dyskutują, pracują, a potem prezentują owoce wspólnego działania. I znowu – wszystko zależy od nauczyciela. Jeżeli zna i rozumie sens takich metod aktywizujących całą klasę, to przyjemność płynąca z nauki zdecydowanie staje się większa. Wiadomo, że najskuteczniej uczymy się poprzez doświadczanie, więc takie metody efektywnie pomagają w nauce, no a poza tym kształtują społeczne postawy.

Jak motywować do współpracy?
Istnieje wiele strategii motywacyjnych. W sukurs nauczycielom przychodzi neurodydaktyka – wiadomo, że dzieci chętniej uczą się poprzez zabawę, dlatego najlepiej aranżować ciekawe zadania w miłej atmosferze. Dobre efekty przynoszą pozytywne wzmocnienia, pochwały, bazowanie na mocnych stronach dziecka, natomiast nad słabymi stronami pracujemy, korzystając z tutoringu rówieśniczego, czyli poprzez tworzenie zespołów, w których lepsi uczniowie dzielą się swoją wiedzą ze słabszymi. Warto dążyć do wzbudzenia najskuteczniejszej formy motywacji – wewnętrznej, czyli takiej, kiedy dziecko samo chce pracować i samo siebie nagradza: „Udało mi się, będę działać dalej, bo mnie to ciekawi, bo chcę wiedzieć więcej”.

To trudne do osiągnięcia.
Niestety, taką motywację zabija rywalizacja negatywna. I tak oto zamknęliśmy się w błędnym kole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci reagują jednakowo. Jedne rywalizacja pobudza do działania, inne odwrotnie – w obliczu konkurencji się wycofują. Jedne dzieci wolą pracować w grupie, inne bardziej sprawdzają się w pracy indywidualnej. Kłania się tu psychologia różnic indywidualnych. Nic zatem na siłę, wiele zależy od dziecka.

Rodzice na ogół nie mają wiedzy psychologicznej.
To prawda, dlatego mogą skorzystać z coachingu rodzicielskiego – metody pracy, której można się nauczyć podczas specjalnych warsztatów organizowanych przez coachów. Ale – uwaga – wyposażeni w te metody nie rozwiązujemy za dziecko problemów, tylko uczymy je, jak ma sobie samo z nimi radzić. Zadajemy pytania, ćwiczymy koncentrację, nazywanie emocji, uczuć. Coaching rodzicielski to sprawdzona metoda pracy z dzieckiem.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal musimy bardziej uczyć współpracy niż rywalizacji, bo tę ostatnią mamy opanowaną.
Podobnie uważa profesor Janusz Czapiński. Powiedział, że przez lata dzięki rywalizacji dużo osiągnęliśmy: wysoki poziom życia, sukcesy zawodowe, natomiast teraz stoimy przed następnym wyzwaniem – jak ze sobą współpracować. Wystarczy rozejrzeć się dokoła siebie, żeby zobaczyć, że profesor ma rację – zazdrościmy sobie nawzajem, konkurujemy, rzadko skrzykujemy się, żeby zrobić coś wspólnie dla naszej ulicy. Samorządność nadal u nas kuleje, choć powoli to się zmienia.

Marta Majorczyk: doktor nauk humanistycznych, pedagożka, doradczyni rodzinna. Pracuje z Collegium Da Vinci w Poznaniu. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Mama Patrycji i Piotra.

  1. Psychologia

Odkładanie rzeczy na później - jak pokonać ten nawyk?

Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, z której ciężko wyjść. (Ilustracja: iStock)
Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, z której ciężko wyjść. (Ilustracja: iStock)
Czy zdarza ci się zmieniać termin na późniejszy? Czy może przekładasz pewne sprawy na jutro i pojutrze? A może myślisz tak też o wymarzonych wakacjach czy zamieszkaniu w nowym miejscu, jak będzie to cudowne, kiedy najpierw zgromadzisz pieniądze, zmienisz pracę, wyślesz dzieci do pierwszej klasy? Ile razy potem to nigdy nie nadchodzi?

„Odkładacze” - do tej kategorii zaliczamy się w takich sytuacjach. Ja sama czasem jestem „odkładaczem”. Wiele osób odkłada na później aplikowanie na wymarzone stanowisko czy realizowanie jakiegoś swojego planu. Ciągle czują się nie gotowi, nie dość dobrzy, za mało przygotowani. Jedna osoba przez sześć lat pracuje byle gdzie, bo nie może się zdecydować na zmianę. Inna składa projekt unijny i w ostatnim momencie rezygnuje. Ktoś chce wysłać maila, ale cały czas link na jego stronie nie jest gotowy i stronę trzeba jeszcze poprawiać. Kolejna osoba myśli, że jak zrobi kolejny kurs, to już będzie mogła zacząć. Ale potem orientuje się, że może jeszcze jeden kurs by się przydał albo jeszcze coś.

Miałam tak z nauczeniem się nowego języka. Mówiłam sobie, że może później będę mieć więcej czasu albo że najpierw trzeba zająć się czymś innym. Mijało parę miesięcy, a ja nadal stałam w miejscu. W końcu powiedziałam sobie: „dziś zaczynam” i zaczęłam. Wiadomo, że na początku jest trudno, bo trzeba się przyzwyczaić do nowej aktywności, która wydaje się trochę nienaturalna i wcale nie taka przyjemna. Po pewnym czasie widać jednak efekty. Każdy, kto włoży ileś czasu w naukę języka, zrobi postępy. Tak jest ze wszystkim - trzeba zacząć i systematycznie kontynuować. Pewnego dnia pojawi się poczucie biegłości. Zależnie od typu nowej czynności, po dniach, miesiącach, latach praktyki, ale pojawi się. Spójrz w tył, ile czasu już straciłeś i nie trać go więcej.

Cokolwiek nowego robimy, jest to zmiana w naszym trybie życia i na początku pojawia się często poczucie, że jest się nie na miejscu, nie tam, gdzie przyzwyczailiśmy się być. Nawet wzięcie ślubu może być trudnym z początku przejściem, jeżeli wiąże się z całkowitą zmianą trybu życia. Nie mówiąc już o urodzeniu dziecka, kiedy już nic nie jest takie jak dawniej, bo mały człowiek organizuje wszystko wokół siebie. To jest też powód, dlaczego ludzie zwlekają nie tylko z obowiązkami, które ze swej natury bywają trochę uciążliwe, ale też z realizacją marzeń. Wydawałoby się, że to świetna rzecz wybudować domek na wsi albo pojechać sobie w daleką podróż do Indii i wspaniale się o tym myśli. Jednak okazuje się, że wydaje to nam się za dużą zmianą, żeby tak zaraz to zrobić. To jest charakterystyka postępowania „marzycieli” lub „odkładaczy marzycieli”, którzy marzą o czymś, co będzie później, żeby umilić sobie chwilę teraźniejszą, która nie jest aż taka przyjemna. Jak wielu „marzycieli” spełnia swoje marzenia?

Odkładanie jest pewną przypadłością charakteru, w którą jak się wpadnie, to ciężko wyjść, bo już tyle rzeczy odłożyliśmy, że nawet nie wiadomo, od czego zacząć nasze działanie. Jeżeli jednak podejmiesz tę decyzję, że „od dziś”, to wtedy zastanów się, co jest dla ciebie teraz najważniejsze, od czego chcesz tak właściwie zacząć. I zacznij. Nawet jeżeli na początku będzie to szło „jak po grudzie”, to po paru tygodniach zobaczysz efekty swojego nowego działania. A jak spojrzysz wstecz, od razu poczujesz się lepiej po dokonaniu zmiany. Plan wykrystalizuje się w trakcie. Przy odkładaniu polecam najpierw zacząć, a potem tworzyć plan, bo inaczej będziemy tak długo planować, że nie zaczniemy. I do dzieła!

  1. Psychologia

Jaką rolę społeczną odgrywasz na co dzień?

Role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Być matką, ojcem, szefem znaczy dzisiaj kompletnie co innego niż kiedyś. Coraz częściej dzieci decydują, podwładni rządzą. Jak te zmiany tłumaczyć – wyjaśnia Jarosław Kulbat, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego we Wrocławiu.

Co to znaczy, że odgrywamy jakąś rolę?
To znaczy, że zachowujemy się tak, jak tego oczekują ludzie z naszego otoczenia, jak widzi nas społeczeństwo, jak stanowią obowiązujące w danej grupie czy w kulturze normy, które tę grupę czy kulturę konstytuują. Można powiedzieć, że role społeczne składają się z pewnych sugestii co do tego, jak należy się zachowywać w danej sytuacji.

Ale normy się rozluźniają, sugestie wykluczają. Można się pogubić.
To prawda. Bywa, że menedżer w stosunku do swoich podwładnych jest bardziej przyjacielem niż zwierzchnikiem. Budując zażyłe stosunki z pracownikami, traktuje bliskość interpersonalną jako szczególny rodzaj zarządzania – trudniej bowiem odmówić wykonania zadania znajomemu szefowi. Z kolei rodzice postrzegają relacje z dziećmi bardziej egalitarnie, to znaczy oddają im część wpływu i kontroli. Pytając małe dzieci o zdanie na jakiś temat, łamią w pewnym sensie dotychczasową konwencję, która bierze się z mądrości ludowej głoszącej, że dzieci i ryby głosu nie mają. Przypisaną sobie rolę przekraczają także ojcowie, angażując się w wychowanie dzieci. Nowoczesny ojciec, który nawiązuje czułą relację z dzieckiem, na pewno wypadł z dotychczasowej roli, która polegała przede wszystkim na dbałości o utrzymanie rodziny.

Jak te zmiany ról tłumaczyć?
To zjawisko mnie nie zaskakuje, jest odzwierciedleniem zmiany presji ze strony otoczenia społecznego, zmian cywilizacyjnych, a te są nieuchronne. Warto zwrócić uwagę na wzrost znaczenia nie tylko bezpośredniego otoczenia społecznego, ale także na siłę oddziaływania mediów społecznościowych, które lansują swoje wzorce, swój styl życia.

To zjawisko może niepokoić?
Nie widzę w nim szczególnego zagrożenia. Według mnie to naturalny proces, tak było, jest i prawdopodobnie będzie. Proszę zauważyć, że kiedy wchodzę w kontakt z osobą, której rola społeczna jest mi znana, to mogę przewidzieć, jak ta osoba będzie się zachowywała.

No właśnie, po to między innymi są role, żeby zapewnić nam przewidywalność, poczucie bezpieczeństwa.
Zgadza się. Jestem nauczycielem akademickim, więc wiem, czego spodziewać się po studentach, a studenci wiedzą, czego się spodziewać po mnie. To ważny aspekt roli. W rolach jest nam wygodnie. Natomiast kiedy przestaje nam być wygodnie, to podejmujemy decyzję, żeby się z roli wyłamać. Z różnych powodów: ideologicznych (bo moje poglądy są niezgodne z założeniami tej roli) albo pragmatycznych (bo to mi się bardziej opłaca), albo wizerunkowych (bo chcę zrobić na kimś wrażenie wyluzowanego). Wyjście z roli może wiązać się z sankcjami społecznymi, bo u podstaw roli społecznej leży mechanizm, który dość dobrze mamy przećwiczony, a mianowicie odrzucanie tych, którzy nie podporządkowują się normom. Wychodząc z roli, podejmujemy więc ryzyko.

Wydaje mi się, że dla dobra dziecka role rodzice – dzieci powinny być jasno określone, a często nie są.
Margaret Clark i Judson Mills prowadzili badania wzorców wymiany wśród ludzi pozostających w bliskiej zażyłości. Okazuje się, że charakterystyczne dla tych relacji jest między innymi to, że nie działa w nich reguła wzajemności, którą dobrze ilustruje polskie porzekadło: Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Nie mogę powiedzieć dziecku: „Jak ty mnie, tak ja tobie”, bo w bliskich relacjach priorytetem jest zaspokajanie potrzeb drugiej osoby bezwarunkowo. Nie jest tak, że kocham cię, gdy jesteś grzeczny i miły – kocham cię zawsze. Samo wychowanie jest niezwykle złożone, co w praktyce oznacza, że rodzice mogą wychodzić w pewnym zakresie z roli. Pani mówi, że to źle działa na dzieci, a ja uważam, że nie da się jednoznacznie ocenić wielu aspektów tej zamiany ról. Weźmy na przykład dorosłe dzieci mieszkające z rodzicami, które nie weszły w rolę. Albo inne zjawisko (udokumentowane przez amerykańskiego badacza Larry’ego Rosena), które pokazuje, jak współczesne pokolenie nastolatków wypracowuje ze swoimi rodzicami szczególną bliskość: mogą im się zwierzać, liczyć na ich wsparcie. To tylko dwa przykłady złamania konwencji, zgodnie z którą dzieci stopniowo oddalają się od rodziców; tutaj rodzice i dzieci nadal pozostają w bliskości.

Upieram się, że odwracanie porządku, w którym to rodzice są przewodnikami, staje się dla dziecka niekorzystne.
Co do zasady tak. Ale można dyskutować nad tym, w jakim wieku dziecko powinno stać się pełnoprawnym udziałowcem podejmowania decyzji.

Matka rozwodzi się z mężem i pyta nastoletnią córkę: „Powiedz mi, co mam robić?”. Córka ma wiedzieć to, czego nie wie dorosły?
Konsekwencje tego rozstania poniesie córka, więc matka pyta o jej opinię. Co w tym zdrożnego? Kwestią dyskusyjną jest to, czy głos dziecka ma być rozstrzygający, natomiast samo doświadczenie, że ktoś bliski pyta mnie o ważne dla niego życiowe decyzje, ma charakter kształtujący wizję naszych relacji. Rozumiem pani wątpliwości dotyczące wyjścia rodziców z roli. W skrajnym przypadku mogą doprowadzić do kuriozalnych zachowań. Mam jednak poczucie, że to, iż dzieci stają się uczestnikami podejmowania decyzji przez dorosłych, nie jest złe. Bez wątpienia jesteśmy świadkami dużych zmian.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że rodzice abdykują ze swojej roli
. Abdykacja jest skrajnym przypadkiem, to sytuacja patologiczna. Natomiast przekraczanie roli nie jest niczym złym. Myślę, że konsekwencje tych zmian będziemy mogli ocenić dopiero wtedy, kiedy współczesne dzieci wychowywane w ten sposób same staną się rodzicami. Pytanie, czy w ogóle zdecydują się na rodzicielstwo. Rezygnacja z bycia rodzicem to dzisiaj życiowy wybór. Ludzie wykazują naturalną tendencję do przekraczania granic, eksperymentowania, i to nie tylko w kontekście ról społecznych. A z eksperymentami jest tak, że niektóre kończą się porażką. W moim przekonaniu wychodzenie rodziców z roli to stosunkowo nowe eksperymenty, nie mamy podstaw, by oceniać ich długofalowe konsekwencje, czyli życie tych dzieci w dorosłości. Moim zdaniem bez wychodzenia z ról, testowania, sprawdzania siebie – niektórzy nazywają to wychodzeniem ze strefy komfortu – nie ma rozwoju, obiektywnego sukcesu, czyli tworzenia czegoś nowego.

Wydaje mi się, że w roli rodzica i dziecka aż tak daleko nie można się posunąć.

A gdzie znajduje się to za daleko?
Dziecko wymaga jednak przewidywalnego świata, a to znaczy, że rodzice powinni pozostać w swojej roli.

Ja tego nie kwestionuję, tylko zadaję pytania: Do którego momentu to poczucie bezpieczeństwa góruje nad ciekawością życia, która może manifestować się tym, że dziecko oczekuje, że będzie samo decydowało? Dlaczego sądzimy nastolatków za zbrodnie tak jak dorosłych, a z drugiej strony – w relacjach z rodzicami odmawiamy im prawa do podejmowania decyzji dotyczących ich żywotnych interesów czy choćby informowania o tym, jakie jest ich stanowisko w danej sprawie?