1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przemoc słowna w związku - co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem

Przemoc słowna w związku - co robić, kiedy najbliższa osoba miesza cię z błotem

Przemoc słowna jest jak trucizna – powoli wyciągnie z ciebie całe życie i pozbawi radości. (Fot. iStock)
Przemoc słowna jest jak trucizna – powoli wyciągnie z ciebie całe życie i pozbawi radości. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jeżeli jest coś, bez czego związek na pewno nie przetrwa, jest to szacunek. Szacunek pozwoli przetrwać wiele burz, wiele przeszkód w życiu i nieszczęść, a jeśli istnieje coś, co zawsze prowadzi do rozpadu, jest to pogarda i przemoc. Nigdy nie pozwalaj na to, żeby facet cię źle traktował i brzydko do ciebie mówił.

Przykre jest to, że często dochodzi do takiego momentu - gorzej, że na tym jednym się nie kończy. Niektórzy mężczyźni oswojeni ze zdobytą już kobietą zaczynają pozwalać sobie na agresję. Tak im się to "wymyka". I jeśli ona nie zaprotestuje skutecznie, eskalują to zachowanie. Może być też tak, że chłopa zezłości JEJ bycie ofiarą, bycie zawłaszczającą, roszczeniową lub zupełnie bezmyślną. Nie jest to jednak ŻADEN powód ani pretekst usprawiedliwiający okazywanie przemocy i chamstwa.

Facet ma prawo powiedzieć o swoim niezadowoleniu. Można się z nim nie zgodzić, dyskutować. Na pewno warto posłuchać i zastanowić się. Warto być na tyle otwartą wobec siebie, żeby nauczyć się rozróżniać, czy agresja jest właściwością tego mężczyzny, jego zwyczajem, czy jest związana z tym, czego on u ciebie nie znosi. I wtedy trzeba poprosić, żeby formułował to inaczej. Można powiedzieć: "Słuchaj, mogę cię pewnym moim zachowaniem zawodzić - powiedz mi o tym, ale inaczej - bo przed chamstwem będę się bronić i na nie NIE POZWALAM".

Oto kilka konkretnych uwag jak się zachować w sytuacji agresji słownej. 

  • Zaczekaj z reakcją, zdaj sobie sprawę z tego, co czujesz; może ci być smutno, możesz się bać, bo to bardzo przykre, możesz być wściekła, rozczarowana albo wszystko razem.
  • Jeżeli poczujesz to, co czujesz - nazwij sobie te uczucia.
  • Ponieważ zdarzyło się to pierwszy raz - naprawdę szczerze się zdziw.
  • Zapytaj: "Kochanie, co ci się stało?".
  • Powiedz: "Jakiś nowy ton słyszę, nie znałam cię od tej strony".
  • Nie bierz tego absolutnie do siebie.
  • Nie odwzajemniaj agresji.
  • Jeśli już wpadłaś w emocje, smutno ci, powiedz: "Jest mi przykro".
  • Jeśli jest to złość, powiedz: "Nie podoba mi się to, jak się do mnie odezwałeś".
  • Nie bądź ksobna, czyli nie podkładaj się - to nie jest o tobie (jego zachowanie świadczy o nim).
  • Obejrzyj sytuację z jego punktu widzenia, może jest czymś podenerwowany, rozzłoszczony, a ciebie to nie dotyczy.
  • Wtedy możesz powiedzieć: "Rozumiem, dlaczego masz zły humor i że jest ci źle, ale nie wylewaj tego na mnie".
  • W końcu powiedz: "Bardzo potrzebuję, żebyś mnie przeprosił, gdy już poczujesz się lepiej" lub "Nie wątpię, że jak poczujesz się lepiej, to mnie przeprosisz".
  • Pamiętaj! Przemoc słowna wobec kobiet jest bardzo częsta - nie można pozwolić na to, żeby stała się stałym punktem waszego związku.
  • Przemoc słowna jest jak trucizna - powoli wyciągnie z ciebie całe życie i pozbawi radości.
Więcej w książce " Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, Wydawnictwo Zwierciadło.

Instrukcja obsługi faceta Katarzyna Miller, Suzan Giżyńska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Agresja i przemoc w związku – dlaczego kobiety nie reagują w porę?

Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę (fot. iStock)
Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę (fot. iStock)
Prawdopodobnie każdy z nas zna osoby uwikłane w związek, w którym pojawia się przemoc mniej lub bardziej nasilona. Rodzina, znajomi, może ktoś w sąsiedztwie… widzimy powtarzające się przykre wydarzenia i niejednokrotnie krzywdę członków rodziny. „Dlaczego ona nie odejdzie?” – pojawia się często pytanie. „Po co w tym tkwi?!”. Agresja zaczyna się zwykle od drobnych sygnałów, a potem rozwija się i nasila, aż do rozmiarów zagrażających bezpośrednio zdrowiu i życiu. Jak to się dzieje?

Anna całe popołudnie czeka w napięciu na powrót męża, nasłuchuje jego kroków na schodach – czy dziś mocno stuka butami? Siedząc w kuchni, gdzie „powinna” być o tej porze, słucha dalej, jak on zamyka drzwi, jak wzdycha. Przez lata nauczyła się po tych szczegółach rozpoznawać, czy dziś będzie awantura. Najgorzej jest wtedy, kiedy mąż już w korytarzu klnie coś pod nosem, wtedy wiadomo, że obiad będzie kiepski, że bałagan w domu i to wieczne „a co ty niby zrobiłaś tutaj przez cały dzień?”. O docenieniu czegokolwiek nie ma mowy, no może czasem w łóżku powie „od razu mi lepiej”, ale to też rzadko, bo zwykle narzeka, że musi domagać się tego, „co mu się w nocy należy”, a nawet brać siłą. On jest z tych, którzy twierdzą, że gwałt w małżeństwie nie istnieje.

Pierwsze niepokojące sygnały

Często już na początku związku można zauważyć pewne oznaki skłonności do agresji u partnera, do kontrolowania innych, czy nieumiejętności panowania nad sobą. Takich sygnałów nie powinno się bagatelizować i warto reagować od razu, kiedy tylko się pojawiają. Niestety nasze normy kulturowe do pewnego momentu przesłaniają przytomne spojrzenie na sprawę. Często, kiedy partner próbuje nam wmówić, że wie lepiej co dla nas dobre, wyśmiewa nas czy przejawia tendencję do kontroli nad naszymi kontaktami z innymi ludźmi, to nie widzimy w tym nic złego. Zwykle z obu stron związku padają racjonalizacje typu: „bez zazdrości nie ma miłości”, „to tylko takie żarty, po prostu lubi się przedrzeźniać”. Czasami jednak te tendencje się nasilają. Jedna ze stron w związku nie radzi sobie z lękiem, frustracją, niską samooceną, nie wie, co to bezpieczna bliskość i w konsekwencji coraz częściej ucieka się do przemocy psychicznej. Ta zwykle pojawia się wcześniej niż fizyczne ataki.

Mechanizmy zniewolenia

Powoli, wręcz w niewidoczny sposób, eskalująca tendencja do dominacji, władzy w rodzinie, poniżania i budowania napięcia zaczyna tworzyć tzw. niewidzialną klatkę. Często pojawiające się wyrzuty, awantury pod pretekstem braku podporządkowania, ciągłe docinki i krytyczne komentarze budują specyficzną atmosferę w domu. Nie wolno reagować, nie wolno mówić. Ofiara takiego traktowania nie ma śladów po biciu, często nawet sama nie wie, dlaczego coraz gorzej się czuje oraz jak o tym rozmawiać z bliskimi. Po prostu boi się „tego kogoś” w partnerze, jego „mrocznego pasażera”, który w każdej chwili może wkroczyć do akcji i zrobić coś nieprzewidywalnego, niebezpiecznego.

Z czasem wybuchy agresji mogą być coraz bardziej jawne, widoczne, dochodzi nawet do fizycznej przemocy. Jednak kolejną pułapką utrudniającą ocenę sytuacji są tzw. cykle przemocy. Po każdym wybuchu czy ataku jego sprawca staje się miły, przeprasza, przynosi kwiaty i obiecuje, że „nigdy więcej”. Kolejne dni lub tygodnie rodzinnej sielanki wzbudzają nadzieję, że się zmienił, dotarło do niego to, co zrobił. Czujność opada, a w międzyczasie w związku powoli narasta napięcie, z którym znów nie można sobie konstruktywnie poradzić. Po jakimś czasie następuje kolejny wybuch: sprawca sobie ulży, ofiara znajduje się w szoku, lęku i bezsilności. Powoli wykształca się syndrom wyuczonej bezradności, który nie pozwala na wydostanie się z tej psychologicznej sytuacji.

Można by opisywać wiele mechanizmów i zachowań, które wikłają osoby w przemocowym związku. Wszystkie one jednak sprawiają, że dwoje wolnych i dorosłych ludzi zmienia się w parę jak z okropnej bajki. Często jest tak, że po kilku latach podobnej relacji kobieta czuje się mała, bezsilna, zastraszona, podporządkowana – jakby była jakąś małą myszką. Partner staje się dla niej wszechmocnym potworem, któremu nie wolno się sprzeciwić, bo stanie się coś strasznego, będzie tylko gorzej, więc lepiej się nie stawiać, nie reagować. Takie wyobrażenie latami budowane przez „pranie mózgu” w czterech ścianach jest tak silne, że kobiety przychodzące do psychologa czy instytucji opisują swojego partnera jako wielkiego, wpływowego, silnego faceta, który wszystkich przegoni i nie ma na niego silnych. Przez całe tygodnie upierają się, że nic nie da się zrobić. Na koniec okazuje się jednak, że za tym obrazkiem kryje się mały sfrustrowany, skrzywdzony kiedyś człowiek, który nie zapanował nad swoją wściekłością. Właśnie ta iluzja, w której żyją oboje, czasami więzi bardziej niż realne fakty i zagrożenia, choć tym drugim też nie można zaprzeczać.

Co robić?

Jeśli jesteś świadkiem takich sytuacji, znasz kogoś uwikłanego w przemoc w rodzinie – zwróć na to uwagę, porozmawiaj. Zwykle zatrzymuje nas wstyd, niepewność, niechęć do wtrącania się, jednak wyrażenie swojego zaniepokojenia i oferta wsparcia nikomu na pewno nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie – może wytrącić taką osobę ze swoistego transu, izolacji, poczucia niezrozumienia. Może zachęcić do skorzystania z pomocy, podjęcia działań w swojej sprawie. Nie zniechęcaj się, kiedy taka osoba nie zachowuje się tak jakbyś oczekiwał, nie od razu chce działać, wycofuje się. Nie dawaj tylko dobrych rad, a staraj się towarzyszyć, bo wychodzenie z pola przemocy to długotrwały i trudny emocjonalnie proces. Jeżeli sytuacja się nie zmienia, a zagrożone jest czyjeś zdrowie (w tym równowaga psychiczna) lub życie – poinformuj instytucje, które mogą zareagować i zatroszczyć się o słabszych, np. policję, lokalny ośrodek pomocy społecznej.

Jeżeli ta historia dotyczy Ciebie, to na początek uwierz, że zawsze można coś zaradzić. Jeżeli sytuacja w relacji dopiero się zaczyna – zareaguj, postaw granice, powiedz o tym, co czujesz i myślisz o takim traktowaniu. Sprawdź, co na to odpowiada druga strona. Jeżeli nie wiesz jak, boisz się – skonsultuj się z psychologiem, to może Cię wzmocnić, pomóc znaleźć rozwiązania. Poszukaj wsparcia w bliskich osobach, choć może być tak, że i one poczują się bezradne. Każdy z nas ma doświadczenia, które mogą blokować możliwość reakcji i obrony, które sprawiają, że wchodzimy w tę bajkę o krzywdzie i nie wiemy nawet, kiedy to się dzieje. W związku z nimi czasami potrzebna może okazać się psychoterapia. Jeżeli sytuacja jest niebezpieczna dla Ciebie lub najbliższych i nie masz sił, by samemu zareagować, poproś o wsparcie instytucje – po to one są. Warto jak najszybciej zatrzymywać wciąż odtwarzającą się przemoc, bo niestety ona zwykle sama z siebie się nie kończy.

Adam Chojnacki: psycholog, psychoterapeuta, certyfikowany specjalista oraz superwizor w obszarze przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Prowadzi terapię dla osób doznających i stosujących przemoc oraz osób po traumie. Prowadzi prywatną praktykę psychoterapeutyczną i szkoleniową.

  1. Psychologia

Przemoc ekonomiczna w rodzinie - jak powstrzymać kłótnie o pieniądze w małżeństwie?

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
„Obiecywał mi złote góry!”, „Ona mogłaby wydać każdą sumę!”. W kłótniach między partnerami często padają argumenty finansowe. Sprawdzamy, czy ludowa mądrość: kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – ma zastosowanie w związku. 

Z sondażu przeprowadzonego w czerwcu 2020 roku przez agencję badawczą Difference dla ING Banku Śląskiego wynika, że rozmowy o pieniądzach są naturalne dla 68 proc. Polaków. Byłby to dość imponujący wynik, świadczący o naszej dobrej umiejętności komunikacji, jednak respondenci tego samego badania przyznają, że jest to temat niełatwy, a pieniądze często są przyczyną sporów między partnerami... „Myślę, że chodzi o to, że pieniądze to nie jest jednorodna kategoria i rozmowa o finansach to nie jest zawsze rozmowa o tym samym” – mówi prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu w prowadzonym przez psycholożkę i terapeutką Marię Rotkiel cyklu ING „Porozmawiajmy o pieniądzach” (można go obejrzeć na YouTubie).

Sama przy okazji pisania tego tekstu prowadziłam  minibadania i różnorodność przekonań na temat pieniędzy (wpojonych nam w dzieciństwie przez rodziców i inne ważne osoby oraz wypracowanych już w dorosłym życiu) naprawdę mnie zaskoczyła.

„Czym są dla ciebie pieniądze?” – czytamy w popularnej książce „Happy money” Kena Hondy. Traktujesz je neutralnie – jako środek wymiany dóbr i usług? A może upatrujesz w nich instrumentu kontroli? Źródła poczucia bezpieczeństwa? Albo służą ci do tego, żeby się na kimś odegrać? Czy pieniądze pomagają ci robić to, co zechcesz? Czy też są raczej przeszkodą, która zawsze staje ci na drodze? – pyta japoński autor.

Moje... twoje... nasze...

Maria Rotkiel przyznaje, że zagadnienia związane z finansami często wypływają w jej gabinecie podczas terapii par. I choć ze statystyk wynika, że same pieniądze proporcjonalnie rzadko są wskazywane jako podstawowa przyczyna rozpadu małżeństwa (wg raportu CBOS ze stycznia 2020 roku – w 8 proc.), to zwykle właśnie one pojawiają się w tle tzw. niezgodności charakterów małżonków, która jest najczęstszą przyczyną orzekania rozwodów.

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Badania wskazują, że dla trwałości związku najlepsza jest pełna wspólność majątkowa, jednak w praktyce modele są różne – na drugim biegunie wspólnoty są osobne konta, pomiędzy nimi jest stan pośredni, w którym strony ponoszą wydatki w określonych proporcjach. Zdaniem ekspertów zdrowe będzie wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać w trakcie związku, np. gdy któraś strona zdecyduje się na przerwę w pracy zarobkowej na rzecz opieki nad dziećmi albo poczuje się wypalona i zechce zrezygnować z dobrze płatnego stanowiska.

I tu wracamy do kwestii rozmawiania o pieniądzach, co w  gruncie rzeczy sprowadza się do komunikacji. Maria Rotkiel proponuje, by do różnic w podejściu do finansów podejść z ciekawością, a nawet wykorzystać je jako szansę na rozwój – np. jeśli wydaje mi się, że mój partner jest zbyt rozrzutny, to może ja za bardzo oglądam każdy grosz?

Przemoc ekonomiczna

Kluczowe jest to, żeby na stosowany w związku model finansowy zgodziły się obie strony. Jeśli nie, może pojawić się tzw. przemoc ekonomiczna. Samo pojęcie jest dość świeże – w świecie badań naukowych zostało zauważone w Stanach Zjednoczonych niewiele ponad 20 lat temu, a na Starym Kontynencie jeszcze później. W badaniach na temat przemocy w Unii Europejskiej zrealizowanych w latach 2011–2012 znalazło się tylko jedno pytanie dotyczące przemocy ekonomicznej. Najbardziej dotknięte nią okazały się Bułgarki, a najmniej Portugalki – Polki znalazły się w środku tego zestawienia.

W Polsce problemem zajmuje się Fundacja Centrum Praw Kobiet, na której stronie czytamy: „O przemocy ekonomicznej mówimy wtedy, gdy jej sprawca używa pieniędzy albo innych wartości materialnych do zaspokojenia swojej potrzeby władzy i kontroli, podporządkowując sobie partnerkę lub przerzucając na nią odpowiedzialność za utrzymanie domu. Sprawca wykorzystuje uzależnienie partnerki od swoich dochodów lub majątku do znęcania się nad nią. Czasem uniemożliwia jej dostęp do konta, w innych wypadkach wydziela i kontroluje jej wydatki, utrudnia jej podjęcie pracy lub przyczynia się do jej utraty. Pieniądze stają się kartą przetargową (...). O przemocy ekonomicznej mówimy również wtedy, gdy partner pasożytuje na pracy partnerki, nie płaci alimentów, bez jej wiedzy zaciąga kredyty lub przywłaszcza sobie środki przeznaczone na utrzymanie rodziny”.

I ślubuję Ci uczciwość małżeńską

Francuska psycholożka kliniczna i terapeutka Lisa Letessier w książce „Kłamstwo w związku” przywołuje historię kobiety (wykształconej naukowczyni z zamożnego domu), która dopiero po wielu latach odkryła oszustwa finansowe męża. „Pewnego razu odebrałam telefon z banku z pytaniem o szczegóły administracyjne dotyczące hipoteki, którą podpisałam. Na początku pomyślałam, że to pomyłka, byłam przekonana, że to niemożliwe. Ale zaczęłam drążyć i wszystko odkryłam. Mój mąż, do którego miałam pełne zaufanie, kochający i uważny ojciec naszych dzieci, podrobił mój podpis i zastawił nasz dom, żeby wziąć kredyt” – cytuje autorka. Jak się okazało, mężczyzna miał na sumieniu wiele innych nadużyć, w tajemnicy zaciągał pożyczki u teściowej i nielegalnie spieniężył część jej majątku. Był hazardzistą i brał narkotyki. „Był chory, z pewnością, ale zniszczył swoją rodzinę, swoje dzieci. Nigdy mu nie przebaczę. Dziś na samo jego wspomnienie mam mdłości” – puentuje bohaterka.

To przypadek skrajny, wynikający z zaburzenia, jednak zdaniem Letessier za kłamstwem dotyczącym pieniędzy zwykle stoi lęk: przed byciem zdradzonym czy zdradzeniem swoich wartości, przed utratą poczucia bezpieczeństwa czy przed konfliktem. Innym wytłumaczeniem może być to, że dla niektórych własne oszczędności, zwłaszcza jeśli budżet domowy nie jest z tego powodu zagrożony, są częścią tzw. tajemniczego ogrodu, czyli ich przestrzeni osobistej.  Niezależnie od skrywanej motywacji przywołany wcześniej Ken Honda stawia sprawę jednoznacznie i uważa, że uczciwość jest priorytetem w związkowym systemie tzw. szczęśliwych pieniędzy. „Chociaż oboje partnerzy są dorośli, to czasem jedno traktuje drugie jak dziecko, które nie musi niczego wiedzieć na temat ich sytuacji finansowej lub nie ma do tych spraw głowy. Czasem też z obawy przed konfliktem ukrywają pewne informacje lub swoje błędy, co później obraca się przeciwko nim” – pisze.

Ćwiczenie: Myślisz "pieniądze", czujesz...

W książce „Happy money” Ken Honda podaje najczęściej spotykane w swojej pracy trenera rozwoju osobistego emocje wywoływane przez temat finansów. Zastanów się, jakie ty odczuwasz i na ile rzutują one na twój związek.
  1. Lęk i niepokój. Czy martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy? Czy boisz się utraty pracy, bo to oznaczałoby brak zabezpieczenia finansowego? To dość powszechne niepokoje, za którymi stoi zwykle lęk przed porażką czy przed rozczarowaniem innych, a to często wiąże się z niską samooceną i przekonaniem, że nie zasługujesz na to, co dobre, zatem żeby to zdobyć, musisz udowodnić swoją wartość.
  1. Gniew i frustracja. Czy czujesz się niesprawiedliwie wynagradzany? Czy złościsz się na osoby, które decydują o twoich zarobkach albo na te, które twoim zdaniem odpowiadają za zły stan gospodarki? Taki stan wprowadza twój mózg w stan walki o przetrwanie, więc ogranicza zdolność do kreatywnego myślenia,  a przecież rzadko pustka w portfelu oznacza natychmiastowe zagrożenie dla ciebie i najbliższych.
  1. Smutek i rozczarowanie. Czujesz źródła niespełnionych marzeń i dopatrujesz się w braku pieniędzy? A może obserwacja dramatycznych wydarzeń na świecie skłania cię do refleksji, że to wszystko przez chciwość i chęć zmaksymalizowania zarobków? Samotnie niesiony i nieprzepracowany smutek wpływa na twoje relacje z samym sobą, innymi i może doprowadzić do depresji.
  1. Nienawiść i rozpacz. Czy czujesz się oburzony, że ktoś cię wykorzystuje? Czy to wywołuje w tobie gniew? Lepiej wykorzystać potencjał, który niesie złość, jako impuls do zmiany, niż pielęgnować ją w sobie, bo z czasem może przekształcić się w nienawiść – do tego, kogo uważasz za winnego twojej sytuacji, albo do siebie samego, co w ostateczności może doprowadzić nawet do próby samobójczej.
  1. Poczucie wyższości i niższości. Czy kupujesz rzeczy, na które cię nie stać, żeby zaimponować komuś? Czy stwarzasz pozory bycia zamożniejszym niż jesteś? Koncentrując się na budowaniu wizerunku, możesz np. niepotrzebnie się zadłużyć, co będzie cię przepełniało lękiem i ograniczało wybory – w rezultacie nie będziesz w stanie czerpać radości z bycia tu i teraz.
  1. Poczucie winy i wstydu. Czy czujesz się winny, bo inni zarabiają mniej od ciebie? A może wstydzisz się niedostatku? To dwie strony tego samego medalu – chcąc zagłuszyć te skądinąd nieprzyjemne odczucia, łatwo popaść w stany kompulsywne i uzależnienia, co jeszcze bardziej zakłóci twoją wewnętrzną równowagę.
  1. Odrętwienie. Czy tłumisz emocje, jakie wywołuje w tobie temat pieniędzy? Czy unikasz rozmów o nich? Udając obojętność w kwestiach finansowych, tłumisz swoją emocjonalność również w innych sferach życia. Mózg jest bardzo plastyczny, więc im rzadziej korzystasz z pewnych funkcji, tym trudniej ci to przychodzi.
  1. Podekscytowanie i radość. Czy okazujesz radość z premii? Czy cieszysz się, gdy na urodziny dostaniesz od kogoś pieniądze? Nie chodzi o to, że szczęście dają ci pieniądze jako takie, ale o zdolność do odczuwania wdzięczności, która wpływa na poczucie szczęścia.
  1. Wdzięczność i miłość. Czy doceniasz czyjąś pomoc finansową? Czy chętnie dzielisz się swoimi zasobami? Jeśli pieniądze przepływają między ludźmi z miłością i wdzięcznością, przynoszą im większą satysfakcję i dają poczucie bycia docenionym.
  1. Szczęście. Nieoczekiwany przypływ gotówki sprawia przyjemność każdemu; czujemy, jakby zarysowały się przed nami nowe możliwości. A co jeślibyś jej nie dostał? Czy umiesz szczerze przyznać, że już masz wszystko, co jest ci potrzebne do szczęścia, a na nowe możliwości wystarczy się otworzyć?

  1. Psychologia

Zazdrość o sukces partnerki

Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
O męską zazdrość rozbił się niejeden związek. Co ciekawe, coraz częściej jej obiektem nie jest inny mężczyzna, a praca. Czy to tylko chore ego, czy może wołanie o przywrócenie porządku natury?

Obraz ojca zmęczonego po pracy towarzyszył mi przez całe dzieciństwo. Najedzony, nakarmiony przez żonę (obiad zawsze musiał być, choć mama także pracowała) – odpoczywał na kanapie, a my z bratem chodziliśmy na paluszkach, uciszani przez mamę krzątającą się w kuchni. Dziś coraz częściej bywa, że to kobieta wraca po kilkunastu godzinach spędzonych w firmie albo kilku w samolocie, tuż przed kolejnym wyjazdem, z terminarzem pełnym spotkań, pikającym telefonem przypominającym o tysiącach spraw do załatwienia, podczas gdy jej mężczyzna… skrycie jej tego zazdrości.

Trzy historie

– Nie rozumiem, po co było jej to drugie dziecko, skoro w ogóle nim się nie zajmuje – mówi Marek. – Nawet, kiedy wieczorem zdarzy jej się być w domu, a nie w pracy, siedzi przed komputerem, chociaż mała prosi, żeby się z nią pobawiła. Firma, projekty, bankiety służbowe, wyjazdy – wszystko jest ważniejsze od domu, dzieci, rodziny.

– I od ciebie? – pytam.

Marek milczy, a ja widzę, że ten siedzący przede mną młody, silny mężczyzna czuje się zraniony do żywego, porzucony, zdradzony, i to podwójnie. Dla kobiety, którą wybrał „na życie”, przestał być najważniejszy. Już go nie podziwia, bo trudno podziwiać faceta, który przynosi mniej pieniędzy albo w ogóle nie zarabia. Zamiast tego zajmuje się domem, dziećmi; sprząta, gotuje, robi zakupy albo narzeka, że w tym kraju nie ma pracy odpowiedniej dla niego. A ona? Awansuje, nie rozstaje się z telefonem i notebookiem, ciągle gdzieś się spieszy, a wieczorami wychodzi na służbowe kolacje. Nawet seks im ostatnio nie wychodzi, bo mężczyzna w fartuszku czy z zakupami nie przypomina samca alfa. To ona – słabsza płeć – wspina się po szczeblach kariery, a przecież sukces zawodowy to męska domena, tak to wymyśliła natura, prawda?

Elżbieta i Marcjan – obydwoje prawnicy. Poznali się na studiach, potem aplikacja, staż w znanej kancelarii, pierwsza praca w tej samej firmie. W międzyczasie ślub, podróż poślubna odłożona na później, bo akurat on prowadził prestiżową sprawę. A kiedy to wreszcie ona dostała ważnego klienta, Marcjan nagle zapragnął dziecka, twierdząc, że w końcu dojrzał do ojcostwa. Elżbieta urodziła córeczkę, rok później drugą.

– On mi to zrobił specjalnie, z zazdrości – mówi Ela. – Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o dzieciach, ale kiedy zaczęłam być lepsza od niego, po prostu wrobił mnie w ciążę.

I jeszcze Agata i Dominik. On, naukowiec, odnosi sukcesy, ale – jak wiadomo – w naszym kraju trudno wyżyć z uczelnianej pensji. Ona zaczynała od jednoosobowej działalności, dziś zatrudnia 20 osób. Wreszcie stać ich na duże mieszkanie, dwa samochody, wakacje za granicą i prywatną edukację dziewczynek. Dominik ma pensum pracownika naukowego, Agata pracuje od rana do wieczora, a po powrocie czeka ją drugi etat: w domu, przy dzieciach. Kiedy któraś z córeczek jest chora, to ona załatwia lekarza, chodzi na zebrania do szkoły, od czasu do czasu organizuje szybkie przyjęcia dla jego kolegów z uczelni, bo on rzuca od niechcenia: „Kochanie, dziś wieczorem wpadnie do mnie kilka osób. Co? Nie mówiłem ci o tym? Wiesz, ostatnio mam tyle na głowie”.

– Mój mąż pracuje twórczo, a twórcza praca bywa męcząca – opowiada Agata. – Wieczorami zamyka się w swoim gabinecie, bywa, że wyjeżdża na weekendy, żeby odpocząć od zgiełku rodziny. Ja jestem zwykłym wyrobnikiem, pracuję jedynie dla pieniędzy, bo przecież ktoś musi utrzymać rodzinę. O mojej pracy nie mówi się przy stole, bo przecież to zwykła agencja reklamowa.

On mówi: chyba przewróciło jej się w głowie

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie bywa zazdrosny o sukces partnerki, przynajmniej za nic na świecie się do tego nie przyzna. Cierpi w milczeniu, bywa, że szuka sojuszników.

– Moja żona to szczęściara – mówi Marek. – Koleżanki zazdroszczą jej tego, że w domu posprzątane, dzieci zadbane, obiad ugotowany. Szkoda, że ona tego nie docenia.

Bywa, że mąż kobiety sukcesu z wdziękiem wchodzi w rolę ofiary, biednego, porzuconego Misia, który nie może znaleźć pracy, choć przecież jej szuka, lub nie szuka, bo nie ma czasu, zajęty dziećmi, domem, albo nie rozumie, po co tak się uganiać za pieniędzmi, skoro to rodzina jest najważniejsza.

Kiedy pytam Marka, co z jego pracą, tłumaczy, że on niewiele potrzebuje, to żona ma nienasycony apetyt finansowy. Być może, ale on nie ma problemu z tym, by się przy niej najeść do syta: narty – koniecznie w Alpach, samochód – najlepiej terenowy, ubrania – markowe. – Nasz związek jest udany – dodaje. – Gdyby tylko ona na każdym kroku nie wypominała mi, że wszystko, co mamy, to jej zasługa. Ja się o to nie prosiłem, skoro chce żyć na takim poziomie, nie mogę jej tego zabronić.

Ona mówi: chciałabym, by mnie docenił

Żona Marka twierdzi, że kiedy mąż stracił pracę i pogrążył się w depresji, nie miała innego wyjścia. Ktoś musiał przejąć obowiązek zarobienia na rodzinę. Nie mogła załamać się tak jak on, chciała pokazać, że razem dadzą radę. Liczyła, że to go zmotywuje do szukania pracy. Wierzy, że mąż znajdzie jakieś zajęcie, a wtedy ona zwolni tempo i zajmie się domem.

Agata, żona naukowca, docenia jego pracę; podobnie jak on, boleje nad tym, że z pensji pracownika naukowego trudno wyżyć, ale dzieci wołają jeść. Gdyby tylko on ją choć trochę docenił albo chociaż zauważył. Od miesięcy ze sobą nie sypiają.

Elżbieta, prawniczka, wierzy, że kiedy odchowa dzieci, wróci do zawodu i jeszcze mu pokaże.

Kobiecy sukces w pewnym sensie pełni w małżeństwie rolę kochanki, a zdrada męża z pracą ma potrząsnąć rzeczywistością związku: bezlitośnie obnażyć wszystkie słabe punkty, wzbudzić zazdrość partnera, sprawdzić, czy mu jeszcze zależy.

O co im tak naprawdę chodzi?

W dobrym związku partnerzy się wspierają i płynnie wymieniają rolami: czasami ona gotuje obiad, a on zmywa, innym razem ona zarabia więcej, podczas gdy on inwestuje energię w dokształcanie się lub zajmowanie domem i opracowywanie pomysłu na własną karierę. W związkach, w których sukces żony staje się powodem do zazdrości, brakuje zrozumienia, wsparcia i współpracy, a przede wszystkim systemowego porządku. Porządku, który ustanowiła natura w sprawie podziału obowiązków ze względu na płeć. To mężczyzna powinien być tym, który poluje – zabezpiecza rodzinę finansowo. Kobiecie natura przypisała rolę strażniczki domowego ogniska. Żeby wymieniać się rolami, najpierw te role muszą funkcjonować „po bożemu”: mężczyzna – zarabia, kobieta – troszczy się o dom, a kiedy zachodzi taka potrzeba, na krócej lub na dłużej zamieniają się obowiązkami. Może być również tak, że od początku związku umówili się inaczej, bo na przykład ona wykonuje zawód, w którym ma szansę zarobić więcej, a on może w większym stopniu poświęcić się sprawom domowym. W takiej sytuacji nie ma powodu do zazdrości. Kobieta, dla której sukces zawodowy jest formą szantażu, manipulacji, właśnie w ten sposób woła o przywrócenie porządku. Ale kiedy ona, zupełnie nieświadomie, wchodzi w „męską” rolę, partner buntuje się albo degraduje ją do roli strażniczki domowego ogniska, chcąc w ten sposób ukryć swoją zazdrość. Tak czy siak, intencje obydwojga nie są czyste. Ona woła: „Zauważ mnie”, on się obraża, zapada w bierność, szantażuje, wzbudza poczucie winy. W tej grze nie ma wygranych, prędzej czy później skapitulują obydwie strony.

  1. Psychologia

Codzienność to test dla związku

Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
„I nie opuszczę cię aż do śmierci!” No tak, ale… nikt nie obiecywał, że będzie łatwo! Los nie raz jeszcze wystawi nas na ciężkie próby, chorobę, zdradę, a nade wszystko na... nudę. Jak dać radę trudom codzienności, mówi psycholog Mariola Kosowicz.

Codzienność nie jest zabójcą miłości?
Nie. Jest testem naszych zaniedbań. Obiecaliśmy sobie być razem w zdrowiu i chorobie. Mijają lata, a wspólna codzienność okazuje się szara, pusta i nudna, a czasami, zupełnie niespodziewanie, do drzwi puka: choroba, problemy finansowe czy zdrada. Codzienność to także mój ból brzucha, jego katar, wspólne troski, skąd wziąć pieniądze na rachunki. Odpowiedzialne i dojrzałe wchodzenie w związek oznacza akceptację również tego, że może być trudno, bo miłość to nie krótkotrwała emocja, tylko relacja, którą buduje się każdego dnia. To ciągłe dorzucanie do pieca, żeby ogień nie wygasł.

Kiedy wygasa, to…
Budzimy się osobno, nawet jeśli leżymy w tym samym łóżku. Z niechęcią patrzymy na partnera, ożywają pretensje z przeszłości. Trwa codzienność, która nie łączy. To bardziej przymus trwania w związku: dla dobra dzieci, wspólnego konta w banku, z przyzwyczajenia albo lęku przed samotnością. Ale może być inaczej: kiedy związek jest dobrem w naszym życiu, to uśmiechamy się do siebie nawzajem i w naturalny sposób czujemy, że bez tej drugiej osoby ten dzień byłby smutny. Tęsknimy, kiedy partner wyjeżdża. W ciągu dnia, nawet najbardziej zajęci pracą, wysyłamy sobie ciepłe wiadomości, nawet te formalne: ,,Kup chleb” z emotikonem buźki. ,,Wracam do domu” oznacza wówczas nie powrót do czterech ścian, ale spotkanie z ludźmi, którzy są dla nas ważni.

Większość z nas łudzi się, że tak właśnie będzie, a potem gubimy drogę do dobrej codzienności. Codzienność jest wielką niewiadomą. Każdy z nas ma takie „kawałki” siebie, które bywają trudne w relacji, ale dojrzały partner jest w stanie przyjąć nas w całości. A my jego. Kiedy spotykamy drugą osobę, widzimy w niej, a raczej chcemy widzieć, głównie to, czego pragniemy: bratnią duszę, drugą połówkę... I wystarcza to na pierwszy moment bycia razem. Bieg dni bezlitośnie obnaża jednak prawdę. Pojawiają się poważne sygnały świadczące o tym, że partner nie jest do końca taki, jak nam się wydawało, ale z lęku, wygodnictwa lekceważymy to, mówiąc: ,,jestem przewrażliwiona”, albo: ,,on się zmieni”, „wszyscy mężczyźni tak mają, czego tu się spodziewać”. Zamiast  szukać coraz bardziej nieskutecznych form zaklinania rzeczywistości typu: ,,może kiedyś się zmieni”, lepiej dla związku, i w konsekwencji zdrowiej, zmierzyć się z problemem i  porozmawiać o tym. Zacząć na przykład: ,,Obydwoje mamy kłopotliwe nawyki. Nasza codzienność zaczyna być walką. Zróbmy coś z tym”. Niestety, wiele związków nic z tym nie robi. Tymczasem chęci jednej strony nie wystarczą. Ja chcę rozmawiać, a on/ona mówi: „ciągle się czepiasz, jak ci się nie podoba, to sobie zmień”. I tak tkwią przy sobie z musu, każde na swój sposób uciekając od smutnej prawdy o związku. A kiedy wyjeżdżają na wakacje, zabierają ze sobą znajomych po to, żeby nie być tylko we dwoje. To nie codzienność jest trudna czy smutna, to my bywamy byle jacy. Nie dorzucamy do pieca, chcemy budować związek na tej początkowej fascynacji. Albo z czasem uzurpujemy sobie prawo do wyłączności względem drugiej osoby.

 
Chodzę po domu w poplamionym T-shircie, a on rozrzuca brudne skarpetki?
Każdego dnia mamy doskonałe pomysły na zakupy czy pracę, ale najmniej planów mamy na jakość życia emocjonalnego. Dlatego wszystko zrzucamy na czynniki zewnętrzne, m.in. nudną codzienność. Przestajemy być dla siebie atrakcyjni i to nie tylko w sensie zewnętrznym, ale przede wszystkim psychicznie, emocjonalnie i intelektualnie. Przestajemy troszczyć się o siebie nawzajem i coraz częściej to ktoś z zewnątrz staje się tym atrakcyjnym i bardziej bezpiecznym powiernikiem naszych trosk, kimś, komu czujemy się potrzebni. Dopuszczamy się zdrady, ale tłumaczymy to sobie na różne sposoby. Komentując rozwód koleżanki, mówimy: ,,Nic dziwnego, że po dwudziestu latach małżeństwa odszedł od niej do młodej sekretarki. Zabiła ich codzienność”. Tymczasem to nie codzienność zawiniła, ale bylejakość. Byle jak komunikujemy się ze sobą, byle jak spędzamy wspólne chwile, byle jak wyglądamy, bo „dla kogo mam się w domu stroić?”. Odzieramy codzienność z atrakcyjności. Nierzadko dopiero wtedy, gdy pojawia się kryzys, przypominamy sobie, że jednak zależy nam na nim czy na niej i przywołujemy na ratunek odświętność. Niektóre kobiety, kiedy dowiadują się, że są zdradzane, biegną do sklepu po zmysłową bieliznę, idą do fryzjera. I nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że rzeczywiście dostrzegły swój udział w bylejakości wspólnego życia. Co oczywiście nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla zdrady.

I nie ma co zwalać winy na nudną, szarą teraźniejszość?
Świat nie może brać odpowiedzialności za jakość naszej codzienności, on ją tylko przynosi. Czyja to wina, że w wielu domach już nawet nie rozmawia się o problemach, bo nie ma z kim, bo każda próba jest ucinana krótkim: ,,Ty znowu swoje”, albo: ,,Przestań truć!”. Dom powinien być miejscem, w którym mamy czasami prawo pomarudzić, mieć gorszy dzień czy się polenić. Być naszym azylem. A rodzina jako system ma być zamknięta, hermetyczna w tym sensie, że jeśli coś się dzieje między mną a mężem, to rozmawiam o tym z nim, a nie z przyjaciółką. Bezpieczeństwo systemu polega na tym, że nie ma pustej przestrzeni, w którą mogą wejść: alkohol, czasochłonne hobby czy kochanek, czyli to wszystko, co zapełni pustkę.

Może więc czasem trzeba dodać ognia, zorganizować romantyczny wyjazd we dwoje?
Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Trzeba się lubić, a wówczas możemy kochać się raz w miesiącu i mieć z tego prawdziwą satysfakcję, wyjeżdżać raz na jakiś czas i czerpać z tego przyjemność. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. Można przecież spotykać się w sypialni co noc, a w ciągu dnia lekceważyć się i nie szanować. Ilość seksu, wspólnych wieczornych wyjść czy wspaniałych wyjazdów nie świadczy bynajmniej o jakości związku. Razem można się też fajnie nudzić, a kiedy jest za nudno, jedno może zaproponować: ,,Może byśmy coś zrobili?”, a drugie spytać: ,,Wychodzimy na kolację czy smażymy naleśniki?”. I nie potrzeba fajerwerków.

Czasami poszukujemy tych fajerwerków na zewnątrz, zamiast w związku.
To prawda. Kiedy nasze zadowolenie uzależniamy od dobrej pracy, świetnych przyjaciół czy ekskluzywnych przedmiotów, to kiedy to tracimy, codzienność staje się okrutna, a świat do niczego. Tymczasem o wiele ważniejsze jest to, czy lubimy siebie, czy życie z nami może dawać satysfakcję naszym bliskim i nam samym. Bez tej świadomości obudzimy się w wieku 40, 50 lat z refleksją, że emocjonalne CV naszego związku jest bardzo ubogie. Rozpraszając się na poszukiwanie ekscytacji na zewnątrz, gubimy coś ważnego. A przecież do związku wnosimy jakość każdego dnia. Warto tak sobie zaplanować dzień, żeby nie wracać do domu wyczerpanym, ale mieć siłę na pobycie z rodziną, wspólną kolację czy rozmowę.

A co z traumatycznymi wydarzeniami, które spadają na związek?
Nie muszą go zniszczyć, ale na pewno weryfikują prawdę o nim. Kryzysy są i będą częścią życia człowieka, związku, rodziny. Na jedne pracujemy sami, inne, jak choroba czy śmierć osoby bliskiej, pojawiają się nieproszone. Z psychologicznego punktu widzenia, to nie kryzys jest największym problemem, ale to, w jaki sposób sobie z nim radzimy. Na przykład życie z poważną chorobą w rodzinie, to wielkie wyzwanie dla każdej ze stron i jest czymś naturalnym, że potrzeba czasu, żeby się w tym odnaleźć. Rodzina korzysta wtedy ze znanych systemowi zachowań zaradczych. Jedni biegną w pogoni za jeszcze lepszym lekarstwem (którego często nie ma) w myśl: ,,im więcej dla ciebie robię, tym bardziej cię kocham”. Inni potrafią rozmawiać, wspólnie popłakać, pośmiać się i dbać o dobrą jakość każdego dnia. Jeszcze inni odkrywają, że są sobie bardziej obcy niż myśleli. Bywa również, że choroba osoby bliskiej jest dla zdrowego partnera sytuacją nie do udźwignięcia, bo „to on zawsze dbał o mnie, nie mam siły tego znosić” – i sam zaczyna chorować albo znajduje sobie następnego opiekuna. Nierzadko choroba odwraca role w związku, każe nauczyć się nowych. Udowadnia także, że codzienność to pogodzenie się z tym, co przynosi nam życie, nie rezygnacja, ale akceptacja.

  1. Seks

Skąd biorą się problemy seksualne?

Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to żadna tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną. (Fot. iStock)
Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to żadna tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną. (Fot. iStock)
W Internecie znajdziemy taki obrazek: mężczyzna pyta zgromadzony tłum: "Kto chce zmiany?" Wszyscy podnoszą ręce. "A kto chce się zmienić?” Nikt nie podnosi. Podobnie jest z życiem seksualnym. Wszyscy chcemy lepszego seksu, ale nikt nie chce zmienić siebie. Liczymy na to, że na wszystkie problemy pomoże nam tabletka – mówi Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta.

Mężczyzna, lat 36. Trzy stosunki w życiu. Nigdy nie był w związku. Seks za każdym razem kończył się zaburzeniami erekcji. – Nie ma w tym nic dziwnego, bo jeśli kochasz się kilka razy w życiu i zawsze z nowymi partnerkami, to nie masz doświadczenia jako kochanek i twój poziom lęku jest bardzo duży – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta. – Mężczyzna zastanawia się wówczas: „Co ona o mnie pomyśli? Może mam za małego? Może za dużego?”. Podobnie, kiedy nie buduje z kobietą bliskości. Wówczas wyobraża sobie, że jak gwiazdor porno musi się wykazać. No, a jeśli wgra sobie to przeświadczenie, płynie do jego ciała lęk, strach, przerażenie, a to nie są zbyt podniecające uczucia. Naturalną koleją rzeczy są w tej sytuacji zaburzenia erekcji. A kolejnym statystycznym krokiem jest zamówienie leków na potencję w Internecie, jednak one niewiele pomogą.

Bo czymś, co wyeliminuje obawy takiego mężczyzny, a więc i problem ze wzwodem, jest zbudowanie ciepłych relacji z kobietą. Ale najczęściej pacjent nie chce o tym słuchać, on chce dostać tabletkę, która załatwi sprawę. Podczas rozmowy z terapeutą przyznaje, że ma poczucie, że żadna kobieta się nim nie zainteresuje, bo jest brzydki, ma nieciekawe życie. Andrzej Gryżewski: – Mężczyzna przychodzi ze zrujnowaną samooceną. I wierzy, że farmakologia pomoże mu poczuć się pewnym siebie, umieć prowadzić dialog z kobietą, poderwać ją, a potem w łóżku się wykazać. Ale żeby tak się stało, w takiej tabletce musiałyby być geny z umiejętnościami społecznymi, które zmieniałyby osobowość. Jak go przekonać, że potrzebna jest mu psychoterapia?

– Zapytałem pacjenta, który przyznał się do niskiej samooceny, jak długo ktoś mu tę samoocenę dezawuował – opowiada Andrzej Gryżewski. – Babcia mnie wychowywała i przez lata ośmieszała w zemście za dziadka, który ją opuścił. Rodzice? Robili karierę i w ogóle się mną nie zajmowali. Nie, nie miałem żadnej dobrej relacji.

– A gdyby chciał się pan nauczyć chińskiego, to ile by to trwało?

– Ze 400 roboczogodzin.

– No właśnie. A jeśli chodzi o budowanie relacji, bycie dobrym kochankiem, to ile czasu na to trzeba?

– To co innego!

– A gdyby chciał pan popracować nad sylwetką, poszedłby pan na siłownię. Ile czasu trzeba, żeby były efekty?

– No, kilka miesięcy...

– A czy nie może być podobnie z seksem?

– No, nie...

Specjalista szuka kolejnej metafory, by wreszcie trafić do wyobraźni pacjenta i spowodować, by pomyślał, że jest inne rozwiązanie niż pigułka. Że zamiast łykać medykamenty, lepiej wzmocnić poczucie wartości, nauczyć się budowania relacji i nabyć rzetelną wiedzę dotyczącą seksualności człowieka.

– Tak właśnie pracujemy w gabinecie, w dużej mierze w najbardziej skutecznym nurcie, psychoterapii poznawczo-behawioralnej – mówi psychoterapeuta.

Złudzenie czy pomoc?

Zalewają nas reklamy cudownych środków na potencję dla mężczyzn, ale trafiają się też leki dla kobiet. Rynek konsumencki jest ogromny – aż 42 proc. mężczyzn i 46 proc. kobiet ma zaburzenia seksualne. Tylko 10 proc. z nich się leczy. A reszta?

– Suplementy reklamowane w prasie i w telewizji jako leki są dostępne w Internecie – mówi Andrzej Gryżewski. – Są popularne, gdyż co czwarty mężczyzna ma zaburzenia erekcji. Do 25. roku życia 60 proc. cierpi na przedwczesny wytrysk, a po 25. roku – 30 proc.

Tabletki na potencję reklamowane w mediach wydają się znakiem końca pruderii. Czy to znaczy, że psychoterapia seksuologiczna jest w odwrocie?

Andrzej Gryżewski: – Doświadczenie pokazuje, że tam, gdzie przyczyna zaburzeń tkwi w psychice, skuteczną pomoc znajdziemy, zmieniając myślenie, pracując ze zniekształceniami poznawczymi i ucząc się, czym jest seksualność. Wiara we wszechmoc tabletek bierze się m.in. stąd, że do niedawna wszyscy, którzy zajmowali się seksuologią, to byli lekarze: Michalina Wisłocka, Kazimierz Imieliński, Zbigniew Lew-Starowicz, Andrzej Depko. A co za tym idzie, stosowali pomoc medyczną, leki. Dziś nadal wielu seksuologów to medycy. Jeśli więc przychodzi klient do seksuologa, który ma wykształcenie medyczne, to może liczyć na leki. Te zapisują też lekarze interniści, rzadko będący seksuologami.

– Gdy chodzi o zaburzenia wzwodu, które nie mają fizjologicznej przyczyny, leki mogą pomóc na chwilę, ale problem wróci, jeśli jego źródło tkwi w emocjach, mitach seksualnych, zniekształconych procesach myślowych – dodaje Gryżewski.

Ale mężczyźni upierają się przy tabletkach, bo mają poczucie, że jeśli wezmą niebieską pastylkę, to będą szaleć w łóżku przez wiele godzin. – To jeden z mitów, jakie ciągną się za lekami na potencję. Mitów, bo jak ktoś nie jest aktorem porno, a jego łóżko to nie scena, na której liczą się tylko wygibasy, nic z tego nie będzie. Dopasowanie się, uważność na to, jak dana kobieta układa się w rękach danego mężczyzny, decydują o erotycznym szaleństwie zmysłów – mówi Andrzej Gryżewski. Natomiast mężczyźni mają poczucie, że jedna pigułka rozwiąże wszystkie problemy i w seksie, i w związkach.

Czas żałoby

Matka umarła, kiedy miał 12 lat. Ojciec się psychicznie rozpadł. I on, dziecko jeszcze, musiał się zająć organizacją pogrzebu, załamanym ojcem i młodszą siostrą. Kiedy dorósł, poznał kobietę z depresją i się zakochał. A potem pojawiła się dwójka dzieci. Nie miał więc nigdy czasu na to, by przeżyć żałobę po matce. Dziś ma lat 43. Kiedy stoi na poczcie w kolejce i widzi kobietę podobną do mamy, zaczyna płakać. W radiu leci piosenka, którą ona lubiła – płacze. A w seksie... Właśnie dlatego przyszedł do seksuologa. Od wielu lat ma zaburzenia erekcji. – W czym nie ma nic dziwnego, bo jego organizm całą energię kieruje na nieprzeżywanie żałoby, odcięcie się od niej – mówi Gryżewski. – Na zwyczajne życiowe czynności zostaje mu 10 procent dziennej energii. By to zmienić, musiałby puścić te emocje, zmoknąć łzami do suchej nitki. Inaczej się nie da. Ale on tego się boi. Zaburzenia erekcji to czubek góry lodowej.

Ten mężczyzna myślał, że pomogą mu pigułki. Na szczęście dał się przekonać do pracy nad emocjami i po roku psychoterapii zaburzenia erekcji pojawiają się już tylko podczas jednej czwartej stosunków. Wcześniej zdarzały się za każdym razem.

Terapia polega na tym, że pacjent opowiada o matce, mówi, z czym ona mu się kojarzy. Odreagowuje swoje emocje. Ja mu pomagam je przeżyć w bezpieczny sposób.

Inny przypadek. 38-letni syn prawicowego polityka. W jego domu o ciele za wiele się nie mówi. To, co powyżej pasa, jest w porządku, co poniżej – zostaje przemilczane. Więc nikt z nim nie rozmawiał na temat seksu. Miał wgrane, że genitalia są nieczyste, że seks to choroby weneryczne, więc lepiej nie zajmować się tą sferą życia. Oczywiste więc było, że będzie miał problemy z erekcją. By się ratować, kupował tabletki w necie.

– Wszystkie, jakie można tam nabyć, są podobne do niebieskich tabletek, z tym że substancja czynna to koło 10 proc. składu, reszta (skrobia, cement) nie wpływa na wzwód – mówi Gryżewski.

Pacjent uzależnił się od tych leków psychicznie. Był przekonany, że tylko jak weźmie tabletkę, będzie dobrze funkcjonować w seksie i w ogóle w życiu. A jeśli nie weźmie... No właśnie! Nie dopilnował i skończył się zapas. Był pewny, że partnerka go odrzuci, a nawet jeśli nie, to seks na pewno się nie uda. To nie tylko cały dzień będzie do niczego, ale i życie. Żadnej innej kobiety już nie pozna.

– Mężczyźni, którzy mają niską samoocenę, już po dwóch razach mogą się uzależnić psychicznie od środków na potencję – mówi Andrzej Gryżewski. – Całą swoją samoocenę wyrzucają na zewnątrz i lokują w tabletce. A ten pacjent był marzeniem każdej kobiety: wysportowany, wysoki, trzy języki, a do tego miły. Przyszedł do mnie, bo przeczytał, że tabletki z netu nie są najlepsze i mają prawo nie zadziałać. A ostatnio właśnie przestały. Dlaczego? Jego przedostatnia partnerka stała się jego stalkerem. Po dwóch miesiącach bycia razem zauważył, że bierze narkotyki, i chciał się z nią rozstać. Powiedziała, że się zabije, i zaczęła wysyłać zdjęcia z inscenizacją samobójstwa: lina, tabletki, ostre narzędzia itp. Więc jednak nie zrywał z nią ostatecznie, a ona w tym czasie zaczęła wydzwaniać do jego matki. Matka interesowała się ogrodem i książkami Jane Austen. Dziewczyna zaznajomiła się więc i z ogrodnictwem, i z powieściami, by mieć o czym z nią rozmawiać. Dzwoniła do niej codziennie. Gdy więc matka się dowiedziała, że jej syn chce się z tą kobietą rozstać, zagroziła, że go wydziedziczy.

Nie poddał się, zaczął się spotykać z inną. Ale wtedy nasiliły się problemy z seksem. A tabletki przestały pomagać.

Andrzej Gryżewski: – Pacjenci często przychodzą i mówią: „To jest superskuteczne, czytałem w ulotce. Ja to brałem, ale nie pomogło, czyli to moja wina”. Mają tak zaniżoną samoocenę, że nie przyjdzie im do głowy, że ten lek może być do niczego. Przypisują więc winę wyłącznie sobie i ich poczucie wartości jeszcze dostaje dodatkowe baty. Załamują się.

Leki pomagają mężczyznom, którzy mają z seksem problemy z powodów organicznych. Na przykład cierpią na choroby kardiologiczne, w ich żyłach osadził się cholesterol, substancje smoliste itd. Viagra była początkowo podawana dzieciom chorym na serce, gdyż poprawiała jego ukrwienie. Gdy zobaczono, jak jest skuteczna, zaczęto podać ją dorosłym, a wtedy okazało się, że skutkiem ubocznym jest wzwód. Ale jeśli źródłem zaburzeń jest psychika, trzeba leczyć psychikę, leki działające na ciało nie rozwiążą problemu duszy, nie zmienią procesów myślowych. Jeśli mężczyzna boi się kobiet, to tabletka nie zmniejszy tego lęku. Nie zniweluje bólu wspomnień, nie sprawi, że przycięte w dzieciństwie skrzydła odrosną.

Kobieta, która nie ma orgazmu

– Nigdy się nie masturbowała. Nie ma pozytywnych doświadczeń z mężczyznami. Dodatkowo jej rodzina nigdy pozytywnie nie mówiła o seksie. No, to ona ma prawo nie mieć orgazmów. Ale kiedy przychodzi do gabinetu, mówi: „Wie pan, słyszałam, że jak weźmie się niebieską tabletkę, to trzy noce można szaleć. Słyszałam, jak przez całą noc jęczała sąsiadka, kiedy ją zażyła. Pomyślałam więc, że jeśli ja, która mam problem z seksem, wezmę tę cudowną pastylkę, to i mnie pomoże. Wejdę wtedy w jakąś dobrą relację z mężczyzną, bo on będzie inaczej mnie traktować, jak mi lepiej pójdzie w łóżku” – relacjonuje Gryżewski. – Ale, niestety, nie tędy droga do szczęśliwego związku. Tabletka nie odmieni całego jej życia. A więc mówię do niej: – To ciekawe, ale warto zobaczyć, co też pani czuje. Zebraliśmy jej wszystkie problemy i policzyliśmy, ile czasu trzeba, by je rozwiązać. Razem wyszedł nam rok pracy. Zaleciłem jej trening masturbacyjny i lekturę książki „Monologi waginy”, która pomoże jej polubić własne genitalia.

To niezwykle ważne, bo jak kobieta chce uprawiać seks z sukcesem, to musi siebie tam też polubić. Jeśli nie ma świadomości, czym seks jest, jeśli nie ma wiedzy, jak się kochać i czemu to może nie wyjść, nie będzie miała udanego seksu.

Homoseksualni kochankowie

– W świecie homoseksualnej miłości jest większy nacisk na to, aby się wykazywać sprawnością – mówi Andrzej Gryżewski. – Gdy przychodzą do mnie geje z problemami seksualnymi, stosujemy model psychoterapii poznawczo-behawioralnej, tzw. ABC, gdzie A to sytuacja aktywizująca, B – przekonania, C – konsekwencje. Sytuacja: chcę mieć z kimś seks. Przekonanie: muszę się wykazać, bo od tego zależy, czy zbuduję relację; wszystko stawiam na jedną kartę. Konsekwencje: czuję duży lęk, niepokój.

Z takimi uczuciami obciążającymi nie zbudują niczego dobrego, bo to tak jakby nie tylko nieśli na plecach 50-kilogramowy worek, ale chcieli z nim przebiec maraton.

Psychoterapia polega na zdjęciu z nich tego obciążenia. Jak? Potrzebna jest analiza. Pytam: – Jak pan myśli, czego partner od pana oczekuje?

– Żebym przez cztery godziny miał sztywność członka.

– O! Ciekawe – odpowiadam. Myśli pan, że to realne?

– Tak!

– Owszem, coś takiego zdarza się w naturze, ale to jest choroba i nazywa się priapizm. Mówimy o niej, gdy sztywność członka utrzymuje się powyżej dwóch godzin. Wówczas trzeba jechać do szpitala, bo to grozi stałym uszkodzeniem prącia.

Mity, które rujnują życie seksualne oraz emocjonalne i hetero-, i homoseksualistów, biorą się głównie z filmów porno.

50 minut superharcowania? Ale to nagranie trwało cały dzień, było wiele przerw i stop-klatek. Osoba, która nie ma partnera na stałe, może ulec złudzeniu, że w łóżku wszystko polega na wytrzymałości i sprawności. A to idealne podłoże myślowe do poszukiwania superleku na potencję. Wówczas nie jest dostrzegane to, co ktoś inny czuje, myśli, czego pragnie. Liczy się sprawność. Jak w takiej sytuacji zbudować intymną, ciepłą i szczerą relację? No, nie da się, a gdy jej brak, problemy z seksem się nasilają, więc znów zaczynają się poszukiwania silniejszego leku.