1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przyjaciółka twojego faceta - rywalka czy sojuszniczka? Czy można jej zaufać?

Przyjaciółka twojego faceta - rywalka czy sojuszniczka? Czy można jej zaufać?

Boisz się, że twój facet ma dobrą relację ze swoją przyjaciółką? Zastanów się, czego brakuje waszej. (Fot. iStock)
Boisz się, że twój facet ma dobrą relację ze swoją przyjaciółką? Zastanów się, czego brakuje waszej. (Fot. iStock)
Przyjaźń między mężczyzną a kobieta istnieje. Jest też prawdziwym testem dla kobiecej solidarności. Według psychoterapeutki Katarzyny Miller to, czy postrzegasz przyjaciółkę swojego faceta jako sojuszniczkę czy rywalkę, świadczy tak naprawdę o tym, jak pewnie czujesz się w związku.

Czy można nie być zazdrosną o przyjaciółkę swojego faceta? A czy naprawdę dziewczyny chcą, żeby w ich związku nic się nie działo? Czy naprawdę chcą, by wszystko było proste, wiadome i nudne? Na zasadzie: wszedł, siedzi, nie wychodzi, z nikim innym nie rozmawia i jest mój? Czy naprawdę są tak bardzo bez wyobraźni, by nie doceniać całego kosmosu uczuć, jakie są związane z byciem z kimś w związku? Jeśli są zaniepokojone tym, że ich facet ma stały kontakt z inną dziewczyną, no to o czymś to świadczy, prawda?

O czym? Zazdrość bierze się zwykle z potrzeby kontroli, która wynika z kolei z braku poczucia własnej wartości i pełni. Tylko skoro nie czujesz się pewnie, zamiast ciosać mu kołki na głowie, zadbaj o siebie, stan się na tyle ciekawa, żeby dobrze się bawił w twoim towarzystwie, a może nawet na tyle ciekawa, by zostać przyjaciółką innego faceta, który ma partnerkę. Zrozumiesz wtedy, co to znaczy znaleźć się w sytuacji „przyjaciółki mojego faceta”. Ale też po prostu znajdź w sobie coś takiego, żebyś mogła pełnić wiele ról, żebyś była różnoraka i by wszyscy, którzy z tobą są, mieli poczucie, że owszem, inne osoby są ważne, ale ty jesteś najważniejsza. A poza tym… czy naprawdę chcesz być z facetem, który nikogo innego nie ma w życiu? Kto się z nikim innym nie przyjaźni? Albo który inne dziewczyny tylko puka? Denerwuje mnie to wynikające z pustki wewnętrznej chore przekonanie, że jak mi jest z czymś niewygodnie, jak mnie coś kosztuje – to wtedy ktoś powinien coś zrobić, żeby to się skończyło. No i na koniec – nawet jeśli twój chłop tej przyjaciółce się podoba, to co w tym złego? Jakby nie był atrakcyjny, sama byś go nie chciała.

Prawda! Jak dostajesz od losu fajnego faceta, to dostajesz go z całym jego bogactwem, a w tym bliskimi. Oczywiście, ale to nie jest w smak wielu kobietom. Dochodzą do wniosku, że mamusia jest dla niego za ważna, siostra za ważna, była zona za ważna, nawet dzieci z pierwszego małżeństwa staja się za ważne. A ja?! – pytają. No własnie, gdzie w tym wszystkim jesteś ty? I kim ty znowu takim wyjątkowym jesteś, że te wszystkie osoby ci przeszkadzają? To tak jakby własnemu dziecku życzyć, żeby inni go nie lubili. Może jeszcze oburzasz się, że twój facet lata na paralotni albo czyta godzinami w bibliotece, zamiast siedzieć w domu z tobą?

Tak jakby jego dotychczasowe życie miało się skończyć, bo poznał ciebie. Mało tego, na pewno powinny się skończyć jego wszystkie relacje z kobietami, bo – i tu poruszamy ulubiony wątek kolorowych gazet – prawdziwa przyjaźń miedzy mężczyzną a kobietą nie jest możliwa. Mnie to zawsze przypomina moją mamusię, która powtarzała w kółko, że mi tylko jedno w głowie, podczas gdy ja się interesowałam tysiącem spraw i z moim chłopakiem chodziłam na spacery, do kina i do biblioteki, a nie jak moja mama mi zarzucała – żeby się ciupciać. To jej było jedno w głowie! Ale w ten sposób myśli wiele kobiet – że jak on i ona się kolegują, to na pewno coś do siebie czują. Ależ oczywiście, że coś do siebie czują. Na pewno się też sobie podobają, bo jak kogoś lubisz, to zwykle też ci się podoba. Ja się koleguję z kobietami, na które miło mi się patrzy, co w tym złego? Jeśli jesteś chora z zazdrości, to zastanów się nad sobą. Chciałabyś być dla niego wszystkimi kobietami? Naprawdę? Byłabyś wtedy w stanie odpowiedzieć na wszystkie jego potrzeby? Znać się na wszystkim, o czym on lubi rozmawiać? Jeśli boisz się, że twój facet buduje fajniejszą relację z inną kobietą, to zastanów się, czego brakuje w waszej relacji. Możesz z nim o tym porozmawiać, zapytać się. Ja jestem bardzo zadowolona, gdy przychodzą do nas moje przyjaciółki i gadają z moim Edkiem o tym, o czym ja nie lobie z nim gadać. A gadają, że aż furczy! Ja sobie wtedy leżę i książkę czytam. I wszyscy są szczęśliwi. Choć prawda, to są moje przyjaciółki, nie jego. On ma za to ulubiona kuzynkę, którą ja też bardzo polubiłam. Bo zwykle tak działa, że jeśli nasz facet kogoś lubi, to jest to po prostu fajna osoba. Chyba że jakimś cudem okaże się, że nie nadajecie na tych samych falach.

Chcesz powiedzieć, że naturalnym odruchem wobec przyjaciółki partnera powinna być chęć zaprzyjaźnienia się z nią? Jak najbardziej. Choć czasem się to nie udaje, z przyczyn osobowościowych. Nie każdego człowieka, którego ja lubię, musi lubić mój facet. Wiadomo.

Ale pojawia się cień takiej myśli, że jeśli się nie lubicie, to dlatego, że ona jest o ciebie zazdrosna. Jeśli taka myśl się pojawia, to pobądź trochę z nimi, zobacz, jak się zachowują. Czy ona go uwodzi, czy raczej gadają sobie normalnie? Oczywiście, że może się tak zdarzyć, że miedzy nim a jego dajmy na to koleżanką z pracy nawiąże się bliska więź, bo w pracy pojawiają się czasem bardzo silne uczucia związane z przeżywaniem samej pracy, które mocno ludzi. I może do tego miedzy nimi pojawi się jakaś chemia, która zaprowadzi ich do sypialni. Ale przed tym nic cię, kochana, nie uchroni oprócz tego, że wasz związek jest na mur beton. No a to, że się sobie podobają i padają sobie w ramiona z radości, że własnie udało im się doprowadzić do transakcji na milion dolarów, nie musi oznaczać, że dojdzie miedzy nimi do seksu. Przecież tobie też się podobają inni mężczyźni, a nie chodzisz z nimi do łózka. Chyba że masz klapki na oczach i żadnych innych mężczyzn poza swoim nie dostrzegasz, co jest niekorzystne i dla ciebie, i dla związku, bo przestałaś być normalną kobieta.

Myślę, że może boleć fakt, iż nasz ukochany ma z przyjaciółka jakąś sferę, do której my nie jesteśmy dopuszczone. Ale przecież my też nie dopuszczamy swojego faceta do stref, do których dopuszczamy nasze przyjaciółki. Jest taki typ mężczyzn, związanych bardziej z matką lub wychowanych w domu pełnym kobiet, którzy zawsze będą przyjaźnić się z kobietami. Oni są bardziej empatyczni, potrafią słuchać, rozmawiać. Jeśli masz takiego faceta, nie dziw się, że będzie miał szerokie grono koleżanek. Są też tacy mężczyźni, którzy z kobietami się w ogóle nie przyjaźnią, bo nie czują z nimi żadnych „styków“. Ale jest wtedy ryzyko, że jedyny styk to dotyk i będą je chętniej widzieć w roli kochanki.

Wiele kobiet myśli: 'jak się kolegują, to na pewno coś do siebie czują'. Pora zerwać z tym myśleniem. (Fot. iStock) Wiele kobiet myśli: "jak się kolegują, to na pewno coś do siebie czują". Pora zerwać z tym myśleniem. (Fot. iStock)

Pomyślcie o tym, jakie profity możecie czerpać z tego, że on ma przyjaciółkę. A tych profitów jest mnóstwo! Możesz mu powiedzieć np. tak: „Kochanie, ja wiem, że ty pewnych rzeczy ode mnie nie przyjmiesz. Przegadaj to z Zosią. Spytaj, czy ona uważa tak jak ty, czy tak jak ja“. Zosia jest nieoceniona również w sytuacjach, kiedy nie możecie się porozumieć w jakiejś kwestii – ona objaśni mu, jak ta sama sytuacja wygląda z kobiecej perspektywy, czemu ty reagujesz tak, a nie inaczej. Zrobi to, bo jak prawdziwej przyjaciółce zależy jej, by przyjaciel był szczęśliwy. Oczywiście istnieje też możliwość, że jakaś dama podkochuje się w twoim mężczyźnie, ale ponieważ wie, że może dostać od niego tylko tzw. przyjaźń, godzi się na taki układ, chcąc być blisko niego. Wtedy z jej strony ta przyjaźń jest naciągana i nieszczera.

Ale czy powinnyśmy w takiej sytuacji jakoś zareagować? Ja bym zareagowała. Powiedziałabym mu, że moim zdaniem jego „przyjaciółka” jest nieszczera i nieprawdziwa. On pewnie by protestował: przecież jej zależy tylko na jego dobru, zawsze go wspierała. Wtedy odpowiedziałabym, że może on tak na to patrzy, bo lubi, żeby mu pochlebiać. Jeśli ona mu mówi same miłe rzeczy, to nie jest to przyjaźń, tylko uwodzenie.

A z nią byś porozmawiała? Gdybym miała tego dosyć, to tak. Mało tego, potrafiłabym jej bardzo ostro powiedzieć, że nie będę się zgadzała na mącenie w naszym związku i mogę postawić sprawę na ostrzu noża. Ale powiedzmy sobie jasno: taka dama to nie jest przyjaciółka, tylko rywalka. I trzeba to jasno rozgraniczyć. Bo, niestety, kobiety zwykle prędzej są skłonne ujrzeć w drugiej kobiecie związanej z jej ukochanym rywalkę niż sojuszniczkę.

Tak jesteśmy wychowywane przez społeczeństwo, które nas przeciwko sobie nastawia. Kiedy pomyślę o jakimś przykładzie z literatury lub kina, bohaterce, która potrafiła się wznieść ponad tę walkę o mężczyznę, to znajduję jeden jedyny przykład z "Przeminęło z wiatrem". Mianowicie Melanię.  Ach, Melania. Uwielbiam ją. Wiedziała, że Scarlett kocha się w jej mężu, wiedziała też, że Scarlett podoba się jej mężowi. Zresztą trudno, żeby się nie podobała, bo była piękna i intrygująca. Ale wiedziała też, że Ashley bez niej nigdzie nie pójdzie. Poza tym Melania samą Scarlett szczerze lubiła i podziwiała, a nawet jej współczuła, że ma takie nierealne marzenie o miłości, które nigdy się nie spełni. Bo Scarlett miała syndrom pod tytułem "chcę takiego pana, który nie może być mój". Melania miała niezachwianą wiarę w wartości, co wyglądało jakby była pierwszą naiwną, a tak naprawdę była bardzo mądra. Nie śpieszyła się z osądami, wiedziała, że Scarlett jest głupiutka, ale dobra i nie zrani jej romansem z Ashleyem.

Musiała mieć duże zaufanie do niej. I do niego. Tego chyba nam brakuje... No ale skoro ona jest jego przyjaciółką, a ty partnerką, to on chyba już dokonał wyboru. Poza tym skoro ona chce jego dobra, to chyba więcej was łączy niż dzieli. Nie musicie razem chodzić na kawę i na siłę się przyjaźnić. Po prostu bądź dla niej życzliwa i ciesz się, że masz w niej sojuszniczkę. Może to dobrze, że oni mają własne sekrety, bo po co ci wiedzieć że np. jakaś dziewczyna w pracy go podrywa. Chyba tylko dla kontroli. Poza tym wiedzieć nie znaczy rozumieć. To wielki dar mieć faceta, który potrafi się przyjaźnić i który ma bliskie osoby.

A jeśli jesteśmy w roli przyjaciółki, na którą nowa partnerka groźnie patrzy czy wręcz zabrania kontaktu? Jak się zachować? Porozmawiać z nią? Z nim? A może delikatnie się wycofać? Przeczekać. Zobaczyć, co on na to. Czy umie jej się spokojnie postawić i nie dać sobie odebrać przyjaźni. Wtedy i jego sprawdzisz. Z nią ewentualnie można pogadać na zasadzie: "Przecież on jest twój i życzę wam szczęścia!", ale głównie to on powinien umieć to załatwić. W końcu to z nim mamy relację. Moi przyjaciele przeważnie dawali sobie z tym radę. A z jednej ważnej przyjaźni ostała mi się właśnie ona, a nie on.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego kobiety zakochują się w żonatych mężczyznach?

Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety.
(Fot. iStock)
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety. (Fot. iStock)
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Moja przyjaciółka M. zakochiwała się wyłącznie w mężczyznach, którzy byli zajęci. Tłumaczyła, że to silniejsze od niej. A kiedy jeden z jej wybranków zdecydował się odejść od żony, pogoniła go, mówiąc, że już jej nie pociąga… Oczywiście, bo on ją interesował nie jako jej partner, tylko jako mężczyzna do zdobycia, i to mężczyzna należący do innej kobiety. Żeby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Pierwsza to poczucie wartości M. Opiera się ono na tym, że ten, kogo uda się jej zdobyć, jest nic niewart. Bo gdyby był coś wart, toby jej nie chciał. Dlatego wartościowy i atrakcyjny jest ten mężczyzna, którego musi zdobywać. Drugi aspekt to trójkąt rodzicielski. To istota całej sprawy. Zacznijmy od tego, że kiedy M. była dziewczynką, niedobrze się działo między państwem małżeństwem, czyli tatusiem a mamusią. Nie byli już ze sobą blisko, choć może kiedyś tak, a gdy pojawiła się córeczka, niespecjalnie się już nawet lubili. Oboje się od siebie oddalali, czuli zawód seksualny, żal i nic w tej sprawie nie robili. No i co się wtedy stało? To, co zazwyczaj w takiej sytuacji: dziecko płci żeńskiej stało się córeczką tatusia. M. rozumiała go lepiej niż żona, lepiej niż ona się z nim dogadywała. I tatuś miał poczucie, że jego córeczka to najsłodsza istota na świecie, która go kocha nad życie: „No, przynajmniej córkę mam dobrą, bo żona to mi się nie udała”, myślał.

Trochę tej dziewczynie zazdroszczę kontaktu z ojcem, a trochę czuję, że ta ich bliskość to jednak nadużycie… Jakiś jego rodzaj na pewno, choć nie musi dochodzić do żadnego molestowania. Córka jednak bardziej jest towarzyszką tatusia niż mamusia, i to nie jest naturalne. Matka jest oczywiście o córkę zazdrosna. To jest aż nudne dla mnie jako dla terapeutki, bo wciąż to muszę powtarzać, ale powtarzam, bo wiem, jakie to niezwykle ważne dla ludzi, którzy tego doświadczają. Otóż ta mamusia nie kocha córki, bo nie kocha samej siebie, a przecież córka to mała ona. I dlatego zawodzi męża, bo jeśli nie kocha siebie, to czuje się niepewnie, wstydzi się, nie lubi swojego ciała, a więc i unika seksu. Jest więc mamusia takiej dziewczynki niespełniona jako kobieta, a i jej mąż – niespełniony jako mężczyzna.

No ale wracając do córeczki: ponieważ mama jej nie lubi, to tym bardziej ona lgnie do tatusia. Tatuś tym bardziej czuje, że to córeczka jest jego, a nie żona. A więc tworzy się w głowie dziewczynki taki oto wzór: mama jest żoną tatusia, ale nie całkiem są razem, nie ma między nimi więzi. A więc córka chciałaby, żeby mamusi nie było i żeby tatuś był jej. Ale przecież nie byłoby dla niej dobre, gdyby mamusi w ogóle nie było, bo mamusia jest jej potrzebna. Ba! Tatusiowi też jest potrzebna, żeby był dom.

No i mamy grecką tragedię… Dziewczynka wyrasta w poczuciu, że tatuś nie jest jednak do zdobycia. Uczy się więc, że mężczyzna, który jest jej najbliższy, nie jest jej. A jednocześnie nie może zaakceptować też tego, że tatuś jest mamusi. Mogłaby to zaakceptować, gdyby rodzice się kochali i wychowywali ją jak dziecko, a nie jak zastępczą partnerkę tatusia. Ta dziewczyna nie może mieć też do końca poczucia, że identyfikuje się z kobiecością, bo to można dostać tylko od matki. A ona tego od matki nie dostaje. Liczy więc, że koronę królowej da jej mężczyzna, którego zabierze innej kobiecie. No i teraz wróćmy do M. Zabrała tego pana innej pani i w tym momencie przestał być dla niej ważny. Bo tatuś nie może być jej partnerem. To byłoby kazirodztwo. Nie o to też chodzi, żeby go mieć, tylko żeby go zdobywać. No bo na czym miałoby polegać zdobycie tatusia w rodzinie?

Mamusia powiedziałaby: „Dobrze, córuś, tatuś jest twój”. Dopiero byłoby dziwnie. Ponieważ córka poczułaby się przeciążona, a ponadto zdradzona i przez matkę, i przez ojca. Dziecko potrzebuje obojga rodziców. A więc nie może jej się udać tego faceta zdobyć, bo nawet nie byłoby wiadomo, co z tym zrobić. Poza tym ta kobieta, która jest z tym mężczyzną, jest jej matką. Więc córka chce z nią wygrać tylko trochę, żeby się poczuć lepiej. Bo czuje się źle. Matka jej nie traktuje jak córki, ojciec też, bo zastępuje nią żonę, z którą jednak nadal jest, więc córki nie wybiera. Córka nie jest zatem sobą, nie jest po prostu dzieckiem. Gdyby wygrała z matką, spadłby na nią cały ciężar tej sytuacji. A ona tego nie udźwignie, bo przecież jest niedojrzała, niepewna siebie. Nikt jej nie nauczył, jak to jest być zadowoloną z siebie.

Więc romans z żonatym może być fajny, ale tylko jako romans? Tak, bo ona sobie udowadnia, że jakiś mężczyzna dla niej zdradza żonę. I właśnie: moim zdaniem chodzi o to, że on zdradza, a nie, że zostawia żonę. A więc on woli ją. Nie chodzi nawet o seks z nim, ale o to, że ten mężczyzna jej pragnie. Ponieważ tatuś nie pragnął mamusi, a jej nie mógł pragnąć. Chodzi o to, że dziewczyna czuje, że w jakimś małżeństwie źle się dzieje, bo tatuś nie pragnie mamusi, swej żony, ma więc pragnąć jej. A nawet odwrotnie – ponieważ żonaty mężczyzna jest na nią łasy, to oznacza, że w jego relacji z żoną jest kiepsko i ona ma nawet obowiązek go ratować!

A czy M. i podobne do niej kobiety nie są seksolubne? One wabią mężczyznę seksem, bo to jest ich sposób na to, by zbudować z nim relację, która ma być ważniejsza niż inne. Co więcej, dla tych mężczyzn, których M. sobie wybiera, seksualne wabienie jest szczególnie atrakcyjne, bo ich żony seksualnie atrakcyjne nie są lub przestały być. Mężczyzna nie potrafi rozbudzić seksualnie żony, bo nie umie poradzić sobie z jej chłodem, lękiem itd. Albo nie chce, bo związał się z taką kobietą, by nie musieć być wydolny seksualnie na takim poziomie, który zaspokoi dorosłą kobietę. M. łatwo go sobą zainteresuje, ponieważ dorosłą, wymagającą kobietą nie jest. Chce adoracji, musi być uwodzicielką, lolitką. Naprawdę chce ojca i matki, ale nie dostała tego od własnych rodziców, więc przynajmniej dostaje uwagę od kolejnego cudzego męża. Sprawdza się jako upragniona kobieta wcześniej niż jako kochane dziecko. Mężczyźni lecą na te dziewczyny, które im obiecują załatwienie ich własnych, niedojrzałych interesów.

A jak powinna się zachować mądra żona, kiedy taka kobieta szkodnik pojawi się w jej domu? Mądra kobieta powinna być dla niej dobra. To jest najbardziej lecznicze, bo tej dziewczynie potrzebna jest akceptująca matka. Gdy żona jest dobra, dla mężczyzny przestaje to być przygoda na boku. Poza tym zaczyna widzieć, kim ta dziewczyna naprawdę jest: dzieckiem. Ale to trudne dla małżonki, która czuje się nieatrakcyjna, której się wydaje, że wyższość dziewczyny tkwi w tym, że jest młodsza. A tak naprawdę atrakcyjność dziewczyny dziecka tkwi w tym, że ten mężczyzna jest dla niej arcyważny. No bo któż jest tak ważny jak tatuś, którego można w końcu zdobyć.

Powiedzmy, że żonie uda się nie widzieć w niej modliszki, ale dziecko, i wejdzie w rolę ciepłej pseudomatki… Da wtedy tej dziewczynie coś nieoczekiwanego, co ją rozbroi. Bo – paradoksalnie – ona zwraca uwagę na jej męża właśnie w tym celu, żeby ta kobieta ją zaakceptowała. Czyli po to wchodzi w relacje z ojcem, by pokazać matce: „Nie mogę dostać się do ciebie, przyjdź do mnie. Jestem bardzo samotna”. Od tak zwanych sprytnych kobiet słyszałam pozornie podobną radę: „Zaprzyjaźnij się z jego flamą, a on ją zostawi”, ale to manipulacja. Ja mówię o czymś prawdziwym, czyli o zupełnie innej motywacji do pozornie podobnego działania. A więc jeśli wokół twojego męża kręci się małe dziecko, to się nim zajmij. Zabierz je na zakupy, na kawę, na damskie pogaduchy, powiedz, że ją rozumiesz, porozmawiaj o jej rodzicach, pomóż znaleźć terapeutę. Opowiedz o tym mężowi, niech on też wie, że to naprawdę dziecko i że nie jest fajnie być pedofilem. Dla żony to trudne, ale może mieć z takiej relacji sporą satysfakcję. To jednak wymaga świadomości. A musimy tu sobie powiedzieć, że postacie z tych historii są nieświadome, czemu robią to, co robią. Najsilniej kieruje nami to, co najbardziej ukryte. Zatem im więcej się odsłoni, tym mniej to niebezpieczne.

Czyli nie zabraniać, nie kłócić się… Tylko czy ta dobroć jest bezpieczna? Czy okazja nie czyni złodzieja? Czyni. Zajmij się nią, ale nie tak, żeby on z nią bywał. No i nie zrób z tego trójkąta. Wtedy to krzywda dla wszystkich, zwłaszcza dla niej, bo to dziecko bedzie z obu stron nadużyte – i przez pseudomatkę, i przez pseudoojca. Oczywiście, zachowanie żony nie determinuje tego, co zrobi mąż, choć może bardzo na to wpłynąć.

A co powinien zrobić? Najlepiej, gdyby postąpił tak jak bohater filmu „American Beauty”. Mamy tam sytuację: słaby facet, odrzucony przez romansującą żonę, lokuje swoje uczucia w dziecku, na szczęście nie w córce, tylko w jej koleżance. Ta koleżanka to nimfetka, czyli osóbka udająca, że jest doświadczona w sypianiu z panami. Uwodzi więc Kevina, który stara się na nią ciągle niby to przypadkiem wpadać, śni nawet o niej. I w końcu są tylko we dwoje. Ona jak najbardziej zgadza się mu oddać, chciałaby, żeby ktoś ją w końcu rozdziewiczył, a wie, że ten facet ją uwielbia. Ale też się straszliwie boi. I co on robi? Nie korzysta z okazji, ale mówi najwspanialsze słowa: Jesteś cudowna, pragnę cię, gdybym tylko mógł to zrobić, tobym to zrobił i byłbym szczęśliwy. Ale tego nie zrobię, właśnie dlatego, że jesteś taka wspaniała, że cię uwielbiam... Ona dostaje więc to, co jest jej naprawdę potrzebne, a nie zostaje nadużyta. On jej daje to, co można dać potrzebującej, głodnej miłości dziewczynce. I zostawia ją jej procesowi dorastania.

Jeśli któraś z naszych czytelniczek pomyśli: „kurde, to o mnie”, to co powinna zrobić? Najlepiej pójść na terapię. Można spróbować pogadać z tatą, z mamą. Zobaczyć, jak oni dalej żyją... Podstawowym procesem wewnętrznym ma być zobaczenie rodziców jako pary. Czyli na przykład postawić sobie na komodzie ich zdjęcie ślubne, narysować ich jako parę, wyobrażać sobie ich razem idących za rękę. Wyobrażać ich sobie, jak byli młodzi i się w sobie zakochali, jak ze sobą spali. Jak bardzo chcieli ze sobą być, bo przecież istniał taki czas, kiedy byli sami, bez córki. A ona jest małą dziewczynką, która co najwyżej może trzymać ich za ręce. (To są zresztą dziewczyny, które jako dzieci nie leżały w łóżku między swoimi rodzicami. One rzadko chodziły z nimi razem do zoo, kina). To taki Hellingerowski sposób, żeby dziecko zobaczyło, że jest mniejsze od rodziców. A oni są razem, nawet jeśli się nie kochają teraz, to kiedyś uprawiali seks. Są parą i ich dziecko nic do tego nie ma. A jeśli się na to ich bycie razem porwie, będzie miało poczucie tragedii. Można się napawać poczuciem zemsty, ale na dobre to nam nie wychodzi.

Jeśli jesteś podobna do M., zastanów się: czy gdy ugania się za tobą wolny facet, to go lekceważysz, a ciągnie cię zawsze do mężów? Jeżeli tak, zastanów się, czy to dla ciebie dobre. Chcesz czegoś, co jest wbrew porządkowi. Mam nadzieję, że kobiety, które tak jak M. kilka razy zainteresują się zajętym mężczyzną, nasycą się tym, co wtedy dostają. One, tak jak każdy z nas, dobierają sobie partnerów, by zakończyć coś niezakończonego z rodzicami. Więc jeśli raz a dobrze zaspokoją potrzeby związane z trójkątem rodzinnym – a są chociaż trochę refleksyjne i przetwarzają swoje doświadczenia – choćby nieświadomie – znajdą swoje szczęście.

M. wyszła za mąż po trzydziestce za mężczyznę, który został sam z dwójką dzieci… A więc jest też i takie rozwiązanie… I dobrze, bo te dziewczyny mają często nieudane życie. Bywają pogotowiem seksualnym, hotelem dla mężczyzn, którzy skłócili się z żonami. Ale żaden z nich nie wiąże się z nimi na poważnie, bo wszyscy wiedzą, że to nie na stały związek. A jeśli znajdzie się taki, który pokocha, to dostanie w nos, tak jak przyjaciel M. Trochę żartobliwie powiem: opłaca się wchodzić w relacje z ludźmi, którzy już coś przeżyli i coś o sobie wiedzą. Samej też warto do tego dążyć…

  1. Psychologia

Wpływ rodziców na związek. Rozmowa z Katarzyną Miller

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? - Po prostu ich lubić (...). Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
O tym, jak ważne jest, by zminimalizować wpływ rodziców na swój związek, ale też zdać sobie sprawę z tego, że dom nosimy zawsze w sobie – z psycholog Katarzyną Miller rozmawia Joanna Olekszyk.

Niektórzy porównują związek do podróży. Jak często wybieramy się w nią na jednym wózku z rodzicami? Bardzo często, dlatego powinniśmy ich z tego wózka jak najszybciej wysadzić.

Z drugiej strony psychoanaliza mówi, że dzieciństwo ma wielki wpływ na to, jacy jesteśmy, więc wprawdzie wysadzić rodziców z wózka powinniśmy, ale czy i tak nie będą na nim siedzieć w archetypicznym wymiarze? Ja mam na myśli to, żeby podziękować rodzicom za to, co nam dali, i dalej pójść swoją drogą. Ale masz rację, z rodzicami jesteśmy związani na zawsze. Poza tym dzieci bardzo często chcą, by rodzice jak najdłużej na nich coś łożyli: pieniądze, opiekę, uwagę. To są dzieci nie do końca wypuszczone spod skrzydeł, przyzwyczajone do bezwolności, które na przykład chcą, żeby ich matki opiekowały się ich dziećmi. To, jaka ilość kobiet w Polsce jest na etatach babć, jest nie do uwierzenia. Na pewno jedną z przyczyn stanowi to, że nadal jesteśmy trochę za biedni, by pozwolić sobie na opiekunkę do dziecka. Z jednej strony dziadkowie dają wnukom wiele dobrego i są przeciwwagą dla rodziców, z drugiej robią im też wiele krzywdy, a to rozpieszczają, a to wkładają do głowy dziwne rzeczy... Ja na przykład miałam paskudną babcię, i to jedyną, jaką znałam. Dewotka, nic jej nie obchodziło, tylko zdanie księży. Rzymski katolicyzm bardzo się dokłada do naszych złych wspomnień z dzieciństwa, jest dosyć histeryczny i bardzo emocjonalny, no i często prowadzi do obłudy, typowo polskiej dulszczyzny.

Jaki najlepiej mieć stosunek do rodziców i teściów? Po prostu ich lubić, nie jakoś bardzo, ale wystarczająco, czyli bardziej lubić niż nie lubić. Nie zakładać, że będziemy się z nimi idealnie dogadywać, ale też nie koncentrować się na tym, co złe. To nie jest naiwne, ale głęboko mądre. Jeśli tylko znajdziesz coś fajnego w swojej mamie, tacie, teściu czy teściowej, to doceń to i powiedz na głos. Przecież spędzisz z nimi kawał życia – wspólnie tkacie dywan, po którym będziecie razem chodzić. Tkajcie go więc w ładnych kolorach, choć wiadomo, że w miarę używania trafi się też brzydka plama. Jeśli nic dobrego nie możesz powiedzieć o teściowej, to chociaż jej podziękuj: „Dziękuję ci za twojego syna”. Oczywiście wiele babek się zapiera, że nie będą mówiły innym czegoś miłego, bo oni im też nie mówią. Albo się zrażają: „Ja mu to już raz powiedziałam, ale on nie zareagował, więc przestałam”. Nie można przestawać, trzeba kontynuować. Jeśli cokolwiek chcesz osiągnąć, to musisz to robić wytrwale. Przecież jak się chcesz nauczyć jeździć, to trzeba się do tego na początku zmusić i regularnie powtarzać. Zmuszasz się, żeby się czegoś nauczyć, bo ci na tym zależy. A na relacjach ci nie zależy?

Do związku wnosimy też często naszego wewnętrznego rodzica... Boże, ile osób bierze udział w jednym związku! Moi rodzice, jego rodzice, nasi rodzice wewnętrzni, a do tego byli partnerzy. Seks łączy nas jak więzy krwi.

Jak często rodzic wewnętrzny okazuje się podobny do prawdziwego rodzica? Bardzo często. Mało tego, jeszcze częściej partner jest podobny do tego naszego wewnętrznego rodzica. Super, jeśli to jest ciepły rodzic, gorzej jeśli sekujący.

Sami wybieramy sobie takiego partnera? Oczywiście. Ludzie nieustannie mylą się w jednej sprawie: wydaje im się, że w życiu dokonują określonych wyborów, łącznie z wyborem partnera, by lepiej się poczuć. Otóż nie, my chcemy się czuć tak, jak czuliśmy się w domu – bo to już znamy, to jest bezpieczne. Owszem, jeżeli ktoś się napracuje, to może sobie ofiarować nowy start, z którym będzie dużo bardziej szczęśliwy, ale musi być dla siebie na tyle ważny, żeby mu się chciało i żeby nie zaprzestać tego wysiłku.

Czyli znów konsekwencja. Tak jest. Ja na przykład po latach zdałam sobie sprawę z tego, że facet, z którym jestem już bardzo długo, czyli mój Edek, często dowala mi tak jak moja mamusia. Kiedy to zrozumiałam i sobie ponazywałam, nagle zaczęłam zupełnie inaczej ustawiać to nasze wspólne życie. Przede wszystkim przestałam cierpieć – bo my zawsze cierpimy na własne życzenie. Skoro więc chcę z nim nadal być, to muszę zmienić coś w sobie, w moim podejściu. Zdać sobie sprawę z tego, że niby się z mamusią rozstałam, ale za to szybko podrzuciłam ją w jego skórę. Dalej ją sobie funduję, na własne życzenie. Jego zachowania interpretuję jako krzywdę, bo to samo robiła mi mama. Poza tym ja go prowokuję. Oczywiście on gra też w swoją grę. Ale jeśli ja się wycofam, to on też przestanie.

Czyli jest pewna prawda w twierdzeniu, że dobieramy sobie partnerów takich jak nasi rodzice? Pewnie, że jest. Ktoś powie: „Ale moja mama była gospodarna, a moja żona nie jest”. No ale gospodarność nie musi być tą najważniejszą rzeczą, może jest podobna w innych.

A czy wybieramy sobie partnerów podobnych do rodzica, z którym byliśmy bardziej związani, czy z którym się częściej kłóciliśmy? Kwestia, z kim byliśmy bardziej związani, jest dość skomplikowana. Wiesz, jaka jest psychoterapeutyczna prawda? Że jeśli najpierw przepracujesz rodzica, z którym twoim zdaniem było ci gorzej, to potem okazuje się, że z tym drugim też tak wesoło nie było. Kiedy rodzice się często kłócą, to nie dają się zaakceptować jako para. Jako dziecko musimy wybrać, czyją stronę bierzemy. Więc decydujemy i potem ładujemy pozytywy w tę jedną osobę, a drugą zaczynamy odsądzać od czci i wiary.

Chcemy udowodnić sobie, że dobrze wybraliśmy... A potem po latach okazuje się, że nie było wcale tak czarno-biało. To są czasem wstrząsające odkrycia. Moja przyjaciółka po kilkuletniej terapii zrozumiała, że jej biedna mama, uciemiężona żona alkoholika, tak naprawdę leżała na swoich dzieciach, żądała od nich współczucia i każde w pewien sposób skrzywdziła. Podczas gdy tata był ciepłą, fajną osobą, którą ona też stopniowo wykańczała, może i tak by pił, ale na pewno przez jej historię cierpiętnictwa nie miał szansy się przebić ze swoją.

Ja dokonałam dobrego wyboru w dzieciństwie, czyli przyznałam rację tacie, ale po latach, jak przepracowałam sobie konflikty rodziców, dostrzegłam w tym wszystkim też winę taty. Mama miała więc podstawy – jako kobieta – by go nie do końca uszanować.

Edka wybrałaś jednak kluczem mamy? Nie do końca, on ma też dużo z mojego taty. Ja dzięki ojcu mam bardzo dobre relacje z mężczyznami, bo stoję za sobą i nigdy się im nie daję. Potrafię być wredna, nie przeraża mnie, gdy ktoś tak o mnie mówi. Choć w sumie to nie jestem wredna, ja po prostu umiem o siebie zawalczyć. Natomiast w związku z Edkiem na początku zachowałam to cierpiętnictwo, które wyniosłam z domu, cierpiętnictwo mojej mamy. Ale już się go pozbyłam.

Chcemy wyjść z domu, lecz ciągle go w sobie nosimy. Tak, to odwieczny paradoks. Nie możemy się całkowicie odciąć od tego, co znamy z domu, bo to dół góry lodowej nas trzyma, nie góra – dół, czyli to wszystko, co w nas nieuświadomione, ukryte. Poza tym rodzice często nie chcą wypuścić nas na wolność i ciągniemy ich za sobą w postaci ogona. Dlatego gdy jesteś pierwszy raz w domu swojego chłopaka, patrz na jego rodziców. Jeśli tatuś jest kapeć, a mamusia po nim jeździ, to twój chłop prawdopodobnie będzie chciał, żebyś to ty była tą silną stroną w związku, która go niesie, a w dodatku ubóstwia. Jeśli tatuś jest macho i rozstawia rodzinę po kątach, zobacz, jak traktuje syna. Jeśli go gnoi, to jest to zniszczone dziecko, a jeśli syn jest do niego podobny i tatuś jest z niego dumny, gadają sobie o osiągnięciach, a mama lata dookoła stołu – to ty będziesz miała tak samo. Albo może być tak, że jego rodzice są ze sobą mocno związani, a on jest gdzieś z boku – wtedy dostałaś od losu małego, niedokochanego chłopczyka, który będzie się czepiał twojej spódnicy. Oczywiście przyszli teściowie mogą okazać się bardzo fajnymi i sympatycznymi ludźmi, ale i tak zobaczysz w nich coś, co ci się nie spodoba. Co nie znaczy, że masz każdego chłopaka z tego powodu odrzucać...

Wystarczy, że pomyślisz o swoich rodzicach... No właśnie, zastanów się, co on zobaczy, jak przyjdzie do ciebie. Z każdym facetem warto bardzo jasno porozmawiać o rodzicach – swoich i jego. Na pewno wasz związek ma być ważniejszy niż związek z rodzicami. Bardzo wiele dorosłych dzieci jest uwikłanych w różne zaszłości. Oczywiście jeśli chcesz szukać tylko takiego, który jest samodzielny, to możesz długo szukać. Masz takiego, jakiego masz, jeśli cię nie gnębi, nie poniża, nie nadużywa – to z jego psychologicznymi problemami można sobie poradzić. Ty też pewnie masz jakieś swoje.

Może byłoby nam łatwiej w związkach, gdybyśmy od razu sobie to mówili: „Słuchaj, nie będzie ci ze mną łatwo, mam skomplikowaną relację z mamą, ojciec był w moim życiu praktycznie nieobecny, do tego w mojej rodzinie kiepsko jest z komunikacją”. Kiedy miałam kilkanaście lat i zakolegowywałam się z chłopakami albo zaczynałam z jakimś chodzić, to my sobie o tym wszystkim mówiliśmy, i to bardzo szczerze. Nastolatki są bardzo uczciwe wobec siebie i takie wyznania bardzo ich do siebie zbliżają. Mają o czym porozmawiać, mogą sobie powspółczuć, wysłuchać się nawzajem, pośmiać się z tego i też to unieważnić, powiedzieć: „Daj sobie spokój z matką, mamy siebie”.

Bardzo czule wspominam chłopaka, z którym byłam od siódmej klasy – strasznie nas połączyło to, że mogliśmy sobie pourągać na nasze mamuśki. Wiedział, co ja z moją przechodzę, pocieszał mnie, rozumiał i stawał w mojej obronie. Był moim rycerzem, moją tarczą przed domowym chłodem. Oczywiście, że wolałabym mieć fajniejszą mamę, która by powiedziała: „Wpadnij kiedyś na herbatę” czy „Nie łaźcie tyle po ulicach, posiedźcie sobie w domu”, bo my ciągle chodziliśmy, a to do kina, a to do parku, bo w domu nie było nam wolno. Jak patrzę, jak moja sąsiadka przyjmuje kolegów swojego syna na korytarzu, to zawsze sobie myślę: „Boże, to jak oni tam przyjmą przyszłą synową?”.

Poza tym jeśli ona nie zna jego znajomych, to jakby nie znała jego... ...a on czuje się tak, jakby nie miał domu, nie uczy się, jak przyjmować gości, jak zapraszać ich do siebie, jak zapytać, co im potrzeba. No, jak się dostaniesz do takiego domu, dziewczyno...

…przyjmą cię w korytarzu. Albo sprawią, że tak się poczujesz.

Może wtedy zrozumiesz, jak on miał z nimi ciężko... ...i zaczniesz mu współczuć. Chciałam przestrzec kobiety przed dwiema rzeczami. Po pierwsze, żeby za bardzo nie żałowały swoich ukochanych, bo będą im matkowały, a do tego babki mają niesłychaną tendencję. Po drugie, aby za bardzo nie chciały, żeby to on im wyrównał to, czego nie dostały w dzieciństwie. I jeszcze jedno – żeby nie marzyły o tym, że teściowa będzie ich mamą. A marzą. To znaczy te, które mają niedobrą mamę. Jak mają naprawdę fajną, to myślą, że żadna inna nie będzie lepsza, więc wychodzą za mąż razem ze swoją mamusią. Natomiast jak mają niedobrą, to marzą, że teściowa im to wynagrodzi. Oczywiście zdarzają się fajne teściowe, ale i tak żadna nie będzie twoją matką. Jest taka zmyła w mówieniu do teściowej „mamo”...

No właśnie, zalecasz czy przestrzegasz przed tym? Obecnie jest tendencja do mówienia po imieniu i to jest dobra tendencja. Według mnie słowo „mama” można mówić tylko do jednej osoby w życiu. Oczywiście można komuś powiedzieć: „Chciałabym, żebyś była moją mamą”, ale to zawsze jest tylko zastępstwo, czyli inna kobieta się nami opiekuje w imieniu mamy.

Matki często mają idealną wizję partnerki dla swojego syna i czasem on z taką dziewczyną rzeczywiście się wiąże, tylko potem coś im nie wychodzi, on ma już nową, a mama nadal wzdycha do tamtej. I często nadal się z nią przyjaźni.

No ale czy ona rzeczywiście wybiera wtedy idealną dziewczynę dla syna, czy raczej dla siebie? Raczej dla siebie, czasem podobną do niej, czasem taką, jaką chciałaby być. To naturalne i ludzkie, a czasem nieświadome. Na pewno jak się zakolegowałaś ze swoją byłą teściową, to nadal się z nią koleguj. Przecież to nikomu nie szkodzi, a jest więcej sympatii w świecie. Dlatego tak lubię francuską literaturę i filmy, w których aż roi się od podobnych relacji, gdzie była żona mojego faceta jedzie z nami na wakacje i w dodatku wszyscy się lubimy. Ale to jest możliwe tylko przy wysokim stopniu świadomości i akceptacji tego, że wszyscy jesteśmy zarówno fajni, jak i ułomni.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Źródło radości jest w każdym z nas. Rozmowa z Katarzyną Miller

Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jest w każdym z nas, choć nie zawsze mamy do niego łatwy dostęp. To nasze źródło radości. Dzięki niemu umiemy dostrzec promień słońca w najciemniejszej rozpaczy. Psychoterapeutka Katarzyna Miller radzi, jak wyćwiczyć umiejętność bycia dzieckiem.

Podczas jednego z naszych live'ów ktoś spytał cię, dzięki czemu zachowujesz pogodę ducha, nawet w ciężkich czasach. Odpowiedziałaś: "Dzięki małym radościom".
Dzięki małym radościom, czemuś śmiesznemu i dzięki poczuciu humoru - dzięki temu całemu zakresowi uśmiech znów pojawia mi się na twarzy. Nawet kiedy jestem bardzo zdołowana, a zobaczę coś zabawnego albo słodkiego (bo co najbardziej lubią dziewczynki? małe kotki, małe pieski i małe dzieci) - już poprawia mi się humor. Ale to może być też piękny obraz przyrody albo nastrojowa muzyka. Oczywiście człowiek w trudnych momentach traci czasem inteligencję i zapomina, czym się ratować. Ale kiedy sobie przypomni i na przykład puści sobie piękną ścieżkę muzyczną, od razu jest różnica. No puść sobie na przykład takiego Kacpra Kuszewskiego, jak w programie "Twoja twarz brzmi znajomo" udaje Marię Callas. Pan Kacper powinien mnie chyba uznać za honorową przewodniczącą jego fan clubu. Bo każdemu, kogo spotkam, każę oglądać go w tej roli. Sam jest w niej niebywale piękny i niebywale pięknie śpiewa. Bardzo wielu artystów w tym programie mnie zachwyciło.

I kiedy tak słuchasz pana Kacpra...
...zapominam absolutnie o wszystkim. W ogóle gdy słucham muzyki, zapominam o wszystkim. Zaczynam tańczyć albo się naglę wzruszę w taki przyjemny, tkliwy sposób. Tkliwość to już nie jest taki czarny dół, prawda? Mieści się w niej pewna doza radości, nawet jeśli główna nuta brzmi smutno. Muzyka bywa tak piękna, że można się popłakać. Dobrze też robi na smutek wzruszający, mądry film. Bo mój stan rozpływa się w czymś wspólnym, ludzkim.

Płacz potrafi być dobry i oczyszczający, niekiedy jest nawet konieczny. Natomiast stanem, którego bardzo nie lubię, o czym zresztą już kiedyś ci mówiłam, jest rozpacz. To dla mnie najgorsze uczucie. Nie lęk, a rozpacz. Zdarza mi się czasami, ale na szczęście nie tak często, żeby się załamać.

Na dnie takiej rozpaczy czasem trudno dojrzeć światło...
A skąd się bierze ta "nieprzepuszczalność"? Jak zwykle z przyzwyczajenia, z wyuczonego nawyku. Jeśli byliśmy zmuszeni, by w dzieciństwie długo ćwiczyć przystosowywanie się do: lęku, poniżenia, zagrożenia, bezsilnej złości czy osamotnienia - to mamy na sobie taki kożuch albo grubą, zbitą pierzynę, w dodatku sfilcowaną. Ohydne, prawda? I ta pierzyna oddziela nas od wszystkiego innego. Mogę uderzać w pierzynę albo głaskać ją czule, bez znaczenia, bo ty nic nie czujesz. A jeśli widzisz kogoś, kto się śmieje i cieszy, to uważasz, że albo udaje, albo "nie ma żadnych problemów". A przecież nie ma ludzi bez problemów! Tylko komuś tak poszkodowanemu czy uszkodzonemu na emocjach trudno uwierzyć, że to możliwe, żeby ktoś miały problemy i, mimo to, się cieszył...

Wiesz, jaką radość ogromnie lubię odczuwać? Kiedy ktoś, kto przyszedł do mnie na terapię w kołdrze albo zbroi (kołdra jest nawet lepsza do pracy niż zbroja, bo ktoś w zbroi czuje się silny, a w kołdrze jest tylko zamulony), po pewnych czasie zaczyna się czuć inaczej. Na przykład pierwszy raz czuje brak lęku albo radość właśnie... I mówi: "Niemożliwe! Naprawdę to czuję".

Historyczny moment, należy go zapisać w kalendarzu i na zawsze zapamiętać. Oczywiście trzeba też wiedzieć, że ten moment nie będzie trwał długo, bo to zaledwie pierwszy promień słońca. Niektóre dziewczyny mówią: "Całe dwa tygodnie byłam szczęśliwa, ale potem mi niestety przeszło". Na co ja odpowiadam: "Kochana, to jest i tak bardzo długo, doskonały wynik, to znaczy, że świetnie się przyjęło". No ale to nie może trwać i trwać. Skoro latami były rozpacz i smutek. Teraz trzeba się skupić na ćwiczeniu wprawiania się w ten nowy, dobry stan i na utrwalaniu go. Istnieje na to dużo procedur i sposobów. A jednym z zadań jest pilnowanie, by - kiedy wracasz do starych myśli - mówić sobie: "Stop, to już minęło. Jestem w innym miejscu, znam już inny stan". Masz świadomie "przełączać się" na zdrowe traktowanie siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów.

Dwie bardzo ważne rzeczy, których nauczyłam się od Krishnamurtiego: nie usprawiedliwiać się i nie potępiać siebie. Zamiast tego: poznawać siebie, rozglądać się po sobie i cieszyć się ze wszystkiego, co znajdziesz; czy to będzie wspaniałe, czy to będzie trudne. Cieszyć się z tego, bo to pokazuje, jakie bogactwo masz w sobie.

Kilkuletnie dzieci mojej przyjaciółki, kiedy wpadają w rozpacz, to jest to rozpacz bezbrzeżna...
Bo dzieci mają taką umiejętność, że są całe w tym, co czują. I na przykład rozpaczają, bo wyjeżdżają po feriach od babci. To nic, że za tydzień znów ją zobaczą, dla dziecka każdy wyjazd jest jak na zawsze, tak bardzo są w "tu i teraz".

...ale ta rozpacz w jednej chwili mija, bo ktoś się poślizgnął albo dał małego kociaka do ręki.
Łzy jeszcze lecą, ale już się pojawia uśmiech. I na tym polega bardzo przydatna, także dorosłym, umiejętność bycia dzieckiem. Bo my dzieckiem - wewnętrznie - jesteśmy do końca życia, tylko nie wszyscy z tego korzystamy. Nie wszyscy mamy do tego dojście, a często też sobie na to nie pozwalamy, bo nie wypada. Albo myślimy: "Obrywałam jako dziecko, nie będę już dzieckiem". Bo może jeśli się śmiałaś, to mogłaś w twarz dostać. A kiedy tatuś być wściekły, to lubił mówić "I co się tak, bachorze, śmiejesz? Zaraz ci zetrę ten uśmiech z twarzy". Nic dziwnego, że takie dziecko zamyka śmiech na trzy spusty. No albo się buntuje totalnie i obrywa, bo to też czasem jest metoda na to, by zwrócili na mnie uwagę.

Radość zawsze pochodzi od naszego Wewnętrznego Dziecka?
Tak, bo dziecko jest od uczuć, od ruchu, od siły witalnej. Mówi się o niektórych ludziach: "rusza się, chodzi, ale jakby był nieżywy". Bo ma w sobie zatłuczone lub schowane Wewnętrzne Dziecko.

Co robisz, gdy ktoś taki do ciebie przychodzi?
Tacy ludzie zwykle do nikogo nie chodzą, bo nie wierzą, że to w ogóle jest coś warte. A jeśli przychodzą, to znaczy, że ich Dziecko się w nich jeszcze kołacze. Że czegoś jednak pragnie, w coś jeszcze wierzy, na coś jeszcze czeka. Że jest w nich nadzieja. I tę nadzieję trzeba ukochać i uszanować, bo to najzdrowsza część. Moje podstawowe myślenie o pomocy jest takie, że ponieważ nas ludzie zatruli, to i ludzie nam muszą pomóc się odtruć.

Jest taka scena w filmie "Buntownik z wyboru", kiedy bohater grany przez Matta Damona po raz pierwszy przychodzi do psychologa, którego gra Robin Williams. Williams przegląda jego kartotekę, w której są opisane wszystkie rodziny zastępcze, które go krzywdziły, oraz rozboje których się dopuszczał. Mówi: "To wszystko nie jest twoją winą". Chłopak wzrusza ramionami: "Wiem". "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog. "Wiem" - mówi już trochę zły chłopak. "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog, tak długo, aż widać, że pancerz chłopaka opada.
Ten terapeuta z "Buntownika..." to świetna postać, bardzo go lubię i cenię. Opowiem ci moment z mojej terapii. Mówię mojemu terapeucie, że byłam po raz kolejny na wigilii u mamy, gdzie po raz kolejny bardzo źle się czułam. Na co on pyta: "A po co tam jeździsz?". "Jak to, po co? Do domu się jeździ, dlatego, że jest to dom, no i to była wigilia". A on dalej pyta: "Po co? Po co?". Tak długo pytał, aż powiedziałam: "Po wpierdol. Jeżdżę tam po wpierdol. Bo to znam".

Ja i miliardy innych osób musieliśmy się w dzieciństwie po prostu zgodzić na to, co nas spotkało, bo nie mieliśmy innego wyjścia. To taka "strategia na przetrwanie", i ona długo z nami zostaje. To są te wszystkie zbroje, kołdry, maski, fasady. Czasem to są prześliczne, wesołe maski, jak domowa maskotka. Niby podskakuje, na kolankach siada, wszystkim coś miłego powie, zatańczy, zaśpiewa - ale to nie jest prawdziwa radość. Domowa maskotka gra, bo wie, że za to będą głaski albo że dzięki temu nie oberwie. Ciężka praca z czegoś takiego potem się wyrwać.

Takiej osobie trudniej jest dotrzeć do prawdziwej radości?
Strasznie trudno, bo najpierw musi przejść przez prawdziwy smutek i rozpacz, no i zrozumieć okrutną prawdę: "To ja tyle energii, cały swój potencjał ładowałam w TO?".

Joe Biden, amerykański prezydent, doświadczony przez życie rodzinnymi tragediami, kiedy był jeszcze wiceprezydentem, wygłosił mowę do rodzin zmarłych policjantów, w której powiedział, że obiecuje im, że kiedyś spojrzą na zdjęcie syna czy męża, którego teraz żegnają, i się uśmiechną - to będzie znaczyło, że wracają do życia. Radość zwraca nas ku życiu?
No jeśli była to tak wielka tragedia, to tak, na pewno jest to dowód na to, że wychodzimy z mroku. Podobnie jeśli się było w depresji i nagle człowiek zaczyna się znowu rozglądać: na coś ma ochotę, coś mu się podoba. Ludzie sobie często wyrzucają tę pierwszą radość po stracie kogoś kochanego, bo przecież jak można się cieszyć, kiedy go już nie ma? Ale to znak, że jest w nich wola życia. Tamto życie się skończyło, ale przecież ich trwa.

A poczucie humoru? Czymś różni się od doświadczania radości?
Radość jest emocją, poczucie humoru jest bardziej związane z rozumieniem czegoś, z sensem, znaczeniem, pojmowaniem takiej cudownej cechy życia, jaką jest paradoks. Moim zdaniem poczucie humoru to głównie widzenie paradoksów czy tego, o czym uwielbiam mówić, a mianowicie jedności przeciwieństw.

Poczucie humoru nieraz nas ratowało podczas tej pandemii.
Co prawda jest teraz mniej dowcipów opowiadanych z ust do ust, bo ludzie się rzadziej ze sobą spotykają, ale ile memów, ile rysunków i parodii krążących w Internecie! To nasza fajna cecha narodowa. Mnie jest strasznie żal ludzi, którzy mówią: "Z tego się śmiać nie wolno". I dlatego opowiem dowcip o papieżu Janie Pawle II, który właśnie trafił do nieba. Święty Piotr poklepał go po ramieniu i powiedział: "Rozumiem, że musiałeś być bardzo święty na ziemi, ale tu jest niebo, więc powiedz mi: czy jest coś, o czym marzyłeś, a ci się nigdy nie spełniło? Jeśli tak, to tutaj to dostaniesz. Na co papież: "Jest coś takiego. Czerwona corvetta. Marzę o tym, że kiedy do niej wsiądę i przycisnę gaz do dechy, to nikt mnie nie prześcignie". Na co Piotr wręcza mu kluczyki. Jan Paweł wsiada i pędzi, aż mu piuskę zwiewa. Nagle mija go jakiś lansiarski motor z głośnym wiuuuuu. Papież wraca do Piotra rozgoryczony: "Piotrze, przecież obiecałeś. Miałem być najszybszy, a tu minął mnie facet na motorze w czarnej skórze z rozwianym włosem". "A, wybacz, kompletnie zapomniałem, to syn szefa". W niebie jak w życiu.

Ciężko dogadać się z kimś, kto ma inne poczucie humoru, prawda?
Jeśli śmiejesz się z kimś z tego samego, to już wiesz, że odnalazłeś kogoś ze swojej paczki. No i kto ma największe branie u bab? Ten, kto je rozśmieszy. To nas rozbraja. Bo kiedy się śmiejesz, to przestaje cię boleć. Dlatego uwielbiamy ludzi, którzy potrafią nas rozbawić.

Najlepszym przykładem na to jest film "Nietykalni", gdzie spotyka się dwóch bohaterów. Jeden na wózku, ale bogaty, drugi biedny, ale z jakim biglem w sobie. Ten drugi jest pielęgniarzem pierwszego, ale robi więcej, ratuje mu życie. Bo wprowadza do tego życia radość.
Wystarczy, że pomyślę o tym filmie, a już śmiać mi się chce. Ile jest w nim cudownych scen!

Moja ulubiona to ta, kiedy bohater grany przez Omara Sy goli François Cluzeta i jednocześnie próbuje go rozbawić.
Fajna! Ja kocham scenę w samochodzie, kiedy goni ich policja. Pociąga nas radość innych, bo z takimi ludźmi jest nam po prostu łatwiej, przeważnie są tolerancyjni i mają krótką pamięć (śmiech).

A czy my sami możemy zwiększyć swoją podatność na odczuwanie radości? Oglądając takie filmy? Przebywając z takimi ludźmi?
Oczywiście. Jest też mnóstwo procedur czy ćwiczeń, które stosuje się w terapii i na warsztatach służących temu, żeby człowiek wyszedł ze swoich starych kolein i zaczął myśleć inaczej. Wizualizacje, ćwiczenia dla ciała, praca z głosem... I bardzo ważna wskazówka: spróbuj zrobić coś inaczej. Idź inną drogą do pracy, zamów coś innego w restauracji, odpowiedz wściekłemu klientowi inaczej niż zwykle... Albo taka zabawa: Co możesz zrobić z żelazkiem, oprócz prasowania? Do czego jeszcze możesz użyć gazety? Im więcej zastosowań, tym lepiej. Bo radość i poczucie humoru mają wiele wspólnego z kreatywnością.

No i bardzo polecam rozwijanie kontaktu z Wewnętrznym Dzieckiem. Weź zdjęcie samej czy samego siebie z dzieciństwa, na którym się uśmiechasz. Powiedz coś miłego do tej dziewczynki czy tego chłopczyka, przypomnij sobie, jak się wtedy czuli. Zachowaj ten obraz w sobie. No i baw się z małymi dziećmi, to wspaniali nauczyciele radości.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. "Instrukcja obsługi toksycznych ludzi" czy "Daj się pokochać, dziewczyno" (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Zaufanie w związku – kiedy może prowadzić na manowce?

Bycie w związku nie oznacza, że oddajemy wszystko w ręce partnera i zamykamy oczy na sygnały ostrzegawcze. (fot. iStock)
Bycie w związku nie oznacza, że oddajemy wszystko w ręce partnera i zamykamy oczy na sygnały ostrzegawcze. (fot. iStock)
Z badań wynika, że jesteśmy strasznie podejrzliwi. W 2015 roku zaufanie wobec innych ludzi deklarowało jedynie 15,4 proc. Polaków. Ale wystarczy, że ktoś z tych innych zostanie naszym partnerem, by nasza ufność nie miała granic.

Oczywiście, są też osoby, które nie ufają partnerowi lub partnerce. Kontrolują, czytają esemesy i maile, rozliczają z każdej minuty, bez wytchnienia podejrzewając zdradę. Ale nie o nich chcę mówić. Chcę mówić o kobietach, które ufają tak bardzo, że oddają partnerowi kontrolę nad wspólnym majątkiem. Gdy związek się kończy, zostają z niczym. A często również z długami partnera.

Dookoła tyle rozwodów, a te kobiety jakby o tym nie wiedziały. Zachowują się tak, jakby ich związek miał trwać wiecznie, nawet gdy są już oznaki rozpadu. – Nie niepokoiła się pani tym, że nic do pani nie należy? – dopytuję na sesji. – Nie. Przecież mu ufałam – mówią zdziwione. Jasne, że jestem za tym, żeby ludzie sobie ufali. I żeby nie myśleli o rozwodzie, gdy są w dobrym związku. Ale bycie w związku nie oznacza, że oddajemy wszystko w ręce partnera i zamykamy oczy na sygnały ostrzegawcze.

Aneta ma 48 lat, dorosłe dzieci i męża, który wyprowadził się z domu. Dom budowali razem, ale formalnie należy do jego matki, Aneta jeszcze mieszka w nim z córką, ale już wie, że będzie się musiała wyprowadzić. Dlaczego dom należy do jego matki? Ze względów podatkowych. Te względy podatkowe od początku odgrywały dużą rolę w ich życiu, ale Aneta się nimi nie zajmowała, podpisywała wszystko, co mąż dawał jej do podpisania. – Dlaczego? – pytam. – Bo on prowadził wszystkie nasze sprawy, ja zajmowałam się domem i dziećmi, chociaż formalnie firma była na mnie. – Dlaczego? – pytam znowu, bo chcę zrozumieć tę kolejną historię, w której on kontroluje wszystko i od początku ma ją w szachu. – Bo on miał długi w urzędzie skarbowym po swojej firmie, którą w końcu zamknął, więc następną założyliśmy na mnie, ale to on ją prowadził. Miał moje pełnomocnictwo, tylko czasem musiałam sama coś podpisać.

I wszystko było dobrze, jedno dziecko, potem drugie, budowanie domu, urządzanie, ona się tym wszystkim zajmowała, a on prowadził firmę i dawał jej pieniądze na życie. Dzieci dorosły, Aneta miała więcej czasu na spotykanie się ze znajomymi i on nagle zaczął podejrzewać ją o zdradę i robić awantury, w końcu wyprowadził się z domu i złożył pozew o rozwód. Może dlatego, że spotkał inną kobietę…? Ale bardziej dlatego, że chciał pozbyć się długów, które znów zaczęły mu ciążyć. Oddał więc żonie zarządzanie firmą, którą zadłużył na cztery miliony. W dodatku wyprowadził z firmy wszystkie maszyny, bo znów założył własną, i będą mu teraz potrzebne. Zrobił to wszystko tak sprytnie, że prawnicy nie dają Anecie wielkich szans. Będzie musiała znaleźć pracę, wynająć mieszkanie, spłacić cztery miliony długów, no a potem już będzie łatwiej.

Zuzanna ma 35 lat, dwoje kilkuletnich dzieci, jest rozwiedziona, pracuje naukowo. Mąż prowadził firmę, ale mu nie szło za dobrze. Miał długi w urzędzie skarbowym i w ZUS-ie, nie mógł dostać kredytu, więc Zuzanna wzięła kredyt na siebie, żeby pomóc mu wybrnąć z kłopotów. On wziął pieniądze, ale długów nie spłacił, za to znalazł nową kobietę i z nią zamieszkał. Zuzanna została z kredytem. Wystąpiła o rozwód i alimenty, zostały przyznane, ale komornik nie ma z czego ich ściągać, bo pierwszeństwo mają ZUS i urząd skarbowy, a i tak mąż nie wykazuje żadnych dochodów. Zuzanna spłaca kredyt, ale nie starcza jej na normalne życie. Za to mąż ma się świetnie. Przyjeżdża po dzieci dobrym samochodem, który formalnie należy oczywiście do jego nowej partnerki. Zabiera je do restauracji i na zagraniczne wakacje, ale na prośbę o alimenty lub spłatę własnego kredytu bezradnie rozkłada ręce. – Niestety, nie mam dochodów.

Ewa, 51 lat, była w zupełnie innej sytuacji. To ona prowadziła firmę, której on był współwłaścicielem. Założyli ją razem i przez lata prowadzili wspólnie, ale on coraz mniej się angażował, aż przestał zupełnie. Był zajęty swoim życiem osobistym. Zdradzał Ewę i oszukiwał w wielu sprawach, często wracał pijany w środku nocy. Miała dość. Dzieci są już dorosłe, postanowiła uporządkować własne życie. Chciała się rozwieść za porozumieniem stron, złożyła pozew i poprosiła męża, żeby się wyprowadził. Mieszkali w jej domu po rodzicach, on miał swoje mieszkanie sprzed ślubu. – Wyprowadzę się, jak przepiszesz na mnie swoje udziały w firmie – usłyszała od niego. Przepisała. – Dlaczego? – pytam zdziwiona. – Bo chciałam, żeby się wyprowadził. Mówił, że to nic nie zmieni, dalej tam będę pracować i tyle samo zarabiać, jedynie bez udziału w zyskach. To miała być jego rekompensata za rozwód – tłumaczy niewinnie. Ale mąż się nie wyprowadził. Nadal wraca w środku nocy pijany i robi awantury. Za to znowu zajął się firmą. Część udziałów sprzedał koledze, który stał się jego wspólnikiem. Razem podziękowali Ewie za współpracę.

Jak to jest, że na drodze potrafimy stosować zasadę ograniczonego zaufania, a w życiu lekceważymy sygnały ostrzegawcze? Każda z opisanych przeze mnie kobiet wiedziała, że jej mąż nie jest uczciwym człowiekiem. Ale wszystkie oddały mu władzę nad swoją sytuacją materialną. Żadna z nich nie zadbała o siebie. Z nadmiaru zaufania, naiwności, braku edukacji ekonomicznej, poczucia, że zadbanie o swoje interesy kłóci się z miłością…?

Kinga ma 29 lat i nowego chłopaka, z którym zamierza spędzić resztę życia, bo cudownie im razem. Jest tylko jeden drobiazg, który ją niepokoi. Ona płaci za wszystko. Za kino, obiad, taksówkę. Na początku on sięgał do kieszeni, ale okazywało się po chwili, że zapomniał portfela, nie zdążył do bankomatu albo karta mu się rozmagnesowała. Potem przestał sięgać i tłumaczyć, Kinga płaci więc za wszystko. – I jak się z tym czujesz? – pytam. – Niezbyt fajnie. Gdyby nie miał pieniędzy, nie byłoby sprawy, ale pracuje i zarabia, więc nie rozumiem sytuacji – przyznaje. – To dlaczego z nim o tym nie porozmawiasz? – To byłoby takie nieromantyczne!

Jeśli nie chcemy być wykorzystywane, warto dbać o swoje interesy. Nieromantycznie, ale za to bezpiecznie.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o żalu – karty emocji Katarzyny Miller

Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
To uczucie zwykle ściąga nas w dół i każe ciągle spoglądać w przeszłość, ale można też podejść do niego konstruktywnie. Kiedy żałujemy, wiemy przynajmniej, co było dla nas ważne. Oto kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk. 

Żal...

...pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. Zwykle żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy albo wprost przeciwnie - że właśnie zrobiliśmy. Bliskim bratem żalu jest poczucie winy, dlatego często lubią chodzić razem. Taka para zwykle działa podwójnie dołująco, bo im bardziej zapętlamy się w krytykowaniu siebie, tym bardziej żałujemy. Zwykle tuż po jakimś zdarzeniu najbardziej żałujemy tego, co zrobiliśmy, z perspektywy czasu - bardziej boli nas coś, czego zaniechaliśmy: nie pojechaliśmy w tamtą podróż, nie zagadaliśmy do tamtego chłopaka czy nie spróbowaliśmy jeszcze raz podejść do egzaminu. Paradoksalnie, im mamy większy wachlarz możliwości, tym większe pole do popisu dla żalu. Kiedy niewiele rzeczy zależy od nas, nie mamy do siebie pretensji i nie wyrzucamy sobie po latach własnej opieszałości czy złego wyboru. Można też powiedzieć, że im większa wyobraźnia i skłonność do idealizacji, tym odczuwany żal może być intensywniejszy. Bo przecież nie mamy dowodów na to, jak inaczej potoczyłoby się nasze życie, my tylko projektujemy je we własnej głowie. Odczuwanie żalu zależy więc jedynie od nas. Możemy też czuć żal do kogoś (np. do rodziców), że nie odnosił się do nas tak, jak tego potrzebowaliśmy, za porzucenie, za krzywdzące potraktowanie.

Po co nam to uczucie?

Żal nie musi nas skłaniać do podcinania własnych skrzydeł, a do ich rozwijania. Jest bowiem informacją - otrzymaną od samego siebie - że stać nas na więcej, że mamy w sobie niewykorzystany potencjał. Żal może być konstruktywny, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, o jakiej niespełnionej potrzebie nas informuje. Wtedy łatwiej zmotywować się do tego, by naprawić błędy z przeszłości (oraz unikać ich w przyszłości), a także by zmienić kierunek swojego życia.

Zadania:

  • Czego w życiu najbardziej żałujesz? Poświęć chwilę na zastanowienie się nad tym, a nawet zrobienie listy. To bardzo ważne zadanie, które wcale nie ma na celu zdołowania cię. Kiedy ujrzysz czarno na białym, czego ci żal, dowiesz się, co ma dla ciebie największą wartość. Jeśli najbardziej żałujesz porzucenia studiów artystycznych - to już wiesz, że czujesz się źle, bo nie realizujesz się twórczo w swoim życiu. Dobra wiadomość jest taka, że nawet teraz możesz to zmienić.
  • Jeśli żal jest uczuciem, które nierzadko ci towarzyszy, prawdopodobnie zbyt często wybiegasz myślami w przyszłość albo sięgasz do przyszłości. Za mało jest cię w twojej teraźniejszości, która jest przecież piękna i ważna, głównie dlatego, że dzieje się teraz i nigdy już się nie powtórzy. Pomyśl o wszystkich rzeczach, które obecnie możesz zrobić - od najbardziej prostych, jak zjeść coś dobrego czy pójść na spacer, po te bardziej wymagające, ale przecież też możliwe: powiedzieć komuś, że go kochasz; przeprosić za coś, co kiedyś zrobiłeś. Ćwicz się we wzbudzaniu w sobie uczucia wdzięczności - to skuteczny sposób na przywołanie dobrego samopoczucia.
  • Jedna sprawa, kiedy ogarnia nas żal na myśl o czymś, co nam się nie udało; inna - gdy żałujemy utraty czegoś lub kogoś, na który to fakt nie mieliśmy żadnego wpływu. Jeśli nadal cierpisz z powodu czyjegoś odejścia, śmierci czy wyjazdu; jeśli opłakujesz utracone dzieciństwo czy młodość - jedyną wskazówką będzie praktyka akceptacji i zgody na to, co jest, bo jest.

Więcej w zestawie z książeczką: "Poznaj siebie. Karty emocji", Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.