1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Smartfony zmieniają nam dzieci

Smartfony zmieniają nam dzieci

Współczesne dzieci wychowywane są głównie analogowo. (Ilustracja: Arobal)
Współczesne dzieci wychowywane są głównie analogowo. (Ilustracja: Arobal)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Mają gorszą pamięć, koncentrację, a więc i problemy w nauce. Tracą umiejętność czytania, ubożeje ich język. Nie rozwija się wyobraźnia, trudniej im poznawać świat, zrozumieć cudze emocje. Ale zamiast wyrywać smartfony dzieciom z rąk, lepiej sprawić, żeby w świecie realnym było ciekawiej.

Basia, 13 lat, jest typowym przykładem dziecka smartfonowego. Dzięki Internetowi w telefonie ma stały kontakt ze znajomymi na portalach społecznościowych, muzykę, filmy, kalkulator, informacje o ubraniach, kosmetykach i modnych gadżetach. Okno na świat.

Basia nie czyta książek, bo ją nudzą, choć w pierwszych latach szkoły czytała. Trudno jej się skoncentrować na jednej czynności. Kiedy odrabia lekcje, wciąż podryguje, wstaje, rozgląda się, a kiedy usłyszy powiadomienie w telefonie, natychmiast sprawdza. Ma kłopoty z nauką, chociaż w pierwszej klasie w teście na inteligencję wypadła powyżej przeciętnej w swojej grupie wiekowej. Często nie rozumie pytań nauczyciela. Ma mały zasób słów, chociaż w przedszkolu jej cechą charakterystyczną było bogate słownictwo. W przedszkolu nie miała smartfona, dostała go pod koniec trzeciej klasy.

Teraz nie rozstaje się z telefonem nawet na chwilę. – Strasznie to wygląda, kiedy leży na łóżku w ciemnym pokoju i jedynym światłem, jakie na nią pada, jest światło z ekranu – mówi jej ojciec. Próbuje zainteresować córkę czym innym, zabrać do kina, na oglądanie świątecznych iluminacji. Basia chętnie jedzie, ale zabiera telefon, żeby po drodze słuchać muzyki albo wrzucić zdjęcia lampek na portal społecznościowy. Rozdzielenie jej z telefonem jest mniej więcej tak samo łatwe jak rozdzielenie lwicy z małymi.

Problemy Basi to niemal wszystkie zagrożenia, przed jakimi ostrzegają naukowcy i lekarze ludzi nadużywających urządzeń cyfrowych. Ale czy na pewno to właśnie smartfon niszczy Basię? A może przyczyn należy szukać gdzie indziej? Bo, chociaż przeprowadzono sporo eksperymentów i wysnuto wiele hipotez, dotychczas nie zrobiono całościowych badań, w których porównano by rozwój mózgu dzieci bez telefonów i tych z telefonami i udowodniono, że stałe przebywanie w trybie online szkodzi. Z drugiej strony – gołym okiem widać, że problem istnieje. Pytanie tylko, czy eliminacja smartfonów z życia dzieci to konieczność i czy to dobry pomysł.

Problem uzależnienia od smartfonów dotyczy także najmłodszych dzieci. (Ilustracja: Arobal) Problem uzależnienia od smartfonów dotyczy także najmłodszych dzieci. (Ilustracja: Arobal)

Płytki umysł

Pewne jest, że niektórzy twórcy tych technologii własnym dzieciom ich nie dają. Jak pisze „New York Times”, Bill Gates, założyciel firmy Microsoft, nie pozwalał swoim dzieciom korzystać z telefonów komórkowych, dopóki nie zostały nastolatkami. Steve Jobs, twórca potęgi Apple, nie pozwalał używać iPadów, Tim Cook, dyrektor generalny w Apple, blokował dostęp do mediów społecznościowych, a Athena Chavarria związana z Facebookiem zakazała dzieciom telefonów aż do czasu, kiedy poszły do szkoły średniej. Nowe technologie ze swoich domów wyrzucają szeregowi pracownicy Doliny Krzemowej, a dzieciom tłumaczą: „Ktoś napisał kod, który sprawia, że czujesz się tak dobrze, ale jesteś manipulowany”. Ze szkół, do których chodzą dzieci amerykańskich bogaczy, znikają tablety, nie można przynosić tam smartfonów. Socjolodzy dostrzegają niebezpieczeństwo nowej społecznej przepaści wywołanej przez technologie, tym razem jednak wykluczeni z szansy na rozwój mają być nie ci, którzy nie mają tabletów, tylko ci, którzy je mają. Dzieci wychowane analogowo mają natomiast zyskać kompetencje, które umieszczą je w przyszłości w społecznej elicie.

Czy wychowywanie bez Internetu to nowy snobizm, czy też ci, którzy są najbliżej, wiedzą coś, czego inni jeszcze nie dostrzegają?

– W przypadku twórców tych technologii to szczyt hipokryzji – odpowiada Przemysław Staroń, psycholog społeczny i kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS, a także nauczyciel filozofii i etyki w liceum w Sopocie, w tym roku zdobył tytuł Nauczyciela Roku. Dodaje: – Smartfony są tak powszechne, że katastroficzne wizje na ich temat i tak nic nie zmienią, nie ma opcji, że młodzi ludzie przestaną z nich korzystać. Lepiej zastanowić się, jak przeciwdziałać szkodom.

– Każde nowe narzędzie zmienia nasz mózg – mówi profesor Anna Szuster-Kowalewicz z Katedry Psychologii Społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. – Nie ma w tym nic dziwnego, bo mózg ma właściwość hiperplastyczności. Dostosowuje się do narzędzia.

Wynalezienie druku mogło zwolnić ludzi z konieczności przechowywania doświadczeń pokoleniowych w pamięci. I zwolniło, jednak nic złego się nie stało. Kompas mógł nas pozbawić orientacji w przestrzeni, a jednak radzimy sobie w lesie. – Nowe narzędzia zawsze budziły obawy, jednak nikt nie przypuszczał, że ludzkość wynajdzie narzędzia cyfrowe – mówi profesor Szuster-Kowalewicz. – Żadne wcześniejsze nie było aż tak inwazyjne.

Nie chodzi o szybkość bodźców. Chodzi o powszechność. Technologia cyfrowa ma masową skalę rażenia.

Młodzi ludzie zmuszani są przez nią do tzw. przerzutności uwagi. Profesor Szuster-Kowalewicz opowiada, że kiedy przeprowadziła wykład bez slajdów, studenci byli zdezorientowani. Jednak badania dowodzą, że wykład prowadzony w sposób staroświecki, kiedy wykładowca tylko mówi i ewentualnie rysuje, zostanie lepiej zapamiętany. Dlaczego? Bo jednoczesne słuchanie i patrzenie na slajd okazuje się zbyt trudne. Nie ma czegoś takiego jak podzielność uwagi – albo student czyta hasła z prezentacji, albo słucha wykładowcy. Kiedy obrazek i dźwięk docierają do niego w tym samym czasie, musi szybko przenosić uwagę. I przez to zapamiętuje mniej. – Użycie narzędzi cyfrowych zwiększa szybkość przenoszenia uwagi, ale spłyca przyswajanie informacji – mówi profesor Szuster-Kowalewicz. – Konsekwencją jest powierzchowne przetwarzanie przekazu. Jeśli dziecko otwiera w sieci tekst obudowany ikonkami, kolorowymi czcionkami różnej wielkości, dźwiękami, powinno pilnować uwagi, żeby skupić się na tekście. Jednak ono tego nie umie, bo odroczenie działania to trudna funkcja. Powstaje karuzela, a mózg na to: proszę bardzo, możemy jeszcze szybciej. Ale żeby coś zapamiętać, trzeba się w sposób wyizolowany na tym skupić, a w sieci wszystko działa wbrew temu. I tak powstaje płytki umysł.

„Płytki umysł. Jak Internet wpływa na nasz mózg” to tytuł książki, która w 2011 r. wywołała burzę. Nicholas Carr dowodzi, że Internet nas zmienia. To z jego powodu ludzie mają problemy z koncentracją, przyswajaniem długich tekstów. I z pamięcią, bo wszystkie informacje są w telefonie. Łatwo to sprawdzić, przypominając sobie, ile numerów znaliśmy kiedyś, a ile teraz.

Logopedka Magdalena Rybka w pracy z dziećmi zauważyła, że technologie cyfrowe hamują rozwój języka. „Dziecko spędzające czas przed ekranem pozbawione jest obcowania z drugim człowiekiem. Jego słownictwo nie wzbogaca się, a mowa i wymowa nie mają okazji do rozwijania się w naturalnych sytuacjach komunikacyjnych” – pisze w tekście na stronie dziecisawazne.pl.

– Upada kompetencja czytania – mówi profesor Anna Szuster-Kowalewicz. – Dzieci dekodują słowo, ale nie kodują go w umyśle. Czytają wiele razy i nie rozumieją. Nie zastanawiają się nad słowem, po tym, co mają w telefonie, słowo w książce nie jest dla nich istotnym bodźcem. Dlatego w podręcznikach ważniejsze zdania są wytłuszczane, część informacji znajduje się w ramkach. Gdyby dziecko miało przeczytać lity tekst, nie skupiłoby na nim uwagi.

– Badania pokazały, że obecność telefonu ogranicza procesy poznawcze – mówi doktor Konrad Bocian, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS, który zajmuje się m.in. nowymi technologiami. Jeśli w pobliżu leży telefon, osoby, które często z niego korzystają, gorzej wykonują zadania wymagające koncentracji. Podobnie smartfony wpływają na działanie pamięci roboczej, czyli tej, która odpowiada za przetwarzanie informacji. Zmniejszają też skuteczność inteligencji wrodzonej. – Zawsze mamy przy sobie telefony – mówi Konrad Bocian. – A sama ich obecność sprawia, że efektywność naszej pracy jest mniejsza. Kiedy leżą obok, myślimy o nich nawet nieświadomie. A ten proces myślenia korzysta z zasobów, które mogłyby się przydać w pracy.

Może dlatego 13-letnia Basia ma problemy z koncentracją. Bo dziewczynka nigdy nie zostawia telefonu poza zasięgiem wzroku.

Żeby coś zapamiętać, trzeba się skupić. Internet to utrudnia. Tak powstaje płytki umysł. (Ilustracja: Arobal) Żeby coś zapamiętać, trzeba się skupić. Internet to utrudnia. Tak powstaje płytki umysł. (Ilustracja: Arobal)

Tabletowe dzieci

Problem dotyczy także najmłodszych dzieci. Z badań profesor Edyty Gruszczyk-Kolczyńskiej, kierowniczki Katedry Wspomagania Rozwoju i Edukacji Dzieci na Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie, wynika, że zabawa tabletami i smartfonami może zakłócić ich rozwój. „Nie ulega wątpliwości: inne doświadczenia gromadzą i uwewnętrzniają dzieci poznające realne obiekty w naturalnym otoczeniu, inne, gdy poznają obiekty przedstawione na ekranach tabletu i smartfona” – pisze w jednym z artykułów. Podaje przykład: dziecko poznaje pieska. Ten realny jest ciepły, ma szorstką albo miękką sierść, a piesek na ekranie w dotyku jest chłodny i śliski. Dziecko gromadzi więc różne doświadczenia. Realne przedmioty są trójwymiarowe, a poznając je, dziecko poznaje otoczenie. Większość doznań związanych z obiektami na ekranie rozmija się z trójwymiarową realną rzeczywistością, a dziecko poznaje jedynie świat obrazkowy. Ważne są też różnice w ocenie możliwości sprawczych. Psa w świecie rzeczywistym nie da się powiększyć paluszkami, tak jak psa na ekranie. Tak więc ten prawdziwy może rozczarować. „Problem w tym, że jeszcze nie wiemy, czy i jak dziecięcy umysł poradzi sobie z koordynacją doświadczeń zgromadzonych w świecie realnym i świecie wirtualnym” – pisze profesor Gruszczyk-Kolczyńska.

Emotka zamiast emocji

Naukowcy przebadali u dzieci wpływ ciągłego bycia online na umiejętność rozpoznawania emocji. Doktor Yalda T. Uhls z Uniwersytetu Kalifornijskiego przeprowadziła eksperyment wśród 12-latków. Zaprosiła ich na dwutygodniowy obóz bez Internetu. Dzieci kontaktowały się ze sobą wyłącznie w staroświecki sposób twarzą w twarz. Po powrocie z obozu okazało się, że rozpoznają emocje innych ludzi lepiej niż rówieśnicy, którzy zostali w szkole razem ze swoimi smartfonami. – Z ekranu dziecko nie dowie się, jakie są emocje osoby, z którą pisze, bo emotka to nie jest mina widoczna na twarzy – mówi Konrad Bocian. – Dlatego później, mając tę osobę przed sobą, nie potrafi odczytać z jej mimiki gniewu, smutku, wstydu, żadnych niuansów. Skoro po zabraniu telefonów okazało się, że ta umiejętność się rozwija, możemy założyć, że to właśnie urządzenia cyfrowe odpowiadają za jej zanik.

– Paradoksalnie więc stały dostęp do Internetu może utrudniać komunikację, a nie ułatwiać, jak się powszechnie sądzi – dodaje Konrad Bocian. – Jeżeli nic z tym nie zrobimy, za 50 lat ludzie nie będą potrafili rozpoznać, że ktoś na ulicy potrzebuje pomocy, szef nie zobaczy smutku na twarzy podwładnego.  Trzeba o tym mówić i coś z tym zrobić.

Psychologia w służbie aplikacji

To jednak będzie trudne, bo internetowe aplikacje są tak projektowane, żeby rozstanie z nimi nie było łatwe. A dzieci są przecież szczególnie podatne na manipulacje.

Gustaw, trzecioklasista z Warszawy, swój pierwszy telefon dostał w wieku dziewięciu lat przed wyjazdem na kolonie. – Chciałam mieć z nim kontakt – tłumaczy jego matka. W tym samym czasie telefon dostał jego przyjaciel. – I wtedy wszystko się zmieniło – mówi matka Gustawa. – Wcześniej chłopcy bawili się ze sobą, mieli swój wyobrażony świat, wciąż rozmawiali. Telefony powoli zaczęły ten świat zawłaszczać. Najpierw bawili się nimi wspólnie, pokazywali sobie postępy w grze, sposoby przechodzenia etapów, fajne filmiki. Teraz zaczynają wspólnie coś oglądać, a po chwili każdy w innym kącie siedzi nad własnym smartfonem.

Mama Gustawa próbuje walczyć, wprowadza zasady – gracie jeszcze 15 minut, potem się bawicie. Jednak wyegzekwowanie tych zasad jest trudne. Chłopcy bezwiednie sięgają po urządzenia, bo w nich jest świat, o którym rozmawiają. Robią to, czego oczekują od nich twórcy aplikacji. – Celem jest przytrzymanie użytkownika jak najdłużej, bo wtedy zarabiają – mówi Konrad Bocian. – Dlatego ich twórcy zatrudniają do tego psychologów, a oni wykorzystują warunkowanie instrumentalne, czyli mechanizm nagród i kar.

Dzieci są uczone przez aplikację, że czeka je w nich nagroda: lajk, komentarz. – Kiedy dociera do nas powiadomienie, silnie aktywizuje się układ nagrody. Wyrabia się nawyk: powiadomienie i sięgamy po telefon. Nie potrafimy odroczyć tej reakcji.

Chociaż naukowcy nie przeprowadzili jeszcze całościowych badań na temat rozwoju mózgu dzieci korzystających ze smartfonów, to przebadali dorosłych. – Nadużywanie Internetu powoduje zmiany w substancji szarej i białej mózgu – mówi doktor Konrad Bocian. – Zmiany przypominają te, które powstają u osób uzależnionych od hazardu i alkoholu.

Nadużywanie nie jest jeszcze uzależnieniem, jednak staje się problemem, gdy odczuwamy przymus korzystania z urządzenia, na przykład zaglądania do niego na spotkaniu z przyjaciółmi. – Ważne, czy umiem to kontrolować – tłumaczy Konrad Bocian. – Z badań wynika, że u osób, które dużo korzystają z Internetu, dochodzi do utraty samokontroli. Mamy jednak za mało danych, żeby wiedzieć, kiedy Internet może uzależniać.

Wiemy natomiast, że dzieci są bardziej podatne na uzależnienia niż dorośli.

Chcesz, żeby dziecko interesował świat? Pokaż mu, że ten świat jest fajny. (Ilustracja: Arobal) Chcesz, żeby dziecko interesował świat? Pokaż mu, że ten świat jest fajny. (Ilustracja: Arobal)

Pokażmy im lepszy świat

Co więc robić? To zależy od wieku dziecka. Monika Jankowska i Marcin Karnecki z Warszawy, rodzice czterech synów, zaczęli od początku, czyli od wychowania bez ekranów. Dzieciom w wieku przedszkolnym dają limit na bajki: dziesięć minut dziennie. Starszym: film raz na tydzień i godzinę grania na komputerze. Żadnego tabletu, żadnego smartfona, w domu nie ma telewizora. Chłopcy chodzili do przedszkola i do szkoły, która sama takie reguły wprowadza, funkcjonowali w środowisku podobnych sobie dzieci. A to przy ograniczaniu nowych technologii bardzo istotne – jeśli cała grupa ma smartfony, dziecko, które go nie ma, czuje się wykluczone.

Trzeba też podsuwać inne oferty. – Skoro nie pozwalaliśmy im korzystać z Internetu, musieliśmy mieć dla nich czas – mówi Marcin Karnecki. Jeździli z chłopcami na rowerach, wspólnie rysowali, robili ozdoby na choinkę i gotowali. – Widzieliśmy efekty. Mówię do nich: „Patrzcie, tu widać smoka” – i oni go widzieli, a inne dzieci nie – mówi Marcin. Monika dodaje: – Jeśli podasz dziecku gotową kreskówkę, trudniej mu będzie zobaczyć smoka.

Teraz chłopcy, choć mają już smartfony, nie zachłysnęli się nimi. Monika i Marcin nie bali się tego, co niepokoiło znajomych i rodzinę, że dzieci będą zacofane informatycznie w porównaniu z rówieśnikami. – To obawa pokolenia naszych rodziców, oni musieli uczyć się komputerów w dorosłym wieku, dla naszych dzieci te umiejętności będą naturalne – mówi Marcin. Ignacy przygotował właśnie prezentację do szkoły w komputerze i błyskawicznie nauczył się programu, który jest do tego potrzebny.

Przemysław Staroń radzi zastanowić się nad tym, co powoduje, że dzieci funkcjonują wyłącznie w świecie smartfonów. Czy robią to z nudów, czy to może ucieczka, chęć przeżycia przygody? I czy to przyczyna, czy skutek? Bo może to my, dorośli, którzy nie mieliśmy im nic ciekawszego do zaoferowania, ponieśliśmy porażkę? – Pamiętajmy jednak, że problem wszechobecności smartfonów nie dotyczy tylko młodzieży – mówi Przemysław Staroń. – Dorośli też w nich siedzą, tyle że oni wiedzą, jak było, zanim się pojawiły, stąd ich niepokój.

Staroń wychodzi z założenia, że odebranie siłą dzieciom komórek jest nieskuteczne. Wybrał metodę oswojenia wroga. Skoro życie społeczne dzieci toczy się w Internecie, warto samemu tam być. – Mam na jednym z komunikatorów grupę z moimi olimpijczykami – mówi. – Puszczam uczniom przez telefon treści skłaniające do refleksji, zadania domowe.

Jednak stara się stworzyć im także atrakcyjny świat w realu. – Kiedy widzę, że coś ich nie rusza, wiem, że muszę zrobić tak, żeby ruszyło. Czyli znowu ten sam patent – chcesz, żeby dziecko interesował świat, to pokaż mu, że ten świat jest fajny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy i kiedy dać dziecku smartfon?

- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
- Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci - radzi Mikołaj Marcela. (Fot. iStock)
Myślę, że większość z nas piastuje w swojej pamięci podobne wspomnienie: wspomnienie ukochanej maskotki – najczęściej był to miś – która we wczesnym dziecięctwie towarzyszyła nam na co dzień i pomagała zasnąć wieczorem. Ja miałem swojego misia. Mogliśmy z tą zabawką porozmawiać, zwierzyć się jej z problemów, ale najważniejsze było to, że po prostu zawsze była przy nas. Jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi w pierwszej chwili, dziś rolę misia dla waszych dzieci może odgrywać – albo już odgrywa – smartfon.

Fragment pochodzi z książki „Jak nie zgubić dziecka w sieci” Zyty Czechowskiej i Mikołaja Marceli, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca.

By zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, powinniśmy przywołać teorię „obiektu przejściowego”, która w połowie XX wieku została przedstawiona przez pediatrę i psychoanalityka Donalda Woodsa Winnicotta. Obiekt przejściowy pełni funkcję pomostu pomiędzy dzieckiem a rodzicem, pomagając małemu człowiekowi postrzegać siebie samego jako odrębną jednostkę. Ponieważ, jak zauważa Winnicott, „żadna istota ludzka nie jest w stanie uwolnić się od trudów łączenia rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznej”, nasze mechanizmy radzenia sobie z tym rozdźwiękiem w dużej mierze zależą od naszych doświadczeń z dzieciństwa i relacji z obiektem przejściowym. Jednak o ile dziś całkiem normalne wydaje się, że takim przedmiotem jest pluszowy miś (głównie dlatego, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat oswajaliśmy się z tą ideą – pamiętajcie, że pluszaki to wynalazek XX wieku), rodzice są przerażeni, gdy ich dzieci przywiązują się do swoich urządzeń elektronicznych. Bo w tym, że sami nie mogą żyć bez swoich najnowszych modeli iPhone’a – już nie widzą niczego niepokojącego…

Tak, wiem, smartfon to coś więcej niż pluszowy miś – zapewnia łączność z całym światem, daje dostęp do internetu i gier. Ale tu właśnie do akcji wkraczacie wy! Większość specjalistów radzi, by jak najdłużej chronić dzieci przed smartfonami i tabletami. Pozostali słusznie zauważają, że i tak nie dacie rady strzec ich przed nimi zbyt długo, bo prędzej czy później – w szkole lub u znajomych – zostaną wystawione na ich działanie. Równie kłopotliwa jest kwestia, w jakim wieku dziecka wręczyć mu pierwszy smartfon. Wspomniana Shimi Kang radzi, by wprowadzać nowe technologie dopiero wtedy, gdy dziecko: a) jest w stanie regulować własne emocje; b) komunikuje się twarzą w twarz z innymi ludźmi z pewnością siebie i nastawieniem na współpracę; c) potrafi przerwać zabawę na rzecz zaspokojenia swoich potrzeb albo wypełnienia obowiązków (snu, ruchu, jedzenia, nauki).

Jeszcze więcej pytań przed sprezentowaniem dziecku smartfona radzi zadać Diana Graber w Raising Humans in a Digital World:

  • Czy dziecko rozwinęło społeczne i emocjonalne zdolności niezbędne do tego, by mądrze używać technologicznych gadżetów?
  • Czy dziecko wie, w jaki sposób zarządzać swoją reputacją online?
  • Czy dziecko wie, jak się „wyłączyć” z internetu?
  • Czy dziecko wie, jak zawierać i utrzymywać zdrowe relacje?
  • Czy dziecko wie, jak chronić swoją prywatność i osobiste dane?
  • Czy dziecko wie, jak w krytyczny sposób podchodzić do informacji w sieci?

Amerykańska autorka zauważa, że jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedzieliście przecząco, to wasza pociecha nie jest gotowa na posiadanie smartfona z dostępem do sieci. A ja, nieco złośliwie, powiedziałbym, że większość dorosłych osób, które znam i które mają smartfon, na wiele z tych pytań musiałaby odpowiedzieć „nie”. Wszystko to świetnie brzmi w teorii, jednak w praktyce wszyscy – zarówno dorośli, jak i młodzi ludzie – uczymy się tego przez całe życie. Jasne, nie sposób nie zgodzić się z Shimi Kang, że przekazanie dziecku smartfona jest jak wręczenie mu kluczyków do samochodu, i jest to oczywiście prawda.

Pamiętajcie jednak, że nie można wszystkiego sprowadzać do wieku: tak, najwięcej wypadków drogowych powodują najmłodsi kierowcy, ale to nie znaczy, że część młodych ludzi przed 18. rokiem życia nie jest bardziej gotowa na odpowiedzialną jazdę samochodem niż wielu dorosłych, którzy już od lat mają prawo jazdy, ale bynajmniej nie jeżdżą bezpiecznie. Oni przecież też powodują wypadki – najczęściej z własnej winy i przez swoją nieodpowiedzialność. Kilka lat temu rodzice wręczali smartfony swoim dzieciom, gdy te miały przeciętnie 12 lat, a 56% dzieci w wieku od 8 do 12 lat miało już takie urządzenie. Dziś coraz młodsze dzieci korzystają ze smartfonów i tego raczej nie zmienimy. Dlatego jeśli chodzi o to, kiedy dać dziecku telefon, zdajcie się na swoją intuicję – to wy znacie je najlepiej. Zasadnicze i tak będzie wasze podejście…

Dla tych, którzy obawiają się technologii, mam dwa pomysły: z jednej strony rodzinny kontrakt dotyczący używania smartfonów – co, gdzie, jak i kiedy – wszystko spisane i przestrzegane przez członków rodziny, z drugiej – indywidualny kontrakt na telefon dla waszych dzieci (wy go kupujecie i płacicie rachunki, więc oczywiście możecie określić warunki jego użytkowania). A wam wszystkim polecam po prostu być z dziećmi i pomagać im korzystać ze smartfonów poprzez:

  • wspólną naukę obsługi smartfona;
  • zachęcanie dzieciaków do tego, by na początku telefon służył przede wszystkim do komunikacji;
  • rozmowy o grach, aplikacjach i treściach, z którymi obcują wasze dzieci;
  • pomaganie im rozpoznawania wszechobecnych w wirtualu stereotypów i treści reklamowych, pytanie dzieci o ich opinię na ten temat;
  • po pewnym czasie – zezwolenie im na uczenie innych, na przykład młodszego rodzeństwa, dzięki czemu ugruntują wiedzę i swoje zdolności;
  • akceptację ich potknięć i błędów – w końcu dopiero się uczą!

'Jak nie zgubić dziecka w sieci', Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)"Jak nie zgubić dziecka w sieci", Zyta Czechowska i Mikołaj Marcela, Wydawnictwo MUZA S.A., premiera 2 czerwca. (Fot. materiały prasowe)

  1. Psychologia

Wątpliwości w macierzyństwie są ok

Młode matki muszą przeżyć coś w rodzaju żałoby po tym, co było, nauczyć się inaczej żyć i czerpać z tego, co mają teraz - mówi psycholożka Katarzyna Półtorak.(Fot. iStock)
Młode matki muszą przeżyć coś w rodzaju żałoby po tym, co było, nauczyć się inaczej żyć i czerpać z tego, co mają teraz - mówi psycholożka Katarzyna Półtorak.(Fot. iStock)
Kiedy mama, która jest w kłopocie, dostaje z każdej strony rady, czuje, że inni mają więcej kompetencji. I ma coraz mniejsze zaufanie do siebie – mówi psycholog Katarzyna Półtorak.

Uważa się, że młoda matka ma dzisiaj lepiej niż jej matka.
Rzeczywiście panuje takie przekonanie. Jeżeli dzisiaj córka przychodzi do swojej mamy i opowiada o trudnościach, to bardzo często słyszy, że ma dużo lepiej, bo nie musi prać pieluch, są gotowe zupki w słoiczkach, jej mąż uczestniczy w wychowaniu. Problem polega na tym, że współczesne mamy mierzą się z zupełnie inną rzeczywistością i z zupełnie innymi wyzwaniami niż ich mamy.

Z jakimi problemami młode mamy przychodzą do pani?
Żalą się, że straciły życie, które miały; że bardzo trudno im pożegnać się z tym kawałkiem, który dotyczył kariery, spotkań towarzyskich, pasji; boli je, że krzyczą i nie wiedzą, jak przestać. To nie jest tak, że one nie są zadowolone z bycia mamami, że nie są wdzięczne za to, że spotkały odpowiedniego partnera, założyły rodzinę. Doceniają to.

Ale?
Trudności pozostają. To znaczy – fakt, że świadomie podjęły decyzję o byciu mamą i że nie zrobiłyby nic inaczej, nie sprawia, że nie żal im poprzedniego życia. One muszą przeżyć coś w rodzaju żałoby po tym, co było, nauczyć się inaczej żyć i czerpać z tego, co mają teraz.

Zmienić priorytety?
Tak, to też trudność, szczególnie wtedy, gdy dziecko jest malutkie i wszystkie siły i zasoby są kierowane w jego stronę. W tym czasie właściwie cała energia mamy idzie na zaspokojenie potrzeb dziecka oraz na to, żeby rodzina ten czas przetrwała. Mama na ogół nie ma do końca rozeznania, jak powinno wyglądać nowe życie, czego ona chce, na czym polega jej rola.

Może wszystkiego dowiedzieć się z Internetu, popytać inne mamy, swoją mamę.
Tak, i to robi, ale tu spotyka ją kolejna trudność, która polega z jednej strony na tym, o czym już mówiłam, czyli na zmianach w sposobach i możliwościach wychowywania dzieci w porównaniu z poprzednimi pokoleniami, a z drugiej – na tym, że kobiety nie umieją się nawzajem wspierać. Przyzwyczailiśmy się do tego, że gdy myślimy o dawaniu wsparcia, to chodzi nam o dawanie rady. Czyli – jak ona mówi mi o swojej trudności, to ja jej mówię, jakie mam rozwiązanie, i uważam, że ona powinna je zastosować. I sprawa będzie rozwiązana.

Dlaczego to nie działa?
Kiedyś działało bardziej, bo kobiety były dla kobiet często jedynymi źródłami wiedzy. Dzisiaj, kiedy mamy zgłaszają się do mnie na bezpłatne konsultacje online, oczekują nie rad, ale przyjęcia ich razem z ich emocjami, pomocy w wypracowaniu odpowiednich dla nich strategii działania.

Co złego jest w tym, że ktoś radzi młodej mamie?
Dawanie rady łączy się z przekonaniem, że ten, kto radzi, wie lepiej. Gdy więc mama, która jest w kłopocie, dostaje z każdej strony rady, czuje, że inni mają więcej kompetencji, są mądrzejsi. Ma coraz mniejsze zaufanie do siebie. Kiedy opowiada mi o swoich trudnościach, to widzę, że często się ich wstydzi.

Wstydzi? Dlaczego?
Ponieważ myśli, że tylko ona ma taki kłopot, a inne mamy go nie mają. I nie chodzi tylko o to, że jej koleżanki w mediach społecznościowych pokazują wymuskane zdjęcia, na których życie wygląda jak w bajce. Chodzi o to, że jak spotyka inne mamy w parku, w przedszkolu, na imprezie rodzinnej, to one mówią, że wszystko u nich OK, że super. A u niej super nie jest, ale wstydzi się do tego przyznać. Wstyd to jedna z najtrudniejszych emocji, blokująca, wszechogarniająca. Czujemy się wtedy niedoskonali, niekompetentni, nieudani.
Wstyd matek jest niejako skutkiem braku otwartości w ich otoczeniu. Bo żeby być otwartym na drugiego człowieka, trzeba mieć do niego dużo zaufania, pewność, że nie oceni, że będzie starał się nam pomóc. W dobie pandemii, kiedy jesteśmy zamknięci, zestresowani, brak otwartości jest jeszcze bardziej dotkliwy. W rodzinach pojawia się dużo emocji, nowych wyzwań, a mało chęci, żeby pokazywać, co się naprawdę dzieje.

Pozostawanie z wątpliwościami to po prostu przejaw człowieczeństwa, wyborów, sposobów życia. Można nie być pewnym czegoś na sto procent, ale tego spróbować. (Ilustracja Aneta Klejnowska)Pozostawanie z wątpliwościami to po prostu przejaw człowieczeństwa, wyborów, sposobów życia. Można nie być pewnym czegoś na sto procent, ale tego spróbować. (Ilustracja Aneta Klejnowska)

Wymianie doświadczeń mogłyby służyć fora dla młodych matek. Ale służą głównie porównywaniu się, kto jest lepszy, czyja metoda skuteczniejsza.
Składa się na to kilka przyczyn. Kiedyś obowiązywał konkretny model wychowania i wiadomo było, jakie narzędzia wychowawcze istnieją. Teraz jedne mamy korzystają z wielu podejść, wybierają, co im służy na danym etapie, inne obstają przy odmiennej opcji. Mają więc dużo możliwości wyboru. I mało zaufania do siebie. Jeśli widzą, że dziecko nie jest w stanie czegoś zrobić, a koleżanka pisze, że w określonym wieku powinno, to uważają, że jak będą ćwiczyć tę umiejętność z dzieckiem, efekt powinien się pojawić. Kiedy się nie pojawia, nie rozumieją dlaczego. Natomiast mama, która ma do siebie zaufanie, wie, że można sprawdzić, czy dana strategia służy dziecku, czy jest odpowiednia do jego wieku, możliwości rozwoju, potrzeb. Trzymanie się jakiejś strategii tylko dlatego, że zadziałała u innego dziecka, podczas gdy u mojego się nie sprawdza, a ja też się z nią źle czuję – jest błędem. Mamy często nie zdają sobie sprawy, po co coś robią. Wydaje im się, że nawet jeśli im to nie służy, to będzie służyło dziecku. Ignorują swoje potrzeby, nie zdają sobie z nich sprawy. I nic dziwnego – od małego jesteśmy uczeni ignorowania sygnałów płynących z naszego ciała. Jest nam ciepło, ale każe nam się nosić czapkę. Jesteśmy syci, a musimy zjeść rosołek, żeby babci nie było przykro. I jak sami stajemy się rodzicami, zaczynamy reagować tak, jak nasi rodzice. Mamy wdrukowane pewne skrypty zachowania, a o uwagę dopominają się nieuświadomione potrzeby.

Co z nimi zrobić?
Wyciągnąć na wierzch, przyjrzeć się im. Jeżeli mama pozna swoje potrzeby, to zrozumie źródło swoich problemów i wtedy może poszukać rozwiązań, które będą jej służyły. A gdy je znajdzie – nabierze poczucia kompetencji. I będzie dużo lepiej sobie radzić z ocenami płynącymi z zewnątrz, wszystko jedno, czy z krytyką, czy z pochwałą. Pod wpływem ocen z zewnątrz kobiety mają sporo poczucia winy. Zarówno gdy karmią piersią, jak i gdy nie karmią. Gdy biorą urlop macierzyński albo gdy wracają do pracy. W każdej niemal sytuacji młode mamy mają dużo wątpliwości.

I z tego powodu cierpią?
Tak, bo wątpliwości uznaje się za słabość, przeciwieństwo siły, wpływu, sprawczości. Natomiast ja uważam, że pozostawanie z wątpliwościami to po prostu przejaw człowieczeństwa, wyborów, sposobów życia. Można nie być pewnym czegoś na sto procent, ale tego spróbować. A mamom wydaje się, że jak nie mają wpływu na całość, to nie mają go w ogóle, na nic. Tymczasem zawsze mamy jakiś kawałek wpływu, tylko musimy go znaleźć i zdecydować, czy chcemy z niego skorzystać. Kiedy kobiety mówią, że one czegoś nie wiedzą, a ja odpowiadam, że to jest OK, są zdziwione. Myślą, że jako dorosłe kobiety i matki nie powinny mieć wątpliwości, powinny wiedzieć, co jest dobre dla dziecka, jak zareagować, co zrobić. A nasuwanie się wątpliwości oznacza, że szukam, rozwijam się, że jestem ciekawa czegoś innego. Ciekawość bardzo pomaga w wychowywaniu dzieci.

Jak ją pogodzić z kultem konsekwencji?
Część matek tak bardzo stara się być konsekwentnymi, trwać przy rozwiązaniach, które obrały, że tracą na to mnóstwo zasobów, które mogłyby wykorzystać do budowania fajnych relacji z dzieckiem. A to nie służy nikomu. A na dodatek pokazuje dzieciom, że zbaczanie z drogi, bycie niekonsekwentnym jest słabością, a nie poszukiwaniem rozwiązań. Wątpliwości nie umniejszają naszej wartości. Jeżeli nie dajemy sobie do nich prawa, to stajemy w miejscu siły, a z tego miejsca trudno budować relacje. Bo w relacjach jest miękkość, zaufanie, niewiedza, ciekawość.

Badania pokazują, że dzisiaj aż 40 proc. kobiet nie pracuje. Młode mamy nie mają dylematów: praca czy wychowanie?
Oczywiście, że mają. Gdy pracujemy nad ich nieuświadomionymi potrzebami, to wychodzi na jaw, że niektóre nie czują z powodu macierzyństwa radości. Doskwiera monotonia, powtarzalność. Nie mają poczucia, że robią coś ważnego, co nadaje sens ich życiu. Bardzo potrzebują drugiego filaru, jakim jest praca. I nie musi to być zawrotna kariera, może po prostu zapewniać potrzebę różnorodności, rozwoju. Mają jednak dylematy, czy ich dziecko jest gotowe na żłobek, czy to dobry moment rozwojowy, żeby się z nim rozstać. I często dopiero wtedy, gdy idzie ono do placówki, odzyskują równowagę. A jak one są w równowadze, to i cała rodzina ją odzyskuje.

Młode mamy mogą liczyć na ojców dzieci.
Faktycznie, młodzi ojcowie są często bardzo zaangażowani, zainteresowani tym, jak wspierać się nawzajem, jak budować rodzinę w nowoczesny sposób. Jedna rzecz utrudnia jednak skuteczne dawanie tego wsparcia, mianowicie to, że nie trafia ono w miejsce, w które ma trafić. Mężczyzna gotuje obiad, idzie z dzieckiem na spacer, odbiera je z przedszkola, bawi się z nim, ale mamie często bardziej potrzebne jest bycie wziętą pod uwagę, docenienie, wysłuchanie, zadbanie o to, żeby mogła realizować pasje, pracować. Kobiety, mimo że kochają swoich partnerów, zauważają, że – ze względów biologicznych, kulturowych i społecznych – są zdecydowanie bardziej niż oni obciążone. One z tym nie dyskutują, ale chciałyby, żeby mężczyzna zobaczył i uznał ich wysiłek. Wsparcie emocjonalne od partnerów jest kluczowe.

Co przede wszystkim chce pani przekazać młodym matkom?
Po pierwsze, że w swoich problemach nie są odosobnione. Po drugie, że wątpliwości, proszenie o pomoc to nie oznaki słabości, tylko sposób na szukanie rozwiązań. Po trzecie, żeby ufały sobie, nie bały się zbaczać z utartych ścieżek, schematów. Po czwarte, by nie porównywały się do innych matek.

I żeby uwolniły się od napięcia, które im nieustannie towarzyszy?
Zdecydowanie tak. Bo takie napięcie to ładunek wybuchowy, który może eksplodować pod wpływem małej iskierki. Spokój każdy czerpie z czego innego. Jeżeli więc będziemy wiedziały, o co nam chodzi, czego potrzebujemy, i będziemy potrafiły o to poprosić, to cała rodzina na tym zyska. Gdy dziecko zobaczy, że mama umie regulować swoje emocje, będzie się tego też uczyć. Ważne, żeby matki odkryły swoje potrzeby, stały za nimi, a nie podążały za potrzebami innych. 

Katarzyna Półtorak, psycholożka, ekspertka w dziedzinie komunikacji i budowania relacji bez krzyku. Autorka programów rozwojowych i wspierających dla kobiet. Właścicielka i twórczyni marki 'Mama ma moc!' - www mamamamoc.pl (Fot. archiwum prywatne)Katarzyna Półtorak, psycholożka, ekspertka w dziedzinie komunikacji i budowania relacji bez krzyku. Autorka programów rozwojowych i wspierających dla kobiet. Właścicielka i twórczyni marki "Mama ma moc!" - www mamamamoc.pl (Fot. archiwum prywatne)

  1. Styl Życia

Dzień Matki – wybrane teksty z cyklu "Jak wychowuje"

Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Rodzicem stajemy się w procesie wychowania dziecka. (Ilustracja: iStock)
Z okazji Dnia Matki przypominamy artykuły archiwalne z cyklu "Jak wychowuje", w którym nasze rozmówczynie opowiadają o tym, czym jest dla nich macierzyństwo i relacja z dziećmi.

Jak wychowuje

  • Agnieszka Glińska, reżyserka, mama Franka i Janiny: „Myślę, że dzięki moim dzieciom nie zapomniałam siebie w ich wieku, że doskonale pamiętałam, co wtedy wyprawiałam. I byłoby straszliwą hipokryzją, gdybym oburzała się na to czy na tamto”.

  • Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki: „Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas”.

  • Grażyna Wolszczak, aktorka, mama Filipa:Wychowanie? To stała obecność, towarzyszenie dziecku w zwykłym codziennym życiu. To całe „wychowanie” dzieje się w trakcie, mimochodem. Musi być spójne. Nie można wygłaszać górnolotnych frazesów, które nie mają zastosowania w zwykłym życiu. Wszystkie złote myśli, choćby najszlachetniejsze, wpadają jednym uchem, wypadają drugim”.

  • Gosia Dobrowolska, aktorka od wielu lat mieszkająca w Australii, matka Weroniki: „Obdarowywanie dziecka wszystkim, czego zapragnie, jest o wiele łatwiejsze niż nauczenie, jak na to zapracować. Dawać trzeba, ale wsparcie, system wartości, wzór postępowania w codziennych sytuacjach”.

  • Lidia Popiel, fotografka, mama Aleksandry: „(...) kiedy rodzi się dziecko, zmienia się nasze podejście do świata, nawet nasz charakter, więc przeorganizowanie kalendarza przychodzi naturalnie. Mówi się, że dziecko zabiera czas. A może jest tak, że ten czas mu się daje?”.

  • Paulina Krupińska-Karpiel, mama Jędrka i Tosi: „Co mi jako mamie się nie udało? Na pewno to, że czasem tracę cierpliwość i nakrzyczę na dzieci. A potem mam wyrzuty sumienia. Wtedy je przepraszam, mówię: „Nie chciałam tego zrobić”. Na co Tosia: „Wiem, mamusiu, dorośli tak czasem mają”. I rozkłada mnie na łopatki”.

  • Monika Mrozowska, mama Karoliny, Jagody, Józia i Lucjana: „Moje dzieci nie są wtajemniczane w szczegóły problemów między mną a ich ojcami. Zawsze podkreślam, że to nie ich wina. Mądre i spokojne przeprowadzenie dzieci przez rozstanie rodziców jest możliwe”.

  • Ałbena Grabowska, lekarka, pisarka, mama Juliana, Aliny, i Franka: „Zależy mi na tym, by dzieci były samodzielne, ale jestem nadopiekuńcza. Chciałabym, by same się uczyły, poznawały życie, a ciągle uważam, że to ja powinnam im coś proponować. Zależy mi na tym, żeby oglądały świat, ale boję się, że może im się stać coś złego. Tak więc jako matka składam się z samych sprzeczności”.

  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.