1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Terapia dla par – na czym polega i czy ma sens?

Terapia dla par – na czym polega i czy ma sens?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Niektóre pary przychodzą na skargę, inne po zrozumienie drugiej osoby. Jeszcze inne po dobre rozstanie. – Często największym trudem w terapii jest doświadczenie bezradności wobec tego, kogo chciało się widzieć w partnerze, i tego, kim on nie jest – mówi psycholog Bartosz Szymczyk. Ale ten trud się opłaca, bo nagrodą za niego jest przezwyciężenie kryzysu.

Niektórzy na terapię dla par przychodzą, aby się poskarżyć, inni po zrozumienie drugiej osoby. Jeszcze inni po dobre rozstanie. – Często największym trudem w terapii dla par jest doświadczenie bezradności wobec tego, kogo chciało się widzieć w partnerze, i tego, kim on nie jest – mówi psycholog Bartosz Szymczyk. Ale ten trud się opłaca, bo nagrodą za niego jest przezwyciężenie kryzysu. W czym może pomóc terapia dla par? Czy zawsze uratuje związek?

Podobno najwięcej pozwów o rozwód wpływa do sądu tuż po Nowym Roku i po wakacjach. A kiedy ludzie przychodzą po pomoc w związku?
Nie wiem, na ile dotyczy to terapii par, ale rzeczywiście sama terapia rządzi się podobną sezonowością. Dużo zgłoszeń jest na początku roku, ma to najpewniej związek z postanowieniami noworocznymi – ludzie chcą coś zmienić w swoim życiu i idą na terapię. Zgłaszają się też po dłuższych przerwach urlopowych, po wakacjach albo majówce. My, terapeuci, interpretujemy to tak, że podczas takich wyjazdów ludzie mają okazję do zastanowienia się nad sobą i dużo czasu spędzają wspólnie z bliskimi, i to dość intensywnie, a wtedy różne rzeczy i kwestie, które w codziennym trybie są spychane czy zamiatane pod dywan, uwypuklają się i wzmagają. Po powrocie jest większa motywacja, by coś z nimi zrobić. Jeśli chodzi o pary, to zawsze na początku konsultacji pytamy: „Co sprawiło, że państwo właśnie teraz się zgłaszają?”, ale też: „Kiedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, wypowiedziana na głos, że to jest stan, z którym państwo nie dają sobie sami rady i może ktoś trzeci mógłby pomóc?”. Często pada odpowiedź: „Pierwszy raz dwa lata temu”. Jak widać, czas od zrodzenia się tej myśli do zgłoszenia się jest bardzo długi. Często pojawia się rozgrywka między partnerami: „Kto wyszuka terapeutę?”. Pary używają tego jako swoistego probierza, czy komuś zależy, czy już nie. Ale takie przerzucanie się odpowiedzialnością bardzo spowalnia proces zgłoszenia. Dlatego apelowałbym, by kiedy para wyrazi na głos: „Nie radzimy sobie z tym naszym kryzysem, może idźmy do terapeuty” – nie czekała z decyzją zbyt długo.

Z czego bierze się to odwlekanie? Nie chcemy zajmować się trudnymi sprawami? A może boimy się, że usłyszymy, że nic już się nie da zrobić? Że jest za późno?
Na pewno boimy się ruszać trudny temat, bo wtedy trzeba zmierzyć się ze swoimi zranieniami i wziąć współodpowiedzialność za kryzys, do którego doszło. Często pary przeczuwają, że to ziarnko grochu, które uwiera, jest na tyle duże, że nie wystarczą małe rozwiązania, że mierzymy się z czymś wielkim – a to wzmaga opór. Ale czasem jest tak, że pary zamiast motywacji, o której mówiłem, a którą można ująć słowami: „Nie idzie nam, spróbujmy coś z tym zrobić”, mają taką: „To ty powinieneś się zmienić, ze mną jest wszystko w porządku”.

Przychodzą na terapię po to, by się poskarżyć na drugą osobę i usłyszeć, że to one mają rację?
Często nawet mówią to wprost na konsultacji: „Ja chciałam przyjść z mężem” czy „Ja chciałem przyjść z żoną, żeby ktoś mu/jej obiektywnie powiedział, że…”.

A co jest tym bezpośrednim czynnikiem, który sprawia, że jednak decydują się przyjść?
Zwykle przychodzą, bo kryzys tak narasta, że dochodzi do bardzo impulsywnej kłótni albo sytuacji około zdrady. I zazwyczaj są to stany przetrzymane. Tak jakbyśmy zgłaszali się do lekarza z chorobą, która od bardzo długiego czasu trawi nasz organizm.

Czy to znaczy, że leczenie będzie trwało równie długo?
To zależy, na co się umawiamy. Jeśli osoby chcą szukać rozwiązań kryzysu i poprawy relacji, a dzieje się między nimi źle od pięciu lat czy od początku ich wspólnego życia, to terapia siłą rzeczy nie może być krótka. Ale czasem jest tak, że przetrzymania skutkują taką motywacją: „OK, to zgłośmy się na terapię po to, by dobrze się rozstać”. Jeżeli oboje są na to gotowi i przejawiają mało impulsów agresywnych względem drugiej osoby – to czasem nie musi być to długa terapia, bo oni są pogodzeni ze swoją sytuacją, nie mają żalu, pretensji, chcą jedynie zrozumieć, co się między nimi wydarzyło, że znaleźli się w miejscu, z którego nie ma już odwrotu. Myślę, że najtrudniejsza i najdłuższa praca szykuje się wtedy, kiedy konflikt w parze jest bardzo długo utrzymany, a sytuacja między partnerami doprowadziła do dużego oddalenia. Nie ma otwartego, agresywnego konfliktu, tylko dużo obcości, wycofania i głębokiej bierności.

Czy wtedy jest to już praca nad dobrym rozstaniem, czy są szanse na uratowanie związku?
My jako terapeuci nigdy nie zakładamy, co będzie tym celem. Bywa, że para przychodzi do nas w stanie wielkiego oddalenia, ale deklaruje chęć szukania rozwiązań i zrozumienia drugiej osoby. I wtedy tego szukamy. Ale szukając, zwracamy też uwagę na to, co powoduje tę bierność i oddalenie. Niekiedy pod nimi kryje się dużo innych, trudnych uczuć: żale, zranienia z przeszłości lub niemożność radzenia sobie z bezradnością, która powoduje, że mąż schodzi do garażu i spędza tam cały dzień. Bo może jest tak, że wprawdzie siedzi w garażu, ale w środku złości się na żonę, a jak się złości, to znaczy, że mu zależy. A jeśli mu zależy, to być może jest jeszcze o co walczyć. Ale czasem on się nie złości, tylko naprawdę wycofuje i jest już za taką granicą obojętności, którą trudno pokonać nawet w terapii.

Zdarzają się pary, które przychodzą już na początku takiego kryzysu, kiedy pojawiają się pierwsze trudności?
Ostatnio obserwujemy wiele młodych par, które przychodzą do nas na etapie narzeczeństwa. Czasem to jest zdumiewające, bo para siada w gabinecie, gdzie zwykle małżonkowie opowiadają o swoich żalach czy trudnościach z naprawdę długą historią, a taka para zaczyna: „Jesteśmy ze sobą od pół roku i nie mieszkamy razem”. Myślę, że fakt, że pierwszy kryzys zdarza się im już na samym początku, jest wynikiem zmian społecznych – kiedyś narzeczeństwo trwało dłużej. Na przykład on i ona poznawali się w szkole średniej, byli ze sobą cztery lata, mogli obserwować się i sprawdzać w różnych okolicznościach: w szkole, na przerwie, na wagarach. W związku z tym słabszy był i tak obecny w sytuacji zakochania taki czynnik jak idealizacja, czyli tendencja, żeby w kimś widzieć to, co się chce widzieć. Ona teraz jest silniejsza, bo mniej mamy danych i możliwości ich konfrontacji z rzeczywistością. Obecnie jest mnóstwo młodych par, które związały się ze sobą przypadkowo, poznały się w sytuacji towarzyskiej – na imprezie u znajomych czy przez Internet – i praktycznie tylko w takich okolicznościach się spotykają. Z drugiej strony jest dziś więcej lęku przed zobowiązaniem, stąd pary, które właściwie dawniej nie zgłosiłyby się na terapię, tylko albo by się rozstały albo same szukały rozwiązania konfliktu, teraz uznają, że terapia jest im potrzebna. Myślę, że jest to też wynikiem większej świadomości tego, że z terapii można i warto korzystać.

Czy kryzys, z którym przychodzą do pana pary, dotyczy głównie ich relacji czy też wizji związku i miłości? Traktują związek jak coś, nad czym można pracować, czy raczej jako coś, co nie uda się bez strzały Amora?
To zależy od różnic indywidualnych oraz tego, jaką kto ma emocjonalność i usposobienie temperamentalne, a nawet biologiczne.

A nie jest to pokoleniowe?
Na pewno starsze pary, które są w swoich pięćdziesiątych latach życia, inaczej patrzą na związek i miłość – bardziej przez pryzmat przywiązania, lojalności i zobowiązania w postaci domu czy dzieci niż intymności czy seksualności. Ale jeśli pyta pani o strzałę Amora, to są osoby, które bardzo silnie przeżywają namiętności, zarówno te miłosne, jak i nienawistne. I jeśli wejdą w relację dwie osoby o podobnej strukturze, to są to związki bardzo burzliwe, pełne rozstań, kłótni, napięć. Ogromnych namiętności, ale i wielkich dramatów. Takie pary bardzo mocno widzą w drugiej osobie to, czego nie lubią w sobie i – jednocześnie w sobie tego nie dostrzegając – złoszczą się na to podwójnie. Są to więc czasem strzały Amora, a czasem strzały niczym z kuszy.

Ale podczas terapii chcą pracować nad związkiem?
Te pary przychodzą bardziej na skargę lub żeby terapeuta rozsądził, kto ma rację. Mają dużą niezgodę na dostrzeżenie swojego udziału w tym, co się stało. Na tyle mocno przeżywają własne porywy uczuć i namiętności, że właściwie nie mają w głowie konstruktu „my”. Są skoncentrowane na tym, jak mocno zostały zranione, albo na tym, jak bardzo kochały.

Może wtedy lepsza byłaby terapia indywidualna, osobna? Jest jakiś schemat pracy w terapii z parą?
Terapia pary nie wyklucza terapii indywidualnej. Najlepiej jak taką indywidualną pracę podejmują oboje partnerzy. Ważne, by było to u innych terapeutów niż ich wspólny. Nierzadko w terapii par pracujemy metodą dwoje terapeutów na parę, gdzie zwykle jest terapeuta mężczyzna i terapeuta kobieta, ale z powodów logistycznych lub finansowych często jest to niemożliwe. Wtedy musi wystarczyć jeden terapeuta i ważna jest jego neutralność, czyli to, żeby nie miał indywidualnych informacji od jednej ze stron, które dotyczyłyby pary. Unikamy sytuacji, w której przychodzi do nas jedna osoba, a potem dopraszamy na terapię jej partnera – wtedy kierujemy ich jako parę do innego terapeuty. Na początku umawiamy się na konsultacje, które służą terapeucie do tego, by lepiej poznał parę i zrozumiał jej problem, a parze, by przyjrzała się problemowi i zobaczyła, czy taka rozmowa ma sens i daje jej jakąś nadzieję. Bo zwykle pierwsze konsultacje wywołują dwa rodzaje uczuć w parze: nadziei i ulgi, że dotarło się do gabinetu razem i podjęło się rozmowę na trudny temat, ale też bólu i lęku. Przecież odsłaniamy rany i dotykamy bolesnych miejsc. Zwykle mówimy, że tak będzie i żeby pod wpływem tych bolesnych impulsów para nie chciała się wycofać z terapii. Prosimy też, by jeśli zechcą – oboje lub jedno z nich – zrezygnować z terapii, to żeby powiedzieli o tym w gabinecie, a nie używali sytuacji wspólnego spotkania i rozmowy do tego, by kogoś zranić czy odrzucić i na przykład nie przyjść, wystawić drugą osobę. Kiedy problem, z którym para się zgłasza, i to, co chce z nim zrobić, mamy już omówione, umawiamy się na spotkania terapeutyczne. Mają one służyć rozmowie o tym, co trudne, która ma szansę doprowadzić do dobrych dla nich rozwiązań: czasem poprawy relacji, a czasem godnego rozstania z zachowaniem szacunku w relacjach.

Spotkania terapeutyczne zwykle odbywają się raz na tydzień lub na dwa tygodnie, ale co się dzieje pomiędzy nimi? Kiedy odbywa się proces leczenia?
On odbywa się na bardzo wielu poziomach. Jako terapeuci zdajemy sobie sprawę z tego, że ten czas, kiedy widzimy parę, to tylko mały wycinek ich życia. To, co staramy się zrobić w tym czasie, to odkryć coś razem, dodać coś nowego do ich sposobów przeżywania siebie, do ich myślenia. Rozmowa w gabinecie jest specyficzna – odbywa się w skupieniu i ma duży walor modelujący, czyli pokazujący, że można usiąść i nie wbijając sobie szpil, spróbować wysłuchać drugiej osoby i wyrazić siebie inaczej. Między sesjami bywa różnie. Są pary, które używają tego, że są w terapii, do unikania pewnych tematów. Mówią: „Nie będziemy o tym rozmawiać w domu, tylko na terapii”. Z jednej strony to dobrze, że para chroni się przed dalszym ranieniem, jednak z drugiej w ten sposób blokuje zmianę. Ale wtedy rozmawiamy o tym, co to powoduje, jaki lęk się wtedy odzywa. Bo pomijając sytuacje dużego konfliktu, dobrze jest, jeśli para pomiędzy sesjami jest w kontakcie, próbuje nowych rzeczy, rozmawia.

Co jest najczęstszą przyczyną kryzysów w związkach? Dom rodzinny, różnice temperamentalne, zranienia? Co mówią pary? Co pan sam zauważył?
Wszystkie czynniki, które pani wymieniła, badamy i wszystkie dużo wnoszą. Na przykład często rysujemy coś, co się nazywa genogramem, czyli strukturę rodziny pochodzenia i relacje pomiędzy jej członkami. Czasem to pokazuje, że mąż jest najstarszym dzieckiem w rodzinie, a żona najmłodszym – co ma znaczenie. Czasem widzimy, jaki był przekaz transgeneracyjny w danym domu, czyli co było premiowane, a co nie. Jednak ogromną rolę odgrywają czynniki temperamentalne i procesy idealizacyjne. Bardzo często największym trudem terapii jest doświadczenie bezradności wobec tego, kogo chciało się widzieć w partnerze, oraz tego, kim ten drugi nie jest i, co więcej, może stać się nim tylko w niewielkim stopniu. Na przykład w rodzinie pochodzenia kobiety był ogromny konflikt, latały butelki i talerze. Nagle w jej życiu zjawia się ktoś, kto jest spokojny, porządny, uczciwy, nie krzyczy, podchodzi z szacunkiem. Pobierają się i są szczęśliwi. Ale z czasem okazuje się, że ta jego cichość nie tylko dotyczy tego, że butelki nie latają, lecz także wszystkiego innego i nie da się z nim na przykład porozmawiać o tym, co on czuje, bo nie ma słownictwa do opisania swoich emocji, a może też ma takie doświadczenie, że nie było sensu tego wyrażać, bo to nic nie znaczyło. I nagle ktoś, kto był oazą spokoju i wybawicielem, staje się woskową figurą, niereagującą, bierną. Ona próbuje się dopraszać jakiejś reakcji i sięga po podobne środki, jakie były stosowane u niej w domu – zaczyna krzyczeć. Na co on reaguje jeszcze większym wycofaniem. My z tego męża podczas terapii nie zrobimy superresponsywnego, on może trochę bardziej dostrzegać jej potrzeby i ośmielać się wyrażać swoje stany emocjonalne, ale czy to „trochę bardziej” jej wystarczy? Czasem wystarczy, bo w ślad za tym idzie odkrycie, że może on nie jest tak emocjonalny, jakby chciała, ale jest dobrym ojcem dla dzieci. I to jest dla niej w porządku. A czasem to za mało, ona potrzebuje czegoś więcej. Wtedy pojawia się kolejne pytanie: czy partner ma nam dawać wszystko, czego potrzebujemy, czy możemy te rzeczy też czerpać skądinąd lub sami o nie zadbać?

Może dobrym pomysłem byłoby przychodzić na taką terapię jeszcze przed ślubem?
Terapia jest procesem leczenia, czyli działa, kiedy kryzys już się pojawi. Zanim to się stanie, można skorzystać z szerokiej oferty warsztatów dla par. Takie warsztaty działają na zasadzie swoistych nauk przedmałżeńskich. Pokazują wiele rzeczy, a jednocześnie ta wiedza o sobie nie jest obarczona takim trudem jak w kryzysie. A dziś naprawdę coraz trudniej jest kogoś dobrze poznać. To, co mógłbym doradzić wszystkim, to stwarzać sobie okazje do wzajemnego poznania się, w różnych sytuacjach, nie tylko wyjazdowo-balangowych. Związki, które powstały na bazie przyjaźni, bardzo rzadko pojawiają się na terapii, a gdy się pojawiają, to zwykle w atmosferze szacunku.

Pewnie dla niektórych par godzina terapii tygodniowo to jedyne chwile, kiedy skupiają się tylko na sobie. Na co dzień brak im na to czasu…
Tempo naszego życia jest rzeczywiście szybsze niż kiedyś, ale żeby kogoś czule dotknąć czy popatrzeć mu w oczy i poszukać w nich zrozumienia, nie trzeba dużo. To można zrobić i w przelocie. Bardzo łatwo brak czasu wziąć za zasłonę, za którą pielęgnuje się samotność i złość. Ja często nie dowierzam, gdy na moje pytanie: „Jak minął wam tydzień?” słyszę: „Tyle się działo, że nie było okazji, by porozmawiać”. Nawet jeśli jest mało czasu, to można pod kołdrą stopą kogoś dotknąć, a można nie dotknąć.

Terapia dla par nie oznacza, że związek musi zmierzać ku końcowi, nie świadczy też o tym, że dwoje bliskich sobie ludzi nic o sobie nie wie. To odpowiednia pomoc dla każdego, kto dojrzał do myśli, że nie zawsze jest w stanie w pełni zrozumieć zachowań i emocji swojej drugiej połówki, choćby nie wiadomo, jak ją kochał. Odpowiedni psychoterapeuta potrafi wyciągnąć na światło dzienne skrywane (często nieświadomie) urazy i przykre zdarzenia z przeszłości – a także pomóc je na spokojnie przetrawić i omówić podczas terapii dla par.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie bój się trudnych przeżyć

Czasem sami wywołujemy awanturę i burzę emocji. Powód? - warto się nad nim zastanowić... (fot. iStock)
Czasem sami wywołujemy awanturę i burzę emocji. Powód? - warto się nad nim zastanowić... (fot. iStock)
To nasza pierwsza kłótnia – opowiada moja młoda, piękna i mądra klientka. Jest w pierwszym poważnym związku, na którym jej zależy, i żeby go nie zepsuć, przychodzi do mnie od jakiegoś czasu. Jest świadoma swoich, nie zawsze łatwych dla innych, nawyków bardzo samodzielnej, pewnej siebie kobiety sukcesu, która jednak w sprawach intymnych czuje się często jak mała dziewczynka. (Tak na marginesie, ten „emocjonalny zestaw damski” to syndrom naszych czasów).

– Nie mogę nawet sobie przypomnieć, o co się pokłóciliśmy, ale tak to się rozkręcało, że poszło na noże. On się spakował i wybiegł, krzycząc: Właśnie się tego obawiałem, że mnie wcale nie kochasz! Trzasnął drzwiami, a ja zostałam, trzęsąc się ze złości. No i bardzo dobrze, idź sobie, lepiej jak najszybciej, wcale cię nie potrzebuję, było mi lepiej, jak byłam sama, po co mi to wszystko i… buuu – zawyłam jeszcze ze złością, ale już z żalu i smutku, i straty. Więc to już? Koniec miłości i nie wiadomo nawet dlaczego? A taki był słodki, do rany przyłóż, wszystko oszustwo… ale po co? I co ja teraz zrobię?!!!

Raptem drzwi się otworzyły, walizka wylądowała u moich stóp razem z właścicielem. „Jaki ja byłem głupi, wybacz, na dole, już przy bramie poczułem zapach frytek i aż mnie wryło w ziemię!”. Co mają do tego FRYTKI? „Poczekaj, zaraz ci wszystko opowiem, tylko się już nie gniewaj, przepraszam, przepraszam…”.

Ja ciebie też przepraszam – wydukałam, bo czułam, że tyle samo włożyłam szaleństwa w tę kłótnię – bardzo przepraszam, też byłam głupia…  Jak dobrze, że wróciłeś… A te… frytki?

O frytkach opowiedział po dłuższej chwili, bo najpierw musieliśmy zacałować i uszanować nasz pierwszy powrót do siebie.  – Wychowywałem się w biedzie – zaczął. – Ale bywało wesoło i kolorowo. Dużo ogrodów, częste spotkania z sąsiadami i rodziną przy ognisku. Miałem ukochaną, młodą, ładną ciotkę. Obiecała ognisko i że będą frytki. FRYTKI!!! To był rarytas, marzenie! Miałem osiem lat i uwielbiałem frytki. O niczym innym już nie myślałem. Czekałem na ten wieczór jak na Boże Narodzenie. Świat był piękny, życie pełne kuszących obietnic, a ja byłem młodym bogiem, który się w tym nurzał po uszy.

Nadszedł ów wieczór, ognisko się paliło, dorośli piekli kiełbaski, które nic mnie nie obchodziły, bo ciotka wyszła z kuchni z misą frytek. Zaczęła nakładać dzieciakom, które przepychały się w kolejce. Stałem obok. A ty co? – zawołała do mnie ciotka. – Nie chcesz frytek? – Nie chcę – usłyszałem, jak odpowiada ktoś z mojego wnętrza. Stałem jak wryty. – Ty nie chcesz frytek?– wykrzyknęła już zdenerwowana ciotka. Czułem się jak zahipnotyzowany: – Nie chcę – odpowiedziałem głośno i pewnie, choć w środku już pojawiał się lęk, że coś złego właśnie się rozpoczyna. – Ach tak, nie chcesz frytek!? – wrzasnęła ciotka, rzucając miskę. – A w tyłek chcesz?! – I ruszyła ku mnie. Jakoś oderwałem się od ziemi i zacząłem uciekać. Ona za mną. Dorwała mnie pod płotem, w krzakach. Natłukła, krzycząc: – Już nie masz wstępu do mojego ogrodu, nigdy, słyszysz? Już cię tu nie chcę, pętaku!

Pobiegła, a ja zostałem sam, drżąc cały, nie mogąc złapać tchu i niepomiernie zadziwiony: jak to się stało? I CO się stało? Jak to możliwe, że jeszcze przed chwilą cudny świat pełen frytek otwierał się ku mnie, a teraz jestem wygnańcem bez ziemi, bez ciotki i bez frytek. I nikt inny, tylko ja sam sobie to zrobiłem… Ale dlaczego?!!!

Po jakimś czasie zrozumiałem. Raptem zapragnąłem, że skoro jest tak cudnie, to żeby było JESZCZE LEPIEJ! Nieświadomie czekałem na to, że moja ulubiona ciotka, która za mną przecież też przepadała, jeszcze mnie POPROSI, żebym chciał od niej te frytki.

Ciotkę później przeprosiłem, ona też przyznała, że zbytnio się uniosła. Życie już nigdy nie było takie samo. Zapamiętałem to przeżycie na zawsze. Lepsze jest wrogiem dobrego. Szanuj to, co masz. I pamiętaj, jak bardzo ty sam jesteś autorem tego, co cię spotyka.

Urzeczona tą opowieścią powiedziałam do mojej klientki: Gratuluję narzeczonego, mądry mężczyzna, gratuluję pierwszej, wspaniałej kłótni, po której będziecie mogli oboje w trudnych chwilach krzyknąć do siebie: Uwaga, FRYTKI! Czy pozwolicie, żeby i inni skosztowali Waszej mądrości?

Pozwolili.

Katarzyna Miller – psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Kup kochance męża kwiaty”, „Chcę być kochana tak jak chcę”. Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Poczucie winy w związku. Rozmowa z psycholog prof. Katarzyną Popiołek

Ważne, żeby uświadomić sobie powód i zakres poczucia winy. Bardzo często z tym przesadzamy. Obarczamy siebie winą za wszystko albo ją całkowicie odrzucamy. A ważne jest, abyśmy sobie uświadomili, co tak naprawdę się stało i jaki jest nasz w tym udział. (Fot. iStock)
Ważne, żeby uświadomić sobie powód i zakres poczucia winy. Bardzo często z tym przesadzamy. Obarczamy siebie winą za wszystko albo ją całkowicie odrzucamy. A ważne jest, abyśmy sobie uświadomili, co tak naprawdę się stało i jaki jest nasz w tym udział. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zastanówmy się, co się stało i jaki jest w tym nasz udział. Co można naprawić? Zawsze też informujmy partnera, co czujemy, gdy coś złego nam robi. Tylko tak wzbudzane w nim wyrzuty sumienia mogą okazać się skuteczne – mówi psycholog prof. Katarzyna Popiołek.

Jak to jest z poczuciem winy w związkach kobiety i mężczyzny?
Poczucie winy w ogóle związane jest z faktem, że internalizujemy (uwewnętrzniamy) pewne normy. W związkach też istnieją normy – na przykład, że się nie zdradza. Kiedy tę normę złamiemy, odczuwamy dyskomfort, obniża nam się poczucie własnej wartości, samooskarżamy się, czyli stosujemy karę wewnętrzną. Ale poczucie winy może być wywołane także karą zewnętrzną. Na przykład tym, że partner mówi: „to ty zepsułaś nasz związek”. Ważne, żeby uświadomić sobie powód i zakres poczucia winy. Bo bardzo często z tym przesadzamy. Obarczamy siebie winą za wszystko albo ją całkowicie odrzucamy. A ważne jest, abyśmy sobie uświadomili, co tak naprawdę się stało i jaki jest nasz w tym udział.

Dostrzegamy nasz udział i co dalej?
Powinniśmy przyjąć za to odpowiedzialność. Ale nie poprzez wewnętrzne katowanie się, tylko chęć zadośćuczynienia partnerowi.

A jeżeli to nie jest możliwe?
Wtedy przyznaję się do winy, przepraszam, obiecuję poprawę. Partner powinien moje przeprosiny przyjąć. Jeżeli natomiast nie przyjmie, a ja zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby naprawić winę, nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć: „trudno, muszę z tym żyć, ale nie będę się samobiczowała”. Poczucie winy, od którego nie można się uwolnić, nic dobrego nie daje. Wpływa niekorzystnie nie tylko na moje samopoczucie i zachowanie, ale także na stosunek do partnera, bo żywię przekonanie, że to przez niego mam poczucie winy. Więc na niego warczę, oddalam się od niego albo wręcz próbuję go oskarżyć. To powoduje, że nie tylko ja ponoszę konsekwencje, ale i partner.

Niektórzy całe życie wypominają partnerowi winę.
Ponieważ chcą mieć nad nim większą kontrolę, przewagę moralną. A to absolutny błąd. Bo albo odchodzimy od partnera, jeśli nie możemy znieść tego, co zrobił, albo jak wybaczamy, to wybaczamy i nie zadręczamy siebie i jego. Wypominanie winy jest taką grą obliczoną na pokazanie: ja jestem w porządku, a ty nie jesteś. Mamy bowiem tendencję atrybucyjną (czyli wyjaśniającą przyczyny) polegającą na tym, że jeśli my coś zawaliliśmy, to zrzucamy winę na innych lub na przypadek. Natomiast jak ktoś zawinił, to mówimy: „on tak postąpił, bo jest zły”. Szukamy zewnętrznych usprawiedliwień dla siebie, a innych obwiniamy.

Co wtedy, gdy staram się zadośćuczynić partnerowi wyrządzoną krzywdę, a on to odrzuca?
Powinniśmy doprowadzić do rozmowy, w której zapytamy, co możemy zrobić, żeby tę sprawę zakończyć. Partner, widząc nasze poczucie winy z powodu zdrady, może powiedzieć: „dobrze, ale pod pewnymi warunkami”. Na przykład: „nie spotkasz się więcej z tą osobą”. Taki warunek związany z winą jest w porządku. Natomiast warunek: „no dobrze, ale będziesz teraz sam sprzątał, sam łożył na dom, na mnie nie licz” – jest nie do przyjęcia.

Dlaczego?
Dlatego, że nie jest związany z przewinieniem. Bo to tak jakby partner powiedział: „Zdradziłem, kupię ci futro i mam załatwione. Nie obiecuję, że już nie będę zdradzał, następnym razem kupię ci samochód”. Podobny błąd popełniamy nagminnie wobec dzieci. Nie mamy dla nich czasu, z tego powodu targa nami poczucie winy, więc kupujemy im drogie zabawki, pozwalamy na wszystko. To patologiczny mechanizm.

Bywa, że zdradzający partner z masochistyczną wręcz rozkoszą przeżywa swoje poczucie winy.
Przypomina w tym alkoholika, który mówi: „wiem, że za dużo piję, ale jak cierpię!”. Zdradzający mąż użala się: „świnia ze mnie, ale przecież nie jest mi z tym dobrze!”. Albo próbuje tłumaczyć, dlaczego zdradza: „bo żona jest mniej czuła”. A nie bierze pod uwagę, że poświęcając czas kochance, nie daje szans żonie, żeby mogła okazywać mu czułość. Sam jest przyczyną dramatu, ale skutki zwala na żonę.

Czasami nadmiernie obwiniamy siebie.
Coś złego stało się kochanej osobie, a my wyrzucamy sobie: „gdybym tego nie powiedział, toby się nie zezłościła i nie dostała ataku serca”. A prawda jest taka, że ten ktoś po prostu zmarł. Jednak my, chcąc uczynić tę sytuację racjonalną, przypisujemy winę sobie. Paradoksalnie wówczas staje się ona irracjonalnie racjonalna: jest wina, więc jest i kara. Wtedy łatwiej ją nam zrozumieć. Gdy umarł  Bogumił z „Nocy i dni” Marii Dąbrowskiej, Barbara powiedziała: gdybym przypilnowała, żeby nie wyszedł na mróz bez kożuszka, toby nie umarł.

Samooskarżając się z uporem, chcemy pewnie „odcierpieć” naganny czyn i uzyskać akt łaski.
A przynosi to przeciwny skutek – przedłużające się poczucie winy powoduje, że osoba, przez którą cierpimy, staje się dla nas negatywnym bodźcem, czujemy się źle w jej towarzystwie, co w końcu obraca się przeciwko niej. Częstą przyczyną przemocy w rodzinie jest to, że mężczyzna czuje się winien (nie ma pieniędzy, nie umie czegoś załatwić) i odreagowuje złość na żonie i dzieciach. A kobieta, która ulega przemocy, zaczyna wierzyć, że to wszystko jej wina, więc ulega mężowi nie tylko ze strachu, ale właśnie dlatego, że wierzy w swoją winę. Badania nad poczuciem winy pokazują, że najczęstszym skutkiem tego stanu jest zmiana myślenia o sobie, a nie zmiana zachowania na lepsze.

Dlaczego tak się dzieje?
Bo świetnie opanowujemy normy, tylko nie nauczyliśmy się zachowań, które pomogłyby nam ich nie naruszać.

Czyli jesteśmy dobrzy w teorii. Tak, wiemy, co dobre, a co złe, ale temu ostatniemu nie umiemy zapobiec. Mamy problem z kontrolowaniem się, nie zastanawiamy się nad skutkami naszych czynów. Natomiast chętnie przerzucamy winę na partnera. Tak jak w tym kawale: Mąż mówi do żony: „jestem winien Zuckermannowi pieniądze, ale ich nie mam, co tu zrobić?” Na co żona otwiera okno i woła: „Zuckermann, mąż nie ma pieniędzy, nic nie dostaniesz”. Wraca do męża i mówi: „teraz niech się on martwi, nie ty”. Podobnie myśli mąż, który zdradził i z tego powodu gryzie go sumienie: powiem żonie, to się uspokoję. Mówi i teraz on jest w porządku, a ona cierpi. Poczucie winy należy rozpatrywać racjonalnie, a nie emocjonalnie. Psychologia uważa, że są osoby bardziej skłonne do obwiniania się i mniej skłonne. Z kolei brak poczucia winy charakteryzuje osobowości psychopatyczne. Najlepszy jest arystotelesowski złoty środek: trzeba zrozumieć zakres swojej winy, postarać się naprawić ją i żyć dalej. Nie powinno się wypominać partnerowi złego czynu, ale w momencie, gdy go popełnia, dobrze mu to pokazać. Gdy przymykamy na jego czyn oczy, machamy ręką, mówimy: „nic się nie stało”, partner myśli, że może tak się zachowywać, bo dla nas nie ma to znaczenia. Zawsze powinniśmy informować go, co czujemy, gdy coś złego nam robi. Tylko tak wzbudzane w nim poczucie winy – poprzez otwarte mówienie o tym, co nas boli – może okazać się skuteczne.

Katarzyna Popiołek
, doktor habilitowany psychologii społecznej, profesor SWPS, dziekan Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. Zajmuje się problematyką relacji międzyludzkich, szczególnie relacji pomocy i wsparcia oraz specyfiką zachowań w sytuacjach kryzysowych. Jest autorką wielu publikacji naukowych, współtwórczynią Instytutu Współczesnego Miasta.

  1. Psychologia

Kiedy w związku możemy znaleźć szczęście? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz dwóch zainteresowanych sobą osób, połączonych przyjaźnią, troską, wzajemnym szacunkiem, ciekawością. W miłości hormony nie są najważniejsze – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Oboje jesteśmy po rozwodach, a więc po miłosnych klęskach. Ale gdybyś teraz miał 30 lat, to co powinieneś mieć w głowie, by kochać kobietę dłużej niż trzy przewidziane przez biologię lata i nie odejść po siódmej rocznicy ślubu, bo tyle czasu nasi przodkowie potrzebowali, żeby podchować dzieci? Z badań wynika też, że mamy mniej czasu na miłość niż jaskiniowcy. W USA pierwszy rozwód następuje średnio po pięciu latach.
Gdybym przeczytał statystki i badania, które tak głoszą, mógłbym przyjąć je za pewnik i – niestety – potem sterowałyby one moimi emocjami i ciałem. I nawet jeśli serce i ciało chciałoby dalej kochać, to umysł mógłby ten ogień wygasić. Na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Skoro dane naukowe są takie, że typowa Natalka już nie powinna typowego Frania pociągać, to nie będzie pociągać, choćby pociągała...

Franek nie powinien za wiele czytać, jeśli chce miłości na zawsze? Podobnie Natalka?
Nie powinien mieć w głowie badań i statystyk, które mówią, że miłość się nie powiedzie. Oparte na nich teorie grzeszą redukowaniem człowieka do ciała sterowanego hormonami. A my mamy też duchowość, samoświadomość, osobowość, biografie, a także plany, cele, ideały, wartości. To powoduje, że w miłości hormony nie są najważniejsze. Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą. Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz spotkanie dwóch zainteresowanych sobą osób – za pośrednictwem ciał. Tylko w szczególnych, raczej medycznych przypadkach hormony mogą w pełni przejąć kontrolę nad zachowaniem.

Nasza rozmowa pomoże Franiowi kochać?
Najważniejsze jest to, na co Franio nie ma żadnego wpływu – czy miał wystarczająco dobrą i mądrą matkę. Taką, która trochę się opiekowała, trochę wspierała, trochę pozwalała na chwile słabości i uczyła wyrażania uczuć. A od czasu do czasu pokazywała ciemną i groźną stronę kobiecości. Dużo też wymagała i z tym Franek musiał nauczyć się sobie radzić. Wtedy Franio, gdy ogarnie go burza hormonów, skieruje się jak najszybciej w stronę innej kobiety niż jego matka, choć będzie szukał kogoś podobnego do niej, osoby oferującej podobny typ relacji. Do takiej relacji bowiem przywykł.

A jeśli znajdzie kobietę podobną do mamy, to...
To seks będzie bardzo udany. Bo Franio, tak jak prawie każdy chłopiec, marzył kiedyś skrycie o tym, by mamę poślubić. Ponieważ to zabronione, szuka podobnej do niej kobiety. A jeśli znalazł taką Natalkę, to po jakimś czasie usłyszy od niej, że ona chce mieć z nim dziecko i zostać mamą. To będzie dla Frania szok, bo ojcostwo oznacza ostateczny szlaban na bycie dzieckiem. Franio już nie będzie miał Natalki na żądanie. Już nie będzie mógł się pieścić i grymasić, bo jego własne dzieci szybko przywołają go do porządku. Będzie to trudny czas, bo często młodzi mężczyźni wchodzą w relacje z kobietami po to, by sobie replikować mamę plus, czyli mieć mamę plus seks. I pewnie Natalka też się Franiem nadmiernie opiekowała. A więc to czas na to, by oboje zaakceptowali, że definitywnie kończy się ich dzieciństwo.

Jeśli im się uda, pojawiają się kolejne zagrożenia dla miłości...
Tak, ale już jest mnóstwo nitek, które ich wiążą i zbliżają. Franio zacznie nawet w pewnym momencie odczuwać, że nawet za dużo w jego życiu zależy od Natalki. Na przykład jego dobre samopoczucie. Oto Natalka wyjechała na miesiąc z dziećmi, a Franio tęskni, jak kiedyś za mamą.

Może to miłość?
Raczej nie. Bo Franek traci z pola widzenia potrzeby Natalki, jeśli myśli, że ją uszczęśliwia swoim przywiązaniem. Gdyby też Natalkę o to zapytał, usłyszałby: „Wiesz, Franek, wkurzasz mnie. To nie jest normalne, że ty zawsze, wszędzie i natychmiast chcesz dostawać to, czego potrzebujesz. A gdzie ja w tym wszystkim?”. I jeśli ma to być opowieść o idealnym związku, to Franek powinien wtedy powiedzieć: „Sorry, przesadziłem, muszę zacząć w sobie szukać tego, czego oczekuję od ciebie”. Oczywiście taki proces powinien się rozpocząć także w Natalce. Oboje zaczynają kombinować, na czym polega dojrzałość i miłość. Orientują się, że przywiązanie i uzależnienie pomyliło im się z miłością, i zaczynają szukać niezależności – zdolności do samodzielnego radzenia sobie ze swoimi dziecięcymi uczuciami i potrzebami, czyli odnajdują w sobie to, czego Franio szukał w Natalce i na odwrót. Na przykład: ciepła, wsparcia, docenienia, uznania i zachwytu. Być może dzięki temu odkryje, że skoro codziennie potrzebuje czegoś od Natalki, to znaczy, że jest to uzależnienie. Wtedy najlepiej, jak rozpocznie starania, by wyjść z tego uzależnienia. Jak? Powinien się zastanowić, co szwankuje w jego poczuciu wartości, skoro codziennie musi słyszeć od Natalki pochwały. Dlaczego nie wierzy w to, że jest dobry, fajny i nadaje się do kochania.

A jeśli potrzebuje czułości, przytulenia?
Każdy od czasu do czasu potrzebuje czułości i przytulenia. Ale dorośli nie potrzebują tego kilka razy dziennie. Franio musi się nauczyć stwarzania sobie samemu okazji, by czuć się bezpiecznie i komfortowo. A to często oznacza, że trzeba pokonać w sobie lenia. Franio mógłby sam sobie zrobić herbatę, ale woli poprosić Natalkę, bo mu się nie chce tyłka ruszyć. Mógłby się zatroszczyć o swoje zdrowie, ale trudno mu zrezygnować z matczynej troski Natalki, jakiej doświadcza, chorując. Ale gdy się w końcu ogarnie i zacznie więcej robić dla siebie, a mniej oczekiwać od Natalki, to szybko zauważy, że między nimi jest lepiej, bo przecież im mniej uzależnienia, tym więcej miejsca na miłość.

Ale przed nim kolejne zagrożenie: kryzys wieku średniego. Dzięki pracy nad sobą wie, że ma też serce i głowę. Może więc przekroczyć biologiczne uwarunkowania, bo stworzył więzi osobowe, a one czynią seks atrakcyjnym na długie lata.
„Wolałbym, żeby żona była jędrna i młoda, ale kocham ją, więc uprawiamy seks” – mówi mój przyjaciel. A jego żona wolałaby zapewne faceta, który w wielu wymiarach jest sprawniejszy, ale wybiera jego, bo kocha tę konkretną osobę. Franio też ceni relacje z człowiekiem, z Natalką, a nie tylko z jej ciałem. Nawet jeśli inne napotkane ciało uzna za piękne i młode, to za mało, bo nikt dostatecznie ciekawy i dojrzały w młodym ciele jeszcze nie mieszka. Owszem, ciało może zachwycić Frania estetycznie jak figurka porcelanowa, ale nie jest dla Frania po czterdziestce materiałem na związek.

Franio zostaje więc z Natalką i nie odchodzi ze swoją studentką czy sąsiadką, jak robi wielu innych Franiów?
Franio ma w głowie tysiące wspólnych z Natalką rozmów i przekochanych nocy, wspólnych wakacji, a także smutku. To kapitał i spoiwo. Ale będą dłużej razem, jeśli będą aktywni seksualnie. O ten wymiar swojej relacji także muszą się troszczyć. Natalka ma w tej sprawie dwie hormonalne i emocjonalne doliny: pierwsza to ciąża i okres karmienia piersią, a druga – menopauza. Co prawda Franio może być aktywny seksualnie dłużej niż Natalka, ale coraz więcej Franiów już po czterdziestce miewa kłopoty z erekcją. Więc jeśli się za siebie nie weźmie, to zwiędnie przed pięćdziesiątką. Funkcje seksualne, jak wszystkie inne, trzeba ćwiczyć, troszczyć się o utrzymywanie seksualnych organów w dobrej formie. W naszej kulturze ta wiedza jest mało dostępna, można jednak czerpać z kultury Wschodu. Aby zadbać o poziom energii i jakość erotycznego kontaktu, warto solidnie zapoznać się z tantrą. Wzbogacać swoją seksualność i bawić się nią. Zdjąć z niej odium wyczynu i konkurencji. Uważać na przedawkowanie pornografii i masturbacji. Jeśli spotkamy w świecie pikseli coś atrakcyjnego, to dążmy do zorganizowania sobie tego w realu. Oczywiście pod warunkiem, że nie naruszamy prawa ani granic drugiej osoby. W przeciwnym razie masturbacja w kontakcie z pikselowymi obrazami stanie się zagrożeniem dla związku.

Największe zagrożenie to zdrada. To ona jest powodem większości rozwodów.
Kasia Miller napisała książkę „Kup kochance męża kwiaty”, bo kochanka może uzdrowić związek, ale sama zostanie poświęcona. Dlatego warto zrobić wszystko, aby wykorzystać ukryty potencjał zdrady. Nie każda zdrada musi być powodem do rozwodu. Doświadczenie psychoterapeutów wskazuje, że jeśli nie wiąże się ona z zaangażowaniem serca, była incydentem, to lepiej wziąć to na swoje sumienie i nie obciążać najbliższej osoby. Jeśli zaś przekształca się w poważny związek, to najlepiej jest jak najszybciej wyznać to stałemu partnerowi. Na tym polega lojalność. Gdy stali partnerzy dają sobie przyzwolenie na inspirowanie się, a nawet zachwyt jakąś trzecią osobą, to dodaje to wspólnemu życiu chęci i barwy – pod warunkiem wszakże, że na zachwycie sprawa się kończy.

A jeśli platoniczne zachwyty stają się zbyt intensywne?
Jeżeli Franio coraz więcej uwagi zwraca na inne kobiety i nawiązuje nowe znajomości, wtedy powinien się zdobyć na odwagę i, patrząc w oczy Natalce, powiedzieć: „Natalka, nie wiem, co się porobiło, ale głowa sama mi się odwraca, jak widzę jakąś laskę. Zastanawiam się, czy czegoś mi brakuje w naszym związku”. Mądra, dojrzała i doświadczona Natalka odpowie wtedy ciepło: „Pogadajmy, Franio, i zobaczmy, co to może być”. Przyczyna wcale nie musi być hormonalna. Po prostu nawet w długotrwałych związkach nie potrafimy dzielić się tym, z czym jest nam trudno.

Lęk przed dzieleniem się trudnościami?
Przypuśćmy, że Natalka czuje się chora. A w szczególności stan kobiecej części jej organizmu się pogarsza. Nie chce jednak wciągać Franka w to, że ma związane z tym czarne myśli. Poza tym czuje się nieatrakcyjna. Wymawia się więc z intymnych spotkań z Frankiem. Jak sobie o tym pogadają, to będą sobie jeszcze bliżsi. Otworzą nową przestrzeń kontaktu, jeśli Franek, patrząc Natalce w oczy, powie: „Co ty, Natalka, nie wygłupiaj się, ja też mam lęki i dolegliwości”. Wtedy okaże się, że żadne z nich nie musi szukać wsparcia u nowego partnera. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Można dożyć złotej jesieni, wciąż trzymając się za ręce?
Można. Jeśli obie strony bardzo tego chcą i codziennie dbają o jakość związku, nie zamiatając niczego pod dywan.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Psychologia

Przyjaciółka męża z pracy - romans czy relacja bezinteresowna?

Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. (Fot. iStock)
Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. (Fot. iStock)
Partnerki długo tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. W końcu jednak orientują się, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. To już sygnał alarmowy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Ta przyjaźń zaczyna się całkiem niewinnie?
Mężczyzna umawia się z koleżanką z pracy, że będą dla siebie nawzajem osobistymi trenerami, konsultantami w sprawach zawodowych. Omawiają więc sprawy działu, współpracy między działami, nowe projekty. Z czasem w tych konsultacjach pojawia się temat równowagi między życiem zawodowym a osobistym. Rozmowy coraz bardziej przekształcają się w intymne zwierzenia. Kamyk został wrzucony do wody. Zatacza kręgi. Nieformalne wsparcie rozwija się w nieformalną relację.

Co mężczyźni mówią, gdy przychodzą po pomoc?
„Ona mnie słucha! Patrzy na mnie! Jest taka otwarta, uważna! Zadaje pytania!”. Są oszołomieni, zauroczeni. „Poruszamy takie ważne tematy! Nadajemy na tych samych falach! Spotkałem bratnią duszę!”. Jest tak miło, przyjemnie, ciepło.

Ci mężczyźni mają rodziny?
I w tym problem, z tym przychodzą. Życie rodzinne schodzi na dalszy plan. Relacja z koleżanką, a za chwilę już z przyjaciółką jest tak odległa od tego, co dzieje się w domu. W domu są problemy z dziećmi, rachunki, spory, konflikty z sąsiadami, mnóstwo spraw operacyjno-organizacyjnych. W weekendy to samo: trzeba rodzinie coś zorganizować, gdzieś pójść, pojechać, postarać się. Mężczyzna czuje się jak w kieracie. Nie ma chwili spokoju. Nie ma czasu i nastroju na rozmowy o „ważnych sprawach” z żoną. „Kiedyś prowadziliśmy takie rozmowy, ale kiedy to było?!”. To jak w piosence „Nie płacz, Ewka” Perfectu: „Proza życia to przyjaźni kat, pęka cienka nić…”. Mężczyzna oddala się od rodziny, od dzieci. Relacja z przyjaciółką zaczyna być bardzo ważna.

Żona to z pewnością wyczuwa?
Jest duże przyzwolenie społeczne na takie przyjaźnie w pracy. Romans to co innego, zdrada, wiadomo. Mężczyzna mówi: „Ona mi tak pomaga, wspiera mnie, tyle mamy pracy, nowe projekty…”. Do czasu to brzmi wiarygodnie.

Jak długo?
Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. Praca to podstawa, więc skoro to dla niego ważne, skoro mu tak pomaga… Z czasem jednak widzą, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. Wsparcie przyjacielskie pomału, ale nieuchronnie zmierza w kierunku romansu. Partnerka znajduje niedwuznaczne mejle, SMS-y, ktoś życzliwy z pracy donosi, co się dzieje. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że żona jak burza wpadła do biura i zrobiła awanturę przy pracownikach i klientach. „Konsultacje? Ja ci dam konsultacje…”. Okładała parasolką i męża, i przyjaciółkę. Bywa i tak, że mężczyźni zostawiają swoje rodziny i wiążą się z przyjaciółkami z pracy. Te związki, oczywiście, rzadko się udają.

Oczywiście?
Czar szybko pryska. Gdy kończą się konsultacje, a zaczyna codzienne, pełne obowiązków życie rodzinne, mężczyzna budzi się ze snu. Zauroczenie przyjaciółką z pracy przypomina romantyczne zakochanie nastolatka, który patrzy przez różowe okulary, i dopóki ich nie zdejmie, wszystko wydaje się idealne. Wspólny pobyt w pokoju hotelowym nie jest jednak tym samym co zamieszkanie pod jednym dachem. Kończy się czas, gdy firma płaci za hotel, nie ma już służb, które naprawiają zepsuty kran, ani pokojówek wymieniających pościel i ręczniki. Trzeba samemu podołać przeróżnym wyzwaniom.

Po raz kolejny wkrada się proza życia. I co wtedy?
Mężczyzna zaczyna szukać nowej przyjaciółki. Wielu powtarza ten schemat, tylko już nie w pracy, ale na przykład na kursie językowym. Tak miło rozmawia się po angielsku, ale ileż można o polityce. Nieśmiało schodzimy na tematy osobiste. Dobrze byłoby się spotkać na kawie, żeby podszkolić konwersację, zwrócić uwagę na błędy językowe, które popełniamy. Jest tak ciepło, serdecznie, może to bratnia dusza?

Znów ryzykuje. Czym przede wszystkim?
Obumieraniem życia rodzinnego, to pewne. Ryzykuje, że reanimacja może się nie udać. Nic w przyrodzie nie ginie. To, co powiemy, zrobimy, w jaki sposób się zachowamy, jakie decyzje podejmiemy, ma znaczenie. Na początku wydaje się, że relacja z przyjaciółką jest taka bezinteresowna, bez zobowiązań. To, oczywiście, złudzenie. Przyjaźń, która się rozwija, nawet powoli, nieubłaganie się pogłębia. Im dłuższa relacja, tym więcej zaangażowania, przyzwyczajenia i bliskości. I tym bardziej oddalamy się od naszych rodzin. Nie ma róży bez kolców. To tak jak z piwem bezalkoholowym. Było kiedyś takie piwo Bavaria, o którym mówiło się, że to nie alkohol. Zawierało 0,5 proc., które jednak alkomat wychwytywał. Kierowca po wypiciu dwóch, trzech takich piw mógł mieć kłopoty. Nie mówiąc już o wysokim indeksie glikemicznym, od którego rósł brzuch, tak zwany mięsień piwny.

Taka przyjaźń nie może pozostać niewinna?
Może, jednak to wymaga od mężczyzny, ale także od przyjaciółki, dużej dojrzałości i samoświadomości. Coaching zogniskowany na celach mężczyzny, na jego funkcjonowaniu w rodzinie mógłby dać nieocenione pozytywne efekty.

W jaki sposób rozpoznać, czy relacja z przyjaciółką przekracza już próg bezpieczeństwa?
Gdy sama myśl o tym, że mam spotkać się z przyjaciółką, budzi emocje, jest źródłem ekscytacji, haju, wtedy lepiej ochłonąć i poszukać wsparcia. Co innego jednak, gdy ekscytacja dotyczy zmierzenia się z własnymi ograniczeniami: „Wreszcie zajmę się tym swoim tematem! Chwycę byka za rogi! Uwolnię stare przekonania i zrealizuję cel!”. Ekscytujemy się wtedy własnym procesem zmiany i to rzeczywiście nas rozwija. Możemy też zapytać siebie, czy rozmowy z przyjaciółką, jej pomoc, wsparcie powodują, że zbliżam się do mojej żony, czy wręcz przeciwnie – oddalam się od niej. Robi się naprawdę niebezpiecznie, jeśli zauważam, że nie mam ochoty na rozmowy z żoną. Przestała mi się podobać. Nie pociąga mnie seksualnie. Zaczynam porównywać żonę do przyjaciółki na niekorzyść żony. Mam poczucie, że przegrałem życie, bo dokonałem niewłaściwego wyboru, wiążąc się z kobietą, z którą teraz mam dzieci. Jeden z mężczyzn powiedział mi tak: „Gdy wracam do domu, nie mam ochoty na seks z żoną, chociaż z przyjaciółką też go nie mam”. Jeśli takie myśli i uczucia się pojawiają, przyszłość rodziny wisi na włosku, a mężczyzna potrzebuje profesjonalnej pomocy.

Wyobraźmy sobie jednak, że on budzi się ze snu i widzi, że sprawy zaszły za daleko.
To znaczy, że jest szczery i uczciwy wobec siebie. Moi klienci przyznają, że zbyt długo siebie oszukiwali. Mówili, że tak, oczywiście, relacja z przyjaciółką pomaga im także otwierać się na żonę, a tymczasem atmosfera w domu stawała się nie do zniesienia. Oszukiwanie siebie komplikuje sprawę, przedłuża stres. Szczerość ułatwia wyplątanie się z tego uwikłania.

Także szczerość wobec przyjaciółki?
Oczywiście.

Jak by to miało wyglądać?
Po prostu uczciwie mówię, co się ze mną dzieje, co czuję; że nasza relacja jest coraz bliższa i rodzi przywiązanie, a to oddala mnie od rodziny. Przyjaciółka także ma swoją rodzinę, więc ona z pewnością czuje podobnie. Więc „co z tym robimy”? Zdarza się i tak, wcale nierzadko, że to przyjaciółka inicjuje rozmowę. Jest tak dużo ciepła, czułości, uścisków w tej relacji, że zaczyna ją to niepokoić. Przestraszona, zawstydzona wycofuje się, wybiera życie rodzinne nawet wtedy, gdy nie do końca czuje się w nim spełniona.

Jak wygląda męski powrót do domu z takiej przygody?
Nie jest łatwo. Żona jednoznacznie oskarża o osłabianie rodziny, o brak lojalności, zdradę. Z tego kryzysu można wyjść, pod warunkiem że porozmawiamy o tym, co się stało, czego brakowało, o co nie zadbaliśmy, jakie błędy popełniliśmy. I o tym, co każde z nas może zrobić, żeby odbudować bliskość; żeby nie było potrzeby szukania przyjaciółek. Może być też, niestety, tak, że zbyt długo życie rodzinne kręci się wokół kryzysu: „Zobacz, co mi zrobiłeś!”. Żale i pretensje są odświeżaną wciąż na nowo teraźniejszością. Partnerki przemocowo komunikują brak zaufania: „Żadnych wyjazdów integracyjnych! Zabraniam ci!”. Takie siłowe rozwiązania – szczególnie gdy się powtarzają – niczego, niestety, nie rozwiązują, a wręcz przeciwnie, zniechęcają mężczyznę do powrotu. „Dłużej nie wytrzymam, to nie ma sensu”. Co innego, gdy kobieta mówi: „Bardzo niechętnie myślę o tym twoim wyjeździe integracyjnym. Mam uraz. Boję się o naszą rodzinę…”. Wtedy dzieli się uczuciami. Mężczyzna może się do tego odnieść. To dobry wstęp do rozmowy.

Może być też tak, że mężczyźnie spodoba się życie z przyjaciółkami.
Taki styl odpowiada mężczyznom, którzy są przekonani, że wiążąc się z jedną kobietą, wiele tracą. Z moich obserwacji wynika jednak, że nie jest to satysfakcjonująca droga. W pewnym momencie mężczyzna uświadamia sobie, jak bardzo jest samotny. Przyjaciółka wysłucha, poprzytula się, jednak relacja z nią nie jest stabilna i nie daje trwałej satysfakcji. Wbrew pozorom wielu mężczyzn ma potrzebę bycia w stabilnym związku, tęskni za stałością. Przyjaciółki przestają wystarczać. Sparafrazuję sformułowanie Marcina Dańca z jednego z jego monologów: człowiek się rozgląda, a wszyscy znajomi już z GPS-em na palcu. Koledzy mówią o rodzinie, o dzieciach. Narzekają, a jednak wracają do domu, angażują się w uroczystości rodzinne, wyjazdy na wakacje. Do romansujących mężczyzn dociera, że relacjami z przyjaciółkami zastępują niedostatki życia rodzinnego.

Lekarstwem na przyjaciółki z pracy byłoby więc zadbanie o romantyczny klimat w stałym związku?
„Gdzie tu miejsce na romantyzm? Między chorobą dziecka a wynoszeniem śmieci?”. Jak najbardziej! To jest kwestia komunikacji: w jaki sposób odnosimy się do siebie? W jaki sposób rozwijamy nasz stosunek do tych przyziemnych spraw? Co stało się z naszą romantyczną miłością? Może jej nie widzimy, nie odczuwamy, a ona – mimo to – w dalszym ciągu istnieje? Przygoda z przyjaciółką może być wyzwalaczem takich właśnie rozmów, które prowadzą do wewnętrznej zmiany. Jeśli tak ją spożytkujemy, możemy być w zgodzie z tym, co się wydarzyło.

  1. Psychologia

Kto odpowiada za zdradę w związku? - kilka faktów na temat niewierności

Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” (fot. iStock)
Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” (fot. iStock)
Coraz częściej do mojego gabinetu trafiają nieszczęśliwi małżonkowie i pary w kryzysie spowodowanym zdradą.

Zdarza się też, że przychodzi osoba zmęczona związkiem, pełna obaw, że jeśli nic się nie zmieni, to nie będzie miała skrupułów przed romansem.

Niekoniecznie dopiero fakt zdrady psuje relację. Wydaje się, że zdrada często jest objawem tego, że w związku nie dzieje się dobrze.

Dlaczego właściwie zdradzamy?

Pierwszym czynnikiem, który sprzyja niewierności, są nieporozumienia i kłótnie, spowodowane głównie różnicą charakterów i poglądów. Ta odmienność nasila się głównie w czasie występowania innych problemów: praca, rodzina, finanse itp. Powoli życie erotyczne partnerów staje się mało satysfakcjonujące, nudne, a z czasem jakiekolwiek zbliżenia intymne są właściwie nieobecne. Dodatkowo, zmęczeni trwającymi miesiące czy lata konfliktami, jesteśmy bardziej skłonni wejść w nową relację, niż wkładać wysiłek w naprawę tego, co już mamy. Ostatecznie doprowadza to do poszukiwań osoby, która spełni nasze fantazje i oczekiwania. Często też czujemy potrzebę ucieczki od współmałżonka, pragnienie zwrócenia na siebie uwagi, chcemy poczuć się niezależni, pożądani, lepiej rozumiani. Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” oraz tacy, którzy potrzebują dowieść samym sobie, że ciągle jeszcze nie są za starzy na miłość i rzucają się w romanse „ostatniej szansy”.

Carol Botwin, seksuolożka, autorka książek, uważa, że niektórzy mężczyźni nie potrafią dochować wierności, gdyż nigdy w istocie nie opuścili „dziecięcej fazy” życia. W oddaleniu od małżonki spowodowanym np. podróżą, odczuwają potrzebę drugiej partnerki. Cudzołóstwu mogą też oddawać się osoby, które wychowały się w domach, gdzie brakowało czułości. Jako dorośli budują więc wyzbyte uczuć małżeństwo i wchodzą w niezobowiązujące romanse. Zdarzają się mężowie, którzy swoje żony wynoszą na piedestały, sypiać jednak wolą z „ulicznicami”. Pośród zdradzających często są osoby o postawie narcystycznej: potrzebują wielu kochanków, aby jaśnieć w promieniach ich pożądania. Zdarzają się czasem i tacy, którzy gustują w trójkątach, lubią walkę dla niej samej. Zdrada może być też próbą rozwiązania problemów seksualnych (Botwin, 1988).

Zdrada kusi

Niezależnie od poczucia, że cudzołóstwo jest niemoralne, pomimo wyrzutów sumienia towarzyszącym potajemnych schadzkom, na przekór niebezpieczeństwom, jakie niesie to rodzinie, przyjaciołom i stabilności życiowej, sporo osób chętnie wchodzi w związki pozamałżeńskie. Z raportu Kinseya wynika, iż ponad 33% Amerykanów i 26% Amerykanek przyznało się do tego typu kontaktów seksualnych (Kinsey i in., 1948; 1953). Ankieta przeprowadzona przez „Playboya” dwadzieścia lat później (Hunt, 1974) wskazała na liczbę 41% żonatych mężczyzn i 25% zamężnych kobiet, którzy zdradzili kiedyś współmałżonka. Badania z lat osiemdziesiątych mówią o 54% kobiet (Wolfe, 1981) i 71% mężczyzn (Hite, 1981), którzy dopuścili się niewierności.

Polskie badania mówią o 25% kobiet i 31% mężczyzn w roku 2005, a sześć lat później jest to 21% mężczyzn i 12% kobiet (Izdebski, 2005; 2011). Skąd jednak pewność, że którakolwiek z tych danych jest prawdziwa? Mężczyźni skłonni są chełpić się swymi seksualnymi podbojami, kobiety wolą raczej ukrywać romanse. Być może mężatki sprzed pół wieku niechętnie przyznawały się do zdrad małżeńskich, a współcześnie już potrafią być bardziej szczere. Hunt komentuje to w ten sposób: „Kobieta równie często będzie szukała seksu poza małżeństwem jak mężczyzna, jeśli tylko ona sama i jej otoczenie uważają, że ma do tego takie samo prawo jak małżonek” (Hunt, 1974). Wygląda wiec na to, że nasza ludzka skłonność do pozamałżeńskich związków jest świadectwem triumfu natury nad kulturą. Podobnie jak wzorce flirtu, uśmiechu, jak fizjologiczne podłoże zauroczenia i chęci do łączenia się z jedną osobą, także i cudzołóstwo jest najpewniej częścią pradawnej gry reprodukcyjnej.

Związek do naprawy

Wracając do par w kryzysie, które niewątpliwie przeżywają trudne chwile. Przede wszystkim proponuję, żeby zastanowić się nad motywami, które kierowały w stronę zdrady. Nie chcąc tracić tego, co zbudowało się do tej pory, jednocześnie czując brak spełnienia, często działamy egoistycznie. Powiemy - związek to przecież uwzględnianie drugiej osoby w naszych decyzjach. Jednak w sytuacji kryzysu naturalne jest, że w pierwszej kolejności dbamy o własne dobro, o własny komfort psychiczny i fizyczny. Idealnie jest móc uniknąć takiego dylematu, czyli pomyśleć wcześniej i zapobiegać, niż potem naprawiać. Jeśli czujemy, że w naszym związku nie jest do końca tak, jakbyśmy tego sobie życzyli, to nie czekajmy na „właściwy moment” by porozmawiać, moment, który najczęściej nigdy nie nadchodzi, tylko zróbmy to spontanicznie, teraz. Nawet lektura tego artykułu może być pretekstem do rozpoczęcia takiej właśnie rozmowy. Powiedzmy szczerze o naszych oczekiwaniach, o tym, co lubimy u siebie nawzajem, a czego nie lubimy i co chcielibyśmy zmienić.

Związek można porównać do rośliny. Podlewając ją raz w miesiącu utrzymamy ją przy życiu, będzie wegetować, ale nie rozwijać się. Możemy też, co kilka dni dawać jej trochę wody i obserwować jak rośnie i rozkwita.

Ewa Krawczyńska: psycholog, psychoterapeuta, kulturoznawca, specjalista seksuolog, doradca rodzinny

Carol Botwin: seksuolog, dziennikarka, autorka m.in. książek „Niewierne żony” i „Niewierni mężowie”