1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Odpowiedzialność za siebie i swoje czyny - jak ją budować?

Odpowiedzialność za siebie i swoje czyny - jak ją budować?

Odpowiedzialność za siebie to nie tylko podejmowanie decyzji i ponoszenie ich konsekwencji. To również odwaga, aby wprowadzić zmiany w życiu i pokonać niemoc.  Uczymy się tego od dziecka. W dorosłym życiu pomóc nam może 7 nawyków skutecznego działania. (fot. iStock)
Odpowiedzialność za siebie to nie tylko podejmowanie decyzji i ponoszenie ich konsekwencji. To również odwaga, aby wprowadzić zmiany w życiu i pokonać niemoc. Uczymy się tego od dziecka. W dorosłym życiu pomóc nam może 7 nawyków skutecznego działania. (fot. iStock)
Problem ludzi, którzy uważają, że nie mają na nic wpływu, polega na tym, że koncentrują się na niemocy zamiast na mocy – mówi Magdalena Niemczuk-Kobosko, założycielka firmy szkolącej nauczycieli, jak uczyć dzieci odpowiedzialności. Spróbujmy więc odpowiedzieć na pytanie: Co to znaczy być odpowiedzialnym?

Dlaczego tak ochoczo powtarzamy, że się nie da?
Może dlatego, że jesteśmy z natury leniwi i nie chce nam się podejmować wyzwań? Bo powiedzenie: „Ja sam jeden nic nie zmienię”, to wygodna tarcza. A z drugiej strony – nie ma w naszej kulturze tradycji brania odpowiedzialności za swoje życie. Wzorem są raczej ułańskie szarże, zrywy, a nie praca u podstaw.

W innych tradycjach jest lepiej?
Na przykład w kulturze amerykańskiej istnieje etos silnej jednostki, jej walki pod prąd, wbrew wszystkiemu. Archetypowo zakorzenione w tej kulturze westerny, którymi nasiąka się od najmłodszych lat, pokazują, jak wiele może zdziałać jednostka. U nas takich wzorców jest dużo mniej. Pamiętam, jak wstrząsnęła mną książka „Zabić drozda”. Opowiada o adwokacie Atticusie Finchu, który w latach 30. XX wieku na głębokim Południu broni czarnego chłopaka niesłusznie oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. Uważam, że bohaterowie zmieniający rzeczywistość, którym się wierzy, mogą kształtować postawy młodych ludzi.

Kształtują je przede wszystkim rodzice.
Dla mnie wszystko zaczyna się od wychowania, od tego, czy daje się dzieciom poczucie mocy i odpowiedzialności. Pracując w edukacji, wielokrotnie byłam świadkiem, jak rodzice deklarowali, że chcą, aby dziecko było odpowiedzialne, a robili za nie prace domowe. I nie widzieli w tym żadnej sprzeczności!

Co zrobić, aby dzieci w przyszłości brały odpowiedzialność za swoje czyny? O czym rodzice powinni pamiętać?
O tym, żeby uczyć dzieci ponoszenia konsekwencji swoich czynów. Wszystko tak naprawdę zaczyna się od nauki odpowiedzialności, która czasem, owszem, bywa trudna, ale powoduje też, że mamy poczucie mocy, że trzymamy stery życia w swoich rękach. Bo jeśli nie będziemy mieli pomysłu na własne życie, to ktoś będzie miał go za nas. Trzeba zachęcać dzieci do podejmowania wyzwań, czyli tak naprawdę uczyć je odwagi.

Dlaczego to takie ważne?
Bo wszyscy boimy się nowych zadań, podejmowania decyzji, ryzyka. Perspektywa zmiany – także choroby, rozstania, utraty pracy – wytrąca nas z poczucia komfortu. Gdzieś sobie wygodnie siedzimy i myślimy, że tak będzie zawsze. A co ciekawe, dopiero wyjście poza strefę komfortu sprawia, że zaczynamy coś osiągać. Dopiero wtedy, gdy boli, rozwijamy się jako ludzie.

Propaguje pani metodę siedmiu nawyków skutecznego działania Coveya. Na czym ona polega?
Jestem fanką konceptu 7 nawyków skutecznego działania, który zresztą wcale nie jest pomysłem Coveya, tylko dużo wcześniejszym, czyli kręgu wpływu i kręgu troski. To znaczy, że nasze życie funkcjonuje w dwóch kręgach. Można je narysować w formie dwóch kół. Zewnętrzne koło, większe, to jest to wszystko, czym się martwimy, co nas frustruje, a z czym nic nie możemy zrobić, na przykład terroryzm, agresja, smog. Jak więc na to reagujemy? Narzekamy. A im bardziej narzekamy, tym bardziej karmimy się niemocą. I na tym polega problem wielu ludzi, którzy uważają, że nie mają wpływu – że koncentrują się na kręgu niemocy, że są cały czas w tym świecie.

Czym jest krąg wpływu?
Znajduje się w środku koła troski, jest mniejszy i pokazuje obszar, w którym mamy wpływ. Taki przykład: martwię się, że smog nas zatruwa. Co mogę zrobić? Nie palić w kominku. Ktoś powie: „Naiwność, dlatego że smogu w ten sposób się nie zlikwiduje”. Od razu na pewno nie. Ale może to zainspiruje sąsiada, potem moją ulicę i całe miasteczko? Wtedy mój mały krąg wpływu będzie się poszerzał, a nawet można zbudować w nim ruch społeczny. Z doświadczenia wiem, że jeśli się już pewne rzeczy zobaczy, to się nie da odzobaczyć.

Ktoś usprawiedliwia swoją bierność: „Bo sam świata nie zbawię”. Co pani by mu powiedziała?
Opowiedziałabym mu bajkę o chłopcu, który zbierał meduzy i wrzucał do morza. Zaczepił go starszy mężczyzna: „To, co robisz, jest pozbawione sensu, wszystkich meduz nie uratujesz”. Chłopiec odpowiedział: „Ale dla tej, którą trzymam w ręku, jest sens, bo właśnie ją uratowałem”. Moim zdaniem zmieniamy świat, ratując choć jedną meduzę.

Istnieją jakieś narzędzia, które pomagają się tego nauczyć?
Podstawowym narzędziem jest uświadomienie sobie, że rośnie to, na czym się koncentrujemy. Jak będziemy w sobie hodować krąg troski, to on będzie rósł.

To nie jest myślenie magiczne?
Nie. Jak się o czymś myśli, to przychodzą rozwiązania. Mówi o tym stara indiańska bajka. Otóż dziadek opowiada wnuczkowi, że w każdym z nas toczą walkę dwa wilki: dobry i zły. Wnuczek pyta: „Ale powiedz, dziadku, który wilk wygra”. Na co on odpowiada: „Ten, którego karmisz”. Według Coveya jest podobnie – pomiędzy tym, co nas spotyka, a naszą reakcją jest przestrzeń wyboru. I w tej przestrzeni mieści się nasza wolność, w której decydujemy, którego wilka karmimy, jak chcemy zareagować. Ja odmawiam karmienia złego wilka, chowania urazy.

Piękne w teorii, trudne w praktyce.
To prawda. Ale to taka mentalna siłownia, rodzaj ćwiczenia, które wykonujemy, żeby nauczyć się reagować tak, jak chcemy. Dobrze poeksperymentować na sobie – co mogę zrobić, żeby mieć wpływ na rzeczywistość. Na przykład zaobserwować, jak reaguje na mnie kelner, gdy zamawiam kawę, nie podnosząc wzroku znad komórki, a jak wtedy, gdy patrzę mu w oczy i się do niego uśmiecham.

Od czego dorosły może zacząć budowanie poczucia wpływu?
Od zmiany postrzegania rzeczywistości, problemów, siebie samego. Taka zmiana nie jest łatwa, bo działamy nawykowo. Ale dobrze wiedzieć, że nasze postępowanie warunkuje schemat: jeśli postrzegam siebie jako osobę, która nie ma na nic wpływu, to nie robię nic, co by tę rzeczywistość zmieniło, no bo przecież nie mam na to wpływu. Co więc otrzymuję? Brak wpływu.

I odwrotnie.
Oczywiście. Postrzegam siebie jako osobę, od której coś zależy, więc robię coś małego, a to przynosi konkretny efekt. Z kolei ten efekt wywołuje następny. I tak powstaje wielka zmiana. Jak w anegdocie opisanej jako efekt motyla – trzepot skrzydeł motyla w jednej części świata może po kilku dniach  spowodować burzę piaskową w innej. Nawet motyl ma wpływ na świat. Dlaczego nie mogę mieć go ja?

Magdalena Niemczuk-Kobosko, nauczycielka z ponad 20-letnim stażem, tutorka, tłumaczka, założycielka firmy szkoleniowej FC EDU. Mama dwóch dorosłych córek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak pokonać strach? Trenuj odwagę

W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania i uwolnienia, wyzwala zaradność i optymizm. (Fot. iStock)
W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania i uwolnienia, wyzwala zaradność i optymizm. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Odwaga to "mięsień", który da się trenować. Oto 8 wskazówek i inspiracji, które pomogą ci: przezwyciężyć lęk, podjąć ryzyko, wyjść ze strefy komfortu, uodpornić się na odrzucenie, uwierzyć, że można, zrealizować marzenia.

1. Zrozum, że nie ma się czego bać

Zmarły kilka lat temu amerykański terapeuta dr Wayne W. Dyer w jednej ze swoich książek „Kieruj swoim życiem” pisał o odwadze tak:

„To gotowość do stawiania czoła lękom. To przyjmowanie krytyki, poleganie na sobie oraz akceptacja i ponoszenie odpowiedzialności za konsekwencje własnych wyborów. To wiara w siebie i swoje wybory tak silna, że jesteś gotowy przeciąć więzy nałożone przez innych”.

Jego zdaniem w budowaniu w sobie odwagi pomaga pytanie: „Co najgorszego może mnie spotkać, jeśli…?”. Gdy wysilimy bowiem wyobraźnię i głęboko się zastanowimy, okaże się, że najstraszniejsza rzecz, jaka może się przydarzyć, po prostu nie istnieje. Jako przykład Dyer przywoływał postać swojego przyjaciela Billa, który bał się pójść na przesłuchanie do roli w spektaklu na Broadwayu. Kiedy zadał sobie to pytanie, zrozumiał: „najgorsze, co może mnie spotkać to to, że nie dostanę roli, której i tak nie mam”. Dlatego jeśli się boisz, wiedz, że najskuteczniejszą metodą przełamania strachu jest działanie.

2 . Pamiętaj o tym, co jest dla ciebie ważne

Odwaga to nie jest brak strachu. To świadomość, że istnieje coś większego i ważniejszego, dla czego jesteś gotów spojrzeć mu w oczy. Dlatego David K. Hatch, konsultant specjalizujący się w dziedzinie przywództwa i efektywności przedsiębiorstw, radzi, aby w momentach zwątpienia pamiętać o swoich wartościach i celach. Jaki cel jest dla ciebie na tyle istotny, że nic nie mogłoby cię odwieść od jego zrealizowania? Jakie wartości chcesz realizować w życiu ponad wszystko? Świadomość tego, co naprawdę się dla ciebie liczy, pomoże przezwyciężyć obawy i wątpliwości.

3. Jak najczęściej porzucaj swoją strefę komfortu

„Wystarczy żyć, żeby ciągle ponosić ryzyko. Czeka na nas ryzyko klęski, ryzyko odrzucenia, zawodu samym sobą, rozczarowania innymi” – pisze w książce „Nie porzucaj marzeń” Augusto Cury, brazylijski pisarz i psychiatra. „Nie powinniśmy ryzykować nieodpowiedzialnie, ale nie należy obawiać się wkraczania na nieznane obszary, oddychania powietrzem, którym nigdy wcześniej nie oddychaliśmy”. Zbyt długie pozostawanie w sferze komfortu, w sztucznie podtrzymywanym kokonie bezpieczeństwa, nie tylko uniemożliwia rozwój, ale też daje złudne poczucie, że możemy uniknąć pomyłek, potknięć czy wypadków. Zwiększa się nasza frustracja, za to zmniejsza kreatywność. Niczego się nie uczymy, nie spełniamy swoich marzeń i nie dowiadujemy się nowych rzeczy o sobie i świecie. Dlatego warto od czasu do czasu robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiliśmy. Odwiedzać miejsca, w których nie byliśmy czy w podobnych sytuacjach postępować inaczej niż do tej pory.

4. Pogódź się z odrzuceniem

Jason Comely jest znany jako autor gry o nazwie „Terapia odrzucenia”. Uczestnicy są w niej zachęcani do tego, by angażować się w specyficzne eksperymenty społeczne. Chodzi o to, by każdego dnia poprosić kogoś o drobną rzecz i uzyskać negatywną odpowiedź. W ten sposób, narażając się na mniej dotkliwe odrzucenie, w dodatku od osób, na których nam nie zależy, powoli zmniejszamy swoją podatność na odrzucenie w ogóle. Jeśli uda ci się zyskać pozytywną odpowiedź, to świetnie, ale i tak musisz podjąć jeszcze jedną próbę, bo bez czyjegoś „nie” – nie pójdziesz dalej. Osoby, które brały udział w tej grze, relacjonowały, że z czasem nie tylko mniej przejmowały się odmową, ale też zauważyły, że o wiele częściej dostawały to, o co prosiły. Czy była to darmowa dokładka w restauracji czy prośba, by zagrać na gitarze muzyka w przerwie jego koncertu, czy też zaproszenie najatrakcyjniejszej dziewczyny w barze na randkę.

Jeden z bardziej ambitnych uczestników gry w odrzucenie  – Amerykanin Jia Jiang postanowił wynieść ją na wyższy poziom i podczas 100 dni stawiać naprawdę bardzo zuchwałe prośby, jak na przykład poproszenie policjanta, by mógł na chwilę usiąść w jego samochodzie. O tym, do jakich wniosków doszedł podczas tego eksperymentu, Jiang opowiedział podczas wystąpienia na konferencji TED. Najważniejszy był taki: odrzucenie daje podobną pewność siebie co zdobywane doświadczenie. Im więcej razy został odrzucony, tym więcej siły miał, by próbować dalej. Jak widać całe to odrzucenie nie jest wcale takie straszne.

5. Obejmij przygodę

Eksperymentuj – zachęca Chris Guillebeau, przedsiębiorca i podróżnik, który w książce „Szczęście w poszukiwaniach” pisze między innymi o inspirującej koncepcji eksperymentów życiowych. Zainicjował ją Allan Bacon – jak podsumowuje go Guillebeau: normalny facet, który miał przyjemne życie i świetną rodzinę, ale jednocześnie niejasne poczucie niezadowolenia. Nie chciał jednak porzucać wszystkiego i ruszać z plecakiem w świat czy biegać co niedzielę maratonów. Zamiast tego postanowił zmieniać swoje rutynowe przyzwyczajenia. Jego pierwsze eksperymenty życiowe były bardzo proste – pójście do muzeum w porze lunchu czy wzięcie udziału w warsztatach fotograficznych. Stopniowo odważał się robić coraz śmielsze kroki i zaobserwował, że wszystkie one dają mu ogromną satysfakcję, zmieniając jego zwykłe, nudne życie, wypełnione codziennymi obowiązkami w jedną wielką przygodą. Inspirując się Allanem, Guillebeau podsuwa pomysły na kilka innych eksperymentów, np.:

  • przez tydzień bierz tylko zimny prysznic,
  • zacznij rozmowę z nieznajomym,
  • zabierz do parku smakołyki dla psów i rozdaj je właścicielom czworonogów, których spotkasz na spacerze,
  • jeśli na zebraniach w pracy zwykle jesteś aktywny, tym razem więcej milcz; jeśli zwykle milczysz, odezwij się,
  • zaoferuj swój pokój lub dom do wynajęcia w serwisie Airbnb,
  • kompletnie zmień rozmieszczenie mebli w sypialni lub salonie,
  • na jakimś cyklicznym spotkaniu celowo siądź w innym miejscu.
6. Stwórz własną bucket list Amerykański film „Choć goni nas czas” w oryginale ma tytuł „The Bucket List” i odnosi się do listy dwóch podstarzałych bohaterów (granych przez Jacka Nicholsona i Morgana Freemana), którzy, po zdiagnozowaniu u nich śmiertelnej choroby, postanawiają spisać rzeczy, które chcą jeszcze zrobić przed śmiercią. Film cieszył się ogromną popularnością i zainspirował rzesze Amerykanów do tworzenia swoich własnych bucket lists i stopniowego realizowania zapisanych na nich marzeń.

Chris Guillebeau rozwija ten pomysł i proponuje, by potraktować taką listę jako życiową misję. Zapisać na niej większe i mniejsze marzenia i realizować kilka z nich co roku. Najważniejsze, by w momencie tworzenia listy nie zastanawiać się, czy plany są realne, kosztowne czy czasochłonne, tylko po prostu napisać o tym, na co zawsze mieliśmy ochotę, a potem znaleźć sposób na realizację tych celów. To mogą być postanowienia typu: pójść na plażę dla nudystów, wybrać się do kina samochodowego, zobaczyć na własne oczy Wielki Kanion, pojechać do Las Vegas i zagrać w ruletkę, zasadzić drzewo, zrobić sobie tatuaż, pójść do opery, wejść na Mount Blanc, odwiedzić każde miejsce wpisane na listę dziedzictwa światowego UNESCO, polecieć helikopterem, opublikować krótkie opowiadanie, zrobić kurs instruktora jogi czy iść na studia podyplomowe. Najlepsze jest to, że realizując kolejno zadania z listy uruchamiamy w sobie odwagę do robienia tego, co zawsze chcieliśmy.

7. Uwierz, że potrafisz David R. Hawkins, psychiatra i nauczyciel duchowy, w swojej najsłynniejszej książce „Technika uwalniania” pisał, że oznaką odwagi jest przekonanie i poczucie „potrafię”.

„To pozytywny stan, w którym czujemy, że jesteśmy pewni siebie, mamy umiejętności, kompetencje, zdolność do działania, czujemy się żywi, kochający i obdarowujący” – tłumaczył.

„W odwadze jest mnóstwo energii, to stan działania, uwolnienia, bycia «gotowym do», spontanicznym, prężnym, zaradnym i pogodnym. W tym stanie potrafimy bardzo efektywnie działać w świecie”.

Do takiego stanu potrzebna jest jednak świadomość swoich umiejętności i talentów. Nie wiesz, do czego jesteś zdolny? Poświęć trochę czasu i spisz po kolei wszystkie rzeczy, które umiesz, sukcesy, jakie osiągnąłeś, oraz dziedziny, w których jesteś dobry. Odnotuj tam także swoje predyspozycje, np. jesteś zdrowy i silny, szybko przyswajasz wiedzę, masz słuch muzyczny, dobry wzrok – to wszystko pozwoli ci dojść do wniosku, że niezależnie od tego, jakie wyzwania życie przed tobą postawi – dasz sobie radę. A to skutecznie niweluje lęk przed nowym i nieznanym oraz dodaje pewności siebie.

8. Pielęgnuj w sobie wrażliwość Brené Brown, badaczka wstydu, odwagi, wrażliwości i poczucia własnej wartości, uważa, że nie ma odwagi bez gotowości, by odsłonić swoje najwrażliwsze miejsca.

„Zamiast siedzieć z boku, krytykować i udzielać rad, musimy odważyć się wyjść do ludzi i pozwolić się zobaczyć. To właśnie jest wrażliwość. To wykazywanie się wielką odwagą” – pisze we wstępie do książki „Z wielką odwagą”.

Wrażliwość w jej rozumieniu to niepewność, ryzyko i narażanie na zranienie własnych emocji. To budzenie się rano ze świadomością, że kochamy kogoś, kto może, choć nie musi, odwzajemnić nasze uczucie, kto może zostać z nami do śmierci, ale równie dobrze może bez uprzedzenia nagle odejść. To pokazanie światu naszego dzieła czy naszych pomysłów bez gwarancji, że zostaniemy zaakceptowani lub docenieni. To też proszenie o pomoc, stawanie we własnej obronie, dzielenie się niepopularną opinią, mówienie „nie” czy rozkręcenie własnego interesu. Jak widać z tych przykładów, wrażliwość zwiększa podatność na zranienia, ale też na odczuwanie szczęścia i spełnienia w życiu. Bez niej żyjemy zachowawczo, jednowymiarowo, biernie i marnie. Za to pielęgnując ją, otwieramy się na prawdziwe przeżywanie. Co więcej, inni to czują, szanują i zwykle odpowiadają tym samym.

Zatem, może rzeczywiście nie ma czego się bać?

  1. Psychologia

Nie bój się ciężkich wyzwań

Fot. iStock
Fot. iStock
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Trzeci dzień warsztatu psychologicznego dla kobiet. Coraz więcej szczerości, wzajemnego zrozumienia, współczucia, zaufania. Już były zwierzenia o pijących ojcach i matkach, rodzicach tyranach, sieroctwie, bólu, samotności, lęku i wielu okrutnych krzywdach dzieciństwa.

Ranną sesję rozpoczyna Grażyna: „Przyjechałam podzielić się z wami moim życiem, bo potrzebuję wsparcia”. Uśmiechamy się życzliwie i chętnie. Po to tu razem jesteśmy.

Grażyna zaczyna płakać. To dobrze, jest w kontakcie ze swoimi uczuciami, ta opowieść będzie jeszcze ważniejsza, bardziej dla niej oczyszczająca.

„Mam upośledzone dziecko – zaczyna ze łzami w oczach Grażyna. – Moja córka ma już 25 lat i cały czas wymaga opieki jak małe dziecko. Przez lata nie mogłam się z tym pogodzić”. Grażyna płacze coraz bardziej. Wszystkie wstrzymałyśmy oddech.

„Miałam te wszystkie myśli, dlaczego to mnie spotkało i za co, i że sobie nie poradzę. Mam jeszcze dwoje zdrowych dzieci. Mój mąż na początku bardzo pomagał przy Basi, a potem zapadł na chorobę psychiczną”. Siedzimy obezwładnione losem tej delikatnej, cichej kobiety i najprawdopodobniej gdzieś z tyłu głowy plącze się każdej z nas myśl: ja to bym pewnie nie dała rady, a ona z tym żyje od 25 lat i jeszcze ten mąż…

Grażyna powoli uspokaja się i coraz pogodniej opowiada, a nawet zaczyna się uśmiechać. „Początki były okropne, ale powoli nauczyłam się żyć. I jakoś nie najgorzej się poukładało. Basia jest osiem godzin w szkole specjalnej, mam też opiekunkę. Mąż się wyleczył i choć się rozwiedliśmy, nadal regularnie przychodzi i pomaga we wszystkim. Nauczyliśmy się przyjaźnić ze sobą. Starsze dzieci, mam nadzieję, nie straciły dzieciństwa, bo są wesołe i chętnie pomagają, ale nie wymagam tego od nich za często. I wiecie co? Chociaż ludzie na ulicy czy dzieci bywają okrutni, to spotkałam mnóstwo wspaniałych osób, dzięki którym się nie załamałam. A Basia jest kochana i cudowna. Nauczyłam się dzięki niej spokoju. Bardzo pilnuję, żeby nie zapominać o sobie samej. Chodzę co dwa miesiące do teatru, spotykam się z przyjaciółkami, regularnie fryzjer. Mam w domu swój ukochany kącik z fotelem i lampą i jak tam zasiadam, to dzieci wiedzą, że mają się same sobą zająć, bo ja odpoczywam. No i najważniejsze, że moja praca to moja pasja. Jestem nauczycielką. Mam wiele miłości do moich uczniów. Oni mnie też bardzo lubią. Niektórzy utrzymują ze mną kontakt nawet po ukończeniu szkoły. Mam bardzo pełne życie”.

Oddychamy z ulgą i rosnącym podziwem. Parę dziewczyn przyznaje, że miały obawę, że Grażyna będzie cały czas płakać i że ta opowieść będzie głównie martyrologiczna. Wiele z nas mówi o pokorze, którą poczułyśmy wobec jej pokory. „Gdzie tam nasze problemy wobec twojej codziennej wyczerpującej pracy dla domu, dla własnych i cudzych dzieci i jeszcze dla własnego rozwoju”. Dziewczyny, które są pierwszy raz na takim warsztacie, zauważają, że przez całe swoje dotychczasowe życie nie dowiedziały się tyle o realnym losie innych ludzi, co tutaj przez te trzy dni prawdy i uczciwości.

„Zostajesz od dziś naszym wzorem”, stwierdzamy wszystkie. Grażyna się śmieje. „Hi, hi, jeszcze wam coś powiem. Ukochanego też mam!”. „Opowiadaj!”. „Nie mieszkamy razem, co i lepiej. Bo może zrobiłoby się ciężko, a tak to każde spotkanie jest dlatego, że chcemy. Chodzimy na spacery, lubimy rozmawiać ze sobą. Seks jest super. A on we mnie najbardziej lubi spokój”.

W to łatwo uwierzyć, Grażyna jest rzeczywiście oazą spokoju. Ale dziewczyny spokoju jej tak łatwo nie dadzą: „No w seksie to chyba nie spokój jest najważniejszy. A co on na twoje piękne ciało?!”. „Bardzo je lubi, szczególnie moje piersi”. Grażyna z radością dotyka swoich rzeczywiście kształtnych piersi osadzonych na zgrabnym ciele.

„Jak ty tego dokonałaś?” – pytamy. „Pewnie gdyby nie Baśka i jej niepełnosprawność, nie musiałabym się tego wszystkiego nauczyć” – zamyśla się Grażyna. I my z nią.

Katarzyna Miller – psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym

  1. Psychologia

Dlaczego tak trudno jest nam realizować plany i postanowienia?

Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? (Fot. iStock)
Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? (Fot. iStock)
Przez całe życie ciągle coś zaczynamy – naukę, pracę, związki. Nieustannie też coś planujemy, często jedno i to samo. Dlaczego w snuciu planów jesteśmy świetni, a w ich realizacji już nie?

Karol, lat 42, informatyk, ojciec 15-letniego syna: – Od kilku lat w nowym kalendarzu sporządzam listę spraw, które chciałbym załatwić w nadchodzącym roku: basen, koszykówka, dieta, rzucenie palenia, czas dla syna. Ale potem okazuje się, że lista sobie, a życie sobie. Bo obowiązki zawodowe, choroba, wyjazd. Zastanawiałem się, dlaczego nie udaje mi się wytrwać w postanowieniach, choć naprawdę przez pierwsze tygodnie mocno skupiałem się na zapisanych punktach i bardzo się starałem, żeby tym razem je zrealizować. Zauważyłem jednak, że im częściej przypominam sobie o postanowieniach, tym bardziej się stresuję. W końcu plany stają się mało ważne, choć przecież nie wykreśliłem ich z kalendarza.

Karol powiela schemat noworocznych postanowień, jak zresztą robi to wielu z nas. Na czym ten schemat polega? Na tym, że najpierw coś planujemy, a potem sobie uświadamiamy, że plany oznaczają przymus robienia tego, co postanowiliśmy, więc się do ich realizacji zniechęcamy, co z kolei nas złości i stresuje. A ponieważ uczucia te nie są przyjemne, zaczynamy wypierać postanowienia, wmawiać sobie, że nie są ważne. I mimo że widnieją nadal na pierwszej stronie kalendarza, ignorujemy je. Aż do następnego roku, kiedy znów zapisujemy je w kalendarzu i znów powielamy stary schemat.

Chcę, nie muszę

Dlaczego tak się dzieje? Błąd tkwi w założeniu, że najważniejsze są postanowienia, a nie my, nasze uczucia, możliwości, potrzeby. Karol doszedł do tego sam po kilku sesjach terapii.

– To było jak olśnienie – nagle uświadomiłem sobie, że nie jest ważna ta głupia lista, tylko ja, który mam ją realizować. Dotarło do mnie, że używając siebie jako narzędzia do wykonania postanowień, zapomniałem o szacunku dla samego siebie. I pamiętam ten moment, to było na szóstej sesji. Przeczytałem punkty, a było ich sześć, wykreśliłem trzy i powiedziałem: „Teraz to ja chcę pracować nad tym, kim jest ten człowiek, który ma spełnić postanowienia, a nie nad postanowieniami”. Przewartościowałem zupełnie cały proces. Z jednej strony analizowałem, tak na chłodno, kim jest ten mężczyzna, którym jestem teraz, a z drugiej – kim jest ten, którym chcę być. I co jest pomiędzy, jaki dystans dzieli jednego od drugiego. Wtedy dokonałem kolejnego ważnego odkrycia: Nie muszę od razu być tą wymarzoną osobą, mogę stawać się nią powoli. I dopiero wtedy przyszła duża motywacja, żeby zacząć coś w życiu zmieniać.

Karol wspierany przez psychologa zaczął pracę nad umiejętnościami potrzebnymi do zrealizowania kolejnego celu. Na pierwszy ogień poszedł punkt: muszę poprawić relacje z synem. Skreślił słowo: „muszę”, napisał: „chcę”. W planowaniu najbardziej obciąża nas właśnie to „muszę”. Bo na ogół nie liczymy się z możliwościami, jakimi w tym momencie dysponujemy, tylko sobie coś narzucamy, rozkazujemy. Nawet kiedy jest nam to „coś” bardzo potrzebne, nie wolno się przeciążać, katować, bo po prostu w tym momencie i tak nie będziemy w stanie tego osiągnąć.

Drogę dochodzenia do celu najlepiej podzielić na małe odcinki. Karol postanowił, że najpierw popracuje nad formą swojej komunikacji z synem. Kiedy psycholog zapytał go, co oznacza dla niego dobra relacja z synem, odpowiedział: „Taka, w której otwarcie możemy rozmawiać o trudnościach, o tym, co nam przeszkadza w osiągnięciu zgody i porozumienia, o tym, co możemy robić wspólnie”. Dla Karola od tej pory cel nie był już pustym frazesem, ale miał kształt konkretnych kroków. Bo często bywa tak, że cel jest wzniosły, wyrafinowany jak perspektywa dobrej kolacji, a brakuje konkretów, owego menu, które by go wypełniły. Menu Karola składało się z wielu punktów, które dopisywał, na przykład: „Akceptuję to, czego do tej pory nienawidziłem w synu”, „spokojnie rozmawiam z nim, a nie wpadam w furię, gdy robi coś nie tak”.

– Tym, co odróżniało ten proces od poprzednich prób porozumienia się z synem, było to, że teraz miałem poczucie szacunku do siebie, że czułem się podmiotem tego procesu, a nie przedmiotem, który wykonuje tylko pewne działania.

Praca z każdym celem polega na tym, żeby nie tylko jasno go zobaczyć, ale przede wszystkim dostrzec w nim siebie. Czy jestem w stanie go udźwignąć? W jakim czasie? Co mogę zrobić, żeby zdobyć siły i umiejętności do tego potrzebne? Poradzę sobie sam czy mam szukać wsparcia? Gdzie?

Akcja realizacja

Samo postawienie celu nie wystarczy. Trzeba zobaczyć, co znajduje się „pod” nim. Chcę nauczyć się angielskiego? Czyli zakładam, że po drodze mogę kaleczyć język, narażać się na śmieszność, mieć opory w nawiązywaniu kontaktu z cudzoziemcami. I przyjmuję, że te wszystkie pochodne celu są w porządku. Nauka języka oznacza wysiłek, ale też zgodę na krytykę, na to, że ją uniosę. Trzeba cel „porozbijać”, zobaczyć, co się za nim kryje, jakie umiejętności, jakie cechy charakteru. Może odwaga do mierzenia się zarówno z krytyką otoczenia, jak i z wewnętrznym krytykiem, który szepcze: „Nie mów po angielsku, bo się ośmieszysz”?

Ważne, żeby ten proces miał pewną dynamikę, żeby dać sobie czas na jego realizację. A kiedy już ten czas upłynie, warto sprawdzić, co się w tym okresie udało, a co nie. Jeżeli nowe otwarcie nie wyszło, to trzeba się zastanowić dlaczego. Ale nie szukajmy wtedy łatwych odpowiedzi w zewnętrznych okolicznościach, takich jak brak czasu albo zły nauczyciel. Posprawdzajmy przyczyny, które leżą po naszej stronie. Czy na przykład nie dokonaliśmy niechcący wobec siebie nadużyć? Czy nie zadaliśmy sobie gwałtu, że chcemy czegoś, co nie jest realne teraz, już? Bo czy realne jest zakładać, że po roku nauki angielskiego będziemy wykładać w tym języku fizykę kwantową? Nie. Dlaczego zatem zmuszamy się do tego, co nie jest możliwe? System, który nakazuje, że musimy być „jacyś”?

Piotr, lat 34, menedżer w dużej korporacji, dostał propozycję pracy w Singapurze. Na początku nie posiadał się z radości, bo wyjazd oznaczał awans, większe zarobki, poznanie nowego kraju. Ale szybko pojawiły się też wątpliwości: Ma pojechać sam czy z rodziną (żoną i dwójką dzieci w wieku przedszkolnym)? Czy sobie poradzi z tak dużym wyzwaniem zawodowym? Czy odnajdzie się w nowym klimacie i kulturze? Przed podjęciem decyzji musiał zadać wiele pytań sobie, ale także jak najwięcej dowiedzieć się o tym, co czeka go w nowej pracy i nowym kraju. Poznać długoterminową „prognozę pogody” dla tego miejsca i się do niej przygotować.

Bo na to, czy uda nam się zrealizować plany, czy nie, wpływają dwie siły: my sami i system. Obydwie trzeba uwzględnić, planując ważne przedsięwzięcie. Gdy nie będziemy dobrze przygotowani, system może utrudnić albo wręcz uniemożliwić zadanie. Dlatego zawsze dobrze jest najpierw rozpoznać wszelkie okoliczności, w jakich przyjdzie nam działać, zarówno zewnętrzne (w przypadku Piotra będzie to np. kultura kraju), jak i wewnętrzne (całe swoje know-how). Potem wyznaczamy sobie mniejsze cele, na przykład: kupię książkę do angielskiego, poszukam kogoś wokół mnie, kto może mi pomóc. Do celu lepiej iść małymi kroczkami.

Zawsze jest jakieś wyjście

Jedną z trudności, jaką musimy przejść przy nowych otwarciach, są nawyki. Dlatego zawsze trzeba je uwzględniać. I albo dopasować system do nawyku, czyli na przykład wynająć mieszkanie blisko pracy, jeżeli rzeczywiście rano trudno nam się podnieść z łóżka, albo zmienić nawyk.

Piotr w końcu wyjechał do Singapuru ze swoją rodziną. I okazało się, że nowa kultura totalnie wybiła go z przyzwyczajeń. Do tego stopnia, że żona Piotra Basia śmiała się, że ma nowego męża. Basia też się zmieniła. Wcześniej zarzekała się, że nie będzie mieć więcej dzieci, że chce wrócić do pracy. A w Singapurze zamarzyła o trzecim dziecku i zaszła w ciążę.

Nowe otwarcia zmieniają perspektywę myślenia. Nagle widzimy coś, czego w ogóle wcześniej nie dostrzegaliśmy.

Na ogół jednak w pierwszym odruchu opieramy się zmianom. Ale gdy nie mamy wyjścia, powoli je akceptujemy. Potwierdzają to badania nad stosunkiem pracowników do nowych procedur wdrażanych w firmach.

Paweł Gniazdowski z Lee Hecht Harrison DBM Polska: – Z badań wynika, że ludzie dzielą się na trzy grupy: tradycjonalistów, innowatorów i tych, którzy adaptują się do nowości. Pierwsi dostrzegają w zmianie przede wszystkim zagrożenia i niewygody. Drudzy upatrują w niej szansę na rozwój. Przeważającą część zespołu stanowią pracownicy szybciej lub wolniej adaptujący się do tego, co się wydarza. W odróżnieniu od pozostałych ludzie z tej grupy nie mają potrzeby podtrzymywania silnych emocji (pozytywnych lub negatywnych) wobec nowych rozwiązań. Najchętniej wyrażają na ten temat zdawkowe opinie i przyjmują postawę wyczekującą. Nie hamują innowacji, choć mogą w praktyce regulować jej tempo. Ich stosunek do całego procesu zmian z czasem staje się coraz bardziej racjonalny i zdroworozsądkowy. Co najważniejsze, ta właśnie grupa decyduje o ostatecznych praktycznych efektach reform.

W życiu prywatnym zachowujemy się podobnie. Pierwszą reakcją jest lęk przed utratą poczucia bezpieczeństwa, przed „nie wiem” po drugiej stronie. Tymczasem zmiana nie oznacza, że wszystko się skończyło, że oto rodzimy się na nowo. Istnieją przecież mocne filary, które się nie zmieniają, jak rodzina, przyjaciele, związki. I to one dają poczucie bezpieczeństwa.

Czasem emocje aż kipią, wylewają się z nas, a my trzymamy się kurczowo starego, bo boimy się, że gdy coś utracimy, będziemy cierpieć. Ale kiedy trwamy w oporze i nie chcemy dopuścić nowego, też cierpimy. Tkwimy bowiem w wewnętrznym rozwodzie – z jednej strony żal nam tego, co odeszło, z drugiej – to, co nowe, jest nieuchronne jak pory roku. W takich momentach chowa się gdzieś ta część nas, która przecież wie, że zawsze mamy wyjście. Mogę zrezygnować ze studiów i wybrać inne. Mogę wyjechać. Mogę się rozwieść.

Nowe otwarcie jest szczególnym momentem, w którym cała nasza uważność musi być na najwyższym poziomie. A często niedobrze ją ukierunkowujemy – skupiamy się na tym, co mamy osiągnąć, a nie na tym, czy jesteśmy do tego gotowi, czy mamy predyspozycje, czy tego chcemy. W takich momentach „światło” powinniśmy kierować do środka, nie na zewnątrz. Wtedy widzi się to, co najważniejsze. Karol określił ten stan „rozszerzeniem siebie”.

– Dosłownie poczułem się mocniejszy, spokojniejszy. Zmieniły się niby tylko moje relacje z synem, a tak naprawdę zmianie uległo wszystko, całe moje życie. Osiągnąłem stan spokoju, który mój psycholog nazwał „wewnętrzną latarnią morską”. Ta latarnia pomaga mi trzymać się właściwego kierunku, gdy wokół szaleją sztormy. Odnalezienie jej jest niezwykle trudne. Ale jak się ją już w sobie ma, to nic nie jest straszne. Człowiek wie, co planować, wybierać, dokąd iść.

  1. Psychologia

Czy masz odwagę być sobą? - test na pewność siebie

Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Czy pewność siebie jest Twoją mocną stroną? (fot. iStock)
Pewność siebie to stan umysłu, który wynika z poczucia własnej wartości, wyjątkowości, akceptacji i wiary w moc sprawczą. Przecież nie ma na świecie drugiej takiej osoby jak ty!

Brak pewności siebie powoduje, że stoimy na uboczu życia. Wolimy pozostać w bezpiecznej strefie komfortu. To dlatego nie podejmujemy ryzyka, nie inicjujemy kontaktów z ludźmi, nie walczymy o swoje prawa i nie umiemy odmawiać bez poczucia winy. Nieśmiałość, która jest przejawem braku pewności siebie, powoduje, że przed nosem mogą nam przechodzić ciekawe propozycje zawodowe czy nowe znajomości. Brak poczucia własnej wartości wynika z braku samoakceptacji. To zupełnie tak, jakbyśmy obawiały się własnego światła, rozwinięcia swoich skrzydeł. Tymczasem to właśnie korzystanie w pełni ze swojego potencjału jest sednem rozwoju.

Poniżej krótki test na pewność siebie. Wystarczy na każde z pytań odpowiedzieć "tak" lub "nie":

  • 1. Osiągasz cele z łatwością?
  • 2. Znasz swoje mocne strony i pokazujesz je światu?
  • 3. Bez problemu odmawiasz, jeśli nie możesz lub nie masz ochoty czegoś zrobić?
  • 4. Zazwyczaj to ty inicjujesz rozmowę?
  • 5. Masz poczucie, że każdą sprawę możesz załatwić?
  • 6. Udało ci się zrealizować kilka marzeń?
  • 7. Z łatwością podejmujesz decyzje i bierzesz za nie odpowiedzialność?
  • 8. Dobrze czujesz się na stanowisku osoby zarządzającej zespołem ludzi?
  • 9. Znajomi pytają cię często, jak coś załatwić?
  • 10. Podczas rozmowy patrzysz w oczy rozmówcy?
  • 11. Twój uścisk dłoni jest mocny?
  • 12. Podczas chodzenia nie garbisz się, twoje plecy są proste?
  • 13. Twój przekaz słowny jest konkretny i zrozumiały przez odbiorców?
  • 14. Uważasz się za kobietę atrakcyjną?
  • 15. Lubisz swoje ciało, a więc nie masz kompleksów z nim związanych?
  • 16. Lubisz wyzwania i często je podejmujesz?
  • 17. Potrafisz jasno zaznaczyć swoje granice w relacjach z ludźmi?
Większość odpowiedzi: „tak” oznacza, że jesteś kobietą, która osiąga swoje cele. Jeśli zgadzasz się tylko z kilkoma powyższymi stwierdzeniami – warto popracować nad wiarą w swój potencjał, który tylko czeka na przebudzenie.

Pomogą ci w tym następujące ćwiczenia:

Źródło: Dagmara Gmitrzak, „Trening Jaguara. Obudź swoją pewność siebie i osiągaj zamierzone cele”, Sensus 2014

Dagmara Gmitrzak trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek, www.rozwojosobisty.waw.pl

  1. Psychologia

Wrodzona odporność psychiczna - na czym polega?

Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
Odporność psychiczna to jedna z cech osobowości, która w dużym stopniu odpowiada za to, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami, stresem i presją, niezależnie od okoliczności... (fot. iStock)
O odporności psychicznej świadczy między innymi to, jak szybko podnosimy się po traumatycznych przeżyciach. Można ją też porównać do umiejętności pływania, gdy musimy poradzić sobie ze zmiennym, czasem niebezpiecznym nurtem rzeki zwanej życiem.

Adrian i Paweł znali się od dziecka. Mieszkali w niedużym miasteczku przy tej samej ulicy. Wychowywali się w biedzie, obaj w rodzinach bez ojców. Mieli starsze rodzeństwo, ale ono nie było dobrym wzorem - zatargi z prawem, alkohol. Obaj chłopcy mieli trudności w nauce, wcześnie zaczęli wagarować.

W okresie dojrzewania Adrian i Paweł przyłączyli się do grupy kradnącej radia z samochodów, zabierającej torebki na ulicy starszym kobietom. Obaj znaleźli się w poprawczaku.

Spotkali się po 20 latach.

Trzydziestopięcioletni Paweł był bezrobotnym bez stałego miejsca zamieszkania. Miał na koncie wiele konfliktów z prawem i kilka razy siedział w więzieniu. Miał rodzinę, ale nie utrzymywał z nią kontaktu, nie interesował się swoim dzieckiem. Paweł był pijany, gdy spotkał się z Adrianem na ulicy, gdzie kiedyś wspólnie spędzali czas. Powiedział też, że często pije..

Adrian zdobył zawód. Po technikum samochodowym jest cenionym fachowcem. Też założył rodzinę, dba o nią, często wszyscy chodzą do parku na spacer, albo na lody. Adrian utrzymuje dobrą kondycję, gra z kolegami z pracy w piłkę. Oprócz tego pracuje z „dziećmi ulicy” jako wolontariusz, mówi, że dobrze pamięta swoje dzieciństwo.

Dlaczego tak różnie potoczyły się losy chłopców, których początkowy okres życia posiadał tak wiele wspólnych wątków? Dlaczego czarny scenariusz dalszego życia według wzorów otoczenia, w jakim wyrastali, nie został zrealizowany przez obydwu? Co spowodowało, że życie Adriana potoczyło się pomyślnie, że „wyszedł na ludzi”, odniósł sukces?

Pierwszy nurt pionierskich prac nad zjawiskiem resilience – odporności psychicznej, datuje się na lata 70. ubiegłego wieku. Zwrócono wówczas uwagę na dzieci rozwijające się prawidłowo pomimo niekorzystnego kontekstu genetycznego czy środowiskowego. Pierwsze doniesienia mówiły o dzieciach niepodatnych na zranienie, posiadających nadzwyczajne przymioty. Pojawiło się wówczas pytanie: co sprzyja tak dobrej adaptacji? Opisano szereg zasobów wewnętrznych dzieci i młodzieży oraz czynników ochronnych sprzyjających dobremu radzeniu sobie pomimo niepomyślności losu, pomimo życia w niekorzystnych warunkach.

Badacze zjawiska resilience zakładają, iż jednostka może być określana jako odporna psychicznie (resilient person), jeśli wystąpiły w jej życiu realne zagrożenia dla prawidłowego rozwoju (np. choroba psychiczna rodzica, niski status socjoekonomiczny rodziny, przemoc), a ona potrafiła poradzić sobie z nimi i rozwijać się pomyślnie. Zauważyli też, że wiele czynników ryzyka współwystępuje w życiu dziecka. Zagrożeniem dla prawidłowego rozwoju może być rodzina z problemem alkoholowym, narkotykowym, zaburzeniami psychicznymi.

Rodziny stwarzające niekorzystne środowisko do rozwoju dziecka to m.in. rodziny ze środowisk o niskich dochodach, zagrożonych bezrobociem, przestępczością czy przemocą. To również rodziny niepełne, z przemęczonym lub chorym samotnym rodzicem. Także dzieci wychowujące się w placówkach opiekuńczych narażone są na działanie niekorzystnych wpływów tego rodzaju środowiska.

Kim więc był Adrian, skoro potrafił przezwyciężyć niepomyślność swego losu i wziąć życie we własne ręce? Sylwetka dziecka odpornego psychicznie opisana została na podstawie wielu badań i porównań międzyosobniczych i międzygrupowych. Wśród najważniejszych zasobów indywidualnych wymieniane są:

  • towarzyskość jako zmienna temperamentalna,
  • dobry poziom funkcjonowania procesów poznawczych,
  • wysoki poziom motywacji w zakresie planów i celów życiowych oraz edukacyjnych,
  • pozytywny obraz siebie,
  • pogodne i optymistycznie nastawione do świata,
  • dobre mechanizmy samokontroli,
  • dobrze rozwinięte umiejętności społeczne.
Jest więc wysoce prawdopodobne, że mimo podobieństw w historii życia pomiędzy obydwoma chłopcami to właśnie w tych wymienionych obszarach zaznaczały się różnice.

Odporność psychiczna jest to jedno z polskich tłumaczeń pojęcia resilience. Inne tłumaczenia proponowane w polskiej literaturze psychologicznej to prężność, sprężystość, odbojność, plastyczna i twórcza adaptacja. Pojęcie resilience używane jest dla opisu:

  • pozytywnego, prawidłowego rozwoju dziecka pomimo trwającego wysokiego ryzyka,
  • zachowanie kompetencji, nawet w sytuacji chronicznego stresu
  • pozytywnej, szybkiej regeneracji po traumatycznych przeżyciach.
Iwona Sikorska, doktor nauk humanistycznych w zakresie psychologii, adiunkt w Instytucie Psychologii Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, specjalistka psychologii klinicznej, terapeutka dzieci i młodzieży.