1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Fascynacja - wstęp do miłości. Czym właściwie jest?

Fascynacja - wstęp do miłości. Czym właściwie jest?

W przypadku fascynacji w mózgu zaczynają się wydzielać te same substancje, które pojawiają się, gdy kogoś pożądamy. (Fot. iStock)
W przypadku fascynacji w mózgu zaczynają się wydzielać te same substancje, które pojawiają się, gdy kogoś pożądamy. (Fot. iStock)
Czym właściwie jest fascynacja? Emocją? Stanem ducha? Zjawiskiem? Zapewne wszystkim po trochu. Jej istotę zgrabnie uchwyciła pisarka Susan Sontag, określając ją „przeciwieństwem nudy”.

Fascynacja nie jest prostą emocją. Składa się z wielu komponentów, które się ze sobą mieszają i zmieniają swoje natężenie. Jakie to składniki? Na przykład radość, podniecenie, chęć poznania, ciekawość, zauroczenie, upojenie. Kiedy coś nas fascynuje, poświęcamy temu uwagę, myśli, czas. Chcemy, by wypełniało nasz świat. Gdy fascynacja jest gwałtowna, pojawia się nienaturalna ekscytacja i pewien rodzaj emocjonalnej nadwrażliwości. Jeśli obiektem fascynacji jest osoba, interesuje nas wszystko, co jej dotyczy – sposób, w jaki mówi, porusza się, jak zakłada nogę na nogę.

W przypadku wielkiej fascynacji w mózgu zaczynają się wydzielać te same substancje, które pojawiają się, gdy kogoś pożądamy.

To, co pozornie inne

Fascynacja sprawia, że zaczynamy się interesować drugą osobą, jest wstępem do zakochania. Poznajemy kogoś, kto nas intryguje i zadajemy sobie pytanie: „Co on w sobie ma, że nie możemy przestać o nim myśleć?”. Zwykle jest to odwrotność tego, co sami reprezentujemy, bo najbardziej fascynuje to, co inne, nowe, obce. Nieznane może nawet lekko niepokoić, ale wciąż (a może nawet tym bardziej) pociąga.

Ktoś kiedyś powiedział, że powód, dla którego zaczynamy być z jakąś osobą, często staje się przyczyną, dla którego po jakimś czasie się z nią rozstajemy. Tak może być, gdy związek zaczyna się od fascynacji odmiennością. Wyobraźmy sobie na przykład mężczyznę – urodzonego pesymistę, lekko gnuśnego, flegmatycznego. Któregoś dnia spotyka kobietę – wesołą, potrafiącą cieszyć się każdą chwilą. Jej umiejętność czerpania radości z niczego fascynuje go, bo sam chciałby taką posiadać. Będzie więc dążyć do kontaktu, by być bliżej jej wspaniałych właściwości. Wyobraźmy sobie dalej, że obydwoje rzeczywiście się do siebie zbliżą, zakochają i zaczną wspólne życie. Mijają jednak, powiedzmy, dwa lata i nasz ponurak nie jest nagle w stanie znieść swojej drugiej połówki. Ona coraz częściej słyszy: „No nie, kolejny spacer? Po co ty tyle jeździsz na rowerze? Jak to, znów idziemy do kina?!”. W końcu albo się rozstaną (zmęczeni innością partnera często wybieramy właśnie taki wariant), albo przetrwają, ale tylko jeśli jemu udzieli się energia partnerki. Bywa bowiem i tak, że czyjaś radość życia może być dla nas tak ożywcza i zaraźliwa, że będziemy korzystać z niej jak ze swego rodzaju różowych okularów, przez które świat będzie wyglądać zupełnie inaczej.

Zdarza się też, że fascynuje nas w drugiej osobie coś pozornie odmiennego, ale na głębszym emocjonalnym planie pokrewnego, tylko do tej pory nieodkrytego. Wtedy związek ma jeszcze większe szanse na przetrwanie.

Wypełnić deficyt

Przyciągają nas i fascynują nie tylko przeciwieństwa. Zapytani, co powinien mieć w sobie ktoś, by się nam spodobać, odpowiadamy: to coś. I choć pewnie każda z przypadkowych 100 osób owo „coś” zdefiniowałaby na swój sposób, to w pewnych punktach wszyscy byliby zgodni. To, co nas łączy, to m.in. potrzeba miłości, bliskości, bezpieczeństwa, bycia akceptowanym i samorealizacji. Oprócz tego mamy też pewne niezaspokojone, bywa, że głęboko ukryte, potrzeby emocjonalne i naszą fascynację wzbudzają osoby, które mogą – według nas – je zaspokoić, wypełnić nasz deficyt. Zwykle jednak ulegamy złudzeniu. Najczęściej tylko tak się wydaje, że obiekt naszej fascynacji może nam dać to, czego potrzebujemy. Innymi słowy, dokonujemy na niego projekcji własnych oczekiwań i wyobrażeń. Nasza tęsknota za spełnieniem jest tak wielka, że na początku widzimy u partnera cechy, których nie posiada. Niestety, po gwałtownej fascynacji przychodzi zwykle rozczarowanie.

Podobny do ojca

Każdy nosi w sobie pewne archetypy. Dlatego fascynuje nas ktoś określony przez taki wewnętrzny wzorzec, nawet jeśli zupełnie nie jest w naszym typie. Pierwszym mężczyzną w życiu każdej kobiety, tym, który kładzie podwaliny pod powstanie tego archetypu, jest jej ojciec. I niezależnie od tego, jak się sprawdził w tej roli, staje się także jej pierwszą miłością. A za nią podążamy stale w naszym dorosłym życiu. Nawet jeśli ojciec nie był dla nas dobry. Wtedy naszą fascynację mogą budzić osoby, które niosą ze sobą pierwiastek uczuciowego zagrożenia – zadadzą nam ból czy skrzywdzą. Poczujemy więc coś, czego już kiedyś doświadczyliśmy w emocjonalnym związku i teraz podświadomie kojarzymy to jako jego podstawę. Niektóre kobiety wybierają na partnerów tzw. drani. To znaczy, że jakiś drań funkcjonował już kiedyś w ich życiu, tylko w innej roli.

Jak ćmy do świecy

To, jak szybko rodzi się w nas fascynacja i jak długo trwa, zależy w głównej mierze od wieku. Płomień zachwytu w duszy młodej, jeszcze niedojrzałej emocjonalnie osoby, może być pozbawionym kontroli pędem w jakimś kierunku. Młody, rozgorączkowany człowiek, który ze swej natury jest istotą poszukującą, eksperymentującą, chce jak najszybciej wskoczyć w to, co go fascynuje – nawet, gdyby miał się spalić. Nie podejmuje racjonalnych decyzji, bo jego fascynacja nie podlega kontroli rozumu. Czasem bywa to groźne w skutkach. Przykładem jest młodzieńcze zainteresowanie różnego rodzaju sektami.

Ktoś starszy i emocjonalnie dojrzalszy zapala się wolniej. Jego fascynacji jest bliżej do ciekawości, zainteresowania i chęci poznania niż emocjonalnego naporu. Dojrzały człowiek mówi: „fascynujące”, kiedy ma na myśli coś, co jest interesujące, bardzo ciekawe, warte poznania. Potrafi również przyjrzeć się swoim emocjom z dystansem, może się czymś fascynować spokojniej i dłużej, bo u niego często przeradza się w hobby.

Z kwiatka na kwiatek

Niektórzy rzadko ulegają fascynacji, nie rezonują ze światem. Inni robią to bez przerwy, często zmieniając jej obiekt. Od czego to zależy? Trochę od temperamentu, a trochę od naszego indywidualnego zapotrzebowania na bodźce. Osobom, które do normalnego funkcjonowania potrzebują ciągłej stymulacji, by czuć, że żyją, niezbędny jest pewien stały poziom ekscytacji. Wszystko jedno, czy skoczą na bungee, czy przejadą się motocyklem z prędkością 200 km/godz. Dla nich ważne jest tylko to, by poziom stresu był wysoki.

Duże zapotrzebowanie na bodźce może też świadczyć o wysokim poziomie wewnętrznego niepokoju. Przeskakiwanie od jednej fascynacji do drugiej jest oznaką emocjonalnej niedojrzałości. Zapalając się raz po raz do nowej rzeczy, usiłujemy nie dopuścić do głosu skrywanych i bolesnych emocji. Ukrywając się za podnieceniem, unikamy konfrontacji z tym, co nas niepokoi. To samo dotyczy osób, które się zakochują, ale nie przechodzą do kolejnej fazy, tylko kończą związek i wpadają w następną, opartą na czystej fascynacji, znajomość. Inaczej musieliby spokojnie przyjrzeć się sobie, drugiemu człowiekowi i temu, co ich łączy. Aby stworzyć z kimś trwały związek, musimy przekraczać swoje granice. O wiele łatwiej, przyjemniej, a dla niektórych bezpieczniej, unikać konfrontacji z szarą rzeczywistością i – skacząc z kwiatka na kwiatek – udawać, że nasze życie jest kolorowe i szczęśliwe. Uwaga, od ciągłego poszukiwania można się jednak uzależnić.

Fascynacja i co dalej?

W każdym związku nadchodzi moment podsumowań. Gdy okazuje się, że ktoś nie jest taki, jak myśleliśmy, możemy powiedzieć: „Nie chcę już z tobą dłużej być”. Możemy też spojrzeć na niego od nowa i powiedzieć: „Chcę zobaczyć, jaki naprawdę jesteś”. Kiedy po pierwszym zauroczeniu pojawia się szczere zaciekawienie, chęć poznania drugiej osoby, tego, co jest dla niej istotne, co lubi, a czego nie – wtedy fascynacja ma szansę przerodzić się w sympatię, przywiązanie i chęć bycia ze sobą. A to prosta droga do miłości.

Jeśli wiemy już, że nasz związek nie przynosi spełnienia, lecz emocjonalny ból i łzy, bądźmy czujni. Kiedy po raz kolejny ulegamy fascynacji jakąś osobą, przyjrzyjmy się dokładniej temu uczuciu, zastanówmy, jakie cechy tej osoby pociągają nas najbardziej. Może czujemy, że nas skrzywdzi i podświadomie do tego dążymy, bo taki wzorzec wynieśliśmy z domu. Jeżeli zdamy sobie z tego sprawę, mamy szansę na przełamanie schematu, który zmusza nas do wchodzenia w nieszczęśliwe związki.

Maria Jurowska psycholog, terapeutka Gestalt. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Radość – dlaczego często się jej obawiamy?

Choć jest jednym z najbardziej pożądanych uczuć, nie zawsze dajemy jej dojść do głosu... (fot. iStock)
Choć jest jednym z najbardziej pożądanych uczuć, nie zawsze dajemy jej dojść do głosu... (fot. iStock)
Rozwijamy się poprzez ból i cierpienie. To prawda. Ale także poprzez radość, zachwyt i wdzięczność. Wnieść radość do rozpaczy – oto sztuka życia!

„Tata usiadł z nami i powiedział, że jego wspólnik uciekł z całą gotówką i nie wiadomo, skąd teraz brać pieniądze na życie”, opowiadał Leo F. Buscaglia, charyzmatyczny pisarz i wykładowca University of Southern California, w swojej książce „Radość życia”. Mama Leo miała zwariowane pomysły. Ta sytuacja ją rozśmieszyła. „Tata był na nią wściekły! A ona śmiała się do łez. I wiecie, co zrobiła? Przygotowała taki bankiet, jakbyśmy wyprawiali chrzciny albo wesele. Zakąski, makaron, cielęcina, wszystko! Tata spytał: »Mój Boże, a to co?!«. A mama na to: »Wydałam wszystkie nasze pieniądze. Radość jest nam potrzebna właśnie teraz, a nie w przyszłości. Teraz jest czas na to, by się cieszyć. Zamknij się i jedz!«. Zasiedliśmy do stołu. To było całe lata temu, ale mówię wam, nigdy nie zapomnę tej kolacji. Kolacja Mamy w Dniu Niedoli. I wiecie co? Przetrwaliśmy! Papa dożył 86 lat”.

Wnieść radość do rozpaczy – oto sztuka życia! Laureatka Kryształowych Zwierciadeł Agnieszka Glińska powiedziała kiedyś, odbierając nagrodę, że zrobiła spektakl o Pippi Pończoszance, żeby sprawdzić, czy w tym świecie możliwa jest jeszcze radość życia. W świecie giełdowego krachu, przemocy, biedy, korupcji i czego tam jeszcze chcemy. Jawnie i otwarcie cieszyć się z siebie jest „najgorszą” rzeczą, którą można zrobić, bo przecież uczono nas, że w swej istocie jesteśmy biedni i niewiele warci, mówi i pisze Marshall B. Rosenberg, światowy lider w rozwiązywaniu konfliktów metodą porozumienia bez przemocy. Jednak bez świętowania siebie i delektowania się życiem bez względu na okoliczności nie przetrwamy. Naprawdę nie damy rady.

Z czego się cieszyć?

Badania pokazały, że 90 procent tego, czym się zamartwiamy, nigdy się nie zdarza. A jednak wciąż się martwimy. Iza Sznajder, psycholożka, która pracuje z kobietami, autorka książki „Kobieta, księżyc i czerwona sukienka”, mówiła mi: „Boimy się cieszyć. Jakby radość była czymś niestosownym, a nawet zakazanym. W kobiecych ciałach jest mnóstwo radości, która pragnie być wyrażona. Jestem przekonana, że światu potrzebna jest nasza radość”. Gdy Rosenberg pyta ludzi, dlaczego nie wyrażają radości, nie świętują życia, mówią, że nie robią tego, bo to niezręczne i krępujące. To niestosowne pytanie: „Czy cieszysz się z tego, że żyjesz?”, zadałam wielu osobom. Usłyszałam, że radość jest nudna i powierzchowna, naiwna i infantylna, za to cierpienie jest głębokie. „Lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca”. „Po co się cieszyć? Żeby potem cierpieć?”. „Każda radosna sytuacja jest zalążkiem bólu”. „Wolę słuchać o problemach, bo skoro inni też mają źle, to moje życie nie wygląda najgorzej”. Umówiłam się na rozmowę o świętowaniu życia z pewnym biznesmenem, który w środku tygodnia bierze urlop, żeby pojechać do lasu i pozachwycać się drzewami. W ostatniej chwili zrezygnował, nie chcąc sprawiać innym przykrości, gdyby przeczytali, jak bardzo cieszy się z tego, że żyje. Buscaglia pisze: Ludzie są zawzięci w tej kwestii: „Nie ośmielaj się być zadowolony!”. Ależ ośmielmy się. Choć na chwilę.

Oczywiście, że ryzykujesz

Radość to życie, a apatia – śmierć. Albo żyjesz, albo jesteś martwy, pisze Buscaglia. Możesz wybrać radość. Albo rezygnację. Cytuje Kazantzakisa, autora „Greka Zorby”: „Masz pędzel i farby. Namaluj swój raj i wskakuj do środka”. Pisze też, że zawsze, gdy wybieramy życie zamiast apatii i rezygnacji, ryzykujemy. Śmiejąc się, ryzykujemy, że możemy się wydać płytkie i głupie. Za to nigdy nie będziemy umierały z nudów. Okazując uczucia, ryzykujemy, że okażemy się tylko ludźmi. Jednak dopiero wtedy będzie można nas pokochać; trudno kochać doskonałość. Mówiąc innym o swoich pomysłach i marzeniach, ryzykujemy, że ludzie nas odrzucą. No cóż, nie można być kochanym przez wszystkich. Kochając, ryzykujemy, że nasza miłość nie będzie odwzajemniona. Jednak sama miłość jest największą wartością. Mając nadzieję, ryzykujemy rozpacz, a próbując, ryzykujemy porażkę. Jednak ten, kto niczego nie ryzykuje, niczego nie robi. Może uniknie bólu, ale nie będzie się rozwijać, nie będzie kochać.

A co na to badacze? Mihály Csíkszentmihályi, profesor psychologii na Uniwersytecie w Chicago, pisał w swoich książkach (m.in. „Przepływ”, „Urok codzienności”), że jakość naszego życia nie zależy od samego szczęścia, ale od tego, co robimy, by być szczęśliwi. Bez radości, bez marzeń, bez ryzyka ludzka egzystencja staje się tylko namiastką życia. Wyjaśnia także, że smutek, strach i nuda wywołują w umyśle zjawisko, które nazwać by można entropią psychiczną, powodują stan niezdolności do efektywnego skupienia uwagi na wykonywanych zadaniach. Radość natomiast jest motorem negentropii psychicznej; gdy czujemy się radośni i ożywieni, możemy całą energię spożytkować na realizację dowolnego pomysłu.

Howard S. Friedman, profesor psychologii i profilaktyki zdrowotnej na Uniwersytecie Kalifornijskim, prowadził wieloletnie badania nad związkami między osobowością, emocjami a zdrowiem. W „Uzdrawiającej osobowości” pisze o tym, że w naszej kulturze nie doceniamy siły samoleczenia. Tkwi ona w radości i afirmacji życia. Radość życia jest najistotniejszym aspektem samouzdrawiającej osobowości – pisze Friedman. Słowo „entuzjazm” oznacza „ogarnięcie boskim duchem”. Osoby pełne entuzjazmu są szczęśliwe i wrażliwe, pomagają innym, uśmiechają się naturalnie i utrzymują dobry kontakt wzrokowy. Są spontaniczne, wymieniają z ludźmi uściski, troszczą się o nich.

Wpływowy psycholog Carl Rogers był pierwszym, który zwrócił uwagę środowiska naukowego na znaczenie rozwoju osobistego w sposobie doświadczania i przeżywania wydarzeń. Rogers uważał, że we wnętrzu każdej osoby tkwi potencjał radości z faktu istnienia, potencjał prawdziwego „ja”. Jego odkrywanie zasadniczo zmienia nasz stosunek do nas samych i otaczającego świata. Odkrywamy ten potencjał, gdy decydujemy się na wyrażenie wdzięczności. Marshall Rosenberg opowiada, w jaki sposób do swojej pracy włączył radość. Prowadził zajęcia dla kobiet i ze zdumieniem zauważył, że co jakiś czas one prosiły o przerwę, aby wyrazić sobie nawzajem wdzięczność i wspólnie świętować. Kilka razy dziennie! Miały taki stały rytuał w trakcie pracy grupowej. Patrzył i myślał: „Kobiety!”. Zrozumiał, że energia, z którą do tej pory próbował zmieniać świat, napawa ludzi lękiem, zamiast ich wspierać. Kobiety nauczyły go, jak nie zapominając o światowych horrorach, pamiętać o pełni życia.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Aloha znaczy miłość. Kilka słów o filozofii huna i masażu lomi lomi nui

W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
Ta ceremonia to coś więcej niż relaks i przyjemność. To czułość w najczystszej postaci. Jedni porównują ją do bycia łagodnie obmywanym przez wody oceanu, inni – do troskliwego dotyku matki lub zmysłowych objęć kochanka. Joanna Przybyła, która specjalizuje się w hawajskim masażu lomi lomi nui, wyjaśnia, jaka filozofia stoi za tymi wszystkimi doznaniami.

Ja po prostu stwarzam przestrzeń akceptacji i czułości. Chcę, by osoba masowana czuła się bezpieczna, zrelaksowana i otoczona miłością – to esencja ceremonii lomi lomi nui – mówi terapeutka holistyczna Joanna Przybyła. Celem jest lekkość, miękkość, przepływ. W miękkim ciele może bowiem płynąć swobodnie MANA, czyli energia życiowa, w innych systemach nazywana praną, qi lub czi. Sam masaż też jest płynny, z dużą ilością olejków i posuwistymi, niemalże tanecznymi ruchami osoby masującej. – Niektórzy mówią, że ten dotyk jest jak fale oceanu, ja widzę w nim ruchy żółwia oceanicznego, który w majestatyczny sposób rozgarnia wodę swoimi wielkimi płetwami – wyznaje. To bardzo intensywna praca mięśniowo-powięziowa. Pracuje się przedramionami i dłońmi na dużych partiach mięśni oraz na stawach, wykonując właściwie jeden podstawowy ruch, ale w różnych konfiguracjach. – W przekładzie „lomi lomi nui” można rozumieć jako „dotyk miękką łapą zadowolonego kota” – śmieje się terapeutka.

W ten właśnie łagodny, niespieszny sposób (ceremonia masażu trwa zwykle około dwóch godzin) rozpuszcza się zastoje, zlokalizowane w napiętych mięśniach czy zastygłych stawach. Miękkość ma się pojawić we wszystkich strukturach – bo jeśli puścimy kontrolę ciała, to i umysł będzie mógł się uwolnić. Rytuał jest płynny i lekki także dlatego, by łatwiej mogła się podczas niego ujawnić intencja, z jaką przychodzimy.

Bo lomi lomi nui to masaż intencyjny. Zaczyna się go od małej ceremonii, sam na sam ze sobą, w pokoju do masażu. Swoją intencję trzeba poczuć i ją wyrazić. A wcześniej dobrać ją z myślą o naszym najwyższym dobru – to może być na przykład intencja większej harmonii w naszym życiu, uzdrowienia, zamknięcia tego, co złe, spokoju ducha, większej radości, nowej miłości... Joanna Przybyła prosi, by z tą intencją zapalić świeczkę, która będzie się paliła podczas całego masażu. – Chodzi o to, by to puścić, by poszło to z lekkością. Poczuć w ciele, jak się już manifestuje – temu też służy masaż – tłumaczy.

Na początku terapeutka pyta masowanego, czy życzy sobie, żeby zaintonowała dwie modlitwy, obie po hawajsku. Pierwsza to „Aumakua”. Samo słowo znaczy: wyższe „ja”. W modlitwie prosi się je, by zesłało na masowaną osobę wodę życia i żeby jej intencja mogła się zamanifestować. AUMAKUA to nasz duch opiekuńczy, który potrafi uzdrawiać i ma wielką moc, ma też kontakt z Bogiem, naturą, wszechświatem, źródłem – jakkolwiek ten byt chcemy nazwać. Akurat Hawajczycy są mocno związani z naturą, ona dla nich jest bogiem, można więc uznać, że to prośba skierowana do niej.

Druga modlitwa to „Noho ane ke akua”, w której Joanna odwołuje się do bogini Laka, opiekunki tancerzy hula. Bo osoba, która masuje, jest tak naprawdę tancerzem hula. Taniec hula ma specyficzne kroki i sposób poruszania się. Osadzenie nisko na kolanach i rozbujane biodra symbolizują połączenie z energią ziemi. W tańcu i podczas masażu kroki są te same. – Dlatego dla mnie lomi lomi nui to rodzaj medytacji w ruchu – mówi terapeutka.

Ceremonii towarzyszy też hawajski klimat – muzyka, olejki, wyższa temperatura powietrza. Osoba masowana leży na gumowanym prześcieradle, ułatwiającym wykonywanie ruchów masujących pod ciałem. Jest bez bielizny, pareo przykrywa jedynie miejsca intymne, które nie są dotykane. Joanna omija też piersi – skupiając się jedynie na przestrzeni pomiędzy nimi. Zaczyna od pleców, karku i tyłu nóg, masuje łagodnymi, ale zdecydowanymi ruchami. Po chwili podnosi rękę, jedną i drugą, oraz nogi, trzeba nimi bardzo delikatnie poruszyć w stawach, tak jakby masowany płynął żabką.– Najlepiej, gdy w żaden sposób nie pomaga mi podczas podnoszenia jego ręki czy nogi, bo w ten sposób całkowicie poddaje się masażowi – mówi terapeutka. – To uczy tego, jak zaufać drugiej osobie na tyle, by przestać kontrolować to, co robi z naszym ciałem. Im bardziej odpuścimy tę kontrolę, tym więcej skorzystamy. Ale kiedy czuję, że ciało wyhamowuje, że nie ma jeszcze tego pełnego poddania, traktuję to z szacunkiem. Widocznie nie jest jeszcze na to gotowe, ale może ta lekkość za jakiś czas się pojawi. Może ciało odnajdzie wreszcie przyjemność w odpuszczeniu kontroli.

Nowa przestrzeń życia

Zgodnie z nurtem Aloha International, organizacji, w której kształciła się Joanna Przybyła i z ramienia której jest też nauczycielką, masaż lomi lomi nui łączy filozofię huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów z tańcem hula oraz kinomaną, czyli pracą poprzez ciało. – Ciało jest bramą do naszej świadomości, ale jest też domem dla myśli, jak mówi huna. Ono jest naszym drogowskazem, przewodnikiem. Tym bardziej powinniśmy o nie dbać – tłumaczy terapeutka. Musimy je nakarmić, ubrać, zadbać, by było mu ciepło – tylko wtedy jesteśmy w stanie funkcjonować. Dopiero kiedy zadbamy o swoją przestrzeń fizyczną, będziemy w stanie pomyśleć o czymkolwiek innym. Dlatego szanujmy nasze ciało, słuchajmy, co do nas mówi, żeby nie musiało krzyczeć.

Co ciekawe, w masażu i filozofii huny tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. – Kiedy mówię o tym ludziom przed masażem, to potem wyznają, że podczas ceremonii mocno tego doświadczali. Plecy, pośladki, łydki, kark – te rejony mamy zwykle najbardziej spięte. Niektórzy mówią, że kiedy podczas masażu stopniowo się rozluźniały, czuli, jakby się wreszcie otwierali na swoją przyszłość. Na to, że może być piękna i służąca – opowiada Joanna. – Czasem dla kobiet trudny jest moment, kiedy z brzucha obracam je na plecy i widać ich piersi. Na poziomie bardzo intuicyjnym, płynącym z serca, czuję, jakby wstydziły się swojej przeszłości. Ale w trakcie masażu to się zmienia. Słyszę, że robią głęboki wdech i wydech, jakby odpuszczały to, co było. Chciałabym, by zrozumiały, że nasza przeszłość, jakakolwiek była, jest do uznania, czułego spojrzenia na nią, zaopiekowania się nią. To już minęło, nie zmienimy tego, nasze przeszłe doświadczenia, nawet jeśli wymagające, pozwalają po przetransformowaniu osadzić się w mądrości i mocy.

W trakcie masażu często pojawiają się łzy wzruszenia. Poczucie, że był to bardzo osobisty moment. – Kobiety mówią, że nigdy nie okazały sobie tyle czułości, ile dostały ode mnie. Mężczyźni wyznają, że nie pamiętają, by ich matka była dla nich kiedykolwiek tak dobra jak ja. Też odczuwam to wzruszenie. Dla mnie to piękny taniec duszy z duszą, ciała z ciałem – mówi Joanna Przybyła.

I dodaje, że ważny jest też moment, w którym schodzi się ze stołu do masażu. Warto zwrócić wtedy baczną uwagę na swoje kroki, bo w tym momencie wchodzi się w zupełnie nową przestrzeń swojego życia.

Joanna Przybyła, terapeutka holistyczna, praktyk i nauczycielka masażu lomi lomi nui. Specjalizuje się też w terapiach dźwiękiem. Więcej informacji na www.kalejdoskopth.pl.

  1. Seks

Zamieszanie wokół orgazmu – jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji?

Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Syzyfowa praca – takie odnosi się wrażenie, śledząc tytuły artykułów o orgazmach. Mężczyźni zagrzewani są do boju: „Podaruj jej wielki finał w 15 minut!”, a kobiety utwierdzane w nieustannym niespełnieniu: „Osiem powodów, dla których nie możesz mieć orgazmu”. I tak będzie już do końca świata?

Niedawno portal I Fucking Love Science przeanalizował tytuły czasopism w gazetach męskich i kobiecych. W tych pierwszych natknął się na: „Dziesięć lekcji o kobiecym orgazmie”; „Jak dać jej Wielki Koniec, na który zasługuje”; „Cztery zmysłowe sposoby na przyspieszenie jej orgazmu”; „Jak ją zadowolić, ale nie stracić całej nocy?”. – Tytuły tekstów do gazet dla mężczyzn są czysto zadaniowe: damy ci instrukcję, a ty podwijaj rękawy i bierz się do roboty. Z podobnym zadaniowym nastawieniem przychodzą do mnie mężczyźni. Mówią: „Proszę pana, mam 40 lat, jestem w stałym związku. Od kilku miesięcy (może kilku lat) mam zaburzenia erekcji. Tyle o mnie. Teraz zamieniam się w słuch, a pan doktor da mi instruktaż, jak mieć stalowy wzwód na zawołanie i jak doprowadzić partnerkę do zniewalających orgazmów. Proszę mówić” – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta z gabinetu CBTseksuolog.

Gazety kobiece mówią o orgazmie w zgoła innym tonie: „Osiem powodów, dla których nie jesteś w stanie osiągnąć orgazmu”; „Dziesięć faktów, których faceci nie rozumieją o orgazmie kobiecym”; „Sposoby na to, żeby osiągnąć orgazm razem”. – Tytuły dla kobiet są bardziej realne, nastawione na wsparcie. Opisują ogromne skomplikowanie kobiecej seksualności, dodają otuchy. Zachęcają do niezmuszania się, do dania sobie na spokojnie przestrzeni na seks, poznawania swoich stref erogennych. Motywują do niezniechęcania się w przypadku nikłych efektów – mówi Andrzej Gryżewski. Ale wnioski z analizy tych tytułów są jeszcze bardziej przewrotne:

Ona udaje – on myśli, że umie

Pod koniec 2017 r. roku zespół psychologów z Oakland University podał 63 (tak! tak!) przyczyny, dla których kobiety udają orgazm. Przypomnijmy, że David M. Buss, amerykański psycholog ewolucyjny, opisał 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. I tylko jeden z nich mówił o orgazmie. Naukowcy z Oakland posegregowali przyczyny fałszowania orgazmu na trzy grupy:

  1. Brak zainteresowania seksem (czyli „im szybciej mam orgazm, tym szybciej skończymy”);
  2. Wsparcie partnera („nie wychodzi mu, ale przynajmniej się stara”, również: „udaję orgazm, żeby utrzymać związek”),
  3. Manipulacja i oszustwo („świetnie udany orgazm za świetne futro” albo „czuję się niepewna, a udawanie orgazmu sprawia, że jest mi lepiej”).

286 kobiet, które naukowcy poprosili o pomoc, opowiedziało, jak często w życiu stosowały (stosują) określone strategie. Psychologowie nie mają, niestety, dobrych wiadomości. Udawanych orgazmów może być coraz więcej. Dlaczego? Z powodu coraz bardziej skomplikowanych relacji i kruchości związku. Niebagatelny jest także fakt, że coraz więcej par bezskutecznie stara się o dziecko: ich seks dawno temu przestał być spontaniczny i wypełniony orgazmami. Szacuje się, że połowa kobiet na pewnym etapie życia przez dłuższy czas udaje orgazmy. Co z mężczyzną, który myśli, że potrafi dać partnerce wielki finał, a w rzeczywistości tego nie umie? Najlepiej nie mówić mu o tym po dziesięciu latach związku. Dobrze jest zacząć od pierwszej randki. – Wygląda na to, że nijak nie możemy się dogadać. Kompletnie nie interesuje nas druga strona, tak jesteśmy skupieni na własnej perspektywie. Co z tego, że mężczyzna dowie się o technikach z poradnika, a kobieta ponarzeka, że jej partner nie potrafi jej doprowadzić do orgazmu. Co z tego, jeśli oni nawzajem sobie tego nie mówią? – pyta Anna Moderska, edukatorka seksualna, ekspert Tulipan.pl.

Co z męskim orgazmem?

Wyobraź sobie, że role się odwracają i czytasz w gazecie kobiecej: „Jak dać mu gigantyczny wzwód”? A w męskiej: „Dlaczego ona nie umie spowodować u ciebie orgazmu”. Czy ze wstrętem odłożysz instrukcje o gigantycznym wzwodzie? Z jakich przyczyn? Ponieważ orgazm męski jest w przekonaniu wielu kobiet prosty, łatwy, a seksualność facetów zwierzęca i niskich lotów. Anna Moderska: – Nasza wiedza o kobiecej seksualności i przyjemności (choćby czysto fizycznym jej aspekcie) jest mocno do tyłu. U mężczyzn z penisem na wierzchu wydaje się to oczywiste i łatwe od setek lat: dotykanie go powoduje wzwód i wytrysk z orgazmem. Z kobietami i ich schowaną łechtaczką sprawa wydaje się bardziej zawiła – odkrycia naukowe w tej dziedzinie to nowość – przez to sądzimy, że jest to kwestia skomplikowana. Poza tym postrzeganie męskiej przyjemności jest bardziej sprymitywizowane, choć zupełnie niesłusznie. Mężczyźni mogą mieć niesamowicie rozbudowane i zróżnicowane orgazmy. Tak jak kobiety, wszystko w rękach kochanki, warunków, w jakich uprawiają seks, i tego, co między nimi seksualnie się odbywa, a więc także komunikacji. Jakie są tego konsekwencje? – Statystyczne 34 procent mężczyzn w stałych związkach nie chce uprawiać seksu. Dlaczego? Bo czują, że muszą obsługiwać kobietę w seksie. Słyszę często całą sekslitanię zażaleń mężczyzn do ich partnerek. Mówią to z mieszanką wstydu i złości, bo nie za bardzo wiedzą, czy mają do tych uczuć prawo w sferze seksualnej. Bo podobno facet w seksie bierze wszystko jak leci. Nic bardziej mylnego – mówi Andrzej Gryżewski. Kobiety z kolei łapią się w pułapkę: „Nie mogę być ekspertem od męskiej seksualności, bo to by oznaczało, że jestem puszczalska”. – Kobiety przyuczane kilkusetletnią tradycją sądzą, że mają być skromne, czekać, aż je książę na białym koniu wybudzi pocałunkiem ze snu i wprowadzi w świat piękna i cudownej zmysłowej relacji – pokpiwa Anna Moderska.

Przyjemność jako straszak

Seksuologowie obserwują w gabinecie mężczyzn zalęknionych faktem, że nie dają partnerce orgazmu, że to oni są za niego w 101 proc. odpowiedzialni. – Mają przekonanie, że niedoprowadzenie kobiety do orgazmu skutkuje „byciem nikim” również i w innych sferach. Mówią: „Odkąd mam zaburzenia erekcji, zauważyłem, że coraz gorzej jeżdżę samochodem, gdy występuję na scenie, to już nie daję z siebie tyle energii, ile przed impotencją. To mi rujnuje życie” – opowiada Andrzej Gryżewski. – Kobiety są zniechęcone do seksu z partnerem, bo on się spina, jest sztuczny. Wiele kobiet dalej ma przekonanie, że mężczyzna jest „gospodarzem balu”, a ona jest księżniczką. Mężczyźni mają szereg zarzutów do kobiet: ona leży i pachnie, nie wydaje z siebie żadnego dźwięku, nie ruszy nawet powieką. Nie dzielą się z mężczyznami swoimi fantazjami seksualnymi, ciągle zwodzą, że powiedzą później, jutro, za miesiąc, jak nabiorą większego poczucia bezpieczeństwa...

Pokutuje stereotyp, że oni mają nie zawieść, mają obowiązek znać się na „tych sprawach” i wprowadzać kobietę w świat seksualności. Bo oni są bardziej doświadczeni. Czy tak jest? – Niekoniecznie, ale tego się oczekuje. Oczekują tego zarówno kobiety, jak i sami mężczyźni. Mężczyzna niewiedzący, jak postąpić, jest w powszechnym rozumieniu ostatnią fajtłapą, niedojdą. Przyznanie się do niewiedzy czy niekompetencji jest tragedią, do której ten za wszelką cenę nie chce dopuścić – mówi Anna Moderska. – Prawda jest taka, że mężczyźni powinni uczyć się, jak rozmawiać z partnerką o seksie i jak się od niej dowiedzieć, co jej sprawia największą przyjemność, a nie zakładać, że wiedzą, co jest dla niej najważniejsze. Kobiety lepiej wychodzą na uczeniu się własnej seksualności, mówieniu o niej bez wstydu i niezakładaniu, że mężczyzna, jak ten bohater romansu, doprowadzi ją do szaleństwa.

Ale zanim tak się stanie, wciąż nie ma jasności w temacie orgazmu.

Droga do rozkoszy okiem ekspertki

Jak podkreśla Anna Golan, seksuolożka: Mam wrażenie, że cytowane media odwołują się do naszych kompleksów i stereotypów na temat płci. Przekaz dla mężczyzny brzmi: kobiety oceniają twoją sprawność (oraz wielkość członka). Dla kobiet: powinnaś sprawić mu przyjemność swoim orgazmem. Można by tu dorzucić jeszcze wciąż, niestety, popularny pogląd, że orgazm osiągany w wyniku stosunku jest bardziej wartościowy niż ten osiągany poprzez stymulację łechtaczki. I tak obie płcie zamiast cieszyć się ze spotkania dręczą się myślami: „Jak wypadam?”. Jakie ma to skutki? Ludzie są nieszczęśliwi, nieautentyczni w swoich relacjach. Oczekujemy od mężczyzn bliskości, umiejętności wyrażania emocji i reagowania na nasze, jednocześnie bezlitośnie oceniamy ich w tej sferze życia, gdzie wszyscy jesteśmy najbardziej bezbronni. Z kolei młode kobiety, które dopiero zaczynają życie seksualne, już zaczynają się czuć mniej wartościowe, ponieważ nie osiągają orgazmu. Wymagają od siebie zbyt wiele. Z moich rozmów z kobietami jasno wynika, że seks oceniamy, biorąc pod uwagę jakość relacji, uwagę, jaką poświęca nam partner. To, że inspirujemy, ekscytujemy siebie nawzajem, jest ważniejsze w ocenie kobiet niż najbardziej wyszukane techniki oferowane przez mężczyznę, który nie wzbudza emocji. Kobietom doradzałabym samodzielne poznawanie swoich ciał, tak jak to robią mężczyźni! Dzielcie się tą wiedzą w sypialni, pokazujcie, kiedy kochanek rzeczywiście dostarcza wam rozkoszy. Często przeszkodą w osiągnięciu orgazmu jest presja na to, żeby go przeżyć.

  1. Psychologia

Znajdź swoje zen

Własna praktyka zen to może być rytuał parzenia ulubionego naparu, spacer, grzebanie w ziemi, medytacja, pieczenia chleba - coś co cię wyciszy, duchowo nakarmi, wypełni umysł i ciało poczuciem harmonii. (Fot. iStock)
Własna praktyka zen to może być rytuał parzenia ulubionego naparu, spacer, grzebanie w ziemi, medytacja, pieczenia chleba - coś co cię wyciszy, duchowo nakarmi, wypełni umysł i ciało poczuciem harmonii. (Fot. iStock)
Być może zabrzmi to jak paradoks, ale spokój wymaga wysiłku. Własna praktyka zen pomoże ci zapanować nad lękiem i rozpocząć życie w harmonii.

Zen dla każdego człowieka znaczy coś innego. Jedna z definicji stosowanych przez buddyjskich mnichów mówi, że zen to rygorystyczna praktyka medytacji, bycia obecnym mimo odczuwanego dyskomfortu oraz kultywowania głębokiej obecności i świadomości. Dla osób świeckich we współczesnym społeczeństwie zen może kojarzyć się z jogą, wizytą w spa albo podążaniem za chwilą, nawet jeśli jest ona stresująca. Dla kogoś, kto zmaga się z zaburzeniami lękowymi, zen często oznacza próbę stłumienia nieprzerwanego, negatywnego oddziaływania lęku.

Istotą zen w przypadku lęku jest utrzymanie wewnętrznej harmonii mimo trudności i rozterek. Kultywując poczucie harmonii, zostawiasz mniej miejsca dla obaw i niepokojów, które zaczynają się kurczyć, aż stają się małym punkcikiem w otoczeniu całkowitej ciszy.

Aby znaleźć swój osobisty stan zen i wypracować skuteczną praktykę obniżania lęku, musisz najpierw go zdefiniować. Czym jest dla ciebie wewnętrzna harmonia? Skąd będziesz wiedzieć, że ją osiągnąłeś? Jak zmieni się twoje życie, gdy twój wewnętrzny świat będzie wypełniony spokojem, a nie chaosem?

Gdy już lepiej zrozumiesz, co oznacza dla ciebie spokojne życie, kolejnym krokiem będzie obudzenie w sobie wewnętrznego mnicha. Ponieważ ludzki umysł zwykle jest daleki od spokoju, mnich zen pracuje nad osiągnięciem stanu wewnętrznej ciszy i uspokojenia. Czy jesteś gotowy do tego rodzaju pracy?

Stwórz własną praktykę zen, która pozwoli ci uciszyć lęk i wypełnić umysł i ciało poczuciem harmonii. Oto kilka podpowiedzi:

  • Wykorzystaj chwile oczekiwania, np. na światłach albo w długiej kolejce, do medytacji. Skup się na oddychaniu, wsłuchuj się w odgłos swojego oddechu i patrz, jak twoja klatka piersiowa unosi się i opada.
  • Kup małe akwarium i dodaj do codziennego grafiku rytuał polegający na cichym obserwowaniu ryb. Jeśli poczujesz przypływ lęku, przenieś uwagę na ryby.
  • Zajmij się pracami ogrodowymi. Bierz do rąk ziemię i przesypuj ją między palcami. Wdychaj zapach ziemi, trawy i słońca. Uśmiechaj się.
Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.