1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wychowanie - co zamiast dyscypliny? Rozmowa z Isabelle Filliozat, francuską psycholożką

Wychowanie - co zamiast dyscypliny? Rozmowa z Isabelle Filliozat, francuską psycholożką

Co zapewnia dziecku bezpieczeństwo? Przede wszystkim poczucie więzi z figurą znaczącą, czyli najczęściej z matką i ojcem, od których powinno słyszeć pozytywne komunikaty. (Fot. iStock)
Co zapewnia dziecku bezpieczeństwo? Przede wszystkim poczucie więzi z figurą znaczącą, czyli najczęściej z matką i ojcem, od których powinno słyszeć pozytywne komunikaty. (Fot. iStock)
Dawniej uważano, że trzeba od małego uczyć dziecko posłuszeństwa. Dzisiaj już wiemy, że trenowanie słuchania „nie” powinniśmy zastąpić uczeniem mówienia „nie” – mówi Isabelle Filliozat, psycholożka, autorka wielu książek, wydanych także w Polsce, m.in.: „Nie ma rodziców idealnych”. 

Coraz więcej słychać głosów, że do łask powinna powrócić dyscyplina, bo jej brakuje. Rzeczywiście, powszechnie uważa się, że teraz dyscyplina nie jest surowa, rodzice wierzą, że nie są autorytarni. Ale prawda jest taka, że są, tylko inaczej niż kiedyś – nie biją, ale zarzucają dzieci gadżetami, posyłają na wiele zajęć dodatkowych pozbawiając je czasu na zabawę. Problem jednak nie w autorytarnym, czy permisywnym wychowaniu, tylko w tym, że obydwa te style nie uwzględniają prawdziwych potrzeb dzieci. Bo co robi autorytarny rodzic, gdy dziecko jest niesforne? Zachowuje się tak, jak ktoś, komu kipi mleko, a on nakrywa garnek pokrywką. Dziecko ma się uspokoić, zamknąć, słuchać rodzica. Ale mleko cały czas kipi, garnek się przypala. A jak zachowują się permisywni rodzice? Dają się dziecku wyszaleć, wykrzyczeć, niech sobie mleko kipi. A co powinni zrobić?

Wyłączyć gaz. Oczywiście. Czyli – wyłączyć przyczynę takiego zachowania dziecka. Ale najpierw muszą zrozumieć, dlaczego dziecko rozrabia, dotrzeć do sedna potrzeby, jaka kryje się za jego zachowaniem i ją zaspokoić. Jestem zwolenniczką empatycznego podejścia do dziecka, wsłuchiwania się w jego emocje, uświadamiania sobie, co kryje się za zachowaniem malucha. Taki przykład: dziecko płacze, chce włączenia bajki. Mama może powiedzieć: „nie, wyczerpałeś swój limit” albo „no już dobrze, włączę ci, nie jęcz”. Obydwa podejścia są toksyczne. Mama powinna zobaczyć nie tylko to, że dziecko domaga się bajki, ale też, że jest zestresowane, zmęczone, że ma jakiś problem. I niekoniecznie włączać bajkę, tylko je przytulić, porozmawiać, pobawić się, pobiegać z nim. Czyli powinna zrozumieć, gdzie leży prawdziwy problem dziecka i spróbować go rozwiązać.

Ale dziecko musi też wiedzieć, że czegoś nie wolno, znać granice swojego postępowania. Zacznijmy od definicji  słowa granica. Uważa się powszechnie, że granice dają dziecku poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem naukowo dowiedziono, że to nieprawda. Każdy bowiem zakaz wywołuje w mózgu reakcję stresową, sprawia, że serce zaczyna mocniej bić, że wydziela się adrenalina, że jesteśmy zaniepokojeni. Tak działa ludzki mózg. A po drugie – zastanówmy się, co jest celem wyznaczania granic. Otóż tym celem jest posłuszeństwo. A powinna być odpowiedzialność. Jeśli zatem chcemy wychować posłuszne dziecko, a nie odpowiedzialne, no to stawiamy granice.

Jak wychować dziecko odpowiedzialne? Jakiś czas temu w restauracji obserwowałam rodzinę z kilkulatkiem. Dorośli pytali go o każdy szczegół: czy chce siedzieć tu, czy tam, w sweterku czy bez, dawali do wyboru dania z kilkustronicowego menu. Czy w ten sposób nauczą odpowiedzialności? Dawanie dzieciom zbyt dużego wyboru i pytanie ich o wszystko nie jest dobrym pomysłem, bo to wywołuje w nich niepokój, zagubienie, za bardzo je przytłacza. Rodzice popełniają jeszcze inny błąd – dogłębnie wszystko tłumaczą, tak do poziomu fizyki kwantowej niemalże. Tymczasem dziecko  potrzebuje, żeby mu tłumaczyć tyle, ile na danym etapie rozwoju jest w stanie zrozumieć. A wracając do granic - zamiast ich wyznaczania, powinniśmy dawać dzieciom informacje na temat świata, przedstawiać procedury postępowania. Chodzi o informację przekazaną w sposób pozytywny, bo co zapewnia dziecku bezpieczeństwo? Przede wszystkim poczucie więzi z figurą znaczącą, czyli najczęściej z matką i ojcem, od których powinno słyszeć pozytywne komunikaty. Dziecku potrzebna jest też wolność, zarówno w sensie prawa do decyzji, jak i ruchu. Oczywiście wolność powinna być progresywna, czyli zwiększać się wraz z rozwojem dziecka, być dostosowana do jego możliwości, mózgu, ciała. Małemu dziecku nie można pozwolić w restauracji wybierać spośród dużej liczby dań, ale też całkowicie zakazywać wyboru. Najlepiej poinformować, że może wybrać z dwóch propozycji. Nie mówimy zatem: „tylko nie wybieraj frytek”, ale powiedzmy: „masz do wyboru: „brukselkę albo fasolkę”. Nie zakazujemy: „nie wchodź na kanapę”, tylko wyjaśniamy: „na kanapie się siedzi”. Bo jeżeli czegoś zakazujemy to jednocześnie stwarzamy pokusę  zrobienia tego. Jeżeli natomiast informujemy, objaśniamy, to dziecko zazwyczaj  przyjmuje nasze tłumaczenia, bo dzieci dobrze się czują, gdy znają zasady. O tym, że takie wychowanie działa przekonałam się na własnej skórze, w mojej rodzinie nie było zakazów, a miałam troje rodzeństwa. Pozytywne przekazy sprawiają, że dziecko staje się odpowiedzialne i szanuje prawo.

Dziecko nas testuje, sprawdza. Co wtedy, gdy mimo naszego tłumaczenia, że kanapa służy do siedzenia, kilkulatek zacznie po niej skakać? To może znaczyć, że potrzebuje ruchu. A więc z uśmiechem na ustach, bez cienia złości bierzemy go na ręce, zdejmujemy z kanapy i mówimy: „Wychodzimy na dwór pobiegać”. Jeżeli nie możemy wyjść na dwór, skaczemy z nim na dywanie albo na skakance. Czyli – uwzględniamy potrzeby dziecka ukryte pod tym zachowaniem, pozwalamy mu wyrzucić z siebie nagromadzoną energię, niczego przy tym nie tłumaczymy, bo małe dziecko do końca tego nie rozumie. Jeżeli cały czas wraca do zachowania, które wie, że nie jest wskazane, bo zdefiniowaliśmy, że u nas kanapa służy do siedzenia, a nie do skakania, to znaczy, że jest jakiś problem w życiu dziecka. Siadamy wtedy z nim i w spokojny sposób rozmawiamy o tym, co w przedszkolu, czy w szkole, bo może jego zachowanie jest skutkiem innych problemów, których nie umie nazwać.

Obrazek znany wszystkim: Dwulatek tupie, rzuca się na podłogę, bo mama nie chce mu kupić misia w supermarkiecie. Po pierwsze – nie powinniśmy wybierać się z małym dzieckiem do supermarketu, bo tam jest za dużo bodźców – za silne światło, za dużo dźwięków. To dla dziecka sytuacja stresowa, jego mózg jest przemęczony. Gdy więc malec widzi misia, domaga się jego kupienia, bo wie, że miś uspokaja. Mama może powiedzieć: o faktycznie, jaki fajny misio, obejrzyjmy go. I przytulić malca, porozmawiać o misiu, czyli okazać dziecku swoje zainteresowanie, że jest dla niej ważny. A potem zaproponować: kupimy teraz pomarańcze. I pozwolić dziecku je wybrać. Chodzi o to, żeby skierować uwagę jego mózgu na konkret, co pozwoli mu zapomnieć o misiu, ale też o stresie. Jeżeli to nie pomaga i dziecko wpada w jeszcze większy kryzys, mama bierze je mocno na ręce, wychodzi ze sklepu, z uśmiechem, żeby pokazać ludziom, że wszystko ma pod kontrolą. Po czym przyklęka, sadza sobie dziecko na kolanie tak, żeby patrzyli w jednym kierunku, mocno je ściska chroniąc przed upadkiem, ale pozwala mu machać rękami i nogami, bo to pomaga dziecku rozładować energię. I czeka aż dziecko się uspokoi. Najważniejsze to nie złościć się, zachować spokój.

Strasznie trudne. To prawda, ale powinniśmy zrobić wszystko (liczyć, oddychać), żeby nie dać się ponieść nerwom. Nie możemy też twierdzić, że dziecko się złości i gniewa, bo to wcale nie jest gniew, tylko reakcja stresowa. Tymczasem rodzice mają  tendencję mówić: nie złość się, a to wcale nie jest ta emocja. 

Nigdy nie powinniśmy mówić „nie”? Wszystko zależy od celu, jaki nam przyświeca. Jeżeli chcemy pobudzić ciało migdałowate w mózgu dziecka, odpowiedzialne za reakcję stresową, co spowoduje, że w odpowiedzi na ten stres dziecko zaatakuje, ucieknie albo zostanie sparaliżowane ze strachu - no to mówimy „nie”. Ale to do niczego dobrego nie prowadzi. Jeżeli już chcemy powiedzieć „nie”, to z uśmiechem, a my zazwyczaj mówimy to z zagniewaną twarzą, ściągniętymi brwiami. Naukowo udowodniono, że już same ściągnięte brwi i zagniewana twarz, powodują spadek napięcia mięśni i reakcję stresową. Musimy uświadomić sobie jedno – współczesny  świat to nie jest świat przyjazny dziecku – bo pośpiech, dużo czasu spędzanego w zapuszkowanym samochodzie, zatrute powietrze, niezdrowa żywność. Mózg naszego dziecka, przypominający mózg człowieka pierwotnego, nie umie poradzić sobie z tymi wyzwaniami.

Ale jako dorosły musi żyć w takim świecie, w przyszłości wiele razy usłyszy „nie” i nie będzie na to przygotowane. Jeżeli chcemy, żeby było na to przygotowane, to musimy wyposażyć je w wystarczająco dużo pewności siebie. A poczucia pewności siebie uczymy przez budowanie więzi. Dawniej uważano, że trzeba ćwiczyć od małego w słuchaniu „nie”. To było świetne narzędzie w wychowaniu posłusznych bezkrytycznych żołnierzy. W obecnym świecie nie chcemy chyba, żeby nasze dziecko na wszystko potulnie się zgadzało, na przykład na propozycję wzięcia narkotyków, ale żeby było wolne, mówiło to, co myśli, mogło się realizować, być sobą, żeby było odpowiedzialne i miało siły do zmiany świata. Dlatego zamiast ćwiczyć dziecko w słuchaniu „nie”, powinniśmy nauczyć je mówienia „nie”.

Jak to robić? Trzeba zacząć od nauki radzenia sobie w sposób nieagresywny ze stresem, czyli pokazać dziecku, że w sytuacji kryzysowej powinno się zatrzymać, głęboko oddychać, a nie krzyczeć, bić, bo to tylko kryzys pogłębia.

Rodzice nie potrafią radzić sobie ze swoim stresem, jak więc mają uczyć tego dziecko?   Muszą robić dwie rzeczy na raz: radzić sobie ze swoim stresem i ze stresem dziecka. Nie wystarczy powiedzieć: jak się zdenerwujesz, policz do dziesięciu, trzeba to pokazać w praktyce. Gdy więc się zdenerwujemy, powiedzmy: ależ się zdenerwowałam, serce wali mi jak młot, mam ochotę kogoś uderzyć, ale tego nie zrobię, wykorzystam energię na to, żeby pooddychać, policzyć do dwudziestu, o już mi lepiej. Dziecko patrzy na nas i widzi jak sobie radzimy w takich sytuacjach. Bo nie chodzi o to, żeby być idealnym rodzicem, tylko, żeby cały czas dążyć do pogłębiania więzi z dzieckiem. 

Powinniśmy dać dzieciom większą wolność? Powinniśmy, ale jednocześnie musimy je nauczyć, jak mają sobie radzić we współczesnym świecie. To prawda, że rodzice są dzisiaj zbytnio na nich skupieni, powinni natomiast nie tylko się z nimi bawić, ale włączać je w swoje  życie, razem gotować obiad, wstawiać pranie, sprzątać. Nicole Guedeney, specjalistka od więzi, porównała rodziców do lotniskowca, a dziecko do samolotu, który zawsze może bezpiecznie wylądować, zatankować.

Może więc zamiast przywracać dyscyplinę warto uczyć samodyscypliny? Absolutnie tak. Walter Mischel przeprowadził w latach 50. słynne badanie, polegające na tym, że dawał dzieciom po cukierku mówiąc, że mogą zjeść teraz albo poczekać aż on wróci i wtedy dostaną jeszcze jednego. Dzieci do 3. roku życia nie są w stanie temu sprostać, zjadały więc od razu, ale niektóre w wieku 3 – 3,5 lat były w stanie cierpliwie poczekać.  Po kilkudziesięciu latach przebadano tych samych dorosłych. I co się okazało? Że dzieci, które poczekały na drugiego cukierka, miały potem szczęśliwsze małżeństwa, lepsze prace, jako dorośli statystycznie byli bardziej zadowoleni ze swojego życia. Wniosek? Trzeba uczyć dzieci znosić sytuacje frustrujące. A kiedy łatwiej takie stany znosić? Badania pokazały, że dzieci, które potrafiły oprzeć się pokusie zjedzenia cukierka, miały silne więzi ze swoimi rodzicami. Natomiast dzieci, które zjadały go natychmiast, były wychowane w autorytarnych rodzinach. Te same badania dowiodły, że kiedy pokaże się dzieciom techniki radzenia sobie ze stresem, to nawet dwulatek potrafi znieść trudną sytuację. Kiedy badanym dzieciom do 3 lat powiedziano: wyobraźcie sobie, że cukierek, który leży przed wami to tylko kłębek waty zamknięty w pudełku, to niektóre nie tknęły cukierka nawet przez 18 minut! Mamy troje dzieci, a jeden rower? Nie mówmy: „ nie teraz, czekaj na swoją kolej”, tylko „śpiewasz w głowie trzy piosenki i będziesz jeździł”. Czyli wiedząc, że małemu dziecku trudno skontrolować swój mózg, proponujemy technikę, która pomaga mu znieść frustrującą sytuację. Na tym polega nasza rola. Na empatycznemu rozumieniu dziecka, wyposażaniu go w narzędzia radzenia sobie w trudnych sytuacjach, uczeniu samodyscypliny, a nie musztrowaniu. A przede wszystkim – na budowaniu z nim mocnej więzi.

Isabelle Filliozat, francuska psycholożka, psychoterapeutka, autorka wielu bestsellerowych poradników dla rodziców, m.in.:„W sercu emocji dziecka”, „Próbowałam już wszystkiego”, „Moje dziecko doprowadza mnie do szału", „Nie ma rodziców doskonałych” (wszystkie wydane przez Wydawnictwo Esprit).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Książki dla dzieci – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

Na rynku mnóstwo jest książek dla dzieci. Co z tego wybrać? Zwłaszcza, że zbliża się pierwszy czerwca. Oto podpowiedź, co warto podarować czytelnikom najmniejszym i tym trochę bardziej wyrośniętym. Tytuły mądre, zabawne, pięknie wydane. Oczywiście Dzień dziecka to tylko pretekst, bo na dobre książki zawsze jest pora.

Wychodzimy do kolegi

Samo życie – chciałoby się skomentować, jeśli jest się dorosłym i przegląda się tę stworzoną ze sporą dawką humoru książeczkę. Także dla słuchających i oglądających „Zamek” kilkulatków perypetie głównego bohatera i jego mamy na pewno będą brzmieć i wyglądać znajomo. Narratorem jest tu mały chłopiec, który wybiera się na urodziny do kolegi. Już sama scena wybierania się to mistrzostwo świata, przemyślenia narratora, czesanie, ubieranie, szykowanie prezentu, czyli tytułowego zamku: zabawkowego w kolorze czerwonym. Chłopiec osobiście go dla kolegi wybrał, ale teraz sam chciałby go mieć, mimo że ma taki sam, tylko zielony. Wreszcie przyjęcie urodzinowe kolegi. Nie chcę za wiele zdradzać, ale założę się, że i te sceny coś wam będą przypominać. Styl ilustracji Szwedki Emmy Adbåge jest z jednej strony oszczędny, z drugiej – świetnie oddają one domowy rozgardiasz, nastroje i odczucia postaci. Są tu szczegóły, które docenicie i wy, i kilkuletni odbiorcy. Wiarygodny psychologicznie, zabawny. Świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, na przykład o emocjach. Taki jest „Zamek”.

„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki„Zamek”, tekst: Emma Adbåge, ilustracje: Emma Adbåge, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, wiek: 3+, Wydawnictwo Zakamarki

Na ratunek dziadkom i babciom

Ilustracje do „Dziadka Tomka” stworzył Czech Štěpán Zavřel – nieżyjący już niestety malarz, filmowiec, pomysłodawca Międzynarodowej Wystawy Ilustracji Książki Dziecięcej i założyciel Międzynarodowej Szkoły Ilustracji we włoskim Sàrmede. Można go rozpoznać po dynamicznej kresce i „gęstości” jego rysunków. Także ta zilustrowana przez niego historia jest wyjątkowa. Takiego dziadka jak dziadek Tomek chciałoby mieć chyba każde dziecko: umie robić zabawki z niczego i zawsze wymyśla nowe zabawy. Tymczasem pewnego dnia w telewizji burmistrz ogłasza komunikat: odtąd wszyscy seniorzy, dla ich własnego dobra, będą wysyłani do domu wesołej starości. Na ulicach pojawiają się „dziadkołapacze” i podczas kiedy dorośli z miasteczka oszukują się, że wszystko jest w porządku, dzieciaki w mig rozumieją, że nie jest i organizują brawurową akcję ratunkową. Zwariowane pościgi, machiny latające, a w komplecie genialny przekaz, że seniorów trzeba kochać, szanować i być po ich stronie. Po „Dziadka Tomka” na pewno warto sięgnąć, a przy okazji dodam, że słynące z pięknie wydanej literatury dziecięcej wydawnictwo Tatarak tuż przed Dniem Dziecka wypuszcza też jego niezwykły „Sen o Wenecji”.

„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak„Dziadek Tomek”, ilustracje: Štěpán Zavřel, tekst: Mafra Gagliardi, tłumaczenie: Ewa Nicewicz, wiek: 4+, Wydawnictwo Tatarak

Prezent od Einsteina

Przecież teorii względności nie da się wytłumaczyć dziesięciolatkowi! Nie da się? To druga z serii trzech książeczek, które wyjaśniają młodym czytelnikom zasady fizyki. Tym razem czytamy o takich między innymi zagadnieniach, jak czas i przestrzeń, jednostki i ich miary, prędkość światła. Jak dzieciom mówić na przykład o ujednoliconym systemie metrycznym? Można opisać i narysować średniowiecznych budowniczych, którzy wznoszą most nad rzeką. Umówili się, że most będzie miał 5 miar wysokości, budują po dwóch stronach rzeki, coraz bliżej siebie, problem w tym, że każdy z mistrzów budownictwa ma własną miarkę i kiedy w końcu dochodzi do spotkania, połowa gotowego mostu jest dużo wyższa od tej drugiej. Takie pomysłowe przykłady działają na wyobraźnię, podobnie jest z mnóstwem zawartych tu obrazków. „Teoria…” odczarowuje wiedzę, która dla uczniów trzeciej-czwartej klasy podstawówki jest podobno za trudna, można się przy okazji lektury dobrze bawić. Nie jestem pewna, czy przekona dzieciaki, które nie cierpią przedmiotów ścisłych, ale na pewno te fizyką i matematyką zainteresowane, będą miały z czytania przyjemność. Niejeden rodzic westchnie też pewnie na widok tej książki, szczerze żałując, że w wieku swojego dziecka nikt mu takiej nie sprawił.

„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada„Teoria względności i jej tajemnice”, ilustracje: Eduard Altarriba, tekst: Sheddad Kaid-Salah Ferron, tłumaczenie: Joanna Głębocka, wiek: 10+, Wydawnictwo Adamada

Nazywam się Ripley, Benjamin Ripley

Jak donoszą wydawcy literatury dziecięcej, chłopaki czytają w dzisiejszych czasach mniej niż dziewczyny. Wieść głosi również, że ta właśnie książkowa seria przyczyniła się do zmniejszenia tych dysproporcji, sprytnie wciągając 10-11-letnich chłopców w czytanie. Co, jak podkreśla sam autor, nie znaczy, że po „Szkołę szpiegów” nie sięgają czytelniczki.
To amerykański bestseller z listy New York Timesa. „W związku ze śledztwem toczącym się w sprawie operacji Przyczajony Borsuk, załączam zapis z trwającego łącznie 53 godziny przesłuchania pana Benjamina Ripleya, pseudonim Tajniak, lat 12, pierwszorocznego ucznia Akademii Szpiegostwa” – czytamy na samym początku książki w pełnym od czarnych skreśleń cenzora dokumencie wysłanym z biura CIA, prowadzącego tajną placówkę, która szkoli najzdolniejsze dzieciaki, przyszłych tajnych agentów. Główny bohater Benjamin niespodziewanie dostaje do owej placówki powołanie i od tego momentu zaczynają się jego niesamowite przygody. „Szkoła…” to połączenie Jamesa Bonda, Mission Impossible z Różową Panterą czy Jasiem Fasolą, jest tu wartka akcja i błyskotliwa zabawa konwencją. Uwaga: jeśli obdarowane „Szkołą szpiegów” dziecko wciągnie się na dobre, warto wiedzieć, że to dopiero początek przygody, bo cała seria liczy sumie 9 części: u nas ukazała się pierwsza, a na lipiec zaplanowano premierę drugiej.

„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora„Szkoła szpiegów”, tekst: Stuart Gibbs, tłumaczenie: Jarek Westermark, wiek: 9+, Wydawnictwo Agora

Borsucze opowieści

Temat ważny, autor ekspert, choć jeśli ktoś zna inne jego książki dla dzieci, wie, że będzie śmiesznie. A nierzadko bardzo śmiesznie. Tomasz Samojlik, biolog, popularyzator przyrody, a także rysownik i twórca komiksów („Tarmosię” zilustrowała akurat Ania Grzyb”), autor głośnej serii „Żubr Pompik”, komiksowej „Ryjówki przeznaczenia” czy „Norki zagłady”. Jeśli Samojlika nie znacie, a uśmiechacie się przeczytawszy te dwa ostatnie tytuły, to już wiecie, czego się po tym autorze spodziewać. Tym razem poznajemy rodzinę borsuków, same indywidua: tata, mama, przyszywany dziadek – każdy ma tu coś za uszami. A poznajemy tę oryginalną rodzinkę akurat wtedy, kiedy najmłodszą borsuczkę Tarmosię budzi z zimowego snu dziwny hałas. Na wiosnę sprawy jeszcze bardziej zaczynają się komplikować. Coś się w lesie dziwnego dzieje, tylko co? Do borsuków zaglądają, szukając schronienia, lisi imigranci z gromadką szczeniaków o wdzięcznych imionach Onomatopeja, Propedeutyka, Multiplikator i Horoskop („Mąż wybierał imiona” – wyjaśnia lisica, widząc zdziwienie Tarmosi). Bajka z pro ekologicznym morałem, w której autor przemyca sporo ciekawostek ze świata przyrody.

„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora„Tarmosia”, tekst: Tomasz Samojlik, ilustracje: Ania Grzyb, wiek: 6+, Wydawnictwo Agora

Mieszkańcy spod podłogi

Tym razem książka nie do czytania, a do słuchania. Klasyka literatury dziecięcej, słynna seria o Pożyczalskich, na której wychowało się już kilka pokoleń. Opowieść o maleńkiej rodzinie mieszkającej pod podłogą, w domu własnoręcznie wybudowanym i wyposażonym w przedmioty, które „pożyczyli” od pełnowymiarowych domowników. Dzięki tym bohaterom stworzonym na początku lat 50. XX wieku przez Mary Norton wiele z nas nadal łapie się na tym, że kiedy zniknie nam spinka, szpilka, naparstek, kartka z papeterii, chusteczka czy mydelniczka, odruchowo myślimy, że stoją za tym oni. Kartka posłużyła im za tapetę, mydelniczka za wannę, z okruszka chleba nastoletnia Arietta zrobiła sobie kanapkę. Czas zarazić tą genialną historią kolejne pokolenia. I właśnie jest okazja: w nowym tłumaczeniu „Pożyczalskich” czyta Edyta Jungowska. Aktorka od lat nagrywa i produkuje doskonałe słuchowiska dla dzieci, na czele z „Dziećmi z Bullerbyn”, bezsprzecznie najbardziej popularnym dziecięcym audiobookiem w naszym kraju. Pierwsza i druga część z pięciotomowego cyklu Mary Norton o losach maleńkiej rodziny, wydawnictwo miłe nie tylko dla ucha, ale i oka, bo wzbogacone o ilustracje Emilii Dziubak już są dostępne. Wkrótce kolejne.

„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska„Pożyczalscy”, tekst: Mary Norton, tłumaczenie: Maciejka Mazan, czyta: Edyta Jungowska, ilustracje: Emilia Dziubak, wiek: 5+, Wydawnictwo Jungoffska

Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham

To z wszystkich dotąd poleconych propozycja dla najmłodszych dzieci, bo już dwulatków. Napisana przez Trish Cooke, Brytyjkę z afrykańsko-karaibskimi korzeniami, osobowość telewizyjną, scenarzystkę, autorek sztuk i właśnie książeczek dla dzieci. Super, że ukazała się w Polsce, bo też mało się u nas wydaje pozycji dla dzieci, gdzie postaci miały by inny niż biały kolor skóry. Ale przede wszystkim to historia świetnie pomyślana i skonstruowana, w sam raz dla bardzo małych odbiorców. Jest tu motyw i rytm, który maluchy uwielbiają, co chwila w opowieści pojawia się ktoś nowy – dzwoni dzwonek i ten ktoś pojawia się w drzwiach. A kuku! Wujek, ciocia, babcia, kuzyni. Mamy więc element zaskoczenia, krótkie zdania, z których jedno za każdym razem się powtarza: to tytułowe „najmocniej na świecie”. Dom wypełnia się krewnymi, wesołymi, głośnymi i każdy przytula, każdy bierze na ręce, tańczy i śmieje się do dziecka, wokół którego wszystko to się toczy, dziecka uwielbianego, całowanego, kochanego „najmocniej na świecie”. Czyta się to maluchowi doskonale, a i samemu korzysta się z dobrodziejstw tej ogromnej zawartej w książeczce dawki radości i miłości.

„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry„Najmocniej na świecie!”, ilustracje: Helen Oxembury, tekst: Trish Cooke, tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska, wiek: 2+, Wydawnictwo Dwie Siostry

  1. Psychologia

10 strategii dla wypalonych rodziców

Zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. (Fot. iStock)
Zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. (Fot. iStock)
Bycie wypalonym rodzicem nie jest ani niczym rzadkim ani wstydliwym. Zdarza się i co najważniejsze można sobie z nim poradzić.

 

Źródło: Studio Psychologiczne Joanna Węglarz w ramach kampanii „Szkoła-od-nowa”

Roczna izolacja społeczna odbiła się na stanie psychicznym wszystkich. Ta trudna sytuacja szczególnie dotyka rodziców, którzy łącząc zdalną pracę zawodową z całodzienną opieką nad dziećmi i edukacją online - czują się wypaleni, przemęczeni i zrezygnowani. Jak temu zaradzić?

Nie ma jednego uniwersalnego schematu działania przy wypaleniu rodzicielskim, Bo co działa na jedną osobę, wcale nie musi być skuteczne dla drugiej. Czasem potrzeba zwrócić się o profesjonalną pomoc psychoterapeuty w innych sytuacjach wystarczy zadbać o siebie i zmienić destrukcyjne nawyki na nowe bardziej konstruktywne. Najważniejsze by w tym wypalaniu nie być samemu i by szukać wsparcia u innych ludzi.

  1. Zaakceptuj swoje uczucia i przestań się ich wstydzić - pamiętaj że masz prawo zarówno do radości jak i do złości, smutku, irytacji czy lęku. Możesz również mieć dość i marzyć o bezludnej wyspie. Wszystko co czujesz jest całkowicie naturalne i normalne.
  2. Zadbaj o swoje poczucie bezpieczeństwa i nie bój się prosić o pomoc – czasem potrzeba tu profesjonalnego wsparcia terapeuty, bywa również, że możesz zwrócić się do swoich bliskich lub wprost przeciwnie poszukać takich aktywności, wykonywanych w samotności, które pomogą Ci odzyskać spokój.
  3. Dbaj o zdrowy balans pomiędzy pracą i życiem rodzinnym – nie jest prawdą to w co wierzą niektórzy pracoholicy, że jeśli lubi się pracę to można skupiać się na niej przez większość czasu. Przesada raczej zawsze bywa zgubna, dlatego istotne jest by we wszystkim co robimy szukać umiaru.
  4. Naucz się odpuszczać - wybierz 1 dzień w tygodniu w którym pozwolisz na urlop od niektórych obowiązków. Warto czasem zjeść kanapki, mrożone pierogi czy zamówioną na wynos pizzę i spędzić miło dzień, niekiedy można odpuścić sprzątanie i poczytać książkę. Pamiętajmy, że to właśnie potrzeba perfekcjonizmu i krytyczne ocenianie samego siebie powoduje, że nie będziemy się wypalać.
  5. Pamiętaj o zdrowym egoizmie - zadbaj o to by mieć 15-30 minut dla siebie każdego dnia, ważne aby nauczyć rodzinę, że Twój czas dla siebie jest święty, no i przede wszystkim by nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
  6. Śmiej się i szukaj tego co daje ci radość - tego akurat najlepiej się uczyć od dzieci, które potrafią cieszyć się i śmiać z drobiazgów. Czy wiesz, że przedszkolak potrafi śmiać się nawet 300 razy na dzień? Może warto się tym zainspirować.
  7. Praktykuj wdzięczność - postaraj się każdego dnia znaleźć choć jedną rzecz, za którą możesz być wdzięczna/y. Warto uczyć takiego rytuału swoją rodzinę, szukać wspólnie tego dobrego co każdy z domowników doświadczył. Pamiętaj, że gdy zaczniesz skupiać się na pozytywach, Twój mózg zacznie je wychwytywać i zauważać.
  8. Stosuj metody relaksacyjne - warto zacząć od pogłębionego oddychania, pamiętając o tym by wdech i wydech robić nosem oraz starać się aktywizować przeponę. Drugą grupą technik, która może dać nam doskonałe efekty jest mindfulness czyli uważność – to pełna obecność czyli skupienie się na doświadczaniu chwili obecnej. Należy jednak pamiętać, że stosowanie metod relaksacyjnych to rodzaj nawyku, który warto pielęgnować bo to by uczyć swój organizm stanu odprężenia.
  9. Pielęgnuj swoje hobby – niestety wiele osób dorosłych nie ma hobby ponieważ praca i obowiązki domowe wypełniają ich kalendarz po brzegi. Ważne jest jednak aby mieć sposoby na relaks i spędzanie czasu wolnego. Idealnie jeśli uda się coś zrobić całą rodziną oraz by znaleźć coś co będzie przyjemne dla wszystkich domowników. Czasem dobrym pomysłem będzie rodzinny seans filmowy z popcornem, kiedy indziej wspólne gotowanie czy pieczenie, można również urządzić sobie szalone tańce do muzyki lub wybrać się do lasu na wyprawę w poszukiwaniu oznak wiosny.
  10. Pamiętaj, że nie musisz być idealnym rodzicem – dziecko potrzebuje nie rodzica, który nigdy się nie myli i jest niedoścignionym wzorem, ale opiekuna z krwi i kości, który popełnia błędy, bywa zmęczony i nie zawsze radzi sobie z emocjami, ale jest sobą dzięki czemu pokazuje jak akceptować siebie samego. Pamiętaj, że superbohaterowie najlepiej sprawdzają się w filmach czy w komiksach, w życiu lepiej radzą sobie niedoskonali i zwyczajni ludzie.

Czym jest wypalenie rodzicielskie?

Wypalenie zawodowe to termin dość powszechnie znany, nie wszyscy jednak wiedzą, że zjawisko wypalenia rodzicielskiego będzie miało analogiczny mechanizm oraz skutki. Wypalenie jest ściśle powiązane z przewlekłym stresem oraz sytuacją gdy sił i zasobów jest mniej niż potrzeb. Szczególnie to widać podczas pandemii, gdyż rodzice, pozbawieni pomocy dziadków, niań i szkoły, sami muszą dźwigać ciężar opieki nad dziećmi. Do tego dochodzi jeszcze własna praca zdalna, brak poczucia bezpieczeństwa finansowego i zdrowotnego, utrata lub ograniczenie możliwości rozwoju osobistego, a także izolacja społeczna.

Objawy wypalenia rodzicielskiego

Wypalenie rodzicielskie będzie odnosiło się do trzech obszarów

Sfery fizycznej – wypalenie i związany z nim przewlekły stres skutkować będą przemęczeniem i wyczerpaniem psychofizycznym. Sytuację pogarsza fakt, że w takiej sytuacji bardzo trudno się zregenerować i wypocząć. Powoduje to przewlekły stan braku energii i przytłoczenia obowiązkami. Z czasem, jeśli sytuacja się utrzymuje mogą pojawiać się kolejne objawy takie jak zaburzenia snu czy problem z apetytem, może pogorszyć się stan zdrowia w związku z obniżoną odpornością.

Sfery myślenia – pojawia się poczucie nieefektywności, braku bycia skutecznym i efektywnym rodzicem, uruchamiają się destrukcyjne skrypty poznawcze, które sprawiają, że rodzic zaczyna coraz negatywnie myśleć o sobie i o swoich kompetencjach rodzicielskich. Z czasem, jeśli sytuacja się pogłębia, rodzic ma coraz mniej zaufania do siebie i coraz krytyczniej myśli o sobie.

Sfery emocji – często rozpoczyna się od wzmożonej drażliwości i pobudliwości, którą odczuwamy z błahych powodów oraz sytuacjach, które wcześniej nie rodziły takich uczuć. Z czasem, jeśli sytuacja się pogłębia może pojawić się dystans emocjonalny w stosunku do dziecka, partnera a czasem i innych osób. Może pojawiać się silna potrzeba by zamknąć się w sobie i odizolować emocjonalne od bliskich. Niestety z tym wiąże się również błędne koło poczucia winy. Wypalony rodzic, u którego pojawiają się trudne emocje, czuje się winny ponieważ uważa, że pewnych rzeczy nie powinien czuć. To z kolei znów nasila wypalenie i koło się zamyka.

Skąd bierze się wypalenie rodzicielskie?

W marcu 2020 zakończono ponad dwuletni projekt badawczy, w którym zebrano dane od ponad 17 tysięcy rodziców (głownie mam). Wyniki były jednoznaczne: kraje zachowanie oraz rodziny mające mało dzieci są najsilniej dotknięte problemem wypalenia rodzicielskiego. Niestety kultura indywidualizmu i perfekcjonizmu oraz osłabienie więzi społecznych może nasilać to zjawisko. Niestety badania pokazały, że Polska i Stany Zjednoczone to kraje, w których odsetek wypalonych rodziców jest najwyższy i oszacowano go na 8%. Pandemia i związany z nią stres bez wątpienia zwielokrotniły te dane.

Joanna Węglarz, jestem psychologiem, specjalistą psychologii klinicznej, trenerem i wykładowcą akademickim oraz dyrektorem Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli Studio Psychologiczne.Joanna Węglarz, jestem psychologiem, specjalistą psychologii klinicznej, trenerem i wykładowcą akademickim oraz dyrektorem Niepublicznej Placówki Doskonalenia Nauczycieli Studio Psychologiczne.

  1. Zwierciadło poleca

Odbudować relacje społeczne - rusza kampania „Szkoła-od-nowa”

Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Za prawdziwymi kontaktami z równieśnikami młodzież w pandemii tęskniła najbardziej. (Fot. iStock)
Wraz z powrotem uczniów do szkół rusza ogólnopolska kampania społeczna „Szkoła-od-nowa”. Jej celem jest ułatwienie dzieciom i młodzieży funkcjonowania w szkole po roku przymusowej nauki zdalnej, pomoc w naprawie relacji społecznych i powrocie do zdrowia psychicznego.

Nie ma dla nas dorosłych teraz nic ważniejszego niż pomoc dzieciom i młodzieży w powrocie do równowagi psychicznej – mówi Joanna Węglarz, psycholog i pomysłodawczyni kampanii „Szkoła-od-nowa”. - Szkoła po pandemii będzie inna, ponieważ COVID-19 nieodwracalnie zmienił świat, w którym żyjemy. Nauczyciele i uczniowie muszą się dostosować do nowej szkoły, by była miejscem, które uczy i rozwija społecznie. Dlatego kilkunastu ekspertów w zakresie psychologii, pedagogiki, zdrowia psychicznego, terapeutów i wykładowców akademickich zaangażowało się w kampanię społeczną „Szkoła-od-nowa”, by dzielić się swą wiedzą z nauczycielami i rodzicami. - dodaje ekspertka.

Celem kampanii społecznej „Szkoła-od-nowa” jest zwrócenie uwagi, jak ważna jest kwestia zdrowia psychicznego oraz rozwoju społeczno-emocjonalnego dzieci i młodzieży - bycia w grupie, kontaktów z rówieśnikami i współpracy, a także podjęcie działań, które pomogą uczniom wrócić do szkoły stacjonarnej po roku przymusowej edukacji zdalnej - Rozwój umiejętności społecznych dzieci i młodzieży w czasie pandemii został zaburzony, u niektórych opóźniony albo wręcz wstrzymany. Konsekwencje tego zobaczymy tak naprawdę dopiero za kilka lat. Rzeczywistość w dalszym ciągu jest mało przewidywalna i mało optymistyczna, dlatego tak ważne jest, byśmy umieli pomóc dzieciom i młodzieży powrócić do życia w społeczeństwie i zaspokoić ich podstawowe potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i samorealizacji, bo one w głównej mierze wpływają na prawidłowy rozwój i zdrowie psychiczne – dodaje Joanna Węglarz.

W ramach kampanii, na stronie szkola-od-nowa.pl są udostępniane bezpłatnie dla wszystkich nauczycieli, rodziców, dzieci i młodzieży m.in.:

  • nagrania wideo ekspertów dotyczące tego jak przygotować się do nauki stacjonarnej w sytuacji pandemicznej;
  • materiał na temat technik relaksacyjnych na godzinie wychowawczej;
  • scenariusze godziny wychowawczej dla szkół podstawowych, średnich oraz szkół specjalnych i oddziałów integracyjnych;
  • ebook dla nauczycieli „Jak wspierać rozwój społeczno-emocjonalny uczniów?”;
  • ebook dla rodziców „10 strategii dla wypalonych rodziców”;
  • wyniki badań na temat wpływu pandemii i nauki zdalnej na dobrostan uczniów i nauczycieli;

Badania* pokazują, że dzieci i młodzież są w złej kondycji psychicznej. Rok izolacji społecznej spowodował, że prawie 100 proc. uczniów ma problemy ze snem, blisko 80 proc. z odżywianiem, 70 proc. ma wahania nastroju, a ok. 40 proc. problemy z koncentracją. U 10% zaobserwowano symptomy depresyjne, a u 18 proc. zaburzenia psychosomatyczne (bóle głowy, brzucha, brak energii i zdenerwowanie). 60 proc. uczniów źle ocenia naukę umiejętności praktycznych podczas nauczania zdalnego, a 70 proc. mówi o pogorszeniu relacji społecznych z rówieśnikami. Ponad połowa przyznała, że czuje się przeładowana otrzymywanymi treściami, a aż 66 proc. korzysta z urządzeń elektronicznych przed pójściem spać.

*Badanie realizowane w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych w Polsce, w okresie od  12 maja do 12 czerwca 2020 r, w trzech grupach składających się z uczniów, nauczycieli i rodziców (łącznie ok. 3000 osób), oraz badanie pod patronatem Rzecznika Praw Dziecka przeprowadzone metodą CAWI na panelu internetowym w dniach 25-28 grudnia 2020 roku na reprezentatywnej grupie ponad 2000 uczniów wieku 15-18 lat oraz rodziców posiadających dzieci w tym wieku.

Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.Joanna Węglarz - psycholog, specjalista psychologii klinicznej, wykładowca akademicki, trener i terapeuta EMDR, posiada ponad 17 lat doświadczenia w pracy z dziećmi, młodzieżą i osobami dorosłymi.

  1. Zdrowie

Naturalne nie znaczy łatwe

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację. (Fot. iStock)
Dzisiaj nikt nie kwestionuje naukowych argumentów przekonujących, że najlepszym pokarmem dla dziecka jest mleko matki. Nadal jednak pokutuje na ten temat wiele mitów i przekłamań.

W różnego rodzaju badaniach, między innymi przeprowadzonym przez Kantar w 2015 roku wynika, że ponad 90 procent kobiet w ciąży deklaruje chęć karmienia piersią. Przyszłe mamy na ogół doskonale znają zalecenia Światowej Organizacji zdrowia (WHO) i Amerykańskiej Akademii Pediatrii, które mówią: karmimy wyłącznie piersią przez pierwsze 6 miesięcy życia dziecka, potem kontynuujemy ten sposób odżywiania tak długo, jak możemy i chcemy. Od 6. miesiąca życia wprowadzamy też inne pokarmy, ale mleko matki (bądź modyfikowane) jest podstawą żywienia do 12. miesiąca życia. Po tym okresie  karmienie mlekiem matki jest zalecane ze względów innych niż tylko żywieniowe - zawiera wiele elementów potrzebnych dla zdrowia i rozwoju dziecka, wspiera jego odporność, rozwój mózgu, zapewnia bliskość, poczucie bezpieczeństwa i komfort, zmniejsza ryzyko SIDS, otyłości i wystąpienia cukrzycy typu 2. Przy czym, jak zauważa Aneta Korcz, doradczyni karmienia noworodków, pielęgniarka w Royal Berkshire Hospital w Reading, karmienie ma także korzyści zdrowotne dla mam: wspomaga zwijanie macicy do jej wielkości sprzed ciąży, może zmniejszyć krwawienie, obniża ryzyko wystąpienia osteoporozy, raka jajnika - im dłużej karmimy piersią, tym mniejsze ryzyko.

Większość przyszłych matek ma tego świadomość. Zamierzają karmić piersią także dlatego, że to wydaje im się po prostu wygodne. Dlaczego zatem nie wszystkie z tych, które deklarują chęć karmienia piersią, potem to robią?

Fabryka mleka

Marta Moeglich - promotorka karmienia piersią i doula, współtwórczyni przestrzeni wsparcia dla mam „Babki z piersiami” - widzi dwa obszary przyczyn, o które jej zdaniem trzeba zadbać. Pierwszy to edukacja na temat laktacji.

- Bardzo często kobiety, które mają rodzić, nie wiedzą jak działa laktacja. Przy czym chcę wyraźnie zaznaczyć, że to nie ich wina, tylko braku edukacji na ten temat na lekcjach biologii, przez lekarzy prowadzących kobietę w ciąży. Wiele kobiet ma w głowie wizję, że wystarczy przystawić dziecko do piersi i od razu poleją się hektolitry białego płynu. A tak nie jest. Białe mleko pojawia się dopiero po kilku dniach, na początku jest siara. Też bardzo wartościowa! Nawet jeżeli więc kobieta w ogóle nie zamierza karmić piersią, to warto podać dziecku siarę, bo to działa jak pierwsza szczepionka. Można ją zebrać jeszcze przed porodem.

Ekspertki od karmienia zgodnie podkreślają, że niewiedza na temat laktacji to jedna z głównych przyczyn problemów z karmieniem piersią. Część matek po prostu nie ma świadomości, że tuż po porodzie mleko może się nie pojawić (a pojawia się siara, w drobnych kropelkach) i że to jest normalne. Mama, która tego nie wie, myśli: nie mam mleka, więc podam mieszankę. A jak podaje mieszankę to nie rozkręca laktacji. A jak nie rozkręca laktacji, to mleko rzeczywiście się nie pojawia. I tak powstaje błędne koło, w które wpada część młodych mam.

Marta Moeglich: - Warto wiedzieć, że mleko powstaje wtedy, gdy dziecko jest przystawiane do piersi na żądanie albo gdy laktacja rozkręcana jest laktatorem (choć ten zawsze będzie działał gorzej niż dziecko, bo jest maszyną, do której nic nie czujemy i nie produkuje śliny). Wtedy przysadka mózgowa dostaje informację o zapotrzebowaniu na mleko, przekazuje ją do piersi, które to mleko produkują. Nie ma tak, że dziecka się nie przystawia albo nie pobudza się piersi laktatorem, a mleko się pojawia. Tak, niestety, nie będzie.

Promotorki karmienia walczą z nadal dość powszechnymi praktykami podawania sztucznych mieszanek w szpitalach. Z rozpędu, bo tak jest wygodnie. Efekt takich praktyk jest niestety taki, że dziecko najedzone mieszanką, niechętnie ssie pierś. A niestymulowana pierś nie produkuje mleka. Promotorki porównują ten proces do produkcji w fabryce. Jeśli fabryka dostanie małe zamówienie, produkuje mniej, jeśli duże – więcej.

- Kiedy pojawia się problem i matka nie może karmić, bo tak też się zdarza, to zamiast butelki warto próbować podawać mleko matki na małym palcu, łyżeczką albo kubeczkiem – podpowiada Marta Moeglich. - Te sposoby mniej zaburzają odruch ssania niż butelka, która powinna być podawana w ostateczności. Przy czym warto zaznaczyć, że są sytuacje, kiedy butelka się sprawdza, na przykład w przypadku słabego odruchu ssania.

Lekarze zwracają uwagę, że niemowlę może nie chcieć ssać z wielu przyczyn, innych na każdym etapie karmienia. Na przykład z powodu nieprawidłowej techniki podawania piersi, bólu wywołanego pleśniawkami, ząbkowaniem, dlatego, że mleko wypływa za szybko lub nie wypływa w ogóle. Przeszkadzać może maluchowi nawet silny zapach perfum mamy. Może odmawiać ssania także z powodów medycznych, na przykład dlatego, że jest ospałe pod wpływem leków podanych w czasie porodu.

Cenna pomoc 

Marta Moeglich zwraca uwagę na inny powód niechęci do ssania – za krótkie wędzidełko (czyli błonka pod językiem). - Doświadczona certyfikowana doradczyni laktacyjna potrafi ocenić wędzidełko. Niestety, czasami jednak upływa dużo czasu zanim zostanie postawiona prawidłowa diagnoza. I teraz wyobraźmy sobie, że noworodek z za krótkim wędzidełkiem dostaje mieszankę. To nie rozwiązuje ani obecnego problemu ze ssaniem, ani przyszłego z mówieniem, bo wędzidełko wpływa na pracę języka. Podcięcie wędzidełka nie rozwiąże problemu jeśli technika przystawiania jest nieprawidłowa. Nie każda mama, zwłaszcza po trudnym porodzie, potrafi ocenić swoją sytuację. Dlatego tak ważna jest pomoc ekspertek laktacyjnych, które ocenią problem i doradzą, co z nim dalej robić. Chodzi o zdrowie dziecka, ale także o to, by nie zaburzyć odruchu ssania. Na oddziałach położniczych jest jednak wiele pacjentek, a doradczyni jedna, w dodatku ma określony czas pracy.

Gdy pojawia się problem z karmieniem, w głowach, nie tylko mam, ale także ludzi wokół niej, pojawia się butelka - cudowne rozwiązanie na wszystko: płacz niemowlęcia, spadek na wadze, budzenie się nocy.

- Sztuczna mieszanka została stworzona po to, żeby ratować zdrowie i życie niemowląt. To jedyna jej rola – przypomina Marta Moeglich. – Ale przez działania promocyjne producentów mieszanek, które sięgają lat 70., stała się lekiem na wszystkie problemy z karmieniem. Bywa używana nie zawsze wtedy, gdy trzeba, czyli kiedy jest niezbędna do ratowania życia dziecka. To trochę tak, jakby stosować antybiotyk zanim poda się lżejsze leki, tak na wszelki wypadek.

Promotorka karmienia uważa, że mieszanka powinna być traktowana jak lek i jeśli jest podana w szpitalu - być uwzględniana w karcie medycznej dziecka. Z wyjaśnieniem przyczyn jej zastosowania. Czyli, że na przykład dziecko dostało butelkę dlatego, że spadło na wadze powyżej 10 procent wagi urodzeniowej. Ale nawet wtedy można dokarmiać odciągniętym mlekiem matki (wcześniaki  mlekiem z Banku Mleka - dopóki mama nie rozkręci laktacji), a dopiero potem mieszanką. Ta nie powinna być pierwszym wyborem, ale najczęściej niestety jest.

Ważna umiejętność

Promotorki karmienia obalają kolejny mit, jakoby dziecko karmione mieszanką lepiej spało, natomiast karmione piersią częściej się budziło: - Budzenie się noworodków w nocy jest fizjologiczną normą – mówi Marta Moeglich. - Zdarzają się oczywiście noworodki przesypiające całą noc, ale rzadko, większość budzi się kilkakrotnie i to normalne. Mama myśli, że skoro się budzi, a dziecko karmione mieszanką – jak słyszała – przesypia całą noc, to może powinna dokarmiać. To błąd. Bo mleko modyfikowane jest cięższe, dziecko czuje się po nim trochę tak, jak dorośli po zjedzeniu porcji kaczki z kluskami i kapustą. Czyli sennie, ospale. Natomiast mleko matki jest jak lekkostrawna sałatka, która nie obciąża.

Aneta Korcz: - To noworodek, który nie budzi się na karmienia powinien zwrócić naszą uwagę. Dziecko po urodzeniu nie ma uregulowanego trybu snu, nie rozpoznaje dnia i nocy jak dorosły, zatem u noworodków ważne są karmienia na żądanie, ale nie rzadziej niż 7-8 razy na dobę. Głód na ogół nie jest przyczyną budzenia się w nocy dziecka w wieku poniemowlecym, natomiast  noworodki i niemowlęta budzą się głównie dlatego, że są głodne. O wszystkich niepokojach warto porozmawiać ze specjalistą.

Nie do końca da się obronić kolejny sąd, że wiele kobiet nie ma pokarmu. Może to być spowodowane na przykład działaniem niektórych leków albo schorzeń, jak zespołu policystycznych jajnikow, bądź niedorozwojem tkanki gruczołowej. Ale to bardzo rzadka przyczyna, ma ją co najwyżej 4 procent kobiet w wieku rozrodczym.

Aneta Korcz: - Jeśli piersi są odpowiednio stymulowane to pokarm zazwyczaj się pojawia. A to, że nie ma go w pierwszej dobie po porodzie (lub dłużej jeśli nie ma stymulacji) jest dość częste i fizjologiczne. Mało mówi się o możliwości stymulacji piersi i odciąganiu siary przed porodem, a  to bardzo wartościowa umiejętność. Można, powiedzieć, że dzięki temu, zaczynamy rozkręcać laktację, aby po przyjściu na świat dziecko miało łatwiej. W dodatku, jeżeli mamie uda się zebrać nawet kilka mililitrów do strzykawki, a z przyczyn medycznych nie będzie mogła być z dzieckiem, to ten pokarm zostanie mu podany. Często kobieta po porodzie, jeśli jest rozdzielona z dzieckiem, w ramach wsparcia dostaje laktator. A w pierwszych dwóch dobach laktator zazwyczaj nie ma sensu. Ważna jest regularna, imitująca karmienia, stymulacja własną ręką, zbieranie kropelek. Żaden laktator nie zbierze tyle mleka co dziecko. Jest to szczególnie istotne, u mam wcześniaków, które, jeśli są rozdzielone z dzieckiem, poddają się nie widząc efektów używania laktatora w pierwszych dobach.

Doradczynie laktacyjne powtarzają do znudzenia: żeby matki karmiły piersią, trzeba kłaść większy nacisk na edukację na temat tego, jak przebiega laktacja, jak ją stymulować, jak ważne jest kangurowanie, kontakt skóra do skóry. W tym obszarze w dalszym ciągu jest wiele do zrobienia. Także w szpitalach.

- Wiele z nich ma status Szpitala Przyjaznego Dziecku, co bardzo mnie cieszy, ale nie wszędzie ten tytuł jest w pełni rozumiany, a wartości tej inicjatywy –przestrzegane – uważa Aneta Korcz.

Szpital powinien móc umożliwić mamie karmienie dziecka nie tylko wtedy, gdy znajduje się ona na oddziale położniczym, ale i na innych, oczywiście gdy jej stan zdrowia na to pozwala. Powinna mieć możliwość częstego przychodzenia do dziecka na oddział noworodkowy, mieć dostęp do laktatora jeśli sama trafia na oddział. Wiedzę, o której mówimy, powinny posiadać, a przynajmniej mieć spisane odnośniki i stosować je w praktyce, wszystkie osoby sprawujące profesjonalna opiekę nad matka i dzieckiem, ale czasami wystarczy po prostu ludzka troska.

Marta Moeglich: - Drugim obszarem, który powinien być lepiej zaopiekowany, nawet nie wiem, czy nie ważniejszym od edukacji, jest siatka wsparcia dla kobiet. Mam na myśli wsparcie zarówno pod kątem karmienia, jak i w ogóle wchodzenia w macierzyństwo, które potrafi, oj potrafi, dać kobiecie po głowie.

Aneta Korcz: - To wsparcie profesjonalne niestety nie jest w Polsce powszechne i dostępne dla każdej kobiety. Jest niejednolite i nieukierunkowane podmiotowo. Żeby to zmienić, potrzebne są zmiany systemowe, nie wystarczy jedno szkolenie, jednego czy dwóch członków zespołu na cały szpital. Ta wiedza musi być uaktualniana i podawana  dalej, regularnie przez wszystkich opiekujących się kobieta i dzieckiem, w szpitalu, w przychodni, w szkole rodzenia.

Więcej luzu

Chodzi o to, żeby mamy mogły liczyć na pomoc promotorek karmienia, certyfikowanych doradczyń, położnych, pielęgniarek, douli. Ale także bliskich osób, które przyniosą obiad, powiedzą: odpuść sobie wszystko, siadaj w fotelu, tul dziecko, rozkręcaj laktację. Jeśli tego oczywiście chcesz i potrzebujesz.

Bardzo dużo szkody wyrządza kobietom każda presja, zarówno ta, żeby karmić jak i nie karmić. Matki stresują się, napinają, co źle wpływa na laktację.

- Podczas karmienia wydzielana jest oksytocyna, hormon szczęścia, związany z przyjemnością – wyjaśnia Marta Moeglich. - Natomiast gdy się napinamy i stresujemy, to zamiast oksytocyny wydziela się kortyzol, hormon stresu.

Więc danie sobie trochę luzu jest bardzo ważne. Mogą w tym pomóc inne kobiety, partner, profesjonalne doradczynie. A często kobiety nie mają wsparcia ani przestrzeni, żeby zaopiekować się sobą. Poddawane są za to presji zarówno w sprawie karmienia, jak i zaprzestania.

No właśnie, kiedy przestać karmić? Aneta Korcz: - Uniwersalna odpowiedź na to pytanie mogłaby być taka: mama kończy karmić wtedy, kiedy ona lub dziecko podejmują taką decyzję. Nie ma dobrego i złego momentu. A może inaczej: każda decyzja w tej sprawie podjęta przez mamę, jest dobra, ale wiąże się z pewnym procesem i niesie za sobą określone konsekwencje. Czasem dziecko samo rezygnuje z piersi i mówimy wtedy o samoodstawieniu. A zalecenia medyczne do zaprzestania karmienia piersią? Na przykład zakażenie mamy przez wirusa HIV, zapalenie wątroby typu B, C, czy inne schorzenia związane z ryzykiem zakażenia dziecka. Ale to bardzo rzadkie sytuacje. Na pewno warto zwrócić uwagę na samopoczucie i emocje towarzyszące karmieniu. Jeśli staje się ono niekomfortowe pod względem psychicznym to jest to wystarczający argument, by zakończyć karmienie.

Aneta Korcz wyjaśnia, że inaczej wygląda odstawianie dziecka w pierwszym roku życia. Wtedy trzeba zadbać o podanie mu mleka modyfikowanego, tzw. jedynki, czyli mleka początkowego (takiego mleka nie wolno reklamować, jak mlek następnych). Niemowlęciu 7-8- miesięcznemu można podać mleko niekoniecznie w butelce, ale na przykład z kubeczka. Taki sposób wart jest rozważenia, ponieważ zdejmuje potem problem odstawiania od butelki.

- Decyzja należy jednak do rodziców – mówi Aneta Korcz. – Jako doradcy chcemy wspierać te decyzje, które rodzice sami podejmują.

Jak wyhamować

Ekspertki od karmienia zauważają, że z odstawieniem dziecka od piersi jest bardzo podobnie jak ze startem do karmienia. Wokół tych dwóch spraw nabudowano mnóstwo mitów, które narzucają mamom, co powinny robić, a czego nie, wbrew ich pragnieniom. Ta presja działa w dwie strony – zarówno, gdy sugeruje im się karmić dłużej niż by chciały, jak i krócej, na przykład do roku. Słyszą tak czasem od lekarza ortopedy, teściowej lub pani w żłobku. Chce pani posłać półtoraroczne dziecko do żłobka? To musi pani odstawić je od piersi – autorytatywnie wypowiada się wychowawczyni w żłobku. Bo jeżeli nie, to będzie mu trudniej znieść rozłąkę.

- A to nie jest prawdą – mówi Marta Moeglich. - Wręcz przeciwnie, pierś pomaga ukoić dziecięce emocje, które w tym trudnym momencie się pojawiają, bo pójście do żłobka to duża zmiana w życiu małego człowieka. Inna sprawa jest taka, że pierś w społecznym postrzeganiu służy głównie do seksu. Może dlatego karmienie powyżej roku jest źle widziane. Natomiast w świecie laktacyjnym długie karmienie zaczyna się dopiero powyżej dwóch lat. Dla każdej mamy oznacza to jednak co innego. Dla jednej długo to 8 miesięcy, dla innej rok, dla innej trzy lata. Jeśli chce skończyć przed rokiem, to ją w tym wspieramy. Tak samo jak wesprzemy mamę, która chce karmić trzy lata. Ale jeżeli za pół roku zmieni zdanie, to też ok.

Jak podkreślają ekspertki, kończenie karmienia nie jest zerojedynkowe – wszystko albo nic. To nie odbywa się tak, że dzisiaj karmimy kilka razy dziennie, a jutro całkowicie odstawiamy. Można karmienie zredukować do pór, kiedy dziecko zasypia. Albo do karmienia tylko nocą. Można utulać karmieniem po powrocie ze żłobka. Każda mama robi tak, jak uważa i nikomu nic do tego.

Aneta Korcz przyznaje, że odstawienie od piersi kilkulatka może być trudne. To proces zarówno biologiczny, jak i emocjonalny. Wymaga z jednej strony wyhamowania laktacji, a z drugiej – podjęcia wewnętrznej decyzji bez poczucia winy. Zanim podejmiemy decyzję o sposobach na zaprzestanie karmienia warto zadać sobie pytanie dlaczego chcemy przestać karmić. Motywacja może być inna jeśli rozważamy to w pierwszych tygodniach po porodzie, a inna po roku, dwóch czy trzech latach.

To, że wiele kobiet deklaruje chęć karmienia piersią, a rezygnuje z niego po paru tygodniach najczęściej spowodowane jest bólem, obawą o zdrowie dziecka, a te często wynikają z braku realnego wsparcia otoczenia i personelu medycznego. Instruktaż prawidłowego przystawienia noworodka, pozycja ciała, odchylenie główki, ocena wędzidełka, ocena dolegliwości ze strony mamy powinny odbyć się kilkukrotnie w pierwszych tygodniach. Wszystkie te czynniki wpływają na to, czy dziecko najada się, czy prawidłowo przybiera na masie, czy karmienie jest dla mamy komfortowe. Czasami mamy, kończą karmienie przed zajściem w kolejna ciążę. Z biologicznego punktu widzenia nie muszą tego robić, jeśli nie ma wskazań medycznych, a jeśli  chcą, to jest wystarczający powód.

Aneta Korcza: - Na pewno warto próbować kończyć karmienie jak najmniej agresywnie. To znaczy stopniowo, rozkładając ten proces w czasie. Bywa, że mama jest zmuszona sytuacją, żeby przestać karmić jak najszybciej. Wtedy zdarza się, że przepisywane są leki, inhibitory prolaktyny, które szybko hamują laktację, ale z kolei skutki uboczne mogą być bardzo dokuczliwe. Takie rozwiązanie jest wskazane w pewnych sytuacjach, ale na pewno nie powinno się po nie sięgać rutynowo. Kończenie karmienia to długi proces, może trwać kilka tygodni, a nierzadko kilka miesięcy. Karmienie kilkulatka odbywa się często raz dziennie lub co parę dni. Ale chcę uspokoić – samoodstawienie nastąpi na pewno zanim dziecko pójdzie do szkoły.

Nie tylko w głowie

Aneta Korcz wylicza sposoby wspierające proces odstawiania. Po pierwsze: to sukcesywna redukcja karmień (produkcja mleka będzie się zmniejszać na zasadzie popytu i podaży). Po drugie: zaangażowanie innych, w tym partnera, w kontakt z dzieckiem, kiedy prosi ono o pierś (może pomóc wyjście mamy na spacer). Po trzecie: przeniesienie uwagi dziecka na coś innego co ono lubi, na przykład zabawę, czytanie. Po czwarte: zaproponowanie alternatywy: wody, mleka z kubka, czegoś do zjedzenia. Jeśli jesteśmy w trakcie procesu odstawiania, a jednak zdecydujemy się na podanie piersi, to warto wcześniej zaproponować coś do picia. Po piąte - zapewnienie, że malec zawsze może się przytulić. Po szóste - odciągnięcie karmienia w czasie (po kąpieli, po śniadaniu, po przedszkolu). Albo wymyślenie nowego rytuału w zamian za jedno karmienie. Warto być konsekwentnym i nie proponować piersi, kiedy dziecko nie wspomina, tak na pocieszenie, ale też nie mówić bezwzględnie „nie”, kiedy prosi. Raczej warto unikać rozpoczęcia odstawiania wtedy, gdy w życiu dziecka zachodzą duże zmiany, na przykład idzie do przedszkola. Trzeba liczyć się z przejściowymi, możliwymi konsekwencjami odstawienia dla mamy, to jest z obniżeniem nastroju, przepełnieniem piersi, zapaleniem gruczołu (najczęściej przy nagłym odstawieniu) i wiedzieć, jak im zaradzić. Dobrze jest ograniczyć produkty wzmagające laktację (słód jęczmienny) oraz mieć kontakt do lekarza lub specjalisty laktacyjnego.

Tu i ówdzie słyszy się obawy, że długie karmienie piersią zagraża autonomii malca.

- Jest wręcz przeciwnie – odpowiada Aneta Korcz. – Mówią o tym zarówno badania, jak i moje doświadczenie. Obserwuję mianowicie, że karmienie piersią umacnia poczucie bezpieczeństwa dziecka, a to z kolei buduje jego poczucie własnej wartości, a więc także autonomię.  Na poczucie bezpieczeństwa i wspieranie autonomii wpływa wszystko co robimy: pozwalanie na samodzielność w innych sferach, rozumienie  tego, co dziecko sygnalizuje, okazywanie bliskości w innych sytuacjach niż karmienie piersią. Jeżeli akt karmienia piersią jest jedynym momentem, kiedy dziecko jest z mamą blisko to odstawienie może być trudniejsze, bo dziecko będzie zabiegać właśnie o tę bliskość.

Marta Moeglich: - Mówi się, że karmienie siedzi w głowie. My, promotorki karmienia, nie lubimy tego określenia. Bo kobiety się obwiniają, jeśli coś potem pójdzie nie tak. Myślą: z tą moją głową chyba nie jest w porządku, skoro zawaliłam, widocznie za mało się staram, za mało chcę. Głowa jest oczywiście ważna, ale czasem nie przeskoczymy tego, co ktoś nam wcześniej rozwalił. Bardzo często dużo złego dzieje się w szpitalach. Jeśli mama nie dostała tam wsparcia od specjalistów i nie rozkręciła laktacji, to czasem trudno jej to naprawić. No chyba że wykaże się dużym samozaparciem, zainwestuje w doradczynie laktacyjne, bo to też kosztuje, choć to wciąż będą mniejsze pieniądze niż cena karmienia mieszanką.

Promotorki karmienia podkreślają: karmienie piersią jest naturalne, ale nie znaczy, że łatwe. Matka i dziecko mają wszystko, co do karmienia niezbędne od strony fizjologicznej. Ale karmienia trzeba się najzwyczajniej w świecie nauczyć. A do tego potrzeba edukacji i wsparcia.

  1. Psychologia

Po prostu polub swoje dziecko

Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. (Fot. iStock)
Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. (Fot. iStock)
To, co zachwyca niemowlaka – czułość i bliskość – przedszkolaka zacznie już irytować. To, co przedszkolaka pociąga – wspólna zabawa i sport – będzie żenujące dla nastolatka. Kryteria oceny rodziców zmieniają się tak szybko, jak rosną dzieci. Dobrze wiedzieć, jak być rodzicem na szóstkę, ale... nawet „trójkowi” zdamy ten egzamin. Jeśli się wzajemnie polubimy. 

Kto nie chce być rodzicem idealnym? Ocenianym przez dziecko celująco? To się może udać, bo każdy ma zadatki na idealnego rodzica, ale... dziecka w konkretnym wieku. Niektórzy spełnią się wspaniale jako rodzice niemowlaka, inni będą mieć świetne oceny w oczach nastolatka, a jeszcze inni nawiążą kontakt dopiero z dorosłymi dziećmi. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ w zależności od wieku dziecko zwraca uwagę na inne cechy rodzica i czego innego potrzebuje. Istnieją tylko dwa niezmienne i niezależne od lat kryteria pozytywnej oceny rodziców: cierpliwość i fakt, że lubisz swoje dziecko. Za to zawsze zostaniesz doceniony na każdym etapie rozwoju potomka. Jeśli chcesz być lubiany przez córkę czy syna, zwyczajnie okaż im sympatię. A oprócz tego... zobacz, co i kiedy im się podoba.

Do lat trzech: mama, co dobrze przytula

Mimo że nie potrafi jeszcze wyrazić tego werbalnie, niemowlę może być z rodzica zadowolone lub nie. W tym okresie najłatwiej być mamą czy tatą. Dla maluszka nie liczy się bowiem aparycja (ta stanie się bardzo ważna dla przedszkolaka), ani pochodzenie społeczne (istotne dla nastolatka), ani stan majątkowy, ani wykształcenie. Rodzic może być zaniedbany, niewykształcony, bezradny życiowo. Ale jeśli lubi swoje dziecko, opiekuje się nim – ono jest zadowolone. Niemowlak ocenia cię, stosując bardzo proste kryteria: czy jesteś przy nim i czy zabezpieczasz jego potrzeby fizyczne i emocjonalne. Żeby u niego „zdobyć punkty”, trzeba z maluchem być, mówić, pieścić, okazywać czułość, karmić i przewijać. To wszystko.

Przedszkolak: a mój tata psy tresuje!

„Moja mama jest bardzo ładna. Mój tatuś jest treserem psów...” – gdy dziecko idzie do przedszkola, kryteria oceny rodzica ulegają wielkiej zmianie. Nastaje czas chwalenia się swoimi rodzicami i przejmowania ich zasług. Mama powinna być zadbana, uśmiechnięta i ubierać się kolorowo. Dobrze, gdy rodzice mają ciekawe i – co ważne – zrozumiałe dla dziecka zawody (adwokat czy redaktor nie zaimponuje żadnemu dziecku w tym wieku!), ale też nie spędzają w pracy zbyt dużo czasu. Dlaczego przedszkolak nie ceni garsonek i garniturów? Bo kojarzy je właśnie z pracą, czyli ze swoją największą konkurencją. Potrafi świadomie docenić poświęcany mu czas, ale tylko na zabawę. Nie licz, że posprzątany dom, pranie i pyszny obiad spotkają się z jego uznaniem. To doceni dopiero uczeń, gdy odwiedzą go koledzy czy koleżanki. Żaden przedszkolak nie zrozumie też potrzeby robienia kariery. Możesz mu powtarzać, że robisz to dla niego, żeby kupić mu hulajnogę. Na darmo: za żadne skarby nie zaakceptuje twojego życia zawodowego – im bardziej będziesz w nie zaangażowany, tym więcej punktów ujemnych dostaniesz. Czym mu zaimponujesz?

Pomysłowością, gotowością do zabawy, luzem i spontanicznością. Dzieci w wieku przedszkolnym cenią poczucie humoru rodziców i to, że mogą z nimi uprawiać sport. Jeśli pokazujesz nowe rzeczy i miejsca, wsiadasz na kolejkę w wesołym miasteczku, uczysz je pływać i czytasz codziennie wieczorem – piątka. Przedszkolak doceni to, że organizujesz urodzinowe przyjęcia, że wymyślasz gry i zabawy dla jego kolegów, że śpiewasz piosenki, które zna z przedszkola (za to samo nastolatek przyzna ci punkty karne i uzna za „obciach”). Idealny rodzic przedszkolaka jest uśmiechnięty i skory do wspólnej zabawy. Jego dziecko nie wie jeszcze, co to znaczy „wstydzić się za kogoś”.

Uczeń: dobrze być dzieckiem eksperta

Gdy dziecko idzie do szkoły, kryteria oceny rodzica znów ulegają przekształceniu. Nic dziwnego, zmieniają się bowiem także oczekiwania rodziców wobec dziecka. Nie wystarczy już, by nie płakało, grzecznie się bawiło, było śmiałe i aktywne. Teraz jest ważniejsze, by wykazało się intelektem, bystrością, nie było gorsze od innych. Dlatego cenna staje się wiedza merytoryczna rodzica. Uczeń chce, byś rozumiał, jak działa szkoła, czyli na jaki stres jest narażony. Żebyś potrafił mu doradzić, wysłuchał go, pomógł rozwiązać problemy. Doceni też twoją lojalność i dyskrecję.

A czego nie znosi? Gdy omawiasz z kimś jego sprawy, a nawet cokolwiek o nim mówisz osobie postronnej – za to zawsze są punkty ujemne. Czas, gdy mogłeś chwalić się nim, minął. Za to w dziecku pojawia się poczucie wstydu za ciebie. Zaczyna być bardzo ważne, żebyś go nie kompromitował. Alkoholizm, kłótliwość czy nadaktywność na zebraniach szkolnych są oceniane na równi – i to bardzo negatywnie. Masz wyglądać przyzwoicie (nareszcie docenia garsonki i garnitury) i najlepiej niczym nie różnić się od innych rodziców. Twoje doświadczenie, obycie i wiedza o świecie stają się atutami. W tym okresie możesz też zyskać aprobatę dziecka, zaczynając studia, ucząc się języka czy wciągając je w jakieś hobby. Ponieważ uczeń będzie generować problemy, doceni także twoją anielską cierpliwość.

Dziecko w tym wieku zaczyna zwykle stosować jeszcze jedno kryterium: pogląd jego niekwestionowanego autorytetu. Wychowawczyni mówi, że trzeba czytać książki, a ty wolisz grać na konsoli? Punkty karne! Ukochany trener uważa, że każdy musi umieć pływać, a ty bijesz rekordy na basenie? Szóstka! Osobny przypadek: autorytetem dla dziecka są inne dzieci. Co robić? Aby zasłużyć na uznanie, masz być wyluzowany, nie zawracać mu niepotrzebnie głowy, zgadzać się na bałagan w domu i wieczne odwiedziny znajomych.

Ważna uwaga: rodzice oryginalni, „artyści” nie podobają się dzieciom w wieku szkolnym. Odmienność i indywidualizm docenią dopiero, gdy same dorosną.

Nastolatek: superstarzy bez problemów!

Mówi się, że najtrudniej być rodzicem nastolatka, ale to nieprawda. Wystarczy uświadomić sobie (lub przypomnieć własne doświadczenia), co liczy się dla dojrzewających chłopców i dziewczynek. W tym wieku dziecko usamodzielnia się emocjonalnie i intelektualnie i jest szczególnie wytrwałe w kontestacji wszystkiego, rodziców też. Metody, które sprawdzały się przy młodszych, można teraz wyrzucić, bo potrzeby psychiczne nastolatka są całkiem inne. Podświadomie pragnie przede wszystkim ćwiczyć się w samodzielności na wszelkich możliwych polach. Walkę o swą tożsamość często wiąże z koniecznością uwolnienia się od rodziców.

Czego nie wolno ci robić? Używać formuły: „to normalne, ja też przez to przechodziłem, nastolatki już tak mają”. Nastolatek ceni rodzica, który rozumie, że on jest wyjątkowy, nieprawdopodobnie skomplikowany i nietuzinkowy – bo tak właśnie się postrzega. Mama i tata powinni być też szczęśliwi, mieć własne sprawy, hobby. Po prostu: żeby się o nich nie martwić. Syn lub córka będą teraz unikali pokazywania się z tobą publicznie, czy przedstawiania cię swoim kolegom: chyba że będzie to konieczne.

Ale docenią zamożność rodziny i komfort życia, stale porównując to, co ty osiągnąłeś, z tym, co osiągnęli inni rodzice. Przy czym zupełnie nie będzie ich interesować, jak do tego doszedłeś. Za trud i znój nastolatek nie przyzna ci punktów dodatnich. Natomiast te ujemne natychmiast dostaniesz za: niezgodę na to, na co pozwalają inni rodzice, gorsze warunki życia, nadopiekuńczość i każdą próbę narzucenia swoich pomysłów lub poglądów, także nieznajomość tego, o czym on się teraz uczy. Nie miej też złudzeń, kogo obwini za brak własnych osiągnięć, swoje lenistwo i zaniedbania w nauce. Zgadłeś – ciebie! Jeszcze gdy był uczniem podstawówki, cieszył się, że go nie zmuszasz do ciężkiej pracy. Teraz nie daruje ci, że zmarnowałeś jego uzdolnienia i nie dopingowałeś do nauki. To sygnał, by nie zawsze pobłażać dzieciom. Za to nastolatek nareszcie doceni, że ma schludny dom, gorący obiad i szczęśliwych rodziców.