1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy relacja, która stoi nad przepaścią jest jeszcze do uratowania?

Czy relacja, która stoi nad przepaścią jest jeszcze do uratowania?

Jeśli relacja, w której się znajdujemy boli nas, uwiera lub męczy, warto podjąć ostateczną decyzję o jej przyszłości. (Fot. iStock)
Jeśli relacja, w której się znajdujemy boli nas, uwiera lub męczy, warto podjąć ostateczną decyzję o jej przyszłości. (Fot. iStock)
W Chinach po kwarantannie rośnie liczba rozwodów. Jak to będzie w Polsce – zobaczymy. Z pewnością warto ten czas wykorzystać na refleksję nad ważnymi dla nas relacjami. I jeśli nas bolą, uwierają lub męczą – podjąć ostateczną decyzję. Pogodzić się czy pożegnać? Wskazówek udziela psychoterapeutka Ilse Sand. 

Kiedy dochodzimy w relacjach – partnerskich, rodzinnych czy zawodowych – do takiego momentu, że coraz częściej zadajemy sobie pytanie „zostać czy wyjść?” – zwykle długo stoimy w miejscu. Bo skąd mamy wiedzieć, jaki scenariusz będzie dobry? Reanimacja czy podziękowanie sobie za to, co było najlepsze? Inspiracją mogą być podpowiedzi duńskiej psychoterapeutki Ilse Sand, autorki książki „Relacje nad przepaścią. Jak je naprawić lub kiedy warto z nich zrezygnować”.

Napisz list

Ilse Sand krok po kroku prowadzi nas do konfrontacji – z naszymi uczuciami wobec drugiego człowieka i z nim samym. Do komunikacji, wyjaśnienia sporu, a może do rozstania. Czujesz opór, niewygodę? To oczywiste! Niewykluczone, że jakaś sytuacja od dłuższego czasu ci ciąży, że jakaś energia napiera. Że czujesz lęk przed wykonaniem jakiegokolwiek kroku, przed zmianą. Ale wiesz też, że dłużej już tak się nie da... Jak uzasadniasz swoją bierność, zwłokę? Może mówisz sobie, że ruch nie należy do ciebie („tak będzie sprawiedliwiej”, „przecież powiedziała, że nie chce mnie znać”, „nie będę się płaszczyć”). Albo boisz się czyjejś złości, odrzucenia. A może umniejszasz osobę będącą obiektem twoich rozterek, mówisz sobie: „wcale nie jest dla mnie taka ważna”, podczas gdy myśli żeglują uparcie w jej kierunku? A gdyby prawdą było coś przeciwnego? Możesz się otworzyć na taką opcję?

Rozwiązanie, jakie proponuje Ilse Sand, jest dość radykalne: napisz list pożegnalny. Wyobraź sobie, że już nigdy nie zobaczysz drugiej osoby, że komunikujesz się z nią ostatni raz. Jakie odczucia pojawiają się w tobie? Niewykluczone, że uznasz ten pomysł za dziwny. Dlaczego masz żegnać się z kimś, do kogo być może chciałbyś się zbliżyć? „Pożegnanie pociąga za sobą o wiele silniejsze emocje, a ponadto znaczenie drugiej osoby staje się dla nas bardziej namacalne” – tłumaczy psychoterapeutka. „Czasami, gdy całkowicie pozwoli- my bliskiej osobie odejść, pojawia się nowa perspektywa i jesteśmy w stanie spojrzeć na relację z nią świeżym okiem”. Potraktuj to jako wewnętrzne badanie, weryfikację tego, co naprawdę czujesz, czego pragniesz. Chodzi o to, by skupić się na swoim wewnętrznym „ja” i odpowiedzieć sobie na pytanie, jak bardzo dany człowiek jest dla ciebie ważny.

Pewnie już się domyśliłeś, że tak naprawdę masz napisać ten list tylko dla siebie... Mimo to wejdź mocno w tę przestrzeń, wczuj się, zrób miejsce na żal. Jak twierdzi Sand, prawdopodobnie będzie mu towarzyszyć ulga. „Mam nadzieję, że stwierdzisz, iż życie toczy się dalej, a ty przeżyjesz – również bez więzi z tym człowiekiem”. Bądź jednak bardzo uważny na siebie: jeśli twoje emocje są silne, a osoba, której chcesz je zakomunikować, bardzo ci bliska, być może dobrze, by towarzyszył ci w tym procesie terapeuta.

Czuj i mów

Każda sytuacja związana ze zmaganiami w relacji jest inna, ale zwykle dwa elementy pozostają wspólne: emocje i potrzeba komunikacji czy inaczej – konfrontacji. Co do emocji: nie da się ukryć, że najczęściej jest to gniew (nierzadko po obu stronach). Może były jakieś oczekiwania, plany, może nawet obietnice, a potem okazało się, że ich urzeczywistnienie nie wchodzi w grę. Ktoś nas rozczarował, nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Więc złościmy się, obrażamy, obwiniamy. To pozwala nam zachować dystans wobec drugiej osoby. Uchronić się przed bólem. Jesteśmy twardzi, używamy gniewu jako tarczy ochronnej, a pod spodem prawdopodobnie czekają stłumione: żal, poczucie bezradności, pragnienie miłości, tęsknota... Wcześniej czy później warto się na nie otworzyć. Sprawdź, co stanie się wtedy ze złością.

Zdaniem Sand okazanie żalu i bezradności wobec drugiej osoby sprawia często, że pojawia się nowa przestrzeń, by otworzyć się wzajemnie na siebie i porównać odmienne wersje zdarzeń. Nie ma się co łudzić: każdy z nas patrzy na świat przez własne filtry, zapamiętuje inne szczegóły, na co innego kładzie nacisk. Pytanie, czy jesteś gotów uznać, że opowieść drugiego człowieka, dotycząca wspólnych doświadczeń, może być równie prawdziwa co twoja. Tak naprawdę chodzi nie tylko o wersję zdarzeń. Kluczowe pytanie brzmi: na ile po- zwalamy ważnej dla nas osobie, by czuła, myślała, postrzegała inaczej niż my? By po prostu była inna?

Pewnie znasz relacje, w których ludzie niemal stapiają się ze sobą – jakby mówili jednym głosem, mieli te same upodobania, poglądy, potrzeby. Ilse Sand nazywa takie związki symbiotycznymi albo konfluentnymi. Przyznaje, że na początku odkrywanie podobieństw i przeglądanie się w innej osobie może być źródłem bardzo przyjemnych odczuć. Taka relacja daje poczucie bezpieczeństwa i jest łatwa. Tylko czy prawdziwa? Czy nie wymaga czasem zbyt daleko idących kompromisów, ukrywania pewnych cech osobowości? „Relacje konfluentne bywają niejednokrotnie beznamiętne i nudne” – pisze psychoterapeutka. Brakuje w nich kontrastów, odrębnych przestrzeni do zagospodarowania. Oczywiście, może się też zdarzyć, że różnice między ludźmi zaangażowanymi w relację robią się zbyt duże, że łączy was coraz mniej. Wtedy lepiej się wycofać.

Spokój i otwartość

„Po tym, jak John przez pół roku nie rozmawiał ze swoim sąsiadem z powodu różnicy zdań w sprawie przebudowy, w końcu pewnego dnia zebrał się na odwagę” – opowiada Ilse Sand. „Zobaczył światło w oknie sąsiedniego domu i coś nagle pchnęło go do działania. Ruszył w kierunku posesji Larsa, zapukał do drzwi i wszedł do środka. Lars siedział przy kuchennym stole ze wzrokiem wbitym w obrus. Nie padły żadne słowa i nie przypominało to bynajmniej serdecznego powitania. John po prostu nawiązał kontakt wzrokowy z sąsiadem, po czym spontanicznie rzucił: »Do cholery, Lars!«. Larsowi zaszkliły się oczy, wstał, położył dłoń na ramieniu Johna i powiedział: »Ech...«. I już po chwili na stole pojawiło się zimne piwo”. Czasem – jeśli uda nam się wypracować otwarte podejście do drugiej osoby – konfrontacja wcale nie musi być wielkim wyzwaniem. Nie musimy przygotowywać przemowy, listy argumentów, rozpisywać scenariuszy. Robisz ten pierwszy krok i wszystko dzieje się samo. Niekiedy jednak – sugeruje psychoterapeutka – lepiej trochę się przygotować (zwłaszcza jeśli wcześniej podejmowałeś bezskuteczne próby pojednania). Już sam wybór formy komunikacji ma spore znacznie. Mail? Telefon? Rozmowa wideo? A może jednak spotkanie na żywo? Jakie są twoje preferencje, jak to widzisz? A druga strona? Która z form da wam większą szansę porozumienia się, a która może  się okazać zbyt ograniczająca czy stresująca?

Idąc dalej: czy bardziej zależy ci, żebyście wyjaśnili sobie pewne sprawy, wyrzucili nagromadzone emocje, czy może wolisz odstąpić od mówienia i zachęcić drugą osobę, żeby opowiedziała o tym, co ją boli? W pierwszym wypadku dobrze pomyśleć o tym, co chcesz wyrazić (i jak to zrobić bez oskarżania drugiej strony), w drugim – nastawić się na słuchanie, obecność, na to, co zwykło się nazywać „trzymaniem przestrzeni”. Nie da się ukryć: większości z nas łatwiej wyrażać pozytywne uczucia. To, co ukrywamy wewnątrz, raczej nie jest miłe... A jednak ważne, by zostało zwerbalizowane. „Gdy ktoś da ujście swoim złym emocjom, ujawniając je bezpośrednio przed tobą, nie będzie musiał już dłużej wyrażać ich biernie” – tłumaczy Sand. „Jednocześnie osoba ta przestanie traktować cię z taką rezerwą. A może dystans między wami zniknie zupełnie?”. Oczywiście, sugestia ta nie dotyczy osób, które nadmiernie uzewnętrzniają swoją dezaprobatę (czyli: wściekają się z byle powodu). Przed zaproponowaniem swojemu rozmówcy, by dał ci ewentualny negatywny feedback, sprawdź, czy na pewno zdołasz to udźwignąć. Czy potrafisz zachować w takiej sytuacji spokój i otwartość.

Dziękuję!

Jeśli dotrzesz do miejsca, w którym masz już jasność, że wszystko zmierza do rozstania, skup się na tym, co zostaje. Co cennego możesz wziąć od drugiej osoby? Może są jakieś słowa, które chciałbyś od niej usłyszeć na pożegnanie? Może nawet mógłbyś poprosić o ich wypowiedzenie? Najważniejsze słowo w tych okolicznościach to niewątpliwie „dziękuję”. Nawet, kiedy jest ciężko, zawsze jest za co okazać wdzięczność. Jeśli nie za miłe chwile, to chociażby za cenną lekcję. Wyraź tę wdzięczność podczas spotkania, przez telefon, na piśmie. A – jeśli nie da się inaczej – do zdjęcia danej osoby, jej wy- obrażenia. Tak naprawdę słowa pożegnania możesz wypowiadać przez wiele dni. Aż poczujesz, że wystarczy. Aż smutek zacznie ustępować miejsca spokojowi, akceptacji, a może nawet radości?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Co robić, gdy dochodzi do kolizji tych dwóch fundamentalnych wartości? Takie pytania zadają sobie Hubert i Hanna. Ich sytuację komentuje psychoterapeuta.

Na komodzie w sypialni Huberta i Hanny stoi fotografia. Obydwoje są na niej uśmiechnięci, objęci, w tle góry. – To wejście na Orlą Perć – mówi Hania. – Dawne czasy, jeszcze studenckie. Nieważne, czy to były polskie Tatry czy włoskie Dolomity – było nam dobrze, byliśmy razem. Łączyły nas przeżycia, przygoda...

Wspólna pasja sprawiła, że już na samym początku znajomości pojawiła się cudowna nić porozumienia. Zaiskrzyło między nimi właśnie na szlaku.

– Góry obnażają człowieka, bezlitośnie odsłaniają słabości. A, w moich oczach, Hubert ich nie miał. Odważny, silny, pomysłowy, z poczuciem humoru i do tego opiekuńczy. Po prostu nie sposób było się w nim nie zakochać – wspomina Hania. – Imponowało mu, że ja, taka drobna kobieta, wspinam się bez użalania i strachu.

Jej miłość do gór wygasła z końcem studiów. Zdecydowała się zostać na uczelni. Doktorat, dziecko, życiowy zwrot, nie dało się tego pogodzić ze wspinaczką. Po urodzeniu Michała życie stało się bardziej cenne. Mówi, że nie żałuje i nie tęskni. Za górami. Bo za tamtym Hubertem ze szlaku – tak. On nadal się wspina i to coraz wyżej, coraz częściej. Wyjeżdża na coraz dłużej i coraz dalej.

– Góry są dla mnie przeciwwagą tego, co robię na co dzień. W agencji reklamowej pracuję głową, siedzę za biurkiem – mówi Hubert. – Wspinaczka to dla mnie wyzwanie. Kiedy trzeba zmagać się z wysokością, zmęczeniem, kiedy wydaje ci się, że nie postawisz kolejnego kroku… Uzależniłem się od tego pokonywania słabości. Dzięki temu czuję, że żyję. Nie umiem tego przełożyć na żadne inne doświadczenie. Gdy widzę wysoką górę, wiem, że muszę na nią wejść. A Hania jest o to zła.

„Dla ciebie pasja jest ważniejsza”

Kiedyś łączyły ich góry, teraz kłótnie o nie. Ona ma do niego dużo żalu. Może długo wymieniać sytuacje, kiedy choroba dziecka, problemy na uczelni czy po prostu święta pokazały, że rodzina przegrywa z pasją męża. Czuje, że w udziale przypadł jej kierat codziennego życia. Narzeka, że Hubert nie daje jej poczucia bezpieczeństwa. Jego wyprawy postrzega jako zabawę, nieodpowiedzialność. Im bardziej nakłania go, by zrezygnował z wyjazdu, tym on więcej uwagi i czasu poświęca górskim wspinaczkom. Na zarzuty Hanki Hubert odpowiada, że przecież rodzina jest dla niego bardzo ważna. Według niej to puste słowa.

Dlaczego Hanka jest rozgoryczona?

Jarosław Józefowicz: Zrozumiała jest złość Hanki. Wartość rodzicielska leży u sedna człowieczeństwa. Wydaje się naturalne, że kobieta oczekuje, żeby jej partner podzielał taki sposób patrzenia na życie. Aby w momencie, gdy pojawia się dziecko, inne sprawy, na przykład samorealizację, postawił na drugim miejscu. Góry, jej zdaniem, są dla Huberta dziecięcą zabawką. Tymczasem to nie same zabawki są tu istotne, ale stan ducha kogoś, kto umie się nimi bawić.

Tak naprawdę jest dwóch Hubertów. Jeden, który pragnie żyć na łonie rodziny, i drugi, który pozwala sobie nie patrzeć na zobowiązania, tylko iść w góry. Hanka jest jedna i to właśnie ta jednostronność jest dla niej tak trudna. Relacja z Hubertem dostarcza jej cennej informacji: jak chce poszerzyć swój sposób funkcjonowania. Nasze marzenia, ale i frustracje, kryją w sobie głębokie tęsknoty. Za ich pośrednictwem coś w nas woła o zaistnienie. Pytanie, czy potrafimy usłyszeć ten głos?

Hanka boi się, bo nie wie, jak się rozwinąć, i swoje obawy przenosi na męża, próbując ściągnąć go do poziomu swoich ograniczeń. To zawsze łatwiejsza droga – ja czegoś nie mam, to ty też nie będziesz mieć. O wiele trudniejsze jest przedzieranie się przez własne blokady i lęki oraz sięganie po coś, czego potrzebuję, by spotkać się w punkcie: ty coś masz i ja też mam, cieszmy się tym. Chodzi oczywiście o wymiar psychiczny, a nie o to, że ona ma wrócić do wspinania się po górach. Dla Hanki mogłoby to oznaczać na przykład wprowadzenie do życia nuty szaleństwa albo wyjście poza zwykłe poczucie kontroli lub nieprzywiązywanie się w tak dużym stopniu do codzienności.

„Nie żyjesz naszym życiem”

Gdy Hubert wraca z wyprawy, przez jakiś czas w domu jest wesoło. Hanka lubi słuchać śmiechu synka, kiedy bawi się razem z tatą. Hubert ma niesamowite pomysły na zabawy z Michałem. Nagle dom zapełnia się ludźmi, którzy oglądają slajdy i zdjęcia z gór. Małżonkowie wychodzą na kolacje, stęsknieni cieszą się seksem… Ale nagle czar pryska, na scenę życia wkracza codzienność. Psuje się pralka, dziecko zapada na kolejną tej jesieni anginę. I Hubert traci swoją kreatywność, luz i dobry humor, staje się złośliwy, rozdrażniony, smętny. Słyszy od żony: „Tak, zbudować z synkiem wieżę z klocków do samego sufitu to potrafisz, ale nie wiesz, na co ostatnio chorował. Nawet nie pamiętasz, że ma alergię na laktozę. Nie masz pojęcia, gdzie w domu jest mąka ani ile płacimy za czynsz. Orientujesz się tylko, gdzie są twoje zabawki”.

Skąd się bierze pasja Huberta?

J.J.: Poprzez fascynację górami Hubert może konsekwentnie bronić tego, co dla niego ważne, świadomie nie dawać się ograniczać. A może cały czas pozostaje dużym chłopcem, który umie podążać jedynie za swoimi marzeniami i ma trudność z byciem dorosłym? W takim wypadku wyjaśnieniem będzie jakiś defekt wyniesiony z domu rodzinnego. Przykładowo dla mężczyzny wychowanego przez nadopiekuńczych rodziców, który nie miał nigdy okazji zmierzyć się z życiem, wszystko, co wykracza poza postawę chłopca, jest przerażające. Mógł też w dzieciństwie być zmuszany do odpowiedzialności, np. jako starszy brat opiekujący się rodzeństwem. Dlatego w dorosłym życiu codzienne trudności straszą go przymusem, pojawia się reakcja zastałego buntu.

Aby odnaleźć się w tym konflikcie, trzeba pamiętać o zasadzie równowagi. Wartości, które rozdzielają Hankę i Huberta – codzienna odpowiedzialność i uskrzydlająca samorealizacja powinny w zharmonizowany sposób istnieć w życiu każdego z nich, nie zaś rozdzielać się na dwa przeciwstawne obozy. Konflikt między nimi może prowadzić do oddalenia. Mogą pojawić się takie uczucia jak zazdrość o zainteresowania, niezrozumienie, złość – szczególnie wtedy, gdy stoi za nimi poczucie odrzucenia. A także lęk przed rozstaniem.

Hanka musi poczuć się ważna

J.J.: Mówiąc: „nie jedź”, Hanka wysyłała Hubertowi komunikat: „pokaż mi, że jestem ważniejsza niż te góry”. Nie pomoże sama rezygnacja z wyjazdu, bo Hanka żyje z deficytem poczucia bycia ważną. Tak się dzieje, kiedy w odpowiednim czasie nie zostaliśmy w wystarczającym stopniu obdarzeni miłością, akceptacją. W tym przypadku oznacza to, że Hania musi wykonać porządną pracę nad sobą. Postawa Huberta może złagodzić trudne uczucia i jedynie pomóc rozwiązać sytuację.

Frustracja Hanki nie musi być wynikiem jej trudnej przeszłości, lecz teraźniejszych problemów, usprawiedliwionego poczucia zagrożenia. Hubert wysyła jej sprzeczne sygnały. Mówi, że jest ważna, natomiast zachowuje się w sposób, który wcale tego nie potwierdza. Dobrze by było, żeby Hubert zastanowił się, skąd wzięła się ta niespójność. Może mu coś w ich relacji przestało pasować? A może boryka się z problemem, który go przerasta i nie potrafiąc sobie z nim poradzić, ucieka w Himalaje?

Nasuwa się proste rozwiązanie: wspólna pasja. Ale to niekoniecznie musi zadziałać. Tu bardziej chodzi o rodzaj bycia. O to, czy kiedy przebywamy razem, to jesteśmy dla siebie ważni. I nie ma znaczenia, czy osiągamy ten stan jeżdżąc na nartach czy przygotowując wspólnie posiłek, siedząc razem na kanapie i rozmawiając czy nie mówiąc nic. Nieważne gdzie, ważne jak. A do tego nie potrzebujemy gór, tylko siebie.

Jak rozmawiać z partnerem o swoich pasjach?

To ćwiczenie pozwoli ci reagować na marzenia partnera, ale też wyrażać własne. Słuchając, nie omawiaj poszczególnych spraw z partnerem, ani ich nie komentuj. Ćwiczenie nie ma służyć udowadnianiu racji. Kiedy jedna strona skończy, zamieńcie się rolami.

Zapytaj partnera:

  • Dlaczego to marzenie jest dla ciebie ważne?
  • Jaki jego aspekt jest dla ciebie najważniejszy?
  • Dlaczego jest on tak ważny?
  • Czy wiąże się z tym jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?
  • Czy coś w twoim życiu ma z nim związek?
  • Powiedz mi, co czujesz w związku z tym marzeniem.
  • Czy nie powiedziałeś mi jeszcze o jakichś uczuciach związanych z tym marzeniem?
  • Czego teraz pragniesz?
  • Jakie jest w tej chwili twoje największe marzenie?
  • Jakbyś się czuł, gdyby udało się je zrealizować?
  • Czy jest w nim jakiś głębszy zamysł lub cel?
  • Czy wiąże się ono z twoimi wierzeniami lub systemem wartości?
  • Czy obawiasz się tego, że ktoś odrzuci twoje marzenia? A może boisz się czegoś innego?

Gdy opowiecie sobie już o swoich marzeniach, sprawdźcie, do jakiego stopnia jesteście elastyczni, by wspomóc partnera w jego dążeniach.

Jaki poziom jesteś w stanie osiągnąć?

Poziom pierwszy: Szanuję twoje marzenia.
Poziom drugi: Szanuję twoje marzenia i chcę się więcej o nich dowiedzieć.
Poziom trzeci: Mogę do pewnego stopnia wspomagać cię w twoich dążeniach finansowo lub w inny sposób.
Poziom czwarty: Możemy do pewnego stopnia wspólnie realizować twoje marzenia.
Poziom piąty: Jestem gotowy. Zróbmy to razem.

Pamiętaj, że chodzi tu o kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. W ćwiczeniu chodzi przede wszystkim o to, by mieć poczucie, że partner rozumie, szanuje i popiera nasze marzenia. To może uzdrowić konflikt o pasję.

Źródło: John M. Gottman, Julie Schwartz Gottman, Joan DeClaire, „10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo”, wyd. Media Rodzina.

  1. Seks

Niskie libido – o co należy siebie zapytać?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. (Fot. iStock)
Zmniejszone potrzeby seksualne mogą się pojawiać tymczasowo w różnych okresach życia. Zdarzają się momenty, w których jedna sfera staje się najważniejsza i podporządkowuje się jej inne.

Tymczasowa koncentracja na pracy, nauce czy dziecku w sposób oczywisty może wpływać na potrzeby seksualne i nie ma w tym nic dziwnego ani złego (jeżeli zawsze spędzasz długie godziny w pracy, nie oszukuj się – z jakiegoś powodu nie masz ochoty wracać do domu). Co jednak zrobić, kiedy pozostaje się w satysfakcjonującym związku i teoretycznie chce się uprawiać seks, ale w praktyce okazuje się to niemożliwe i prowadzi nie tylko do obniżenia nastroju, lecz także do pogorszenia relacji między partnerami/partnerkami?

Przyczyn niskiego libido jest całe mnóstwo, poczynając od zdrowotnych, psychologicznych po społeczne czy kulturowe. Jeżeli znajdziemy się takiej sytuacji, to nie powód do paniki i zadręczania się. Warto wtedy spokojnie zastanowić się nad całą naszą sferą seksualną i emocjonalną oraz dokonać swoistego bilansu. Jeżeli wnioski sprawią, że coś w sobie zmienimy albo przekształcimy relację z partnerem, doświadczenie to okaże się zbawienne.

Dobra relacja i możliwość komunikowania swoich potrzeb dają podstawę do satysfakcjonującego seksu. Jeżeli w związku jest przemoc, jedna ze stron zmusza drugą do niechcianych zachowań seksualnych albo nie potrafimy pokazać, że coś nam nie odpowiada, potrzeby seksualne w sposób naturalny będą minimalne.

W pierwszej kolejności trzeba zadać sobie następujące pytania:

  • czy od początku uważałam partnera/partnerkę za atrakcyjnego/atrakcyjną fizycznie i seksualnie? Czy w naszej relacji dominowała raczej czułość i przyjaźń?
  • czy byłam zadowolona podczas naszych pierwszych kontaktów fizycznych? Jakim kochankiem okazał się mój partner? Czy mojej partnerce zależy głównie na swojej przyjemności?
  • czy wspólnie dbaliśmy o siebie podczas seksu? Czy także poza sypialnią partner okazuje mi szacunek i przywiązanie? Czy przedyskutowaliśmy sprawę antykoncepcji i czuję w pełni bezpieczna?
  • czy możemy otwarcie rozmawiać i wyrażać swoje potrzeby? Czy jestem przekonana, że kobieta ma prawo domagać się satysfakcjonującego seksu i to robię? Czy mówienie o seksualności wywołuje u mnie wstyd i wolę nic nie mówić? Czy komunikowałam to, czego chcę i czy było to brane pod uwagę?
  • czy mój partner zmienił się? Czy jest w nim coś, co mnie szczególnie niepokoi? Czy pojawia się coraz więcej napięć i konfliktów? Czy moja partnerka robi coś, co mnie denerwuje i nie możemy dojść do porozumienia?
  • czy zmieniłam się fizycznie? Czy chętnie oglądam się nago i akceptuję swoje ciało? Czy podczas seksu koncentruję się na tym, jak wyglądam i czy widać moje fałdki, cellulit i rozstępy zamiast skupić się na przyjemności?

Odpowiedzi na te pytania mogą boleśnie nas zaskoczyć. Warto badać swoje reakcje, szczególnie wtedy, kiedy czujemy jakiś dyskomfort. Nie próbujmy same przed sobą tłumaczyć partnera lub partnerkę: „ale ja go kocham”, „nie wyobrażam sobie, że mogłabym ją zostawić”. Nierozwiązane problemy seksualne same się nie rozwiążą. Konfrontacja z nimi to podstawa poradzenia sobie.

Zbyt łatwo wpada się w pułapkę najłatwiejszego rozwiązania. Wydaje się nim medycyna – kobiety szukają cudownego leku, który przywróci libido i energię. Na forach internetowych można znaleźć wiele pytań o dostępne na rynku suplementy. Jak sama nazwa wskazuje nie mają one statusu leków, czyli udowodnionego działania, więc ewentualnie można je potraktować jako placebo i przyjmować przez krótki czas. Nawet jeżeli naukowcy wymyśliliby cudowną pigułkę (a jeszcze do tego nie doszło), to i tak jej przyjmowanie jest rozwiązaniem tymczasowym.

  1. Psychologia

Kto trzyma kasę w waszym związku?

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. (Ilustracja: iStock)
Związek partnerski to także model finansowy. Jego kształt świadczy o relacji ludzi. A kłótnia o pieniądze to tak naprawdę kłótnia o uczucia – twierdzi coach Beata Markowska.

Kobietom zarzuca się, że są materialistkami. Z drugiej strony to one rodzą i wychowują dzieci, więc chcą, by partner otoczył rodzinę opieką, zapewnił przetrwanie. Czysta biologia.
I ten model w dużej mierze jest realizowany! Mężczyznom to na ogół nie przeszkadza, póki czują się panami domu, kobietom też – póki są paniami domu. Problem zaczyna się wtedy, gdy różnice postrzegania kwestii finansowych zaczynają parę dzielić. Bo jemu się np. nie podoba, że ona za dużo wydaje albo ona uważa, że on próbuje ją stłamsić. To jest jeden model społeczny – ale jest i drugi. Realizowany zwłaszcza w dużych miastach – to „równouprawnienie”, czyli sytuacja, w której obie osoby zarabiają.

No tak, ale jak wynika z badań, gros obowiązków w domu i tak spada na kobietę, nawet gdy zarabia i współfinansuje dom. Ma więc dwa etaty, ale ten domowy – nieopłacany.
Otóż to. Jeśli ona też zaopatruje dom w wartości materialne, to powstaje problem, kto ma ten dom „obsługiwać”, tworzyć ciepłą, przyjazną atmosferę, otaczać opieką dzieci. To jest zajęcie, „etat”, którym współczesna kobieta chciałaby podzielić się z mężem. Pytanie, czy mężczyźni są gotowi na tę zmianę i czy potrafią przejąć tę funkcję? Nie jest to problem, z którym mierzą się związki na poziomie indywidualnym, ale fragment większej całości, systemu. Jeśli kobiety nie zrezygnują z polowań na mamuta, to potrzebny będzie nowy model, adekwatny do zmian społecznych. Wątpię, by wrócił czas patriarchatu, w którym role były jasno określone i odpowiednio przydzielone. Transformacja jest nieuchronna.

Jest jeszcze trzeci model – związki, w których to kobieta zarabia więcej, a nawet takie, że tylko ona pracuje i utrzymuje męża i dzieci.
Ten model może, choć nie musi, rodzić szereg konfliktów w relacjach. Gdy mężczyzna mniej zarabia, może czuć się upokorzony przez kobietę, jego męskość (tak to może odczuwać) zostaje podważona. Jeśli jeszcze na dodatek będzie miał wrażenie, że jego kobieta go nie podziwia, nie adoruje – może go to skłonić do szukania rekompensaty poza związkiem. Zapragnie kogoś, kto się nim zachwyci.

A jeśli nie poszuka nowej wybranki, to w stosunku do tej stałej może być złośliwy, niemiły, żeby jakoś wyrównać tę stratę i poczuć się lepiej…
To prawda. Skoro ona ma wyższą rangę społeczną, on będzie chciał w relacji upokorzyć ją, umniejszyć, pokazać, że na czymś się nie zna, że jest gorsza. Zamiast podskoczyć do jej poziomu, ściągnie ją do swojego. To typowa metoda radzenia sobie z kompleksami.

A co sądzisz o takim podejściu, że żadne z partnerów nie jest ekonomicznie zależne od drugiego? To podobno prawdziwe partnerstwo. Ludzie są ze sobą dlatego, że chcą, a nie dlatego, że boją się zostać sami.
Moim zdaniem wtedy jest to pewien układ, nie związek. Każdy jest panem i władcą w swoim państwie. Możemy się czasem spotkać, nawet możemy mieszkać razem, współfinansować różne przedsięwzięcia, ale gdzieś postawione są granice do własnego świata każdego z partnerów. Najczęściej nieprzekraczalne. Tymczasem w związku chodzi o to, aby z rozmysłem stworzyć wspólną przestrzeń. Jeśli jej brak lub jest ona marginalizowana, zdominowana przez części odrębne każdego z partnerów, wówczas trudno mówić o związku. Bardziej o transakcji, umowie.

Rozwód to prawdziwy sprawdzian wiedzy o partnerze i jego stosunku do pieniędzy. Dawni małżonkowie potrafią toczyć boje nawet o sztućce, kołdry i telewizory! Walczą o podział majątku, alimenty dla siebie i dzieci, nie przebierając w środkach. Dlaczego?
Pieniądze mogą być narzędziem zemsty na partnerze czy partnerce, odwetem za to, że zabiera marzenia o relacji, z którą się pragnęło z nim czy z nią stworzyć. I nie ma znaczenia, kto podejmuje decyzję o rozstaniu. Zawsze winna jest ta druga strona. Nie ma też znaczenia, czy realizacja tego marzenia była blisko, czy i tak nie udałoby się nam go osiągnąć. Nawet jeśli małżeństwo nie było idealne, a obraz rodziny daleki od tego z reklamy, to na poziomie marzeń działa wiara, że tak. Gdy mydlana bańka pryska, otwiera się pole do popisu dla Wewnętrznego Krytyka. Sala sądowa staje się zatem areną, na której odgrywamy się za doznane upokorzenia, te realne lub domniemane, za utracone marzenia i brak wiary w siebie.

Czy spisanie przedślubnej intercyzy jest dobrym rozwiązaniem? Zabezpiecza przed spodziewaną krzywdą?
Jeśli ktoś ma przykre doświadczenia, a co za tym idzie, lęki związane z byciem wykorzystanym, intercyza będzie dobrym rozwiązaniem. Ale przed lękami się nie ucieknie. Będą się mnożyć, mutować. Rzeka pełna lęków czasem wzbiera i nawet jeśli jakiś fragment naszego życia zostanie ochroniony wałami przeciwpowodziowymi (w tym przypadku intercyzą), to żywioł i tak znajdzie inny, słabszy fragment życia, żeby zaatakować.

Dlaczego boimy się być choćby trochę zależni? Przecież po to właśnie jesteśmy razem, żeby się wspierać, pomagać sobie, a nie wykorzystywać czy krzywdzić.
Oparcie w partnerze, zaufanie jest podstawą dobrego związku. Z tym że jest różnica między byciem dopełnianym przez drugą osobę, a poczuciem zależności i obawą, że bez partnera sobie nie poradzę. Także finansowo. Z zupełnie innego miejsca tworzą się związki, gdzie każda ze stron jest spełnioną osobą, dającą sobie radę w życiu, potrafiącą się utrzymać, na której poczucie niezależności nie wpłynie fakt, że parter odejdzie, bo ona już tej niezależności doświadczyła i odnajdzie się w świecie. A z zupełnie innego, gdy ta druga osoba ma nam coś dać. Coś, czego sami nie mamy, na przykład bogactwo. Staje się wówczas protezą nieużywanych, czasem wypartych, kompetencji życiowych.

Dopóki traktujemy związek jak inwestycję, gdzie walutą są nasze oczekiwania i projekcje, dopóty nie będzie to czysta relacja, tylko handel wymienny. Warto to sobie uzmysłowić. A kwestie finansowe to taki sam temat jak inne, choć traktowane są niekiedy bardziej intymnie niż seks. Jeśli stanowią dla partnerów problem, trzeba go rozwiązać. I sprawdzić, jakie prawdziwe obawy za sobą niosą (strach przed odrzuceniem, lęk o przyszłość, brak zaufania itd.). Szczerze ze sobą o tym rozmawiać, zamiast zamiatać pod dywan, konstruując tym samym bombę z opóźnionym zapłonem.

  1. Psychologia

Kiedy rozstanie, kiedy praca nad sobą? – Poczekaj, zanim uciekniesz od partnera

Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Jeśli wierzyłaś, że ten związek będzie inny, ale znów wszystko zaczyna się psuć… Jeśli twój partner cię zdradził, oszukał lub zawiódł… – Nie rozstanie jest ci potrzebne, ale praca nad sobą – mówi terapeutka Eva-Maria Zurhorst, która po latach rozczarowań w związkach dała sobie szansę na szczęście.

Do mało której sprawy przywiązujemy taką wagę, jak do tego, z kim dzielimy życie. Nasz partner powinien spełniać określone kryteria, zarówno w kwestii charakteru, wyglądu, jak i zainteresowań. Kiedy w związku dzieje się źle lub kiedy z kimś się rozstajemy, tłumaczymy to tym, że widocznie nie był to ten właściwy. Tymczasem niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst stawia rewolucyjną tezę: „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz” (tak brzmi także tytuł jej książki).

To hasło może budzić zdziwienie. No bo jak to „nieważne z kim się zwiążesz”? Przecież to ma być ktoś wyjątkowy! Żadnej przypadkowości, czysta magia! Zgoda, tyle że pewien rodzaj magii działa zawsze: przyciągnęliście się, bo wiele was łączy. Bo w waszym spotkaniu jest ogromny potencjał rozwoju dla obojga. Sęk w tym, że – zamiast dostrzec ten potencjał – skupiasz się na trudnościach, które po jakimś czasie wypływają (a wypływają zawsze) i stwierdzasz: „To nie działa”. Eva-Maria Zurhorst wie o tym jak nikt inny. Zawsze szukała tego jedynego. Wchodziła w relacje i szybko z nich wychodziła. „Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych uciekałam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że zostanę stłamszona”. A potem nastąpiły w jej życiu kolejno: niespodziewana ciąża, nieplanowany ślub i nieudane próby dopasowania się do drugiego człowieka. Po dwóch latach uznała, że jej małżeństwo jest „mieszczańskim muzeum nudy” i że „właściwie nic nas nie łączy”. Kłócili się, mijali, walczyli, nawiązywali potajemne romanse, a jednak wciąż byli razem – nie wiadomo właściwie, co ich do siebie ciągnęło. Może to uczucie głębokiej wewnętrznej więzi, które pojawia się, gdy dochodzisz do granicy wytrzymałości... Eva-Maria zaczęła podejrzewać, że może w związku chodzi o coś innego niż o tę „właściwą osobę”. Zaczynają się więc z mężem komunikować. Przyglądać się światu drugiej osoby. Jest w tym coraz mniej strachu i oporu. Coraz więcej ciekawości. Fakt, otwierają się rany, wylewają żale. Ale, jak zauważa w książce, „mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się”. Wreszcie trafiła na seminarium słynnego terapeuty Chucka Spezzana. Słuchała i płakała. Bo wreszcie zrozumiała, że wszystkie problemy w związku sprowadzają się do miłości własnej. Że każdy problem w relacji to zachęta do zajęcia się własnym wnętrzem, własnym zadawnionym bólem i wypartymi emocjami. Że większość rozwodów jest zbyteczna, a rozstanie nie jest rozwiązaniem, raczej zwłoką w uzdrawianiu. Nierozwiązany problem wróci w innej konfiguracji – z kolejnym partnerem. Zmienił się jej stosunek do pracy terapeutycznej i do męża – zaczęli sprawiać wrażenie świeżo zakochanej pary.

Zajrzyj pod sukienkę

Pamiętasz Bridget Jones, przygotowującą się do pierwszej randki z Danielem Cleverem? W jednej ręce trzyma podniecające koronkowe figi, w drugiej wielkie „majtasy” w cielistym kolorze, opinające brzuch i pośladki. Co za wybór! Powiedzmy, że górę wezmą majtasy: sylwetka uzyska zgrabniejszy kształt, ale kiedy dojdzie do łóżkowej sceny, mężczyzna może się przerazić i zrazić. A zatem figi? Tyle że te nie zakryją wałków tłuszczu, a skoro będą one widoczne to – kto wie – może w ogóle nie dojdzie do zbliżenia? Stosunki intymne są bezlitosne: odkrywają nasze najbardziej wstydliwe tajemnice. Im bardziej pozwalamy się komuś zbliżyć, tym mniej pozostaje miejsca na kontrolę. Im bardziej się otwieramy, tym łatwiej nas dotknąć. Wychodzą urazy, niepewność, bezradność i wszelkie możliwe dziwactwa. Bronimy się, uciekamy. Złościmy i atakujemy. Obrażamy i zamykamy. „Druga osoba tylko zagląda pod sukienkę” – tłumaczy Eva-Maria Zurhorst. – „Wałki tłuszczu już tam są. Dla dobra naszego związku musimy zatem sami sobie uczciwie zajrzeć pod sukienkę i nauczyć się akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Autorka „Kochaj siebie...” pisze o mechanizmie projekcji i o tym, że partner jest naszym lustrem. Ujrzysz w nim swoje niespełnione potrzeby, opory i blokady, a przede wszystkim rozdarcie między tęsknotami a lękami. Jak możesz oczekiwać od niego czegoś, czego nie zamierzasz sobie dać? Wierzyć w to, że zapewni ci dobre samopoczucie, szacunek i zaufanie do siebie, których ci brakuje? „Od tego, kogo spotkasz, zawsze spotykasz tylko siebie” – twierdzi Eva-Maria Zurhorst. „I dlatego – zgodnie z moim doświadczeniem – możesz spokojnie zostać z tym partnerem, z którym jesteś, choć jeden Bóg wie, jak niemiły jest dla ciebie ten stan”. Partnerzy mają tę niezwykłą umiejętność, że szybko i precyzyjnie wdeptują w te miejsca, które bolą nas najbardziej. Dlatego czasem tak szczerze ich nie cierpimy. Odsuwamy się, odpychamy. A przecież nie są przyczyną naszych problemów, tylko wyzwalaczem. „Dzięki partnerowi możemy zidentyfikować (i pożegnać) nasze demony” – przypomina terapeutka. I zapewnia, że jeśli życie jest szkołą, to relacja partnerska elitarnym uniwersytetem. „Tutaj zdajesz najtrudniejsze egzaminy, tu możesz się nauczyć najwięcej, najbardziej urosnąć i najwięcej otrzymać” – mówi. Największa nagroda, a jednocześnie cel i sens relacji? Doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jak? Skupiając się na sobie. Weź głęboki oddech i zanurz się w tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, brzydzisz. Czego być może nie chcesz nawet zobaczyć. Zamiast oburzać się na kogoś, kto wydobywa to na powierzchnię, pochyl się nad tym, zbadaj. Uznaj za swoje. „Jest tylko jedna droga do prawdziwego uzdrowienia, autentycznego powodzenia w związku partnerskim” – utrzymuje terapeutka. – „Przyglądajmy się odważnie naszym własnym mrocznym stronom. Nie potrzeba do tego lat psychoterapii ani męczącej autoanalizy. Prawdziwa bliskość z partnerem i szczera wewnętrzna gotowość poznania prawdy wystarczą”.

Mój kochanek, moja tęsknota

Jak często podejmowałaś próbę zmienienia partnera? Mówiłaś: „Albo przestanie to robić (bałaganić, zapominać o ważnych rocznicach, żartować sobie z poważnych spraw), albo z nami koniec”? A zastanowiłaś się kiedyś, co tak naprawdę kryje się pod twoją złością, że znów tak się zachował? Jakie lęki to zachowanie w tobie uruchamia? Jakie tęsknoty? Dlaczego nie możesz na to patrzeć, słuchać tego? Dlaczego to takie straszne i całkiem nie do zaakceptowania? Co kiedyś odrzuciłaś, uznałaś za kłopotliwe i niepotrzebne, a on uparcie ci o tym przypomina? Może chodzi o swobodę bycia, beztroskę, lekkość (a nie o bałaganiarstwo czy brak szacunku)? Cokolwiek to jest, zrób dla tego miejsce, przyjmij z powrotem. Na tym właśnie polega dążenie do pełni. Nie na ćwiczeniu się w doskonałości! Raczej w otwartości na innych. „Bez niej” – uważa Zurhorst – „padamy ofiarami własnych ponadludzkich wymagań wobec siebie. Im mniej dążymy do doskonałości, tym bardziej łagodzimy nasze oceny i osądy innych ludzi”. I wszystkim jest łatwiej.

Zwłaszcza że związek przechodzi różne fazy, a każda przynosi określone szanse i wyzwania. Jest czas pokoju i czas kłótni. Czas namiętności i czas oziębłości. Zbliżenia i oddalenia... Rada Zurhorst na czas głębokiego kryzysu? Pamiętać o prawdziwym potencjale związku, czyli o tym, co było możliwe w fazie zakochania: „Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu. U celu będzie miało jednak zupełnie inną głębię i prawdziwość niż na początku wędrówki”.

A zdrada? Co, jeśli i z nią przyjdzie nam się zmierzyć? Cóż, wiedz, że trójkąty łączy jedno: lęk przed bliskością. Jeśli zostałaś zdradzona, prawdopodobnie od początku nie byłaś „zagnieżdżona” w związku, tkwiłaś na jego obrzeżach, nie potrafiłaś zobowiązać się wobec partnera, oddać mu się w pełni. Zdaniem terapeutki zdradzany tak naprawdę zdradza sam siebie, „Nie opowiadając się zdecydowanie za niczym, kto zastyga w wielkich i teoretycznych oczekiwania wobec partnera i związku”. A jeśli to ty nawiązujesz romans, będąc w relacji? Pomyśl o kochanku jak o swojej tęsknocie, jak o niezaspokojonych częściach, fantazjach. Co to jest? Byłabyś w stanie powiedzieć o tym swojemu partnerowi? I jeszcze jedno, zobowiąż się do połączenia serca i seksualności. Może zamykasz się, nie czujesz spełnienia w seksie. „Wystarczy, jeśli odczuwasz tęsknotę za lepszą drogą” – zapewnia Eva-Maria Zurhorst. Jeśli potrafisz pokazać partnerowi swoją prawdę – złość, wrażliwość, opór, zgorzknienie, rozczarowanie... Nie rezygnuj. Podejmij decyzję o tym, że przyjmiesz bezwarunkowo partnera. A przede wszystkim siebie samą. I jak najczęściej patrzcie sobie w oczy. Mówcie o tym, co czujecie, o doznaniach fizycznych. Obserwuj siebie, pozwól oddechowi się pogłębić. Coś wreszcie odpuści, rozpuści się...

Kiedy piszę te słowa, z głośnika mojego radia wydobywają się słowa piosenki, która zapewnia uparcie (bo to refren!), że miłość rani. Nie, miłość nie rani. Miłość otwiera stare rany. I pomaga je uzdrowić.

Dwa sposoby na naprawę związku

Radykalna konwersacja – strategia Evy-Marii Zurhorst

To nic innego, jak gotowość dzielenia najgłębszych myśli i uczuć. Bez gier i uników. Przy poszanowaniu lęków i różnic. Uwierz, że prawda uzdrawia. Jak by to było, gdybyś przyjrzała się swojej relacji z otwartością i ciekawością, tak jakbyś patrzyła na nią po raz pierwszy w życiu? Zobaczysz tam wszystko: jak bardzo kochasz (albo nie kochasz) siebie. Czego się boisz. Przed czym wzbraniasz. Co jest twoją największą bolączką. Bo niewiele jest spraw ważniejszych niż twój związek. Jest on „najciekawszym poletkiem eksperymentalnym, sferą odkrywania samego siebie; możesz tam pokazać się drugiemu człowiekowi, najuczciwiej jak się da” – mówi terapeutka.

Wierz, że już to masz – strategia Chucka Spezzana

Terapeuta, zanim zrozumiał sekrety związków, często zmieniał kobiety. Zauważył, że każda kolejna ucieleśniała cechę, której brakowało mu w poprzedniej partnerce. A potem odkrywał w tej nowej inny brak i znów zaczynał poszukiwania... Wreszcie zmienił strategię: postanowił skupiać całą uwagę na tym, czego mu brakowało, wierząc, że znajdzie to w aktualnej relacji. Teraz oficjalnie zaleca to parom: daj partnerowi całą swoją miłość, uwagę i ciekawość. Przez 14 dni koncentruj się na jakości, za którą tęsknisz. Uwierz, że twój partner ją posiada… a on ją wtedy rozwinie.

Eva-Maria Zurhorst, terapeutka par. Wraz z mężem Wolframem Zurhorstem są szczęśliwym małżeństwem od ponad 20 lat, mają na koncie kilkanaście książek, w których przekonują, że partnerstwa można się nauczyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się