1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Słodki drań. Katarzyna Miller wyjaśnia, dlaczego tak szalejemy za niegrzecznymi mężczyznami

Słodki drań. Katarzyna Miller wyjaśnia, dlaczego tak szalejemy za niegrzecznymi mężczyznami

- Główną cechą niegrzecznego mężczyzny jest to, że bez przerwy się wymyka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Główną cechą niegrzecznego mężczyzny jest to, że bez przerwy się wymyka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Uwodzą i znikają. Robią rzeczy, o jakich marzymy, a potem takie, których nie akceptujemy. Czy szalejemy za nimi z powodu ich zalet, czy naszych kompleksów? Dlaczego niegrzeczni mężczyźni tak nam mieszają w głowach – wyjaśnia terapeutka Katarzyna Miller

Niegrzeczni, czyli właściwie jacy?
Przeróżni niegrzeczni nam się podobają. Na przykład tacy zadbani, co mają wypracowane ciało, pływają na desce, nurkują, czyli uprawiają jakiś sport, ale bardziej elegancki niż piłka nożna. Albo bogaci, którzy błysną złotą kartą kredytową i roleksem. Albo strasznie ważni, zajęci sprawami świata. Tylko że ci błyszczący męskimi klejnotami – dosłownie i w przenośni – to narcyzi, a więc faceci całkowicie niedostępni, którzy się tylko w kobietach przeglądają. Główną cechą niegrzecznego mężczyzny jest to, że bez przerwy się wymyka. Zaprosi gdzieś, zbałamuci, a za tydzień widzimy go z inną. Nie lubi zobowiązań. Mówi na przykład: „zadzwonię”, a nie dzwoni. Stwierdza: „wielkie wrażenie na mnie zrobiłaś” – i na miesiąc znika. A my zostajemy z tym wielkim wrażeniem i je sobie w samotności obrabiamy, żeby mieć pożywkę dla wyobraźni: „gdziekolwiek on jest, pewnie myśli o mnie, pamięta, pragnie”. Czyli kobieta swoją iluzją sama siebie dla niego uwiedzie…

Mamy wielką wyobraźnię, jeśli chodzi o mężczyzn. Potrafimy dodać im zalet...
Zwłaszcza te z nas, które są mocno neurotyczne, mają nieugruntowane poczucie własnej wartości i które nie są z siebie do końca zadowolone, choćby nie wiem jak były ładne, zdolne, bogate i ślicznie ubrane. One, niestety, wyznają zasadę amerykańskiego komika Groucho Marksa: „nie chcę należeć do klubu, który mnie przyjął na członka”. W przełożeniu na relacje damsko-męskie znaczy to tyle, że jeśli sobie samej się nie podobam, to uważam, że mężczyzna, który się na mnie złapał, musi być jakimś dupkiem, wybrakowanym towarem.

Ale gdy jakiś niegrzeczny mężczyzna raz tylko na nią spojrzy…
...wtedy ona, żeby go zdobyć, stanie na rzęsach! Bo jeśli jej się uda, udowodni sobie, że jednak jest coś warta. W takim myśleniu czai się jednak zasadzka, bo jeśli cel zostanie osiągnięty i do tego on będzie miły, czuły, kochający, ona zacznie myśleć, że to jednak jakiś dupek.

A jeśli będzie ją zwodził?
Obiecywał, opowiadał, mącił rozum? Będzie się czuła bosko, wyda jej się, że naprawdę żyje. Bo ona chce, żeby coś się działo: żeby się naczekać, namarzyć, żeby to, co ma, nie było zwyczajne, ot, takie byle jakie. Dlatego jeśli jakiś mężczyzna mówi jej, że przyjdzie – i przychodzi, a jeszcze daje bukiet róż i stwierdza, że ją kocha i chce się żenić, wtedy ona ma poczucie, że życie jest zwyczajne, pozbawione natchnienia i gorączki.

Tak mówią singielki, które czekają na poryw serca równy sile tsunami.
Jeśli ich rodzice się kłócili, nie lubili wzajemnie, nie spali ze sobą albo robili to rzadko i niechętnie – to one nie mogą marzyć o takiej miłości, jaką widziały w rodzinnym domu czy u sąsiadów. Wierzą w jej piękną, romantyczną wizję. Ten mit skazuje kobiety na uwodzicieli. Tylko oni potrafią mówić tak, jak sobie wymarzyły. Jeśli mężczyzna powie: „fajna jesteś, ładna, lubię cię", to – kurde – kto to jest? Taki szarak… Ale gdy taki niegrzeczny poleci w nocy na klomb miejski, gdy przeskoczy przez płot sąsiadów i narwie dla niej róż – to tak! A przecież on kradnie te róże dlatego, że go na nie nie stać albo mu żal dla niej forsy. Ale ona myśli, że chce ją oszołomić swoją niezwykłą zuchwałością, że jest niebanalny... I jest zachwycona, że ma taką wyobraźnię. W jego wyobraźni widzi siebie.

Co to znaczy?
Kobieta oddaje siebie w ręce mężczyzny, który ma ją upieścić, ukochać, zapewnić o swojej miłości i pożądaniu. Dopiero wtedy rozkwita. Widzi siebie w jego oczach jak na obrazie w bogatej ramie: jest piękna, obok kwitną lilie i księżyc unosi się nad rozlewiskiem, a do tego upojny dźwięk cykad. Jeśli są wtedy na Mazurach, to sobie myśli, że kiedyś będą w Wenecji. Jeśli są w Wenecji – myśli, że kiedyś zamieszkają w Paryżu. Tak czy siak zawsze marzy o czymś innym. Dzięki temu wszystko jest ciągle przed nią. Jest też pewna, że to on ma dążyć do tego, żeby było jej lepiej.

Znam to nie tylko ze słyszenia...
Przypomniała mi się pewna kobieta. Ciepła, życzliwa, naprawdę mądry człowiek. A do tego śliczna, zgrabna, zawodowo niezależna. Jakbym ja była facetem, to mieć taką kobietę na zawsze byłoby dla mnie cudem. Ale ona, z tą swoją niesłychaną dobrocią i naiwnością, najpierw cierpiała, że jeśli się już ktoś nią zainteresuje, to zawsze jest to jakiś nudziarz. A potem, jak już się nią zainteresował ktoś, kto jej się strasznie spodobał i kto wywiózł ją do tego wymarzonego Paryża – jakimś dziwnym trafem okazało się, że jest żonaty i ma dzieci. A że nie chciał zrobić swojej żonie krzywdy i jej porzucić...

 …więc złamał serce kochance. No, ale przynajmniej była w Paryżu.
No tak i czegoś się na tym romansie nauczyła. Trzeba jednak było wydrzeć z jej serca wiarę w to, że on będzie jej partnerem. A to był ogromny koszt. Może jednak jest tak ogromny właśnie po to, żebyśmy zaczęły cenić zwyczajnych facetów?

Nie uczymy się na błędach. Nieraz słyszałam od znajomych: „to miły facet, ale między nami nie ma prądu”. Mówią tak nawet te, które taki prąd wcześniej już nieźle pokopał.
Właśnie. Albo łajdak, który krzywdzi, albo samotność, albo pozostaje wreszcie przejrzeć na oczy i zgodzić się na zwykłość. Ale wtedy też źle, bo zwykłości kobiety nigdy swojemu miłemu i dobremu facetowi nie wybaczą. Chyba że pójdą na psychoterapię. Sama też musiałam nauczyć się cenić pana Cześka, chłopaka z sąsiedztwa. Ale też już w liceum mówiłam, że lepszy Rysio Dębski w klasie niż Marlon Brando w Hollywood. Uważam to za przejaw swojej wielkiej mądrości.

Może niegrzeczny mężczyzna jest świetnym kochankiem? I to jest ta tajemnica, o której nie wypada mówić?
Za siódmym razem już nie jest świetnym kochankiem, bo się nudzi, potrzebuje nowych bodźców. Nowej uwiedzionej. Ale zanim do tego siódmego razu dojdzie, można się w nim zakochać po uszy. Nie wiemy, bo niby skąd mamy to wiedzieć, że zwyczajny, uczciwy i dobry mężczyzna dopiero po siódmym razie, kiedy nabierze śmiałości, może oczarować. W młodości byłam na tyle głupia, że skończyłam fajny związek, nim mój mężczyzna się rozkręcił. No ale też nikt (nawet on sam) mi nie powiedział, że warto chwilę poczekać.

Czyli jeśli ten pierwszy czy drugi raz z niegrzecznym był ekscytujący, to potem już tylko czekamy, aż zadrży ziemia?
Raczej tak, ale nawet podczas tego czekania nie przyznamy, że kochanek jest do niczego. Po prostu myślimy: „już mu się znudziłam, przestałam się podobać, utyłam”. Jesteśmy mistrzyniami w braniu winy na siebie, bo dzięki temu znów możemy marzyć, fantazjować i czekać na niezwykłą miłość i namiętność. Rajcuje nas to oczekiwanie. Nie tylko chłopcy lubią gonić króliczka. No i, niestety, znów trafiamy na niegrzecznego – na uwodziciela – bo tylko on wie, jak nas podkręcić. Dla niego ważne jest, żeby kobieta o nim pamiętała, żeby za nim tęskniła. Wtedy czuje się kimś. Uwodziciele to specjalny gatunek mężczyzn, którzy swoją wartość budują i podtrzymują dzięki kobietom.

Ta wiedza zmienia naszą pozycję w grze o miłość. To piąty as w rękawie!
Mogłoby tak być, gdybyśmy wiedziały, że to gra. Ale my mamy w głowach obraz mężczyzny sprzed 200, 300 lat. I kiedy się zakochujemy, wydaje nam się, że ten mężczyzna ma wszystkie wymarzone cechy, składa się z samych rycerskich cnót: opanowania i poczucia odpowiedzialności za ludzi, za rodzinę, za kraj. Jest dobrze wychowany, potrafi się świetnie wyrażać, zna siebie i swoje możliwości. Ale to tylko nasza fantazja. Nawet jeśli kiedyś byli tacy mężczyźni, świat się zmienił, myśmy się zmieniły. Mówię więc kobietom: wasi mężczyźni są tacy sami jak wy. Ani bardziej cnotliwi, ani mniej. Dlatego najlepiej zrobicie, jak polubicie – na początek – swoją zwykłość i normalność, bo wtedy łatwiej wam przyjdzie polubić ich zwykłość i normalność.

Ale kobiety szukają niezwykłych mężczyzn. Instruktorów tai-chi, jogi czy psychoterapeutów z charyzmą.
Mówisz o kobietach, które niezależnie od wieku posiadają potrzeby duchowe, dlatego pociągają je mężczyźni obcujący z wartościami wyższymi. Mają nadzieję, że oni staną się ich przewodnikami.

Czy nie chodzi i o to, że ci mężczyźni są często fizycznie atrakcyjni?
A bywają, bywają! Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Marcina – jak nad wodą, w słońcu tańczył dla nas tai-chi, a wiatr rozwiewał jego czarne loki – byłam pod wrażeniem. Ale ktoś, kto się w nim wtedy zakochał, zakochał się w iluzji. Bo to było przedstawienie. Efekt długich lat pracy. Jednak taki właśnie mężczyzna to świetny ekran dla naszych fantazji. Postać, na którą można nanieść, ile wlezie własnych idealizujących wyobrażeń. Bo skoro był w Indiach, od 20 lat ćwiczy, nie je mięsa, a twarz ma jak wyrzeźbioną i dłonie szczupłe, to wszystko rozumie. A więc uniesie mnie gdzieś wysoko, na szczyt Tybetu. Będziemy uprawiać tantryczny seks i to nigdy się nam nie znudzi. Ale życie fantazjami to zapowiedź rozczarowania i tęsknoty.

Czy jednak tęsknota nie jest lepsza niż codzienna nuda?
Dlaczego nuda? Dlaczego nawet kobieta samodzielna i mądra nie wie, co robić z mężczyzną? Choć ma własne pieniądze, realizuje się zawodowo, nie chce mieć własnych pomysłów. Tylko czeka na pomysły partnera. Kobieta niezależna może mężczyznę doinwestować własnym konceptem. Dlaczego mamy z tym kłopot? Czemu trzymamy się starej wizji relacji z mężczyzną, że to on zawsze ma wprowadzać zmiany? Kiedyś kobiety były zależne, więc musiały czekać na niezależnego partnera. Teraz same mają dość pomyślunku za dwoje, ale z niego nie korzystają, tylko czekają, aż trafi się im Pomysłowy Dobromir.

Pomysłowy i niegrzeczny! No bo on to nasza druga połowa.
Pogódźmy się w końcu z tym, że nie jesteśmy żadną połówką. Każdy człowiek jest całością. Jest pojedynczy. Romantyczna miłość mąci nam w głowach, bo każe czekać na kogoś, kogo nie ma, lub na kogoś, kogo lepiej byłoby nie spotkać. A jeśli już tego pragniemy, potraktujmy to jak przejażdżkę na rollercoasterze i nie liczmy, że będzie ona trwać wiecznie…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.

  1. Seks

Niech żyją weseli kochankowie! Co nam daje żartowanie z seksu – wyjaśnia Katarzyna Miller

Jak ludzie się lubią i potrafią razem bawić, to lepiej radzą sobie z życiem, kiedy trzeba być bardzo na serio. Mają też z tego bycia razem o wiele więcej radości, także erotycznej - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jak ludzie się lubią i potrafią razem bawić, to lepiej radzą sobie z życiem, kiedy trzeba być bardzo na serio. Mają też z tego bycia razem o wiele więcej radości, także erotycznej - mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Kim jest mężczyzna, który potrafi w łóżku rozbawić swoją kochankę, a kim ten zawsze na serio? Co nam obojgu może dać żartowanie z seksu i gdzie jest tego granica? Czy poniżej męskiego pępka? – wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Nie wszyscy mężczyźni lubią zabawy w łóżku. Kupiłam kiedyś pewnemu blondynowi bokserki w niebieskie kangurki i on się na mnie obraził...
Jeśli ktoś się czuje obrażony byle czym, to wiadomo, że będą z nim kłopoty: sztywny, skrępowany, zabijający w innych każdy przejaw spontanicznej radości życia. Przebieranki to pikantna zabawa. Przecież to cudowne móc przebrać swojego chłopa i go uwieść. Albo ubrać go do seksu tylko w muszkę. Co tam kogo kręci i co komu wyda się zabawne. Rzecz w tym, że jak ludzie się lubią i potrafią razem bawić, to lepiej radzą sobie z życiem, kiedy trzeba być bardzo na serio. Mają też z tego bycia razem o wiele więcej radości. Także erotycznej. Seks może przecież wyrosnąć z zabawy. Droczymy się ze sobą, przekomarzamy, przebieramy i w pewnym momencie mamy taki wspaniały luz, że już nic – tylko zacząć się kochać. Niech żyje zabawa dla zabawy, która się przeradza w erotyczny zachwyt nad sobą i partnerem.

I niech żyją weseli kochankowie?
Dziecko wewnętrzne jest zadowolone z życia, gdy ma okazję do zabawy. Wtedy nie brak mu energii, również seksualnej, a to znaczy, że jest po prostu szczęśliwe. Cały świat jest wówczas pełen seksualnych arcydzieł. Bo na przykład ogórek, pomidor czy dynia są właśnie takimi arcydziełami. Wszystko, co jemy, na co patrzymy, jest dowodem na seksualność świata.

I jest też pretekstem do śmiechu i żartowania.
Właśnie. Do seksu tak jak do życia w ogóle podchodźmy i na poważnie, i na czule, i na słodko, i na wesoło. Seks traktowany tylko poważnie szybko by się nam znudził. Rutyna zjadłaby namiętność. Dlatego ważne, żebyśmy kochali się zależnie od nastroju, od pogody… W seksie może być też sporo lęku, więc to, że można pochichotać, bardzo pomaga. Gdybyśmy jednak kochali się tylko na śmiesznie, to znaczyłoby, że bagatelizujemy i seks, i siebie. Ale wszystko jest w jak najlepszym porządku, gdy rechoczemy w łóżku raz na jakiś czas. Oczywiście spontanicznie, a nie według harmonogramu – co piąty akt ma być na wesoło.

To w takim razie poproszę o jakąś podpowiedź dla tych, którzy przerazili się teraz, że wpadną w rutynę. Od czego zacząć naukę śmiania się w łóżku?
Możemy śmiać się z żartów erotycznych, na przykład takich: „Wstaje chłop z łóżka w nocy i łazi, i łazi, aż żona się budzi: – A co ty tak łazisz? – Bo mnie taka chuć wzięła. – No to chodź! – No to chodzę...”. Można też pisać, a potem recytować sobie limeryki. W łóżku możemy też śmiać się wprost z tego, co robimy. On może powiedzieć do kochanki: „niech no ja cię pocałuję w te twoje fałdeczki. Pierwsza, druga, trzecia...”. Człowiek, który lubi swoje ciało, akceptuje to, jak wygląda, może ze swojej cielesności zrobić taki sam ubaw, jak z każdej innej rzeczy. Dzięki śmiechowi, humorowi można pokonać swoje kompleksy, zahamowania czy wstyd. Obśmiać swoje niedoskonałości to tyle, co przestać się nimi zajmować.

Jest jednak pewien element męskiego ciała, z którego nawet życzliwy śmiech będzie źle przyjęty. Mężczyźni traktują ów element wyjątkowo serio, zwłaszcza gdy nie jest zbyt okazały.
Nie warto kłamać i mówić, że jest imponujący. Lepiej powiedzieć: „mój ty figlarny, zwrotny maluszku. Ty jesteś jak te cudowne, małe wyścigowe samochody – wszędzie się dostaniesz. W małym siła”. A tak na poważnie warto mężczyźnie uzmysłowić, że najważniejsze to się dopasować: mała cipeczka, to i mały figlarz. W książce „Ojciec chrzestny” jest kobieta, w której wszyscy toną, aż w końcu znajduje się mężczyzna, który ma giganta i któremu też było źle, dopóki nie spotkał odpowiedniej kobiety. Są jednak żarty, które nadwyrężają poczucie humoru kochanka. Bo jeśli ona śmieje się: „pensję też masz małą”, to nie dziwota, że mu nie staje.

„Jak długo kobiety będą udawały orgazm? Tak długo, jak mężczyźni będą udawali grę wstępną... ”. Czy opowiedzenie takiego kawału w łóżku to dobry pomysł?
Ja bym go w łóżku nie mówiła. Zwłaszcza jeśli to ma być aluzja, żeby on mi dawał więcej pieszczot i czułości. Jeśli tak jest, to trzeba mu to wprost powiedzieć: „mój kochany, żebym ja się naprawdę podnieciła i ciebie przyjmowała z rozkoszą i z chęcią, potrzebuję więcej podchodów!”. Jeśli ujmiemy to w ten sposób, to mężczyzna zrozumie, że warto się potrudzić, bo jemu samemu to się opłaci. Ale jeśli chcemy opowiedzieć jakiś żart à propos sytuacji tego mężczyzny, to lepiej, gdy jest on jednym z wielu dowcipów. Wtedy może pomóc mu się zrelaksować, zdystansować do problemów. Wspominam bal, na którym całą noc opowiadaliśmy sobie dowcipy. Przez kilka następnych dni po tym całonocnym śmiechu czułam się jak nowo narodzona.

Moja przyjaciółka stwierdziła, że jest z mężczyzną, który nigdy jej nie rozśmieszył. Ja nie mogłabym z kimś takim być.
Ja też lubię i cenię mężczyzn, którzy potrafią w łóżku pożartować, powiedzieć coś lekkiego, bo wtedy od razu znika napięcie. Ci, którzy potrafią śmiać się z samych siebie, nie utknęli w jednej wizji świata, są bardziej empatyczni. Wiedzą, że na każdą rzecz można spojrzeć z wielu punktów widzenia. Są lepiej wyposażeni emocjonalnie i intelektualnie, bo poczucie humoru wymaga inteligencji i umiejętności przeżywania emocji. Śmiać się z siebie to być zdrowym emocjonalnie. A jak jeszcze facet się przed kochanką przyzna: „ja też jestem przejęty, bo chciałbym dobrze wypaść”, to otwiera całe pole do bliskości z nią.

Ci, którzy potrafią się wygłupiać, wydają się lepszymi kochankami.
Wspólny śmiech w łóżku to wspaniała gra wstępna. Bo jak się już nachichramy, to całe ciało mamy miękkie, wszystkie mięśnie rozluźnione. I nic już nam więcej poza seksem do szczęścia nie potrzeba. Oczywiście jak afrodyzjak działa tylko śmiech ciepły, życzliwy, radosny, pchający nas ku sobie, a nie ten złośliwy, piętnujący przywary. Ale ludzie z poczuciem humoru są bardziej otwarci na świat, a więc też poszukujący. Można więc zakładać, że w łóżku będą mieli do zaproponowania więcej niż pompatyczne mruki.

A co z facetami, którzy opowiadają tylko seksistowskie kawały?
Nie śmieję się z dowcipów, które poniżają kobiety. Choć lubię te, które je wykpiwają, bo to co innego. Ale szybko biorę odwet. Po usłyszeniu kawału o blondynkach, od razu opowiadam taki: „Jedna szara męska komórka lata po mózgu i strasznie się nudzi. Raptem obok niej przelatuje druga, taka bardzo mała i mówi: Ty, co ty tu jeszcze robisz? Przecież my już wszystkie jesteśmy na dole...”, i wtedy chłopy też mają durną minę.

Przeczytałam, że kobiety, które cenią bardziej czułość niż namiętność, podobnie jak te pruderyjne, nie lubią dowcipów seksualnych.
Nie lubią ich też neurotyczki, które jak po drugiej stronie ulicy usłyszą śmiech, to boją się, że to z nich ktoś się śmieje. Wiem, jak to jest, bo sama byłam taką neurotyczną panienką. Ale pamiętam też, jaką ulgę poczułam, gdy wreszcie zaczęłam umieć śmiać się z siebie samej. Teraz już nie tylko to umiem, ale nawet jestem w tym niezła. Niedawno w telewizji śniadaniowej prowadzący spytał mnie: „czy pani by się odchudziła, gdyby dziecko panią poprosiło?”. „Po co mam się odchudzać, czyż ja nie jestem piękna?” – odpowiedziałam, a on na to: „ imponuje mi pani”. Warto popracować nad sobą po to, by nauczyć się dystansu do swoich wad, kompleksów czy obaw. Wtedy one przestają nas ograniczać.

Ale czy kobiety tak naprawdę lubią śmiać się z seksu? Może to jednak strefa radości bardziej dla mężczyzn?
Kiedy dziewczyny są same, czują się bezpiecznie, gdy się lubią, to wtedy nie ma dla nich tematów tabu. Inaczej oczywiście jest na przyjęciach mieszanych. Tam zachowanie reguluje konwenans. Ale już na grupach terapeutycznych, gdzie mogą być sobą, reagować spontanicznie, lubią śmiać się z seksu. Ja zresztą często na swoich warsztatach opowiadam erotyczne kawały. Po pierwsze, to zabawne, a po drugie, pomaga mi poznać uczestniczki. Patrzę, które z kobiet śmieją się szczerze, która się zaperza, a która jest oburzona. Kawały to małe przypowieści i one nas leczą. To też satyra na nas samych.

  1. Psychologia

Wypalenie życiowe – jak sobie z nim radzić? Rozmowa z Katarzyną Miller

Wypalenie pojawia się, gdy człowiek nie umie stosować płodozmianu. Więc kiedy nic mi się nie chce, to nawet się o to nie obwiniam. Bo to naturalny skutek tego, że się nadużyłam. (Fot. iStock)
Wypalenie pojawia się, gdy człowiek nie umie stosować płodozmianu. Więc kiedy nic mi się nie chce, to nawet się o to nie obwiniam. Bo to naturalny skutek tego, że się nadużyłam. (Fot. iStock)
Po pracy i po każdym wysiłku, także stresie, niezbędna jest regeneracja. Nie da się ciągle tylko dawać siebie innym i światu. Dlatego, jak mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller, ważne jest, by mieć takie momenty w ciągu dnia, gdy świadomie i z całkowitym przyzwoleniem możesz powiedzieć: „a od tej chwili już mnie nikt nie obchodzi”.

Tym razem chciałam porozmawiać o wypaleniu, ale w szerszym ujęciu niż dziś je rozumiemy. Czyli nie tylko zawodowym, ale też o wypaleniu w związku, wypaleniu w roli matki, wypaleniu życiowym. Oraz o wypaleniu pandemicznym, które ostatnio zaobserwowałam u siebie...
O, sądzę, że to ostatnie jest o wiele bardziej powszechne niż nam się wydaje. Ja też je silnie czuję. Mam nawet czysto biologiczne objawy: nie pamiętam, co przed chwilą czytałam, co ktoś do mnie mówił; zapominam nazwiska ludzi, o których właśnie mówię; nie wiem, co miałam za chwilę zrobić... Spadnie mi długopis na podłogę, to płakać mi się chce: „Jeszcze i to?!” – myślę z wyrzutem właściwie nie wiadomo do kogo.

Mam już po kokardę tej pandemii. Jestem wkurzona, ale i zmęczona, zrezygnowana. Nic mi się nie chce. Najchętniej bym leżała i... właściwie nie wiem co. Bo spać też mi się nie chce. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że moja sytuacja jest poniekąd luksusowa, bo siedzę sobie wygodnie w moim ukochanym mieszkaniu i w każdej chwili mogę pojechać też na wieś, ale i tego mi się nie chce. Jedyne, co jeszcze mi się chce, to czytać książki i oglądać filmy. W czasie lockdownu rzuciłam się na kryminały Lee Childa. I kiedy czytałam o przygodach Jacka Reachera, to przez chwilę miałam poczucie niezwykle intensywnego życia. Ale gdy odkładałam książkę, to było takie plum... jak do głębokiej studzienki. Ta niemożność zrobienia niczego, ta bezradność wręcz uwłaczają człowiekowi.

Zaczęłam nawet lubić wizyty u lekarza, bo przynajmniej wychodziłam z domu, wsiadam do samochodu, ruszam się. Czasem myślę, że ci, którzy siedzą w domu z dziećmi, ze zdalną pracą i nauczaniem, mają lepiej, bo chociaż coś się dzieje; a czasem myślę, że mają gorzej – bo przecież za tyle osób więcej muszą odpowiadać. I liczyć się nie tylko z własnym poirytowaniem.

Wszyscy mamy dość. Tej niepewności i bezradności, tego wiecznego napięcia pod tytułem: „Kiedy to się wreszcie skończy?”. Nie mówiąc już o ludziach, których spotkały reperkusje finansowe czy którzy kogoś stracili...

Od ponad roku słyszymy dzienne statystyki zachorowań i zgonów. A przecież bywają dni, kiedy nie wywołują w nas reakcji. Z czego bierze się to zobojętnienie?
Pewne rzeczy są od nas niezależne, także niektóre procesy zachodzące w naszym organizmie. Jeśli człowiek sobie uświadomi, że ma sobie pomóc w tej chwili, w dodatku jeszcze znajdzie resztkę energii, to to zrobi, ale jeśli sobie nie uświadomi – to się w siebie zapada. Najgorsze w stresie jest to, kiedy jest długotrwały i pozbawia cię poczucia wpływu. Wtedy jesteś załatwiona.

Mnie pomaga trochę, że wyszło słońce, że pojawiła się zieleń.
Oj, mnie też. Nakupiłam sobie bratków, namiętnie też ustawiam w wazonach kwiaty. Zieleń, owszem, trochę mnie cieszy. Ale przecież ludzi, którzy są w głębokiej depresji lub są naprawdę wykończeni, nawet to nie rusza. My akurat mówimy nie o depresji czy wykończeniu, a o stanie przedłużonego zmęczenia, znużenia i wypalenia. Tu można coś jeszcze zdziałać. No bo w sumie o co chodzi? Przecież nie przesiedlają nas ze wschodu na zachód z jedną kozą i pierzyną pod pachą. Tak jak mówię, mamy luksus prowadzenia w miarę normalnego życia. Choć smutnego.

No i jak to brzmi: mam dosyć seriali. Mam dosyć książek. Mam dosyć chodzenia do tego samego parku. Ale przecież można mieć tego wszystkiego dosyć.
Człowiek ma problemy, na jakimkolwiek by był poziomie życia. A ponieważ teraz wszyscy mamy ten sam problem i wszyscy go podobnie przeżywamy, trochę to pomaga. Mnie pomaga. A tobie?

Mnie pomaga wspólne narzekanie. Choć zawsze ostrzegamy, by nie weszło nam w nawyk.
Czym innym jest jednak powiedzieć komuś, że i ty masz dość, że i ty zapominasz, co miałaś przed chwilą zrobić. To przynosi ulgę. Tobie i tej drugiej osobie.

W końcu od roku jesteśmy wszyscy w stanie permanentnego napięcia i podminowania. Może na jakiś tydzień lub dwa udało się nam wyjechać i zapomnieć, ale potem znów wróciło.
Od roku pracuję z pacjentami głównie online lub przez telefon. Telefon daje jeszcze jaką taką intymność, ale okienka czatów i szare buzie rozmówców są już dla mnie nie do zniesienia. Chciałabym ich przytulić, uścisnąć, pogłaskać. I bardzo bym chciała, żebyśmy to potem nadrobili. Tylko trochę się boję, czy już nie odwykliśmy.

To też był trudny czas dla bliskich relacji. Czasem więc na to wypalenie pandemiczne nakłada się jeszcze wypalenie w związku.
Wybuchła pandemia i wszyscy zaczęli mówić, ile to będzie potem rozwodów. Ale też ile dzieci się urodzi. Jak zawsze są plusy dodatnie i plusy ujemne. Wielu osobom ten czas pokazał też, że bardzo fajnie jest im z tą drugą osobą, którą sobie wybrali na życie. Zawsze dobrze jest się dowiedzieć, ilu fajnych ludzi mamy wokół siebie, a nawet w domu. Pomocnych, cierpliwych i z poczuciem humoru. Bez poczucia humoru to ciężko w życiu, a zwłaszcza w pandemii.

Bywa, że do tego wszystkiego dokłada się jeszcze przemęczenie w pracy. Pamiętam irytację mojej znajomej, kiedy czytała rady na temat tego, co zrobić z nadmiarem wolnego czasu; podczas gdy dla takich jak ona, pracujących na portalu, to był i jest nadal najbardziej gorący okres.
Wiele osób od początku pandemii po prostu haruje albo w ogóle nie umie korzystać z wolnego czasu, bo się wtedy martwi. Nie uczą nas tego, by wykorzystywać moment. Jak robi mój ulubiony bohater Childa – Jack Reacher, o którym już wspomniałam. Jego myślenie jest takie: jesteś w barze, nie wiadomo, kiedy będziesz mógł zjeść – więc najedz się teraz. Masz gdzie się położyć i przespać, nie wiadomo, kiedy znowu będziesz miał – więc lepiej się połóż. Czyli korzystaj z tego, co masz. Ja też powtarzałam to moim pacjentom: nie musisz dojeżdżać do pracy, to zrób w tym czasie coś, na co miałeś ochotę wtedy, kiedy dojeżdżałeś do pracy. Na przykład na mnie najbardziej działa, kiedy mogę włączyć muzykę, którą lubię. Mam takie rytmy, które ruszają moje ciałko, a kiedy ciałko się rusza, to już wiem, że jest dobrze. Mądra młodzież to robi nagminnie.

Można też zgasić światła, zapalić świeczki, założyć dresy i przykryć się kocem. Ja to bardzo lubię.
W domu zawsze trzeba przebywać w miękkich, serdecznych rzeczach. W ogóle powinniśmy częściej chodzić w ubraniach, które lubimy, a nie w „sztywniakach”.

A wypalenie życiowe – z czym jest zwykle związane? Z wiekiem?
Każde wypalenie pojawia się wtedy, gdy człowiek nie umie się reaktywować, regenerować i stosować płodozmianu. Pilnować tego, żeby co jakiś czas zrobić coś tylko dla siebie. Niedawno miałam spotkanie z kobietami, które opiekują się dziećmi i partnerami z hemofilią. One cały czas są nastawione na zadania, na opiekę, na pomoc. Przejmują bardzo dużo obowiązków za chorych. I strasznie się przy tym wyczerpują. Bo nie ma komu przejąć ich obowiązków. Do tego nie pozwalają sobie na żadne chwile zwątpienia, złości czy niezadowolenia. Bo one muszą dawać radę. W ogóle nie ma w naszej kulturze przyzwolenia na „nie daję rady”. Kiedy ktoś mówi: „Mam już wszystkiego dosyć”, to zaraz ktoś mu odpowiada: „Aż tak ci źle?! Zobacz, jak inni mają”. Jak tak można?".

A nie masz wrażenia, że częściej dopada nas wypalenie, bo zagubiliśmy nasze naturalne rytmy? Nie mam na myśli już nawet rytmu pór roku, ale choćby rytm dzienny, tygodniowy czy miesięczny. Ilu z nas pracuje nocami, zamiast spać? Albo w weekendy, zamiast odpoczywać?
No ja na przykład w weekendy mam warsztaty, ale dbam o to, by „odebrać sobie” dwa dni w środku tygodnia. Kiedyś rzeczywiście żyło się prościej, wolniej i bardziej cyklicznie. Na przykład w piątki nigdy nie jadło się mięsa, był więc od niego odpoczynek. A dziś często zapominamy, że to już piątek. Przecież dopiero co był poniedziałek. Nie na darmo przed świętami zwykle były posty. Pewne rzeczy, których nie lubię robić, bo są „kościółkowe”, miały i mają głęboki sens, bo są rodzajem zdrowego przygotowania do kolejnego etapu. Oczywiście to już wcześniej było w pogaństwie, chrześcijaństwo tylko dodało swoją nakładkę i na przykład był przednówek, a teraz jest Wielki Post.

Ja nie mogę i nie chcę zrezygnować z moich weekendowych warsztatów albo z wieczornego spotkania online, ale staram się przynajmniej pilnować, by robić sobie przerwy, nie spieszyć się lub potem sobie to „odrabiać”. Ale wiesz, co mnie najbardziej wypala? Prośby typu: „Pani Kasiu, pani nas podeprze na duchu”. Ja podpieram, nawet ochoczo, tylko kto potem podeprze mnie? Bo kiedy człowiek zbiera w sobie energię, serdeczność i życzliwość po to, by się nimi podzielić, to poziom tego wszystkiego u niego drastycznie spada. I trzeba się zregenerować. Nie dziwię się już temu, że siedzę parę godzin i nic mi się nie chce, i nawet się o to nie obwiniam. Bo to jest naturalny skutek tego, że się nadużyłam.

Nie można ciągle tylko dawać i dawać siebie innym lub światu.
Trzeba też coś z tego świata i od innych brać. Kobiety jednak o tym często zapominają, zwłaszcza w związkach. Dostosowują się do tego, czego chce ich partner. Bo kobiety są empatyczne, czyli wyczulone na cudze stany emocjonalne, nastroje, potrzeby. Zobacz, jak fajnie jest być z kobietą. Najprostszy przykład – dzwoni przyjaciółka i pyta: „Czy mogę zająć ci teraz chwilę? Odpowiadam: „Ale bardzo szybciutko, bo zaraz mam drugi telefon”. I ona się nie obraża, tylko się streszcza. Mój chłop dzwoni. „Nie mogę teraz” – mówię. „Znowu nie możesz? To kiedy będziesz w końcu mogła?”. Żadna kobieta by się tak nie zachowała. A mężczyźni tak mają, i już. Dlatego kiedy wchodzą do związku ze swoimi potrzebami, a czasem i oczekiwaniami, kobiety po prostu na to odpowiadają, reagują – albo żeby się nie obraził, albo żeby nie zrobiło mu się przykro, albo żeby dobrze o niej pomyślał. I już kupa energii idzie na to, by łagodzić konflikt, do którego jeszcze nawet nie doszło.

No właśnie, czasem tylko odpowiadamy. Odbijamy piłeczkę. A te piłeczki się nie kończą, lecą w naszym kierunku z regularnością tych wypuszczanych przez maszynę na kortach tenisowych.
I jeszcze się rozglądamy, by zobaczyć, czy jakiejś nie przegapiłyśmy. Ja się już nauczyłam i czasem nie reaguję w ogóle. Wtedy on się wkurza: „Czy ty mnie w ogóle słyszysz?”. „No tak, słyszę” – odpowiadam spokojnie. I nic nie robię. Oszczędzam swoją cenną energię.

Tak sobie myślę, że teraz, podczas pandemii, wszyscy trochę staliśmy się terapeutami – siebie i innych. Podnosimy na duchu, łagodzimy konflikty, wysłuchujemy. Nie da się tego robić bez regeneracji. Jak zatem ty, jako terapeutka, się regenerujesz?
No to już mówiłam: dzielę sobie czas na kawałki, które są tylko dla mnie. To jest niezwykle ważne, by świadomie i z całkowitym przyzwoleniem powiedzieć sobie: „A od tej chwili już mnie nikt nie obchodzi”. I wtedy sobie sprawdzam, na co mam ochotę. Na przykład poprzesuwałam różne rzeczy po to, by rano móc poczytać w łóżku, nie spieszyć się i mieć dobry początek dnia.

Czyli mówisz: wyłączaj się na świat...
Daj sobie prawo mieć swoje godziny. I bardzo pilnuj, by własnego, osobistego czasu nie oddawać ludziom jamochłonom. A jeśli już musisz, bo masz tego jamochłona blisko, to przynajmniej pilnuj widełek czasowych. „No dobrze, to zadzwoń potem” – mówi mój osobisty jamochłon. „Oddzwonię, kiedy będę mogła” – odpowiadam mu spokojnie. Jeśli ktoś jest bardzo namolny, to polecam nawet skłamać. Powiedzieć, że jesteś umówiona, że masz za pięć minut spotkanie albo telefon. Albo po prostu rzucić: „Przepraszam, ale muszę kończyć. Przykro mi, nie mam już czasu”. I pamiętajmy: nie musimy się z niczego tłumaczyć.

Dokładają nam kolejne obowiązki w pracy – co odpowiadać?
Można zapytać: „Która z tych spraw jest najważniejsza? Bo jeśli zależy ci na tej rzeczy najbardziej, to nią się zajmę. A że chcę ją dobrze zrobić, nie będę już mogła się zająć resztą”. Albo kiedy szef co chwila wydłuża ci listę rzeczy do załatwienia, spytaj: „Oczywiście, zaraz się tym zajmę, powiedz mi tylko, z której rzeczy mam zrezygnować. Bo chcę się skupić na tym, co jest najlepsze dla firmy”.

A jak wyjaśnić to dziecku, które ciągle domaga się naszej uwagi?
Z dziećmi jest taka prosta tajemnica, niektórzy ją znają, a inni odnoszą się do niej z wielką niechęcią. Otóż trzeba poświęcić im w ciągu dnia pewną porcję uwagi całkowicie, ale w taki sposób, żeby się z nimi bawić. Wtedy człowiek się nie męczy, a dziecko jest zachwycone. Można w coś zagrać, poganiać się, pobawić w chowanego lub zapasy, pogiglać się nawzajem. Ale jeśli rodzice mają dla dzieci głównie polecenia, to wiszą nad tymi dziećmi, a jednocześnie nad sobą, żeby ich z tych poleceń rozliczyć, a w domu jest ciągłe napięcie. Ja tak miałam z mamą na okrągło, za to z tatą się wygłupialiśmy. Tajemnica, o której mówiłam na początku, polega na tym, że jeśli poświęcimy dziecku taki pełen zabawy czas, to ono potem nas już nie będzie potrzebować. Nie będzie tego „mamo, mamo, mamo”, bo dziecko będzie naszą obecnością „nakarmione”. Niestety, bardzo dużo dorosłych nie umie się bawić, nie umie puścić wolno swojego wewnętrznego dziecka.

Czy powiedziałabyś, że jedną z oznak tego, że dopada nas wypalenie, jest to, że nie mamy już z życia przyjemności, zabawy?
Absolutnie tak. Jeżeli czujesz w życiu głównie przymus i niechęć, czyli te wszystkie „powinnam”, „muszę”, to jest to jedna z tych oznak. Bo oczywiście trochę obowiązków warto mieć i umieć je wypełniać, ale poza tym… bawmy się i dawajmy się innym bawić. A wtedy nigdy się nie wypalimy.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Zakazany romans – dlaczego kobiety pożądają żonatych mężczyzn?

Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Zakazany owoc jest słodki i chrupki. Ceną za posmakowanie była utrata raju! A jaka może być cena zakazanego romansu przyjaciółki?

Oscar Wilde mawiał, że najlepszym sposobem na zwalczenie pokusy jest jej ulec – bo kiedy się opieramy, dusza choruje z pożądania, a niedostępne nabiera na atrakcyjności. Justyna w pełni popiera opinię Wilde’a. Od lat podkochuje się w mężach i partnerach przyjaciółek.

– Czasem mam z nimi romanse, czasem nie, ale jeśli kogoś pragnę, podziwiam, uwodzę – to prawie zawsze jest to czyjś mąż. Wolni faceci mnie nie kręcą. Czemu? Nie wiem – wyznaje.

Dziwne? Z pozoru. Antropolog i badaczka ludzkich zachowań, Helen Fisher, w swojej książce „Anatomia miłości” opisała to zjawisko. Fakt, że „cudzy” mężczyźni wydają się kobietom ponętni, nie jest wcale rzadkością, a raczej… normą!

– Pociągają nas mężowie innych kobiet, ponieważ są „sprawdzeni” – mówi Joanna Twardo-Kamińska, seksuolog i psycholog. – Wiele kobiet, widząc, że mężczyzna jest pożądany przez inne, zaczyna uważać go za atrakcyjnego. To ewolucyjna część postrzegania: wydaje nam się, że fajne osoby są na rynku matrymonialnym najszybciej rozchwytywane i tworzą dobre związki.

Bo, paradoksalnie, im bardziej udany związek obserwujemy, tym bardziej pociągający wydaje się mężczyzna. To tak, jakby inna kobieta dawała mu certyfikat wysokiej jakości. Twardo-Kamińska: – Mamy tu do czynienia z mechanizmem projekcji: ponieważ przyjaciółka wybrała danego mężczyznę, to musi coś w nim być. Nie wiemy dokładnie, co to takiego, więc przypisujemy mu cechy pożądane. Idealizujemy.

To fajne, mieć romans z ideałem. A czy można skuteczniej nakarmić kompleksy i poczuć własną atrakcyjność? Zdaniem seksuologa Justynie romanse dają poczucie bezpieczeństwa. Żyje w świecie fantazji i to jej wystarcza. – To, że dziewczyna nie robi kroku dalej i nie myśli o stałym związku, wynika prawdopodobnie z lęku przed bliskością i odrzuceniem – mówi Twardo-Kamińska. Podobnie rasowe łowczynie – są zainteresowane mężczyzną, dopóki go nie podbiją. A żonaci faceci to idealny cel: można ich upolować, skonsumować i pójść dalej. Choć łowczynie wydają się drapieżnymi kocicami bez skrupułów, tak naprawdę są, podobnie jak Justyna, uciekającymi od bliskości, pełnymi lęku rozbitkami. Co można im poradzić?

Twardo-Kamińska: – Najlepiej terapię, dzięki której nauczą się wchodzić w prawdziwe relacje i odkryją, czemu od nich uciekają. Bo kiedy czterdziestka zastanie łowczynię w pustym mieszkaniu, satysfakcja z dotychczasowych trofeów nagle okaże się mniejsza niż poczucie pustki i samotności.

Wbrew wszystkim

Zośka zbliża się do czterdziestki. Przez kilka lat była sama, zraniona po nieudanym związku. Niedawno pojawił się Adam. Powoli i cierpliwie torował sobie drogę do jej serca i łóżka. – To wspaniały mężczyzna, dba o mnie i naprawdę mnie kocha – mówi Zośka. – W łóżku – ideał: czuły, namiętny otwarty na moje potrzeby. W dodatku kręci nas to samo.

Dobrze im razem. Zośka pierwszy raz jest szczęśliwa, a jednak ukrywa ten romans przed światem. A już najbardziej przed najbliższymi. Dlaczego? – Adam jest byłym mężem mojej starszej siostry. Wprawdzie rozwiedli się 15 lat temu, ich dziecko już jest dorosłe, a siostra jest od lat z kim innym, ale moja rodzina i tak wpadłaby w histerię na samą myśl, że sypiam z Adamem. Nikt, dosłownie nikt tego nie zaakceptuje – zwierza się Zośka. Dlatego to sekretny romans. Ale Zośka nie ma zamiaru rezygnować z Adama. Wprost przeciwnie! Desperacko pragnie z nim i sypiać, i żyć…

Zdaniem Twardo-Kamińskiej możemy mieć tu do czynienia z efektem Romea i Julii. – Zjawisko to polega na tym, że obiekt pożądania jest atrakcyjny właśnie dlatego, że stanowi tabu i nie wolno nam się z nim związać – wyjaśnia seksuolog. – Nie mogąc z nim być, pragniemy go z całych sił. Możemy go też idealizować. Nie widzimy jego wad, przypisujemy mu różne zalety, wiele interpretujemy na korzyść. Im bardziej świat staje między nami, tym bardziej pragnienie rośnie. Ono karmi się oporem rzeczywistości.

Zośka łamie swego rodzaju tabu. To może podniecać, dawać zastrzyk energii, nastrajać do walki o „swoje”. Ale czy kochankom się uda? Twardo-Kamińska uważa, że obiektywnie nic nie stoi na przeszkodzie: oboje są wolni, mają poukładane życie, pozamykane poprzednie związki. Nie ma nic złego w tym, że kobieta wiąże się z byłym mężem siostry, jeśli tamta relacja jest zakończona. Co więcej, to mógłby być bardzo udany związek, bo Zośka i Adam znają się od lat, wiedzą o sobie dużo, przyjaźnią się. Odpada więc element niepewności i zaskoczenia. – Ale to może się okazać za mało. Otóż efekt Romea i Julii ma też drugi komponent: kiedy już przełamiemy bariery i jesteśmy razem; gdy wreszcie dane jest nam funkcjonować w związku ze wszystkimi jego blaskami i cieniami, Romeo… rozczarowuje. Dlaczego? Bo okazuje się tylko człowiekiem. Ale przede wszystkim dlatego, że znika przeżywanie tęsknoty i pragnienia – cała emocjonalna huśtawka, która towarzyszyła walce o miłość. A bez tej ekstazy nawet seks, choć udany, staje się równie codzienny jak reszta – podsumowuje seksuolog.

Krzyżowy ogień uczuć

Karina czuje, że się strasznie zaplątała. Ona i jej mąż, Jarek, co roku wyjeżdżali do Włoch wspólnie z zaprzyjaźnioną parą małżeńską. Tak było weselej i taniej. Podczas ostatnich wakacji między Kariną a mężczyzną z drugiej pary zaiskrzyło. I to jak! Nie opanowali tego, nawet nie próbowali – toskańskie wieczory uderzyły im do głów. Ukradkowy, wakacyjny romans przetrwał jesień i zimę. Kochali się coraz bardziej.

– A seks? Seks był naprawdę nieziemski! Pełen pasji i zatracenia w sobie nawzajem, że na samą myśl o nim kręciło mi się w głowie. Nigdy z nikim tak mi nie było, należałam tylko do niego – wspomina Karina. Postanowili być razem. Pierwsze miesiące: ekstaza. A potem… porażka. Pretensje, wyrzuty sumienia, kłótnie i awantury – a do tego obustronne poczucie, że spaprali sobie życie… Nie wytrzymali nawet roku.

– Zadziałała tu odwrócona teoria niedostępności i zasada reaktancji – tłumaczy seksuolog. – Pierwsza: kiedy już coś zdobędziemy, to nam powszednieje i przestaje przedstawiać wartość. Druga: ludzie mają tendencje do zawyżania wartości i podążania za tym, do czego mają utrudniony dostęp. Obie dotyczą nie tylko życia seksualnego, ale także dóbr materialnych... Potrzebujemy odmienności, ekscytacji. Wiele osób nie potrafi docenić tego, co ma i szuka czegoś, co zapewnia silne bodźce.

Bardzo łatwo wpaść w tę pułapkę. Dlatego lepiej się zatrzymać i pomyśleć: „Co z tego, że inny mężczyzna jest bardziej przystojny? Dobry seks to dobra relacja – a tę buduje się latami”.

– Zamiast gonić wrażenia, lepiej jest docenić fakt, że partner też ma wiele zalet, np. jest opiekuńczy, w łóżku uważny, wrażliwy – radzi Twardo-Kamińska.

Dojrzały kochanek

Młodość jest atrakcyjna? Nie dla każdego. Na pewno nie dla Krystyny. Jako 20-latka związała się z dwa razy starszym od siebie kochankiem. – Byliśmy niedopasowani życiowo, co innego nas interesowało, ale łóżko wszystko rekompensowało – opowiada Krystyna. – W sypialni dogadywaliśmy się idealnie. Wprowadzał mnie w świat seksu i dawał mi dokładnie to, czego potrzebowałam. Po prostu uwielbiałam się z nim kochać.

Dziś jest związana z Jackiem, swoim rówieśnikiem – też ma 26 lat. Kocha go, ale… jest zafascynowana jego 40-letnim ojcem! Ilekroć go spotyka, czerwieni się, jąka i spuszcza oczy – jak pensjonarka. To jego twarz i ciało sobie wyobraża, gdy zamyka oczy, kochając się z Jackiem.

Krystyna nie jest wyjątkiem. Kobiety, które pociągają nawet sporo starsi mężczyźni, wchodzą w relacje z młodszymi, bo tak chcą rodzice, tak wypada… Ale nie są szczęśliwe – podziemny strumyczek pożądania płynie w innym kierunku.

– Niektóre koncepcje psychologiczne wiążą fascynacje kobiet starszymi parterami z tzw. deficytem ojca – tłumaczy seksuolog. – Element seksualnej ekscytacji odgrywa tu rolę, ale nie jest pierwszorzędny. Takie dziewczyny uwielbiają towarzystwo starszych mężczyzn, lubią pławić się w ich cieple i opiekuńczości, podziwiać życiową mądrość i doświadczenie. Partner symbolizuje ojca, którego brakowało im całe życie.

– Należy jednak podkreślić, że to tylko jedna z teorii. Część kobiet preferuje starszych partnerów, bo są bardziej odpowiedzialni, dają poczucie bezpieczeństwa i w związku z tym są dla nich atrakcyjni – zaznacza seksuolog.

Co można poradzić kobiecie zapatrzonej w dojrzałych mężczyzn? – Niech wiąże się ze starszymi mężczyznami, jeśli jest z nimi szczęśliwa. Relacje, w których partner jest starszy, nawet dużo, są społecznie akceptowane – uważa Twardo-Kamińska.

Mniejsze zło

Anka ma swój mały sekret: podkochuje się w kuzynie. Niby to tylko krewny drugiego stopnia, ale jednak. – Nie odważyłabym się iść z nim do łóżka – wyznaje Anka. – Ale na samą myśl, że mogłabym się z nim kochać, dostaję gęsiej skórki.

To, czego nie wolno, kręci, ekscytuje i podnieca. Im bardziej zakazane, tym bardziej ekscytujące. Jedni oprą się chętce łamania tabu, ale inni nie. – Silniejszą potrzebę łamania barier mają… grzeczne dziewczynki – uważa seksuolog. – Te, od których przez całe życie wymagano, by były poukładane, miłe i potulne. Te, które zawsze wracały do domu przed 22.00. Mogą odczuwać impuls, by się wyrwać z tego ugrzecznionego świata. Instynkty nie zostają bowiem przez takie wychowanie usunięte, a jedynie wyparte – i pewnie kiedyś dojdą do głosu. Może się to objawiać właśnie pokusą łamania tabu.

Program dla grzecznych dziewczynek? Jeśli chcecie się uchronić przed pokusami robienia czegoś musicie być choć trochę niegrzeczne na co dzień. Bo choć zakazany owoc (a w tym wypadku seks) jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. Może nią być społeczne odrzucenie i samotność, na jaką nas skaże. Dlatego szukajmy wrażeń, łamiąc drobniejsze zakazy. Film tylko dla dorosłych? Dzika przejażdżka motocyklem? Taniec w klubie do rana? To zdrowe sposoby na to, by rozładować napięcie pomiędzy grzeczną a tą dzikszą częścią nas samych.

  1. Psychologia

Zdrada – szukanie bliskości poza związkiem to alarm

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste.

Kiedyś wspólnota religijna, rodzina wielopokoleniowa zaspokajały naszą potrzebę przynależności, jasno określonej tożsamości, a teraz tę potrzebę przerzucamy na partnera, chcemy dostać to od niego w gratisie. Zbyt dużo na nim wieszamy. Marzymy, by ktoś, kogo wybraliśmy, wyrównał nam wszelkie straty, żeby nas dopieścił, sprawił, że poczujemy się nareszcie docenieni. Dodatkowo zaciera się definicja związku, formalizacja tego, że jest się razem, nie jest już konieczna, mamy seks przedmałżeński, bez ślubu możemy mieć wspólne dzieci. Wierność, obietnica wyłączności stają się więc często ostatnim wyraźnym wyznacznikiem związku. Nic dziwnego, że zdrada partnera tak mocno nas dotyka.

Z badań socjologicznych wynika, że choć potępiamy zdradę bardzo stanowczo, to jednocześnie powszechnie ją praktykujemy. Ta „schizofrenia” bierze się z potrzeby myślenia o sobie jako o lepszych, niż jesteśmy. Boimy się prawdy, szczególnie jeśli w przeszłości byliśmy nieuszanowani przez rodziców i wychowawców. Obawiamy się, że może mieli rację, a zdrada byłaby przecież tego potwierdzeniem. Poza tym człowiek dorosły choć wie, że musi liczyć na siebie, marzy, że jego partner zdejmie z niego część odpowiedzialności za życie, da więcej bezpieczeństwa, wsparcia. I jak on zdradza, to odczuwamy wtedy wielką samotność, stajemy twarzą w twarz z okrutnym losem.

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego same- go, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. Niekoniecznie ze względu na kochankę, bo ona się po prostu trafia. Zdradzający szuka balsamu na serce, nie tyle innej osoby, ile innego siebie – ciekawszego, młodszego, bardziej frapującego, zadowolonego z siebie, żyjącego pełnią. Gdy ktoś zaczyna nas ekscytować, to my się sobie samym bardzo podobamy. Oczywiście, jeżeli w tej fascynacji możemy liczyć na wzajemność. Warto więc to samobiczowanie ukrócić i skończyć z odnoszeniem zdrady do siebie. Nie ma też sensu pytać o jej szczegóły, zamiast tego lepiej pytać o to, co ona znaczy dla naszego związku.

Na początku naszą reakcją na zdradę są żal, złość, strach, zazdrość i chęć ukarania winnego, ale jak już się trochę ogarniemy, to nie ma co zachowywać się wsobnie w stylu: „Co ty mi zrobiłeś?!”. No, nie tobie, raczej sobie. Jeśli nie zaczniemy rozumieć partnera czy partnerki, to znów będziemy żyli obok siebie, a nie razem.

Ludzie, którzy są ze sobą blisko, którym ze sobą ciepło i dobrze, nie zdradzają się, bo nie mają takiej potrzeby. Stwarzają sobie razem bogaty świat, są spełnieni erotycznie i emocjonalnie. Niewierność pojawia się, kiedy w relacji czujemy się samotni lub nieszczęśliwi.

Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste. Czy ktoś, kto nie lubi siebie ani swojego partnera, rzeczywiście może się nazwać ofiarą zdrady? Albo ktoś, kto odmawia seksu partnerowi, i on zaspokaja swoje potrzeby gdzie indziej? Zawsze podkreślam, że kobieta, z którą zdradza cię twój partner, jest taka sama jak ty.

Sama diagnoza kryzysu, mówienie, że w związku jest źle, że jest mi smutno czy pusto przy tobie, zazwyczaj niespecjalnie do ludzi trafia, niestety.

Tak wynika z mojego doświadczenia i doświadczeń moich pacjentów. Reakcja to zwykle: „O co ci chodzi, przecież wszystko jest dobrze!”. Często dopiero zobaczenie rywala czy rywalki działa oprzytomniająco, ponieważ utrata związku staje się realna i nie ma co udawać, że wszystko jest okej. Następuje wtedy mobilizacja. I kobiety, i mężczyźni, kiedy robią skok w bok, najczęściej mówią, że ktoś się nimi zachwycił. To wcale nie musi być lepszy seks ani tak zwany lepszy model. To może wynikać z pragnienia aprobaty, ciepłych słów. Dobrze jest więc częściej okazywać sobie nawzajem więcej aprobaty. Jednak zacznijmy od siebie, ponieważ człowiek z siebie niezadowolony nie daje nikomu ciepła, bo nie ma z czego.

Jak świat światem ludzie z różnych powodów wchodzili w związki „nieoficjalne”. Czasem para, która sobie pasuje przez wiele lat, stopniowo się rozchodzi. Jeśli się nie dostarcza materiału związkowi, jeżeli ludzie się zajmują osobno zupełnie różnymi sprawami, to wtedy w tej swojej osobności mogą spotkać kogoś innego, kto stanie się bliski. Szukanie bliskości poza związkiem może być sygnałem alarmowym, że oddalamy się od siebie, że nie zaspokajamy w związku swoich potrzeb. Bywa też tak, że dochodzi do rozstania, bo ktoś spotyka lepszego dla siebie partnera, ciekawszego, bardziej odpowiedniego, i odchodzi. I gdy zdrada kończy związek, i wtedy, gdy on dalej trwa – można na nią spojrzeć konstruktywnie. Bo ona daje nam refleksję, że związek jest z jakichś powodów niedobry i albo trzeba go zmienić, albo pożegnać. W obu wypadkach kochance męża należą się kwiaty, że nawiążę do tytułu mojej książki. Gdy przyspieszyła koniec niedobrego związku, ale też gdy relacja przetrwa. Bo to znaczy, że jest na tyle ważna, że opłaca się budować nowe podwaliny, żeby już nie powtórzyć tego, co było. Najciekawsze jest to, że można zacząć być z tą samą osobą trochę jak z nową. Zdrada bywa katalizatorem zmian w związku, co oczywiście, nie znaczy, że jest przyjemnym doświadczeniem.