1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ojciec i córka - wpływ relacji na dorosłe życie i podejmowane decyzje

Ojciec i córka - wpływ relacji na dorosłe życie i podejmowane decyzje

fot. iStock
fot. iStock
Ojciec jest pierwszym, oczywiście psychicznym, partnerem każdej dziewczynki. Kształtuje jej wzorce odczuwania i zachowania w zakresie płci – mówi terapeuta Maciej Żbik. O to, jaki wpływ ma męska (i kobieca) energia na wybory partnerów w dalszym życiu, pyta Renata Arendt-Dziurdzikowska. 

Kochający ojciec sprawi, że córka znajdzie kochającego partnera? Im bardziej ojciec kocha i szanuje, tym oczywiście większe na to szanse. Chińczycy mają tutaj ciekawą wskazówkę. Przez pierwsze siedem lat ojciec winien traktować córkę jak księżniczkę. Przez kolejne siedem jak „służącą”. A później jak przyjaciółkę.

Jak księżniczkę - to wydaje się jasne, czyli powinien zachwycać się nią i służyć jej wiernie... No tak. Każda córka musi być księżniczką swojego ojca, żeby mogła nabrać pewności siebie. Zachwyt tego, co męskie, tym, co kobiece, pozwala dziewczynce uznać własną płeć i płciowość, zarówno w wymiarze fizycznym, jak i psychicznym. Pozwala zaakceptować ciało, uszanować siebie. Jednak zachwyt to stan emocjonalny, a nie poprawne zachowanie. Dzieci doskonale wyczuwają emocje otoczenia. Dziewczynka wie, czy jest księżniczką taty, czy nie jest. No i trzeba tu oczywiście bardzo uważać, aby córeczka nie wygrała z matką, żeby księżniczka nie zamieniła się w królową.

Po kilku latach księżniczka staje się "służącą" - co to znaczy? Wiele osób może się na to słowo oburzyć.  Być „służącą” znaczy uczyć się różnych funkcji społecznych, swojej roli w rodzinie. „Służąca” czuje się współodpowiedzialna za to, jak funkcjonuje dom, jest zaangażowana, wkłada wysiłek. Szanuje starszych. Księżniczce wystarczy, że jest cudowna. „Służąca” jest dodatkowo cudowna w tym, co robi. Dopiero potem przychodzi czas na przyjaźń. Jeśli nauczymy córki żyć z nami, ojcami, w przyjaźni, to tym samym nauczymy je żyć w przyjaźni z tym, co męskie.

Przyjaźń z 14-letnią córką? Biologicznie jest już kobietą. Jako przyjaciel mogę jej doradzać, a ona ma szansę skorzystać z mojego doświadczenia. Mam szansę być wysłuchany. Córka czuje, że to, co ona daje, jest przyjmowane, a wtedy – i tylko wtedy – przyjmuje to, co dostaje. Jeśli traktuję córkę poważnie, będę poważnie przez nią traktowany. Tylko w ten sposób mogę sprawić, aby liczyła się z moim zdaniem do końca naszych dni.

I zaufała męskości. To model idealny. W życiu napotykamy mnóstwo kompilacji.  Nie możemy zapominać, że naszymi wyborami kieruje głównie nieświadomość. Bez mała 90 procent decyzji, które podejmujemy każdego dnia, wynika z procesu nieświadomego, czyli emocjonalnego, nie zaś racjonalnego. Nieświadomość nie rozróżnia tego, co dobre, od tego, co złe. Lgnie do znanego, ucieka przed nieznanym. Wybieramy to, co dla nas normalne, a normalne jest to, w czym dorastamy. W wieku trzech, czterech lat do psychiki dziewczynki „włamuje się” męskość: dziewczynka zaczyna rozróżniać płcie. Pierwszym mężczyzną, którego widzi, jest jej ojciec. Dostrzega, że zachowania mamy i taty są różne. Dostrzega grę seksualną między nimi. Widzi, jak mama uwodzi tatę, i zaczyna odczuwać dokładnie to, co mama, uczy się wpływania na ojca, na męskość.

Zakochuje się w tacie. Ojciec – choćbyśmy tego nie chcieli – jest pierwszym, oczywiście psychicznym, partnerem każdej dziewczynki. Kształtuje jej wzorce odczuwania i zachowania w za- kresie płci. To się fachowo nazywa kompleksem elektralnym, który później w toku rozwoju jest w różny sposób integrowany. Bardzo wiele kobiet kończy tę integrację dopiero w gabinecie terapeuty. Kończy, czyli uwalnia się od wyborów ograniczonych do kopii ojca. Oczywiście kopia nie dotyczy całego ojca, jedynie jego najistotniejszych cech. Często opowiadam historię mojej klientki, która po rozstaniu z czwartym mężem postanowiła poszukać specjalistycznej pomocy. Otóż każdy z jej partnerów – w chwili poznania – był porządnym gościem. Uwielbiał, nosił na rękach. I każdy był pijakiem, gdy go porzucała. „Panie Macieju, co takiego jest we mnie, że rozpijam każdego faceta?” – pytała. Urodziła się kilka lat po wojnie z namiętnego romansu swojej mamy z byłym partyzantem, alkoholikiem. Mama postawiła ojcu warunek: albo wódka, albo my. I ten mężczyzna z dnia na dzień przestał pić, nie dotknął alkoholu do śmierci. Jego miłość musiała być bezgraniczna. W takim środowisku dorastała moja klientka, więc jej partnerzy także kochali ją bezgranicznie, tylko w końcu zaczynali pić. Dwie najistotniejsze cechy jej ojca – szalona miłość i niepijący alkoholizm – tworzyły znany jej wzorzec partnerski. Jak widać, żyła w totalnym kompleksie elektralnym, czyli zakochaniu w tacie.

To, co męskie, jako wzorzec, kobieta wynosi więc z domu. Kto dostarcza tego wzorca? Bierze go z tego, co najbardziej męskie w jej otoczeniu. Czasami jest to biologiczny ojciec, czasami ojciec przybrany, dziadek, a czasami niestety agresywny animus, czyli niedojrzała męska energia w mamie. To, co dziewczynka postrzega wokół siebie jako męskie, jest prawzorem męskości w jej psychice. Czy męskość, z którą ma do czynienia, jest dojrzała, opiekuńcza i troskliwa, czy władcza i agresywna, a może głównie wylękniona? Trzeba pamiętać także o tym, że prekodowanie treści męskich następuje już w łonie mamy. Embrion nie ma własnej płci, jego jaźnią jest umysł matki. Już więc na etapie prenatalnym dziewczynka dowiaduje się od mamy, jakie jest to „męskie”, chociaż jeszcze go nie rozpoznaje. Już wtedy ulega jej przekonaniom. To, co męskie, jest dobre i kochające czy złe i okrutne? Odczuwa wszystko, co przeżyła mama w relacji ze swoim ojcem i partnerem. Im silniej wypiera uczucia – na przykład niespełnioną miłość do ojca albo lęk przed nim – tym silniej dziecko będzie ulegać takim wzorcom.

To brzmi bardzo fatalistycznie. Ale wcale nie jest takie. Rodzice mają ogromny wpływ na to, jakiego mężczyznę ich córka wybierze. Mogą dokonać korekty tego, w co dziecko zostało wyposażone w brzuchu mamy, a tak naprawdę już w brzuchu babci, bo tam jest komórka jajowa mamy, z której dziewczynka powstała. I tam można sięgnąć, aby poszukać prawzorów tego, co męskie w dziewczynce. Ale przecież każde wzorce można wzmacniać lub osłabiać.

Jak się wydaje, coraz więcej współczesnych kobiet wybiera mężczyzn opiekuńczych, troskliwych i wspierających... I ceni ich, do czasu jednak.  Ponieważ przyciąganie płci jest naturalnym procesem, współczesne kobiety, które w zdecydowanej większości pełnią męskie funkcje, wybierają partnerów o mocnych cechach kobiecych, macierzyńskich. To jest oczywiście wybór nieracjonalny, nieświadomy. Są szczęśliwe w tych związkach, ale do pewnego czasu. Po trzydziestce, a przed czterdziestką, gdy nasze ego traci część władzy na korzyść nieświadomości, pojawia się kryzys. Budzą się treści kobiece, a wtedy kobiecość mężczyzny nie jest już tak atrakcyjna.

Zaczynają się wątpliwości i zarzuty. Mężczyzna przestaje pasować. Wydaje się nieporadny życiowo albo zawodowo, albo jedno i drugie. „O wszystkim ja – kobieta! – muszę decydować. To ja muszę podjąć każde ryzyko, prowadzić firmę, pamiętać o lekcjach dzieci, rachunkach, zakupach. To ja biorę za wszystko odpowiedzialność! Gdzie jest ten facet?!” – mówią. Kobieta z dominującym animusem zaczyna widzieć swojego partnera już nie jako ideał, który jest żeńskim dopełnieniem jej męskiej części. Pojawia się głód, którego nie potrafi nazwać. To jest głód męskiego mężczyzny, tęsknota za synem dojrzałego ojca. Ponieważ kobieta odkrywa w sobie kobiecość, daje mężczyźnie szansę na odkrycie męskości. Stary związek ulega rozpadowi na korzyść nowego, który bardzo szybko może stać się czymś wspaniałym i dojrzałym. Ten kryzys to jak wlewanie wody życia do związku.

Na czym realnie polega ta zmiana? Mężczyzna odkrywa swoją decyzyjność, sprawczość, odpowiedzialność za siebie i najbliższe otoczenie. Kobieta odkrywa swoją kobiecość, czyli to wszystko, co znają córki szczęśliwych matek z silną animą: przyjmuje swoją płeć, swoje ciało, jest zafascynowana swoim cyklem miesiączkowym, zdolnością kreacji, wielką tajemnicą tworzenia i podtrzymywania życia. I staje się coraz szczęśliwsza, dokonuje zmian w życiu zawodowym, spełnia się w życiu rodzinnym i społecznym.

Córka takiej matki wybierze dojrzałego mężczyznę? Jeśli jeszcze dostanie miłość i szacunek od ojca, ma na to duże szanse. Jednak szanse mamy zawsze, bez względu na to, w czym dorastaliśmy.

Co może matka? Co potrzebuje wiedzieć, aby uchronić córkę przed niefortunnym wyborem? Przede wszystkim powinna pamiętać, że o naszym życiu decyduje nieświadomość, a nie rozum. Wiedzieć, że nieświadomość lgnie do znanego, a ucieka przed nieznanym. To jest baza do przyjrzenia się własnym wyborom.

Wyborom partnerów? Albo partnerek. Mówimy tu przecież o archetypowych energiach męskich i kobiecych, które istnieją w każdym z nas. Homoseksualne kobiety dokonują takich samych wyborów – wybierają albo swoją męską częścią, albo kobiecą, czyli osobowością nadrzędną, i w drugiej kobiecie poszukują tego, co kobiece, albo tego, co męskie. Trzeba więc przejrzeć wszystkie wybory, nie tylko ten ostatni, i rozpoznać, czy związek, który przetrwał, jest tym, który dał spełnienie, bo najczęściej niestety tak nie jest. Trwamy w związkach, które spełnienia nie dają, i ukradkiem tęsknimy za tymi, które rozpadły się, ale dawały spełnienie.

Ta świadomość mamy jest ważna dla córki? Od tego zaczyna się proces towarzyszenia córce w jej uczuciowych rozterkach. Mama niesie w sobie niesamowitą skarbnicę wiedzy, która jest najbardziej dopasowana do psychiki córki. To od niej dziewczynka otrzymuje najlepsze lekcje, których nie uzyska na żadnym terapeutycznym kursie. Mama pozostaje mamą, a córka córką, nie zamieniają się rolami. A jednocześnie córka – już dwunasto-, trzynastoletnia – jest poważnie traktowana jako osoba troszeczkę inaczej dorosła niż mama. Ma więc prawo reagować na wszelkiego rodzaju nastroje i humory mamy, nie tylko na jej zachowania. Jeżeli mama traktuje je jako poważne i ważne, córka uznaje swoje życie emocjonalne za coś ważnego – a tym samym uznaje swoją nieświadomość. Będzie mówiła o tym, co czuje, ponieważ wie, że mama to akceptuje. To ogromna szansa dla obu kobiet – i dla mamy, i dla córki.

W jakim sensie dla mamy? Mama w otwartej, szczerej i dorosłej relacji z córką daje sobie szansę powtórnego przeżycia własnej młodości i dokonania wszelkich korekt w psychice, których potrzebuje. Słuchając córki, daje jej przestrzeń do wyrażenia wszystkiego, co ważne. Zatapia się w emocjonalności córki, która w znacznym stopniu jest jednocześnie jej emocjonalnością – w ten sposób następuje wymiana treści nieświadomych. Na tym polega wzajemne leczenie się obu psychik. Chodzi o to, aby mama mogła naprawdę poczuć i uszanować córkę taką, jaka ona jest. Córka, która czuje się uszanowana ze wszystkimi, także dotąd wypieranymi treściami psychicznymi, zaczyna je eksplorować, badać. Zaczyna rozumieć to, co wcześniej jedynie czuła, ale udawała, że nie czuje. Uczy się kontaktu z samą sobą, z głębią siebie. Mama całą sobą przekazuje swoje doświadczenie życiowe, swoją świadomość tego, co się dzieje. I to jest leczące. Jeśli mama pozwoli sobie na taką bliskość z córką, na współodczuwanie, wtedy to działa także w drugą stronę – córka odczuwa wewnętrzny świat mamy, który staje się dla niej dostępny z całym bogactwem przeżyć i doświadczeń. Doświadczenie emocjonalne mamy staje się udziałem dziewczynki.

I w związku z tym wybierze fajniejszego chłopaka niż jej mama? Oderwie się od wzorców partnerskich wyniesionych z domu? Wybierze w zgodzie z tym, co czuje. Córka takiej matki zaczyna cenić całą siebie, a nie jedynie to, co jest społecznie dopuszczalne, to co mówią inni. Jest pewna siebie, zintegrowana. To wspaniałe wyposażenie na życie.

Maciej Żbik, terapeuta, twórca programów i metod terapeutycznych opartych na odkryciach Carla Gustava Junga i własnych kilkudziesięcioletnich doświadczeniach medytacyjnych. Współautor książki "Alchemia snu".

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Obecność to najważniejszy dar, jaki ojciec może dać córce. O relacjach ojca z córką

Ojcowie, którzy aktywnie opiekują się dziećmi, lepiej radzą sobie w relacjach z innymi ludźmi. A to wpływa także na ich zawodową karierę. Aktywne ojcostwo po prostu się opłaca. (Fot. iStock)
Ojcowie, którzy aktywnie opiekują się dziećmi, lepiej radzą sobie w relacjach z innymi ludźmi. A to wpływa także na ich zawodową karierę. Aktywne ojcostwo po prostu się opłaca. (Fot. iStock)
Kobiety sukcesu przyznają, że to ojcu zawdzięczają własną determinację i siłę do działania. Bo to on poświęcał im czas, rozmawiał z nimi o pracy, dopingował do aktywności fizycznej. Jednak zbudowanie więzi z córką to dla mężczyzny trudne zadanie. Dziewczynka należy przecież do nieznanego – kobiecego świata.

Kobiety sukcesu przyznają, że to ojcu zawdzięczają własną determinację i siłę do działania. Bo to on poświęcał im czas, rozmawiał z nimi o pracy, dopingował do aktywności fizycznej. Jednak zbudowanie więzi z córką to dla mężczyzny trudne zadanie. Dziewczynka należy przecież do nieznanego – kobiecego świata.

Tymczasem według badań Ann F. Caron, amerykańskiej psycholog specjalizującej się w problemach rozwojowych dziewcząt, niemal połowa córek wychowuje się w domu bez ojca przez co najmniej rok swego dzieciństwa. A gdy ojciec spędza z córką tak mało czasu i równie mało z nią rozmawia, ma też nikły wpływ na jej wychowanie. Może być jednak inaczej, dowodzą tego przypadki rodzin, w których matka jest chora lub zaburzona (np. nadopiekuńcza lub uzależniona) – wtedy to ojciec bierze na siebie ciężar związany z opieką nad córką. Potwierdza to Małgorzata, lat 50, dziennikarka: – Moja mama była autorytarna, nieczuła, oschła, wiecznie na wszystko narzekała. To tata mnie przytulał, opowiadał mi bajki, piekł ze mną ciasteczka, ubierał choinkę. Mogłam mu się zwierzać, wiedziałam, że mnie nie zawiedzie. Czułam się przez niego akceptowana, kochana. Porównywałam potem do niego każdego chłopaka. Teraz, kiedy sama jestem mamą i żoną, jeszcze bardziej rozumiem, jak wiele mu zawdzięczam.

Ann F. Caron dowodzi, że córki, którym ojcowie dawali ciepło i uwagę, uczyli sprawności fizycznej, grali w gry, zabierali na wyprawy – stały się niezależne, pewne siebie, aktywne, odważne. Zdecydowanie lepiej radziły sobie potem w życiu niż ich koleżanki pozbawione takiej opieki. Kobiety sukcesu przyznają, że to ojcu zawdzięczają własną determinację i siłę do działania. Bo to on poświęcał im czas, rozmawiał o pracy, dopingował do aktywności fizycznej. Najczęściej jednak ojciec jest niedostępny fizycznie lub emocjonalnie. Bez względu na to, czy mieszka razem z córką, czy nie, czas, który z nią spędza, ogranicza się do krótkich chwil chwytanych w biegu.

Warto rozmawiać

Ale i krótkie chwile spędzone razem z ojcem (swobodne, bez kazań, pouczeń) są bardzo cenne. Zwłaszcza dla nastolatki. Nawet jeśli córka nie chce mówić o sobie, to lubi słuchać o jego pracy, o tym, co on myśli na tematy polityczne, o jego przygodach z młodości. W ten sposób poznaje ojca, zostaje wprowadzona w jego świat, czuje, że jest dla niego ważna. Ojcowie mają jednak problem z rozmową w ogóle, a z rozmową z córką w szczególności. Łatwiej im rozwiązać konkretny problem, niż po prostu wysłuchać, co ma do powiedzenia. Ona mówi mu coś dla samej potrzeby wygadania się, a on chce od razu interweniować. Z trudem przyznaje jej rację. Bo to on chce być autorytetem.

Kasia, 18-latka: – Mój ojciec nigdy nie przyzna się, że czegoś nie wie albo że się pomylił. Nazywamy go z mamą Tatą Wszystkowiedzącym. Nawet jeśli przyłapiemy go na błędzie, tłumaczy się tak długo, aż powiem dla świętego spokoju: „no dobra, niech ci będzie”. Gdy mówię mu, że czegoś nie zrobię, to albo mi przerywa w pół zdania, albo mówi swoje słynne: „podaj mi trzy powody, dla których nie chcesz tego zrobić”. On po prostu nie rozumie, że człowiek może zwyczajnie czegoś, ot tak, nie chcieć. Nie wiem, co mu powiedzieć, więc udaję, że to robię.

Ojcowie często nie dopuszczają żadnej dyskusji. Ma być tak, jak oni chcą i koniec. I zamiast sztuki dyskutowania córki uczą się pomijania ważnych dla siebie kwestii, ponieważ ich własne argumenty wydają im się głupie w porównaniu z dojrzałymi, logicznymi wypowiedziami ojca. Gdy odkrywają, że ojcowie nie potrafią znieść konfrontacji, stosują coś w rodzaju biernego oporu – przeczekują, rezygnując z dyskusji. W ten sposób obie strony tracą możliwość poznania siebie.

Psychologowie z Centrum Badań nad Rozwojem Młodzieży w Waszyngtonie zapytali nastolatki, co lubią robić wspólnie z rodzicami. 27 procent odpowiedziało, że niczego nie lubią robić z ojcem, a tylko 7 – że niczego z matką. Jako powód niechęci do wspólnych zajęć z ojcem podały: Nie wyobrażamy sobie, żeby dobrze bawić się z kimś, kto nami komenderuje. W innych badaniach poproszono nastolatki, aby do zaproponowanych tematów rozmów wybrały osobę, z którą chciałyby o nich porozmawiać. Ojciec wybierany był tylko w dwóch przypadkach: rozmowy o pracy zawodowej i przekonaniach politycznych. Ponad 60 procent dziewcząt odpowiedziało, że niechętnie rozmawiałoby z ojcami o seksie, chłopaku, małżeństwie, a 50 procent nie chciałoby dyskutować z ojcem o znajomych, uczuciach do matki, szkole.

Kasia potwierdza: – Jak mogłabym rozmawiać szczerze na te tematy z ojcem, skoro on zawsze wie, co powinnam robić. Wchodzi do domu i nawet się nie przywita, tylko pyta z wyrzutem: „dlaczego nie odrabiasz lekcji?”. Gdy mu mówię, że właśnie skończyłam, on na to: „weź książkę, nie siedź tak”. Po czym sam siada przed telewizorem. Czy z kimś takim można gadać o seksie? Ojciec traktujący dorastającą córkę jak dziecko, dający jej do zrozumienia, że wie lepiej, szybko przestaje mieć na nią wpływ. Z kolei ojciec, który próbuje rozmawiać, nie powinien zrażać się, gdy córka unika intymnych zwierzeń. Dobrze jest wciągać ją w dyskusje na inne tematy. Dzięki słuchaniu i wypowiadaniu się córka nauczy się racjonalnej konwersacji, analizowania, argumentowania, formułowania własnych opinii. Podstawową zasadą takich rozmów jest jednak to, że zaczynamy je od wysłuchania tego, co córka ma do powiedzenia.

Trudna kobiecość

Jedną z trudności w relacjach ojca z córką jest jej kobiecość, czyli pierwsza miesiączka, rosnące piersi, zmiana wyglądu ciała. Źle, gdy pierwszych symptomów dojrzewania ojciec nie zauważa, jeszcze gorzej – gdy je wykpiwa albo wykorzystuje. Z badań wynika, że często dokucza córce z powodu rosnącego biustu. O miesiączce na ogół się nie dowiaduje. A powinien, bo – jak przekonuje Ann F. Caron – dziewczęta, które powiedziały o tym ojcu, bardziej pozytywnie oceniały swoje dojrzewanie niż te, które tę informację ukryły. Jak powinien zareagować ojciec na taką wiadomość? Nie zawstydzać, tylko po prostu powiedzieć: „to wspaniale”. Nic więcej.

Beata, 24-latka, opowiada, jak ojciec emocjonował się jej dorastaniem: – „Nie do wiary, moja córka ma cycuszki”, oznajmiał wszem i wobec. Nie widział nic złego w tym, że paradował przede mną i koleżankami w slipkach. Powiedziałam mu kiedyś, żeby się ubrał, że mama nie biega przy obcych w staniku. Na co on: „kobieta nie może, ale facet to co innego”. Na samo wspomnienie tamtych słów czuję się zawstydzona. Ojcowie też bywają zakłopotani zmieniającym się wyglądem córki. Powinni jej o tym powiedzieć, ale delikatnie, taktownie. Tak, aby nie sprawić, że poczuje się zawstydzona swoim ciałem. Nie mogą obruszać się, gdy córka odmawia przytulania, pocałunków, siadania na kolanach. To wcale nie znaczy, że go odrzuca. Po prostu jest skrępowana fizycznym kontaktem z ojcem – mężczyzną. Nadal pragnie jego czułości, ale krótki uścisk, pogładzenie po głowie wystarczą. Niestety, niektórzy ojcowie przekraczają granice intymności córki, a bywa, że wykorzystują je seksualnie. To prawdziwy dramat dla młodej kobiety. Rzutuje na całe jej życie, nie tylko erotyczne.

Nieobecność nieusprawiedliwiona

Grażyna, 16-latka: – Mój tata rozmawia ze mną na tematy męsko-damskie przez mamę. Gdy chce mi coś przekazać, o coś spytać, mówi jej, a ona przekazuje mnie. Działa to też w drugą stronę: kiedy ja chcę o czymś powiedzieć ojcu, najpierw mówię mamie. W wielu rodzinach matka jest pośrednikiem między ojcem a córką. Gdy taka praktyka filtrowania informacji przez matkę jest stała, ojciec i córka tak naprawdę nigdy się nie poznają. Czasem matki w swoim mniemaniu chronią w ten sposób zapracowanych mężów przed dodatkowym stresem. A córki są przekonane, że ojciec się nimi nie interesuje. Dlatego zdecydowanie lepiej – i dla rodziców, i córek – przekazywać wszelkie informacje – bez względu na to, czy są dobre, czy trudne – bezpośrednio. Wtedy córki doświadczają realności własnych ojców.

Niektórzy ojcowie traktują swoje córki jak księżniczki. Spełniają ich zachcianki, pozwalają na wiele więcej niż synom, a nawet zawierają z nimi koalicje przeciwko matkom. Córeczki tatusia potrafią to wykorzystać, owijając sobie ojców wokół palca. A potem dziwią się, że taka strategia nie sprawdza się w relacji z innymi mężczyznami. Prawdziwy ojciec to jednak ktoś więcej niż wielbiciel, a nawet dobry przyjaciel, który bez względu na wszystko zawsze stoi przy córce, wspiera ją, daje poczucie bezpieczeństwa. Powinien też wymagać, a gdy trzeba, umieć powiedzieć „nie”. Być kimś, kto uczy, jak dotrzymywać zobowiązań, jak być uważnym na potrzeby innych i jak mieć swój wkład w życie rodziny. Prawdziwy ojciec nie zastrasza córki, nie atakuje jej, nie wyśmiewa. Ma autorytet zdobyty własnym przykładem, ale także poczucie humoru i dystans do siebie.

Zdrowa relacja ojca z córką opiera się na wzajemnym szacunku, którego on powinien ją nauczyć. Obecność to najważniejszy dar, jaki ojciec może dać córce. Nawet jeśli jest bardzo zapracowany, może tak zaplanować zajęcia, żeby mieć dla niej czas. Może do niej zadzwonić, napisać mejla. Może po przyjściu z pracy zrobić coś tylko z nią – pójść na spacer, pobawić się, pograć w szachy. Dla córki to szalenie ważne, żeby ojciec uczestniczył w znaczących wydarzeniach jej życia – poszedł na występ w przedszkolu, zorganizował urodziny, zawiózł na bal maturalny. Współcześni młodzi ojcowie mają coraz większą świadomość swojej roli. Uczestniczą w porodach, biorą urlopy tacierzyńskie, dzielą się z matką opieką nad dziećmi. Zaangażowane ojcostwo dobrze wróży rozwojowi córek. Ale i ojcom wyjdzie na dobre. Michael Gurian w książce „Wspaniały świat dziewcząt” pisze, że ci, którzy aktywnie opiekują się dziećmi, lepiej radzą sobie w relacjach z innymi ludźmi. A to wpływa także na ich zawodową karierę. Aktywne ojcostwo po prostu się opłaca.

Lektury dla ojców córek: Michael Gurian „Wspaniały świat dziewcząt”, Wydawnictwo Rebis, Gisela Preuschoff „Wychowywanie dziewcząt”, Wydawnictwo Rebis, Mary Pipher „Ocalić Ofelię”, Wydawnictwo Media Rodzina, H. Rudolph Schaffer „Psychologia dziecka”, Wydawnictwo PWN.

  1. Styl Życia

Kaia Gerber i Cindy Crawford - córka i matka o swojej relacji

Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. (Fot. Getty Images)
Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie każda córka jest wpatrzona w matkę. Nie każda matka chce uczyć się od córki. Ale relację Cindy Crawford i Kai Gerber tak właśnie można opisać. Obie są supermodelkami, obie odniosły sukces i ciężko na niego pracują. Choć świat lubi widzieć w Kai kopię słynnej matki, ona coraz dobitniej udowadnia, że wzięła z niej to, co najlepsze, ale tworzy już swoją własną historię. 

Piękne, szeroko rozstawione migdałowe oczy w kolorze głębokiego brązu, mocno zarysowane kości policzkowe i opadające na ramiona błyszczące, kasztanowo-miodowe włosy – Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. I rzeczywiście, patrząc na zestawienie starych zdjęć Cindy i stylizowanych na vintage fotografii Kai, łatwo się pomylić. Sama Kaia przyznała w jednym z wywiadów, że jako dziewczynka miała potrzebę podkreślania swojej indywidualności i odmienności, także w wyglądzie (raz nawet obcięła sobie sama grzywkę „na Audrey Hepburn”, na której punkcie miała wtedy obsesję) – jednak teraz im więcej znajduje w sobie cech i zainteresowań, które łączą ją z mamą, tym bardziej jest dumna. Bo od zawsze ją podziwiała. Zresztą nie tylko ona.

Diament znaleziony wśród pól kukurydzy

Od początku się wyróżniała. Wiedziała, czego chce, punktualnie zjawiała się na planie zdjęciowym, nie kaprysiła, stroniła od używek. Przez ponad 30 lat kariery nie był z nią związany żaden skandal, czego nie uniknęły jej słynne koleżanki, jak Kate Moss czy Naomi Campbell. Pozostała wierna nie tylko swojemu wizerunkowi (nigdy nie eksperymentowała z kolorem włosów ani stylem ubierania), ale też instytucji małżeństwa (od 22 lat jest związana z biznesmenem Randym Gerberem) czy markom, z którymi współpracuje (między innymi Omedze – od 25 lat). Dla wielu osób Cindy Crawford nadal jest ucieleśnieniem klasycznej, nieprzemijającej urody i wzorem zdrowego, sportowego wyglądu.

Cindy Crawford z mężem Randy Gerberem, córką Kaią i synem Presleyem. (Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh) Cindy Crawford z mężem Randy Gerberem, córką Kaią i synem Presleyem. (Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh)

Wychowana w niewielkim amerykańskim miasteczku w hrabstwie DeKalb w Illinois jako nastolatka dorabiała, pracując przy zbiorach na pobliskich polach kukurydzy. To właśnie tam miała zostać zauważona przez jednego z lokalnych fotografów, który zrobił jej zdjęcia do regionalnej gazety. Dzięki temu dostała pierwsze zlecenia w Chicago. Pozowała do katalogów, reklam pasków i butów. Drzwi do wielkiego świata uchylił przed nią fryzjer, z którym pracowała przy jednej z testowych sesji i który polecił ją prestiżowej agencji Elite. Na jej prośbę w 1986 roku przeprowadziła się do Nowego Jorku. Wielkie miasto, tak dalekie od tego, co dobrze znała w DeKalb, początkowo ją przytłaczało. – To wszystko było dla mnie nowe. Nie potrafiłam nawet zatrzymać taksówki – wspominała z rozbrajającą szczerością w jednym z wywiadów. A świat mody pokochał ją właśnie taką. W tym samym roku trafiła na sesję okładkową do amerykańskiego „Vogue’a”, przed obiektyw słynnego fotografa Richarda Avedona. Miała zaledwie 20 lat, ale w różowej, satynowej bluzce i z nonszalancko przewiązanym szalem wyglądała jak bogini. Nie przeszkadzał w tym nawet słynny pieprzyk, którego tak nie lubiła (między innymi przez wyśmiewające ją z jego powodu szkolne koleżanki) i który chciała usunąć. Ale skoro zaakceptowała go wielka moda, postanowiła go zostawić.

Rozsądna supermodelka

– Uwielbiałam w okładkach Avedona to, że skupiały się na twarzy. Jedną z rzeczy, których mnie nauczył i które przekazałam Kai, była następująca rada: „Za każdym razem, kiedy patrzysz w obiektyw aparatu, miej w głowie jakąś myśl. Nie muszę wiedzieć jaką, ale nie chcę pustego wyrazu twarzy” – wspomina Cindy. Przełomem w jej karierze była kultowa już okładka brytyjskiego „Vogue’a” ze stycznia 1990 roku. Odpowiedzialny za nią był Peter Lindbergh. Dostał zadanie – sfotografować modelkę, która miała zostać twarzą nowej dekady. Niemiecki fotograf nie mógł i nie chciał decydować się na jedną. Postanowił pokazać, że piękna nie można zamknąć w sztywne ramy. Wybór padł na pięć nazwisk, które zdaniem Lindbergha były wówczas najbardziej inspirujące – Christy Turlington, Linda Evangelista, Naomi Campbell, Tatjana Patitz i oczywiście Cindy Crawford. Efekt zachwycił. Okładka była zaprzeczeniem wszystkiego, z czego słynęły lata 80., symbolem nowego początku. Zamiast przestylizowanych kobiet z natapirowanymi włosami i kolorowym, mocnym makijażem czytelnicy zobaczyli pięć naturalnych młodych dziewczyn pozujących w minimalistycznych stylizacjach na ulicy Nowego Jorku. Z czarno-białej fotografii biły świeżość i spokój. O modelkach na niej pozujących momentalnie zrobiło się głośno. Niedługo po ukazaniu się numeru odezwał się do nich George Michael z propozycją, by wystąpiły w teledysku do jego najnowszego singla, „Freedom! ’90”. Na plan w Londynie leciały pierwszą klasą najnowszego samolotu typu Concorde. Crawford razem z koleżankami stały się popsensacją, znanymi na całym świecie osobistościami i pierwszymi prawdziwymi supermodelkami. W efekcie ich gaże poszybowały do nieznanych wcześniej kwot. „Mamy z Christy [Turlington] takie powiedzenie: nie wstajemy z łóżka za mniej niż 10 tysięcy dolarów dziennie” – mówiła Linda Evangelista. A jednak to właśnie Cindy Crawford w 1995 roku została ogłoszona przez magazyn „Forbes” najlepiej zarabiającą modelką świata z roczną pensją wynoszącą blisko 9 milionów dolarów. Obecnie, po prawie trzech dekadach, tytuł ten należy do Kendall Jenner, jednej z pięciu sióstr z klanu Kardashian. Tuż za nią plasują się siostry Hadid i Cara Delevingne. Kaia, która we wrześniu skończyła 18 lat, znalazła się na miejscu 14., z trzema milionami dolarów rocznie na koncie. Popularne są też Hailey Bieber (née Baldwin), Iris Law (córka Jude’a) czy Adwoa Aboah. Tym samym nastała nowa era modelek, które oprócz nienagannej sylwetki, ślicznej buzi i wyczucia stylu, często mogą pochwalić się wpływowymi rodzicami i rozpoznawalnym nazwiskiem.

Zmiana warty

Kaia miała zupełnie inny start w branży niż Cindy. Otrzymała złoty bilet na wybiegi topowych światowych projektantów – największe marki niczym w blokach startowych czekały, aż skończy 16 lat. Zaledwie cztery dni po osiągnięciu ustawowego wieku, który pozwala modelce uczestniczyć w pokazach, zadebiutowała na wybiegu kolekcji Calvina Kleina 205W39NYC Rafa Simonsa. W tym samym sezonie (wiosna–lato 2018) chodziła między innymi w pokazach: Marca Jacobsa, Burberry, Alexandra Wanga, Coach, Prady, Chanel (który otwierała), Fendi, Moschino, Saint Laurent i Alexandra McQueena. Dużym przeżyciem musiał też być ten dla Versace, który w hołdzie dla Gianniego zamykały supermodelki lat 90., w tym jej mama. – Myślę, że tym, co pociągało mnie w modelingu, był fakt, że skoro i tak moje zdjęcia pojawiały się w gazetach z racji tego, czyją córką byłam, chciałam mieć na to jakiś wpływ. Ale mama nigdy mnie w tę stronę nie popychała – mówiła w jednym z wywiadów. Świat mody upomniał się o nią, już kiedy była dziewczynką. Nie mogła chodzić po wybiegu, ale za zgodą rodziców mogła przecież występować przed obiektywem. I tak już w wieku dziesięciu lat została twarzą kampanii Versace linii junior. Pięć lat później pozowała do zdjęć reklamujących zapach Daisy Marca Jacobsa i zadebiutowała jako aktorka w filmie „Sister Cities”. Od 2017 roku wszystkie drzwi stały przed nią otworem. Rok później odebrała prestiżową nagrodę Fashion Awards w kategorii modelka roku (z mównicy podziękowała rodzicom), a także, wspólnie z Karlem Lagerfeldem, stworzyła kolekcję KarlxKaia. Nic dziwnego, że praktycznie całą szkołę średnią zaliczyła online… Kaia Gerber ma wszystko, co jest wymagane, by być modelką – jest naturalnie piękna, wysoka, niebanalnie prezentuje się na zdjęciach i doskonale chodzi po wybiegu. Nie ma wątpliwości, że cenne umiejętności wyssała z mlekiem matki. Ma też coś, co zawsze się przydaje – zna ten biznes od podszewki. – Dla mnie modeling nie był obcym światem. Czułam, że go rozumiem. Wiedziałam, w co się pakuję, więc było to dla mnie zdecydowanie mniej przerażające. Bardzo cenię kobiety, takie jak moja mama i inne dziewczyny, które wchodząc do branży, nie wiedzą o niej nic. Miałam wyjątkowe doświadczenie, ale nieważne, jak dobrze byłabym przygotowana, wielu rzeczy i tak musiałam się nauczyć sama – przekonywała niedawno. Jak podkreśla, nigdy nie chciała specjalnego traktowania, a jeśli je jej oferowano, odmawiała. Jest na tym punkcie wręcz przeczulona. – Zawsze, ale to zawsze stawiam się na planie punktualnie. Zapamiętuję nazwiska i imiona wszystkich osób, z którymi pracuję. Czasem aż wychodzę z siebie, żeby pomóc innym – mówi z siłą. Jej predyspozycje i profesjonalizm pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces. Tylko jej droga byłaby wówczas dłuższa i podobna do tej, którą musiała przejść jej matka. Świat, do którego wkroczyła Kaia, ma już niewiele wspólnego z tym, w którym zaczynała Cindy. Supermodelka lat 90. często podkreśla, że tak szalenie teraz ważnych mediów społecznościowych musiała się nauczyć od nastoletniej córki. Gdy ona stawiała pierwsze kroki w modelingu, na sesjach były wyłącznie aparaty analogowe. – Kiedy robisz zdjęcia na kliszy i nie ma monitora, cała uwaga skupiona jest na planie, na modelce. Wszyscy na ciebie patrzą, a ta uwaga sprawia, że starasz się jeszcze bardziej. Później wszyscy zaczęli gromadzić się wokół ekranu, a ja na planie zostawałam sama. To była dla mnie wielka zmiana – tłumaczy Cindy. Kaia w naturalny sposób rozumie technologiczne przemiany i łatwo się wśród nich odnajduje. Na Instagramie śledzi ją obecnie blisko sześć milionów osób. Jej mamę – o milion mniej.

Predyspozycje i profesjonalizm Kai Gerber pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces.(Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh) Predyspozycje i profesjonalizm Kai Gerber pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces.(Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh)

Modelowa rodzina

Pierwszą ich wspólną okładką był francuski „Vogue” z kwietnia 2016 roku. Chwilę potem pojawiły się w grudniowym numerze holenderskiego wydania. Tak samo w naturalny sposób rozpoczęła się współpraca Kai z prestiżową marką zegarków Omega, której Crawford jest ambasadorką. – Gdy miałam około sześciu lat, pojechaliśmy razem, rodzinnie, na igrzyska olimpijskie do Pekinu. Była to jedna z najlepszych wypraw z Omegą w życiu – wspominała Kaia w Paryżu, gdzie trzy lata temu firma ogłosiła współpracę z nastoletnią modelką. Na uroczystości wydawała się trochę wycofana, lekko przytłoczona, ale jednocześnie pewna siebie. Z nogami do nieba i rozświetloną blaskami fleszy twarzą robiła piorunujące wrażenie. Na miejscu odbyła się też premiera najnowszej kampanii Omegi, której twarzami została cała rodzina Gerber-Crawford (Cindy, Randy, Kaia i jej starszy brat Presley). By historia zatoczyła koło, fotografował ich nie kto inny jak Peter Lindbergh. Pytana, jak radzi sobie z sukcesem w tak młodym wieku i czy nie żałuje, że jej dzieciństwo było zbyt krótkie, uspokaja: – Od dziecka byłam najmłodszą osobą w pokoju, i to się nadal nie zmieniło. Mnóstwo czasu spędzałam z rodzicami i ich znajomymi. Można powiedzieć, że byłam dorosłą kobietą w ciele dziewczynki.  Już jako pięciolatka świetnie dogadywałam się z 50-latkami. Dorastając w sielskim i dostatnim Malibu, długo nie zdawała sobie sprawy z popularności matki. Cindy i Randy starali się wychować dzieci z dala od blasków fleszy. Pytany w szkole o zawód rodziców Presley twierdził, że mama nigdzie nie pracuje. Dopiero gdy supermodelka wystąpiła w jednym z odcinków popularnego serialu Disneya „Czarodzieje z Waverly Place” z Seleną Gomez, rodzeństwo uwierzyło, że mama jest sławna. Dla Cindy odpowiednie wykształcenie dzieci było priorytetem. Sama, uzyskawszy stypendium, zaczęła studia na Uniwersytecie Northwestern na kierunku technologia i inżynieria chemiczna, które zmuszona była jednak przerwać. Dzieci wysłała więc do dobrych szkół i zachęcała do czytania i samorozwoju. Kaia mówi biegle po francusku, jest prawdziwym molem książkowym, a w wypowiedziach czaruje elokwencją. W dodatku sprawia wrażenie skromnej i naturalnej. I choć znawcy trendów i ekonomiści wróżą jej nawet bardziej lukratywną karierę od matki, ona podchodzi do tego z dużą pokorą. Jak podkreśla, słowo „supermodelka” nie powinno być obecnie tak powszechnie używane. – Zdecydowanie uważam, że trzeba sobie na nie zasłużyć. Gdy ludzie tak o mnie mówią, myślę, że powinni dać mi jeszcze trochę czasu – tłumaczy. Przez długi czas konsekwentnie odmawiała wywiadów. – Co ma ciekawego do powiedzenia 16-latka?! – tłumaczyła. Dziś jest starsza i coraz bardziej otwiera się na swój temat, mówiąc na przykład, że… nie lubi uzewnętrzniać się przed innymi. W wywiadzie dla magazynu „i-D” wyznała, że taką niewidzialną barierę zbudowała też między sobą a mamą. Nie zwierzała jej się z problemów, nie dzwoniła, gdy była smutna. Kiedy jednak przełamała w sobie opór, okazało się, że mają nie tylko podobne przemyślenia, ale i doświadczenia. Od tego momentu bardzo się zbliżyły. – Mama jest otwarta na świat i ludzi. Ciągle chce się czegoś uczyć, zadaje mi mnóstwo pytań i nie jest w ogóle oceniająca. Potrafimy rozmawiać godzinami. Zrozumiałam, że nie musi być zawsze moją mamą, może być też przyjaciółką. Wspierać, a nie martwić się o mnie – mówi. Bo kiedy jesteś córką znanej osoby, masz łatwiej, ale i trudniej. Zderzasz się z cudzymi oczekiwaniami, z góry ukształtowanymi opiniami, a niekiedy i uprzedzeniami. – Czasem czuję, że najpierw muszę  ludzi rozczarować, by udowodnić, ile jestem warta – przyznaje Kaia. I udowadnia to z coraz lepszym skutkiem. – Nie dziękujcie mi za to, jak niesamowita jest moja córka – przekonywała Cindy, kiedy redaktorka „Vogue'a” pochwaliła profesjonalizm Kai. – Ona taka już się urodziła. To w ogóle nie jest moja zasługa. No, może odrobinę.

  1. Psychologia

Regina Brett: "Zbyt często cierpimy w milczeniu"

Regina Brett: Długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. A przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość. (Fot. archiwum prywatne)
Regina Brett: Długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. A przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość. (Fot. archiwum prywatne)
Mówiłam sobie: „Nie idziesz odwiedzić mamy, tylko kobietę, która ma Alzheimera”. Potem postanowiłam poznać dziewczynkę, którą kiedyś była. Dopiero kiedy pokochałam dziewczynkę, mogłam wybaczyć matce – opowiada Regina Brett. Właśnie ukazała się książka na temat jej trudnego dzieciństwa.

Zawsze podziwiałam twój ciepły, piękny uśmiech. Nie sądziłam, że kryje się za nim tyle cierpienia. Twoje wspomnienia „Trudna miłość. Mama i ja” ukazały mi ogrom bólu niekochanego dziecka, którym byłaś. Jak się podnosi z czegoś takiego? Myślę, że wiele osób cierpi z powodu rzeczy, jakie przytrafiły im się w życiu. Upychamy to w środku i jakoś funkcjonujemy – zakochujemy się, realizujemy się zawodowo. Jednak od czasu do czasu ten ból daje o sobie znać, kiedy ktoś lub coś dotyka naszego czułego miejsca – wtedy reagujemy często nie tak, jak byśmy chcieli: złością, a czasem smutkiem. W moim przypadku był to zazwyczaj smutek. Wychowałam się w dużej rodzinie – moi rodzice mieli jedenaścioro dzieci – ale zawsze czułam się samotna. Ktoś spyta, jak to w ogóle możliwe. Ale jeśli nie masz prawdziwej więzi ze swoją matką, to jest w tobie wielka pustka, której nic nie jest w stanie zapełnić. Z moją córką jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, sama jednak tego nie zaznałam. Żyłam więc z wielkim głodem miłości. Starałam się go zagłuszyć alkoholem lub kolejnymi randkami, ale nie mijał. Na szczęście trafiłam na mądrych ludzi, którzy poradzili mi, żebym zaczęła o tym mówić i pisać. I tak robiłam – najpierw pisałam dziennik, potem artykuły i moje książki motywacyjne. Uważam, że kiedy dzielimy się swoją historią, a inni mogą ją usłyszeć i pomyśleć: „O Boże, miałam tak samo” – to pomaga uleczyć ból przeszłości. Nam wszystkim.

Kiedy jednak pierwszy raz napisałaś o swoim trudnym dzieciństwie, twoja rodzina wcale nie była zachwycona. Widzisz, ja od zawsze byłam pisarką. Już jako mała dziewczynka prowadziłam pamiętnik, w którym notowałam ważne wydarzenia. Czasem pomocne jest już samo zapisanie własnej historii, bo widzisz ją wreszcie czarno na białym, czytasz to i nie możesz uwierzyć: „Ona naprawdę coś takiego zrobiła? On to rzeczywiście powiedział?”. To pomaga poukładać sobie pewne rzeczy w głowie, ujrzeć je we właściwym świetle. Dziennik czy pamiętnik jest też naczyniem, w które możesz przelać swój ból i łzy. Pierwszy raz podzieliłam się historią mojego dzieciństwa, poza pamiętnikiem, z czytelnikami gazety, w której pracowałam. Pisałam o mężczyźnie, który popełnił samobójstwo, bo tak bardzo cierpiał, a ja czułam, że bardzo dobrze go rozumiem, więc odnosząc się do jego sytuacji, napisałam o swoim cierpieniu. Przypuszczam, że wtedy też po raz pierwszy moi bracia i siostry zobaczyli, z jak wieloma trudnościami zmagałam się jako dziecko. Byli w szoku. Owszem, pamiętali, że byłam wiecznie smutna i płaczliwa, ale było nas tak dużo i każdy z nas miał swoje potrzeby, że łatwo było przegapić potrzeby innych. Zawsze gdy ktoś ujawnia o czymś prawdę, powoduje to małe trzęsienie ziemi. Oczywiście trudno być tą osobą, ale czy mamy wybór? W Ameryce mówimy: „Your secrets will keep you sick”, czyli: „Twoje tajemnice wpędzą cię w chorobę”. Jeśli nic nie mówimy o złu, które się dzieje, tylko je umacniamy. Spójrzmy choćby na Kościół katolicki i jego długie milczenie na temat molestowanych przez księży dzieci. Kiedy więc napisałam po raz pierwszy o tym, że jako dziecko czułam się niekochana i niechciana, większość mojego rodzeństwa uznała, że skrzywdziłam rodziców. A ja przecież wyjawiłam jedynie mały kawałek prawdy. Ogromnego wsparcia udzielił mi mój terapeuta. Zwłaszcza kiedy artykuł ukazał się w książce „Bóg nigdy nie mruga” – byłam przerażona, myślałam, że stracę wszystkich, których kocham, ale okazało się, że dostałam jeszcze więcej miłości, bo ludzie zobaczyli w mojej opowieści samych siebie. Dlatego teraz opowiedziałam im wreszcie o mojej relacji z mamą. Uważam, że zbyt często cierpimy w milczeniu.

Wkraczasz na terytorium, które nadal jest tematem tabu. Piszesz o  matce, która nie potrafi kochać, która nie wspiera, nie zauważa i która nie broni przed złem. Twoje słowa mogą wydać się brutalne: „Moja mama była okropna”; „Tak naprawdę nie miałam matki, nigdy nie byłam córką”. Piszę też, że długo żywiłam przekonanie, że jeśli twoja mama cię nie kocha, to prawdopodobnie dlatego, że nie jesteś godna miłości. Później w trakcie terapii musiałam stawić czoło temu przekonaniu i powiedzieć sobie: „Zaraz, chwileczkę, przecież wszyscy rodzimy się jako boskie stworzenia, każdy z nas zasługuje na miłość”. Przyszliśmy na ten świat piękni i pełni, a jeśli tacy się nie czujemy, to powinniśmy brać przykład z księżyca, który nawet kiedy nie jest w pełni, to nadal świeci. To, że matka nie potrafi kochać dziecka, nie jest tego dziecka winą. Nie jest też winą matki. Tobie udało się zobaczyć w swojej matce dziewczynkę, która sama była przerażająco samotna. Jedyną istotą, którą naprawdę kochała, był jej pies Frankie. Moja mama była emigrantką z Czechosłowacji, jej rodzice nawet nie mówili po angielsku, kiedy przypłynęli do Ameryki, brat poszedł na wojnę, została więc z nimi sama na farmie. Nie było tam czułości, nie było bliskości, nie było na to czasu – wszyscy starali się przetrwać w obcym kraju, i to jeszcze w czasach Wielkiego Kryzysu. Piszesz, że pomogłaś swojej matce umrzeć i że to był najwspanialszy prezent, jaki jej kiedykolwiek dałaś. W moim odczuciu dałaś jej więcej, niż ona dała tobie. Sądzisz, że pracując nad sobą i swoimi ranami, możemy pomóc też tym, od których tych ran doświadczyliśmy? Mama pod koniec życia cierpiała na alzheimera. To okrutna choroba, która powoli niszczy twój mózg, pozbawiając cię cech, które czynią cię człowiekiem. Bywała złośliwa, niewdzięczna i niesprawiedliwa, co oczywiście automatycznie cofało mnie do dzieciństwa i wspomnień, w których skarżyła na nas tacie  – wiedząc, że dostaniemy za to lanie – czy nie pożyczyła mojej siostrze swojej sukienki na ślub. Ale widocznie Bóg dał mi moją mamę po to, żebym ją kochała. Nie wiem, czemu akurat z jedenaściorga dzieci wybrał mnie, ale to głównie ja zajmowałam się nią w ostatnich latach. Jestem przekonana, że ten czas został mi podarowany po to, by uleczyć naszą relację, bym pokochała ją bardziej, niż ona była w stanie kochać mnie. Wybaczyłaś jej? Wybaczenie nie działa jak zaklęcie, czyli mówisz „wybaczam ci” i wszystko się odmienia. To bardzo długi i bolesny proces, musi taki być, bo inaczej nie będzie prawdziwy. Aby wybaczyć mojej matce, musiałam porozmawiać z nią szczerze o tym, co się naprawdę wydarzyło w moim dzieciństwie. Nie po to, by ją obwiniać, ale by w naszej relacji pojawiła się prawda. Powiedziałam więc: „Mamo, kocham cię, ale nie było ciebie przy mnie, kiedy tego najbardziej potrzebowałam”. Wiesz, co usłyszałam? „Nie wiedziałam, jak to zrobić, bo mojej mamy też nie było przy mnie”. Całe życie czekałam na te słowa, na jakieś wyjaśnienie. Kiedy piszę, że pomogłam mojej mamie umrzeć, mam na myśli to, że byłam przy niej fizycznie i duchowo, modliłam się za nią, a czasem modliłam się o siłę dla siebie, szeptałam: „Boże, wiem, że ona jest twoim dzieckiem, ale jak ty dajesz sobie z nią radę?”. Niektórzy ludzie są trudni do kochania – twój rodzic może być taką osobą, twoje dzieci, twój mąż... Ale według mnie miłość jest działaniem, nie tylko uczuciem, dlatego okazywałam mamie miłość chociażby poprzez robienie zakupów czy bycie dla niej miłą, kiedy ona nie była zbyt miła dla mnie. Nie robiłam tego tylko dla siebie, ale też dla mojej córki, jej dzieci i ich dzieci. Postanowiłam bowiem, że nigdy więcej nie będziemy przekazywać sobie poczucia winy, wstydu i tajemnic. To niesamowite, ale to nas wszystkich naprawdę uwolniło. Ostatnio jeden z moich braci przeprosił mnie za to, co kiedyś mówił, i wyznał, że chodzi na terapię, by poradzić sobie z naszą przeszłością. Potem przeprosiła mnie jedna z sióstr, powiedziała, że wtedy, dawno temu, nie umiała właściwie zareagować; a potem jeszcze kolejna. Kiedy więc przestałam domagać się przeprosin, dostałam je. Minęło wiele czasu, upłynęło wiele lat i wiele łez, ale czuję teraz, że jestem z moim rodzeństwem bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Podoba mi się jedna z rad, jakie dostałaś. Kiedy nie jesteś w stanie traktować swojej matki jako matki, traktuj ją jak siostrę. W takim sensie, w jakim wszystkie kobiety są dla siebie siostrami. Zobacz w niej kobietę, która jest czyjąś córką i czyjąś matką. Kogoś, kto siedzi obok ciebie na przystanku. Zwykle kiedy nasza matka nie jest matką, jakiej potrzebujemy, chcemy ją całkowicie wyciąć z naszego życia. Mój terapeuta powiedział mi, że kiedy spojrzę na nią jak na siostrę, to może okaże się, że nigdy nie była w stanie być matką, jakiej potrzebowałam, ale za to ujrzę w niej kobietę, z którą mogę stworzyć dobrą relację. Będę nawet w stanie ją pokochać, bo nie wniosę do tej relacji bagażu mojego dzieciństwa. Gdybym usiadła obok obcej osoby na ławce, byłabym dla niej przecież miła, prawda? Dlatego mówiłam sobie: „Nie idziesz odwiedzić mamy, tylko kobietę, która ma alzheimera”. Potem postanowiłam poznać małą dziewczynkę, którą była i którą nadal nosiła w sobie, co było już odrobinę łatwiejsze, bo uwielbiam dzieci. Dlatego przynosiłam jej prezenty, które ucieszyłyby dziewczynkę: lody, batoniki. Bardzo się z nich cieszyła. Dopiero kiedy nauczyłam się kochać dziewczynkę, mogłam wybaczyć matce. W Kościele katolickim mówi się o odkupieniu. Myślę, że ostatnie lata życia mamy, które spędziła już w ośrodku opieki, były takim właśnie odkupieniem, czasem, w którym pogodziła się z Bogiem i swoim życiem. Inną dobrą radą była właśnie ta, by powiedzieć jej przed śmiercią prawdę. Strasznie się tego bałam. Mama była gotowa, by odejść, ale ten moment nie nadchodził. Zastanawiałam się, dlaczego Bóg jej na to nie pozwala. Na jednym ze spotkań z przyjaciółmi spytałam, jak sądzą, co może jej przynieść ukojenie. Powiedzieli: „Może prawda? Próbowałaś z nią porozmawiać o przeszłości?”. „Nie. Powiedziałam jej tylko, że jestem jej wdzięczna”. „A jesteś?”. „Oczywiście, że nie! Była okropną matką”. „To dlaczego jej tego nie powiesz?”. „Bo nie chcę jej skrzywdzić”. „Ale może ona tego potrzebuje? Może na to właśnie czeka?”. Siostra, z którą byłam najbliżej, przyznała im rację, powiedziała, że powinnam porozmawiać z mamą w imieniu nas wszystkich. Pomyślałam, że tego chyba nie udźwignę, ale potem usiadłam i zapisałam wszystko, co pamiętałam z przeszłości i co dotyczyło każdego z moich braci i każdej z moich sióstr, a było ze strony mamy okrucieństwem. Wzięłam tę listę ze sobą. I stał się cud. Przez 45 minut mama nie miała alzheimera, słyszała mnie i słuchała, mówiąc: „Pamiętam, tak było”. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek przyzna. Spytałam, czemu nie reagowała, kiedy tata nas bił, krzyczał na nas i ubliżał nam – przez chwilę siedziała w ciszy, a potem powiedziała, że raz stanęła w naszej obronie, ale ktoś jej powiedział, że w ten sposób tylko pogorszyła sprawę. I od tego momentu już się nie wtrącała. Nigdy mi o tym wcześniej nie mówiła. I właśnie wtedy, po raz pierwszy w życiu, poczułam, że obie się zrozumiałyśmy. Mama jest główną bohaterką twojej książki, ale inną, równie ważną postacią, jest twój tata. Piszesz: „Często sięgał po pas, a i tak kochał nas bardziej niż ona”, ale też że molestował cię w dzieciństwie. Trudniej było wybaczyć ci jemu czy matce, która cię przed nim nie obroniła? A może rodzeństwu, że ci nie uwierzyli, kiedy o tym opowiedziałaś po latach? Mój ojciec dorastał w trudnych czasach, kiedy miał 14 lat, jego rodzina straciła wszystko. Wychowywał się więc w wielkiej biedzie, do tego prawdopodobnie miał PTSD po kilkudziesięciu wojskowych misjach. Na co dzień życie z nim wyglądało tak, że wszystko było w porządku, rozmawiał z nami i żartował, aż nagle z byle powodu wpadał w szał, krzyczał i bił nas. Dziś jestem przekonana, że zmagał się z poważnymi psychicznymi problemami, choć nikt go nigdy nie zdiagnozował. Raz tak długo bił mojego brata deską, że ta się na nim złamała. Chyba najtrudniej było mi patrzeć na to, jak tata rani braci i siostry, już chyba wolałabym, by uderzył mnie. A mama za każdym razem po prostu wychodziła z pokoju. Myślę, że nienawidziłam – choć nie, to zbyt wielkie słowo – myślę, że o wiele gorzej było mi z tym, że ona nic nie zrobiła, niż z tym, co robił nam on. Ja bym powstrzymała obcego mężczyznę, który biłby swojego psa na ulicy, a ona nie obroniła swoich dzieci. Więc tak, było mi trudniej wybaczyć mamie. Nie dlatego, że winiłam ją za postępki taty, ale dlatego, że była jedyną osobą, która mogła to przerwać, a tego nie zrobiła. Potem, kiedy przyjrzałam się jej przeszłości, doszłam do wniosku, że ona też była molestowana przez swojego ojca.  I to jest kolejny powód, dla którego napisałam tę książkę, by przerwać cykl przemocy i krzywd, by moja córka nigdy już tego nie zaznała. Spędziłam wiele lat na terapii, by uporać się z tym, czego doświadczyłam ze strony taty, zwłaszcza z molestowaniem seksualnym, i doszłam do wniosku, że on nie do końca był świadom, jak wielką krzywdę mi wyrządza, był w jakimś sensie emocjonalnie upośledzony. Ale wiesz, co jest w tym najlepsze? Jestem żywym przykładem na to, że niezależnie od tego, jak wiele zła doświadczyłeś, możesz skierować się w stronę dobra, i są ludzie, którzy są w stanie ci w tym pomóc.
Często mówisz o tym, że odczuwasz ogromny przymus ratowania innych, ale ja sądzę, że najważniejszą rzeczą, jaką zrobiłaś, było to, że uratowałaś siebie. Jakaś część mnie wyrzuca sobie, że mogłam zrobić więcej, uratować też swoich braci i siostry. Ale cieszę się, że to mówisz, bo kiedy słyszę to od kogoś innego, odczuwam te wyrzuty odrobinę mniej. Nadal mam w sobie odruch ratowania innych, ale wtedy sobie zawsze powtarzam: „Masz za zadanie ich kochać, nie ratować”. Bo kochając ludzi, pomagasz im uratować samych siebie. Co ci pomogło najbardziej w tej drodze uzdrawiania przeszłości? Dwie rzeczy. Pierwsza – pozbyłam się wizji okrutnego Boga, w którego długo wierzyłam. To stało się podczas pewnych rekolekcji, piszę o tym w książce „Bóg nigdy nie mruga”.  Prowadził je ojciec Joe, który ciągle podkreślał, że Bóg go kocha. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. Prędzej, że nie powinnam go obrażać i złościć. Więc kiedy usłyszałam o Bogu, który nas – mnie – kocha, pomyślałam: „Nie chcę mojego Boga, chcę Boga ojca Joe”. Nie wiedziałam, że wolno nam wierzyć w radosnego, pełnego miłości Boga. Jeśli nie masz takiego, pożycz go ode mnie, tak jak ja pożyczyłam Boga od ojca Joe. Ten Bóg przeprowadził mnie przez raka piersi i przez śmierć moich rodziców. Druga rzecz to mieć kogoś, kogo się kocha. Fakt, że tak bardzo kochałam moją córkę, uświadomił mi, że jestem zdolna do miłości. Trzeba mieć kogoś, kogo się darzy czystym uczuciem. To może być nawet pies, kot czy chomik... Bóg, który mnie kocha, i ktoś, kogo kocham ja – to właśnie mnie uratowało.

Regina Brett, jedna z najbardziej poczytnych pisarek w Polsce, autorka takich książek, jak: „Bóg nigdy nie mruga”,  „Jesteś cudem”, najnowsza to „Trudna miłość. Mama i ja”. Mieszka w Cleveland w stanie Ohio. Prowadzi podcast „Little Detours with Regina Brett”, www.reginabrett.com</

  1. Psychologia

Córka a syn - dwa różne wyzwania dla mężczyzny

Dzieci wnoszą w życie każdego rodzica nowe, ciekawe doświadczenia. Są one jednak inne w przypadku synów, jak i córek. Na co warto się otworzyć, aby czerpać radość z rodzicielstwa? (fot. iStock)
Dzieci wnoszą w życie każdego rodzica nowe, ciekawe doświadczenia. Są one jednak inne w przypadku synów, jak i córek. Na co warto się otworzyć, aby czerpać radość z rodzicielstwa? (fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Przed jakimi wyzwaniami stoi mężczyzna, gdy rodzi mu się córka, a przed jakimi, gdy rodzi się syn? „Te wyzwania są różne, a jednocześnie podobne: ojciec poznaje swoje dziecko, istotę o niepowtarzalnym potencjale. Od jakości tego spotkania będzie zależała jakość ich życia”  – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

„Oby tylko była córka!” – życzą sobie młodzi mężczyźni. Coraz więcej kobiet mówi o tym, że ich partnerzy pragną córek, a nie synów, co je zdumiewa. Być ojcem córki wydaje się łatwiejsze, bezpieczniejsze? Przed jakimi wyzwaniami stoi ojciec, gdy rodzi mu się córka, a przed jakimi, gdy rodzi się syn? Spora część mężczyzn świadomie lub nieświadomie obawia się synów. Mają mieszane uczucia – z jednej strony syn to znany świat: „Też byłem chłopcem, więc wiem, jak to jest”. Teoretycznie więc powinno być łatwiej oswoić się z rolą ojca chłopca niż dziewczynki. Jednak dochodzą do głosu atawistyczne wzorce: oto pojawi się kolejny samiec w stadzie.

Uruchamia się nawyk walki o władzę i dominację? Od lat pracuję z synami, którzy borykają się z takim właśnie dziedzictwem. Dominujący ojciec, który za wszelką cenę, przy każdej okazji musi postawić na swoim, wygrać, bo wie lepiej – to jest plaga życia rodzinnego. Ojcowie narzucają synom swoją wolę, chcą decydować o ich życiu, bo przecież „gówniarz dużo jeszcze musi się nauczyć”. Sytuacja dodatkowo się komplikuje, gdy synek od dziecka jest faworyzowany przez mamę. To do niego mama mówi: „kochanie”, co budzi zazdrość i złość ojca. Mężczyzna czuje się zaniedbany, zdetronizowany. Także z tego powodu może – oczywiście nieświadomie – zwalczać syna w sensie emocjonalnym. Zazdrość, pretensje i żal o czas i uwagę poświęcone dziecku mogą dotyczyć także córek, jednak w wypadku synów są dużo większe. Gdy syn rośnie, ojciec wydatkuje coraz więcej energii na wytykanie błędów, udowadnianie, że „gnojek sobie nie radzi”, że „nic z niego nie będzie”. Tym samym walczy o uwagę dla siebie, podkreśla swoją rolę autorytetu i przewodnika.

Gdy więc ma się urodzić syn, mężczyzna przeczuwa, że będzie musiał mierzyć się z napięciami w sobie? Dotyczy to wielu mężczyzn, ponieważ ciągle jest dosyć kiepsko z męskim poczuciem wartości. Chociaż, oczywiście, wiele zmienia się na lepsze. Mężczyzna ugruntowany w swoim poczuciu wartości nie będzie zazdrosny o uczucia partnerki do syna. Wręcz przeciwnie, będzie jej wdzięczny za opiekę nad dzieckiem, będzie jej pomagał, budował partnerską więź.

Zanim to się stanie, syn wydaje się rywalem? Obserwuję dramat takich synów i ojców. Ojcowie prezentują się synom jako idealni, nieomylni, bez skazy, po prostu krynica mądrości. Są przekonani, że jak się syna od początku ułoży, będzie posłuszny, będzie chodził jak w zegarku. Od dziecka wszelki opór jest łamany. W ten sposób tak naprawdę łamane są wola i tożsamość chłopca. Wielu mężczyzn traktuje synów jak zwierzątka, które się tresuje. Pamiętam takiego ojca, który w ten sposób utracił dwóch synów.

Utracił? Przestali się z nim kontaktować. Jeden z synów oświadczył, że nie będzie żył tak, jak ojciec sobie życzy, stał się hardy, a jednocześnie uważał ojca za niedościgniony wzór. Czuł się zbyt mały wobec ojca, nie wypełnił życia sensownymi działaniami. Drugi syn spełniał ojcowskie ambicje, jednak nie oddawał należnego hołdu. W końcu skonfliktowany z ojcem poszedł własną drogą i słuch o nim zaginął. To pokazuje cenę, jaką płacą ojcowie za idealizowanie siebie i wywieranie presji. Takie działanie zawsze budzi opór. Ojciec, który jest przekonany, że wie, jak powinno wyglądać udane życie, jak ten świat naprawdę wygląda, ma dla syna sztywny program i nie znosi sprzeciwu. To prawdziwy dramat. Synowie się oddalają, wycofują, uciekają, zrywają kontakty. Z różnych prac psychoterapeutycznych pamiętam mężczyzn, którzy kontaktując się z emocjami z dzieciństwa, płakali, błagając przywołanych w pamięci ojców: „Nie chcę z tobą walczyć! Chcę być blisko ciebie, potrzebuję cię”.

Nie trzeba z synem walczyć? Mam wrażenie, że często ojcowie wpadają w pułapkę, zmuszając synów, żeby z nimi walczyli, ponieważ inaczej nie potrafią być z nimi blisko. Chłopcy podejmują walkę, żeby w ogóle mieć z ojcem jakiś kontakt. Wielu mężczyzn nie ma pozytywnych wzorców bycia ojcem, bo albo ojca nie było, albo był emocjonalnie nieobecny. Jeśli dodatkowo nie mieli bliskich kontaktów z innymi mężczyznami w rodzinie, niosą trudne dziedzictwo męskości. Poczucie bezradności i niepewność próbują nadrabiać gniewem i przemocą. Próbują jakoś wypełnić w sobie ten brak. Niestety, wypełniają go najgorszym śmieciem. Te destrukcyjne tendencje można, oczywiście, odwrócić.

Silne emocje związane z obecnością syna pokazują zranienie ojca, bolesne miejsca – tę świadomość wielu ojców już ma. Jak sobie radzą? Obiecywali sobie, że nie będą tacy jak ich ojcowie, a zauważają, że odruchowo powielają stare schematy. Jeśli potrafią to zauważyć, to już bardzo wiele, dobry grunt do zmiany. Pojawienie się syna czy synów w życiu mężczyzny to wielka sprawa – szansa, aby przekroczyć stare uwarunkowania i rozwijać zdrowe, bliskie relacje z innymi mężczyznami. A tym samym tworzyć nowe wzorce męskości i ojcostwa dla nowych pokoleń.

Mężczyźni mają ambicje, żeby synowie stanęli na wysokości zadania, żeby im się udało, żeby coś osiągnęli. To może być wsparcie dla syna. Zbyt często stoi za tym myślenie: „Mnie się nie udało, więc przynajmniej ty bądź kimś”. Wielu ojców chciałoby, aby syn był ich przedłużeniem albo dopełnieniem. Albo spełniał to, czego ojciec nie mógł spełnić, bo nie było warunków, bo nie te czasy. Synowie często rozwijają cechy, których ojcowie nie mają. Robią rzeczy, których ojcowie się obawiają, na które nigdy sobie nie pozwolili. Ojciec jest twardym ekonomistą, a syn chce zostać muzykiem. Ojciec musi popatrzeć szerzej – na aspekty, których u siebie nie zna. Wówczas uczy się poznawać i akceptować inność syna. Syn wnosi w życie ojca brakujące wymiary egzystencji. My, mężczyźni, bardzo potrzebujemy elastyczności, otwartości na to, co odmienne. Gdyby ojciec naprawdę chciał syna wspierać, sprawdzałby, jaką on chce pójść ścieżką, rozmawiałby, pytał, słuchał, a nie tylko wymagał.

Trzeba by tu uruchomić inteligencję emocjonalną. Świadomość uczuć, otwartość, ciekawość – to wymaga zaangażowania, praktyki. Kim jest mój syn? Co to za istota? Nikt nigdy nie był i nie będzie taki jak on. Jest jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy. To głębokie przeżycie, gdy uświadamiamy sobie, że oto ten nasz syn ma swoją odrębną, głęboką tożsamość. I że możemy go wspierać w spełnianiu jego niepowtarzalnego potencjału. Możemy otwarcie dzielić się sobą. Zrozumienie, kim jest ojciec, czego doświadcza, co przeżywa, także syna wspiera. Wzajemna więź wspiera obu.

Syn otwiera wiele przestrzeni w życiu ojca: jest wyzwaniem, szansą na rozwój i spełnienie. A córka? Podobnie. Mężczyzna z bliska poznaje kobiecość w rozwoju. To może być zachwycające doświadczenie.

Ponieważ tak inne, nieznane? Można nareszcie zrozumieć kobietę! Pod warunkiem, oczywiście, że zostawimy swoje wyobrażenia o tym, jaka córka powinna być. Niestety, wobec córek wielu mężczyzn stosuje tak samo restrykcyjny sposób wychowania jak wobec synów: mają osiągać wyniki, muszą być silne, żeby sobie radzić w świecie. Myślą, że nie wolno córek za bardzo chwalić, bo im się przewróci w głowie.

Z czym więc może być związana ulga, gdy rodzi się córka? Kobiecości będzie uczyła się od mamy. Mężczyzna przeczuwa, że będzie grał drugoplanową rolę? To go uspokaja? Ta ulga może być bardzo łatwo zepsuta nieświadomym przekonaniem, że chłopak jakoś sobie w życiu poradzi, ale na dziewczynkę czyha tak wiele zagrożeń, że trzeba ją chronić. Jest przecież wrażliwsza, słabsza. Troska, ochrona – to wspaniałe intencje, szkoda tylko, że przeradzają się w surowość, w dyscyplinowanie. Opowiadała mi jedna z klientek, że była już na studiach, gdy ojciec nie pozwalał jej wracać do domu po godzinie 23. Szła na imprezę i gdy wszyscy dopiero się schodzili, ona musiała wychodzić. Ojciec mówił jej, że jak będzie miała męża, będzie mogła robić, co chce, a teraz on rządzi. Ta kobieta czym prędzej wyszła za mąż – okazało się potem, że bardzo nieszczęśliwie – żeby nie mieszkać z ojcem. To nie jest ochrona ani wsparcie.

Co byłoby wsparciem? Zrozumienie, które zaczyna się od zainteresowania. Ojciec ma fantastyczną okazję, aby uczyć się otwartości na kobiecość, wrażliwości na potrzeby kobiet, na ich sposób przeżywania świata, na uczucia. Obserwowanie kobiecości w rozwoju daje ojcu szansę docenienia tych jakości, których dotąd nie znał i nie rozumiał. Jeden z ojców opowiadał mi, że robił coś w ogrodzie ze swoją dorastającą córką, rozmawiali, śmiali się, po czym nagle córka zaczęła płakać, ponieważ coś jej się przypomniało. To był dla ojca szok – taki wachlarz uczuć! Zastanowiło go to, wzruszyło. Innym razem czekał przez godzinę pod drzwiami łazienki, bo córka się malowała. Po godzinie wybiegła z łazienki z płaczem, bo i tak się sobie nie podobała! Innym razem przeżywała, że chłopak ją rzucił. Ten ojciec wyjaśnił córce, że to nie ma nic wspólnego z nią, że to nie znaczy, że ona jest mało wartościowa. Być może chłopak przestraszył się jej dojrzałości albo nie jest jeszcze gotowy na bliską relację. Troska, ochrona, wsparcie zaczynają się od obecności, zaufania, szczerości, słuchania.

Córka otwiera ojca na jego kobiecą część psychiki? Oczywiście. Uczy ojca wrażliwości, łagodności, ciepła. Dzięki temu mężczyzna może lepiej rozumieć swoją partnerkę i inne kobiety. Może coraz bardziej otwierać się na tajemnicę kobiecości. Rozmawiałem z ojcem 30-letniej córki, która właśnie została mamą. Mówił: „Kobiecość jest taka… przemieniająca. Jak rozwijający się kwiat. Dojrzewa, owocuje. Patrzę na córkę i jestem zafascynowany, ileż ona instynktownie rozumie, intuicyjnie przeczuwa, widzi jakimś szóstym zmysłem. Kobiecość to wielka tajemnica”.

  1. Psychologia

Złam schemat! Pozbądź się blokad, które ciążą na kobietach w twojej rodzinie

Nieraz trudno jest złamać utarty schemat. Jednak, gdy zdobędziemy się na odwagę - pomożemy sobie i swoim dzieciom. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Nieraz trudno jest złamać utarty schemat. Jednak, gdy zdobędziemy się na odwagę - pomożemy sobie i swoim dzieciom. (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Czasem więź łącząca pokolenia kobiet blokuje przed kroczeniem własną drogą. Kiedy jednak córka wyłamie się z ram rodzinnej powinności, może uratować nie tylko siebie, ale i… matkę.

Matki zwykle chcą, by ich córki miały lepiej niż one same – jeśli jednak zaczynają żyć inaczej, zwykle je za to karcą. „Nawracają” na właściwy kurs, a czasem wręcz odwracają się od nich. Tak jakby drzemało w nich poczucie, że córka nie powinna przekraczać ograniczeń matki. Między pokoleniem matek i pokoleniem córek jest pewien rodzaj spójności, która jednocześnie karmi i zniewala. Psychologowie nazywają ją niewidzialną nicią lojalności. To niezwykle silna więź, która łączy nas z kobietami w rodzinie. Choć trudno ją dokładnie opisać czy nazwać, ma potężny zasięg – nawet do siódmego pokolenia. I choć czasem bardzo się staramy ją zerwać, trzyma. Nie puszcza. Krępuje życiowe decyzje. – To właśnie ta nić lojalności powoduje, że często jesteśmy w konflikcie, bo z jednej strony chcemy żyć inaczej niż nasze matki, a z drugiej, kiedy żyjemy inaczej, czujemy się winne – mówi psycholog i socjoterapeutka Katarzyna Platowska. – Ale to nie znaczy, że nie można jej zerwać i żyć po swojemu. Można. Choć wymaga to odwagi, mądrości, siły i determinacji. Co więcej, gdy córce udaje się z powodzeniem przełamać rodzinne fale, może dojść do pozytywnego sprzężenia zwrotnego: woda może się od nas odbić i porwać inne kobiety w rodzinie. Zdarza się, że kiedy emocjonalnie staje na nogi córka, proces zdrowienia zaczyna też matka.

Pożegnaj strach

Marta ma 24 lata, a w sercu mnóstwo lęku. Matka Marty, Ewa, zawsze była lękliwa. Wciąż się bała tego, co przyniesie życie. Nie lubiła przygód i spontaniczności, bo oznaczały brak kontroli – a to pachniało zagrożeniem. Pracowała w jednym miejscu, choć nienawidziła swojej pracy, szef jej nie cenił, a koleżanki lubiła średnio. Jednak myśl o zmianie firmy budziła w niej strach. „Lepsze znane, choć nielubiane, niż nieznane” – powtarzała córce. Albo: „Tylko jak masz stałą pracę, to masz pewne jutro”. Nie rozumiała mody na własną działalność – jej zdaniem było to proszenie się o kłopoty. Za namową matki Marta skończyła szkołę kosmetyczną (bo „w tym zawodzie zawsze będzie praca”). Tuż po szkole zatrudniła się w niewielkim, nowoczesnym salonie. Po dwóch latach jego właścicielka postanowiła wyjechać za granicę i – widząc zaangażowanie dziewczyny – zaproponowała Marcie… odkupienie firmy. Po bardzo preferencyjnej cenie! Marta biła się z myślami. Miała wielką ochotę rozwinąć skrzydła, ale też wciąż w uszach brzmiały jej powtarzane latami przestrogi matki. W końcu zdecydowała: biorę salon! Ustaliła, że część pieniędzy spłaci w ratach, rozpisała biznesplan, załatwiła kredyt i… została oficjalnie szefową własnej firmy! Dopiero wtedy powiedziała o wszystkim matce. Kiedy stanęły razem w progu, zatoczyła ręką koło i powiedziała: „Zobacz, mamo, to jest moje”. I od razu poprosiła: „Tylko nie mów, że to katastrofa i że się nie uda. Daj mi parę miesięcy, a zobaczysz, że to była dobra decyzja”. Rzeczywiście, salon prosperował doskonale. Zadowolone klientki przysyłały koleżanki, które polecały usługi Marty dalej. Dziewczyna musiała zatrudnić jeszcze jedną osobę, by dać sobie radę z rosnącą popularnością. Minęło parę miesięcy. Pewnego dnia podczas sobotniego śniadania Ewa powiedziała: „Córeczko, chcę z tobą porozmawiać. Mam trochę zaoszczędzonych pieniędzy. Jeśli chcesz, zainwestuję je w salon”. Zdumiona Marta usłyszała, że Ewa zawsze chciała rzucić swoją pracę, ale powstrzymywał ją przed tym lęk. Że bała się marzyć, bo była słaba. Że jej mama też pragnęła samodzielności, ale obawiała się, że nie da sobie rady. I że jest bardzo szczęśliwa, bo Marcie się udało.

Jak komentuje Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka:

Najtrudniejsza do przełamania fala to przekraczanie wartości, które były wyznawane przez wiele kobiet w rodzinie – w danym pokoleniu i w poprzednich. Jeśli w rodzinie nie było rozwodów lub kobiety miały tylko po jednym dziecku czy nie prowadziły samochodu – bardzo trudno będzie iść pod prąd i mieć więcej dzieci, rozwieść się czy zrobić prawo jazdy lub nie schować go do szuflady zaraz po zdanym egzaminie. Podobnie w rodzinie, w której się uważa, że życie jest wrogie, nieznane jest groźne, a samodzielność oznacza samotność i porażkę. Matka Marty miała marzenia, ale zabrakło jej odwagi do ich realizacji. Podobnie babka. Czasem rodzice przekazują nam lęki swoje i swoich rodziców. Takie przekonania potrafią wędrować nawet przez wiele generacji. Na szczęście w każdym kolejnym pokoleniu kobiety są trochę silniejsze – córki są zawsze odrobinę odważniejsze od matek. Dzięki temu siła marzeń rośnie, a moc lęku maleje. Marta była pierwszą od pokoleń kobietą, która miała siłę, by odłożyć na bok lęk, a sięgnąć po marzenia.

Uratuj swoje życie

Edyta wychowała się w bardzo tradycyjnej rodzinie – takiej, w której jak ślub, to na całe życie. Choćby pił i bił, jest się żoną – na dobre i na złe. Niestety, rodzina Edyty nie należała do harmonijnych: Ilona, jej matka, była z ojcem głównie „na złe” – to gwałtowny, wymagający, wiecznie niezadowolony z żony i najprawdopodobniej także niewierny mężczyzna. Lubił wypić, potrafił znikać na popołudnia i wieczory. Właściwie więcej go nie było niż był – co dzieci przyjmowały z ulgą, bo powrót ojca do domu wiązał się z napięciem i kłótniami. Edyta nie pamięta, żeby tata wziął ją na kolana, pobawił się z nią czy gdzieś ze sobą zabrał. Dlatego kiedy poznała Włodka, rozrywkowego studenta, który bardzo zabiegał o jej względy, szybko się zakochała. Równie szybko zaszła w ciążę – a że dziecko oznacza rodzinę, wzięli ślub. Włodek wyrósł z bycia studentem, ale z rozrywkowego trybu życia już nie: Edyta siedziała w domu z dzieckiem, a potem z kolejnym i kolejnym, a Włodek się bawił. Dokładnie jak ojciec: znikał, nie mówił, gdzie idzie i po co, wracał „na gazie” i robił awantury. Żona szybko przestała go interesować, dzieci również – ważniejsze były alkohol, zabawa, kumple. Edyta znosiła swoje nieudane małżeństwo i wybryki oraz zaniedbania męża przez 10 lat – przecież ślub jest na zawsze. W końcu jednak nie dała rady i powiedziała: „Dość. Nie zrobię tego moim dzieciom, nie chcę, by ich dzieciństwo przypominało moje. Albo coś się zmieni, albo wystąpię o rozwód”. Włodek o zmianie nawet nie myślał, więc Edyta się wyprowadziła. Największą pretensję miała do matki – że nie powiedziała: „Dziewczyno, ratuj się, uciekaj, zadbaj o sobie”. Odwrotnie: każde ich spotkanie kończyło się litanią wyrzutów: „Jak mogłaś odejść od męża, przez ciebie całkiem zejdzie na psy!”. Długo mijały się szerokim łukiem, ale wszystko zmieniła pewna wigilia. Kiedy Ilona zobaczyła, że Edyta, świeżo zakochana, promieniała, a odprężone dzieciaki śmiały się radośnie, podjadając słodycze z choinki, zrozumiała, że dawno ich takich nie widziała. Nie zdobyła się na gest pojednania wobec córki, ale po jej wyjściu szepnęła do siebie: „Dobrze, że uciekłaś z tego piekła, z pijakiem nie ma życia. Ja się na to nie zdobyłam. Ty zrobiłaś to za siebie – i za mnie”.

Psycholożka komentuje:

Czasem życie i przekonania matek są klątwą dla córek. „Ja wytrzymałam, to i ty wytrzymasz” – mówią, bo przecież córka nie może być słabsza od matki. To dość typowe, że w takich rodzinach matki stają nie po stronie córek, tylko zięciów – choć obiektywnie ci są draniami. Kurczowe trzymanie się złego scenariusza to też rodzaj zabezpieczenia: jest zły, ale znany. Jeżeli córka będzie żyła podobnie, to łatwo wszystko przewidzieć. Jeśli coś zmieni, przyszłość będzie nieznana. Choć Edyta wykazała się wielką siłą, to jej matka będzie potrzebować siły jeszcze więcej. Stwierdzenie „Dobrze, że uciekłaś z tego piekła” – to dla niej konfrontacja z całym własnym życiem. Musi sama przed sobą przyznać, że wytrwała w bezsensownym związku w myśl absurdalnych ideałów, że sama zniszczyła własne życie. Edyta, walcząc o swoje szczęście, wszystko to uświadomiła matce. Ale pokazała też, że można być szczęśliwą. Zmierzyć się z własnymi demonami, by móc z nimi wygrać.