1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Kobieta na trudne czasy

Kobieta na trudne czasy

Kobiety nadal często mają problem z oddelegowywaniem domowników do domowych obowiązków. (Fot. Getty Images)
Kobiety nadal często mają problem z oddelegowywaniem domowników do domowych obowiązków. (Fot. Getty Images)
Wydawać by się mogło, że nadszedł nasz czas. Znajdujemy się wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego – w szpitalach, domach opieki, usługach, także w polityce. Jednak w Polsce kobiety wysuwa się jako frontmenki przede wszystkim dla ocieplenia wizerunku, poprawy sondaży. A potem najczęściej usuwa w cień. Wykorzystują nas czy dajemy się wykorzystywać? – zastanawia się Ewa Woydyłło-Osiatyńska.

Znowu to samo: przychodzi kryzys, coś się wali, kimś się trzeba zaopiekować i wtedy sięga się po kobiety. Zawsze byłyśmy wystawiane do czarnej roboty, a teraz to się jeszcze nasiliło. Dlaczego dajemy się tak traktować?
Dlatego że kobiety ciągle jeszcze podlegają kulturowej prawidłowości, która polega na tym, że kobieta jest posłuszna. To właśnie posłuszeństwo sprawia, że łatwo się nią posłużyć. Jej to pochlebia, bo zajmuje wysoką pozycję, może w swoim subiektywnym odbiorze pomyśleć, że przejmuje pałeczkę w sztafecie. Ale na ogół w tej sztafecie jest od robienia brudnej roboty. Bo jak przyjdzie do rozdzielania laurów, to bardzo wątpliwe, że będzie mogła liczyć na równą konkurencję. W polityce, prawdę mówiąc, nagradza się wierne służki, ciocie na zawołanie.

Kobiety nie mają czujności?
To strasznie trudne, bo jak się wejdzie do polityki, to się przestaje być indywidualnością, a zaczyna – trybem w systemie. Nie mam o to pretensji do kobiet, bo za nimi nie stoją wieki doświadczeń, tylko kilkadziesiąt lat zaledwie.

Na świecie dochodzą do głosu prawdziwe, nie malowane liderki, jak premierki Norwegii, Islandii czy była premierka Danii. Dlaczego im się udaje, a nam nie?
Jak tak głębiej się nad tym zastanowić, to można zauważyć, że one są w większości ze starej demokracji. Nie w sensie wieku tych krajów, ale w takim znaczeniu, że stare demokracje przeszły proces głębokiego uczłowieczenia. Daję więc sobie pewną nadzieję, że choć nam do tego etapu jeszcze daleko, to prawdopodobnie osiągniemy go za 20 lat, czyli za mniej więcej tyle czasu, ile zajęło to dojrzałym demokracjom. Na razie mamy ewidentne dowody na to, jak nie tyle ułomna, ile karkołomna jest nasza polityka i z całą pewnością jest to wynik nawet nie działalności tych kobiet i tych mężczyzn, tylko faktu, że znajdujemy się na bardzo niskim poziomie rozwoju politycznego, społecznego, kulturowego. Andrzej Leder bardzo trafnie to wyłożył w książce „Prześniona rewolucja”, w dyskursie z nim brał też udział mój mąż Wiktor Osiatyński. Leder zauważył, że jesteśmy dopiero na etapie poszukiwania sposobu poszerzania zakresu zbiorowej dojrzałości. Dlaczego kobiety miałyby być bardziej dojrzałe?

Ale mogłyby wreszcie nie dawać się wykorzystywać. W Polsce cały czas jedną nogą tkwimy w patriarchacie?
Oczywiście, patriarchat u nas nadal ma się dobrze.

Bo?
Bo nie było u nas rewolucji feministycznej, bo nie udało się przewalczyć rzetelnego parytetu. My się ciągle dobijamy, nam jeszcze nawet drzwi nie otworzono, więc ile się da wycisnąć, wyciskamy, ale ta droga dla polskich kobiet jest bardzo wyboista. Oddaje się głos tym, które są podległe, posłuszne, i tym sposobem zamyka się usta wszystkim, mówiąc, że kobiet w życiu publicznym jest dużo. Ale tak jak jakość debaty sejmowej i w ogóle rządzenia jest niska, tak jakość wkładu kobiet też jest niska, nie z ich winy. No bo one na ogół nie przychodzą w tym celu, żeby pomnażać zbiorowe dobro, tylko żeby pomnażać dobro władcy, który pozwolił im usiąść na tym wysokim stołku. Niektóre, jak w syndromie sztokholmskim, bronią oprawcy. Zrobiono z kobiet roboty, które śpiewają melodie, jakie im się gra. I dopóki innej drogi nie ma, dopóty trudno liczyć na wysyp mądrych liderek.

Może zabrakło nam samym przepracowania kobiecej solidarności?
Solidarność to nie jest kwestia przepracowania, tylko kwestia kulturowa. Działają u nas różne mechanizmy, nie tylko antykobiece. Jeden z nich, opisany szeroko przez socjologów, polega na tym, że jak tylko mamy możliwość mieć do kogoś pretensje, to szybko z tej okazji korzystamy. My, Polacy, lubimy mieć pretensje. Oczywiście indywidualnie się różnimy, ale w Polsce bardzo łatwo paść ofiarą złego interpretowania postaw. Bardzo lubimy dowodzić, że ktoś jest głupszy, gorszy, popełnia nadużycia. Lubimy mieć przewagę.

Co nam to daje?
W ten sposób budujemy swoje poczucie wartości. Mówiąc, że ktoś jest zły, manifestujemy, że niby my jesteśmy lepsi. U nas jest dobry do tego klimat. Poza tym na kobiety bardzo łatwo rzucać potwarz, bo one nie są skuteczne w obronie, nie mają autorytetu. Kobieta coś mówi? Toż to nieprawda! Kobietę szalenie łatwo ranić, bo jest niegroźna. A przy okazji bezkosztowo można podbudować sobie poczucie własnej wartości.

Czy jesteśmy na to skazane?
Skazana to może być konkretna osoba, na przykład pielęgniarka, lekarka, której nie da się pomóc, bo ją skrzywdzono, pomawiając o bezduszność, a nie brak możliwości. Widzę, że pani przejęła się takim traktowaniem kobiet, i prawdopodobnie dużo ludzi podobnie reaguje jak pani. To pokazuje, że wykorzystywanie kobiet nie dzieje się całkowicie w próżni, tylko że reakcje na tego typu sytuacje muszą osiągnąć masę krytyczną. To się zbiera, zbiera, pani napisze o tym artykuł, ktoś doktorat i powstanie z tego jakaś świadomość. A jak powstanie świadomość, to coraz więcej osób przyłączy się do takiego myślenia, co może doprowadzić do zmian, podobnych do tych, które spowodowały, że dziewczynki chodzą do szkoły, co jest względnie nowym zjawiskiem. Zaledwie 130 lat temu Maria Skłodowska-Curie, nie dostawszy się na Jagiellonkę, pojechała studiować na Sorbonę. To się wtedy nie mieściło w głowie, a jednak nastąpiło. Kobiety nie potrafią same zadbać o swoje miejsce w świecie.

Jak mają to robić? 

Zacząć trzeba od zmiany prawa. Czy pani wie, że w naszym prawie funkcjonuje taki przepis, że jeżeli dziewczyna poniżej 16. roku życia urodzi dziecko, to nie może być jego prawną matką, no, chyba że chłopak, który zrobił jej to dziecko, się z nią ożeni! Ona może być matką tylko jako czyjaś żona!

Najczęściej prawną matką zostaje jej matka. I takich absurdów jest u nas dużo.
Więc jak zaczniemy zmieniać prawo zgodnie z ideą praw człowieka, to wtedy pozmieniają się też reguły, a ludzie będą musieli zmienić sposób myślenia.

Prawa trzeba jeszcze przestrzegać, a z tym jest u nas różnie.
U nas akurat prawem nikt się nie przejmuje, więc mamy dodatkowy kłopot. Nauczyłam się od Wiktora, że nie ma tak, że kogoś do czegoś przekonam. Przekonać może prawo. Mój mąż przestał pić w Ameryce, bo wiedział, że tam nikt nie przymknie oczu na to, że wykładowca na zajęcia ze studentami przychodzi na rauszu. Pijesz? To nie pracujesz. Proste.

Prawo prawem, ale jest jeszcze to niepisane. Na przykład takie, że ciężar prowadzenia domu cały czas spoczywa na barkach kobiet.
Powiem coś niepopularnego – nie współczuję tym, co ten ciężar dźwigają. Już pora, żeby zaczęły delegować zadania na innych domowników. Jeżeli tego nie robią, to znaczy, że decydują się, że tak ma być, i w głębi duszy prawdopodobnie czerpią z tego korzyści.

Jakie?
Czują się lepsze i tego im nie zabierzemy. Jeżeli kobieta nie potrafi czuć się lepszą inaczej niż tylko wtedy, gdy haruje za kogoś, uważając go za gorszego, to jej wybór. Bo wie pani, wiedza psychologiczna o tym, jak układać relacje, jak dbać o siebie – jest ogromna i łatwo dostępna. Wystarczy wejść do Internetu i wpisać „współpraca w małżeństwie”, i dostaje się tysiące artykułów, książek z całego świata. Jak tej wiedzy kobiety nie biorą, to niech nie narzekają. Nigdy nikogo nie uczyłam na siłę, bo wiem bardzo dobrze – uświadomili mi to mama i nauczyciele – że w uczeniu czy życia, czy dobrych relacji, czy wiersza największą rolę odgrywa udział własny. Myśmy nawet z Wiktorem wymyślili pewne równanie, ono odnosi się do wszystkiego, czego chcemy się nauczyć: liczba punktów za wiedzę pomnożona przez wkład własny.

Załóżmy, że chcemy nauczyć się asertywności, bo to akurat jest potrzebne wielu kobietom. Pomocny jest tu nauczyciel, czy to w formie książki, artykułu, czy terapeuty. Kobieta czyta na przykład, że trzeba dbać o swoje potrzeby, myśli nawet: „Świetny artykuł!”, czyli dajemy 10 punktów za źródło wiedzy. Odkłada artykuł i słyszy, jak mąż znad gazety pyta: „A obiad?”. Zamiast powiedzieć: „Dzisiaj, mój kochany misiu, zjemy kanapki, bo nie miałam siły na robienie obiadu” (albo „czytałam książkę”), biegnie gotować. Czyli wnosi zero wkładu własnego, żeby coś zmienić. Ile jest 10 razy zero?

Zero.
No właśnie. A inna kobieta przeczytała, dajmy na to, w „Płomyczku Katolickim” jedno zdanie, że musi szanować siebie, i pomyślała: „Dzisiaj mam zły dzień, więc powiem domownikom: »Kochani, zróbcie na obiad co chcecie, chętnie dam się zaprosić«”. I jak myśli, tak robi. Czyli choć ten „Płomyczek” dał jej tylko 3 punkty w skali jakości wiedzy, to ona wniosła 10, a 3 razy 10 równa się 30. Czyli nastąpiła u niej zmiana 30-procentowa! Kobiety są przeciążone, zgoda. Czyżby jednak nie wiedziały, co robić? Nie! Im się po prostu nie opłaca czegoś robić.

Nie opłaca?
A tak. Bo jak nic nie zmienią, to będą zawsze mogły powiedzieć: „O jaka ja biedna, jak mi się źle żyje, och, ci mężczyźni, ach, gdyby nie było dzieci” itd.

Trzeba oczywiście podawać kobietom dobre przykłady dbania o siebie, ale czy zastosują je w swoim życiu, zależy tylko od nich. Ta zasada dotyczy także ludzi uzależnionych. Jak kobieta mówi mi, że nie wie, co robić, bo jej mąż pije, to ja odpowiadam: „A czytała pani coś na ten temat, była pani w poradni?”. Ona chce, żebym ja zadbała o to, żeby jej mąż nie pił. A z jakiej racji mam o to dbać? Mogę ją wesprzeć, ale to ona sama musi przekuć to w czyny. Tego nauczyło mnie amerykańskie doświadczenie, tam nikt nie robi za kogoś tego, co ten ktoś może zrobić sam za siebie.

Czasami jedno zdanie może komuś otworzyć oczy.
Zgoda, to zdanie brzmi: „Kobieto, weź odpowiedzialność za swoje życie, powiedz »nie«”. Nadal piszę i pracuję z myślą o kobietach, ale nie ubolewam, że im ciężko. A pani ubolewa. Proszę pojechać do Danii na pół roku, poobserwować Dunki, to pani się z tego wyzwoli. Dunki są z siebie zadowolone, w ogóle nie farbują włosów, ćwiczą, jeżdżą na rowerach, w wieku 60 lat mają kochanków, wiedzą, że ich wartością nie jest to, żeby wyglądać jak modelka. Dunka ma studia albo nie ma, pracuje w sklepie albo na uniwersytecie. Nie robi z siebie cierpiętnicy – nie chce gotować obiadu, to ogłasza to rodzinie i nikt nie ma jej tego za złe. Nie mówię, że wszystko gdzie indziej jest lepsze niż u nas, natomiast są rzeczy, których warto się od innych uczyć.

Czego najbardziej powinna się nauczyć Polka?
Jak czegoś nie chcesz robić, to nie rób, ale wtedy albo będzie niezrobione, albo zorganizujesz zastępstwo. Mam takie powiedzenie, okropnie denerwujące, nawet mnie samą, bo gdy kiedyś ktoś mi je powiedział, to się wściekłam, a brzmi ono: Zawsze znajdujesz się w tym miejscu, w którym chciałaś być.

Kobieta nie chce żyć z przemocowym mężczyzną!
Tak? To dlaczego od niego nie odejdzie? Owszem, jako 11-letnia dziewczynka patrzyła na mamę, ciocię, które nie odchodziły od przemocowych mężczyzn, ale jest już dorosła i może odejść. To się nazywa odpowiedzialność za swoje życie. Koniec z alibi, że ktoś miał złe dzieciństwo. Psychoterapeuci latami trzymają kobiety na terapii, bo miały złe dzieciństwo. A ja mówię: „Proszę wyjąć dowód osobisty i spojrzeć, ile ma pani lat. Więcej niż 13? To co pani dzisiaj zrobi tatuś albo mamusia?”. Za dwa dni dostaję SMS-a: „Eureka, moje życie zależy ode mnie”. Oczywiście, bywają sytuacje patologiczne, gdy potrzebna jest interwencja z zewnątrz, ale w większości przypadków wystarczy własna decyzja, własny wybór.

Trzeba jednak słono za ten wybór zapłacić. Może tej ceny boją się kobiety?
Może, bo za uwolnienie się od roli opiekunki rodu, służącej, wykonawczyni poleceń cena jest taka, że mnie potem za bardzo nie chcą. Wiele kobiet z mojego pokolenia zajmuje się wychowaniem wnuków, a potem narzeka, że są wykończone. Moja mama mawiała: „Gdyby stare kobiety miały zajmować się dziećmi, toby je rodziły”. Koleżanki pytały mamę: „Dlaczego nie pomagasz bardziej Ewuni?”. Mama była ukochaną babcią i mile widzianym gościem, ale żeby wychowywała moje dzieci? W życiu! Tymczasem w Polsce jest dużo niepisanych przepisów na życie kobiet i one bez szemrania je przyjmują, zamiast każdorazowo weryfikować. Mama tak żyła, babcia, ciocia? A ja tak nie chcę. Będę żyć według swojego przepisu.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Nie mając bliskiego kontaktu ze swoją seksualnością, zaniedbujemy własne zdrowie

Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Prawdziwa troska o siebie jest możliwa tylko wtedy, gdy obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W jaki sposób seksualność wpływa na nasze zdrowie?
Seksualność to potężna siła – jej energia służy przecież przetrwaniu gatunku. Powstaje w ciele, ożywia serce i umysł oraz nasze relacje z innymi i światem. Niewątpliwie dotyka też sfery duchowej. Od jakości tej energii, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie.

Seksualność rozwija się od początku naszego istnienia, zależy od wielu czynników. Ten rozwój mogą jednak zakłócić przeszkody wynikające z osobistych historii, relacji rodzinnych i szerzej, z przekazów społeczno-kulturowych. Obserwując swoje przeżycia i słuchając innych kobiet, dostrzegam w wielu naszych typowych zachowaniach niesłużących zdrowiu skutki tych zakłóceń. Poczucie winy, lęk i wstyd to wciąż uczucia, które wiele kobiet przeżywa w związku ze swoją seksualnością. Od najwcześniejszych lat uczymy się, że jeśli odczuwamy coś w „tej” części ciała, to nie jest to w porządku. Dojrzewamy, lata lecą, a głęboko zakodowany lęk nie pozwala nam wykształcić postawy odpowiedzialności za swoje zdrowie. Bo jeżeli nie akceptujemy swojego ciała w całości, to trudno je szanować. Łatwo jest wtedy oddać decyzje dotyczące tego, co dla nas dobre, a co nie, innym – mamie, partnerom, doktorom itd.

Czy to znaczy, że kobiety nie potrafią tak naprawdę o siebie zadbać?
Nie potrafią… Dlaczego tyle kobiet choruje i umiera na nowotwory piersi czy szyjki macicy, mimo że medycyna oferuje coraz większe możliwości wczesnej diagnozy? Żebyśmy umiały o siebie zadbać, muszą się zmienić nasze postawy, a nie opinie. Coraz więcej jest społecznych akcji na rzecz profilaktyki chorób kobiecych i większa niż kiedykolwiek dostępność informacji, a jednak kobiety ciągle nie korzystają z tego w wystarczającym stopniu. I to najczęściej nie brak czasu, pieniędzy lub wiedzy jest tego powodem. To dość powszechne zjawisko – odkładanie wizyty kontrolnej u ginekologa. A kiedy pojawia się jakaś dolegliwość, ból, wiadomość o chorobie innej kobiety, nadchodzi strach, obawa i refleksja: „O rany! Miałam już dawno temu zrobić cytologię i mammografię!”. Zaniedbujemy siebie najczęściej dlatego, że nigdy nie nawiązałyśmy bliskiego kontaktu z macicą, jajnikami, pochwą. Są jak jakaś „ziemia niczyja”. Myślenie z troską i miłością o swoich narządach płciowych brzmi dla wielu z nas jak herezja. Jest jednak taki okres w życiu kobiety, kiedy może publicznie obnosić się ze skutkiem prowadzenia życia seksualnego i rozmawiać o tym, co dzieje się w jej ciele, i to właśnie „tam” – to oczywiście ciąża i poród. Wiele kobiet doświadcza wtedy mocniej niż kiedykolwiek poczucia kobiecej wspólnoty, swobody i akceptacji ciała.

Jak według ciebie mogłaby się przejawiać prawdziwa troska o siebie?
Kojarzy mi się z miłością i opiekuńczością, jaką otaczamy dziecko. Ani nie chronimy go nadmiernie przed światem, ani nie zaniedbujemy. Nie chodzi więc o to, żeby z lękiem biegać co chwila na badania lub odwrotnie – zupełnie je lekceważyć. Jeżeli obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym, zauważymy to, co wymaga zauważenia. Wtedy możemy działać. Na przykład udać się na badanie, wybrać właściwego lekarza albo ubrać się ciepło, albo nie zgodzić na seks bez prezerwatywy.

A jakie są nasze rutynowe zachowania?
Nie próbujemy wpływać na bieg zdarzeń. Pragnąc uśmierzyć lęk, polegamy głównie na autorytetach zewnętrznych, poddajemy się im całkowicie, „opuszczamy siebie”. Kobiety często godzą się na leczenie czy zabiegi, ale bez wewnętrznego przekonania. Trudno im przyjąć, że mają wpływ na swoje leczenie: że mogą pytać, mieć wątpliwości, zbierać informacje. Dlatego bardzo ważne jest znalezienie odpowiedniego lekarza, który nie będzie wyrocznią, lecz partnerem. Podobnie w seksie: w sprawach antykoncepcji czy profilaktyki chorób przenoszonych drogą płciową. Jak często kobiety zabierają prezerwatywę, idąc na randkę? Czy stawiają stanowczo sprawę jej użycia, czy raczej z nadzieją wyczekują na to, co on zrobi? W dbaniu o zdrowie inni mogą nam pomóc, ale nikt nas nie wyręczy w decydowaniu o tym, co, kiedy i jak robić w tej sprawie.

Czy znasz jakiś przykład, który pokazywałby, że można postępować inaczej?
Pracowałam kiedyś z pewną kobietą. Była u ginekolożki i okazało się, że ma polipa na szyjce macicy. To nic groźnego, ale doradzano jej usunięcie go. Minęły trzy albo cztery lata, zanim się na to zdecydowała. Bała się. Była też wtedy przeciwna wszelkim ingerencjom chirurgicznym, interesowała się medycyną naturalną. Robiła sobie głodówki, bo myślała, że może dzięki nim narośl samoczynnie się wchłonie. Od czasu do czasu chodziła na wizyty kontrolne i dowiadywała się, że polip cały czas jest, a nawet obok wyrósł drugi i trzeci. To był też czas, kiedy dość intensywnie pracowała nad sobą, zamykała różne sprawy z przeszłości, również te związane ze swoją seksualnością. Podejrzewała, że ten polip musi być z nimi związany. Wreszcie któregoś dnia napisała list – do tej właśnie części siebie, do tego kawałka szyjki macicy. Wiedziała, co jej powiedzieć. Wiedziała, że to pozostałość po tym, co bolało. To był przełomowy moment – usłyszała siebie poprzez tę część. I wtedy zdecydowała się na zabieg. Wyobraź sobie, że było to jedno z najlepszych doświadczeń w jej życiu!

Nawiązała kontakt ze sobą... To wskazówka dla każdej z nas?
To trwało kilka lat, miała za sobą wiele lat terapii. U różnych kobiet ten proces wchodzenia ze sobą w głęboki kontakt może wyglądać różnie. We mnie jej doświadczenie obudziło refleksję, że możemy wiele dla siebie zrobić, tylko ważne, by zrobić to we właściwym momencie – kiedy czujemy w sobie gotowość. Dobrze, jeśli uporządkowaniu na poziomie cielesnym towarzyszy uporządkowanie na poziomie psychicznym. Wtedy nie musisz już słuchać się lekarza, ale możesz go posłuchać, jeśli tak zdecydujesz. Lekarz staje się partnerem. Gdyby ta kobieta poszła na zabieg ze strachu, to polip pewnie by odrósł. Jeśli kieruje nami strach, często opóźniamy pewne decyzje albo na siłę je przyspieszamy. Chodzi o to, by ze zrozumieniem zadbać o siebie, zrobić coś, czego naprawdę potrzebujemy. Odczytać właściwie sygnały naszego ciała i na nie odpowiedzieć.

 
Taka postawa wymaga chyba dużego zaufania do siebie, dojrzałości? Tak i warto ją rozwijać, nauczyć się, że doznań z ciała nie trzeba się bać. One są naszym sprzymierzeńcem. Pokazują nam, że coś jest nie tak, że trzeba się zatrzymać, coś zmienić. Odpowiednio wcześnie zauważone pomagają nam zwykle w wyzdrowieniu. Nie mamy wpływu na wszystko, ale na to, jak traktujemy nasze ciało – tak. Mamy w tej kwestii bardzo dużo do zrobienia. W profilaktyce chorób kobiecych niezwykle ważne jest odnowienie kontaktu z własną seksualnością.

Kiedy cię słucham, przypomina mi się pewne zdarzenie: siedzimy w gronie kilku kobiet i opowiadamy o tym, jak o siebie dbamy. Któraś mówi, że nie je mięsa, inna, że z powodu grupy krwi 0 je i dobrze się czuje, kolejna przez trzy miesiące była na ścisłej diecie. Każda z nas coś robiła. Wreszcie jedna z kobiet zapytana: „A co ty robisz, kiedy źle się czujesz?”, odpowiedziała: „Ja nic nie robię, jem to, na co mam ochotę, nie stosuję żadnych diet, a jak czuję, że coś jest nie tak, to się odprężam, głaszczę swoje ciało, staram się w nie wsłuchać, być dla siebie dobra...”. Pamiętam, że jej wypowiedź bardzo mnie zdenerwowała. Dopiero później uświadomiłam sobie, że zdenerwowałam się, bo ja tak nie potrafię: objąć siebie czule i zapytać, czego naprawdę potrzebuję.
To jest ideał: umieć wsłuchać się w swoje ciało, także wtedy, kiedy wszystko jest w porządku i czujemy się dobrze. Kiedy pozwalamy sobie na przyjemność, odprężenie, radość. Bo jeśli w takich momentach siebie usłyszymy, to jest bardziej prawdopodobne, że usłyszymy też niepokojące sygnały. Akceptacja bez winy i lęku to najlepsza profilaktyka.

Na swoich warsztatach dla kobiet proponujesz np. ćwiczenia pomagające skontaktować się z podbrzuszem, doenergetyzować ten rejon. Reakcje na twoje ćwiczenia bywają różne. Pierwsze, co często wychodzi na wierzch, to lęk, wstyd i inne zmory.
Tego rodzaju ćwiczenia są dobre, ale bywają o wiele skuteczniejsze wtedy, gdy przekroczymy instrumentalny stosunek do własnego ciała. Inaczej staną się kolejną rzeczą, którą „trzeba ze sobą zrobić”. Jest dzisiaj tyle możliwości rozwoju, dbania o siebie, ćwiczeń, technik, zabiegów, leków i parafarmaceutyków... Ale wszystko to na nic, jeśli traktujemy siebie przedmiotowo i w panice rzucamy się od jednej metody do drugiej.

No tak, pamiętam z twojego warsztatu, że zatrzymujesz się za każdym razem, gdy pod wpływem jakiegoś ćwiczenia wyłoni się trudne uczucie.
Objaw cielesny czy trudność emocjonalna wskazują nam zwykle obszary, w których mamy coś do zrobienia. Warto się wtedy zatrzymać, posłuchać, poobserwować, objąć uwagą bolesne miejsce. Chciałabym, żebyśmy zaufały mądrości ciała i mądrości Stwórcy – jakąkolwiek siłę mamy tu na myśli – pozwoliły sobie na przyjęcie własnej kobiecości, żebyśmy nie musiały się bać, wstydzić i ukrywać same przed sobą, a w konsekwencji chorować.

Jesteśmy bombardowane informacjami o korzyściach, które możemy mieć z uprawiania seksu. Wielu specjalistów powtarza, że seks to jeden z filarów zdrowia: młodniejemy, polepsza się nasza odporność, mamy rumieńce i błyszczące oczy itd. Czy seks rzeczywiście może tak działać?
Na każdą kobietę i na każdego mężczyznę podziała szczęśliwe życie – chwile radości, rozkoszy, bliskości, zaangażowania, odprężenia – również w seksie. Seks nie jest jednak panaceum, które można stosować w oderwaniu od reszty siebie. Takie myślenie grozi niewolą i robieniem czegoś wbrew sobie. Nie traktujmy instrumentalnie seksu, siebie i partnera. Nie jesteśmy mechanizmem, w którym trzeba coś dokręcić lub poluzować. Zdrowie i choroba to nieodłączne elementy życia. Żadne zalecenia, diety, nowe specyfiki nie uwolnią nas od poszukiwania własnej odpowiedzi na pytania: czego potrzebuję, czego mi brak, co odczuwam, czego doświadczam, co mogę zrobić, na co się decyduję. W dzisiejszym świecie pełnym rozmaitych recept na dobre życie i szybkich środków na wszelkie dolegliwości niełatwo znaleźć własną drogę. Ja odkryłam, jak wielki potencjał może być zamrożony w naszym ciele na skutek nieuświadomionych przekazów dotyczących kobiecej seksualności, ile mamy do odzyskania i jakie wtedy otwierają się przed nami możliwości!

  1. Moda i uroda

Celebracja siły i piękna kobiet. Wyjątkowa współpraca marki Patrizia Pepe

Grafika autorstwa Ache77, ulicznego artysty, wykonana dla marki Patrizia Pepe. (Fot. materiały prasowe)
Grafika autorstwa Ache77, ulicznego artysty, wykonana dla marki Patrizia Pepe. (Fot. materiały prasowe)
Patrizia Pepe po raz kolejny wyraża swoją pasję do świata sztuki i kultury. Tym razem w ramach specjalnej współpracy z Ache77, młodym ulicznym artystą, znanym ze swojego współczesnego podejścia do techniki sitodruku, którą łączy z różnymi materiałami i powierzchniami.

Ache77 to czołowy przedstawiciel Galerii Street Levels. W swojej artystycznej interpretacji oddał charakter i cechy osobowości kobiety Patrizii Pepe. Jego grafika została zaprezentowana na oficjalnych kanałach społecznościowych marki. Tym samym Patrizia Pepe celebruje siłę i piękno kobiet, to właśnie im poświęca nowe przesłanie dotyczące jedności i samoświadomości, które powstało z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Patrizia Pepe (@patriziapepe)

Jak mówi Ache77: „Chciałem ukazać w oczach tej kobiety duszę tych, które uwielbiają obserwować, a jednocześnie są silne i odważne. Ludzie patrzą na nią i w intensywności tego spojrzenia rozpoznają kobietę, która jest świadoma siebie i nie boi się pokazać swojej odwagi. To przesłanie do wszystkich kobiet: nie bójcie się patrzeć na rzeczy, nie bójcie się pokazywać swojej siły!".

Grafika została zrealizowana w ramach szerszego projektu, którego celem jest wsparcie artystów w tym szczególnie trudnym okresie. To już kolejna tego typu współpraca, która podkreśla związek marki ze sztuką i regionem, z którego pochodzi. Dodatkowo Patrizia Pepe przekazała darowiznę na rzecz Galerii Street Levels, współzałożonej i promowanej przez Ache77 we Florencji.

- Oczy są ważnym elementem komunikacji niewerbalnej, za ich pośrednictwem możemy powiedzieć lub ukryć wiele różnych nastrojów. W tak ważnym dniu pragnę przekazać wszystkim kobietom, przesłanie bliskości i siły zawarte w jednym spojrzeniu - mówi  Patrizia Bambi, dyrektor kreatywna marki Patrizia Pepe.

  1. Materiał partnera

Czy można opóźnić klimakterium?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Jeżeli słowo menopauza przywodzi nam na myśl głównie uderzenia gorąca, wahania nastroju czy problemy z nadwagą, oraz jeżeli obawiamy się tego szczególnego okresu w naszym życiu – już teraz powinnyśmy dowiedzieć się o nim czegoś więcej.  Okazuje się bowiem, że moment pojawienia się klimakterium można opóźnić. Wiemy, że jest to możliwe, a jednocześnie nieskomplikowane. W tym przypadku nasze dobre samopoczucie powinno być dla nas priorytetem.

Czym właściwie jest okres przekwitania?

Pojawiająca się u kobiet menopauza sprawia, że organizm dąży do zakończenia okresu płodności. Klimakterium to proces naturalny i potrzebny. Niestety jest on też często bardzo niekomfortowy, a nawet uciążliwy – zwłaszcza że objawy nie znikają po kilku miesiącach. Chociaż ustaje menstruacja, to początkowo krwawienia występują nieregularnie. Najczęściej wymieniane symptomy przekwitania to uderzenia gorąca, bóle głowy i mięśni, kołatanie serca, wahania nastroju, zmęczenie, a nawet nieuzasadniony niepokój. Jeżeli objawy te są dla nas zbyt trudne do tolerowania, to powinniśmy skontaktować się z lekarzem – najlepiej z ginekologiem.

Kiedy pojawia się klimakterium?

W zależności od organizmu – klimakterium może pojawić się w różnym wieku. Zazwyczaj mówi się, że menopauza ujawnia się między 45. a 55. rokiem życia. Jeżeli jej objawy zauważymy znacznie wcześniej – powinniśmy niezwłocznie skontaktować się z lekarzem pierwszego kontaktu albo specjalistą, ponieważ jest to niepokojąca reakcja organizmu. Czasami przekwitanie zaczyna się wcześniej właśnie ze względu na złą kondycję naszego organizmu. Warto reagować od razu. Ile natomiast może trwać okres klimakterium i towarzyszące mu uderzenia gorąca? Tutaj również ciężko o jednoznaczną odpowiedź, ale zakłada się, że około 10 lat.

Co zrobić, aby opóźnić klimakterium?

Podstawowe pytanie, które często słyszą lekarze (zwłaszcza ginekolodzy), dotyczy tego, czy istnieje sposób na odłożenie w czasie okresu przekwitania. W końcu jest to moment, kiedy kobieta przestaje być płodna i w którym przyspieszają procesy starzenia. Okazuje się, że w pewnym stopniu mamy wpływ na to, jak wcześnie zacznie się menopauza. W dużej mierze zależne jest to od naszego stylu życia – zdrowe odżywianie, regularne uprawianie sportu, nawadnianie organizmu i zrezygnowanie z używek daje najlepsze rezultaty.

Ważne także, aby regularnie się badać oraz w razie potrzeby rozpocząć kurację hormonalną. Dzisiejsza medycyna znacząco się rozwinęła, dlatego lekarze mają możliwość pomóc pacjentkom przetrwać ten trudny czas. Specjalista na pewno zaleci nam jednak przede wszystkim zmianę diety na taką, która zawiera najważniejsze składniki odżywcze – ich niedobory pojawiają się podczas klimakterium.

Warto pamiętać, że podczas menopauzy nasza gospodarka hormonalna nie działa należycie – stąd też pojawiają się problemy z częstym przybieraniem na wadze, a nasza cera staje się mniej napięta i przesuszona. Zmarszczkom możemy natomiast przeciwdziałać poprzez stosowanie właściwych kosmetyków zawierających w składzie m.in. kwas hialuronowy czy koenzym Q10.

  1. Seks

Kobiety są kobietom potrzebne

Wsparcia kobiet potrzebujemy, począwszy od narodzin. Tutaj wszystko się zaczyna: w momencie przyjścia na świat i odbicia się w reakcji mamy. (Fot. iStock)
Wsparcia kobiet potrzebujemy, począwszy od narodzin. Tutaj wszystko się zaczyna: w momencie przyjścia na świat i odbicia się w reakcji mamy. (Fot. iStock)
Kobiety są kobietom potrzebne, by poprzeć swoje prawo do stawiania granic. I nie chodzi tylko o mówienie „nie”, również o mówienie „tak”. Dopiero kiedy czujemy się odrębne i samodzielne, zdolne do wyrażania potrzeb, możemy naprawdę cieszyć się życiem seksualnym – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

Często mówisz, że kobiety powinny się wspierać w odkrywaniu i rozwijaniu swojej seksualności. Co to wsparcie oznacza?
Wsparcia kobiet potrzebujemy, począwszy od narodzin. Tutaj wszystko się zaczyna: w momencie przyjścia na świat i odbicia się w reakcji mamy. Najlepiej, gdy wzrokiem, gestem czy słowami daje nam bezwarunkową akceptację: „Cieszę się, że jesteś dziewczynką!”. W opiece powinnyśmy doświadczyć szacunku i delikatności. W ten sposób dowiadujemy się, jak traktować swoje ciało: „Zasługuję na uznanie i szacunek, moje potrzeby będą zaspokojone, mam prawo je mieć”. Mama to wielka nauczycielka, uczy nas, jak być kobietą.

Jeśli nie doświadczamy wsparcia w tym pierwszym okresie, ucierpi na tym nasze życie seksualne?
Tak, może utrwalić się w nas przekonanie, że coś z nami jest nie tak, że nie zasługujemy na miłość i że ma to związek z naszą płcią. Ten brak zdeterminuje nasze życie, będziemy np. poszukiwać w mężczyznach akceptacji, potwierdzenia siebie jako kobiety i często używać w tym celu własnego nieakceptowanego ciała. Dlatego tak trudno nam stworzyć szczęśliwe związki. Bo chcemy dostać od mężczyzny to, czego nie dostałyśmy od mamy: pełne bezpieczeństwo, bliskość, niezachwianą pewność, że jesteśmy chciane.

Czy bliskie relacje z innymi kobietami mogą nam pomóc odczarować negatywne wzorce z przeszłości?
Kobiece kręgi i grupy rozwoju, których powstaje coraz więcej, pomagają nam zapełnić lukę po matce. Grupa staje się taką zastępczą mamą – dajemy sobie wzajemnie prawo do bycia kobietami, wzmacniamy się i otwieramy na kontakt ze sobą samą. Kobiety są nam potrzebne, by poprzeć nasze prawo do stawiania granic. I nie chodzi tylko o mówienie „nie”, również o mówienie „tak”. Dopiero kiedy czujemy się odrębne i samodzielne, zdolne do wyrażania potrzeb, możemy naprawdę cieszyć się życiem seksualnym. Bo zdejmujemy z mężczyzny ciężar odpowiedzialności za nasze szczęście: i w życiu, i w łóżku. To daje niezwykłe poczucie wolności.

Tylko czy my potrafimy się wspierać? Czy poza stworzonymi do tego celu grupami czujemy wspólnotę kobiet?
Kobiety bardzo często wspierają się w nieszczęściu albo przeciwko mężczyznom. Pamiętam ten klimat z dzieciństwa: wizję ciężkiego kobiecego losu. I kobiety z rodziny, które wspierały się poprzez umacnianie tej wizji. Była w tym mieszanka sprzecznych emocji i przekonań. Taka jest dola kobiety – to z jednej strony. A z drugiej – to my tak naprawdę jesteśmy silne, wszystko się jakoś kręci dzięki nam i naszej zaradności. W pamięci mam obraz swojej babci. To była cudowna kobieta o ognistym temperamencie. A jednocześnie miewała nerwicowe lęki, bóle głowy i inne dolegliwości psychosomatyczne. Teraz myślę, że była to cena, jaką płaciła za ten wewnętrzny konflikt. Kobiety uczą się ukrywania swojej siły i swoich pragnień, również w seksie, a w relacjach z innymi kobietami nieczęsto mogą liczyć na poparcie, jeśli chcą to zmienić. Mogą się sobie godzinami zwierzać, rozumieć w cierpieniu i narzekać na mężczyzn.

Wiele kobiet uderza w rozpaczliwy ton: „Gdzie ich szukać, tych dojrzałych mężczyzn?!”, czasem jednak daje wyraz lekkiej pogardzie: „Co oni tam wiedzą, są lata świetlne za nami”.
Przekonanie, że my jesteśmy wspaniałe, a oni to dranie lub fajtłapy, doraźnie wzmacnia poczucie wspólnoty, ale tak naprawdę powoduje, że każda z nas zostaje samotna w swojej tęsknocie za miłością i spełnieniem w związku. Czasami nasze urazy sprawiają, że wpadamy w emocjonalną pułapkę: muszę mieć mężczyznę, żebym mogła uwierzyć w swoją wartość, a jak już go mam, to czym prędzej muszę udowodnić, że on jest niczym. I seks staje się jedną z aren tej rozgrywki. Celem jest uniknięcie bólu głębokiego zranienia z dzieciństwa („taka, jaka jestem, nie zasługuję na bezwarunkową matczyną miłość”). Wykorzystujemy m.in. swoją seksualność, żeby mu zaprzeczyć. Uwodzimy lub pozwalamy się uwodzić, pomiatamy albo dajemy sobą pomiatać, spełniamy oczekiwania, stawiamy warunki, nagradzamy seksem lub karzemy odmową albo w ogóle jesteśmy „ponad to”. Jeśli w kontaktach z przyjaciółkami uda się wyjść poza pocieszanie, radzenie, towarzyszenie w nieszczęściu i montowanie koalicji, a pojawi się otwartość na dzielenie się uczuciami i potrzebami, to wzrasta szansa na wsparcie, które posłuży przemianie.

Jakie były twoje przyjaźnie z kobietami: „w szczęściu” czy „w nieszczęściu”?
Bywało różnie. Jedna przyjaźń zakończyła się nagle i niespodziewanie. Doskonale się rozumiałyśmy, obie przez kilka lat byłyśmy w nieszczęśliwych związkach. Ale kiedy wreszcie się rozwiodłam, a ona nie, nasza relacja tego nie wytrzymała. Każda poszła w swoją stronę, zachowując szacunek dla odrębnych wartości, jakie nami kierowały. Inna przyjaźń trwa i rozwija się, choć pamiętam też okres przejściowy – kiedy uczyłam się przyjaźnić właśnie w szczęściu i nie potrzebowałam pomocy w doraźnych problemach. Wśród kobiet zdarza się też często, że przyjaźń trwa, dopóki przyjaciółki nie mają partnerów. A kiedy ich już znajdują, wychodzą za mąż, znacznie mniej inwestują w przyjacielskie kontakty. Wydaje mi się, że kobiety zachowują się czasami tak, jakby znalezienie partnera było jedynym ważnym zadaniem życiowym, a w związek ten musimy zaangażować się na sto procent. A na dodatek tego samego oczekujemy od niego, zgodnie z zakończeniem każdej bajki: „a potem żyli długo i szczęśliwie”. Możemy zrezygnować z pomysłu, że mężczyzna da nam wszystko – będzie przyjacielem, misiem i dzikim kochankiem. Rozwijając kobiece przyjaźnie, w których dajemy i bierzemy zrozumienie, akceptację i bliskość, umacniamy swoją tożsamość płciową, autonomię i moc. To z kolei  pozwala nam na więcej swobody, radości i satysfakcji w łóżku. W głębokich rozmowach z przyjaciółkami oraz w grupach rozwojowych możemy przyjrzeć się na nowo wyniesionym z domu przekazom na temat kobiecości, seksualności, związków i mężczyzn. Mamy szansę zrobić remanent: co z tego biorę, a czego nie.

Jest coś, co zatrzymałaś po swoim remanencie? Moja babcia, choć bardzo narzekała na mężczyzn i powtarzała, że „chłop to nieszczęście”, wciąż mi np. śpiewała piosenkę o Małgorzatce, która zamiast wracać do ojca i matki, woli tańczyć z góralami, i błyskała okiem na wieści o chłopakach. Takie słodko-gorzkie historie.
Babcia i mama opowiadały mi różne historie. Uwielbiałam ich słuchać. Było tam dużo o niespełnionych miłościach, tchnęły tęsknotą i żalem za czymś utraconym. Odebrałam je jednak jako naukę, że można marzyć i pragnąć czegoś więcej. A z drugiej strony, że tęsknota to coś wpisanego w los kobiety. Musiałam nauczyć się sięgania po to, za czym tęsknię, i działania. Dostałam też skarb, dzięki któremu pewnie mam odwagę rozmawiać o kobiecej seksualności. Bo babcia potrafiła być niebywale spontaniczna. Mówiła o sobie, że jest „kobietą naturalną”. Jak byłam mała, kąpałyśmy się w cynowej wannie: najpierw ja, potem mama, a na końcu babcia – która wskakiwała przy nas do wody radośnie, na golasa! Gdy miałam z 11 lat i zaokrąglające się piersi, z zachwytem nazywała je „cytrynkami”. Czułam zawstydzenie, ale i dumę, że zauważyła i się cieszy. Pomagała mi oswoić się z przejawami kobiecości. Kiedyś, w czerwcowy ciepły wieczór tuż przed pójściem spać, porwała mnie na spacer. Do dziś pamiętam: mocny zapach jaśminów, ciepłe, wilgotne powietrze i ja z babcią przechadzające się w letnich płaszczykach zarzuconych na podkasane koszule, pod którymi hulał wiatr, a my – bez majtek!

Rozmawiałam kiedyś ze śpiewaczką pieśni ukraińskich Marjaną Sadowską. Zapytałam ją, jakie są te ukraińskie wiejskie kobiety. A ona na to: „Wyobraź sobie babki, które zbierają się razem, śpiewają, jedzą, piją... Najpierw usłyszysz opowieści o tragizmie ludzkiego istnienia, potem takie erotyczne o ich mężach, że wstydzę się ich słuchać, a one same wstydzą się ich śpiewać, a na koniec zaśpiewają ci o obrzędzie chrzcin dziecka”.
Taka sprośność w opowieściach, przyśpiewkach, powiedzonkach to najprostszy przekaz, który zawiera przyzwolenie na cielesność i fizjologię. To nazywanie wprost, lekko i bez wstydu. Trudno o to w dzisiejszych czasach. Kiedyś zarabiałam na wakacje pracą w polu w towarzystwie wiejskich kobiet. Pieląc chwasty, zaczynały gadki o chłopach i zaśmiewały się rubasznie. Czułam się z nimi swobodnie. Sprośne żarty w takiej atmosferze są dla młodej dziewczyny czymś pozytywnym, za to kiedy sprośności opowiadają przy niej mężczyźni, staje się to przykrym przekroczeniem intymności.

Myślisz, że łatwo jest nam przyjaźnić się z kobietami, które manifestują swoją seksualność?   
Coś w tym jest. Jeśli któraś swobodnie robi coś, za czym skrycie tęsknimy, budzi się zazdrość, jesteśmy gotowe potępić ją ze świętym oburzeniem. Kobieta, która pokazuje swój seksualny wdzięk, odważa się przyznawać do pragnień wobec mężczyzn, przekracza konwenanse, może się spotkać z odrzuceniem. Łatwo przykleić jej etykiety: puszczalskiej, łatwej, dziwki. Na szczęście budzimy się, zachwyca nas możliwość bycia razem.

Co zrobić, żeby nie zazdrościć, ale uczyć się od siebie nawzajem? Czy nie trzeba przypadkiem zacząć od początku: odgrzebać swoją historię, przypomnieć kobiety z rodziny, zaopiekować się swoją małą dziewczynką...?
Na moim ostatnim warsztacie dotyczącym seksualności jedna z kobiet podzieliła się taką fantazją: wszystkie siedzimy w kręgu, jak czarownice czy szamanki, a w środku, w cieple ogniska, leży uśmiechnięte niemowlę, Nowa Dziewczynka – wreszcie bezpieczna, przywitana z radością i zaakceptowana w całości.

  1. Moda i uroda

Stworzone przez kobiety, dla kobiet. "My Story" od Converse

Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Najnowsza kolekcja Converse „My Story” to hołd złożony kobietom, które nie boją się dzielić swoją historią i jednocześnie zachęta do bycia odważną.

Każdej wiosny marka Converse w swoich działaniach celebruje kobiecość. Dwa lata temu podczas kampanii "Love the progress"  marka walczyła o zmianę definicji słowa „kobieta” na bardziej pozytywną. W ramach akcji "Love fearlessly" Converse poprzez znane postaci zachęcał do pokochania samego siebie i rozpoczął dyskusję na temat samoakceptacji.

Tegoroczna kolekcja „My Story” stworzona przez projektantki Converse zainspirowana została młodymi, odważnymi i niezależnymi kobietami, które swoimi działaniami udowadniają, że kobiety to prawdziwe liderki. Klasyki od Converse stały się płótnem dla fantazyjnych wzorów stworzonych przez kobiety. Kolekcja zaprojektowana, aby nadać kolor i znaczenie słowom i aby zachęcić do opowiedzenia twojej historii.

Kolekcja składa się z ikon od Converse – Chuck 70, Chuck Taylor all Star i Chuck Taylor All Star Platform. Każdy z modeli ozdobiony jest różnorodnymi wersjami napisu „My Story” co w symboliczny sposób pokazuje jak różne historie kryją się za każdym z nich.

Do kampanii „My Story” marka Converse zaprosiła dwie młode artystki – Sofię i Rocię, które są członkiniami społeczności All Stars. Każda z nich dzieli się swoją historią, którą już niebawem będzie można poznać na kanale @Converse.Polska na Instagramie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

All Stars to międzynarodowa społeczność młodych artystów i aktywistów, która została stworzona przez markę Converse. Członkowie All Stars inspirują markę swoją twórczością, działaniami i osiągnięciami, a brand staje się dla nich platformą, dzięki której mogą dotrzeć do szerokiej grupy odbiorców. Converse wspiera działania tych młodych ludzi, ponieważ zdaje sobie sprawę, że to oni poruszają świat do przodu i stoją za pozytywnymi zmianami, które na nas czekają.

Poza kampanią „My Story” marka Converse szykuje coś specjalnego. W ramach globalnej akcji City Forest, która miała już swoją odsłonę w Polsce w zeszłym roku, marka planuje stworzenie kilku murali stworzonych przy użyciu oczyszczających powietrze farb fotokatalitycznych. We współpracy z polskimi artystami powstanie kilka murali, które będą zachęcały do przełamywania barier i walki z dyskryminacją na różnym tle. Pierwsze dzieła już powstały, aby dowiedzieć się więcej na temat murali odwiedź stronę conversecityforest.com, poznaj historie artystów stojących za tymi projektami i dowiedz się ile wirtualnych drzew zostało posadzonych do tej pory dzięki użyciu farb fotokatalitycznych.

Kolekcja My Story dostępna będzie na converse.pl oraz w sklepach stacjonarnych Converse.